Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Przybysz - ebook

Format:
EPUB
Data wydania:
1 lipca 2026
2764 pkt
punktów Virtualo

Przybysz - ebook

W historycznej, handlowej dzielnicy Tokio zostaje zamordowana kobieta. Szybko okazuje się, że śledztwo nie będzie proste. Ofiara, która przed kilkoma miesiącami przeprowadziła się do nowego mieszkania, wiodła spokojne życie i zdawała się nie mieć wrogów. Do prowadzących dochodzenie śledczych z Komendy Głównej dołącza detektyw Kaga, od niedawna pełniący służbę w lokalnym komisariacie. Podążając śladem kilku niepozornych przedmiotów wykrytych na miejscu zbrodni, Kaga przemierza ulice Nihonbashi. Sklep z krakersami, japońska restauracja, zakład zegarmistrzowski… – lokalni przedsiębiorcy, rzemieślnicy, sąsiedzi z tego samego bloku – niemal każdy coś ukrywa. Wzajemne zależności, drobne urazy i przemilczane konflikty tworzą gęstą sieć powiązań, w której prawda wydaje się coraz trudniejsza do uchwycenia.

Nawiązująca do klasycznych wzorców detektywistycznych, jedna z najbardziej poruszających i mistrzowsko skonstruowanych historii kryminalnych bestsellerowego japońskiego autora. Keigo Higashino po raz kolejny zachwyca misternie skonstruowaną intrygą, myli tropy do ostatnich stron i udowadnia, że najgroźniejsze sekrety kryją się tuż obok nas.

Niepowtarzalna odsłona kryminału – subtelna, wciągająca i hipnotyzująca. Czytelnicza przyjemność w najczystszej postaci.

— The Spectato

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8435-130-7
Rozmiar pliku: 9,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

SPIS OSÓB

Ofiara

Mineko Mitsui – tłumaczka

Policja

Kyōichirō Kaga – śledczy z komisariatu Nihonbashi

Hiroshi Uesugi – śledczy z Komendy Głównej

„Amakara” – sklep z krakersami ryżowymi

Satoko Kamikawa – założycielka „Amakary”

Naho Kamikawa – wnuczka Satoko, córka właściela

Fumitaka Kamikawa – właściciel, syn Satoko, ojciec Naho

Shin’ichi Takura – agent ubezpieczeniowy

„Matsuya” – tradycyjna restauracja japońska

Shūhei – kelner

Yoriko – menedżerka

Taiji – mąż menedżerki

Katsuya – pomocnik kuchenny, kelner

Asami – hostessa z nocnego klubu w Ginzie

„Yanazawa” – sklep z tradycyjną ceramiką

Suzue Yanazawa – właścicielka

Naoya Yanazawa – syn Suzue

Maki Yanazawa – żona Naoyi

„Zakład Zegarmistrzowski Terada”

Gen’ichi Terada – zegarmistrz

Akifumi Yoneoka – pomocnik

Shimako Terada – żona Gen’ichiego

„Quatro” – cukiernia

Miyuki – sprzedawczyni

Reiko Nakanishi – jej koleżanka

Kōki Kiyose – aktor, syn Mineko Mitsui

Naohiro Kiyose – były mąż Mineko Mitsui, właściciel firmy sprzątającej

Ami Aoyama – dziewczyna Kōkiego

Ken’ichi – chłopak Miyuki

Tamiko Yoshioka – tłumaczka, przyjaciółka Mineko

Kōji Tachibana – narzeczony Tamiko

Shizuko Takamachi – prawniczka

Yuri Miyamoto – sekretarka Naohiro

Yōsaku Kishida – doradca podatkowy

„Hōzukiya” – sklep z tradycyjnym rękodziełem

Masayo Fujiyama – właścicielka

Misaki Sugawara – sprzedawczyni

Tōru Sagawa – właściciel sklepu z zabawkami w Ningyōchō

Katsuya Kishida – syn Yōsaku Kishidy

Reiko Kishida – żona Katsuyi

Shōta Kishida – syn Katsuyi i ReikoROZDZIAŁ PIERWSZY
DZIEWCZYNA ZE SKLEPU Z KRAKERSAMI

1

– No, nareszcie troszkę zelżało. Taki upał od rana, kto to widział? Przecież dopiero czerwiec – powiedziała Satoko, wchodząc do sklepu po tym, jak na nowo ułożyła wystawione na zewnętrznych stojakach torebki z senbei, ryżowymi krakersami.

– Ej, babcia, dopiero co wyszłaś ze szpitala. Nie wolno ci się tyle krzątać. Jeszcze ktoś zauważy, a potem to mnie się dostaje od taty. – Naho zmarszczyła brwi.

– Wszystko w porządku. Wypisali mnie czy nie? To znaczy, że już nie jestem chora, a muszę się trochę poruszać. Poza tym kto nie pracuje, ten nie je, tak mi zawsze mówili. No właśnie, Naho-chan, a ty kiedy pójdziesz na swoje?

– Pff, znowu się zaczyna. – Naho wrzuciła do ust kawałek krakersa o smaku majonezowym.

Satoko zmierzyła wnuczkę groźnym spojrzeniem, klepiąc się po krzyżu.

– Nie sprzykrzyły ci się jeszcze te krakersy? Zajadasz się nimi od dziecka. Rodzinny interes to jedno, ale ty świata poza nimi nie widzisz.

– Jejku, bo to nowy smak.

– A tam, senbei to senbei. Ja to już nie mogę na nie patrzeć, tyle ci powiem. Przede wszystkim zęby nie te.

– Teraz tak mówisz, a kto niby ciągnie ten interes od pięćdziesięciu lat?

– Tyle razy ci powtarzałam, że senbei sprzedajemy dopiero od trzydziestu. Wcześniej robiliśmy słodycze. Z tymi krakersami to był wymysł twojego taty. Ech, zjadłoby się słodką galaretkę.

– Yōkan? Przecież ciągle je podjadasz. Ktoś ci je zabiera? – brzmiała riposta Naho. W tej samej chwili przeszklone drzwi się otworzyły i do sklepu wszedł korpulentny mężczyzna w szarym garniturze.

– Dzień dobry paniom – przywitał się jowialnie, kłaniając się.

– Ojej, pan Takura. Fatygował się pan do nas, i to w taki upał. – Głos Satoko nabrał śpiewności.

– Nie ma o czym mówić, taka praca. A zresztą od popołudnia jest już znośniej. Bo wcześniej to rzeczywiście nie szło wytrzymać.

– W takim razie na pewno pan zmęczony. Zapraszam do nas, napije się pan czegoś zimnego. – Satoko wskazała w kierunku znajdującej się na tyłach części mieszkalnej.

– Nie będę sprawiał kłopotu. Dziś przyszedłem tylko po… – To mówiąc, palcami narysował w powietrzu prostokąt.

– Wyniki. Już, już. Byłyśmy je dziś odebrać razem z Naho. Zna mnie pan, ja w zupełności sama bym dała sobie radę, ale ta uparciucha nie chciała mnie słuchać i poszła ze mną. – Satoko zaczęła ściągać sandały.

– Czekaj, babcia. Ja przyniosę. – Naho powstrzymała ją gestem i sama weszła do mieszkania.

– A wiesz ty, gdzie leżą? – zapytała babka odchodzącą Naho.

– Jasne, że wiem. To ja je chowałam, nie? Sama nie wie, a się wtrąca.

Satoko chyba się jej odcięła, bo ze sklepu rozległ się śmiech Takury.

– Naho! Herbatę też przynieś! – Uszu dziewczyny dobiegło wołanie Satoko.

– Tak, tak – odkrzyknęła, pod nosem dodając z cmoknięciem: – Jakbym nie wiedziała.

Kiedy Naho wróciła do sklepu, niosąc na tacy schłodzoną herbatę ulung, Satoko i Takura gawędzili sobie w najlepsze.

– Ale muszę powiedzieć, że już dużo lepiej pani wygląda. Kiedy tu byłem? Cztery dni temu? Od tamtego czasu nabrała pani rumieńców. – Takura potrząsał głową, a w jego głosie brzmiała nuta podziwu.

– Człowiek od razu odżywa, jak wróci do domu. Aż nie mogę usiedzieć w miejscu. A wnuczka narzeka, że za dużo się krzątam.

– Bo martwi się o panią. O, dziękuję bardzo. – Takura sięgnął po szklankę.

– Masz. – Naho podała Satoko kopertę.

– Dziękuję. – Satoko wyciągnęła kartkę, rzuciła na nią okiem i podała Takurze. – Czy to wystarczy?

– Pozwoli pani. – Takura wziął dokument. – No proszę, aż dwa miesiące panią trzymali. Swoje pani przeszła.

– Jeszcze żeby mnie uleczyli, ale ostatecznie skończyło się na niczym. Znaleźli u mnie co innego, wie pan, i to tę drugą chorobę kurowali aż dwa miesiące. Żyć się odechciewa.

– Aha, „Zapalenie dróg żółciowych”. Natomiast widzę jeszcze rozpoznanie tętniaka.

– No i właśnie tętniaka mieli mi wycinać, ale trzeba było przełożyć.

– A zatem mówi pani, że tętniak nie jest jeszcze zoperowany?

– Na to by wychodziło. Ale, proszę pana, ja już mam swoje lata i ostatnio tak sobie myślę, że może zamiast operacji, która nie wiadomo, czy się uda, lepiej będzie, jak pożyję, ile tam mi pisane.

– Ha, haa, no tak… Trudno mi wyrokować – odparł zakłopotany Takura, najwyraźniej nie chcąc udzielić nieprzemyślanej odpowiedzi.

– Z tymi papierami będzie w porządku? – zapytała Satoko.

– Tak, razem z dokumentami, które otrzymałem poprzednio, mamy komplet. Od razu zaniosę je do biura i zacznę formalności. Najpóźniej w przyszłym miesiącu powinna pani otrzymać zasiłek chorobowy z tytułu hospitalizacji.

– Jeszcze idzie pan do pracy? Za dużo zachodu.

– Ależ skąd, nie ma o czym mówić. To ja uciekam. – Takura włożył wydruk do teczki, po czym posłał uśmiech w stronę Naho. – Dziękuję za herbatę.

– To my dziękujemy – odparła dziewczyna.

Satoko pospieszyła za wychodzącym Takurą, wyszła na ulicę i odprowadziła go wzrokiem.

Fumitaka, czyli syn Satoko, a ojciec Naho, wrócił niecałe dwie godziny potem. Przez cały dzień był pewnie w hurtowni, o czym świadczył brudny kołnierzyk jego koszulki polo.

– Chyba jakaś afera w Kodenmachō – powiedział, ściągając buty. – Radiowóz stał tam i stał, ale nie wyglądało to na wypadek.

– Sprawa kryminalna? – zgadła Naho.

– No ba, inaczej by nie przyjeżdżali.

– Kiedyś w tej okolicy było spokojniej – odezwała się Satoko, która właśnie doprawiała w kuchni zupę miso. – Teraz tyle tu ludzi. I po co pobudowali te wszystkie bloki?

Fumitaka nic na to nie odpowiedział, tylko przełączył telewizor na transmisję wieczornego meczu baseballa. Naho zajęta była nakrywaniem do kolacji. To była stara śpiewka Satoko: w dzielnicy przybywa apartamentowców, zwiększa się liczba mieszkańców, a więc i złych ludzi.

Niepisaną zasadą rodziny Kamikawów było czekanie z kolacją, aż zbiorą się wszyscy troje. Fumitaka był zajęty poza domem, dlatego tego wieczora zasiedli do stołu później niż zwykle. Jeszcze niedawno przygotowanie wieczornego posiłku należało do zadań Naho, ale tydzień wcześniej obowiązek ten przejęła Satoko, tak jak to robiła przed hospitalizacją.

Matka Naho zginęła w wypadku drogowym, jeszcze zanim dziewczynka poszła do szkoły. Chociaż była wtedy tak mała, Naho wciąż miała w pamięci tamten szok i smutek. To, że rodzina prowadziła sklep, okazało się dla dziewczynki zbawienne, ponieważ ojciec także za dnia mógł być przy niej. Równie wiele zawdzięczała też swej babce, Satoko. We dwoje z Fumitaką postarali się, by los oszczędził Naho samotności, jaka często pisana jest dzieciom wychowującym się bez matki. I choć doskwierał jej głód matczynej miłości, to przygotowywanych z sercem posiłków nigdy nie brakowało. Wiele dzieci zazdrościło Naho, widząc podczas szkolnych wycieczek zawartość jej pudełka na obiad.

Nic więc dziwnego, że gdy w kwietniu Satoko zaniemogła, Naho spanikowała. Nie była na to gotowa. Do szpitala przybiegła zalana łzami.

Tak jak to opowiedziała Satoko agentowi ubezpieczeniowemu, Takurze, do szpitala trafiła w celu poddania się operacji usunięcia tętniaka, jednak gdy do zabiegu pozostawało jeszcze kilka dni, niespodziewanie zapadła na gorączkę niewiadomego pochodzenia, w wyniku której nawet straciła przytomność.

Stan ten trwał trzy dni. Kiedy na czwarty dzień Naho ujrzała przytomną Satoko, ponownie wybuchnęła płaczem.

Dopiero potem Naho dowiedziała się, że przyczyną gorączki było zapalenie dróg żółciowych. Dziewczyna zdała sobie wówczas sprawę, że osoba, na której zawsze polegała i której dobroć często wykorzystywała, jest starszą, chorą kobietą.

To dlatego, gdy Satoko wypisano ze szpitala, Naho złapała ją za rękę i powiedziała:

– Odtąd to ja będę się tobą opiekowała. Tak jak ty opiekowałaś się mną.

Na te słowa Satoko wzruszyła się; też nie mogła powstrzymać łez.

Niestety sielanka nie trwała długo. Satoko, kobieta w gorącej wodzie kąpana, jeszcze pierwszego dnia gotowa była przymknąć oko na niezdarność wnuczki, szybko jednak straciła cierpliwość i zaczęła wtrącać swoje trzy grosze do domowych obowiązków. Ponadto przez swoją stanowczość i wybuchowe usposobienie nie potrafiła robić tego delikatnie, tak by nie zranić uczuć Naho. Oliwy do ognia dolewało zaś to, że w kwestii charakteru wnuczka całkiem wdała się w swoją babkę, ostatecznie stawało więc na: „Skoro umiesz lepiej, to rób to sama” i tak w mgnieniu oka wszystko wróciło do dawnego porządku.

Fumitaka zdawał się zadowolony z takiego obrotu spraw. W okresie, gdy kuchnią zarządzała jego córka, schudł aż pięć kilo, lecz gdy jej miejsce ponownie zajęła Satoko, w mig wrócił do dawnej wagi.

– A ty, młoda, chodzisz w ogóle do tej szkoły? – zapytał Fumitaka córkę.

– Przecież chodzę. Zajęć nie było, to jestem w domu.

– Jak tak, to dobra.

– Nasza mała Naho stylistką fryzur. Dasz radę?

– A co mam nie dać. – Naho wbiła spojrzenie w babkę. „Gdybym jeszcze nie miała przez ciebie tych wszystkich nieobecności” – tego nawet ona nie mogła powiedzieć na głos.

– No i super. Teraz żebyś mi szybko poszła na swoje i zaczęła na siebie zarabiać – powiedział Fumitaka. – Wiesz, jak mówią.

– Wiem, wiem. Kto nie pracuje, ten nie je, tak? – naburmuszyła się Naho.

2

W kwietniu Naho zaczęła uczęszczać do szkoły fryzjerskiej w Shinjuku. Niestety właśnie wtedy, gdy pełna entuzjazmu zaczęła nowy etap, z Satoko stało się, co się stało, no a Naho narobiła sobie zaległości. Dopiero niedawno po raz pierwszy odczuła, że nareszcie udało jej się dogonić resztę grupy. Już w podstawówce marzyła o tym, by zostać stylistką fryzur, i nigdy, nawet w liceum, nie brała pod uwagę zdawania na uniwersytet.

Także dla niej nie było tajemnicą, że interesy nie idą najlepiej. Jakoś wiązali koniec z końcem, ale Naho zdawała sobie sprawę, że z Satoko będzie tylko gorzej, a i Fumitaka nie zachowa zdrowia na zawsze – wtedy to ona będzie musiała udźwignąć wszystko na swoich barkach. Musiała się usamodzielnić jak najprędzej.

Zajęcia trwały do szesnastej. O szesnastej dwadzieścia Naho wsiadła do metra, linią Toei Shinjuku dojechała do stacji Hamachō i minąwszy Teatr Meijiza, przeszła na drugą stronę Alei Kiyosubashi w kierunku Ningyōchō. Po drodze mijała wielu ubranych w białe koszule mężczyzn z przewieszonymi przez ramię marynarkami. Faktycznie dziś też gorąco.

Ulica prowadząca ku stacji metra Ningyōchō przy linii Toei Asakusa nosiła nazwę Amazake Yokochō. Znajdowały się tam liczne lokale i sklepiki, wśród nich zaś specjalizujący się w ryżowych krakersach „Amakara”, na którego tyłach mieściło się mieszkanie Kamikawów.

Nawet przy najlepszych chęciach nikt nie określiłby tej okolicy mianem idącej z duchem czasu. Na wystawach butików wywieszano ubrania dopasowane do gustów kobiet w średnim wieku i starszych, a wśród przechodniów dominowali dłubiący wykałaczkami w zębach pracownicy biurowi. Uliczkę tę wyróżniała jedynie pozostała tu i ówdzie atmosfera dawnego Edo. Zanim Naho to spostrzegła, była przekonana, że sklepiki z tradycyjnymi instrumentami, jak shamisen, czy bambusowymi pudłami kōri spotkać można wszędzie.

Przed jednym ze sklepów – był to „Hōzukiya”, specjalizujący się w rękodziele – rozłożono drewniane bączki i bębenki denden daiko. Naho przechodziła obok, gdy usłyszała, jak ktoś woła ją z wnętrza.

– Hej!

Stała tam Misaki Sugawara, dorabiająca w „Hōzukiya” dwudziestolatka, z którą Naho zaprzyjaźniła się całkiem niedawno.

– Jak tam szkoła?

– Daję radę.

– To super. Trzymaj się.

– Dzięki. – Naho uniosła lekko dłoń.

Sklep „Amakara” był trzecim budynkiem, licząc od „Hōzukiya”. Naho spostrzegła, że przed witryną stało trzech mężczyzn – dwóch w garniturach, a jeden w niedbale rozpiętej koszuli z krótkim rękawem, którą założył na T-shirt.

Mężczyźni rzadko zatrzymywali się przed „Amakarą”. Domyślając się, że ci trzej nie są zwykłymi klientami, Naho podeszła do drzwi. W chwili gdy miała je pchnąć, mężczyzna w koszulce również wykonał ruch, jakby chciał wejść do środka, i mało brakowało, a wpadłby na Naho, ale w porę się wycofał.

– Przepraszam, proszę. – Wyciągnął dłoń i wskazał, żeby Naho szła przodem. Uśmiechał się przy tym, odsłaniając swe białe zęby.

– Nie, ja tu pracuję, proszę – odparła dziewczyna, na co mężczyzna ukłonił się z pewną przesadą.

– Aha, to świetnie się składa – rzekł i postąpił naprzód.

Za ladą siedział Fumitaka, który z nieco skonsternowaną miną spoglądał to na Naho, to na nieznajomego.

– Zapraszamy – powiedział, na co mężczyzna uśmiechnął się niewyraźnie i pomachał przecząco ręką.

– Bardzo przepraszam, ale nie przyszedłem tu po krakersy. Jestem, widzi pan, z komisariatu Nihonbashi. – Wyciągnął z kieszeni spodni etui, które otworzył, pokazując legitymację.

O ile pamięć Naho nie myliła, policjanci nigdy wcześniej tu nie zachodzili. Zerknęła na legitymację, by sprawdzić, jak nazywa się funkcjonariusz. Kyōichirō Kaga. Spróbowała odgadnąć jego wiek. Na pewno był już po trzydziestce, ale ile? Nie potrafiła ocenić.

– Czy był tu może wczoraj mężczyzna o nazwisku Takura? Shin’ichi Takura, agent towarzystwa ubezpieczeniowego „Shinto” – z ust detektywa Kagi padło nieoczekiwane nazwisko.

– Tak, wpadł… to znaczy odwiedził nas – odpowiedziała Naho.

– Była pani wtedy w sklepie?

– Tak, razem z babcią.

Kaga skinął głową.

– Dwóch funkcjonariuszy z Komendy Głównej chciałoby zadać państwu kilka pytań w związku z wizytą pana Takury. Czy mogę ich tu poprosić?

Na słowa „Komenda Główna” serce Naho zabiło szybciej.

– A, no… – Spojrzała na ojca.

– To nie problem, czy coś się stało? – zapytał Fumitaka.

– Rutynowe czynności. Zajmiemy dosłownie parę chwil.

– Aha, no cóż, niech będzie. Czy mam, hmm, zawołać matkę?

– Czyli pani babcię, tak? – Kaga wskazał na Naho. – Jeśli mógłbym prosić.

– Dobrze. – Fumitaka zniknął na zapleczu.

Kaga przywołał czekających na zewnątrz mężczyzn o grubo ciosanych rysach. Naho nie miała pojęcia, ile mogli mieć lat. Typowi faceci w średnim wieku, z typowymi fryzurami, typowo ubrani, co więcej, o dużych twarzach i wystających brzuchach. Przedstawili się, ale Naho nie zarejestrowała ich nazwisk w pamięci.

Gdy Fumitaka przyprowadził Satoko z części mieszkalnej, mężczyzna wyglądający na starszego zaczął.

– Jak rozumiem, ten człowiek był tu wczoraj. Zgadza się? – zapytał, pokazując zdjęcie, na którym widniała zaskakująco poważna twarz Takury.

– Tak – odpowiedziały obie.

– O której godzinie? – kontynuował detektyw.

– Chyba gdzieś o szóstej, wpół do siódmej.

– Wcześniej na pewno nie?

– Może trochę wcześniej. – Naho przyłożyła dłoń do ust. – Która to mogła być? Wydaje mi się, że było jeszcze jasno.

– O tej porze roku ściemnia się dopiero po siódmej – powiedział detektyw. – Czyli dokładnej godziny panie nie pamiętają?

– Tak żeby co do minuty, to nie bardzo… – odparła niepewnym głosem Satoko.

– W jakiej sprawie przyszedł tu pan Takura?

– W sprawie mojego zasiłku chorobowego. Do załatwienia formalności potrzebne były wyniki badań, które mu wtedy przekazałam.

– Ile czasu tu spędził?

– Niech pomyślę… – Satoko zastanowiła się. – Pewnie z dziesięć minut.

Naho była tego samego zdania, więc tylko przytaknęła, obserwując, co robi Kaga, ten zaś wpatrywał się w ustawione w szeregu pudełka z krakersami. Tocząca się rozmowa zdawała się go nie interesować.

– Wiedzą panie, gdzie udał się po tym, jak opuścił sklep? – Detektyw pytał dalej.

– Powiedział, że idzie do biura. Miał tam chyba dokończyć formalności.

– Rozumiem. – Detektyw skinął głową. – Jak go panie odebrały?

– Odebrały?

– Czy nic nie zwróciło pań uwagi?

– Nic takiego nie było, prawda? – Satoko spojrzała na Naho, szukając potwierdzenia.

– Miał na sobie inny garnitur – oznajmiła Naho detektywowi. – Zawsze nosił granatowy, a wczoraj przyszedł ubrany na szaro. Zauważyłam, bo w szarym mu było bardziej do twarzy.

– Nie pytam o ubranie. Może był niespokojny albo się spieszył?

– Nie przypominam sobie.

Odpowiedź Naho chyba nie spodobała się policjantowi, którego usta wykrzywiły się w wymuszonym uśmiechu.

– Podsumowując, nie pamiętają panie, o której dokładnie przyszedł. Mogło to być przed szóstą, ale i po. Czy w takim razie możemy określić przedział czasu jako między wpół do szóstej a wpół do siódmej?

– Tak, chyba tak – odpowiedziała Naho, wymieniając spojrzenia z Satoko.

– Dobrze. Dziękuję za poświęcony czas.

– Czy coś się stało z panem Takurą? – zapytała Naho.

– Nic takiego. Prowadzimy rutynowe czynności. – Detektyw zerknął wymownie na Kagę, który również złożył podziękowania i się ukłonił.

Po wyjściu całej trójki Fumitaka powiedział jakby do siebie:

– Chodzi o tę historię z Kodenmachō? Niemożliwe.

– O czym ty mówisz? – odezwała się Naho.

– Gazet nie czytasz? – Fumitaka się skrzywił. – Fryzjerki powinny wiedzieć, co się dzieje.

– Ja ci dam fryzjerkę – odcięła się, zdejmując buty. Na niskim stoliku w salonie leżała gazeta; Naho od razu ją otworzyła.

Wiadomość o zdarzeniu, o którym mówił Fumitaka, znalazła się w dziale „Społeczeństwo”. Żyjącą samotnie czterdziestopięcioletnią kobietę znaleziono martwą w jej mieszkaniu. Została uduszona, a śladów włamania nie wykryto, dlatego zdaniem policji najprawdopodobniej znała sprawcę. Dochodzenie prowadzili oficerowie z Komendy Głównej i komisariatu Nihonbashi.

– Zabójstwo jak nic.

– Pan Takura nie ma z tym nic wspólnego. Wygląda może niepozornie, ale to człowiek honoru, rodem z dawnego Edo. Brzydzi się wszelką nieprawością. – Satoko podeszła z boku i zajrzała do gazety.

– Ale ten detektyw pytał, jakby chciał sprawdzić jego alibi. Czy oni aby go nie podejrzewają?

– Wykluczone. A jeśli nawet, to wszystko w porządku. Możemy udowodnić, że pan Takura był wczoraj u nas i będzie po sprawie.

– Strasznie wypytywał o tę godzinę. To chyba coś ważnego.

– Naprawdę nie pamiętacie, o której przyszedł? – Fumitaka zajrzał z wnętrza sklepu.

– Powiedziałyśmy przecież, że między wpół do szóstej, a wpół do siódmej. Dokładnie nie pamiętam.

– Ech, z wami to jest…

– O co ci chodzi, tata? Odezwał się ten, co żyje z zegarkiem w ręku.

Fumitaka wycofał się, by uniknąć srogiego spojrzenia Naho.

– Martwi mnie to. Żeby tylko jak najszybciej oczyścili pana Takurę z podejrzeń. – Satoko zmarszczyła brwi.

Po kolacji Naho poszła do sklepu, by opuścić automatyczną roletę. Gdy była zasunięta mniej więcej do połowy, Naho spostrzegła, że po drugiej stronie stoi mężczyzna. Odruchowo nacisnęła guzik STOP.

Mężczyzna przykucnął i zajrzał do środka. Był to Kaga, który, napotkawszy spojrzenie Naho, uśmiechnął się przyjaźnie i przeszedł pod roletą.

– Przepraszam bardzo, czy mógłbym zająć dosłownie chwilę?

– A, tak. Zawołać tatę?

– Nie, nie trzeba. Chciałem tylko o coś dopytać.

– O co chodzi?

– Kiedy pan Takura tu przyszedł, był w garniturze, prawda?

– Tak, w szarym. Wcześniej nosił granatowy i…

Kaga uśmiechnął się, unosząc dłoń.

– Nie chodzi mi o kolor. Czy miał na sobie marynarkę?

– Miał, a o co chodzi?

– Tak myślałem. Mówiłaś, że pasował mu garnitur, więc pomyślałem, że miał ją na sobie.

– Czy to takie ważne?

– Jeszcze nie wiem. Ale dziękuję – to rzekłszy, Kaga wziął jedno z ułożonych rządkiem opakowań krakersów. – Pięknie się prezentują. Poproszę te. – Podał Naho odliczone 630 jenów.

– Dziękuję.

– Dobrej nocy. – Kaga tak jak przed chwilą przeszedł pod opuszczoną do połowy roletą.

Naho stała przez chwilę zamyślona, a następnie podeszła do przycisku, by dokończyć zamykanie sklepu, zanim to jednak zrobiła, przykucnęła i spojrzała na drugą stronę.

Latarnie już się paliły. Chodnikiem szli mężczyźni, którzy, najwyraźniej skończywszy pracę w jednym z tutejszych biur, namawiali się na wieczornego drinka. Kagi nie dostrzegła.

3

Także następnego dnia już od przedpołudnia zaczęły się wyjątkowe upały, za które odpowiadało panujące od dłuższego czasu wysokie ciśnienie. Naho jak zwykle wysiadła z metra w Hamachō, a jej plecy były mokre od potu, jeszcze zanim wyszła na ulicę.

Przed sklepem Fumitaka rozkładał markizę. Podszedł do córki i przywitał ją cicho.

– Cześć.

– Hej. Była tu dziś policja?

– U nas nie, ale podobno łażą po okolicy – powiedział, jeszcze bardziej zniżając głos.

– Ciekawe, czego szukają.

– Ludzie mówią, że cały czas pytają o pana Takurę. Chcą wiedzieć, czy ktoś go nie widział tamtego dnia. Chyba szczególnie interesuje ich właśnie ta pora, kiedy był u nas.

– Czyli uznali, że nasze zeznania im nie wystarczą.

– No, na to wygląda. – Fumitaka wszedł do sklepu.

Naho rozejrzała się wokół. Może nawet w tej chwili detektywi przepytywali kogoś w sąsiedztwie.

Rzuciła przelotne spojrzenie w stronę kawiarni znajdującej się na ukos po drugiej stronie ulicy i w tej samej chwili wstrzymała oddech. Za przeszklonym frontem lokalu ujrzała bowiem znajomą twarz. Tamten człowiek również musiał ją zauważyć, bo uśmiechnął się z niejakim zażenowaniem.

Naho przekroczyła jezdnię, weszła do kawiarni i podeszła do stolika zwróconego w stronę ulicy.

– Na kogo się pan czai? – zapytała, patrząc na Kagę z góry.

– Na nikogo. Przyłączysz się? – Kaga podniósł rękę, by przywołać kelnerkę. – Zamówić ci coś do picia?

– Dziękuję, nie trzeba.

– Nie krępuj się. – Sięgnął po kartę.

– W takim razie sok bananowy. – Podała zamówienie kelnerce i usiadła. – Obserwował pan nasz sklep?

Kaga prychnął.

– Uparta jesteś. Przecież mówiłem ci, że nic z tych rzeczy.

– To co pan tu robi?

– Nic. Jeśli musisz wiedzieć, to piję mrożoną kawę, albo mówiąc inaczej, migam się od roboty. – Kaga nie skorzystał ze słomki, tylko przechylił szklankę i wypił wielki łyk kawy.

– Podejrzewacie pana Takurę o zabójstwo w Kodenmachō?

Ledwo Naho wypowiedziała swoje pytanie, twarz Kagi wyraźnie stężała. Obrzucił spojrzeniem sąsiednie stoliki, po czym rzekł:

– Mogłabyś trochę ciszej, co?

– Powtórzę jeszcze głośniej, jak mi pan nie odpowie.

Kaga westchnął i przeczesał swoje przydługie włosy palcami.

– Jest jednym z podejrzanych. W dniu zabójstwa odwiedził ofiarę w mieszkaniu. Znaleziono ulotkę i wizytówkę. On sam oczywiście twierdzi, że chodziło o formalności związane z ubezpieczeniem.

– I nic więcej na niego nie macie?

– Z punktu widzenia policji to ważne poszlaki.

Przyniesiono sok bananowy. Naho wypiła go za jednym zamachem przez grubą słomkę.

– Aż tak ważne, o której był u nas? – zapytała po krótkiej pauzie.

Kaga zastanowił się chwilę, po czym skinął głową.

– Pan Takura wyszedł z mieszkania ofiary około wpół do piątej. Wiemy, że o tej godzinie kobieta jeszcze żyła. Chwilę potem widziano, jak robiła zakupy.

– Mhm. A co kupiła?

Kaga zamrugał i spojrzał Naho w oczy.

– Myślisz, że to ważne?

– Czy ja wiem, po prostu jestem ciekawa. W końcu zaraz potem zginęła.

– Tego akurat przewidzieć nie mogła. Chyba nic dziwnego w tym, że poszła do sklepu? Kupiła nożyce kuchenne. Kojarzysz sklep „Kisamiya”?

– A, tak.

– Zresztą nieważne. Pan Takura twierdzi, że po opuszczeniu domu ofiary zaszedł do was, a następnie wrócił do biura w Hamachō. Tam miał wręczyć jednej z pracownic dokumentację sprawy zasiłku chorobowego twojej babci, po czym poszedł do domu.

– No to w czym problem?

– W drodze powrotnej napotkał znajomego, który potwierdził nam dokładną godzinę. Jeśli wziąć ją za punkt odniesienia, wyjdzie nam, że pan Takura wyszedł z biura mniej więcej o osiemnastej czterdzieści. Tymczasem według zeznań kobiety z firmy ubezpieczeniowej był on w pracy tylko do osiemnastej dziesięć. Mamy zatem półgodzinną lukę. W tym czasie pan Takura zdążyłby zajść do Kodenmachō, popełnić zbrodnię i wrócić do domu. Próbowaliśmy to z nim ustalić, ale upiera się, że udał się prosto do siebie, a z pracy wyszedł o osiemnastej czterdzieści, co oznaczałoby, że koleżanka z biura się pomyliła.

– No to pewnie tak było.

– Problem polega na tym, że znaleźliśmy osobę, która widziała go wracającego do firmy nieco po osiemnastej, powstaje zatem sprzeczność, której nie możemy zignorować. Istnieje natomiast pewien punkt wspólny zeznań pana Takury i pracownicy biura, a mianowicie to, że od jego powrotu do ponownego wyjścia minęło około dziesięciu minut. W związku z tym znaczenia nabiera godzina jego wizyty u was w sklepie. Biuro towarzystwa ubezpieczeniowego Shinto znajduje się niecałe dziesięć minut piechotą stąd. Pan Takura podkreśla, że po wyjściu od was wrócił prosto do firmy, dlatego znając godzinę, o której opuścił sklep, moglibyśmy ustalić, czy mówi prawdę.

Naho skrzętnie układała sobie w głowie wszystkie wyjaśnienia wartkim nurtem płynące z ust Kagi.

– I dlatego tak was to interesuje.

– Właśnie. Ponieważ jednak ani ty, ani babcia nie zapamiętałyście, o której to było, postanowiliśmy obejść tutejsze lokale i popytać, czy nikt nie widział pana Takury w tym przedziale czasowym. Niestety nie znaleźliśmy nikogo, kto zauważyłby, jak wchodził do waszego sklepu. Pytaliśmy również w tej kawiarni, z podobnym skutkiem.

– To co zrobicie teraz?

– No właśnie, co? – Kaga oparł się leniwie na swoim krześle. Oczy miał zwrócone na ulicę. – Obecnie innych podejrzanych brak, pewnie dlatego ci z głównej tak się uczepili pana Takury.

– Moim zdaniem on nie mógłby tego zrobić.

– Aha. Wiesz, że znajomi sprawcy zawsze tak mówią po jego zatrzymaniu?

Słowa Kagi rozdrażniły Naho.

– Na pewno nie miał żadnego motywu.

– Nie byłbym taki pewien.

– Co to ma niby znaczyć?

– To, że motywu zazwyczaj nie znamy, dopóki nie zdradzi go sam zainteresowany. Dlatego śledczy z głównej niedługo będą pewnie chcieli go wydusić z pana Takury.

– Brzmi to, jakby chciał pan całą robotę zwalać na innych.

– Tak myślisz?

– Mówi pan, jakby nic z tego pana nie dotyczyło.

Kaga, który wypił już całą kawę, sięgnął po szklankę z wodą.

– To Komenda Główna ma tu najwięcej do powiedzenia. My im tylko asystujemy, czy może raczej oprowadzamy ich po okolicy. Inaczej mówiąc, nie możemy działać na własną rękę.

Naho wpatrywała się w jego ostre rysy.

– Zawiodłam się na panu. Z początku myślałam, że różni się pan od typowych policjantów. To przez takie gadanie musi pan gnić na jakimś lokalnym komisariacie.

– Tylko że ja nie gniję. Po prostu dopiero co mnie tu przenieśli i, jeśli mam być szczery, w ogóle nie znam terenu. Dlatego zaczynam od obserwacji dzielnicy. To bardzo interesujące miejsce. Przed chwilą byłem na przykład u zegarmistrza i widziałem tam nietypowy zegar. Wyobraź sobie, że miał kształt trójkątnego słupa, na każdej ściance znajdowała się tarcza i wszystkie były zsynchronizowane. Ciekawe, co to za mechanizm.

– Nie wierzę, pan naprawdę miga się od roboty. – Naho szybko dokończyła sok i położyła należność na stole. Nie chciała, żeby Kaga za nią płacił.

– Dziś też było gorąco, nie? – powiedział Kaga, patrząc przez szybę. – Patrz, ilu ludzi idących od strony Ningyōchō zdjęło marynarki i podwinęło rękawy koszul.

– I co w związku z tym? – odburknęła Naho. Odechciało jej się silić na uprzejmy ton.

– Patrz, jeszcze jeden. Niesie złożoną marynarkę na ramieniu. Nie ma lekko.

– To takie dziwne? Straszny upał.

– Teraz już chyba trochę zelżał. O, patrz, ten jest w marynarce.

Rzeczywiście, korpulentny mężczyzna, który właśnie przechodził, miał na sobie pełen garnitur.

– No i? O co panu chodzi? – powiedziała z mimowolną irytacją.

– Przyjrzyj się dobrze. Większość tych, którzy idą od prawej do lewej, czyli z Ningyōchō do Hamachō, nie ma na sobie marynarki. Natomiast ci zdążający w przeciwnym kierunku, od lewej do prawej, marynarek nie zdejmują.

Naho zmieniła pozycję i bacznie przyjrzała się ulicy. Chodnikiem szło w obie strony kilku mężczyzn, na widok których otworzyła usta ze zdziwienia. Było tak, jak mówił Kaga. Wśród nadchodzących z prawej strony przeważały osoby bez marynarek.

– Faktycznie – wymamrotała.

– Ciekawe, co? – rzekł Kaga.

– Ale dlaczego? To przypadek?

– Wykluczone, musi być jakiś powód.

– A pan go zna?

– No cóż… – uśmiechnął się tajemniczo.

– Co to za mina? Zgrywa się pan, tak?

– Nie zgrywam się. Jak ci powiem, pomyślisz, że to nic takiego. Zacznijmy od tego, że biura, w których pracują ludzie przechodzący tą ulicą, w większości znajdują się w Hamachō. A teraz pytanie za dziesięć punktów. Jest wpół do szóstej, kim są białe kołnierzyki idące od prawej do lewej, czyli od strony Ningyōchō?

– O tej porze… – powiedziała Naho, obserwując przechodzącego przed oknem kolejnego mężczyznę w białej koszuli. – Wracają do biur, tak?

– Dobra odpowiedź. Albo, patrząc z drugiej strony, są to ludzie, którzy do tej pory przebywali poza siedzibą firmy, bo ich praca polega na odwiedzaniu kontrahentów. Należą do działów handlowych czy obsługi klienta. Natomiast ci, którzy idą w przeciwną stronę, pracowali w biurach. Po całym dniu spędzonym w klimatyzowanych pomieszczeniach są wręcz trochę wychłodzeni, upał nie będzie im dokuczał jak tamtym. To dlatego mają na sobie marynarki. Zresztą o tej porze robi się nieco chłodniej. Przyjrzyj się ludziom idącym od strony Hamachō, stosunkowo wielu z nich jest już po pięćdziesiątce. Mogą sobie pozwolić na skończenie pracy od razu o wpół do szóstej, nikt nie wymaga od nich nadgodzin.

Słuchając jego wyjaśnień, Naho obserwowała ubrania zdążających chodnikiem mężczyzn. Choć zdarzały się oczywiście wyjątki, przypuszczenia Kagi zdawały się trafne.

– Niesamowite… Dotąd w ogóle na to nie zwracałam uwagi, a widzę tę ulicę na co dzień, od dziecka.

– Jak by nie patrzeć, to nie jest wiedza niezbędna do życia.

Naho przytaknęła. Nagle wstrzymała oddech i spojrzała na Kagę.

– Czy to ma coś wspólnego z zabójstwem?

Kaga sięgnął po leżący na stole rachunek.

– Pamiętasz, jak był ubrany pan Takura, gdy was odwiedził?

Naho zamrugała kilka razy.

– Miał na sobie marynarkę…

– Spędza dzień poza biurem. Do tego, jeśli wierzyć jego zeznaniu, po wyjściu od kobiety z Kodenmachō od razu udał się do was, a więc miał spory kawałek do przejścia. I mimo to w ogóle nie zdjął marynarki, co ty na to?

– Coś w tym jest… Ale może po prostu starał się jakoś znieść ten upał.

– Niewykluczone. Możliwe jednak, że to właśnie tu należy szukać rozwiązania zagadki tych trzydziestu minut. – Kaga wstał i podszedł do kasy, by zapłacić.

– Ej, chwilkę, co to znaczy?

– Więcej nie mogę ci powiedzieć, nawet gdybym chciał. Tej zagadki jeszcze nie rozwiązaliśmy. Do zobaczenia – to rzekłszy, Kaga wyszedł z kawiarni.

4

Przy kolacji Naho podzieliła się z ojcem i babką tym, co usłyszała od Kagi. Minęła dłuższa chwila, zanim Satoko zrozumiała, o co chodziło z tajemniczymi trzydziestoma minutami. Naho objaśniła jej to, wypisując na kartce jedno po drugim poczynania Takury razem z godzinami.

– Ale to tylko trzydzieści minut, czy to takie ważne? – Satoko przekrzywiła głowę, gdy wreszcie pojęła, w czym rzecz.

– Mając trzydzieści minut, mógł popełnić tę zbrodnię. Dlatego policja przykłada do tego taką wagę.

– To jakieś bzdury. Niech się lepiej zastanowią, czy pan Takura w ogóle mógłby zrobić coś takiego. Przecież ten człowiek nie jest zdolny do takich okropności. Zawsze dotrzymuje słowa, umie postawić się w sytuacji drugiej osoby. Dziś już mało tak życzliwych ludzi. A co było, jak mnie wypisali? Od razu przyszedł i…

Naho uniosła dłoń, powstrzymując wywód Satoko.

– To, że jest dobry, wszyscy wiedzą. Nie musisz nam tego mówić. Pomyślmy raczej, jak oczyścić go z podejrzeń.

– No to właśnie trzeba porozmawiać z tymi policjantami. Przecież oni nie znają pana Takury, dlatego przychodzą im do głowy takie dziwne pomysły.

– Powodzenia – westchnęła Naho i spojrzała na ojca. Fumitaka milczał ze zmartwioną miną. – Tata, nad czym tak myślisz?

– Hę? A nic, zastanawiałem się tylko, czy pan Takura naprawdę im to powiedział.

– Co powiedział?

– Że przyszedł tu prosto z Kodenmachō, a potem wrócił do biura, a z biura do domu.

– Tak mówi pan Kaga.

– Hmm, no nie wiem. – Fumitaka najwyraźniej mocno się nad czymś zastanawiał.

– Czemu? Coś się stało?

– Nie, nic takiego.

– Ten pan Kaga jest całkiem przystojny – powiedziała Satoko, zalewając herbatę w czajniczku. – Mógłby zagrać samuraja w filmie. I sprawia wrażenie inteligentnego.

– Chyba taki jest. Opowiedział mi coś ciekawego. – Naho streściła Satoko ich rozmowę o ubraniach ludzi idących wzdłuż Amazake Yokochō.

– Co ty powiesz? Do głowy by mi nie przyszło! – Satoko nie ukrywała podziwu.

– Pan Kaga zastanawia się, dlaczego tamtego dnia pan Takura miał na sobie marynarkę. Mówi, że to może mieć coś wspólnego z tamtymi trzydziestoma minutami.

– W jaki sposób?

– Jeszcze na to nie wpadł.

– Hmm. Też ma pomysły. Może to taki Sherlock Holmes?

– Nie wiem, jak to z nim jest. – Naho sięgnęła po czarkę z herbatą. – Nieszczególnie palił się do pracy. No i pomyśl, co to za detektyw, który zdradza tyle szczegółów śledztwa zwykłej dziewczynie.

– No przecież go zapytałaś.

– Co z tego? Normalnie takich rzeczy się nie mówi. Prawda, tata? – Naho zwróciła się do ojca, szukając potwierdzenia.

– Hm? Aa… No fakt… – Fumitaka podniósł się z miejsca. – To ja idę się wykąpać. Dziękuję.

Naho uniosła spojrzenie na ojca, który myślami był widać gdzie indziej, i przekrzywiła głowę.

5

Zaczęło się ściemniać, Fumitaka wyszedł więc przed sklep, by jak zwykle złożyć markizę. W porównaniu z popołudniem temperatura była już znośniejsza, słońce jednak z każdym dniem grzało coraz mocniej. Fumitaka uznał, że należałoby zmienić produkty na wystawie, zanim lato zacznie się na dobre. Senbei senbeiowi nierówny – były takie, które lepiej pasowały do piwa niż inne.

Ktoś przystanął za jego plecami. Fumitaka poznał to po cieniu. Zamierzał powitać klienta, gdy głos uwiązł mu w gardle. Znał tę twarz. Mało tego, był to człowiek, o którym właśnie myślał.

– Dziś też przygrzało – Kaga odezwał się pierwszy.

– To prawda… pan do córki? Jeszcze nie wróciła.

Kaga lekko uniósł dłoń.

– Dziś chciałem porozmawiać z panem. Znalazłby pan chwilę?

– Aha… – Fumitaka popatrzył na Kagę, jednak napotkał jego świdrujące spojrzenie i odruchowo spuścił głowę. – No too… proszę, niech pan wejdzie.

– Czy pańska mama jest w domu?

– Matka? Jest, jest, zawołać ją?

– Nie, w takim razie wolałbym, żebyśmy porozmawiali gdzie indziej – odrzekł Kaga.

Fumitaka odczuł, że ten o ponad dekadę młodszy detektyw wywiera na nim presję, wobec której był bezsilny. Ewidentnie nie chodziło tylko o kilka przygodnych pytań. Westchnął, kiwnął głową, a następnie wszedł do sklepu i zawołał w stronę pomieszczenia mieszkalnego:

– Ej, mamo, śpisz?

– Co tam? – odezwała się Satoko.

– Wychodzę na chwilę. Miej oko na sklep.

– Znowu idziesz na pachinko, co? – Satoko założyła sandały i przeszła do sklepu, wtedy zauważyła stojącego za synem mężczyznę. – O, przystojny pan detektyw. Czy pan Takura został już oczyszczony z zarzutów?

– Wciąż sprawdzamy różne wątki.

– Bardzo pana proszę. To dobry człowiek, on muchy by nie skrzywdził. Ręczę za niego, może mi pan wierzyć.

– Dobrze, będę pamiętał. Słyszałem, że niedawno wyszła pani ze szpitala. Czy już pani lepiej?

– Dziękuję, powiem panu, że, jak tylko mnie wypisali, od razu wydobrzałam. Aż pomyślałam sobie, po co mi było iść do tego szpitala. – Satoko przeniosła spojrzenie na syna. – Fumitaka, powiesz panu detektywowi, prawda? O tym, że pan Takura to kryształowy człowiek. Tylko dokładnie opowiedz.

– Dobra już, dobra, nie trajkocz tak… Idziemy?

– Zdrówka życzę – rzucił Kaga na odchodnym.

Kiedy wyszli ze sklepu, dodał:

– Pańska mama zdaje się być w dobrej formie.

– Gadane to ona zawsze miała.

Weszli do kawiarni po drugiej stronie ulicy, a Fumitaka przypomniał sobie, co Naho opowiedziała mu poprzedniego wieczora.

Zamówili po mrożonej kawie. Fumitaka wyciągnął papierosy, a Kaga postawił przed nim popielniczkę.

– Wczoraj rozmawiałem tu z pańską córką.

– Słyszałem.

– Wie pan wszystko? Tym lepiej, obejdzie się bez zbędnych wstępów.

– Może to nieodpowiednie określenie, ale bardzo ciekawe jest to, co pan dostrzegł. Mam na myśli tę różnicę w strojach ludzi na ulicy. Ja nigdy tego nie zauważałem.

– Taki już jestem. Interesują mnie drobiazgi. Dlatego zaintrygowała mnie też sprawa ubrania pana Takury. Czemu miał na sobie marynarkę, mimo że był po swoim obchodzie?

Kelnerka przyniosła kawy, a Fumitaka zapalił papierosa.

– I już pan wie?

– Tak. Z grubsza.

– Mhm…

– Nie jest pan zaskoczony. Nie chce pan się dowiedzieć?

– Ależ chcę, tylko…

– Nie dziwię się, że pan nie dopytuje. Pan przecież dobrze zna odpowiedź, panie Kamikawa.

Fumitaka, który właśnie chciał przysunąć szklankę do ust, zatrzymał rękę w powietrzu.

– Co ma pan na myśli?

– Odpowiedź na pytanie, dlaczego pan Takura miał na sobie marynarkę, gdy przyszedł do państwa. To bardzo proste. Nie odwiedził sklepu po obchodzie. Wrócił do biura i dopiero, gdy skończył pracę, udał się do państwa. To dlatego nie był spocony ani nie musiał zdejmować wierzchniego okrycia.

Fumitaka spuścił wzrok. Kaga zaś kontynuował.

– Opuściwszy Kodenmachō o siedemnastej trzydzieści, dotarł do siedziby firmy przed osiemnastą. Poprosił koleżankę z biura o zajęcie się formalnościami w sprawie zasiłku chorobowego pani Satoko Kamikawy, po czym wyszedł z pracy – w marynarce. Odwiedził wasz sklep, jeszcze raz wrócił do Hamachō, a następnie udał się w drogę powrotną do domu. Jeśli spojrzymy na to w ten sposób, działania pana Takury idealnie zgadzają się ze wszystkimi zeznaniami, a problem trzydziestominutowej luki znika, można bowiem założyć, że właśnie tyle czasu pan Takura poświęcił na dotarcie do sklepu i rozmowę z panią Satoko. Jednocześnie jednak pojawia się pewna niejasność. Wyniki badań są konieczne do załatwienia formalności ubezpieczeniowych, dlatego nie można było do nich przystąpić bez wizyty u państwa. I jeszcze jedna wątpliwość. Jeśli rzeczywiście tak to wyglądało, dlaczego pan Takura po prostu nam tego nie powie?

Fumitaka uniósł głowę i napotkał baczne spojrzenie Kagi.

– Panie Kamikawa, pan wszystko wie, mam rację? – Kaga się uśmiechnął. – Podszedłem do szpitala Shin-Ōhashi, żeby porozmawiać z lekarzem pańskiej mamy. Od razu zaznaczę, że nie pytałem o naturę jej choroby.

Fumitaka westchnął. Wypił łyk kawy i lekko pokręcił głową.

– Nie lada detektyw trafił do Nihonbashi…

– Od lekarza dowiedziałem się, że sporządził dwa dokumenty. Dwa różne dokumenty. Pierwszy, z prawdziwą nazwą choroby, a drugi z fałszywą. Dlaczego? Twierdzi, że zrobił to na pana prośbę.

– Zgadza się. Wyprosiłem to u niego. Nic innego nie przychodziło mi do głowy. Matka jest taka uparta. Mówiła, że z głupim zasiłkiem da sobie radę sama. Nie chciała odpuścić. Tylko że konieczne były wyniki. A ich za żadne skarby nie mogła zobaczyć. Powiem panu, że byłem w kropce.

– I dlatego poprosił pan lekarza o wystawienie fałszywego dokumentu, niepodającego rzeczywistej nazwy choroby, i wręczenie go matce podczas wizyty.

Fumitaka pokiwał głową.

– Podkreślał, że to wbrew regulaminowi szpitala. Ale z tego doktora jest dobry człowiek. Zrobił to specjalnie dla mnie, pod warunkiem że nikomu o tym nie powiem. Kiedy matka wyszła od niego, poszedłem odebrać prawdziwe wyniki.

– Kiedy przekazał je pan panu Takurze?

– Tego samego dnia przed szóstą. Umówiliśmy się na spotkanie niedaleko jego biura. Dałem mu papiery, a on od razu zaczął formalności.

– Ale pozostawał jeszcze fałszywy dokument, który pan Takura musiał odebrać od pani Satoko. Dlatego po wyjściu z pracy zaszedł do waszego sklepu.

Fumitaka zrobił zbolałą minę i podrapał się po skroni.

– To przeze mnie wpadł w tarapaty. Miał alibi, ale nie mógł się wytłumaczyć przed policją, bo poprosiłem go o tę głupią przysługę. Prawdę mówiąc, to byłem przygotowany na to, że pan Takura wszystko wyzna.

– Nie powiedział ani słowa o fałszywym zaświadczeniu.

– O wszystkim pomyślał. Wie pan, kiedy wręczyłem mu prawdziwe wyniki, powiedział mi: „Niech się wali, niech się pali, nikomu nie powiem. Prawdziwy Tokijczyk prędzej skona, niż złamie męską obietnicę”.

– I zdaje się, że wprowadza te słowa w czyn.

– Głupi jest i tyle. Już dawno powinien się wygadać.

– A pan nie mógł tego zrobić?

Fumitaka nie potrafił na to odpowiedzieć. Uwaga Kagi zamknęła mu usta.

Po chwili westchnął i rzekł:

– Rak dróg żółciowych.

– Rak… rozumiem. – Twarz Kagi przybrała napięty wyraz.

– Lekarz twierdzi, że jest za słaba, by ją operować. Stanęło na tym, że na razie wypiszą ją ze szpitala, żeby mogła sobie podreperować zdrowie w domu, i się zobaczy. Ale czy w ogóle odzyska siły? Mocno wątpliwe. – Fumitaka westchnął głęboko i podjął: – Lekarz powiedział, że nie wcześniej niż za pół roku.

– Domyślam się, co pan czuje.

Słysząc to, Fumitaka się uśmiechnął.

– Z panem to pół biedy, ale nie chciałbym, żeby one się domyśliły. Mam na myśli nie tylko matkę, ale i Naho.

Kaga skinął głową.

– Doskonale pana rozumiem.

– Mała jest do niej przywiązana bardziej niż do matki. Moja żona umarła, kiedy Naho była malutka, więc wie pan, jak co, to zawsze do babci. Dopóki nie stanie na własnych nogach, dopóki nie zostanie tą fryzjerką, nie może się dowiedzieć… – Fumitaka nagle coś zrozumiał, bo przerwał i spojrzał na Kagę. – No tak, ale teraz już nie da się tego ukrywać. Przecież żeby potwierdzić alibi pana Takury, trzeba odkręcić sytuację z zaświadczeniem.

Kaga pokiwał jednak lekko ręką.

– Już porozmawiałem z przełożonymi i da się to jakoś zrobić. Komendant załatwi sprawę z Komendą Główną. Będzie jednak potrzebne zeznanie.

– Oczywiście. Wystarczy, że ja je złożę, tak?

– Przepraszam za kłopot.

– Nie ma o czym mówić. – Fumitaka potrząsnął głową. – Ta zamordowana kobieta z Kodenmachō. Mieszkała samotnie, prawda?

– Zgadza się.

– A co z rodziną?

Kaga na chwilę spuścił wzrok i uśmiechnął się tajemniczo. Fumitaka wyczuł jego wahanie.

– Przepraszam. Nie może pan opowiadać o śledztwie.

– Nie, to żadna tajemnica. Niedawno rozstała się z mężem i zaczęła żyć sama. Miała syna, ale praktycznie się nie widywali.

– No proszę.

– Zagadką pozostaje, czemu przeniosła się do Nihonbashi. Była tu kimś nowym, przybyszem.

Słysząc to, Fumitaka otworzył szeroko oczy.

– To tak jak pan.

– Faktycznie.

Obaj się uśmiechnęli.

– O, pańska córka. – Kaga spojrzał za okno.

Naho układała paczki z krakersami na stoisku przed sklepem. Wtem otworzyły się drzwi i na zewnątrz wyszła Satoko. Fumitaka dobrze wiedział, o czym rozmawiają. Naho zrobiła niezadowoloną minę.

– Naho nie da mi spokoju, jak dowie się, że z panem rozmawiałem.

– Nie wystarczy powiedzieć, że pan Takura został oczyszczony z podejrzeń?

Fumitaka przytaknął i wstał.

– Panie Kaga, zostanie pan w Nihonbashi na dłużej?

– Na to się zanosi.

– Wspaniale. Proszę wpadać do nas po krakersy.

– Oczywiście.

Fumitaka zostawił na stoliku należność za napój i wyszedł z kawiarni. W tej samej chwili szybkim krokiem przeszedł mu tuż przed nosem młody mężczyzna w białej koszuli z podwiniętymi rękawami.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij