-
nowość
Przygody Tymka. Mapa Niemożliwych Miejsc. Drzwi, których wczoraj nie było. - ebook
Przygody Tymka. Mapa Niemożliwych Miejsc. Drzwi, których wczoraj nie było. - ebook
Niektóre drzwi prowadzą do kuchni. Inne do pokoju. Są jednak i takie, których wczoraj jeszcze nie było… „Przygody Tymka. Mapa Niemożliwych Miejsc” to pełna humoru, ciepła i magii opowieść o chłopcu w spektrum autyzmu, którego odmienny sposób patrzenia na świat okazuje się niezwykłą siłą. To historia o przyjaźni, odwadze i miejscach, które pojawiają się tylko przed tymi, którzy naprawdę potrafią patrzeć.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Dla młodzieży |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398211345 |
| Rozmiar pliku: | 17 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
CHAPTER 1
POLA REDLIN
PRZYGODY TYMKA
MAPA NIEMOŻLIWYCH MIEJSC
TOM I
_Tymek i drzwi,_
_których wczoraj nie było_
◆
SPIS TREŚCI
ROZDZIAŁ 1 Osiem i pół minuty do dzwonka 2
ROZDZIAŁ 2 Dom przy ulicy Leśnej 14
ROZDZIAŁ 3 Płaszcz dziadka 30
ROZDZIAŁ 4 Guzik 43
ROZDZIAŁ 5 Mapa Niemożliwych Miejsc 65
ROZDZIAŁ 6 Po drugiej stronie 86
ROZDZIAŁ 7 Biuro Rzeczy Odnalezionych 114
ROZDZIAŁ 8 Co zgubiono osiem lat temu? 140
ROZDZIAŁ 9 Poza ewidencją 161
ROZDZIAŁ 10 Dwadzieścia jeden 183
ROZDZIAŁ 11 Aleja, której nie ma 204
ROZDZIAŁ 12 Biała półka 226
ROZDZIAŁ 13 Centralna składnica 243
ROZDZIAŁ 14 Które drzwi są nasze? 265
ROZDZIAŁ 15 Kolacja z warzywami 286
ROZDZIAŁ 16 Punkt w lesie 303
ROZDZIAŁ 17 Ślad Pedra 319
ROZDZIAŁ 12
OSIEM I PÓŁ MINUTY DO DZWONKA
Tymek wiedział, że do dzwonka zostało dokładnie osiem i pół minuty.
Nie dlatego, że ktoś mu powiedział. Po prostu spojrzał na zegar wiszący nad drzwiami, policzył w głowie i już.
Osiem minut i trzydzieści sekund.
W sam raz, żeby przejść od szatni do sali numer siedem, nie nadepnąć na żadną ciemną płytkę i jeszcze zdążyć sprawdzić, czy kafelki na korytarzu naprawdę układają się tak samo jak wczoraj.
— Jeden, dwa, trzy… szary. Jeden, dwa, trzy… szary
— mruczał pod nosem, stawiając stopy tylko na jasnych polach.
Nie chodziło o to, że nie wolno było stawać na szarych. Można było. Pani woźna nigdy nie wywiesiła kartki: „UWAGA! SZARE KAFELKI GRYZĄ”. A Tymek sprawdziłby taką kartkę bardzo dokładnie.
Po prostu trzy jasne płytki i jedna szara tworzyły wzór. A wzory były ciekawe.
Na dziewiątym szarym kafelku ktoś stanął mu na drodze.
— Co ty robisz? — zapytał Mikołaj.
Tymek zatrzymał się tak nagle, że prawie wpadł na jego plecak.
— Liczę.
— Kafelki?
— Mhm.
Mikołaj popatrzył w dół, potem na Tymka, a potem znowu na podłogę.
— Po co?
Tymek wzruszył ramionami.
— Bo są.
Dla niego była to odpowiedź całkowicie wystarczająca.
Mikołaj najwyraźniej uznał, że też może być, bo ustawił się obok.
— To który jest teraz?
— Dziewiąty szary.
— A jasnych?
Tymek zmarszczył czoło.
— Przed każdym szarym są trzy jasne, więc dwadzieścia siedem.
Mikołaj westchnął.
— Ty zawsze wszystko liczysz.
— Nie wszystko.
— Wczoraj liczyłeś frytki.
— Bo dostałeś dwie więcej.
— Jedną.
— Dwie.
— Jedną.
— Dwie. Policzyłem.
Mikołaj już otwierał usta, żeby odpowiedzieć, kiedy zza nich odezwał się spokojny głos:
— Jeśli chcecie, mogę wam powiedzieć, dlaczego obaj nie macie racji.
Kira stała kilka kroków dalej z książką przyciśniętą do piersi. Jej plecak wyglądał tak, jakby był wypchany nie zeszytami, tylko całą biblioteką.
— Jak to obaj? — oburzył się Tymek.
— Bo nie wiecie, ile frytek miało być w porcji — wyjaśniła Kira. — Może Mikołaj dostał dwie więcej niż ty, ale tylko jedną więcej niż powinien.
Zapadła cisza.
Mikołaj zmarszczył brwi.
Tymek też.
— To trzeba by policzyć frytki wszystkim — stwierdził w końcu.
— Albo zapytać panią w stołówce — powiedziała Kira.
— Liczenie byłoby pewniejsze.
Kira uśmiechnęła się, jakby właśnie takiej odpowiedzi się spodziewała.
Z sali numer siedem wychyliła się pani Irenka.
— Widzę, że matematyka zaczęła się wam jeszcze przed lekcją.
— To przez frytki — wyjaśnił Mikołaj.
Pani Irenka przez chwilę patrzyła na całą trójkę.
— Oczywiście — powiedziała bardzo poważnie.
— Najważniejsze odkrycia naukowe często zaczynają się od frytek. Wchodźcie, zanim dokonacie na korytarzu kolejnego odkrycia.
Tymek zerknął na zegar.
Do dzwonka zostały cztery minuty i dwanaście sekund.
Zdążył.
◆ ◆ ◆
Pani Irenka była najlepszą nauczycielką w całej szkole.
Tymek nie przeprowadził jeszcze dokładnego głosowania, więc nie mógł tego udowodnić, ale był prawie pewien, że wynik by się zgadzał.
Pani Irenka miała jeden szczególny talent: kiedy ktoś czegoś nie rozumiał, nie mówiła od razu, jak to zrobić. Zadawała pytanie. Potem drugie. Czasami trzecie. I nagle człowiek odkrywał, że odpowiedź przez cały czas miał gdzieś we własnej głowie.
Tymek to lubił.
Tymek był w spektrum autyzmu. Wiedział o tym od dawna i nie uważał, żeby było w tym coś złego. Jego mózg po prostu lubił, kiedy świat miał zasady.
Z liczbami dogadywał się najlepiej. Liczby nie mówiły „zaraz”, kiedy miały na myśli „może”, i nie zmieniały zdania w połowie. Stały tam, gdzie je zapisano, a kiedy układały się we wzór, robiło się ciszej także w jego głowie.
Pani Irenka wiedziała, że gdy Tymek liczy kafelki pod ławką albo przesuwa kciukiem po czterech krawędziach gumki, nie przestaje słuchać. Zwykle właśnie wtedy słuchał najlepiej.
Nie lubił za to, kiedy ktoś zabierał mu ołówek i mówił:
„Daj, pokażę ci”.
Wtedy od razu miał ochotę odpowiedzieć:
„Nie trzeba. Sam umiem”.
Nawet jeśli jeszcze nie umiał.
Tego ranka pani Irenka narysowała na tablicy cztery liczby:
4, 7, 10, 13…
— Nie podnoście jeszcze rąk — powiedziała, odwracając się do klasy. — Najpierw każdy niech pomyśli. Jaka liczba powinna być następna i dlaczego?
Tymek wiedział, zanim pani Irenka skończyła zdanie.
Szesnaście.
Za każdym razem trzeba było dodać trzy.
Ale skoro nie wolno było jeszcze podnosić ręki, oparł brodę na dłoni i spojrzał przez otwarte drzwi na korytarz.
Trzy jasne kafelki. Jeden szary.
Trzy jasne. Jeden szary.
Uśmiechnął się.
Wzór.
Wszędzie były wzory.
— Dobrze — powiedziała pani Irenka. — Teraz możecie.
Ręka Tymka wystrzeliła w górę.
Ręka Kiry również.
Mikołaj popatrzył na swój zeszyt, szybko coś zapisał I dopiero wtedy podniósł dłoń do połowy, jakby nie był pewien, czy naprawdę chce, żeby pani Irenka go zauważyła.
— Mikołaj? — zapytała nauczycielka.
Mikołaj natychmiast opuścił rękę.
— Nie, już nic.
— Przed chwilą coś było.
— Ale źle.
Tymek zerknął na jego zeszyt.
Mikołaj napisał: 17.
Pod spodem cyfrę zamazał tak mocno, że w kartce prawie zrobiła się dziura.
— Pomyliłeś się tylko o jeden — szepnął Tymek.
— No właśnie. Czyli źle.
— To policz jeszcze raz.
— Nie umiem.
— Umiesz.
— Nie.
— Umiesz, tylko ci nie wyszło.
Mikołaj skrzywił się i odsunął zeszyt.
Tymek dobrze znał to jego „nie umiem”. Czasem Mikołaj mówił je, zanim naprawdę spróbował. Jak wtedy, kiedy budowali na boisku tor dla kapsli i pierwszy zakręt wyszedł mu krzywy. Albo kiedy nie udało mu się za pierwszym razem wejść na najwyższy szczebel drabinki.
Tymek przesunął zeszyt z powrotem w jego stronę.
— Patrz. Cztery do siedmiu. Ile?
Mikołaj milczał przez chwilę.
— Trzy.
— Siedem do dziesięciu?
— Trzy.
— Dziesięć do trzynastu?
Mikołaj spojrzał na tablicę.
— Też trzy.
— No to trzynaście i trzy?
— Szesnaście.
Tymek wyszczerzył zęby.
— Widzisz?
Mikołaj poprawił liczbę w zeszycie.
— No dobra. Ale prawie zrobiłem dziurę w kartce.
— To też można policzyć — zauważył Tymek. — Ile razy trzeba zamazać cyfrę, żeby przebić kartkę.
Mikołaj parsknął śmiechem.
Pani Irenka spojrzała w ich stronę, ale wcale nie wyglądała na złą.
— Tymku, skoro już zakończyłeś prywatne korepetycje, powiesz nam, jaka jest odpowiedź?
— Szesnaście. Bo za każdym razem dodajemy trzy.
— Dokładnie. A Kira?
Kira opuściła rękę.
— Chciałam tylko powiedzieć, że w książce, którą czytałam, był szyfr złożony z samych liczb i trzeba było znaleźć wzór, żeby go odczytać.
Pani Irenka uśmiechnęła się.
— Czy ta informacja jest nam potrzebna do zadania?
Kira zastanowiła się.
— Nie.
— Czy i tak bardzo chciałaś nam ją powiedzieć?
— Tak.
— Tak właśnie myślałam.
Klasa się roześmiała, a Kira razem z nią.
Pani Irenka starła liczby z tablicy. Tymek patrzył, jak znikają, trochę zawiedziony.
— To teraz coś trudniejszego — zapowiedziała nauczycielka i napisała: 1, 1, 2, 3, 5, 8…
Tymek znał ten układ. Tata pokazał mu go zimą w książce z zagadkami dla starszych dzieci. Na okładce było napisane „od dziesięciu lat”, ale liczby nie pytały o wiek.
Każda kolejna powstawała z dwóch poprzednich. Jeden plus jeden dawało dwa. Jeden plus dwa — trzy. Dwa plus trzy — pięć.
— Trzynaście — powiedział, kiedy pani Irenka pozwoliła odpowiadać. — Bo pięć plus osiem to trzynaście.
— Właśnie tak. Ten wzór nazywa się ciągiem Fibonacciego. Nazwę możecie zapomnieć, ale zasadę warto zapamiętać.
Tymek nie zamierzał zapominać ani jednego, ani drugiego.
Tymek lubił Kirę właśnie za to. Wiedziała mnóstwo rzeczy. Czasami takich, o które nikt nie pytał. Jeśli ktoś wspomniał o księżycu, Kira potrafiła przez pięć minut opowiadać o kosmosie. Jeśli zobaczyła dziwny kamień, chciała wiedzieć, skąd się wziął. A jeśli na drzwiach wisiała kartka „NIE WCHODZIĆ”, Kira jako pierwsza zastanawiała się, dlaczego właściwie nie można wejść.
Tymek uważał, że to bardzo dobra cecha.
Dorośli nie zawsze byli tego samego zdania.
* * *
Na przerwie Mikołaj siedział na parapecie i patrzył ponuro na swoją śniadaniówkę.
— Co masz? — zapytał Tymek.
— Kanapkę.
— Przecież lubisz kanapki.
— Z serem.
— Ser też lubisz.
— Ale chciałem coś słodkiego.
Tymek otworzył swój pojemnik. Mama zapakowała mu pokrojone jabłko, małą kanapkę i dwa kruche ciasteczka.
Przez chwilę patrzył na oba.
Potem westchnął ciężko, jak człowiek podejmujący niezwykle ważną życiową decyzję.
— Mogę ci dać jedno ciasteczko.
Mikołaj natychmiast się rozpromienił.
— Naprawdę?
— Jedno.
— Dobra.
— I nie większą połowę.
— Przecież jak jedno jest całe, to nie ma połowy.
— Wiem. Tak tylko mówię na wszelki wypadek.
Kira, która właśnie do nich podeszła, pokręciła głową.
— Wy naprawdę potraficie zrobić zadanie matematyczne nawet ze śniadania.
— Ze wszystkiego można — odpowiedział Tymek.
— Z chmury też?
Tymek spojrzał przez okno.
Nad boiskiem przesuwały się trzy białe chmury. Jedna była długa i cienka, druga przypominała ziemniaka, a trzecia…
— Można policzyć chmury.
— Ale nie wiesz, ile ich jest za szkołą — zauważyła Kira.
Tymek zmarszczył brwi.
Nie lubił zadań bez odpowiedzi.
— Po lekcjach obejdę szkołę.
— Chmury zdążą odlecieć.
— To jutro.
— Jutro będą inne.
Tymek przez moment patrzył na nią w milczeniu.
— To jest głupie zadanie.
Kira roześmiała się tak głośno, że pani dyżurująca spojrzała w ich stronę.
Mikołaj zjadł ciasteczko w dwóch kęsach.
— Dobre.
Tymek odruchowo policzył.
Dwa kęsy.
Zdecydowanie za szybko.
◆ ◆ ◆
Ostatnia lekcja minęła szybciej niż Tymek się spodziewał.
Na kilka minut przed dzwonkiem pani Irenka odłożyła podręcznik i oparła dłonie o biurko.
— Mam dla was zadanie.
W klasie rozległ się zbiorowy jęk.
— Jeszcze nawet nie powiedziałam jakie.
— Ale powiedziała pani „zadanie” — zauważył ktoś z tyłu.
— To prawda. Ryzykowne słowo. Spróbuję inaczej. Mam dla was… poszukiwanie.
Kilka osób od razu podniosło głowy.
Tymek również.
Poszukiwanie brzmiało o wiele lepiej niż zadanie.
Pani Irenka wzięła do ręki małe drewniane pudełeczko stojące na jej biurku.
— To należało do mojej babci — powiedziała. — Trzymała w nim guziki. Nie jest drogie. Nie jest też szczególnie piękne. Ale kiedy na nie patrzę, przypominam sobie jej mieszkanie, stół w kuchni i to, jak pozwalała mi wybierać najładniejsze guziki do zabawy.
Tymek przyjrzał się pudełku uważniej.
Było ciemne, trochę porysowane i miało metalowe zapięcie.
Jeszcze chwilę wcześniej pewnie nawet by go nie zauważył.
— Chcę, żeby każdy z was znalazł w domu jeden przedmiot z historią — ciągnęła pani Irenka. — Nie kupujecie niczego. Nie chodzi o coś cennego. Może być stare zdjęcie, kubek, książka, zabawka, pocztówka, łyżka… cokolwiek, z czym wiąże się jakaś rodzinna opowieść.
Ręka Kiry natychmiast powędrowała w górę.
— A jeśli przedmiot ma kilka historii?
— Wybierasz jedną.
— A jeśli nie wiadomo, która jest prawdziwa?
— Wtedy możesz opowiedzieć obie.
Kira wyglądała na zachwyconą.
Mikołaj mniej.
— A jeśli nie mam nic starego?
— Masz — powiedziała pani Irenka. — Tylko jeszcze nie wiesz, co. Zapytaj rodziców albo dziadków. Czasami najbardziej niezwykłe historie chowają się w zupełnie zwyczajnych rzeczach.
Tymek przestał kołysać nogą pod ławką.
Najbardziej niezwykłe historie chowają się w zwyczajnych rzeczach.
To zdanie mu się spodobało.
Od razu pomyślał o domu.
O szafkach w salonie. O pudełkach, które mama trzymała na górnej półce. O rzeczach taty, których lepiej było nie ruszać, bo „jeszcze się przydadzą”. O pokoju Michaliny, do którego i tak nie wolno było wchodzić bez pukania.
I o strychu.
Na strychu było najwięcej rzeczy, o których nikt na co dzień nie pamiętał.
Stare pudła. Walizki. Lampka bez klosza. Krzesło z trzema nogami. Zabawki, którymi kiedyś bawiła się Michalina. I jeszcze kilka pudeł, których Tymek nigdy nie otwierał.
Bo mama mówiła, żeby nie robił tam bałaganu.
Dzwonek zadzwonił.
Dzieci zerwały się z miejsc.
— Pamiętajcie! — zawołała pani Irenka ponad szuraniem krzeseł. — Jeden przedmiot i jedna historia!
Tymek zarzucił czerwony plecak na ramiona.
— Wiem, gdzie będę szukał — powiedział.
— Gdzie? — zapytała Kira.
— Na strychu.
Mikołaj skrzywił się lekko.
— U was na strychu jest ciemno.
— Jest światło.
— Ale takie słabe.
— To wezmę latarkę.
— A jak są tam pająki?
Tymek zatrzymał się w drzwiach.
— To ich nie będę liczył.
Kira parsknęła śmiechem.
Mikołaj pokręcił głową.
Tymek ruszył korytarzem.
Trzy jasne kafelki. Jeden szary.
Trzy jasne. Jeden szary.
Tym razem jednak prawie ich nie zauważał.
Myślał już o strychu.
I o tym, co może tam znaleźć.
ROZDZIAŁ 23
DOM PRZY ULICY LEŚNEJ
Tymek wysiadł z samochodu, zanim tata zdążył powiedzieć:
— Poczekaj, aż otworzę bramę.
— Już wysiadłem! — zawołał, zatrzaskując drzwi.
Tomek westchnął, ale się uśmiechnął.
— Zauważyłem.
Dom przy ulicy Leśnej stał prawie na końcu Brzozowa. Dalej było jeszcze kilka domów, potem pole, a za nim zaczynał się las. Z okna pokoju Tymka było widać jego ciemnozieloną ścianę, która zmieniała się wraz z porami roku. Latem las był gęsty i pachniał żywicą. Jesienią robił się żółty, rudy i czerwony. Zimą między nagimi gałęziami można było zobaczyć znacznie dalej niż zwykle.
Tymek lubił patrzeć na las.
Jeszcze bardziej lubił do niego chodzić.
Ale dzisiaj miał ważniejszą sprawę.
Przedmiot z historią.
Pani Irenka powiedziała, że każdy ma znaleźć w domu coś, z czym wiąże się jakaś rodzinna opowieść. Tymek od wyjścia ze szkoły zdążył wymyślić siedem miejsc, w których warto było poszukać.
Szuflada w salonie.
Stara szafka w przedpokoju.
Pudełka mamy.
Pudełka taty.
Garaż.
Półka nad pralką.
I strych.
Strych zajmował pierwsze miejsce.
— Tato, mogę wejść na strych? — zapytał, zanim jeszcze przekroczył próg domu.
— Cześć, Tymek — odpowiedział z kuchni głos mamy. — Ja też się cieszę, że cię widzę.
Tymek zatrzymał się.
Potem zawrócił trzy kroki, zajrzał do kuchni I uśmiechnął się szeroko.
Pola siedziała przy stole z laptopem. Obok leżał kalkulator, kilka kartek i kubek herbaty. Na ekranie widniała tabela pełna liczb.
Mama często pracowała w domu jeszcze przez chwilę po powrocie z biura. Tymek nie bardzo rozumiał, dlaczego ktoś, kto przez cały dzień zajmuje się liczbami, po powrocie nadal chce patrzeć na liczby.
On lubił matematykę.
Ale nawet jego zdaniem liczby powinny czasem odpocząć.
Podszedł do mamy i bez słowa objął ją za szyję.
Pola odsunęła ręce od klawiatury i przytuliła go mocno.
— Cześć, synku.
— Cześć, mamo.
Przez chwilę tak zostali.
— Kocham cię — powiedział Tymek.
— Ja ciebie też kocham, Tymku.
Dopiero wtedy puścił mamę.
— Mogę wejść na strych?
Pola spojrzała na niego.
— Wiedziałam, że to przytulenie ma drugie dno.
— Nie ma.
— Nie?
— Najpierw chciałem się przytulić. Dopiero potem chciałem zapytać.
— To trochę lepiej.
Tomek wszedł do kuchni z kluczami w dłoni.
— Pani Irenka zadała im poszukiwanie rodzinnego przedmiotu z historią.
Pola zamknęła laptop.
— Aha. I dlatego strych?
— Tam jest najwięcej starych rzeczy.
— I najwięcej kurzu.
— Kurz też jest stary.
Tomek parsknął śmiechem.
Pola spojrzała na niego.
— Nie pomagaj.
— Wcale nie pomagam. Doceniam logikę.
Tymek uznał, że to dobry moment, żeby ponowić próbę.
— To mogę?
— Po obiedzie — odpowiedziała mama.
— Ale…
— Najpierw obiad.
— Nie jestem głodny.
W tej samej chwili jego brzuch zaburczał tak głośno, że Tomek spojrzał na niego z uniesionymi brwiami.
— To chyba ktoś inny — powiedział Tymek.
— Zapewne — odparła Pola. — Ten ktoś może usiąść przy stole.
◆ ◆ ◆
Na obiad była zupa pomidorowa i naleśniki ze szpinakiem.
Tymek bardzo lubił zupę pomidorową.
Ze szpinakiem sprawa była bardziej skomplikowana.
— Ile muszę zjeść? — zapytał, przyglądając się naleśnikowi.
— Całego — odpowiedziała mama.
— A jeśli podzielę go na cztery części?
— Nadal będziesz miał jednego naleśnika.
— Ale cztery kawałki.
— I wszystkie cztery zjesz.
Tymek westchnął.
Tata usiadł naprzeciwko niego.
— Mogę ci potem dać…
Pola spojrzała na Tomka.
Tomek urwał.
— …bardzo cenną radę dotyczącą… jedzenia szpinaku.
Tymek zmrużył oczy.
— Chciałeś powiedzieć „lody”.
— Wcale nie.
— Chciałeś.
— Nie mam pojęcia, skąd taki pomysł.
Pola sięgnęła po szklankę z wodą.
— Tomek.
— No dobrze. Może przez chwilę pomyślałem o lodach.
— Przed obiadem?
— Technicznie rzecz biorąc, już jemy obiad.
— Tato — powiedział Tymek — mogę dostać lody, jak zjem szpinak?
Tomek spojrzał na Polę.
Pola spojrzała na Tomka.
Tymek patrzył raz na jedno, raz na drugie.
— Czuję, że są tu prowadzone jakieś negocjacje bez mojego udziału — zauważył.
Mama westchnęła.
— Zjedz naleśnika. Potem zobaczymy.
Tymek wiedział, że „potem zobaczymy” nie oznaczało ani „tak”, ani „nie”.
Było to bardzo niewygodne zdanie.
Nie dało się go nawet porządnie policzyć.
Wziął pierwszy kęs.
W tym momencie do kuchni wszedł Fuks.
Najpierw pojawił się nos.
Potem biała łapa.
Następnie reszta biało-burego kota, który zatrzymał się na środku kuchni i rozejrzał, jakby właśnie przybył na bardzo ważne spotkanie.
— Nie — powiedziała Pola.
Fuks usiadł.
— Nawet nie próbuj.
Fuks zamrugał.
Tymek spojrzał na mamę.
— Przecież nic nie zrobił.
— Jeszcze.
Fuks wstał, przeszedł dwa kroki i otarł się o nogę Tymka.
Potem spojrzał w górę.
— On jest głodny.
— Jadł.
— Może znowu jest.
— Piętnaście minut temu?
Tymek zastanowił się.
— W piętnaście minut można zgłodnieć.
— Ty jesteś najlepszym przykładem — powiedział tata.
Fuks wskoczył na wolne krzesło.
Pola wskazała podłogę.
— Fuks.
Kot usiadł jeszcze prościej.
— Na dół.
Fuks położył się.
— To jest odwrotność „na dół”.
Tomek zakrył usta dłonią.
Tymek wiedział, że tata się śmieje.
Mama też wiedziała.
— Naprawdę bardzo mi pomagacie — powiedziała.
W końcu Tymek zdjął Fuksa z krzesła.
Kot natychmiast zaczął mruczeć i wyginać grzbiet pod jego dłonią.
— No widzisz? On chciał tylko miziania.
— Oczywiście — odpowiedziała Pola. — Najlepiej podczas obiadu.
Fuks pozwolił się podrapać jeszcze kilka sekund, po czym zauważył coś pod stołem i pognał za tym tak szybko, jakby właśnie odkrył nieznany gatunek zwierzęcia.
Był to okruszek.
◆ ◆ ◆
Tosia siedziała na parapecie w salonie.
Kiedy Tymek wszedł, spojrzała na niego spokojnie. Rudo-białe futro miała zwinięte w równą kulkę, a ogon dokładnie owinięty wokół łap.
— Cześć, Tosia.
Kotka mrugnęła powoli.
Tymek podszedł, ale zatrzymał się, zanim wyciągnął rękę.
Z Tosią trzeba było inaczej niż z Fuksem.
Fuks uważał, że każdy człowiek istnieje głównie po to, żeby go głaskać.
Tosia musiała najpierw zdecydować, czy człowiek zasługuje na podejście.
Nawet jeśli znała go całe życie.
Tymek usiadł więc na kanapie i poczekał.
Po kilkunastu sekundach Tosia zeskoczyła z parapetu, przeszła po oparciu kanapy i sama dotknęła nosem jego ramienia.
Dopiero wtedy Tymek ją pogłaskał.
— Wiedziałem, że przyjdziesz.
Tosia zaczęła cicho mruczeć.
Fuks wpadł do salonu jak rozpędzona piłka.
Tosia natychmiast przestała mruczeć.
Fuks zatrzymał się pod kanapą, spojrzał na nią i poruszył ogonem.
Tosia uniosła łapę.
Tymek znał ten gest.
Znaczył mniej więcej:
„Podejdź jeszcze pół kroku, a pożałujesz.”
Fuks najwyraźniej też go znał, bo skręcił i pobiegł w stronę schodów.
— Bardzo mądra decyzja — powiedział Tymek.
— Z kim rozmawiasz? — zapytała Michalina, schodząc po schodach.
— Z Tosią.
— Aha.
Michalina miała telefon w jednej ręce i gumkę do włosów w drugiej. Zatrzymała się przed lustrem w przedpokoju, związała włosy, rozwiązała je, a potem związała jeszcze raz.
Tymek obserwował ją przez chwilę.
— Po co zrobiłaś to trzy razy?
— Co?
— Włosy.
— Tymek.
— No?
— Nie licz, ile razy poprawiam włosy.
— Nie liczyłem. Tylko zauważyłem.
Michalina spojrzała na niego w lustrze.
— To jeszcze gorzej.
Tymek przypomniał sobie zadanie.
— Masz coś starego?
Michalina odwróciła się.
— Co?
— Pani Irenka kazała znaleźć przedmiot z historią. Może być książka, zdjęcie, kubek albo coś.
— W moim pokoju niczego nie szukasz.
— Nie powiedziałem, że w twoim pokoju.
— Pomyślałeś.
Tymek przez sekundę milczał.
— Trochę.
— Wiedziałam.
— A masz?
— Co?
— Coś z historią.
Michalina zastanowiła się.
— Może bransoletkę od babci.
— Mogę zobaczyć?
— Później.
— Teraz?
— Tymek.
— No dobrze.
Michalina ruszyła w stronę swojego pokoju.
— I nie wchodź za mną.
— Nie idę.
— Ani za pięć minut.
— Nie planowałem.
— Ani za dziesięć.
Tymek policzył w głowie.
— A za jedenaście?
Michalina zatrzymała się na schodach.
Spojrzała na niego.
Tymek uśmiechnął się niewinnie.
— Czasami naprawdę mam cię dość — powiedziała.
Ale kiedy przechodziła obok niego, zmierzwiła mu dłonią włosy.
Tymek natychmiast je poprawił.
— Hej!
Michalina już się śmiała.
◆ ◆ ◆
Po obiedzie Pola wróciła do laptopa.
Tymek zajrzał jej przez ramię.
Tabela zniknęła.
Na ekranie był teraz zwykły biały dokument pełen tekstu.
— Piszesz książkę?
Mama szybko zminimalizowała okno.
— Być może.
— O czym?
— Jak skończę, to ci powiem.
— A kto tam jest?
— Tymek.
— Smok?
— Nie.
— Potwór?
— Nie.
— Ktoś umiera?
Pola spojrzała na niego.
— To zdecydowanie nie jest książka dla ośmiolatków.
— Czyli ktoś umiera.
— Idź szukać swojego przedmiotu.
Tymek wyszczerzył zęby.
— Czyli mogę na strych?
Mama wskazała palcem w jego stronę.
— Najpierw pokój.
Uśmiech zniknął.
— Co z pokojem?
— To, że wczoraj prosiłam cię, żebyś go posprzątał.
— Posprzątałem.
— Tymku, znalazłam skarpetkę na półce z książkami.
— To nie znaczy, że było nieposprzątane.
— A co znaczy?
— Że skarpetka była na półce.
Pola przez chwilę patrzyła na syna.
— Piętnaście minut.
— Dziesięć.
— Piętnaście.
— Dwanaście.
— Tymek.
— Dobrze. Piętnaście.
Tomek wychylił głowę z gabinetu.
— Mogę mu pomóc.
— Nie! — powiedzieli jednocześnie Tymek i Pola.
Tomek cofnął głowę.
— Dobrze. Widzę, że sytuacja jest pod kontrolą.
Tymek pobiegł na górę.
Nie lubił, kiedy ktoś pomagał mu na siłę.
Poza tym naprawdę potrafił posprzątać swój pokój.
Trzeba było tylko wiedzieć, jak.
Najpierw klocki.
Było ich trzydzieści osiem.
Potem samochodziki.
Sześć.
Dwa duże, cztery małe.
Książki.
Jedenaście na biurku, choć powinny być na półce.
Jedna skarpetka za łóżkiem.
Druga pod krzesłem.
— Czyli para — mruknął.
Po trzynastu minutach i czterdziestu sekundach pokój wyglądał prawie dobrze.
Po czternastu minutach i pięćdziesięciu dwóch sekundach wyglądał bardzo dobrze.
Tymek stanął w drzwiach i zawołał:
— Mamo!
Pola weszła po chwili.
Rozejrzała się.
— Nieźle.
— Nieźle?
— Bardzo dobrze.
— Sam.
— Wiem.
Tymek czekał.
Mama uśmiechnęła się.
— Możesz jutro zajrzeć na strych. Dzisiaj zrobiło się już późno, a chciałabym, żeby tata najpierw zdjął kilka pudeł z wejścia.
Tymek otworzył usta.
— Ale…
— Jutro.
— Tylko na chwilę?
— Tymek.
Westchnął.
Nie lubił słowa „jutro”, jeśli chodziło o coś ciekawego.
Jutro miało zdecydowanie za dużo godzin przed sobą.
◆ ◆ ◆
Po południu Tymek wyszedł do ogrodu.
Fuks oczywiście wyszedł za nim.
Tosia została w domu.
Pedro nadal się nie pojawił.
To akurat nikogo nie dziwiło.
Pedro rano zjadł śniadanie, wyszedł przez uchylone drzwi tarasowe i zniknął.
Jak zwykle.
Czasem wracał przed wieczorem.
Czasem późno w nocy.
Nikt nie wiedział, gdzie chodził.
Tymek podejrzewał, że Pedro ma co najmniej trzy tajne kryjówki, dwóch kocich znajomych i jednego wroga.
Tata uważał, że Pedro po prostu chodzi po okolicy.
Tymek uważał, że to zbyt nudne wyjaśnienie.
Fuks przykucnął przy kępce trawy, poruszył tyłkiem I rzucił się na liść.
Liść nie miał żadnych szans.
— Fuks, chodź.
Kot zignorował go.
— Fuks!
Jeszcze mocniej zignorował.
Tymek ruszył w jego stronę, kiedy usłyszał ciche szuranie przy ogrodzeniu.
Zatrzymał się.
Między deskami płotu przemknął bury kształt.
— Pedro!
Kot wsunął się do ogrodu przez niewielką szczelinę i stanął na trawie.
Tymek spojrzał na zegarek.
Było dopiero siedemnaście po czwartej.
Pedro prawie nigdy nie wracał tak wcześnie.
— Co ty tutaj robisz?
Pedro oczywiście nie odpowiedział.
Ruszył spokojnie w stronę domu.
Fuks natychmiast porzucił liść i podbiegł do niego.
Pedro tylko na niego spojrzał.
Fuks zwolnił.
— No właśnie — powiedział Tymek. — Ja też bym zwolnił.
Pedro zrobił jeszcze kilka kroków.
Wtedy Tymek zauważył coś na jego przedniej łapie.
Coś błysnęło w słońcu.
— Czekaj.
Pedro szedł dalej.
— Pedro, czekaj!
Tymek przykucnął przed kotem.
— Pokaż łapę.
Pedro spróbował go ominąć.
— Tylko zobaczę.
Wyciągnął rękę bardzo ostrożnie.
Na futrze, tuż nad łapą, było coś srebrzystego.
Nie błoto.
Nie piasek.
Drobniutki pył, który połyskiwał, kiedy Pedro się poruszał.
Tymek dotknął go jednym palcem.
Kilka ziarenek zostało na skórze.
Były tak małe, że prawie ich nie czuł.
— Tato! — zawołał.
Tomek wyszedł na taras.
— Co się stało?
— Pedro ma coś na łapie.
— Ranę?
— Nie. Coś srebrnego.
Tata podszedł i przykucnął obok.
Pedro wyglądał na coraz mniej zadowolonego z całej sytuacji.