Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Przeszczepy - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 marca 2026
20,19
2019 pkt
punktów Virtualo

Przeszczepy - ebook

Istnieje w nas przekonanie, że transplantologia ma przed sobą świetlaną przyszłość, w której będziemy mogli ratować życia obecnie nieuleczalnie chorych. Ale ta wiara nie może być ślepa. Musi być oparta na jasnych zasadach etycznych, na przejrzystych regulacjach prawnych, na świadomej zgodzie pacjentów i na społecznej kontroli nad tym, co naukowcy i lekarze robią za zamkniętymi drzwiami laboratoriów i sal operacyjnych. Książka została utworzona z pomocą AI


Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8440-868-1
Rozmiar pliku: 2,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Przedmowa

Kiedy wydawca po raz pierwszy przekazał mi maszynopis tej niezwykłej książki z prośbą o recenzję, byłem przekonany, że mam do czynienia z kolejną sensacyjną publikacją z gatunku tych, które zaśmiecają półki księgarskie obietnicami tanich emocji. Myliłem się fundamentalnie. To, co trzymam w rękach — i co za chwilę Państwo sami będziecie trzymać — jest dziełem zupełnie innej kategorii. Jest świadectwem.

Przez czterdzieści lat mojej kariery akademickiej i klinicznej widziałem, jak medycyna transplantacyjna przeszła drogę od eksperymentalnych, niemal szamańskich prób do rutynowych procedur ratujących tysiące istnień rocznie. Pamiętam czas, gdy przeszczep serca był sensacją na pierwszych stronach gazet, gdy każda udana transplantacja nerki była triumfem ludzkiego geniuszu nad śmiercią. Wierzyłem — i wciąż chcę wierzyć — że ta dziedzina medycyny reprezentuje najszlachetniejsze aspiracje naszego zawodu. Że jest ucieleśnieniem hipokratejskiej przysięgi, że jest dowodem na to, iż nauka może służyć człowiekowi w najbardziej fundamentalny sposób.

A jednak ta książka zmusza mnie do konfrontacji z ciemniejszą stroną tego samego medalu. Autor, którego odwagę i determinację muszę podziwiać nawet tam, gdzie nie zgadzam się z jego wnioskami, zabiera nas w podróż po miejscach, gdzie granica między leczeniem a eksploatacją, między innowacją a aberracją, została przekroczona w sposób, który powinien niepokoić każdego myślącego człowieka.

Nie będę tutaj streszczał poszczególnych rozdziałów — to zadanie należy do czytelnika, który sam musi odbyć tę podróż, sam musi zmierzyć się z obrazami i świadectwami, które autor zebrał z niezwykłą starannością. Powiem tylko tyle: każdy rozdział tej książki jest jak kolejna warstwa cebuli, którą obieramy, zbliżając się do gorzkiego rdzenia prawdy o tym, dokąd zmierza współczesna biotechnologia, gdy wymknie się spod kontroli etycznej i prawnej.

Co czyni tę książkę wyjątkową na tle innych publikacji o podobnej tematyce? Przede wszystkim metodologia. Autor nie zadowala się sensacyjnymi nagłówkami ani anonimowymi plotkami krążącymi w internecie. Każde świadectwo jest udokumentowane. Każda rozmowa jest osadzona w kontekście. Każdy opisywany przypadek ma twarz, imię, historię. To nie jest abstrakcyjny traktat o etyce medycznej — to jest reportaż z pierwszej linii frontu, gdzie ludzkość toczy wojnę sama ze sobą o definicję tego, czym jest człowiek.

Szczególnie doceniam, jako akademik i klinicysta, naukową rzetelność autora. Opisy procedur medycznych, choć celowo pozbawione szczegółów technicznych, które mogłyby służyć jako instrukcje, są anatomicznie i fizjologicznie wiarygodne. Autor rozumie biologię, rozumie ograniczenia i możliwości współczesnej chirurgii transplantacyjnej, i to zrozumienie nadaje jego relacjom wagę, której brakuje typowym dziennikarskim sensacjom. Nie mamy tu do czynienia z fantastyką naukową, ale z ekstrapolacją tego, co już jest możliwe, w kierunkach, które większość z nas wolałaby nie kontemplować.

Jednym z najcenniejszych aspektów tej książki jest obecność głosu etycznego, który przewija się przez wszystkie rozdziały niczym sumienie narratora. Postać doktor Heleny Nowak — bioetyka, która komentuje każdy przypadek z perspektywy filozoficznej i moralnej — stanowi niezbędną przeciwwagę dla szokujących opisów. To dzięki niej książka nie staje się pornografią grozy, ale pozostaje poważnym studium moralnym. Jej pytania są naszymi pytaniami. Jej oburzenie jest naszym oburzeniem. A jej bezsilność wobec machiny postępu, która nie zna granic, jest niestety bezsilnością nas wszystkich.

Jako profesor bioetyki muszę podkreślić, że problemy podnoszone w tej książce nie są hipotetyczne. W mojej własnej praktyce akademickiej i konsultacyjnej spotykam się z dylematami, które — choć mniej dramatyczne niż te opisywane przez autora — wynikają z tej samej fundamentalnej niepewności: gdzie przebiega granica dopuszczalnej modyfikacji ludzkiego ciała? Kto ma prawo ją wyznaczać? I co robimy, gdy ta granica zostaje przekroczona nie przez szaleńców w podziemnych laboratoriach, ale przez szanowane instytucje, wspierane przez rządy i finansowane przez międzynarodowe korporacje?

Ta książka jest oskarżeniem. Ale jest też ostrzeżeniem. Autor nie poprzestaje na dokumentowaniu tego, co już się wydarzyło. Między wierszami, w komentarzach i refleksjach, rysuje wizję przyszłości, która może nadejść, jeśli nie podejmiemy świadomych, zbiorowych decyzji o tym, czego jako ludzkość nie akceptujemy. Ostatni rozdział, nietypowy w swojej formie, jest być może najbardziej wymowny — jest manifestem granic, których autor sam nie przekroczy, i zaproszeniem dla nas wszystkich, byśmy zastanowili się, gdzie przebiegają nasze własne granice.

Nie zgadzam się ze wszystkimi wnioskami autora. Jako człowiek nauki wierzę, że postęp biotechnologiczny może i powinien służyć ludzkości. Wierzę, że transplantologia ma przed sobą świetlaną przyszłość, w której będziemy mogli ratować życia obecnie nieuleczalnie chorych. Ale ta wiara nie może być ślepa. Musi być oparta na jasnych zasadach etycznych, na przejrzystych regulacjach prawnych, na świadomej zgodzie pacjentów i na społecznej kontroli nad tym, co naukowcy i lekarze robią za zamkniętymi drzwiami laboratoriów i sal operacyjnych.

Ta książka jest wezwaniem do takiej kontroli. Jest apelem o to, byśmy jako społeczeństwo nie abdykowali z odpowiedzialności za kierunek, w którym zmierza medycyna. Bo jeśli abdykujemy — jak pokazują przypadki opisane w tych rozdziałach — znajdą się tacy, którzy wykorzystają tę pustkę dla własnych celów, traktując ludzkie ciało jako surowiec, a ludzką desperację jako okazję do zysku.

Kończąc tę przedmowę, chcę powiedzieć coś osobistego. Przez całe życie wierzyłem w godność zawodu lekarza. Wierzyłem, że jesteśmy strażnikami życia, nie jego inżynierami. Że naszym zadaniem jest leczyć, nie modyfikować. Że pacjent jest celem, nie środkiem. Ta książka nie zachwiała moją wiarą — wręcz przeciwnie, wzmocniła ją. Bo pokazując, co się dzieje, gdy te zasady są łamane, przypomina nam, dlaczego są tak ważne.

Zalecam tę książkę każdemu, kto chce zrozumieć, dokąd zmierzamy jako gatunek. Każdemu, kto wierzy, że świadoma refleksja jest lepsza niż niewiedza. I każdemu, kto jest gotów zadać sobie najtrudniejsze pytanie ze wszystkich: co czyni nas ludźmi i co jesteśmy gotowi poświęcić w imię postępu?

Odpowiedzi, które znajdziecie między okładkami tej książki, mogą was przerazić. Ale przerażenie, jak uczy nas historia, bywa początkiem mądrości. A mądrości nam dzisiaj najbardziej potrzeba.

Oddaję Państwa w ręce autora. Podróż, która przed wami, nie będzie łatwa. Ale będzie tego warta.

_Kraków, wiosna 2025_Rozdział 1: Płuca wieloryba

Przez lata reporterskiej tułaczki po obrzeżach nauki, etyki i tego, co zwiemy „postępem”, widziałem rzeczy, które kazałyby zwątpić w zdrowy rozsądek Stwórcy — o ile takowy istnieje i interesuje się jeszcze naszym gatunkiem. Widziałem rosyjskich oligarchów z wszczepionymi pod skórę filtrami z nerek rekina, mającymi rzekomo neutralizować skutki zatrucia alkoholowego. Widziałem chińskich dygnitarzy z dodatkową, miniaturową wątrobą świni hodowanej na specjalnej diecie z żeń-szenia, która miała gwarantować długowieczność. Ale nic, absolutnie nic, nie przygotowało mnie na spotkanie z Markiem „Głębiną” Kowalskim.

Spotkaliśmy się w miejscu, które samo w sobie było zaprzeczeniem normalności. Hiperbaryczne centrum badawcze Abyssos Corp., ukryte w jednym z norweskich fiordów, wyglądało jak baza czarnego charakteru z filmu o Bondzie, zaprojektowana przez kogoś z obsesją na punkcie betonu i szkła pancernego. W powietrzu unosił się sterylny zapach ozonu i subtelna, słonawa woń, jakby cały budynek powoli nasiąkał oceanem, który napierał na niego z każdej strony. Marka wprowadzono do sterylnego pomieszczenia obserwacyjnego. Był mężczyzną w średnim wieku, o twarzy pooranej zmarszczkami, które nie pasowały do reszty jego ciała. A reszta jego ciała była… niepokojąca. Był całkowicie pozbawiony włosów. Jego skóra miała gładkość i połysk mokrego kamienia, z dziwnym, szaro-srebrnym odcieniem. Poruszał się z nieludzką gracją i ekonomią ruchów, jak drapieżnik wodny, który na lądzie czuje się niezręcznie, ale wie, że nie ma tu naturalnych wrogów.

„Proszę się nie krępować, pytać o wszystko. I tak większość tego, co pan napisze, zostanie ocenzurowana przez dział prawny” — powiedział, a jego głos był zaskakująco głęboki, rezonujący, jakby dochodził z dna beczki. Usiadł naprzeciwko mnie, oddzielony grubą szybą interkomu. Jego klatka piersiowa unosiła się i opadała w powolnym, majestatycznym rytmie, który przypominał bardziej falowanie morza niż ludzki oddech. Jeden wdech trwał dobre piętnaście sekund.

Marek „Głębina” Kowalski jest jednym z niespełna pięćdziesięciu ludzi na świecie, którzy przeszli ksenotransplantację płuc płetwala karłowatego. Jest pionierem, królikiem doświadczalnym i żywą legendą w niszowym, acz niezwykle lukratywnym świecie komercyjnego nurkowania głębinowego. Jest człowiekiem, który potrafi bez aparatu tlenowego zejść na głębokość trzystu metrów i pracować tam przez kilkadziesiąt minut, po czym wrócić na powierzchnię bez najmniejszych objawów choroby dekompresyjnej. Jest przyszłością eksploracji oceanów. A przynajmniej tak twierdzi marketingowy folder Abyssos Corp. Prawda, jak to zwykle bywa, jest znacznie bardziej mętna i o wiele bardziej fascynująca.

Wszystko zaczęło się od prostego, biologicznego faktu, który od wieków fascynował marynarzy, biologów i poetów: wieloryby, ssaki tak jak my, potrafią zanurzyć się na niewyobrażalne głębokości, wytrzymując ciśnienie, które zmiażdżyłoby stalowy okręt podwodny, i wstrzymując oddech na czas, który u człowieka spowodowałby nieodwracalne uszkodzenie mózgu. Sekret tkwi w ich płucach. Ludzkie płuco, delikatna struktura pęcherzyków, pod wpływem ogromnego ciśnienia po prostu by się zapadło, ulegając nieodwracalnemu zniszczeniu. Płuca waleni, zwłaszcza tych głęboko nurkujących, to arcydzieło ewolucyjnej inżynierii. Ich struktura jest wzmocniona chrząstką i tkanką łączną, co pozwala im na niemal całkowite zapadnięcie się pod ciśnieniem, bez uszkodzenia delikatnych pęcherzyków płucnych. Powietrze jest wypychane do wzmocnionych oskrzeli i tchawicy, co zapobiega wchłanianiu nadmiernej ilości azotu do krwi — głównej przyczyny choroby dekompresyjnej, zmory ludzkich nurków.

Przez dekady była to jedynie ciekawostka, materiał na kolejny odcinek programu przyrodniczego. Aż na scenę wkroczył człowiek, który w ciekawostkach widział możliwości — profesor Zoltán Kovać. Węgier z pochodzenia, biochemik i chirurg-wizjoner, wyrzucony z trzech prestiżowych uniwersytetów za „nieortodoksyjne metody badawcze” i „rażące naruszenie zasad bioetyki”. Kovać był postacią z innej epoki — typem szalonego naukowca, który wierzył, że jedynym ograniczeniem ludzkości jest jej własna, bojaźliwa wyobraźnia. W jego zuryskim laboratorium, finansowanym przez anonimowych inwestorów (którymi, jak się później okazało, byli założyciele Abyssos Corp.), wisiał oprawiony w ramkę cytat z Nietzschego: „Co cię nie zabije, to cię wzmocni. A co cię zabije… cóż, to tylko dowód, że eksperyment wymaga dopracowania”.

Pamiętam naszą jedyną rozmowę, przeprowadzoną przez zaszyfrowane połączenie wideo. Kovać, siwy mężczyzna o przenikliwych oczach i wiecznym, ironicznym uśmieszku, tłumaczył mi swoją filozofię z cierpliwością nauczyciela wykładającego podstawy abecadła wyjątkowo tępemu uczniowi.

„Panie redaktorze, proszę spojrzeć na to z ewolucyjnego punktu widzenia. Nasze płuca są idealne. Do życia na sawannie. Do uciekania przed lwem, do polowania na antylopy. Ale era sawanny się skończyła. Nasze ambicje sięgają teraz dna Rowu Mariańskiego i krańców Układu Słonecznego. Używamy naszych prehistorycznych ciał, naszych małpich organizmów, do celów, do których nie zostały zaprojektowane. To tak, jakby próbować wziąć udział w wyścigu Formuły 1 na wozie drabiniastym. Można, ale wyniki będą… rozczarowujące. Ja po prostu proponuję wymianę części. Lepsze opony, mocniejszy silnik. W tym przypadku — lepsze płuca”.

Problemem, który przez lata wydawał się nie do pokonania, była oczywiście bariera międzygatunkowa. Układ odpornościowy człowieka to paranoiczny, ksenofobiczny strażnik, który atakuje z furią wszystko, co nie posiada odpowiedniego „dowodu tożsamości” w postaci zgodności tkankowej. Przeszczep organu od innego człowieka to już gigantyczne wyzwanie. Przeszczep od innego gatunku, i to tak odległego ewolucyjnie, graniczył z fantastyką. Standardowe leki immunosupresyjne, używane przy transplantacjach międzyludzkich, byłyby tu bezużyteczne. To tak, jakby próbować powstrzymać inwazję armii za pomocą jednego patrolu policji. Organ zostałby odrzucony w ciągu kilku minut w procesie zwanym nadostrym odrzuceniem, a pacjent zmarłby w męczarniach.

I tu właśnie Kovać dokonał swojego przełomu. Spędził dekadę, badając biologię waleni. Odkrył, że ich układ odpornościowy posiada unikalne mechanizmy tolerancji, związane z ich specyficznym mikrobiomem i obecnością pewnych białek w osoczu, które pozwalały im radzić sobie z ogromną ilością obcych organizmów, z którymi stykają się w oceanie. Na bazie tych odkryć, po tysiącach prób i błędów (o których kroniki Abyssos Corp. taktownie milczą, ale o których krążą makabryczne legendy w podziemiu medycznym), jego zespół zsyntetyzował lek, który zrewolucjonizował transplantologię. Nazwali go Ceto-Suppressin 7.

To nie był zwykły immunosupresant. On nie tyle ogłupiał układ odpornościowy, co go przeprogramowywał. Działał na poziomie komórek T, ucząc je rozpoznawać antygeny walenia jako „swoje”. Był to rodzaj prania mózgu na poziomie molekularnym. Proces ten, zwany „indukcją tolerancji chimerycznej”, był jednak piekielnie ryzykowny i wymagał, aby pacjent był w idealnej kondycji fizycznej, a jednocześnie… na skraju śmierci. Idealnym kandydatem był ktoś, kogo własne płuca zawiodły bezpowrotnie, ale reszta organizmu była silna. Ktoś, kto nie miał absolutnie nic do stracenia.

Takim kimś był Marek Kowalski. Były górnik z kopalni „Wujek”, z płucami zniszczonymi przez pylicę. Jego zdjęcia rentgenowskie wyglądały jak mapa zniszczonego wojną miasta. Każdy oddech był dla niego walką, płytkim, świszczącym wysiłkiem, który przynosił więcej bólu niż tlenu. Lekarze dawali mu sześć miesięcy życia w coraz większym cierpieniu.

„Co miałem do wyboru?” — zapytał mnie retorycznie Marek podczas naszej rozmowy w fiordzie. „Czekać na śmierć, dusząc się we własnym łóżku, albo zaryzykować. Abyssos Corp. znalazło mnie przez jakąś fundację dla ofiar chorób zawodowych. Przylecieli, przedstawili ofertę. Brzmiało jak scenariusz filmu science-fiction. Płuca wieloryba. Śmiałem się, myślałem, że to jakiś okrutny żart. Ale oni byli śmiertelnie poważni. Pokazali symulacje, dane z testów na szympansach. I pokazali kontrakt. Dożywotnia, wysoka pensja. Opieka medyczna na najwyższym poziomie. Jedyny warunek: pełna dyspozycyjność i praca jako nurek głębinowy. Dla faceta, który przez dwadzieścia lat zjeżdżał pod ziemię, perspektywa pracy pod wodą nie wydawała się taka straszna. Przynajmniej widoki lepsze”.

Kluczowe było znalezienie odpowiedniego dawcy. Płuca dorosłego płetwala karłowatego, choć jest to jeden z mniejszych gatunków, są wciąż zbyt duże dla ludzkiej klatki piersiowej. Rozwiązaniem, tyleż genialnym, co moralnie odrażającym, było wykorzystanie płuc bardzo młodych osobników, niemal noworodków. Oficjalna wersja Abyssos Corp. mówi o „etycznym pozyskiwaniu organów od cieląt, które urodziły się martwe lub zmarły z przyczyn naturalnych tuż po porodzie”. To PR-owa zasłona dymna, która ma uspokoić nieliczne komisje bioetyczne, które w ogóle dostały pozwolenie na inspekcję.

Prawda, którą poznałem od jednego z byłych pracowników korporacji, jest znacznie mroczniejsza. Abyssos Corp. dysponuje tajnymi „farmami” w odległych rejonach Pacyfiku. Są to olbrzymie, odgrodzone od otwartego oceanu zatoki, gdzie w niewoli trzymane są stada płetwali. Rozmnażanie jest starannie kontrolowane, a nowo narodzone cielęta, które spełniają rygorystyczne kryteria genetyczne, są… „pozyskiwane”. Operacja musi odbyć się błyskawicznie. Maleńkie płuca, nie większe od ludzkich, są perfundowane specjalnym roztworem konserwującym i w ciągu maksymalnie czterech godzin muszą trafić na stół operacyjny, gdzie czeka już przygotowany biorca. To logistyczny koszmar i etyczny horror, opakowany w lśniący papierek postępu.

Sama operacja przeszczepu, jak opisywał mi jeden z chirurgów z zespołu Kovaća (oczywiście anonimowo, bojąc się zarówno procesów sądowych, jak i bardziej „bezpośrednich” konsekwencji ze strony korporacji), to majstersztyk. „To nie jest zwykłe wszycie organu. To przeprojektowanie całej klatki piersiowej. Musimy usunąć dolne żebra, żeby zrobić miejsce. Zmienić nieco przyczepy przepony. To rzeźbienie w człowieku. A potem podłączasz te… nowe płuca. One są inne. Ciemniejsze, gęstsze, bardziej gumowate w dotyku. Kiedy po raz pierwszy wypełniają się powietrzem, nie robią tego jak ludzkie. One jakby… rozkwitają. To powolny, falujący ruch. Niesamowity i przerażający zarazem”.

Marek Kowalski przeżył. Był trzecim pacjentem w historii. Pierwszy zmarł na stole operacyjnym. Drugi przeżył trzy tygodnie, po czym jego organizm, mimo Ceto-Suppressinu, wpadł w stan, który lekarze opisali jako „kaskadową reakcję autoimmunologiczną”. Jego własne ciało dosłownie go strawiło. Marek miał więcej szczęścia. Jego organizm, zahartowany latami pracy pod ziemią i walki o każdy oddech, przyjął obcy organ.

„Pierwsze tygodnie były piekłem” — wspominał. „Czułem się, jakbym miał w piersiach dwa żywe, obce stworzenia. Bolało przy każdym oddechu. A sny… śniły mi się oceany. Ciemność, ciśnienie, jakieś dziwne, głębokie dźwięki, które czułem całym ciałem. Budziłem się zlany potem. Psychiatra korporacyjny twierdził, że to efekt uboczny leków i stresu pourazowego. Ale ja wiem swoje. To była pamięć komórkowa. Te płuca… one pamiętały. Pamiętały bycie wielorybem”.

Po trzech miesiącach rekonwalescencji rozpoczął się trening. Marek i inni „absolwenci” programu Kovaća, nazywani w korporacyjnym żargonie „Cetacean-Human Hybrids” lub, mniej oficjalnie, „Waleniami”, uczyli się na nowo oddychać. Ich nowe płuca miały gigantyczną pojemność, ale wymagały zupełnie innej techniki. Głębokie, powolne wdechy, które maksymalizują wymianę gazową, i długie okresy bezdechu. Okazało się, zresztą, że przeszczep miał nieoczekiwane skutki uboczne. Zmienił się skład ich krwi. Organizm, adaptując się do nowych możliwości, zaczął produkować znacznie więcej mioglobiny — białka magazynującego tlen w mięśniach, co jest charakterystyczne dla ssaków morskich. To pozwalało im nie tylko dłużej wytrzymać pod wodą, ale też efektywniej funkcjonować w warunkach niskiego stężenia tlenu.

Zanurzeni w gigantycznych basenach ciśnieniowych, powoli przyzwyczajali swoje ciała do głębin. Sto metrów. Dwieście. Dwieście pięćdziesiąt. Granice ludzkich możliwości pękały jedna po drugiej. Bez ciężkiego sprzętu, bez mieszanek helowych, bez ryzyka narkozy azotowej, która na dużych głębokościach zamienia ludzki mózg w bezużyteczną galaretę. „Walenie” mogli operować na głębokościach dostępnych dotąd tylko dla zdalnie sterowanych robotów (ROV) i małych łodzi podwodnych. Byli szybsi, bardziej precyzyjni i, co najważniejsze z punktu widzenia Abyssos Corp., znacznie tańsi w eksploatacji.

Zaczęli być wykorzystywani do najbardziej wymagających zadań. Naprawy podwodnych rurociągów na dnie Morza Północnego. Odzyskiwanie czarnych skrzynek z samolotów, które spadły do oceanu. Prace przy budowie podwodnych stacji badawczych. A także, o czym mówi się szeptem, do misji wojskowych: podkładania urządzeń podsłuchowych na kablach telekomunikacyjnych, sabotażu wrogich instalacji portowych, cichej ewakuacji agentów. Są idealnymi podwodnymi duchami.

„Jak to jest, tam na dole?” — zapytałem Marka.

Zamilkł na dłuższą chwilę. Jego spojrzenie powędrowało gdzieś za szybę, w dal.

„Cisza” — powiedział w końcu. „Ale inna niż ta, którą znasz. To nie jest brak dźwięku. To dźwięk tak wszechogarniający, że staje się ciszą. Czujesz ciśnienie na całym ciele, jak potężny, ale delikatny uścisk. Światło znika, zostaje tylko granat, a potem czerń. I jesteś sam. Ale nie czujesz się samotny. Czujesz się… na miejscu. Jakbyś wrócił do domu, o którym nie wiedziałeś, że istnieje. Wszystkie problemy z powierzchni, rachunki, polityka, kłótnie… to wszystko zostaje tam, na górze. Rozpuszcza się w tej nieskończonej wodzie. Tam na dole liczy się tylko oddech, bicie serca i zadanie do wykonania. Czasem… czasem wydaje mi się, że słyszę pieśni. Dalekie, wibrujące. Lekarze mówią, że to szumy w uszach, efekt ciśnienia. Ale ja wiem, że to nie to. To moi… krewniacy. Wołają”.

A potem jest jeszcze kwestia skóry. Ta gładka, lśniąca, nieludzka powłoka, która pokrywa całe ciało Marka. To, co Abyssos Corp. z wisielczym humorem nazywa w swoich wewnętrznych dokumentach „pakietem premium” lub „opcją hydro-dynamiczną”.

Okazało się, że nawet z płucami wieloryba ludzkie ciało ma swoje ograniczenia w zimnej, głębokiej wodzie. Problem hipotermii był poważny. Standardowe pianki i suche skafandry ograniczały ruchomość i stanowiły dodatkowy kłopot. Rozwiązanie znów przyszło z laboratorium Kovaća i było równie radykalne, co przeszczep płuc. Pełny przeszczep skóry. Dawcą tym razem nie był wieloryb, lecz foka.

Skóra foki, z jej grubą warstwą podskórnego tłuszczu (tzw. blubber) i specyficzną, natłuszczoną strukturą naskórka, jest idealnym izolatorem termicznym i zapewnia doskonałe właściwości hydrodynamiczne. Procedura jest jeszcze bardziej skomplikowana niż transplantacja płuc. Pacjent jest wprowadzany w śpiączkę farmakologiczną na kilka tygodni, podczas których jego skóra jest usuwana płat po płacie, a na jej miejsce wszywane są odpowiednio przygotowane i dopasowane płaty skóry foczej. To procedura z pogranicza horroru gore, ale efekty, z czysto praktycznego punktu widzenia, są zdumiewające.

„Walenie” w swojej nowej skórze stają się niemal całkowicie odporni na niskie temperatury panujące w głębinach. Mogą pracować w wodzie o temperaturze bliskiej zera przez wiele godzin, nie odczuwając dyskomfortu. Ich ciała stają się opływowe, pozwalając na szybsze i bardziej efektywne poruszanie się w wodzie.

„Bonus, jak to nazywają” — Marek uśmiechnął się krzywo, a jego twarz bez brwi i rzęs nabrała wyrazu starożytnej maski. „Pierwszy raz, jak się zobaczyłem w lustrze po operacji… to był szok. Wyglądałem jak potwór. Jak coś, co wypełzło z koszmarów Lovecrafta. Moja żona… odeszła. Nie mogła na mnie patrzeć. Dzieci się mnie bały. I nie dziwię im się. Straciłem nie tylko starą skórę. Straciłem część człowieczeństwa”.

Ten „bonus” ma swoją cenę, nie tylko estetyczną. Focza skóra wymaga stałego, specjalistycznego nawilżania. „Walenie” muszą kilka razy dziennie smarować się specjalnymi olejami, których skład jest jedną z najpilniej strzeżonych tajemnic Abyssos Corp. Bez tego skóra pęka, łuszczy się i powoduje potworny ból. Co więcej, ich termoregulacja na lądzie jest zaburzona. W temperaturze pokojowej szybko się przegrzewają. Dlatego większość czasu spędzają w specjalnie klimatyzowanych pomieszczeniach lub bezpośrednio w wodzie. Ich życie na powierzchni stało się pasmem niedogodności. Ocean stał się ich prawdziwym środowiskiem.

W korporacji krąży anegdota o jednym z pierwszych pacjentów z „pakietem premium”. Podobno po kilku miesiącach zaczął wydawać z siebie dziwne, szczekające dźwięki, a jego ulubioną pozycją do spania stało się leżenie na płaskiej, chłodnej powierzchni z głową zadartą do góry. Abyssos Corp. oczywiście wszystkiemu zaprzecza, klasyfikując to jako „złośliwe plotki rozpowszechniane przez konkurencję”. Ale wśród samych „Waleni”, nazywających siebie nawzajem w czarnym humorze „Foczakami”, opowieść ta żyje własnym życiem. Jest jak memento, przypomnienie, że igranie z naturą ma konsekwencje, których nawet Zoltán Kovać nie był w stanie przewidzieć.

Oczywiście, program ma swoich krytyków. Doktor Helena Nowak, bioetyk z Uniwersytetu Jagiellońskiego, którą poprosiłem o komentarz, nie zostawiła na projekcie suchej nitki.

„To jest ostateczne uprzedmiotowienie człowieka” — powiedziała mi przez telefon, a w jej głosie słychać było autentyczne oburzenie. „Ci ludzie, często w desperackiej sytuacji życiowej, są wabieni obietnicą ratunku, a w rzeczywistości stają się narzędziami. Zmienia się ich w biologiczne maszyny, hybrydy skrojone na miarę potrzeb korporacji. Gdzie leży granica? Czy następnym krokiem będzie wszczepienie skrzeli? A może genetyczna modyfikacja potomstwa, by rodziło się już przystosowane do życia w wodzie? To jest równia pochyła, na końcu której czeka nas redefinicja pojęcia ‘człowiek’. A co z dawcami? Mówimy tu o zabijaniu inteligentnych, czujących istot, jakimi są walenie, dla części zamiennych. To jest moralne bankructwo ubrane w szaty postępu”.

Nie wspominając już o porażkach. Abyssos Corp. chwali się swoimi sukcesami, ale skrzętnie ukrywa informacje o tych, którym się nie udało. Dotarłem do byłej pielęgniarki, która pracowała w osławionym „Sanatorium Błękitna Głębia” na Wyspach Owczych — miejscu, które oficjalnie jest luksusowym ośrodkiem rehabilitacyjnym dla nurków korporacji. W rzeczywistości to umieralnia.

„Trafiali tam ci, których organizmy zaczynały odrzucać przeszczepy po miesiącach, a nawet latach” — opowiadała mi, nerwowo paląc papierosa za papierosem. „Ceto-Suppressin nie zawsze działa wiecznie. Czasem układ odpornościowy w końcu się ‘budzi’. Widziałam ludzi, których płuca zamieniały się w ropiejącą masę. Inni, ci ze skórą foki, dostawali straszliwych, niegojących się ran, jakby ich własne ciało próbowało zrzucić obcą powłokę. Trzymano ich tam, z dala od świata, podając im koktajle leków przeciwbólowych, aż do końca. Rodzinom mówiono, że zginęli w wypadku podczas nurkowania. Abyssos Corp. dba o swój wizerunek”.

Mimo ryzyka, mimo ceny, chętnych nie brakuje. Desperacja jest potężną siłą napędową. Na liście oczekujących na operację są setki nazwisk: chorzy na mukowiscydozę, ofiary wypadków, byli sportowcy z uszkodzonymi płucami. Wszyscy oni marzą o drugim życiu, nawet jeśli będzie to życie w połowie ludzkie, w połowie morskie.

Nasza rozmowa z Markiem dobiegała końca. Czas wyznaczony przez korporację minął. Strażnik w białym kitlu dał mi dyskretny znak.

„Jeszcze jedno pytanie” — powiedziałem szybko do interkomu. „Czy gdyby pan mógł cofnąć czas, wiedząc to wszystko, co pan wie dzisiaj, zrobiłby pan to jeszcze raz?”.

Marek „Głębina” Kowalski spojrzał na swoje dłonie. Gładkie, bez linii papilarnych, z lekko zgrubiałymi błonami między palcami — kolejny „drobny” efekt uboczny terapii genowej towarzyszącej przeszczepowi.

„Wie pan, co jest najdziwniejsze?” — powiedział powoli, a jego rezonujący głos wypełnił ciszę. „Że na powierzchni czuję się, jakbym wstrzymywał oddech. Tutaj, w tym sterylnym świecie, wśród ludzi. Dopiero tam, na dole, w ciemności i ciśnieniu, czuję, że mogę wreszcie odetchnąć pełną piersią. Więc tak. Zrobiłbym to jeszcze raz. Bo tamto życie, to na górze… to już nie jest moje życie”.

Wstał i bez słowa odwrócił się w stronę wyjścia. Jego sylwetka w dziwnym, opływowym kombinezonie, który nosił nawet na lądzie, zniknęła za hermetycznymi drzwiami. Zostałem sam ze swoimi notatkami i niepokojącym uczuciem, że właśnie rozmawiałem z przedstawicielem nowego gatunku. Gatunku, który sami stworzyliśmy w pogoni za zyskiem, wiedzą i przekraczaniem granic.

Wieczorem, z okna mojego hotelowego pokoju, patrzyłem na ciemną, spokojną taflę fiordu. Gdzieś tam, w lodowatej głębi, Marek i jemu podobni wykonywali swoją pracę. Ludzie, którzy oddali część siebie, by zyskać ocean. Zastanawiałem się, czy to oni są przyszłością, czy tylko tragiczną anomalią. I czy w ciszy swoich nowych, potężnych płuc, pożyczonych od morskiego olbrzyma, słyszą jeszcze echo człowieczeństwa, czy już tylko zew głębiny.Rozdział 5: Uszy zająca

Wojna ma swój dźwięk. Każda wojna, każda epoka konfliktu zostawiała po sobie akustyczną sygnaturę, która prześladowała pokolenia weteranów w sennych koszmarach. Dla żołnierzy Wielkiej Wojny był to gwizd artylerii i stukot karabinów maszynowych. Dla pokolenia Wietnamu — warkot śmigłowców Huey i trzask M16. Dla tych, którzy służyli w Iraku i Afganistanie — łoskot eksplozji IED i elektroniczny pisk zagłuszaczy.

Ale nowa wojna, ta cicha, elektroniczna, prowadzona przez roje autonomicznych maszyn, ma inny dźwięk. Dźwięk tak subtelny, że ludzkie ucho często go nie rejestruje, dopóki nie jest za późno. Wysoki, ledwo słyszalny bzyk silników elektrycznych. Szelest rotorów przecinających powietrze. Cichy świst aerodynamicznego kadłuba pędzącego ku celowi z prędkością stu kilometrów na godzinę.

Dźwięk drona, który zaraz cię zabije, trwa ułamek sekundy. Większość ludzi nigdy go nie słyszy. A ci, którzy słyszą, zazwyczaj nie mają czasu na reakcję.

Chyba że są Słuchaczami.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij