Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Przezroczyste - ebook

Wydawnictwo:
Data wydania:
26 sierpnia 2022
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment
39,90

Przezroczyste - ebook

Historia samotnego macierzyństwa i powolnego rozpadu pewnej rodziny.

Dla Sylwii samotne macierzyństwo oznacza brak wsparcia ze strony męża Karola oraz najbliższych. Dla Patrycji, córki Sylwii, nieumyślnie podążającej ścieżką życiową swojej matki, to już całkowita samotność w wychowywaniu dziecka. Kamila, jej siostra, sprawia olbrzymie problemy wychowawcze. Karol ma romans. Katalizatorem rozpadu rodziny Widłaków jest pojawiająca się w niej choroba nowotworowa. Czy zdołają się porozumieć?

 

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788383170053
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Pro­log

Nigdy nie poj­mę, jak to mo­żli­we, że da­łeś się tak omo­tać! Mia­łeś przed sobą świe­tla­ną przy­szło­ść, wy­star­czy­ło tyl­ko sko­ńczyć stu­dia, a po­sa­da ana­li­ty­ka fi­nan­so­we­go u wuja Ma­te­usza była pew­na jak w ban­ku! A ty co? Po­zwo­li­łeś so­bie na po­dwój­ną wpad­kę! Dziec­ko rok po roku? Li­to­ści! – grzmia­ła Ka­ta­rzy­na Wi­dłak.

Dwie mi­nu­ty wcze­śniej syn po­twier­dził jej przy­pusz­cze­nia: smar­ku­la, któ­ra nie­daw­no zła­pa­ła go na brzuch, zno­wu była w ci­ąży.

– Prze­cież stu­diu­ję – od­pa­rł skru­szo­ny mło­dy mężczy­zna. – Wszyst­ko idzie zgod­nie z pla­nem.

– Nie! Bo o ile z jed­nym dziec­kiem od bie­dy mo­żna so­bie po­ra­dzić, o tyle dwój­ka dro­bia­zgu to zde­cy­do­wa­nie za dużo w tym mo­men­cie. Pa­try­cja jesz­cze dłu­go będzie wy­ma­ga­ła nia­ńcze­nia, a ty fun­du­jesz so­bie dru­gie nie­mow­lę? Nie ro­zu­miem, ja­kim cu­dem ko­bie­ta ży­jąca w dwu­dzie­stym pierw­szym wie­ku do­pusz­cza do cze­goś ta­kie­go – uty­ski­wa­ła mat­ka, pod­czas gdy Ka­rol, ni­czym uczniak, sie­dział z po­chy­lo­ną gło­wą i zwie­szo­ny­mi ra­mio­na­mi. Nie miał siły do obro­ny, w star­ciu z ro­dzi­ciel­ką za­wsze był na stra­co­nej po­zy­cji.

– Po­ra­dzi­my so­bie – bąk­nął.

– Tak, ja­sne! Po­my­śla­łeś w ogó­le o tym, że Syl­wia nie­ba­wem zno­wu sta­nie się ci­ężka i nie­mra­wa jak kro­wa? Kto się wte­dy zaj­mie Pa­try­cją? Kto zmie­ni pie­lu­chy, do­pil­nu­je, by nie na­bi­ła so­bie guza pod­czas racz­ko­wa­nia, na­uczy ją cho­dzić? Kto będzie do niej wsta­wał no­ca­mi? Komu przy­pad­nie w udzia­le pie­lęgna­cja ma­łej w cho­ro­bach i no­sze­nie na jej rękach pod­czas ząb­ko­wa­nia? No prze­cież, że nie tej nie­doj­dzie! Co trze­ba mieć w dur­nej łe­pe­ty­nie, by za­cho­dzić w ci­ążę tuż po uro­dze­niu jed­ne­go dziec­ka? Ta ofia­ra losu na za­wsze po­zo­sta­nie dla cie­bie ci­ęża­rem. Ani nie sko­ńczy stu­diów, ani nie osi­ągnie ni­cze­go. Za­wi­ąza­ła ci świat! A mo­gło być tak pi­ęk­nie! Też so­bie wy­szu­ka­łeś uko­cha­ną!

– Mamo… Pro­szę… To moja żona.

– Pff! Żona. Kula u nogi! Je­stem pew­na, że całe ży­cie prze­ha­ru­jesz jak wół, a ona utknie w domu, żeby rok w rok ro­dzić ba­cho­ry! Zła­pa­ła cię, cwa­nia­ra, bo wy­kal­ku­lo­wa­ła so­bie, że u two­je­go boku cze­ka ją wiecz­na wy­go­da i bez­tro­ska. A ty, jak głu­pek, ja­dłeś jej z ręki!

W po­ko­ju obok, sku­lo­na w fo­te­lu, sie­dzia­ła głów­na spraw­czy­ni nie­szczęść Ka­ro­la, ły­ka­jąc gorz­kie łzy. Sły­sza­ła nie­ma­lże ka­żde sło­wo te­ścio­wej i nie po­tra­fi­ła wy­zbyć się nie­przy­jem­ne­go uczu­cia, że Ka­ta­rzy­na ma ra­cję: fak­tycz­nie na­roz­ra­bia­ła i po­krzy­żo­wa­ła pla­ny ży­cio­we uko­cha­ne­go mężczy­zny. Mia­ło być jak w baj­ce, a wy­szło tak, jak wy­szło. W jed­nym tyl­ko te­ścio­wa się my­li­ła – Syl­wia na­wet przez mo­ment nie dzia­ła­ła z pre­me­dy­ta­cją.

Udo­wod­nię jędzy, że błęd­nie mnie oce­nia – po­my­śla­ła, ocie­ra­jąc mo­kre po­licz­ki. Po­ra­dzę so­bie bez ni­czy­jej ła­ski. Sta­nę na rzęsach, by Ka­rol mógł sko­ńczyć stu­dia i pó­jść do wy­ma­rzo­nej pra­cy. A jak już od­cho­wam dzie­ci, też będę się uczyć, cho­ćby za­ocz­nie. Mu­szę tyl­ko uwa­żać, by nie do­pu­ścić do trze­ciej wpad­ki, bo wte­dy ta har­pia nie da mi żyć.

Ko­cha­ła Ka­ro­la. Dla nie­go go­to­wa była na naj­wi­ęk­sze wy­rze­cze­nia. Wie­rzy­ła, że kie­dyś ode­śpi ka­żdą nie­prze­spa­ną noc i od­pocz­nie, ale na ra­zie musi się wzi­ąć w ga­rść.

Może jak już prze­pro­wa­dzą się z mężem na swo­je, będzie jej choć tro­chę ła­twiej? Po pierw­sze: umknie spod ku­ra­te­li te­ścio­wej, któ­ra oka­za­ła się oso­bą nie mniej su­ro­wą i wy­ma­ga­jącą niż Piotr Sto­kło­sa, oj­ciec Syl­wii. Po dru­gie: Ka­rol, uwol­nio­ny od obo­wi­ąz­ków zwi­ąza­nych ze stu­dio­wa­niem, na pew­no za­cznie po­ma­gać w obo­wi­ąz­kach do­mo­wych. Te­raz na­wet nie śmia­ła męża o to pro­sić, aby nie od­ry­wać go od pod­ręcz­ni­ków. Nie pró­bo­wa­ła na nie­go wpły­nąć, by przy­naj­mniej raz wzi­ął Pa­try­cję na ręce, i ak­cep­to­wa­ła wy­tłu­ma­cze­nie mężczy­zny oba­wia­jące­go się, że nie­chcący mó­głby zro­bić krzyw­dę ma­le­ństwu.

Tak, po­świ­ęci się dla Ka­ro­la. Dwa lata ma­gi­ster­ki po­win­ny szyb­ko zle­cieć, a po­tem to ona po­my­śli o re­ali­za­cji swo­ich pla­nów. Kto wie? Może na­wet po­szczęści jej się na tyle, by mo­gła urze­czy­wist­nić ma­rze­nie o ka­rie­rze ak­tor­skiej?Roz­dział 1
Ach, ro­dzi­na!

Listopad

Syl­wia Wi­dłak sta­ła przed lu­strem, nie przy­gląda­jąc się so­bie zbyt wni­kli­wie. Usi­ło­wa­ła nie zwra­cać uwa­gi na co­raz licz­niej­sze zmarszcz­ki i pierw­sze siwe wło­sy, choć te oczy­wi­ście przy­ci­ąga­ły wzrok. Parę ty­go­dni temu uko­ńczy­ła trzy­dzie­ści sie­dem lat. Czas nie ob­sze­dł się z nią ani do­brze, ani źle. Ni­czym się nie ró­żni­ła od swych ró­wie­śnic. W kąci­kach jej oczu ry­so­wa­ły się ku­rze łap­ki, pod­bró­dek suk­ce­syw­nie tra­cił jędr­no­ść, po­dob­nie jak skó­ra na ca­łym cie­le. De­kolt też nie wy­glądał tak po­nęt­nie jak nie­gdyś. Pew­ne­go dnia w po­pu­lar­nym ko­bie­cym pi­sem­ku Syl­wia prze­czy­ta­ła, że zmarszcz­ki na szyi na­zy­wa­ją się na­szyj­ni­ka­mi Kle­opa­try czy ja­koś tak. I ka­żda z nich ozna­cza ko­lej­ną prze­ży­tą de­ka­dę. W grun­cie rze­czy zga­dza­ło­by się to ze sta­nem fak­tycz­nym, gdyż wy­ra­źnie wi­dać było trzy li­nie i po­wsta­jącą czwar­tą, któ­ra z ka­żdym dniem sta­wa­ła się co­raz wi­docz­niej­sza.

Nie­praw­do­po­dob­ne, jak szyb­ko mija uro­da – wes­tchnęła ci­ężko Syl­wia. Kie­dyś była pi­ęk­ną dziew­czy­ną. Nie­zau­wa­żal­nie sta­ła się zu­pe­łnie prze­ci­ęt­ną pa­nią w śred­nim wie­ku. Mój Boże... Jak to okrop­nie brzmi: „pani w śred­nim wie­ku” lub „ko­bie­ta doj­rza­ła”.

Jesz­cze nie tak daw­no sądzi­ła, że może wszyst­ko. Mężczy­źni ogląda­li się za nią na uli­cy, gwiz­da­li prze­ci­ągle – na­wet po tym, jak uro­dzi­ła dwój­kę dzie­ci. Ni­g­dy jed­nak nie wy­ko­rzy­sty­wa­ła atu­tów swe­go wy­glądu, wio­dąc ży­wot ca­łko­wi­cie prze­ci­ęt­nej ko­bie­ty: mat­ki, żony, go­spo­dy­ni do­mo­wej, sprze­daw­czy­ni w skle­pie z tek­sty­lia­mi.

A może, póki jesz­cze była na to nie naj­gor­sza pora, na­le­ża­ło po­pró­bo­wać szczęścia cho­ćby w po­pu­lar­nych ostat­nio se­ria­lach pa­ra­do­ku­men­tal­nych?

Jako dziew­czyn­ka ma­rzy­ła o ka­rie­rze ar­ty­stycz­nej. Wi­dzia­ła się na sce­nie od­gry­wa­jącą role Des­de­mo­ny, Ofe­lii czy ro­dzi­mej Anie­li bądź Kla­ry ze Ślu­bów pa­nie­ńskich. Te­raz na zro­bie­nie praw­dzi­wej pro­fe­sjo­nal­nej ka­rie­ry było zde­cy­do­wa­nie za pó­źno. Zresz­tą ostat­nio Wi­dła­ko­wa czu­ła się ca­łko­wi­cie bez­barw­na, jak w tej pio­sen­ce Sa­nah, któ­rą często nu­ci­ły jej cór­ki: „Ja prze­zro­czy­sta, nie wi­dzisz mnie1”.

1 Frag­ment pio­sen­ki Cząst­ka z re­per­tu­aru Sa­nah. Sło­wa: Sa­nah (Zu­zan­na Ire­na Jur­czak), mu­zy­ka: Ja­kub Ga­li­ński, Sa­nah.

Co gor­sza, jej mąż, Ka­rol, do­brnął do wie­ku, w któ­rym pa­no­wie ocho­czo ogląda­ją się na uli­cy za znacz­nie młod­szy­mi ko­bie­ta­mi. I pew­nie, tak jak inni, też gwi­żdże za nimi prze­ci­ągle, kie­dy nie ma przy nim żony. Ona, cho­ćby wy­szła z sie­bie i sta­nęła obok, już od ład­nych paru lat nie przy­ci­ąga jego uwa­gi. Chy­ba że pod­ty­ka mu pod nos świe­ży obiad. Albo za­sła­nia te­le­wi­zor wła­śnie wte­dy, gdy leci w nim ja­kiś „me­czyk”.

– Mamo! Wy­cho­dź wresz­cie z tej ła­zien­ki! – Zza drzwi do­bie­gł jęk Ka­mi­li, młod­szej la­to­ro­śli Wi­dła­ków.

Sie­dem­na­sto­lat­ka na­le­ża­ła do wy­jąt­ko­wo py­ska­tych osó­bek. Być może uwa­ża­ła, że świat kręci się wy­łącz­nie wo­kół niej, a przy­naj­mniej po­wi­nien. Re­gu­lar­nie pod­kra­da­ła mat­ce ciu­chy i ko­sme­ty­ki. A kie­dy Syl­wia usi­ło­wa­ła po­wstrzy­mać ów nie­cny pro­ce­der, cór­ka mó­wi­ła bez­czel­nie, że ona pre­zen­tu­je się w nich zde­cy­do­wa­nie cie­ka­wiej. Nie­kie­dy Wi­dła­ko­wa od­no­si­ła wra­że­nie, że stwo­rzy­ła po­two­ra. Ale tyl­ko nie­kie­dy, po­nie­waż tak wła­ści­wie za­rów­no Ka­mi­la, jak i rok star­sza Pa­try­cja były do­bry­mi dziew­czy­na­mi. A że młod­sza ak­tu­al­nie prze­cho­dzi­ła fazę „na­sto­lat­ka wie wszyst­ko naj­le­piej”? Cóż, ko­lej rze­czy.

– Właź, jak chcesz – od­pa­rła, uchy­la­jąc drzwi.

Kama mo­men­tal­nie wta­ra­ba­ni­ła się do ła­zien­ki, prze­wra­ca­jąc przy tym ocza­mi i na­rze­ka­jąc na po­ran­ny cha­os oraz go­ni­twę.

Jak ja tego nie zno­szę – po­my­śla­ła Syl­wia, za­bie­ra­jąc się do na­kła­da­nia ma­ki­ja­żu. W sztucz­nym oświe­tle­niu bez po­śpie­chu do­ko­ńczy­ła po­pra­wia­nie uro­dy. Ni­g­dy nie ma­lo­wa­ła się zbyt moc­no. Tro­chę cie­nia na po­wie­ki, czar­ne kre­ski i tusz. Po co ob­le­piać się ta­pe­tą, sko­ro mia­ła w per­spek­ty­wie spędze­nie nie­ma­lże ca­łe­go dnia w skle­pie z odzie­żą dam­ską? I tak nikt nie będzie jej oglądał. Na ogół przy­cho­dzi­ły tam same ko­bie­ty, a te za­in­te­re­so­wa­ne były wy­łącz­nie stro­ja­mi z naj­now­szych ko­lek­cji.

Cza­sem zda­rza­ło się, że ja­kaś na­dzia­na flądra przy­ho­lo­wy­wa­ła na siłę swe­go fa­ce­ta. Głów­nie po to, by ją po­dzi­wiał pod­czas przy­mie­rza­nia ko­lej­nych ciu­chów, obo­wi­ąz­ko­wo w roz­mia­rze trzy­dzie­ści sze­ść, góra trzy­dzie­ści osiem. Taki ko­leś ob­rzu­cał zwy­kle Syl­wię obo­jęt­nym spoj­rze­niem, wci­ąż zer­ka­jąc na ze­ga­rek, zie­wa­jąc z nu­dów i uda­jąc, że po­do­ba mu się ka­żda bluz­ka, su­kien­ka czy inny fa­ta­ła­szek na da­mie jego ser­ca. Przy ta­kiej oka­zji pa­da­ły za­wsze te same py­ta­nia: „Ko­cha­nie! Lep­sza będzie ja­sna czy ciem­na śliw­ka? A może wrzos? Jak my­ślisz?”. Tak jak­by mężczy­źni po­tra­fi­li roz­ró­żnić te trzy ko­lo­ry! Bo­da­jże dzie­wi­ęćdzie­si­ąt dzie­wi­ęć pro­cent sam­ców wszyst­ko to na­zy­wa­ło po pro­stu fio­le­tem.

Ostat­nie po­ci­ągni­ęcie tu­szem do rzęs Syl­wia wy­ko­na­ła w samą porę, tuż przed tym, jak cór­ka z nadętą miną we­pchnęła się po­mi­ędzy nią a lu­stro. Dziew­czy­na za­częła non­sza­lanc­ko grze­bać w ko­sme­tycz­ce mat­ki.

– Nie masz wrzo­so­wych cie­ni? – Wy­dęła usta.

Wi­dła­ko­wa da­ła­by gło­wę, że to było obu­rze­nie na po­gra­ni­czu fo­cha, a nie zwy­czaj­ne py­ta­nie.

– Nie mam wrzo­so­wych cie­ni – od­po­wie­dzia­ła krót­ko. – A ty masz do­pie­ro sie­dem­na­ście lat, więc na­wet nie wy­pa­da, że­byś cho­dzi­ła wy­ma­lo­wa­na tak moc­no. Ro­zu­miem de­li­kat­ny, na­tu­ral­ny ma­ki­jaż, ale nie kłu­jącą w oczy ta­pe­tę!

– Ależ ty nie je­steś tren­dy. Fio­le­ty są cool. Za­jaw­ko­we. No naj­mod­niej­sze w tym se­zo­nie – do­da­ła w ko­ńcu po pol­sku.

– Aha… – Wi­dła­ko­wa uda­ła zro­zu­mie­nie. Ja­sne! Skąd mam wie­dzieć, że wszyst­kie od­cie­nie fio­le­tu są wła­śnie na to­pie? Prze­cież cały sklep mam za­wie­szo­ny ubra­nia­mi w ta­kich bar­wach. – Na­wia­sem mó­wi­ąc, nie po­win­naś uży­wać tylu ko­lo­ro­wych ko­sme­ty­ków. Masz ślicz­ną, zdro­wą cerę, po co ją sma­ro­wać flu­idem? Chy­ba tyl­ko po to, by po­za­ty­kać pory i na­ba­wić się trądzi­ku albo in­ne­go pa­skudz­twa. Skó­ra po­trze­bu­je od­dy­chać.

– Phi! A two­ja nie? – sark­nęła na­sto­lat­ka.

Nie wcho­dząc w dal­sze dys­ku­sje, Syl­wia opu­ści­ła cia­sną ła­zien­kę, zi­ry­to­wa­na fak­tem, że w bie­żącym se­me­strze Ka­mi­la wy­cho­dzi do szko­ły o tej sa­mej po­rze, w któ­rej ona musi szy­ko­wać się do pra­cy. Wła­ści­wie nie po­win­na ustępo­wać cór­ce. Niby pod­bie­ra­nie ko­sme­ty­ków to dro­biazg, ale ży­cie skła­da się wła­śnie z dro­bia­zgów, któ­re z bie­giem cza­su ura­sta­ją do roz­mia­rów nie­bo­tycz­nych gór. Zda­wa­ła so­bie spra­wę, że to wy­god­nic­two ocie­ra­jące się wręcz o tchó­rzo­stwo – od­pusz­cza­ła dla świ­ęte­go spo­ko­ju, byle nie wsz­czy­nać utar­czek. Była zde­cy­do­wa­nie zbyt mi­ęk­ka w sto­sun­ku do swych po­ciech. I być może z tego po­wo­du nie po­tra­fi­ła do­sta­tecz­nie zdy­scy­pli­no­wać Ka­mi­li, któ­ra obo­wi­ązek cho­dze­nia do szko­ły trak­to­wa­ła na­der umow­nie, a od na­uki stro­ni­ła ni­czym dia­beł od świ­ęco­nej wody.

Syl­wia wsu­nęła sto­py w bot­ki na nie­du­żym ko­tur­nie, wło­ży­ła je­sien­ny trencz. Ob­wi­ąza­ła ta­lię pa­skiem, a na­stęp­nie zer­k­nęła w duże lu­stro po­wie­szo­ne w przed­po­ko­ju. Oce­ni­ła, że jed­nak nie jest naj­go­rzej jak na „pra­wie czter­dziest­kę”. Nie­wąt­pli­wym plu­sem pra­cy w bra­nży odzie­żo­wej oraz po­sia­da­nia na­sto­let­nich có­rek było po­zo­sta­wa­nie na bie­żąco z modą. Wpraw­dzie po uro­dze­niu Ka­mi­li mu­sia­ła zmie­nić roz­miar odzie­ży na czter­dzie­ści, ale za­okrąglo­ne kszta­łty re­kom­pen­so­wał dość wy­so­ki wzrost i pro­por­cjo­nal­na bu­do­wa cia­ła. Jej naj­wi­ęk­szym atu­tem były wy­jąt­ko­wo zgrab­ne nogi. A to już coś! Po­cie­sza­ła się tą my­ślą, ile­kroć na­cho­dzi­ła ją smut­na re­flek­sja, że Ka­rol daw­no temu prze­stał ją po­strze­gać jako naj­pi­ęk­niej­szą dziew­czy­nę świa­ta.

Rzut oka na ze­ga­rek przy­wró­cił ją do rze­czy­wi­sto­ści – po­win­na się po­spie­szyć, je­że­li chce zdążyć na au­to­bus. Bez dal­szej zwło­ki opu­ści­ła miesz­ka­nie i zbie­gła z pi­ętra po­nu­rą klat­ką scho­do­wą. Na dole w bra­mie za­uwa­ży­ła na­sto­let­nie­go syna sąsiad­ki. Kuba ćmił pa­pie­ro­sa. Łyp­nął na nią spode łba. Nie za­dał so­bie tru­du, by po­wie­dzieć „dzień do­bry”, ale ła­ska­wie prze­pu­ścił Wi­dła­ko­wą w drzwiach. Syl­wia obu­rzy­ła się w du­chu na ten brak wy­cho­wa­nia. Chło­pak był ró­wie­śni­kiem Ka­mi­li i, o ile do­brze ko­ja­rzy­ła, na­le­żał do bli­skich zna­jo­mych cór­ki.

Co też z nie­go wy­ro­śnie? Taki smar­kacz, a już ku­rzy. Może na­wet traw­kę? – po­my­śla­ła. Po­tem zre­flek­to­wa­ła się, że ów smar­kacz ma już sie­dem­na­ście lat, więc jest czy­mś oczy­wi­stym, że stru­ga do­ro­słe­go. Choć nie lu­bi­ła szpie­go­wać swo­ich dzie­ci, po­sta­no­wi­ła, że w naj­bli­ższym cza­sie dys­kret­nie prze­trząśnie rze­czy cór­ki. Nie żeby po­dej­rze­wa­ła ją o pa­le­nie pa­pie­ro­sów… Ot tak dla spo­ko­ju su­mie­nia. Hm… Może jed­nak nie po­win­nam ro­bić tego za jej ple­ca­mi? – stwier­dzi­ła, wy­cho­dząc wprost w si­ąpi­ący deszcz i nie­przy­ja­zny ziąb.

Ach ten po­ran­ny po­śpiech! Na­wet nie wyj­rza­ła przez okno. Za­snu­te chmu­ra­mi nie­bo nie po­zo­sta­wia­ło złu­dzeń, że na­stąpi prze­ja­śnie­nie. Na chod­ni­kach zdąży­ły już po­wstać ka­łu­że. Było zbyt pó­źno, by Syl­wia mo­gła wró­cić po pa­ra­sol. Z od­da­li wi­dzia­ła au­to­bus li­nii 503 do­je­żdża­jący do przy­stan­ku „Pro­ko­cim – szpi­tal”. Pu­ści­ła się bie­giem, nie zwa­ża­jąc na zim­ną wodę chla­pi­ącą spod bu­tów wprost na jej łyd­ki. Zdy­sza­na w ostat­niej chwi­li do­pa­dła drzwi i wsko­czy­ła na scho­dek prze­pe­łnio­ne­go po­jaz­du.

Mimo prze­bie­gni­ęcia kil­ku­na­stu kro­ków nie zdo­ła­ła się roz­grzać. Na szczęście kie­row­ca li­to­ści­wie włączył ogrze­wa­nie. Szy­by jed­nak moc­no za­pa­ro­wa­ły, a we­wnątrz uno­sił się za­pach wil­go­ci. Wi­dła­ko­wa zmar­z­ni­ętą dło­nią kur­czo­wo zła­pa­ła za me­ta­lo­wy uchwyt. Z po­wo­du cia­sno­ty sta­nęła w dość nie­wy­god­nej po­zy­cji, de­ner­wu­jąc się, że nie ma pe­łnej kon­tro­li nad wła­sną to­reb­ką. W ze­szłym mie­si­ącu ktoś ja­dący tą samą li­nią ukra­dł jej port­fel. Na szczęście nie mia­ła wte­dy przy so­bie dużo go­tów­ki, więc nie­wie­le stra­ci­ła. Kar­ty ban­ko­ma­to­we za­blo­ko­wa­ła, za­nim zło­dziej zdążył z nich sko­rzy­stać. Znacz­nie wi­ęk­szy kło­pot wi­ązał się z wy­ra­bia­niem no­wych do­ku­men­tów.

Au­to­bus mo­no­ton­nie się ko­ły­sał, usy­pia­jąc szczęścia­rzy, któ­rym dane było za­jąć miej­sca sie­dzące. Nie­któ­rzy z nich za­pew­ne mar­ko­wa­li sen, by nie ustępo­wać miej­sca sta­rusz­ce lub ko­bie­cie w ci­ąży. Mło­dzież prze­wa­żnie wbi­ja­ła wzrok w smart­fo­ny, od­gra­dza­jąc się od bo­dźców dźwi­ęko­wych mod­ny­mi wiel­ki­mi słu­chaw­ka­mi bez­prze­wo­do­wy­mi.

Po­jazd za­czął zwal­niać, zbli­ża­jąc się do przy­stan­ku. W ko­tłu­jącym się przy drzwiach tłu­mie przed ocza­mi Syl­wii mi­gnęła blond czu­pry­na. Ko­bie­ta za­re­je­stro­wa­ła gęste wło­sy, po­skręca­ne ni­czym ba­ra­nie runo. Na uła­mek se­kun­dy podła­pa­ła spoj­rze­nie nie­bie­skich oczu. Mężczy­zna gó­ro­wał nad tłu­mem. Wy­glądał bar­dzo zna­jo­mo.

Nie mia­ła cza­su, by mu się uwa­żnie przyj­rzeć, gdyż znik­nął wraz z in­ny­mi pa­sa­że­ra­mi. Sama wci­ąż mu­sia­ła wal­czyć z pcha­jący­mi się upo­rczy­wie na jej ple­cy lu­dźmi o miej­sce przy po­ręczy. Kie­dy po mniej wi­ęcej dzie­si­ęciu mi­nu­tach au­to­bus do­ta­rł na jej przy­sta­nek, po­czu­ła się do­szczęt­nie wy­ma­glo­wa­na. Wy­gła­dzi­ła po­gnie­cio­ny płasz­czyk i od razu spraw­dzi­ła za­war­to­ść to­reb­ki. Na szczęście port­fel tkwił we­wnątrz. Za ko­łnierz Syl­wii kap­nęły zim­ne kro­ple desz­czu.

Ko­bie­ta ru­szy­ła ener­gicz­nie w stro­nę skle­pu zlo­ka­li­zo­wa­ne­go kil­ka­set me­trów da­lej, przy uli­cy Kal­wa­ryj­skiej. Pra­co­wa­ła w nim już bli­sko pi­ęt­na­ście lat, co było swo­istym ewe­ne­men­tem, gdyż w tej części Kra­ko­wa pla­ców­ki han­dlo­we po­ja­wia­ły się i zni­ka­ły dość szyb­ko. Mod­na Pani jed­nak trwa­ła znacz­nie dłu­żej, na prze­kór ko­niunk­tu­rom, i nie dała się wy­przeć z ryn­ku, na­wet gdy trze­ba było kon­ku­ro­wać ze zna­ny­mi sie­ciów­ka­mi, któ­re sto­so­wa­ły spo­re ra­ba­ty se­zo­no­we i po­se­zo­no­we. Atu­tem tego miej­sca była ja­ko­ść sprze­da­wa­nych to­wa­rów, któ­re wy­ko­ny­wa­no ze znacz­nie lep­szych ma­te­ria­łów oraz z dużo wi­ęk­szą sta­ran­no­ścią niż fa­ta­łasz­ki ofe­ro­wa­ne przez wiel­kie sie­ci han­dlo­we. Tam­te skle­py, za­py­cha­ne za­zwy­czaj chi­ńsz­czy­zną, nie­rzad­ko wo­nie­jące stęchli­zną kon­te­ne­rów, ob­le­ga­ne były częściej przez mło­dzież. W Mod­nej Pani za­trud­nia­jącej Syl­wię ubie­ra­ły się bar­dziej wy­ma­ga­jące klient­ki. Tu­taj mo­żna było za­opa­trzyć się kom­plek­so­wo, po­nie­waż lo­kal po­dzie­lo­ny zo­stał na czte­ry dzia­ły: ga­lan­te­ryj­ny, bie­li­źnia­ny, obuw­ni­czy oraz odzie­żo­wy. Ka­żdy z nich ob­słu­gi­wa­ły dwie eks­pe­dient­ki, z któ­rych jed­na przy­cho­dzi­ła rano, dru­ga w go­dzi­nach wcze­sno­po­po­łu­dnio­wych. W po­rze szczy­tu pra­co­wa­ło osiem sprze­daw­czyń, któ­re wza­jem­nie się za­stępo­wa­ły, gdy za­cho­dzi­ła taka po­trze­ba.

Syl­wia lu­bi­ła swo­ją pra­cę, choć kie­dyś ma­rzy­ła o czy­mś zu­pe­łnie in­nym. Nie na­rze­ka­ła jed­nak, po­nie­waż prócz dość przy­zwo­itej pen­sji otrzy­my­wa­ła coś, co wła­ści­ciel­ka fir­my na­zy­wa­ła de­pu­ta­tem odzie­żo­wym, oraz spo­ry ra­bat na za­ku­py w ka­żdym z dzia­łów. Za­wsze mia­ła więc ubra­nia z naj­now­szej ko­lek­cji, wszak ona i jej wspó­łpra­cow­ni­ce sta­no­wi­ły żywą wi­zy­tów­kę fir­my. A po­nie­waż osiem pań no­si­ło zró­żni­co­wa­ne roz­mia­ry, często klient­ki mo­gły zo­ba­czyć, jak wy­pa­trzo­ny przez nie ciu­szek ukła­da się na ko­bie­cie, a nie na sztyw­nym ma­ne­ki­nie.

W to­a­le­cie na za­ple­czu Syl­wia zer­k­nęła w lu­stro i ze zgro­zą stwier­dzi­ła, że wo­do­od­por­ny tusz do rzęs nie prze­trzy­mał pró­by desz­czu. Pod jej ocza­mi po­ja­wi­ły się czar­ne kręgi, na­da­jąc Wi­dła­ko­wej wy­gląd zmęczo­nej pan­dy. Szyb­ko po­pra­wi­ła ma­ki­jaż. Schla­pa­ne raj­sto­py prze­ta­rła wil­got­ną chu­s­tecz­ką hi­gie­nicz­ną. Zdąży­ła do­trzeć do swo­je­go dzia­łu, w chwi­li gdy na­de­szły pierw­sze klient­ki.

Za­zwy­czaj o tej po­rze nie było du­że­go ru­chu. Wi­ęk­szo­ść przy­cho­dzących pań sta­no­wi­ły zwy­kłe „oglądacz­ki”, za­trzy­mu­jące się tu­taj w dro­dze do pra­cy. Ta­kie, któ­re do­syć dłu­go ma­ru­dzą, każą so­bie po­ka­zy­wać ko­lej­ne ubra­nia, kręcą no­sa­mi, by na ko­niec zo­sta­wić Syl­wię z na­ręcza­mi ciu­chów do po­wie­sze­nia.

Kie­dy sklep opu­ści­ła po­ran­na fala ku­pu­jących, na sto­isko Wi­dła­ko­wej zaj­rza­ła Go­śka, sprze­daw­czy­ni bie­li­zny.

– Jak tam? Sprze­da­łaś już coś? Za­ro­bi­łaś cho­ćby na wa­ci­ki? – Ma­łgo­rza­ta pu­ści­ła oko do ko­le­żan­ki.

Ko­bie­ty, prócz pod­sta­wo­wej pen­sji, otrzy­my­wa­ły pro­wi­zję od utar­gu, więc dwo­iły się i tro­iły na­wet wów­czas, gdy z góry za­kła­da­ły, że ogląda­jące ni­cze­go nie ku­pią.

– Kie­pściuch­no. – Syl­wia wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Po­sze­dł tyl­ko je­den top i dwa swe­try. Może pó­źniej coś drgnie.

– Aha… Chcia­ła­bym w to wie­rzyć. Je­śli da­lej będzie tak pa­da­ło, to po po­łud­niu na­wet pies z ku­la­wą nogą nie przyj­dzie. Na­pi­ła­bym się kawy – stwier­dzi­ła.

– Okej, mogę za­pa­rzyć pluj­kę – za­de­kla­ro­wa­ła Wi­dła­ko­wa. Od­kąd ku­pi­ła do domu eks­pres ci­śnie­nio­wy, na­der rzad­ko pi­ja­ła kawę po tu­rec­ku. Tym ra­zem jed­nak za­po­trze­bo­wa­nie na ko­fe­inę wy­gra­ło z pre­fe­ren­cja­mi sma­ko­wy­mi. – Może prze­trzesz w tym cza­sie podło­gę? – za­pro­po­no­wa­ła.

– To jest nor­mal­nie wy­zysk kla­sy pra­cu­jącej! – Go­sia uda­ła obu­rze­nie, ale z uśmie­chem na ustach po­ma­sze­ro­wa­ła na za­ple­cze po mopa i wia­der­ko z czy­stą wodą. Po­sadz­kę wy­cie­ra­ły na­prze­mien­nie pra­cow­ni­ce wszyst­kich dzia­łów. Te­raz i tak wy­pa­da­ła ko­lej naj­młod­szej z eks­pe­dien­tek, więc nie do­tknęła jej żad­na nie­spra­wie­dli­wo­ść. Uwa­ga rzu­co­na zo­sta­ła żar­to­bli­wym to­nem.

– Tyl­ko moc­no wy­ci­skaj – na­po­mnia­ła ją Syl­wia, od­cho­dząc do po­miesz­cze­nia so­cjal­ne­go.

Dziew­czy­na wy­krzy­wi­ła się szpet­nie, prze­drze­źnia­jąc star­szą ko­le­żan­kę. Była znacz­nie młod­sza od Syl­wii, wła­śnie za­częła trze­ci rok za­ocz­nych stu­diów li­cen­cjac­kich. Za­ra­bia­ła na nie, sprze­da­jąc sta­ni­ki i raj­sto­py. Syl­wia cza­sa­mi tro­chę jej mat­ko­wa­ła, ale w grun­cie rze­czy Go­śka uwa­ża­ła ją za rów­ną bab­kę. Nie­kie­dy za­stępo­wa­ły się wza­jem­nie na sto­iskach, kie­dy któ­raś mu­sia­ła szyb­ko do­kądś wy­sko­czyć. Pra­co­wa­ły już ra­zem gru­bo po­nad rok i bar­dzo się po­lu­bi­ły. Go­sia wy­ra­źnie lgnęła do Wi­dła­ko­wej i wy­ró­żnia­ła ją spo­śród po­zo­sta­łych ko­le­ża­nek ze zmia­ny.

Tuż przed po­łud­niem do skle­pu wpa­dła Ka­mi­la.

– Elo, ma­tu­lu! – przy­wi­ta­ła się stan­dar­do­wo, choć w Syl­wii sło­wo „ma­tu­la” wy­wo­ły­wa­ło we­wnętrz­ny sprze­ciw.

– Hej. Coś się sta­ło? – za­nie­po­ko­iła się Wi­dła­ko­wa.

– Za­po­mnia­łaś mi dać kasę na wy­ciecz­kę. Ja­ski­nia Raj, za­mek w Chęci­nach i Mu­zeum Wsi Kie­lec­kiej. Pa­mi­ętasz?

Ko­bie­ta ode­tchnęła z ulgą, że to nic wa­żne­go, i za­raz zła­ja­ła la­to­ro­śl:

– A nie po­win­naś być te­raz w szko­le? Poza tym mnó­stwo razy wam po­wta­rza­łam, że pra­cu­ję. Nie mo­że­cie tu­taj przy­cho­dzić z byle bzdu­ra­mi.

– Mamo! Ze­rwa­łam się z du­żej prze­rwy. Mu­szę dziś za­pła­cić, bo ina­czej nie po­ja­dę.

– Na pew­no nie zdążysz na na­stęp­ną lek­cję! – zde­ner­wo­wa­ła się Wi­dła­ko­wa.

– Ależ ma­tu­lu… Nie ro­zu­miesz, że trze­ba wpła­cić kasę dzi­siaj?

– Pod­da­ję się. – Po­kręci­ła gło­wą i mruk­nęła: – Ile?

Dziew­czy­na wy­mie­ni­ła kwo­tę.

– Co? O mat­ko! Aż tyle? Czy ci na­uczy­cie­le już ca­łkiem zdur­nie­li? Ups… – Zre­flek­to­wa­ła się, że po­stępu­je nie­pe­da­go­gicz­nie. – Nie sły­sza­łaś tego.

– Mamo! – W gło­sie Ka­mi­li za­brzmia­ło po­na­gle­nie.

– Go­siu! Je­steś wol­na? – Syl­wia wy­chy­li­ła się, by spoj­rzeć na sto­isko ko­le­żan­ki. – Dasz radę po­de­jść?

– Już, już – pa­dło w od­po­wie­dzi. – Co tam? – za­gad­nęła stu­dent­ka, gdy do­ta­rła na miej­sce.

– Po­pil­nu­jesz mi chwi­lę sto­iska? Mu­szę sko­czyć do ban­ko­ma­tu. Kama je­dzie na wy­ciecz­kę, a ja nie mam przy so­bie zła­ma­ne­go gro­sza.

– Mamo! Nie ma cza­su. Nie mo­żesz mi po pro­stu dać z kasy?

– Nie!

– Dla­cze­go? Tak będzie szyb­ciej.

– Bo nie!

Zgod­nie z prze­wi­dy­wa­nia­mi dzień był nu­żący i nie przy­nió­sł du­że­go utar­gu. Syl­wia po­cie­sza­ła się my­ślą, że na ko­niec ty­go­dnia za­po­wie­dzia­na jest po­pra­wa aury. Przy ład­nej po­go­dzie do skle­pu za­gląda­ło wi­ęcej klien­tek na­sta­wio­nych na zro­bie­nie za­ku­pów.

Wra­ca­jąc do domu, przy­po­mnia­ła so­bie, że po­win­na ku­pić coś do je­dze­nia. Niby w miesz­ka­niu były trzy dba­jące o li­nię ko­bie­ty i tyl­ko je­den mężczy­zna, lecz lo­dów­ka i tak pu­sto­sza­ła bły­ska­wicz­nie. W dro­dze z przy­stan­ku Syl­wia skręci­ła do nie­wiel­kie­go osie­dlo­we­go skle­pi­ku, gdzie wło­ży­ła do ko­szy­ka naj­po­trzeb­niej­sze pro­duk­ty. Za­trzy­ma­ła się chwi­lę dłu­żej przy re­ga­le z pra­są. Na sa­mym dole wy­pa­trzy­ła ko­lej­ny z ku­po­wa­nej przez nią se­rii dwu­pak ro­man­sów. Je­że­li dziew­czy­ny ni­cze­go nie wy­kom­bi­nu­ją, mia­ła przed sobą per­spek­ty­wę spędze­nia mi­łe­go wie­czo­ru z ksi­ążką w ręce.

W bra­mie Syl­wia na­tknęła się na swo­ją młod­szą la­to­ro­śl. Za­mu­ro­wa­ło ją, gdy zo­ba­czy­ła na­szpi­ko­wa­ne­go kol­czy­ka­mi chło­pa­ka ści­ska­jące­go Ka­mi­lę. Ubra­ny był na czar­no. Ob­ci­słe je­an­sy mia­ły moc­no wy­strzępio­ne no­gaw­ki, a pod­ci­ągni­ęty po­nad ło­kieć rękaw kurt­ki od­sła­niał wy­ta­tu­owa­ne przed­ra­mię. Cór­ka sta­ła opar­ta ple­ca­mi o skrzyn­ki na li­sty. Ręce wy­rost­ka mi­ęto­si­ły jej po­ślad­ki. Mło­dzi ca­ło­wa­li się z taką na­mi­ęt­no­ścią, że w ogó­le nie zwró­ci­li uwa­gi na ruch w klat­ce scho­do­wej. Skon­ster­no­wa­na ko­bie­ta za­trzy­ma­ła się, nie wie­dząc, czy ma przy­wo­łać cór­kę do po­rząd­ku, czy ra­czej udać, że ni­cze­go nie wi­dzi, i umknąć na górę, a smar­ku­lę ob­sztor­co­wać przy pierw­szej nada­rza­jącej się oka­zji. Osta­tecz­nie wy­bra­ła trud­niej­sze roz­wi­ąza­nie. Nie mo­gła do­pu­ścić, żeby sąsie­dzi ostrzy­li so­bie języ­ki na jej dziec­ku.

– Kama, do domu! – Za­dba­ła o nada­nie gło­so­wi jak naj­do­bit­niej­sze­go brzmie­nia.

Pan­ni­ca ode­rwa­ła się od chło­pa­ka. Nie­ste­ty, on nie ode­rwał dło­ni od jej po­ślad­ków.

– Co jest? – za­py­tał dziew­czy­nę.

– Moja ma­tu­la, wiesz? – oznaj­mi­ła ko­le­dze. – Pew­nie za­raz za­cznie przy­nu­dzać, że mam za krót­ką spód­ni­cę.

– No już, już! – uci­szy­ła ją Syl­wia. Roz­trzęsio­ną ręką po­ka­za­ła mło­dej scho­dy. – Marsz na górę! Na­tych­miast! Bo za­wo­łam ojca.

Ka­mi­la wzru­szy­ła lek­ce­wa­żąco ra­mio­na­mi.

– Pff! Jesz­cze nie wró­cił. Pew­nie zno­wu ma nad­go­dzi­ny – rzu­ci­ła z prze­kąsem.

Po­tem wy­ci­snęła na ustach chło­pa­ka szyb­kie­go ca­łu­sa.

– Sor­ki, Seba. Mu­szę tur­lać drop­sa2. Dzi­ęki.

2 Tur­lać drop­sa – w slan­gu mło­dzie­żo­wym: iść so­bie, spa­dać.

– No to nara.

– Nara.

Syl­wia od­cze­ka­ła, aż cór­ka odej­dzie. Zmie­rzy­ła chło­pa­ka nie­przy­ja­znym spoj­rze­niem, on od­wza­jem­nił jej się tym sa­mym. Chcia­ła mu coś po­wie­dzieć, lecz zda­ła so­bie spra­wę, że nie ma sen­su, po­nie­waż usły­szy tyl­ko ja­kąś bez­czel­ną od­po­wie­dź. Ubo­le­wa­jąc nad wła­sną sła­bo­ścią, bez sło­wa ru­szy­ła za dziew­czy­ną na pi­ętro. Za­mie­rza­ła zmyć smar­ku­li gło­wę nie­co pó­źniej. Wsz­czy­na­jąc awan­tu­rę w klat­ce scho­do­wej, za­fun­do­wa­ła­by tyl­ko ubaw wścib­skim sąsia­dom. Już i tak wie­sza­li psy na Ka­mi­li, okre­śla­jąc ją jako aro­ganc­ką, źle wy­cho­wa­ną i wul­gar­ną pan­ni­cę, któ­ra ubie­ra się wy­zy­wa­jąco i w ogó­le od­sta­je od po­wszech­nie przy­jętych norm spo­łecz­nych.

W miesz­ka­niu Syl­wia ulży­ła swo­jej ręce, od­kła­da­jąc na podło­gę za­ku­py. Z za­do­wo­le­niem za­uwa­ży­ła, że kuch­nia lśni czy­sto­ścią, w garn­ku sto­jącym na pły­cie in­duk­cyj­nej są ob­ra­ne ziem­nia­ki, a na szaf­ce mi­ska z przy­go­to­wa­ną su­rów­ką. To ozna­cza­ło, że któ­raś z có­rek zna­la­zła czas, by po­móc.

Na­gle Syl­wię ogłu­szył ryk mu­zy­ki do­bie­ga­jący ze wspól­ne­go po­ko­ju dziew­cząt.

– Halo! Przy­cisz­cie to! – krzyk­nęła. – Pat­ka! Kama! Li­to­ści! – Bez­sku­tecz­nie usi­ło­wa­ła prze­krzy­czeć ja­zgot.

Znie­cier­pli­wio­na bra­kiem re­ak­cji i zła, zo­sta­wi­ła za­ku­py. Z im­pe­tem otwa­rła drzwi do po­ko­ju na­sto­la­tek. Po­chy­lo­na nad ksi­ążka­mi Pa­try­cja sie­dzia­ła przy biur­ku, na uszach mia­ła słu­chaw­ki. Nie usły­sza­ła wcho­dzącej ko­bie­ty. Ka­mi­la na­to­miast le­ża­ła na swo­im tap­cza­nie. Nogi w ci­ężkich bu­cio­rach opa­rła o po­ręcz. Mia­ła za­mkni­ęte oczy, ki­wa­ła gło­wą w takt mu­zy­ki.

Syl­wia szyb­ko zlo­ka­li­zo­wa­ła źró­dło ha­ła­su. Da­ła­by so­bie rękę uci­ąć, że wie­żę, z któ­rej wy­do­by­wa­ły się ogłu­sza­jące de­cy­be­le, wi­dzi pierw­szy raz w ży­ciu. Z całą pew­no­ścią nie da­wa­ła cór­kom pie­ni­ędzy na tak dro­gi za­kup. Nie sądzi­ła rów­nież, by zro­bił to jej do­syć nie­od­po­wie­dzial­ny ma­łżo­nek. Rzecz była o tyle dziw­na, że na­sto­lat­ki mia­ły sprzęt gra­jący, któ­ry otrzy­ma­ły dwa lata temu. Wi­dła­ko­wa przyj­rza­ła się mi­go­cące­mu dio­da­mi urządze­niu. Po­nie­waż nie po­tra­fi­ła od­gad­nąć, któ­re z licz­nych po­kręteł słu­ży do re­gu­la­cji na­tęże­nia dźwi­ęku, zde­ner­wo­wa­na wy­szar­pa­ła wtycz­kę z gniazd­ka. Ci­sza, któ­ra na­gle za­pa­dła, roz­dzwo­ni­ła się w uszach.

– Co ro­bisz? – roz­zło­ści­ła się Ka­mi­la, nie zmie­nia­jąc po­zy­cji. – Chcesz po­psuć?

– Mo­żesz mi po­wie­dzieć, skąd się to tu­taj wzi­ęło? – na­pa­dła na nią mat­ka.

– Seba nam po­ży­czył. Jego sta­ra się nie ku­twi. Ku­pi­ła mu nowy sprzęcik.

– Co to za słow­nic­two? Jaka „sta­ra”? Mi­lion razy po­wta­rza­łam ci, że nie­ład­nie jest wy­ra­żać się po­gar­dli­wie o czy­ichś ro­dzi­cach. Mnie też tak okre­ślasz, gdy tego nie sły­szę? – zwró­ci­ła uwa­gę cór­ce. Po­tem zdjęła star­szej pan­ni­cy słu­chaw­ki i oświad­czy­ła: – Ma­cie w tej chwi­li od­dać ko­le­dze wie­żę! Ja nie za­mie­rzam brać od­po­wie­dzial­no­ści za cu­dze rze­czy! Prze­cież ku­pi­li­śmy wam z oj­cem taką, jaką chcia­ły­ście! Po co wam jesz­cze jed­na?

– Wy­lu­zuj, mamo. On i tak już z niej nie ko­rzy­sta – wtrąci­ła się Pati.

– No wła­śnie. Wie­ża zo­sta­je – po­pa­rła ją młod­sza sio­stra.

– Ty nie masz nic do ga­da­nia. A w ogó­le to usi­ądź, jak do cie­bie mó­wię! Sły­szysz? I za­bierz te nogi z łó­żka! Nie wiesz, że buty zo­sta­wia się w przed­po­ko­ju? Ile razy mam ci po­wta­rzać?

Dziew­czy­na prze­wró­ci­ła ocza­mi i zmie­ni­ła po­zy­cję.

– No i co się cze­piasz?

– To nie jest żad­ne cze­pia­nie. Za­cho­wuj się, moja pan­no! Za­raz po obie­dzie od­nie­sie­cie wie­żę tam, skąd ją przy­nio­sły­ście.

– Ależ nie ma ta­kiej ko­niecz­no­ści. Se­ba­stia­no­wi se­rio nie jest po­trzeb­na – od­pa­rła spo­koj­nie Pa­try­cja.

– Wam też nie. Prze­cież ma­cie na czym słu­chać mu­zy­ki.

– Ale to nie to samo. My mamy tan­de­ciar­ską chi­ńską elek­tro­ni­kę, a to jest Tech­nics pro­du­ko­wa­ny pod ko­niec lat osiem­dzie­si­ątych. So­lid­ny sprzęt, któ­ry daje nie­po­rów­ny­wal­nie lep­szą ja­ko­ść dźwi­ęku – wy­ja­śni­ła rze­czo­wo star­sza z sióstr. – Mamo, na­praw­dę nam na niej za­le­ży.

– No to może ina­czej: sko­ro tak bar­dzo pra­gnie­cie za­trzy­mać urządze­nie, za­py­taj­cie Se­ba­stia­na, za ile by je od­sprze­dał. Żad­ne po­życz­ki nie wcho­dzą w grę. Albo od­ku­pi­cie wie­żę z wła­sne­go kie­szon­ko­we­go, albo ją od­da­cie – oświad­czy­ła sta­now­czo, a na­stęp­nie po­now­nie zwró­ci­ła się do młod­szej z có­rek: – A ten chło­pak, z któ­rym cię przy­ła­pa­łam, to kto? – za­py­ta­ła.

– No wła­śnie Seba. To on po­ży­czył nam wie­żę.

– I w za­mian za nią mu­siał cię tak obści­ski­wać? Jak ty się za­cho­wu­jesz? Co lu­dzie po­wie­dzą? Ręce mi już opa­da­ją. Co z cie­bie wy­ro­śnie? – uty­ski­wa­ła, nie zwa­ża­jąc, że cór­ka robi głu­pie miny, prze­drze­źnia­jąc jej wy­wo­dy. – Lek­cje od­ro­bi­łaś?

Sło­wa tra­fia­ły w pró­żnię. Ka­mi­la klap­nęła z po­wro­tem na tap­czan. Je­dy­ną od­po­wie­dzią było już tyl­ko re­gu­lar­ne wy­strze­li­wa­nie ba­lo­nów z gumy do żu­cia.

– Stwo­rzy­łam po­two­ra – stwier­dzi­ła z go­ry­czą Syl­wia.

Z za­że­no­wa­niem my­śla­ła o tym, że nie po­tra­fi być bar­dziej sta­now­cza w sto­sun­ku do có­rek. Mimo upły­wu lat ma­cie­rzy­ństwo wci­ąż trak­to­wa­ła ni­czym stąpa­nie po nie­pew­nej lo­do­wej ta­fli. Bała się po­su­nąć za da­le­ko w ja­kąkol­wiek stro­nę, bo nie chcia­ła być na­zbyt su­ro­wym i wy­ma­ga­jącym ro­dzi­cem, któ­ry w dzie­ciach wzbu­dza­łby wy­łącz­nie strach, nie chcia­ła też po­zwa­lać la­to­ro­ślom na zbyt wie­le. Zna­le­zie­nie zło­te­go środ­ka by­wa­ło trud­ne dla ko­goś ta­kie­go jak ona. Wszak cór­ki za­wsze mo­gły wy­krzy­czeć jej w twarz, by się nie wy­mądrza­ła, bo sama, będąc w ich wie­ku, po­stąpi­ła na­der nie­roz­wa­żnie, więc nie po­win­na in­nych po­uczać.

– Po­mo­gę ci przy obie­dzie – za­pro­po­no­wa­ła star­sza, od­ry­wa­jąc się od lek­cji.

We dwie ode­szły do kuch­ni.

Nie­ma­lże w tym sa­mym mo­men­cie w miesz­ka­niu zno­wu za­brzmia­ła mu­zy­ka. Na szczęście nie­co cich­sza.

Wie­czo­rem wró­cił z pra­cy Ka­rol. Zdjął słu­żbo­wy gar­ni­tur i wsko­czył w wy­ci­ągni­ęty dres. Syl­wia za­jęta była pra­so­wa­niem, więc obiad od­grza­ła mu Pa­try­cja. Po po­si­łku mężczy­zna roz­pa­rł się na fo­te­lu z bu­tel­ką piwa w dło­ni. Si­ęgnął po pi­lo­ta i zmie­nił ka­nał na Eu­ro­sport, nie py­ta­jąc żony o zda­nie. Pati po­szła oglądać te­le­wi­zję do po­ko­ju dziew­cząt, Ka­mi­la gdzieś znik­nęła, choć po­win­na uczyć się do kla­sów­ki.

Syl­wia mar­twi­ła się o młod­szą cór­kę. Jesz­cze do nie­daw­na Ka­mi­la nie spra­wia­ła wi­ęk­szych pro­ble­mów wy­cho­waw­czych. Ow­szem, była dość py­ska­ta i nie gar­nęła się do pod­ręcz­ni­ków, lecz jej wy­sko­ki mie­ści­ły się w gra­ni­cach zdro­we­go roz­sąd­ku. W cza­sie wa­ka­cji na­stąpi­ła w niej ewi­dent­na prze­mia­na na gor­sze. Niby roz­po­częło się nie­win­nie, bo od ra­dy­kal­nej trans­for­ma­cji wy­glądu. Mło­da ostrzy­gła so­bie na jeża wło­sy na po­ło­wie gło­wy, na­to­miast te dłu­ższe często trak­to­wa­ła ko­lo­ro­wy­mi spray­ami. Zro­bi­ła do­dat­ko­we dziur­ki w uszach, po­ja­wił się ta­kże kol­czyk w łuku brwio­wym oraz pęp­ku. Za­częła no­sić ciu­chy wy­sty­li­zo­wa­ne na go­tyc­ko-pun­ko­wą lo­lit­kę. Wy­gląda­ła­by może w nich dość cie­ka­wie, gdy nie prze­sa­dza­ła z ma­ki­ja­żem czy dłu­go­ścią spód­ni­czek.

Głów­nym pro­ble­mem była me­ta­mor­fo­za, któ­ra za­szła w jej za­cho­wa­niu.

Cór­ka co­raz częściej wy­cho­dzi­ła z domu bez sło­wa. Kar­co­na, po­zwa­la­ła so­bie na śmia­łe, nie­kie­dy wręcz wul­gar­ne od­zyw­ki. Kil­ka razy wró­ci­ła o nie­przy­zwo­icie pó­źnej po­rze i nie chcia­ła wy­tłu­ma­czyć, gdzie tak dłu­go za­ba­wi­ła.

O tym, że po­pa­la pa­pie­ro­sy, Wi­dła­ko­wa do­wie­dzia­ła się od sąsia­dów. Pró­bo­wa­ła Ka­mi­li wy­tłu­ma­czyć, że ty­toń jest bar­dzo szko­dli­wy, lecz ta się wy­łga­ła, że nie kop­ci, a ciu­chy mo­gły jej prze­si­ąk­nąć dy­mem w miesz­ka­niu ko­le­żan­ki, któ­rej ro­dzi­ce ku­rzą na­ło­go­wo.

Znacz­nie wi­ęk­szym zmar­twie­niem Syl­wii były jed­nak pierw­sze do­świad­cze­nia cór­ki z al­ko­ho­lem. Niby smar­ku­la ni­g­dy nie przy­szła do domu pi­ja­na, lecz parę razy zo­sta­ła przez mat­kę przy­ła­pa­na na lek­kim rau­szu.

Po­win­nam ja­koś to ukró­cić – wes­tchnęła Syl­wia, si­ęga­jąc po ko­lej­ną ko­szu­lę z po­tężnej ster­ty, w któ­rej prze­wa­ża­ły rze­czy Ka­ro­la.

Z za­du­my wy­rwał ją mąż.

– Po­daj mi pa­pie­ro­sy. Zo­sta­wi­łem je w kie­sze­ni ma­ry­nar­ki.

Ob­rzu­ci­ła mężczy­znę nie­chęt­nym spoj­rze­niem.

– Sam się rusz i weź. Wi­dzisz, że je­stem za­jęta.

– No po­daj mi. Jest wa­żny me­czyk. Strze­laj, bucu! – za­wył w stro­nę te­le­wi­zo­ra. – Kur­wa… Żeby z ta­kiej po­zy­cji nie strze­lić! Da­jesz te szlu­gi?

– Nie – zde­ner­wo­wa­ła się Syl­wia. – I bądź ła­skaw pa­no­wać nad słow­nic­twem, nie sie­dzisz w knaj­pie!

Ego­ista! Ja­kiś głu­pi mecz na za­gra­nicz­nym ka­na­le jest wa­żniej­szy niż moja pra­ca. Nie dość, że nie po­ma­ga ab­so­lut­nie w ni­czym, to jesz­cze: przy­nieś mi piwo, po­daj faj­ki, zaj­mij się wszyst­kim sama – sark­nęła w du­chu, ze­zu­jąc na le­żący obok stos nie­upra­so­wa­nej odzie­ży. Już daw­no na­uczy­ła się, by nie pro­sić ślub­ne­go o po­moc w wy­pe­łnia­niu obo­wi­ąz­ków do­mo­wych. Ka­rol za­wsze się wy­kręcał, mó­wi­ąc, że pra­cu­je ci­ężej od Syl­wii, więc po ro­bo­cie po­trze­bu­je re­lak­su. Nie była w sta­nie mu się prze­ciw­sta­wić, po­nie­waż za­ra­biał znacz­nie wi­ęcej niż ona i w ka­żdej po­tycz­ce słow­nej bez par­do­nu o tym przy­po­mi­nał. Nie mo­gła jed­nak prze­jść obo­jęt­nie wo­bec tego, jak za­cho­wu­je się młod­sza cór­ka. Je­śli Kama od­czu­wa­ła przed kimś odro­bi­nę re­spek­tu, to wy­łącz­nie przed oj­cem.

– Po­wi­nie­neś po­roz­ma­wiać z Ka­mi­lą – za­ga­iła. – Zde­cy­do­wa­nie za dużo so­bie ostat­nio po­zwa­la. Nie mogę z nią do­jść do ładu. Jest bez­czel­na, py­sku­je, nic nie chce ro­bić w domu. Na do­da­tek wi­dzia­łam ją dzi­siaj, jak obści­ski­wa­ła się z ja­ki­mś ko­le­siem.

– Nie prze­szka­dzaj, oglądam mecz. Go­ool! Jest! – ryk­nął prze­ci­ągle. – Da­wać po­wtór­kę! No pi­ęk­nie strze­li­li. Wi­dzia­łaś to? – za­py­tał pod­eks­cy­to­wa­ny.

– Nie pa­trzy­łam. Czy ty w ogó­le słu­chasz, co do cie­bie mó­wię? Pro­si­łam cię, że­byś po­roz­ma­wiał z Ka­mi­lą.

– Kie­dy in­dziej.

– Tego nie mo­żna od­kła­dać w nie­sko­ńczo­no­ść. Ko­niecz­nie po­ga­daj z nią jesz­cze dzi­siaj. Pod wa­run­kiem że w ogó­le wró­ci na noc do domu – znie­cier­pli­wi­ła się Syl­wia. – Mó­głbyś choć tro­chę za­in­te­re­so­wać się dzie­ćmi.

– Ja­ki­mi zno­wu dzie­ćmi? Dziew­czy­ny są już prze­cież do­ro­słe! Tyl­ko pa­trzeć, jak jed­na po dru­giej wy­fru­ną z ro­dzin­ne­go gniazd­ka. – W jego gło­sie za­brzmiał lek­ki cy­nizm.

– Ow­szem, Pa­try­cja jest już pe­łno­let­nia, ale Ka­mi­li jesz­cze tro­chę bra­ku­je do uko­ńcze­nia osiem­na­stu lat. Na do­da­tek jest bar­dzo nie­doj­rza­ła i roz­wy­drzo­na. Wci­ąż za­cho­wu­je się nie­od­po­wie­dzial­nie. W ogó­le nie mo­żna na nią li­czyć.

Ka­rol, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od od­bior­ni­ka, mruk­nął:

– O co ci zno­wu cho­dzi? Nic, tyl­ko się cze­piasz. Czło­wiek po­trze­bu­je wy­po­cząć po pra­cy, a ty ględzisz i ględzisz!

– Przy­po­mi­nam ci, mój dro­gi, że ja też pra­cu­ję.

Spoj­rzał na nią z lek­ce­wa­że­niem. Od­nio­sła po­ło­wicz­ny suk­ces – mąż przy­naj­mniej na uła­mek se­kun­dy ode­rwał wzrok od te­le­wi­zo­ra. Od­sta­wi­ła że­laz­ko i prze­kręci­ła ter­mo­re­gu­la­tor na mi­ni­mum. Już szy­ko­wa­ła się do roz­mo­wy, gdy usły­sza­ła od­wiecz­nie przy­ta­cza­ny ar­gu­ment.

– Nie po­rów­nuj sprze­da­wa­nia ciu­chów z ana­li­za­mi ry­zy­ka fi­nan­so­we­go. Wy­ko­nu­ję bar­dzo od­po­wie­dzial­ną pra­cę. W biu­rze mu­szę być ci­ągle sku­pio­ny. Dla­te­go wła­śnie tu­taj chcę mieć świ­ęty spo­kój. Ale, jak wi­dać, ty masz to gdzieś.

– Nie mam tego gdzieś – za­pro­te­sto­wa­ła. – Zda­ję so­bie spra­wę, że jest ci ci­ężko. Wra­casz z pra­cy co­raz pó­źniej. Nie­ustan­nie wy­je­żdżasz w de­le­ga­cje. Zbyt mało cza­su spędzasz w domu. Ale masz cór­ki, któ­re cię po­trze­bu­ją. Usi­łu­ję tyl­ko zwró­cić two­ją uwa­gę na to, że Kama od wie­lu ty­go­dni spra­wia pro­ble­my. Mó­głbyś z nią po­roz­ma­wiać. Przy­ła­pa­łam ją dziś, jak obści­ski­wa­ła się na klat­ce scho­do­wej z ja­ki­mś ob­wie­siem – po­wtó­rzy­ła wcze­śniej­szą wy­po­wie­dź.

– A co w tym złe­go? Prze­cież stuk­nęło jej sie­dem­na­ście lat. Do­kład­nie tyle samo, ile ty mia­łaś, kie­dy za­częli­śmy się na se­rio spo­ty­kać.

Ko­bie­ta po­czu­ła ro­snące roz­cza­ro­wa­nie. Mąż jak zwy­kle wszyst­ko ba­ga­te­li­zo­wał.

– Ka­ro­lu! On po­win­na za­jąć się na­uką. Pó­jść na stu­dia…

– Słu­chaj, Syl­wia… Nie ro­zu­miem tego ci­śnie­nia, by ka­żdy mło­dy czło­wiek ko­ńczył wy­ższą uczel­nię. Mamy nad­po­daż osób, któ­rym mimo po­sia­da­nia dy­plo­mu bra­ku­je ja­kich­kol­wiek kom­pe­ten­cji. Po co więc mno­żyć wy­kszta­łciu­chów? Praw­da jest taka, że Ka­mi­la ze swo­ją uro­dą oraz in­te­lek­tem może za­wo­jo­wać świat bez ko­niecz­no­ści bez­my­śl­ne­go za­ku­wa­nia. Zresz­tą ty też sko­ńczy­łaś edu­ka­cję na ma­tu­rze, a ja­koś so­bie da­jesz radę.

– A co ty mo­żesz wie­dzieć na ten te­mat? Może aku­rat wo­la­ła­bym pra­co­wać dzi­siaj w ja­ki­mś biu­rze albo urzędzie, a nie ob­słu­gi­wać zma­nie­ro­wa­ne bab­ska? – Nie do ko­ńca po­kry­wa­ło się to z jej dziew­częcy­mi ma­rze­nia­mi o ro­bie­niu ka­rie­ry za­wo­do­wej, ale i tak znacz­nie od­bie­ga­ło od re­aliów ak­tu­al­ne­go ży­cia. W tej chwi­li wspo­mi­na­nie o po­grze­ba­nych złu­dze­niach, że zo­sta­nie ak­tor­ką, roz­ba­wi­ło­by tyl­ko Ka­ro­la i za­pew­ne po­ci­ągnęło­by za sobą kpi­ny. – Mądry je­steś, bo masz pra­cę, któ­rą lu­bisz.

– Sko­ro ci tak źle, to się zwol­nij. – Oczy mężczy­zny zwęzi­ły się w szpar­ki.

Nie lu­bi­ła go w tym wy­da­niu, zresz­tą ostat­nio żad­ne jego wy­da­nie nie było przy­jem­ne. Przy­gry­zła war­gę, pró­bu­jąc za­pa­no­wać nad drże­niem pod­bród­ka. Sta­now­czo nie tak mia­ła za­miar po­kie­ro­wać roz­mo­wą.

– Ka­ro­lu, pro­szę cię, zro­zum. Dziś bez wy­kszta­łce­nia czło­wiek nic nie zna­czy. Nie chcę, żeby Kama po­wie­li­ła moje błędy…

Tym ra­zem w gło­sie męża za­brzmia­ły złow­ro­gie nuty.

– Uro­dze­nie Pa­try­cji i Ka­mi­li uwa­żasz za błąd?

– Nie, do­brze wiesz, że nie o to mi cho­dzi!

– Więc o co? Je­śli uwa­żasz, że się mar­nu­jesz, to twój pro­blem. Trze­ba było się za­bez­pie­czać. Nie za­szła­byś w ci­ążę w kla­sie ma­tu­ral­nej. Nie martw się, Kama nie jest taką idiot­ką jak ty. Na pew­no nie za­li­czy wpad­ki. Ma cha­rak­ter po mnie, roz­pie­ra ją ży­cio­wa ener­gia, któ­rej ja­koś musi da­wać upust.

– Nie prze­szka­dza ci ten od­ra­ża­jący ty­pek? No tak, prze­cież go na­wet nie wi­dzia­łeś! – zi­ry­to­wa­ła się Syl­wia. – Miał ta­tu­aże, mnó­stwo kol­czy­ków i po­szła­bym o za­kład, że jego wło­sy były utle­nio­ne…

– W po­rząd­ku – ustąpił nie­chęt­nie. – Po­roz­ma­wiam z nią. Ale je­stem pe­wien, że ro­bisz z igły wi­dły. To nor­mal­ne, że na­sto­lat­ka spo­ty­ka się z chłop­ca­mi. Prze­cież nie za­mknie­my dziew­czyn w domu. Li­to­ści! Jest dwu­dzie­sty pierw­szy wiek. Nikt nie ocze­ku­je, by pa­nien­ki były świ­ętosz­ko­wa­te i spędza­ły czas na ha­fto­wa­niu i in­nych dyr­dy­ma­łach.

Ucie­szy­ła się, wi­dząc, że mąż wresz­cie wy­ka­zu­je za­in­te­re­so­wa­nie. Nie omiesz­ka­ła jed­nak do­dać:

– Gdy­by to był po­rząd­ny chło­piec, nic bym nie mó­wi­ła.

– A nie sły­sza­łaś ni­g­dy, że ci­cha woda brze­gi rwie? Ty niby by­łaś po­rząd­nic­ką cnot­ką, a do ma­tu­ry szłaś z brzu­chem.

Dla­cze­go on jest taki iry­tu­jący? Wszyst­ko lek­ce­wa­ży. Nie przej­mu­je się ni­czym. W ogó­le nie mogę na nim po­le­gać. To nie­praw­do­po­dob­ne, jak roz­pu­ścił Ka­mi­lę.Roz­dział 2
Spe­cja­list­ki od kło­po­tów

Patry­cja po­szła spać. Ka­rol, nie do­cze­kaw­szy się po­wro­tu Ka­mi­li, rów­nież za­snął. Syl­wia nie­po­ko­iła się o młod­szą la­to­ro­śl. Parę razy na­rzu­ci­ła na ra­mio­na kurt­kę i zbie­gła po scho­dach. Wy­gląda­ła za bra­mę, lecz ni­g­dzie nie za­uwa­ży­ła dziew­czy­ny. Na wi­dok nad­cho­dzącej zgrai wy­rost­ków prze­zor­nie wy­co­fa­ła się do klat­ki scho­do­wej. Z ukry­cia przy­pa­try­wa­ła się grup­ce, lecz nie do­strze­gła po­mi­ędzy nimi żad­nej dziew­czy­ny, choć w mro­ku trud­no było to jed­no­znacz­nie oce­nić, zwłasz­cza że mło­dzież no­si­ła ubra­nia typu uni­seks.

Gdzie ona się włó­czy? – wes­tchnęła ci­ężko, wra­ca­jąc do miesz­ka­nia.

I po­my­śleć, że cie­szy­ła się na spo­koj­ny wie­czór z po­wie­ścią w ręce. Tym­cza­sem nie mo­gła zna­le­źć so­bie miej­sca. Dzwo­ni­ła kil­ka­na­ście razy na ko­mór­kę cór­ki, lecz Ka­mi­la nie od­bie­ra­ła. Przy­sła­ła tyl­ko SMS-a, że jest u ko­le­żan­ki. W grun­cie rze­czy nic no­we­go – na­sto­lat­ka mia­ła ostat­nio ohyd­ny zwy­czaj kom­plet­ne­go igno­ro­wa­nia mat­ki. Co­raz częściej wra­ca­ła do domu nie­przy­zwo­icie pó­źno.

.

.

.

...(frag­ment)...

Ca­ło­ść do­stęp­na w wer­sji pe­łnej.Spis treści

Pro­log

Część I

Roz­dział 1 Ach, ro­dzi­na!

Roz­dział 2 Spe­cja­list­ki od kło­po­tów

Roz­dział 3 Sprząta­nie ba­ła­ga­nu

Roz­dział 4 Sio­stry

Roz­dział 5 Roz­ter­ki

Roz­dział 6 Pa­ra­gon

Roz­dział 7 Kru­szyn­ka

Roz­dział 8 Pró­ba cier­pli­wo­ści

Roz­dział 9 Szczyp­ta ego­izmu

Roz­dział 10 Dys­funk­cyj­no­ść

Część II

Roz­dział 1 Po­wa­żne roz­mo­wy

Roz­dział 2 Wy­jąt­ko­wo trud­ny eg­za­min

Roz­dział 3 Nie­pew­no­ść

Roz­dział 4 De­zer­ter

Roz­dział 5 Stra­chy

Roz­dział 6 Ner­wy

Roz­dział 7 Bo­le­sna praw­da

Roz­dział 8 Wal­ki­ria

Roz­dział 9 Wi­no­waj­ca

Roz­dział 10 Wszyst­ko będzie do­brze

Epi­log

Po­dzi­ęko­wa­nia
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: