Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Przygody Henryka Mercera - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 maja 2026
30,29
3029 pkt
punktów Virtualo

Przygody Henryka Mercera - ebook

„Przygody Henryka Mercera” to pierwsza powieść fabularna napisana przez Clemensa T. Bakkera — stworzona, gdy autor miał 16 lat, a wydana dopiero teraz. To pełna przygód historia młodego chłopaka, który postanawia żyć na własnych zasadach, wyruszając w podróż przez nieznane morza i tajemnicze krainy. W powieści znajdziemy zarówno pirackie perypetie, elementy fantasy, jak i obecność obcych cywilizacji — wszystko połączone w jedną, niezwykłą opowieść o wolności, odwadze i odkrywaniu świata.


Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8455-449-4
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

HENRYK

Dawno, dawno temu, w pewnej wiosce, żył sobie starszy człowiek z nieco młodszym synem. Żyli oni w malutkiej wiosce, ale w dosyć pokaźnym domu. Był to sporych rozmiarów biały, kamienny dom z trzema piętrami. Do domu wchodziło się po dużych i szerokich schodach, nad którymi rozciągał się oparty na kolumnach taras. W domu było wiele pomieszczeń. Zaraz przy wejściu znajdował się piękny i wielki salon z wielkimi, wysokimi, wąskimi oknami, przez które wpadało światło, oświetlając rozciągające się na ścianie półki z ogromną ilością nagród oraz artefaktów. W domu znajdowały się trzy łazienki (jedna na każdym piętrze), dwie pokaźnych rozmiarów sypialnie, kuchnia, pokój wypełniony różnymi obrazami, książkami, starymi notesami oraz jeszcze większą ilością nagród i artefaktów. Po wyjściu na taras, który znajdował się na trzecim piętrze można było dostrzec zapierające dech w piersiach widoki. Dom ten znajdował się bowiem na najwyższym wzgórzu w wiosce. Widoki były zatem naprawdę wspaniałe. Z tarasu można było dostrzec całą wioskę, poruszających się w niej ludzi, wozy ciągnięte przez konie po drogach wioski, handlarzy próbujących sprzedać towar wszystkim mijającym ich ludziom, piękne, malownicze uliczki i domy, które rozmieszczone były na wzgórzach oraz pomiędzy nimi. Za wioską można było dostrzec piękny las, który wydawał się nie mieć końca oraz sięgające chmur góry, które rozciągały się nieco dalej. Przyznać trzeba, że dom ten był naprawdę wspaniały, był marzeniem wielu osób. W końcu był to najpiękniejszy i najdroższy dom w okolicy. Wiele osób zapyta, skąd taki dom w małej wiosce? Odpowiedź jest bardzo prosta. Ten dom należał do prawie siedemdziesięcioletniego staruszka o imieniu Henryk, z którym mieszkał jego syn, Richard. Nie był to jednak zwyczajny, zmęczony życiem starzec. Henryk przez całe życie zajmował się podróżami, co w późniejszym czasie stało się jego pracą, bardzo dobrze opłacaną pracą. Był on poszukiwaczem przygód, a przeżył ich naprawdę wiele. Plotki głosiły, że w piwnicach jego wielkiego domu skryte były ogromne ilości złota, kryształów oraz wielu innych kosztowności, których dorobił się przez całe swoje życie, a teraz przetrzymywał je dla przyszłych pokoleń lub na czarną godzinę. Czy plotki te były prawdą? Oczywiście, że tak! W końcu Henryk podróżował i zarabiał na tym przez prawie całe swoje życie. Można zatem wywnioskować, że jego historia nie zaczyna się wcale w tym momencie. Zaczyna się ona wiele lat wcześniej. Historię tę naprawdę warto opowiedzieć. Przenieśmy się zatem do czasów, w których Henryk był malutkim, niczego nieświadomym dzieckiem.— — -Nocna Tragedia — — —

Była to zwykła, spokojna noc. Pewien spory okręt przemierzał wody oceanu. Załoga składała się z trzech osób. Była to rodzina, a mianowicie ojciec, matka i syn. Tym synem był właśnie Henryk. Miał on wtedy zaledwie trzy miesiące. Imiona rodziców nie są znane, ponieważ nikt nie miał dostępu do ich dokumentów. Byli oni emigrantami, którzy ukradli statek z pewnego portu. Zrobili to w obawie przed utratą syna, ponieważ w ich mieście doszło do podboju. Piraci wtargnęli do miasta, a następnie zaczęli kraść dosłownie wszystko, co akurat wpadło im w ręce. Niestety, ale porywali oni również dzieci. Władze nie potrafiły sobie poradzić z tą sytuacją. Chaos trwał nieustannie przez trzy dni. Ojciec Henryka postanowił wziąć sprawę w swoje ręce. Spakował wszystkie istotne rzeczy, a następnie zabrał ze sobą żonę i syna do portu. Port był słabo strzeżony, ponieważ wszyscy żołnierze, wszystkie służby zdolne do walki zostały przeniesione do miasta, aby chronić mieszkańców. W porcie znajdowało się może trzech strażników. Nie było to zbyt wiele, gdyż port był dosyć spory, a zacumowane w nim było około trzydzieści statków. Kiedy nikt nie patrzył, nasza trójka zakradła się na jeden z okrętów. Małżeństwo schowało syna wewnątrz statku. Ojciec Henryka wyjął nóż i rozpoczął przecinanie lin, które zatrzymywały statek przed odpłynięciem. Zajęło to dobre piętnaście minut, ale w końcu udało mu się przeciąć liny. Wyjątkowo szybko podnieśli żagle, a statek zaczął odpływać. Strażnicy bardzo szybko zorientowali się, że coś jest nie tak i zaczęli pruć śrutem w stronę mężczyzny, który stał za sterem. Przerażony Ojciec, który wiedział, że ma do uratowania syna oraz żonę nie miał zamiaru się poddać. Wykonywał gwałtowne ruchy i starał się unikać kul. Niestety, nie udało mu się uniknąć wszystkich. Został dwa razy postrzelony w prawe ramię. Mimo to mężczyzna nie poddał się. W końcu udało im się opuścić port, a strażnicy nie mogli ich już dosięgnąć. Ojciec Henryka cudem uszedł z życiem. Brakowało zaledwie kilku centymetrów, aby dostał strzał w tył głowy. Na szczęście dwie kule trafiły go jedynie w ramię. Mężczyzna krwawił nieustannie przez kilkanaście minut. W końcu zrobił sobie prymitywny opatrunek z podkoszulki. Statek powoli oddalał się od lądu, aż w końcu stał się małą kropką widoczną na horyzoncie, po czym zniknął. Rodzina płynęła tak przez trzy dni. Wszystko wskazywało na to, że po udanej ucieczce uda im się również przepłynąć ocean i rozpocząć nowe, lepsze życie. Tak się jednak nie stało. Życie jest pełne niespodzianek, ale tym razem postanowiło zafundować naszym bohaterom jedną z tych mniej przyjemnych. Niedługą chwilę temu zapadł zmrok, a więc matka ułożyła syna do snu, a następnie sama udała się do miejsca wypoczynku. Ojciec natomiast pilnował steru. Leżał obok niego i obserwował gwiazdy. Niebo było naprawdę piękne tej nocy. Nagle rozmarzony mężczyzna przestał skupiać się na kontrolowaniu rejsu i zasnął. Nie trudno się domyślić, że coś poszło nie tak. Tej nocy wystąpiły dosyć silne wiatry. Spowodowało to, że statek zaczął gwałtownie zmieniać kurs. Mężczyzna nie zauważył tego, ponieważ spał. Wkrótce jednak coś przerwało jego sen. Było to poczucie niepokoju. Przebudzony mężczyzna zaczął rozglądać się po okręcie. W pewnym momencie zauważył coś w oddali. Był to dosyć spory obiekt, ale przez mgłę mężczyzna nie widział go dokładnie. Nie minęło jednak dużo czasu, aby zorientował się, że widzi drugi okręt. Okazało się jednak, że nie była to przyjaźnie nastawiona jednostka. Był to okręt piratów. Kiedy ojciec swojego trzymiesięcznego syna dostrzegł ten fakt, wówczas natychmiast pobiegł w stronę steru, aby zmienić kierunek i postarać się uciec. Niestety, ale okazało się, że było już za późno. Piracki okręt był już na tyle blisko, aby rozpocząć atak. Statek naszych bohaterów oberwał trzy razy i zaczął bardzo szybko nabierać wody. Kiedy matka poczuła wstrząsy, natychmiast się obudziła, owinęła Henryka w ciepły koc i wybiegła z nim na pokład. Kobieta spojrzała na swojego męża, a on na nią. Oboje nie wiedzieli, co robić. Spoglądali na siebie przez kilka sekund, aż nagle mężczyzna zauważył jasne światło na niebie. To były płonące pociski, które zostały wystrzelone z wrogiego okrętu. Nie trudno domyślić się, że teraz statek nie tylko tonął, ale również stał w płomieniach. Mężczyzna już chciał zarządzić ewakuację, kiedy nagle jego żona oberwała jednym z płonących pocisków. Zraniona kobieta zajęła się ogniem i upuściła syna na ziemię. To był okropny widok. Krzyknęła jedynie do męża, aby ratował syna, po czym dopełzała się do krawędzi statku i wyskoczyła do wody, gdyż nie mogła znieść bólu, który zadawał jej ogień. Zraniona kobieta nie była w stanie pływać i utonęła. Ojciec podniósł syna z ziemi najszybciej, jak tylko potrafił, a następnie zapłakany wsiadł razem z nim do szalupy ratunkowej i zaczął ją opuszczać w dół. Cudem piraci nie zauważyli tego. Myśleli, że cała załoga utonęła wraz ze statkiem i skupili się na kosztownościach, które wypłynęły ze statku i dryfowały na powierzchni wody. Ojciec wraz ze swoim malutkim synem przemierzali ocean szalupą ratunkową. Dwa dni zajęło im, aby dotrzeć do lądu. Przez dwa dni dryfowali na powierzchni oceanu. Nie mieli jedzenia, picia, ani ciepłych ubrań. Cudem było, że w ogóle przeżyli. Henryk płakał, nie wiedział co się dzieje i chciał do matki, ale niestety już nigdy nie dostał takiej możliwości. Pamiętajmy, że kiedy jego ojciec spał, wówczas statek zmienił kierunek. Mężczyzna przekonał się o tym dopiero w momencie, w którym zamiast do celu, do którego zmierzali, dopłynęli do skutej lodem wyspy. Najważniejsze jednak było, że mimo wszystko w końcu znaleźli się na lądzie. Ojciec ułożył Henryka na ziemi, a następnie położył się obok i niczym małe dziecko zaczął uderzać rękoma o ziemię oraz wrzeszczeć. Płakał, przeklinał cały świat i wykrzykiwał imię swojej martwej już żony. Po niedługim czasie dotarło do niego, że jego syn nie wydał z siebie żadnego odgłosu od kilku minut. Zdesperowany mężczyzna przytulał syna, próbował go ogrzać, ale to wszystko na nic. Wydawało się, że Henryk po prostu zamarzł. W tym momencie mężczyzna zrobił najgorszą rzecz, jaką tylko mógł zrobić — poddał się. Usypał ze śniegu malutką górkę, wykopał w niej wgłębienie i ułożył tam swojego syna. Później mężczyzna uklęknął, pomodlił się, a następnie płakał przez ponad godzinę. Kiedy skończył, wówczas wstał, odwrócił się i nie chcąc patrzeć na ciało swojego martwego syna, po prostu sobie poszedł. Nikt go nigdy więcej nie widział. Prawdopodobnie popełnił samobójstwo lub został pożarty przez dzikie zwierzęta. Wszystko mogło potoczyć się inaczej, gdyby jedynie został jeszcze chwilę. Okazało się bowiem, że Henryk przeżył. Po prostu obudził się w pewnym momencie i zaczął płakać. Wszystko zmierzało w bardzo złym kierunku, ponieważ chłopiec leżał tak przez ponad godzinę, a wszystko wskazywało na to, że tym razem naprawdę zamarznie. Henryk zaczynał już tracić świadomość, kiedy nagle zobaczył tajemniczego człowieka, który ustawił się obok niego i nachylił się nad nim. Był to mężczyzna pochodzący z pobliskiej wioski. Nie był on bardzo stary, ale jego broda zaczynała już siwieć. Mężczyzna nie był zbytnio wysoki, ale miał dobrze zbudowane ciało. Na co dzień zajmował się polowaniem na dzikie zwierzęta. Był silny i umięśniony, a na imię było mu Edward. Kiedy zobaczył małego, zmarzniętego chłopca, który leżąc na śniegu, nie miał już nawet siły płakać, wówczas od razu zabrał się do działania. Edward zdjął płaszcz i owinął nim Henryka, a następnie pobiegł z chłopcem do wioski tak szybko, jak tylko potrafił. Nie była to zwyczajna wioska. Była to odosobniona osada, która rządziła się swoimi prawami i nie miała zbyt wiele wspólnego z resztą świata. Ludzie mieszkali tutaj w naprawdę małych chatkach. Były one tak małe, że aby zmieścić się w drzwiach, trzeba było wejść do domu na kolanach. Osada składała się z siedmiu małych chatek, dosyć niskiego muru zbudowanego z brył lodu oraz chatki kowala, chatki szamana i dosyć sporego ogniska umieszczonego na samym środku osady.

— Ratunku! Pomocy! — wykrzykiwał przerażony Edward, który właśnie wbiegał do osady z niemalże zamarzniętym dzieckiem na rękach.

Zdziwieni mieszkańcy natychmiast zebrali się wokół niego.

— Co się stało? — zapytała jedna z kobiet znajdujących się w tłumie.

— Znalazłem go na śniegu. Po prostu leżał tam i czekał na śmierć — odparł zestresowany Edward. — Musimy mu natychmiast pomóc!

Tak też się stało. Malutki Henryk został od razu zabrany do chatki szamana. W tamtejszych rejonach wierzono w to, że ma on magiczną moc i potrafi uleczyć każdego. Szaman pełnił w tej wiosce rolę lekarza, ale również przepowiadał przyszłość mieszkańców. Trzymiesięczny, w połowie zamarznięty chłopiec został zatem ułożony na kocu w chacie szamana. Leżał on dosłownie pół metra od kominka. Szaman ułożył na główce Henryka płatki nikomu nieznanych kwiatów. Twierdził on, że mają one magiczną moc, i że uleczą chłopca. Edward odetchnął z ulgą. W końcu teraz nic nie groziło chłopcu. Henryk został przebrany przed przystąpieniem do leczenia. Teraz, kiedy chłopcu nic nie groziło, wówczas Edward zaczął przeglądać rzeczy, które chłopiec miał ze sobą. Otóż okazało się, że koc, w który Henryk został owinięty przez matkę nie był zwykłym kocem. Zawierał on średniej wielkości kieszeń, którą prawdopodobnie matka Henryka przyszyła do koca z nieznanych przyczyn. Edward szybko postanowił sprawdzić, czy coś znajduje się w owej kieszeni. Powoli wsunął rękę do środka, a następnie wyciągnął dwie rzeczy. W dłoni Edwarda znajdowały się teraz list oraz złoty naszyjnik. Edward wciąż nie znał imienia chłopca, którego znalazł, więc postanowił otworzyć list. Okazało się to strzałem w dziesiątkę, ponieważ był to list napisany przez ojca Henryka w trakcie rejsu skradzionym okrętem. Edward przystąpił do czytania.

_,,Drogi Amadeuszu!_

_Piszę do Ciebie, mój drogi przyjacielu, ponieważ nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek się zobaczymy. Trwa piękna noc. Kilka godzin temu wypłynąłem w rejs wraz z moją ukochaną żoną, Anastazją i synem Henrykiem. Niestety, ale nie jest to ani rejs wycieczkowy, ani nawet taki, z którego moglibyśmy wrócić. Płyniemy albowiem skradzionym okrętem, który cudem udało nam się wykraść z portu. Jeszcze trochę, a kosztowałoby mnie to życie. Musieliśmy ukraść ten okręt, gdyż nasze skromne miasteczko zostało zaatakowane przez bandę piratów, którzy zaczęli nas okradać i porywać nasze dzieci. Byliśmy zmuszeni do tego, aby jak najszybciej się ratować. Jestem w wielkiej rozpaczy. Musieliśmy opuścić nasz ukochany dom. Anastazja myśli, że mamy ogromny zapas żywności, ale tak naprawdę wystarczy nam pożywienia na jedynie trzy dni. Jest to stanowczo za mało, aby przeżyć cały rejs. Nie do końca wiem, co mógłbym teraz uczynić. Piszę do Ciebie, mój drogi przyjacielu, ponieważ jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi. Zawsze byliśmy nierozłączni. Dlatego też chciałbym, abyś wiedział, co się ze mną wydarzyło oraz dlaczego zniknąłem. Obiecuję, że wyślę ten list, kiedy tylko dopłyniemy do celu. Mam nadzieję, że jakoś nam się uda. Bardzo obawiam się o Henryka. Ma dopiero trzy miesiące. Obawiam się, że to wszystko może się źle skończyć. Anastazja śpi teraz wraz z Henrykiem na dolnym pokładzie, a ja piszę ten list i obserwuję gwiazdy. Czuję, że coś się stanie. Nie wiem, czy będzie to coś dobrego, czy złego, ale coś przeczuwam. Moje odczucia wobec tego zdarzenia są raczej negatywne, a więc obawiam się o swoje życie. Bardziej jednak boję się, że coś mogłoby stać się mojej rodzinie. Nie powinienem tyle myśleć, ale znasz mnie. Kiedy zacznę rozmyślać, to nie potrafię skończyć. Nie pozostaje mi nic innego, jak również położyć się spać. Rano spróbuję złapać jakieś ryby w dziurawą sieć rybacką, którą znalazłem pod pokładem. Może przy odrobinie szczęścia złapię jakieś ryby. Wtedy przynajmniej nie umrzemy z głodu. Po prostu położę się spać. Od tych myśli zaczyna mnie już boleć głowa. Do zobaczenia, mój drogi przyjacielu. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy, i że w ogóle dostaniesz ten list. Jeśli tylko uda mi się dopłynąć do celu, to natychmiast wyślę go do ciebie._

_Do zobaczenia!_

_Sean”_

Po przeczytaniu tego listu, Edward wiedział już, że malutki chłopiec, którego znalazł ma na imię Henryk. Poznał również imiona jego rodziców, ale postanowił nie zdradzać ich nikomu. Normalnie Edward wysłałby list do osoby, do której został napisany, ale znał tylko imię odbiorcy. Ojciec Henryka napisał list, ale nigdzie nie zapisał adresu odbiorcy. Poza tym, był jeszcze jeden problem. Edward przeczytał prywatny list, a to było traktowane bardzo surowo w jego okolicy. Ludzie mieszkający w tej osadzie mieli pewne zasady, które były dla nich najważniejsze, a każdy kto odważyłby się je złamać, zostałby wygnany. Edward postanowił zatem ukryć fakt, że przeczytał ten list. Postanowił przygarnąć chłopca i nadać mu takie imię, jakie ten otrzymał od swoich prawdziwych rodziców. Edward od zawsze pragnął mieć dziecko, a teraz w końcu miał okazję. Postanowił, że wychowa Henryka, jak własnego syna.

Henryk był bardzo silnym dzieckiem. Już następnego dnia odzyskał pełnię sił. Pomimo wszystkiego, co go spotkało, miał wielce silną wolę życia. Tak jak Edward postanowił poprzedniego wieczoru, tak też zrobił. Przygarnął on Henryka i zabrał go do swojej chatki. Edward mieszkał na samym końcu wioski i żył swoim sposobem. Samodzielnie zdobywał pożywienie, udając się na codzienne polowania. Nie lubił żyć w taki sposób, w jaki żyli inni. Uważał życie swoich towarzyszy z wioski za nudne. Bardzo chciał wyrwać się z tej wyspy. Nie miał jednak wystarczającej ilości pieniędzy, a samodzielne opuszczenie wyspy za pomocą własnej łodzi mogłoby skutkować śmiercią. Wody były tam nieustannie wzburzone, a Edward nie potrafił zbudować wielkiego statku, który byłby w stanie się z tym zmierzyć. Właściwie, to nawet nie miał jak zbudować takiego statku, ponieważ na wyspie nie było do tego wystarczające ilości potrzebnych materiałów. Sam Edward miał już również swoje lata i nie mógł pozwolić sobie na wiele lat pracy nad statkiem. Prawdopodobnie nie zdążyłby już skończyć. Skoro mężczyzna nie był w stanie wydostać się z wyspy, to postanowił zrekompensować sobie to nieco zróżnicowanym życiem na niej. Właśnie dlatego nie zajmował się on zwykłym handlem, ani żadnym innym podstawowym zajęciem, które spełniali inni mieszkańcy wioski, ale polowaniem i przemierzaniem niezmierzonych pustyń lodowych. Po podjęciu decyzji o wychowaniu Henryka, mężczyzna uznał, że nie pozwoli na to, aby młody chłopiec zmarnował sobie życie, siedząc na prawie pustej wyspie, o której ludzkość nie ma nawet pojęcia. Edward postanowił, że wychowa Henryka tak, aby umiał on przeżyć w trudnych warunkach. Mężczyzna chciał nauczyć chłopca jak przetrwać nawet w najtrudniejszej sytuacji. Chciał, aby Henryk spróbował zrobić to, czego on obawiał się przez całe życie, aby spróbował wydostać się z wyspy. Edward stwierdził, że nie będzie zabierał chłopcu wiedzy o rodzicach i postanowił, że powie mu, o tym jak go znalazł i postanowił wychować. Rozpoczęło się zatem wychowywanie Henryka.— — -Pierwsza Przygoda — — —

Minęło kilka lat, a Henryk trochę urósł. Miał on już 11 lat. Henryk był dość wysoki. Miał krótkie, włosy koloru blond. Był on również bardzo ambitny. Nadal był młodym chłopcem, ale już wiedział w jaki sposób upolować zwierzę, w jaki sposób zbudować schronienie, jak przygotować się na wyprawę i jak ją przeprowadzić. Edward dopilnował tego, aby chłopiec był doświadczony. Henryk wiedział o swoich rodzicach, więc Edwarda nazywał dziadkiem. Pewnego dnia spełniło się to, czego tak bardzo chciał Edward. Chłopiec przyszedł do niego pewnego wieczoru i zaczęła się rozmowa.

— Dziadku… — powiedział niepewnie chłopiec.

— Słucham Henryku.

— Wiem, że wszyscy jesteśmy związani z tą wyspą, że żyję tutaj już tyle lat, ale ja czuję, że to nie jest moje miejsce…

— Henryku, wyszkoliłem cię najlepiej jak mogłem, nauczyłem cię wszystkiego, co umiem… — odparł Edward kładąc dłoń na ramieniu Henryka. — Niczego ci nie zabronię, bo kiedy byłem w twoim wieku, to sam chciałem się stąd wyrwać, ale niczego nie zrobiłem w tym kierunku. Teraz dalej chcę się wyrwać, ale jestem już na to za stary.

Tak rozmawiali przez krótką chwilę. Po zakończonej rozmowie, Henryk udał się na wzgórze, które znajdowało się niedaleko wioski i zaczął obserwować gwiazdy. Wiedział, że świat jest ciekawy, że jest czymś więcej niż jedną, pustą, skutą lodem wyspą. Później udał się na wybrzeże. Siedział przy wodzie i obserwował jak fale rozbijają się o ścianę klifu, który można było dostrzec w oddali. Zastanawiał się wówczas, co zrobić, jaką łódź zbudować, aby podołać tym falom. Było to praktycznie niemożliwe, bo na wyspie nie było zbyt wielu drzew. Henryk mógł zbudować najwyżej tratwę, a tratwą na pewno nie pokonałby tych fal. Chłopiec nie wiedząc, co mógłby zrobić, po prostu udał się w stronę domu. Kiedy jednak wracał, stało się coś dziwnego. Gdy Henryk zbliżył się do wioski, usłyszał krzyki. Po zbliżeniu się, zauważył że sporych rozmiarów niedźwiedź wtargnął do wioski. Nie był to jednak zwyczajny niedźwiedź. Był on nadzwyczaj wielki. Henryk bez zawahania postanowił wykorzystać wiedzę, którą przekazał mu Edward i zabić niedźwiedzia. Wyciągnął sztylet, który zawsze nosił przy sobie i zaczął skradać się w stronę bestii. W wiosce panował chaos. Wszyscy wrzeszczeli i biegali w kółko. Ludzi nie dało się uspokoić. Niedźwiedź obwąchiwał jedną z chatek, a po chwili wszedł do środka. Jedna z kobiet zaczęła wołać o pomoc i wykrzykiwać, że w chatce zostało jej dziecko. Nagle z chatki zaczął dobiegać dźwięk dziecięcego płaczu. To mogło rozwścieczyć niedźwiedzia. Henryk wiedział, że w środku znajdują się przerośnięty niedźwiedź i malutkie, bezbronne dziecko, więc bez zawahania wbiegł za niedźwiedziem do chatki. Wszyscy z przerażeniem spoglądali na chatkę, z której wydobył się głośny ryk. Później nastała cisza. Ludzie przez kilkanaście sekund stali wpatrzeni w chatkę i nie wiedzieli co zrobić. Po chwili na miejsce zdarzenia przybiegł Edward, który myśląc, że Henryk nie przeżył, rzucił się na śnieg i zaczął płakać. Minęła minuta, a z chatki wyszedł Henryk, ciągnąc za sobą martwego niedźwiedzia za nogę. Powiedział, że dziecko przeżyło, a przerażona matka natychmiast wbiegła do środka i wyniosła swoją pociechę. Wszyscy byli zaskoczeni, że chłopiec, który ma zaledwie jedenaście lat podołał tak ciężkiemu zadaniu i zabił niedźwiedzia. Henryk podszedł do zalanego łzami Edwarda i przytulił go, a następnie poprosił, aby ten wrócił do domu. Henryk gdzieś odbiegł. Wszyscy zajęli się sprzątaniem wioski po całym zamieszaniu. Tymczasem uradowany Henryk wrócił na wybrzeże i wyjął z kieszeni jakąś poskładaną kartkę. Okazało się, że dom, do którego wszedł niedźwiedź to dom najstarszego mężczyzny w wiosce, który mieszka ze swoją córką i wnukiem. Mężczyzna ten był bardzo tajemniczy. Nikt nie wiedział jak ma na imię. Zajmował się on sprowadzaniem do wioski pożywienia, drewna na opał i różnych kosztowności. Nikt jednak nie wiedział skąd i jakim sposobem. Właśnie w tym momencie Henryk się tego dowiedział. Ta sytuacja, ta kartka była, jak najwspanialszy cud, który spadł Henrykowi prosto z nieba. Postanowił on wykorzystać okazję i zabrał z domu starca mapę, którą dokładnie obejrzał na wybrzeżu. Okazało się, że starzec niczego nie produkował sam. Raz na miesiąc, z drugiej strony wyspy przypływał statek z towarem, który starzec kupował, aby później sprzedawać w wiosce za droższą cenę. Henryk dostrzegł w tym szansę. Skoro statek przypływał, aby handlować towarem, to musiał być na tyle wytrzymały, aby pokonać fale rozbijające się o wyspę. Co więcej, statek miał przypłynąć pojutrze. Henryk miał zatem jeden dzień i jedną noc, aby zorganizować ucieczkę. Chciał wydostać się z wyspy, a teraz w końcu miał na to szansę. Pobiegł zatem do domu i zaczął rozmawiać z Edwardem. Resztę wieczoru spędzili na wspólnych rozmowach. W końcu Henryk miał właśnie spędzić ostatnie chwile z Edwardem, którego nazywał nawet dziadkiem. Rozmawiali o zabiciu niedźwiedzia, ale nie o ucieczce. Henryk nie pochwalił się swoim planem, gdyż planował dokonać tego w tajemnicy. Była to jego jedyna szansa i nie chciał, aby ktokolwiek pokrzyżował mu plany, więc nie powiedział nawet Edwardowi. Następny dzień minął całkowicie normalnie. Henryk zajmował się swoimi codziennymi obowiązkami. Chciał wyruszyć wieczorem, aby nikt nie zauważył jego zniknięcia. Kiedy słońce zaczęło zachodzić, Henryk spakował plecak i wyruszył. Dotarcie do celu nie było jednak takie proste, jakim się wydaje. W nocy na wyspie bardzo często występowały śnieżyce, a Henryk musiał przebyć kilkanaście kilometrów pieszo. Po kilkunastu minutach wędrówki dotarł do miejsca, w którym poziom śniegu sięgał kolan. Henryk nie poddawał się. Szedł do przodu, pomimo że cały czas musiał mierzyć się ze śnieżycą. Oczywiście starcowi, który zajmował się sprowadzaniem towaru, wszystko szło o wiele sprawniej, gdyż posiadał on sanie. Jemu wystarczało trochę mniej niż godzina, aby się tam dostać. Dlatego też starzec smacznie spał sobie w domu, aby wyruszyć z samego rana. Henryk potrzebował na to kilku godzin, więc wyruszył wieczorem. Chłopiec nie poddawał się i szedł przed siebie. W pewnym momencie było mu już strasznie trudno, bo zapadła całkowita ciemność. Było mu już za zimno, by iść dalej, więc rozpalił ognisko. Chłopiec leżał przy ogniu i zastanawiał się czy to w ogóle ma sens, czy on w ogóle da radę tam dotrzeć. Był zmęczony i nie chciał wstawać, bo przy ogniu było mu ciepło. Chłopiec zrobił się śpiący, oczy zaczynały mu się zamykać. W pewnym momencie stało się — chłopiec zasnął. Nie spał zbyt długo. Po dwóch godzinach snu obudził go silny podmuch wiatru. Chłopiec otworzył oczy i zobaczył, że ogień zgasł. Ucieszył się, że wiatr go obudził, gdyż w przeciwnym wypadku mógłby zamarznąć. Henryk miał już niewiele czasu. Nie wiedząc ile zostało mu do świtu, wstał i poszedł przed siebie. Szedł tak przez kolejne trzy godziny, aż w pewnym momencie dostrzegł swój cel. Był to malutki port z miejscem na dwa statki. Zaczynało już świtać, ale statku jeszcze nie było. Henryk położył się za kamieniem i czekał na przybycie statku lub starca. Zmęczony chłopiec ponownie zasnął. Przypomnijmy, że miał on dopiero 11 lat. Co obudziło go tym razem? Tego nikt nie wie. Możliwe, że było to przeczucie, bo chłopiec obudził się idealnie w momencie, w którym starzec dokonywał zakupu. Mężczyzna wynosił ze statku drewniane kłody, a starzec układał je na sanie. Oprócz drewna, starzec zakupił również pożywienie. Henryk przez cały czas zastanawiał się nad tym, jak mógłby niepostrzeżenie dostać się na statek. Zastanawiał się bardzo długo, ale niczego nie wymyślił. Jak się okazało, zastanawiał się za długo, bo starzec już zabrał się ze swoimi saniami, a mężczyzna wsiadł z powrotem na statek. Henryk nie do końca wiedział co ma zrobić, ale ciało zrobiło wszystko za niego. Chłopiec pod wpływem emocji zaczął po prostu biec w stronę statku. Co dziwne, udało mu się bez problemu wbiec na pokład, bo kapitan akurat w tym momencie spisywał dziennik pokładowy. Zatem udało się. Chłopiec schował się w jakiejś starej, zakurzonej szafie, która stała na dolnym pokładzie. Był bardzo podekscytowany, bo w końcu udało mu się wyrwać z wyspy.

Henryk mógł spokojnie przeczekać rejs w kryjówce i spróbować wysiąść niepostrzeżenie w porcie. W końcu niczego mu nie brakowało. W swoim plecaku miał wodę i pożywienie. Mimo to chłopiec popełnił wielki błąd i opuścił kryjówkę. Postanowił rozejrzeć się po okręcie. Uchylił zatem po cichu drzwi szafy, w której się chował i wychylił głowę. Rozejrzał się, a gdy zobaczył, że w pomieszczeniu nikogo nie było, wyszedł, aby rozprostować nogi i trochę się porozglądać. Pomieszczenie, w którym się znajdował wyglądało na graciarnię. Było tam pełno zakurzonych rzeczy, których nikt nie używał od lat. Po jednej stronie pomieszczenia znajdowały się wszystkie porzucone przedmioty, a po drugiej można było dostrzec schody prowadzące na górny pokład. Henryk postanowił nie wychodzić na górę, gdyż miał ze sobą jedynie sztylet, którym wcześniej zabił niedźwiedzia, a przecież nie wiedział czy jednoosobowa załoga statku będzie dla niego przyjazna. W końcu wkradł się on na statek bez absolutnie żadnego pozwolenia. Zaczął zatem przegrzebywać wszystkie stare przedmioty, które znajdowały się obok niego. Było tam pełno skrzyń, starych mebli, mnóstwo książek i wielu innych zakurzonych przedmiotów. Henryk znalazł trochę kosztowności, które postanowił sobie przywłaszczyć. Zabrał trochę złota, które znalazł w skrzyni i wsypał je do kieszeni swojego plecaka. Kiedy tak przegrzebywał tę skrzynię, to nagle pod stertą monet zauważył coś dziwnego. To była klinga szabli. Henryk postanowił od razu przywłaszczyć sobie szablę, która była przecież o wiele większa niż jego malutki sztylet. Właśnie w tym momencie Henryk zrobił najgłupszą rzecz, jaką tylko mógł w tej sytuacji uczynić. Stwierdził on, że skoro ma odpowiednich rozmiarów broń, to może przejąć kontrolę nad statkiem. Postanowił wyjść na górny pokład, przystawić kapitanowi szablę do gardła i stanowczo stwierdzić, że przejmuje kontrolę nad statkiem. Jak pomyślał, tak zrobił. Henryk bez dłuższego zastanowienia, wybiegł na górny pokład, podbiegł do kapitana i natychmiast zatrzymał się, bo stojący za sterami statku człowiek bez chociażby spojrzenia na chłopca, wyjął pistolet i przystawił go Henrykowi do głowy.

— P-Przejmuję kontrolę nad tym statkiem… — wyjąkał przerażony Henryk, przystawiając szablę do gardła mężczyzny.

— Ty? Coś mi się nie wydaje! — odparł rozśmieszony mężczyzna, po czym złapał i związał jedenastoletniego chłopca, a następnie wrzucił go do małej, zakratowanej kabiny. Kabina, a właściwie cela więzienna, znajdowała się dosłownie kilka metrów za sterem, a więc Henryk mógł jedynie obserwować plecy sterującego statkiem mężczyzny. Chłopiec podbiegł do krat od razu po tym, jak został siłą wrzucony do celi. Wykrzykiwał on, aby mężczyzna go wypuścił, ale bezskutecznie. Mężczyzna jedynie odwrócił się na kilka sekund. Kiedy Henryk zobaczył jego twarz, wówczas przeszły go ciarki. Mężczyzna miał bowiem spojrzenie zabójcy. Jego twarz była prawie cała zasłonięta gęstą, czarną brodą i jeszcze gęstszymi wąsami. Po kilku minutach bezskutecznego wykrzykiwania, Henryk zrozumiał, że niczego nie wskóra. Usiadł wówczas w kącie celi i zaczął płakać. Przecież chciał on jedynie wydostać się z wyspy, która nie dawała mu żadnej perspektywy lepszego życia, a teraz płynął statkiem, zamknięty w celi i kompletnie nie wiedział, co się z nim stanie.

Minęły dwa dni. Henryk właśnie wybudził się ze snu. Podszedł do krat, aby obejrzeć wschód słońca, który tego dnia był wyjątkowo piękny. Henryk był głodny i zmęczony. W końcu niczego nie jadł od dwóch dni. Przez kilka minut zastanawiał się, kiedy w końcu dopłyną i czy dostanie wtedy coś do jedzenia, kiedy nagle zauważył, że statek się nie porusza. Usłyszał jakieś głosy z prawej strony, ale nie mógł niczego zobaczyć, bo znajdował się w celi bez okien, której drzwi były ustawione w innym kierunku. Henryk docisnął twarz do krat, aby spojrzeć w prawo, a dzięki temu dostrzegł kątem oka, gdzie się znalazł. Była to malutka wyspa. Była ona dosłownie tak mała, że z jednego końca można było dostrzec drugi. Prawie całą wyspę zajmował budynek, który kształtem przypominał zamek z czterema wieżami przy kątach budowli. Było tam pełno zakratowanych okien. Henryk miał co do tego złe przeczucia. Nagle zauważył dwóch mężczyzn obok bramy dziwnego budynku. Jeden z nich wyglądał znajomo. To był człowiek, który wrzucił go do tej celi! Rozmawiał on z jakimś elegancko ubranym mężczyzną. Nagle mężczyzna, który porwał Henryka podał pieniądze elegancko ubranemu mężczyźnie, a następnie wskazał palcem na chłopca uwięzionego w celi. Kiedy Henryk to zobaczył, bardzo się przestraszył. Mężczyźni zaczęli iść w stronę statku. Przestraszony Henryk biegał po celi i uderzał pięściami w ściany. W panice myślał, że to pomoże mu się wydostać. Nagle do krat podszedł mężczyzna ubrany w garnitur, otworzył je i wszedł do celi. Mężczyzna powoli podszedł do Henryka, a następnie rzucił się na niego i związał mu ręce.

Henryk był prowadzony przez mężczyznę prosto do przerażającego budynku. Pogoda jedynie dodawała upiornego klimatu. Nad budowlą rozciągały się burzowe chmury, które raz na kilka sekund ciskały piorunami w różnych kierunkach. Henryk był cały przemoknięty, ponieważ z nieba padał naprawdę silny deszcz. Związany chłopiec musiał przejść blisko dwieście metrów w naprawdę silnej ulewie, a przecież nawet nie wiedział dokąd idzie. Wiedział jedynie, że zmierza do jakiegoś dziwnego, przerażającego budynku. Nie wiedział jednak czym był ten budynek, ani co znajdowało się w jego wnętrzu. Kiedy mężczyzna doprowadził chłopca pod samą bramę, nagle kazał mu się zatrzymać. Henryk spojrzał ze zdziwieniem na mężczyznę, który bez słowa wskazał palcem na dziurę, znajdującą się dwa metry przed nimi. Henryk powolnym krokiem podszedł do dziury i zajrzał w głąb. Jak się okazało, kamienna ścieżka, którą podążali była oddzielona od wyspy, na której znajdowała się budowla. Przerwa pomiędzy jedną stroną, a drugą wynosiła mniej więcej siedem metrów. W dziurze można było dostrzec jedynie falującą wodę. Nagle ze strony budowli podbiegł jakiś biednie ubrany mężczyzna. Położył on kładkę nad dziurą, która oddzielała dwie części wyspy. Henryk poczuł popchnięcie. Prowadzący go mężczyzna popchnął go lekko w stronę kładki. Kładka była bardzo wąska. Henryk musiał iść bokiem, aby ją pokonać. W pewnym momencie się nawet zachwiał, ale na szczęście udało mu się bezpiecznie przedostać na drugą stronę. Kiedy Henryk dotarł już na drugą stronę, odwrócił się, aby zobaczyć jak idzie mężczyźnie, który go tu przyprowadził. Ku jego zdziwieniu, mężczyzna był odwrócony plecami i zmierzał w przeciwnym kierunku. Henryk spojrzał na biednie ubranego mężczyznę, który wcześniej położył kładkę. Mężczyzna był ubrany w brudną koszulę, dziurawy płaszcz i stare, podarte spodnie.

— Witaj w naszych skromnych progach! — szepnął cicho mężczyzna.

— O co tutaj chodzi?! Gdzie ja się w ogóle znalazłem?! — wykrzyknął przerażony chłopiec.

— Jak to? To ty o niczym nie wiesz? — zapytał zdziwiony mężczyzna. — No dobrze, a więc wszystko ci wytłumaczę. To miejsce jest największym więzieniem w okolicy. Sprowadzamy tutaj największych zbrodniarzy tego świata, a oni stanowią darmową siłę roboczą. Wyglądasz na bardzo młodego… Co strasznego przeskrobałeś w tak młodym wieku?

— Jakie więzienie? Jaki zbrodniarz? Ja niczego nie zrobiłem!

— Jasne! Każdy tak mówi! — odparł niczym nie wzruszony mężczyzna, a następnie szarpnął Henryka za ubranie i zaprowadził go do środka budynku.

Mężczyzna wtrącił Henryka do celi. Chłopiec był przerażony, bo znów trafił do celi więziennej. Podbiegł do krat i zaczął je szarpać.

— Przestań! — wykrzyknął strażnik. — Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego ile te kraty kosztowały!

Henryk odwrócił się, aby obejrzeć celę. Była ona znacznie większa od tej na statku. W celi znajdowało się jedynie piętrowe łóżko. Henryk był przerażony stanem celi. W końcu wcześniej powiedziano mu, że to największe więzienie w okolicy. Najwidoczniej największe nie jest równoznaczne z najlepszym — pomyślał. Kiedy Henryk rozglądał się po celi, nagle zauważył coś dziwnego w kącie. Kąt celi był wypełniony ciemnością, ale dało się w nim dostrzec sylwetkę jakiejś postaci. Okazało się, że Henryk miał współlokatora! Wydawał się on jednak dziwny. Nie odzywał się, ale wciąż spoglądał na Henryka. Była to czarna, zakapturzona postać, która siedziała w kącie. Zdawało się, że oczy tego człowieka połyskiwały. Wyglądały jakby świeciły na czerwono, ale to zapewne robota wyobraźni Henryka. Patrzyli sobie w oczy przez dobrą minutę, ale żaden z nich się nie odezwał. Henryka przeszły ciarki. Postanowił on, że odsunie się trochę do tyłu. Henryk cofał się, aż w końcu spotkał się ze ścianą. Jego współlokator wciąż nie odrywał od niego wzroku.

— K-Kim jesteś? — zapytał niepewnie Henryk.

— Na imię mi Rafael.

— W-Więc to nasza wspólna cela?

— Tak mi się zdaje. — odparł Rafael. — Skąd ty się tutaj w ogóle wziąłeś? Ile ty w ogóle masz lat?

— Mam jedenaście lat i nie mam pojęcia dlaczego się tutaj znajduję… Chciałem przeżyć przygodę, a nie spędzić resztę życia w więzieniu… — powiedział Henryk, a następnie zakrył twarz, aby ukryć łzy.

— Właśnie tak wyglądają przygody. Ci goście zamykają tutaj każdą osobę, która wyda im się bezbronna. Tak naprawdę mało kto jest tutaj przestępcą.

— Może da się coś zrobić? Moglibyśmy na przykład uciec! Tak! Moglibyśmy uciec i powiedzieć światu o tym wszystkim, co się tutaj wyprawia!

— Niestety, ale to niemożliwe. Miałem kiedyś przyjaciela, którego złapano razem ze mną. Siedzieliśmy razem w tej celi, kiedy on wymyślił, aby spróbować uciec. W ten sposób straciłem przyjaciela. — wyznał Rafael. — Strażnik nie domknął drzwi, a my postanowiliśmy to wykorzystać. Nie mieliśmy kompletnie żadnego planu działania. Po prostu wyszliśmy z celi. Udało nam się zgrabnie ominąć wszystkich strażników, ale niestety nie przewidzieliśmy jednego. Oni wszyscy wiedzieli o tym, że uciekliśmy i po prostu czekali. Chcieli, abyśmy znaleźli się na zewnątrz, bo tam mogli nas po prostu zastrzelić i wrzucić do wody. Ja zorientowałem się w porę i wróciłem do celi, ale mój przyjaciel zginął tamtej nocy. Wiem, że to może wydawać się niedorzeczne, ale oni są połączeni z tym miejscem. Nie wiem jak to możliwe, ale oni po prostu czują, co się tutaj dzieje. — stwierdził zmarnowany Rafael, a następnie odwrócił wzrok i przestał odpowiadać na pytania Henryka.

Tej nocy Henryk nie mógł spać. Przez długi czas wpatrywał się on w swojego towarzysza, który również nie śpiąc, wciąż siedział w tym samym miejscu oraz w tej samej pozycji. To było trochę przerażające dla Henryka, ale nie bał się on już tak bardzo, bo znał historię Rafaela i wiedział, że jego bezsenność jest spowodowana przeżyciami. Chłopiec miał ogromny problem z zaśnięciem, ale w końcu mu się udało. Jego sen nie potrwał jednak zbyt długo, ponieważ już o godzinie piątej rano, strażnicy zaczęli budzić wszystkich więźniów. Kiedy Henryk otworzył oczy, ujrzał strażnika uderzającego w kraty celi od zewnętrznej strony oraz Rafaela, który wciąż siedział w kącie i ani nie myślał zasnąć. Strażnik wykrzykiwał, że więźniowie mają trzy minuty, aby znaleźć się na więziennej stołówce. Rafael po raz pierwszy od przybycia Henryka wstał.

— Chodź — odezwał się cicho do Henryka i wyszedł z celi.

Henryk po prostu wstał i poszedł za nim. Po wyjściu z celi, Henryk ujrzał długi korytarz, który zbudowany był z kamiennych cegieł. Na jego końcu znajdowały się duże drzwi, które prowadziły na stołówkę. Przerażony Henryk podążał za strażnikiem, ale Rafael nie miał zamiaru pokazywać strachu. Prawdę powiedziawszy, on nie odczuwał żadnego strachu. W końcu był tam już wiele lat. Rafael bez problemu wyprzedził strażnika i nieco szybszym tempem zmierzał w stronę stołówki. Strażnik nie reagował, ponieważ był już do tego przyzwyczajony. Henryk był zdumiony postawą Rafaela i postanowił zrobić to samo, jednak po wyprzedzeniu strażnika, poczuł silne uderzenie z tyłu głowy. To przemówiło mu do rozumu. Był tutaj nowym więźniem i nikt go nie znał. W przypadku Rafaela było inaczej, bo każdy strażnik wiedział, że ten i tak nie będzie próbował uciec. Strażnicy wciąż prowadzili więźniów. Korytarz był naprawdę długi. Nagle, w połowie drogi, Henryk dostrzegł drzwi, które wyróżniały się spośród pozostałych. Nie posiadały one krat. To były piękne, drewniane drzwi, pomalowane na kolor czarny. Nad drzwiami znajdowała się złota tabliczka z czarnym napisem: „Juri”. Henryk pomyślał, że to musi być właściciel. Jego przemyślenia zostały bardzo szybko przerwane głośnym odgłosem otwierania drzwi. Byli już na miejscu. Oczom Henryka ukazała się pokaźnych rozmiarów stołówka. Była to bardzo duża sala, w której znajdowało się jedynie kilkanaście stołów. Henryk wraz z Rafaelem usiedli przy jednym z nich. Chłopiec rozglądał się po całej stołówce. W pewnym momencie dostrzegł, dużego, umięśnionego mężczyznę z całą masą tatuaży, który siedział dwa stoły dalej.

— Kto to taki? — zapytał Henryk.

— Kto? On? To jest Duży Fred. — odparł Rafael. — Wydaje się groźny, ale tak w rzeczywistości, śpi z pluszowym misiem.

Nagle ich rozmowę przerwał głośny trzask. Do sali wszedł jakiś mężczyzna z dwoma strażnikami.

— Och, po prostu świetnie… Będzie przemowa… — westchnął Rafael.

Mężczyzna stanął na środku sali. Był on ubrany w czarny mundur, a na piersi nosił kilka medali. Mężczyzna miał długą, brązową brodę, która zrastała się z równie gęstym wąsem. Zdjął on nakrycie głowy i dumnie uniósł głowę.

— Podobno mamy kilku nowych więźniów! To naprawdę świetna wiadomość! Dlatego postanowiłem przeprowadzić ten apel. — zaczął mężczyzna. — Moi drodzy! Nazywam się Juri i jestem właścicielem tej instytucji, a od dzisiaj również waszym. Postanowiłem, że szybko i krótko przytoczę wam kilka zasad, których powinniście przestrzegać, jeśli chcecie przeżyć. Zabrania się unikania pracy. Każdy zobowiązany jest do wykonywania swoich obowiązków. Zabrania się również narzekania na mnie oraz na panujące tutaj zasady. Ostatnia, najważniejsza zasada jest dosyć oczywista. Jeżeli chcecie przeżyć, to nie próbujcie uciekać. Dzisiaj mam dobry humor, więc wyjątkowo dam wam dwadzieścia minut na jedzenie, zamiast piętnastu. Bardzo serdecznie dziękuję wam wszystkim za uwagę. Do następnego spotkania! W razie wszelakich wątpliwości, zapraszam do mojego gabinetu, do którego macie absolutnie zabroniony wstęp. Jeśli ktoś postanowi mnie odwiedzić, to jego głowa zawiśnie nad moim kominkiem. Życzę miłego dnia! — Powiedział, a następnie dumnym krokiem wyszedł z sali.

Juri był bardzo surowy. W końcu jego życie nie było łatwe. Miał on bardzo trudne dzieciństwo. Nigdy nie posiadał kochających rodziców. W wieku pięciu lat został zabrany od rodziców, aby następnie zostać wyszkolonym na świetnego żołnierza. W ośrodku był traktowany, jak piąte koło u wozu. Pomimo tego, że został tam zaciągnięty pod przymusem, to i tak nikt go tam nie chciał. Same ćwiczenia były nadzwyczaj trudne. Juri często wracał z nich cały we krwi. Warunki w ośrodku były niehumanitarne. Wszyscy spali na podłodze i mieli jedynie koce, aby się przykryć. To wszystko po to, aby wychować ich na twardych mężczyzn, gotowych do oddania życia za swojego przywódcę. Chodziło o to, aby byli gotowi na wszystko, aby nie zastanawiali się nad niczym podczas ataku. W końcu ten tragiczny czas dobiegł końca. Po zakończeniu szkolenia, Juri miał wrócić do domu i być gotowym na wezwania, jednak to się nigdy nie wydarzyło. Kiedy Juri spakował swoje rzeczy i już opuszczał ośrodek, w którym go szkolono, wówczas z syren dał się usłyszeć głośny alarm. Był to alarm, który ostrzegał przed nadchodzącym wojskiem wroga. Wtedy właśnie rozpoczęła się pierwsza prawdziwa bitwa w życiu Juriego. Była to bardzo krwawa bitwa, która zebrała ogromne żniwa. Po tym zdarzeniu, Juri przeżył dziesięcioletnią wojnę, która zmusiła go do zabicia ogromnej ilości ludzi. Sam Juri cudem uszedł z życiem. Z jego kilkuset kolegów, przeżyło tylko kilkunastu. Juri przez cały ten czas pisał listy do matki, która na początku mu odpisywała, ale po czterech latach przestała. Takim właśnie sposobem, Juri spędził kolejne sześć lat wojny, zastanawiając się nad tym, co stało się jego matce. Nieustannie wysyłał listy, ale nie dostawał absolutnie żadnych odpowiedzi. Kiedy wojna dobiegła końca, Juri w końcu wrócił do domu. Myślał wówczas, że całe jego życiowe cierpienie się skończyło, oraz że wyczerpał się jego limit nieszczęść, jednak bardzo szybko zorientował się, że to dopiero początek. Juri podszedł do swojego domu i zapukał do drzwi. Zrobił to chyba trzy razy, ale nikt nie otwierał. Finalnie postanowił, że weźmie sprawę w swoje ręce i wdrapał się po odstającej desce na drugie piętro, aby wejść przez otwarte okno. Kiedy wszedł do środka i zszedł na dół, wówczas zobaczył coś okropnego. Zobaczył on dwa nagrobki. Tak po prostu stały sobie w salonie. Nie miał pojęcia, co się stało, ani dlaczego nagrobki stały na środku pokoju. Kiedy podszedł bliżej, zobaczył, że na nagrobkach zapisane były imiona jego rodziców. Juri nie mógł w to uwierzyć. Uklęknął przed nagrobkami i zaczął płakać. Płakał tak przez bardzo długi czas. Nie dlatego, że tęsknił za rodzicami, bo tak w rzeczywistości, nie pamiętał ich, ale dlatego, że nie zdążył ich dobrze poznać. Po dziesięciu dniach, które spędził w ogromnej rozpaczy, otrzymał list od lokalnego listonosza. List był wezwaniem do służby wojskowej. Juri nie mógł w to uwierzyć. Dopiero wrócił z wojny i już musiał uczestniczyć w kolejnej. Nie zawahał się jednak, ponieważ został przeszkolony tak, aby służyć swojemu dowódcy, a i w domu już nic go nie trzymało. Po przeżyciu kolejnej, tym razem nieco krótszej wojny, Juri poznał pewną kobietę, która później urodziła mu syna. Nazwali go Vladimir. Juri w spokoju wychowywał swojego syna przez dwadzieścia lat, ale któregoś dnia wrócił do domu i zauważył, że tego tam nie było. Pomyślał wówczas, że Vladimir na pewno gdzieś sobie wyszedł. Niestety, jego syn nie wracał. Mijały dni, tygodnie, miesiące, a jego wciąż nie było. Juri miał lekkie problemy ze swoją psychiką. To zapewne przez to wszystko, co go spotkało. Jednak przez swoje zaburzenia stwierdził, że to jego żona zabiła Vladimira, oraz że po prostu boi się do tego przyznać. Juri nie miał najmniejszego problemu z tym, aby zabić tę kobietę. Zrobił to po cichu, w nocy, kiedy spała. Zakopał ją w ogrodzie i zapomniał o tym. Dopiero po tygodniu zrozumiał, co zrobił. Teraz nie miał ani syna, ani żony. Juri zrozumiał również, że to nie ona zabiła ich syna. Dlaczego miałaby to zrobić? Przecież była kochającą żoną oraz matką. Juri nie mógł się pogodzić z tym, co się stało. Stracił rodziców, przeżył dwie wojny, podczas których musiał zabić naprawdę wiele osób, jego syn zniknął w nieokreślonych okolicznościach, a teraz jeszcze zabił swoją własną żonę. Juri stwierdził, że stał się potworem i poszedł nad pobliski klif, aby po prostu się z niego rzucić. Kiedy jednak stał nad klifem, uświadomił sobie, że wcale nie chce skakać. Czuł się doskonale ze swoim obrzydliwym wnętrzem, oraz z tym, że stał się potworem. Co więcej, miał ochotę powtórzyć swoje czyny. Jak już wiadomo, Juri miał zaburzenia psychiczne, więc nie tylko jego trudne życie miało wpływ na tę decyzję. On po prostu miał chęć do czynienia złego. Po niedługim czasie, Juri założył swoją własną organizację, która zajmowała się okradaniem ludzi i braniem ich do niewoli, aby następnie wykorzystać ich, jako darmową siłę roboczą. W przypadku, kiedy taki człowiek by się sprzeciwił, Juri pozbyłby się go w trybie natychmiastowym. W taki oto sposób narodził się Juri — dyktator, który nie posiadał ani odrobiny litości, który mordował ludzi, a przed tym więził ich przez bardzo długi czas. Teraz Henryk znalazł się w jego więzieniu, które funkcjonowało już przez naprawdę wiele lat.

Krótko po tym, jak Juri opuścił salę, do stołów zaczęli podchodzić ludzie, którzy swoim ubiorem, przypominali kucharzy. Każdy więzień dostał talerz z pięcioma mięsnymi kulkami oraz szklankę wody. Henryk dotknął palcem kulki mięsnej. Ku jego zdziwieniu, była ona twarda jak skała. Henryk nie do końca wiedział jak ma zjeść swój posiłek, ale był bardzo głodny, więc szybko wpakował mięsną kulkę do ust. Kiedy spróbował ją ugryźć, poczuł ogromny ból zęba. Szybko postanowił wlać trochę wody do ust. Wtedy kulka stała się odrobinę bardziej miękka. Wciąż była okropnie twarda, ale Henryk dał radę ją przegryźć. Rafael pierwszy raz od dnia poprzedniego, pewnie odezwał się do Henryka. Powiedział mu, aby szybciej jadł posiłek, bo zaraz braknie mu czasu, a to jedyne, co będą dzisiaj jedli. Tak jak powiedział, tak też się stało. Pięć minut później do sali weszło trzech strażników, a każdy z nich zabrał ze sobą grupę więźniów. Henryk znów znalazł się w długim korytarzu. Tym razem przemieszczali się w drugą stronę. Z drugiej strony były równie wielkie drzwi, jak do stołówki, ale te prowadziły na plac. Kiedy więźniowie znaleźli się na zewnątrz, wówczas dostali kilofy. Ich zadaniem było rozłupywanie sporej wielkości kamieni, które niedawno zostały wydobyte z pobliskich jaskiń podwodnych. Podobno miały one zawierać kryształy, złoto lub inne cenne surowce. Henryk trzymał kilof w dłoni i spoglądał na niego. Nie do końca wiedział, jak zabrać się do pracy. W końcu wziął jeden z kamieni i zaczął w niego uderzać. Praca okazała się o wiele prostsza niż mu się wcześniej wydawało. Cały wysiłek polegał na uderzaniu kilofem w kamień. Mimo to, całodniowe uderzanie kilofem w kamienie było co najmniej wykańczające. Henryk wciąż spoglądał na Dużego Freda, który niszczył kamienie jednym uderzeniem kilofa. Tak minął cały dzień. Więźniowie przez czternaście godzin uderzali kilofami w kamienie. Pracę zaczęli o godzinie szóstej, a zakończyli o dwudziestej. Nie był to jednak koniec codziennych czynności, bo więźniowie musieli sami wyprać swoje ubrania. Pranie musieli robić w tym samym miejscu, w którym się myli — pod prysznicem. Kabiny z prysznicami były trzy, a więźniów było około trzydziestu. Każdy musiał zrobić pranie oraz umyć się, ale musiał również robić to bardzo szybko, bo wszyscy mieli łącznie godzinę czasu na wykonanie tych czynności. W końcu przyszła upragniona godzina dwudziesta pierwsza. Wszyscy mogli udać się do swoich cel. Tym razem Henryk nie miał problemu ze snem. Rzucił się na łóżko i zaczął zasypiać. Jednak zanim jego powieki się zamknęły, zobaczył on, że Rafael usiadł w kącie, zamiast położyć się na łóżko. O co mogło chodzić z tym człowiekiem? Czy on w ogóle nie sypia? — pomyślał Henryk.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij