Przyjaciel Nocy i Córka Szeptuchy - ebook
„Przyjaciel Nocy i córka Szeptuchy” to klasyczne fantasy, osadzone w realiach mitologii słowiańskiej. Spokojny nurt życia mieszkańców Krańcoboru, maleńkiej osady na krańcu świata, wzburzyło nieznane, czające się nocą, zło. W wiosce zapanował popłoch, na mieszkańców padł blady strach. Ich błagalny wzrok skierował się w stronę tej, która od lat chroni ich życie. Czy i tym razem będzie w stanie im pomóc?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788368860061 |
| Rozmiar pliku: | 842 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Zapadł mrok, świat umilkł, pogrążony we śnie. Dla niewprawnego ucha zapadła cisza, jednak Przyjaciel Nocy swoim wyćwiczonym uchem łowił setki dźwięków. Świerszcze wygrywały swój marsz, nocne żuki, ćmy i białe motyle unosiły się na smugach chłodnego powietrza, otoczone rojami brzęczących komarów. Nietoperze niemal bezszelestnie pikowały, siejąc wśród nich spustoszenie. Wilki zawyły ku księżycowi, unosząc swe trójkątne łby, i ruszyły na łowy.
Przyjaciel Nocy wykrzywił wargi w uśmiechu, nasunął kaptur na głowę i ruszył przez noc.Rozdział 1
Szare smugi przedświtu uniosły się nad horyzontem, drzwi chaty otwarły się z cichym skrzypieniem. Na progu stanęła wysoka, smukła dziewczyna, ubrana w granatową spódnicę i miękki, wełniany płaszcz z kapturem. W ręku trzymała duży kosz, westchnęła cicho i, podciągając spódnicę, ruszyła szybkim krokiem przez mokrą od rosy trawę. Szła przez ogród w stronę potoku, szemrzącą wstęgą przecinającego kraniec ogrodu. Nad brzegiem potoku z kosza wyjęła niewielki nożyk i szybkimi ruchami zaczęła napełniać kosz ziołami. Zwinnie je ścinała, po czym układała równiutko. Ruchy dziewczyny były płynne i precyzyjne; wypełniała koszmiętą, lawendą, pokrzywą dziewanną, dziurawcem, skrzypem, rumiankiem i tak dalej. Gdy pierwsze promienie słońca wyjrzały zza horyzontu, a szarość przedświtu zaróżowiła się blaskiem wschodzącego słońca, koszyk był już pełny, a dziewczyna szybkim krokiem ruszyła w stronę chaty. Nie weszła jednak do środka — przeszła za chatę i weszła do czegoś na kształt stodoły z luźno zbitych desek. Tam, od góry do dołu, wisiały pęki suszących się ziół. Dziewczyna postawiła kosz na stole; w półmroku, pociętym pasami szarego światła wpadającego przez szpary między deskami, wieszała pęki świeżo zebranych ziół do suszenia. Po skończonej pracy rozejrzała się wokół i wypełniła kosz ususzonymi już pęczkami, które zdjęła spod sufitu. Po skończonej pracy, w różowym blasku poranka, ruszyła przez ogród z powrotem do chaty. Otworzyła drzwi i weszła w półmrok rozświetlony blaskiem ognia trzaskającego pod piecem. Chata nie była pusta — przy dużym, drewnianym stole stała drobna kobieta. Uniosła głowę i uśmiechnęła się.
— Co tak długo? — spytała. Dziewczyna odstawiła kosz na stół, zdjęła płaszcz i otrząsnęła się.
— Zimno, aż palce grabieją. Mama wyjdzie, to sama zobaczy — odpowiedziała, podchodząc do paleniska i rozcierając dłonie nad ogniem.
— Bzdura — prychnęła kobieta, odgarniając długie pasma włosów, które opadły jej na twarz.
Zdjęła kosz ze stołu i postawiła go koło siebie na niewielkim drewnianym stołku. Stół, przed którym stała, nie był zwykłym stołem kuchennym — zastawiony był cały najróżniejszymi przyborami. Stały tam butelki najróżniejszych rozmiarów, od wielkich pękatych baniaków aż po mikroskopijne fioleczki; słoje wypełnione wielobarwnymi maziami; pudełka, woreczki, zioła świeże i suszone; powykręcane bulwy i korzenie oraz kamienne moździerze najrozmaitszej wielkości. Kobieta wsunęła drobne, białe dłonie do koszyka i zaczęła przeglądać pęczki suszu, przyniesione przez ostentacyjnie ogrzewającą się przy ogniu dziewczynę.
— Zimno jest temu, kto się wolno rusza — powiedziała.
Stojąca przy ogniu dziewczyna prychnęła z oburzeniem.
— Ciepło jest temu, kto siedzi w domu przy ogniu — odpyskowała.
Matka pochyliła głowę niżej nad koszem, zasłaniając uśmiech za kurtyną opadających włosów.
— To dziś nas czeka zimny dzień, bo przed nami dużo roboty, i to głównie na dworze.
Młoda westchnęła ostentacyjnie. Podkasała haftowane rękawy białej koszuli i, jeszcze raz ciężko wzdychając, podeszła do roboczego stołu, by pomóc matce.
— Czemu na dworze?
Matka uniosła gwałtownie głowę i zastygła, czujnie nasłuchując.
— Ktoś biegnie. Coś się stało.
Dziewczyna zastygła w pół ruchu. Próbowała usłyszeć cokolwiek, lecz słyszała tylko trzask ognia w palenisku i śpiew ptaków na dworze.
— Może to nie do nas? — powiedziała niepewnie dziewczyna.
Kobieta stała nieruchomo, czujna i napięta, marszcząc w skupieniu brwi. Po chwili nieznacznie skinęła głową i szybko podbiegła do zastawionej po brzegi półki. Chwyciła szarą torbę z grubego sukna na długim pasku i zaczęła pakować do niej rozmaite maści i słoiczki oraz różne paczuszki i zawiniątka. Widząc to, dotąd znieruchomiała dziewczyna podbiegła do kredensu i zaczęła podawać matce wyciągane z szuflad bandaże i nici. Dopiero gdy jej matka zapięła spakowaną już torbę i zaczęła zakładać na głowę chustę, usłyszała na drodze pośpieszne kroki. Ktoś biegł ciężko i szybko. Ich oczy spotkały się; białe usta matki zacisnęły się w wąską linię. Ktoś załomotał do drzwi i pchnął je, nie czekając na zaproszenie.
W drzwiach stał wielki, barczysty mężczyzna. Jego włosy były zmierzwione i żółte jak słoma; ogorzała, pobrużdżona od wiatru i słońca twarz była wykrzywiona ze strachu i cierpienia.
— Pani! Szybko! Wilki! — wydyszał ochrypłym głosem, ledwo łapiąc oddech.
Kobiety bez słowa skinęły głowami i ruszyły w jego stronę, nie prosząc o tłumaczenie i o nic nie pytając. Na obliczu mężczyzny pojawiła się ulga. Bez słowa opuścili chatę. Wtedy drobna kobieta uniosła w jego stronę twarz i powiedziała spokojnie:
— Prowadź.
Mężczyzna ruszył szybkim krokiem. Już nie biegł, ale porządnie wyciągał nogi. Nie szedł drogą, lecz polami — na skróty.
— Kto? — spytała krótko kobieta.
Po twarzy mężczyzny spłynęła łza.
— Pani, to mój syn najstarszy, Miko. Siódmy rok mu idzie. W nocy się musiał z chałupy wyślizgnąć cichaczem, nic nikomu nie mówiąc. W nocy wycie wilków nas pobudziło, ale dopiero przed świtem Borka mnie budzi i mówi, że Miko nie ma w domu. — Głos mu zadrżał i zamilkł na chwilę. Po kilku długich krokach podjął: — Ciemno jeszcze było, chociaż już świt blisko. Chwyciłem lampę i siekierkę i poszedłem szukać. Z początku wściekły byłem, myślałem, że złoję skórę smarkaczowi za latanie po nocy. — Mężczyzna zachłysnął się, przez chwilę milknąc, zdławiony cierpieniem. — Znalazłem go pod lasem za stodołą, pani — wychrypiał.
Kobiety bez słowa przyspieszyły kroku. Resztę drogi biegli.
W ciemnej izbie było duszno. Na sienniku pod ścianą leżała drobna, okutana w koce figurka; nad nią klęczała matka, tuląc do piersi niemowlę. Dwoje dzieci kuliło się w kącie, cicho płacząc. Drzwi otworzyły się z hukiem — Szeptucha i jej córka weszły do chaty, a za nimi podążał zdyszany ojciec. Kobieta ogarnęła wzrokiem izbę i odezwała się stanowczo do płaczącej matki:
— Weźcie stąd dzieci.
— Pani, to syn mój, ja nie mogę stąd odejść.
Szeptucha bez słowa skierowała na nią swoje wielkie, srebrne oczy. Kobieta spuściła głowę i wyszła, zgarniając ze sobą dwa płaczące maluchy.
— Potrzebuję światła! Otwórzcie tu okna i drzwi i idźcie pocieszyć żonę.
Mężczyzna rzucił się do zamkniętych okiennic. Rozwarłszy je na oścież, skłonił się nisko i pośpiesznie opuścił izbę, udając się za swą żoną.
— Rosa, oczyść stół — wydała krótkie polecenie Szeptucha.
Dziewczyna rzuciła się do wyszorowanego, zastawionego glinianymi kubkami i talerzykami stołu. Błyskawicznie opróżniła go ze wszystkich zbędnych rzeczy i wytarła mokrą szmatą.
Szeptucha odwinęła dziecko z kocy i westchnęła. Chłopiec żył, ale ledwo. Podarta koszula była niemal czarna od krwi. Kobieta delikatnie obejrzała dziecko leżące bez przytomności, uniosła głowę na córkę i uchwyciła jej pełen niepokoju wzrok. Kobiety delikatnie przeniosły chłopca na stół. Pracowały ręka w rękę, głowa w głowę, cicho szepcząc — niemal bezgłośnie. W powietrzu, pośród ich szeptów, unosił się ostry zapach ziół.
Robiły to razem już wiele razy, choć Rosa jeszcze nigdy nie widziała takich ran. Palce matki poruszały się szybko, zwinnie i pewnie. Przemywała rany, oczyszczała, zakładała szew za szwem; nić migała w jej białych palcach. Mijały minuty, zmieniając się w godziny. Rosa czuła ból w nogach i plecach, mięśnie zesztywniały od wysiłku, głos zamierał i ochrypł od nieustannego szeptu. Jej usta były suche i spieczone, a na czole perlił się pot. Kątem oka zerknęła na gładką, skupioną twarz matki. Na jej obliczu nie było widać śladu zmęczenia; niesamowite srebrne oczy wpatrzone były w chłopca, uważnie śledziły ruchy pracujących dłoni. Białe usta poruszały się nieustannie, szepcząc inkantacje. Szeptucha przecięła ostatnią nić i umilkła.
Cisza, jaka zapadła w chacie, aż dzwoniła w uszach. Przerywał ją jedynie nierówny, rzężący oddech dziecka. Oczy matki i córki skrzyżowały się. Rosa widziała smutek w oczach Szeptuchy. Wiedziała, że ocaliły chłopca, ale rozumiała również, że skazały go tym samym na możliwość dalszego życia. Spuściła wzrok na małą, okaleczoną figurkę. Szybko jednak odwróciła oczy — nie chciała na to patrzeć.
— Dziś musisz poradzić sobie sama. Ja tu zostanę i zrobię, co mogę — powiedziała kobieta, łagodnym, czułym gestem kładąc dłoń na ramieniu córki.
Rosa bez słowa skinęła głową.
— Idź, dziewczyno, już cię tu nie potrzebuję.
Obie kobiety wyszły z chaty w palące południowe słońce. Rosa, oślepiona światłem, zmrużyła oczy. Nieopodal chaty, chyląc nisko swe powykręcane konary, rosła płacząca wierzba. Pod nią, na rozchwianej ławeczce, siedzieli rodzice chłopca — zgarbieni i starzy od bólu i zmartwienia. Kobieta wciąż tuliła niemowlę, które teraz cicho spało. Dwójka maluchów bawiła się cicho nieopodal swych rodziców, grzebiąc w ziemi jakimiś patykami. Mężczyzna na ich widok poderwał się z ławki.
— Pani! i co? Co z nim?!
Kobieta wlepiała w nie błagalne spojrzenie i tylko bezdźwięcznie poruszała ustami w cichej modlitwie do bogów.
— Może wyżyje — powiedziała cicho Szeptucha. — Ale jeśli tak, to nie będzie wam łatwo się tym cieszyć. Na razie jeszcze z nim bardzo źle. Ja dziś będę przy nim.
Mężczyzna padł ciężko na kolana i pochylił nisko głowę — trudno powiedzieć, czy z ulgi, czy z rozpaczy.
— Dzięki pani, dzięki pani dobra, dzięki, dzięki, dzięki… — powtarzał stłumionym od bólu głosem.
Szeptucha czułym gestem położyła mu dłoń na głowie; wyciągnęła drugą rękę i otarła matce chłopca płynące po twarzy łzy.
— Zostanę z wami.
Uniosła wzrok i spojrzała w oczy Rosy, lekko skinęła jej głową. Rosa odpowiedziała spojrzeniem i obróciła się na pięcie. Szybkim krokiem ruszyła w stronę ich chaty — miała mnóstwo pracy na dziś i była z nią już wiele godzin spóźniona.
W chacie powitał ją chłód — palenisko pod ich nieobecność wygasło. Dziewczyna, pierwsze co, napełniła balię zimną, czystą wodą i umyła się, następnie wylała różowe mydliny. Ubrała czystą koszulę i spódnicę, a tamte wrzuciła do bali z wodą. Ogarnęła wzrokiem pozostawiony w połowie pracy stół roboczy. Westchnęła i zaczęła szybko kończyć rozpoczęte rano maści i mieszanki. Część porzuconych w połowie rzeczy była do wyrzucenia, gdyż należało je przygotowywać w bardzo ściśle określony sposób, nieuwzględniający porzucenia na kilka godzin w połowie.
Dokończywszy wszystko, co można było dokończyć, Rosa otworzyła grubą, skórzaną księgę, w której matka zapisywała wszystko, co należało zrobić danego dnia. Prowadzenie takiej księgi było konieczne, ponieważ niektóre prace zaplanowane były na wiele miesięcy wcześniej. Dziewczyna otworzyła księgę i przewertowała ją w poszukiwaniu dnia dzisiejszego. Lista była bardzo długa. Spojrzała za okno, w stronę słońca. Choćby nie wiem jak się spieszyła — nie da rady ze wszystkim. Westchnęła i odłożyła księgę na półkę, po czym zabrała się do pakowania swojej torby na długim pasku.
Torba ta była z grubego sukna o gęstym splocie. Było w niej mnóstwo przegródek i kieszeni, a każda z nich miała swoje konkretne zastosowanie. Rosa wiedziała, jak ważny jest porządek w torbie Szeptuchy — od niego czasem mogło zależeć ludzkie życie. Przełożyła torbę przez ramię, chwyciła niewielki koszyk i ruszyła w stronę wsi.
Słońce przyjemnie grzało ją w plecy i głowę; w przeciwieństwie do jej matki nie nosiła chusty na głowie, a włosy miała splecione w gruby, czarny warkocz opadający ciężko na plecy. Jej czarne włosy w promieniach słońca połyskiwały złotem i czerwienią. Jej cera nie była tak biała jak cera matki, ale złotawa i lekko opalona, a oczy miała zielone, z błękitnymi i srebrnymi plamkami. Jednak mimo tej różnicy kolorów Rosa była niezwykle podobna do swojej matki. Szła teraz szybkim, energicznym krokiem, żeby choć trochę nadrobić poświęcony na ratowanie chłopca czas.
Mijała pojedyncze gospodarstwa, a chłopi na jej widok nisko pochylali głowy i ściągali czapki.
Rosa w pierwszej kolejności musiała zająć się pracami wymagającymi słońca. Na dziś miały zaplanowane zabezpieczenie przed złymi duchami nowej stodoły Wójta. Rosa musiała też obejrzeć bydło spodziewające się potomstwa, sprawdzić, co u nowonarodzonego źrebaka, którego poród wczoraj odbierały, zanieść zioła do matki Kowala, która rok temu zaległa i od tamtej pory nie wstaje z siennika, odwiedzić paru chłopów — dwóch z nich zraniło się podczas pracy, a jednego stratowała krowa, niefortunnie łamiąc mu lewą rękę — I jeszcze dwa dni temu Młynarzowej urodziło się dziecko, też by trzeba było zobaczyć, jak sobie radzi w połogu i jak się czuje noworodek.
Wieść o małym Miko rozniosła się szybko po wsi, więc nikt nawet nie pytał Rosy, czemu jest sama. Wszyscy wiedzieli, że Szeptucha jest tam, gdzie największe cierpienie. Gdy jednak Rosa wreszcie dotarła do stodoły Wójta, ten czekał już na nią i nie wyglądał na zadowolonego. Był on niskim, grubym, łysym mężczyzną z wiecznie spoconą i czerwoną twarzą.
— Co tak późno? i czemu Szeptucha nie przyszła? — zapytał burkliwie.
— Dziś potrzebna jest bardziej gdzie indziej, ale ja wiem wszystko i zajmę się waszą stodołą, panie.
— No nie wiem, nie wiem… Ty wiesz wszystko, a mi potem krowy pomrą albo mleka nie będą dawać?
Rosa westchnęła ciężko.
— Matka dzisiaj nie przyjdzie.
— A jutro? — nie ustępował Wójt.
— Nie wiem, czy będzie mogła. Czas pokaże.
Wójt splunął i machnął gniewnie ręką.
— Jak mi krowy pomrą, to będę wiedział, do kogo przyjść — mruknął, niezbyt cicho, i odszedł.
Rosa gniewnie zacisnęła wargi. Wiedziała, że przystoi jej zachowywać się godnie, że powinna być ponad płytkie ludzkie urazy. Jednak miała szesnaście lat, a jej młodą duszę szybko rozpalał żar. Srebrne iskry w jej oczach rozjarzyły się niebezpiecznie. Wzięła głęboki wdech i powoli wypuściła powietrze; jej płonące wściekłością oczy przygasły.
— Jestem ponad tym, potrafię nad tym przejść — wyszeptała do siebie pod nosem, chociaż doskonale wiedziała, że to kłamstwo.
Ruszyła w stronę stodoły. Pracowała pewnie i szybko — jej dłonie sprawnie poruszały się, plotąc odpowiednie zioła. W pociętym paskami słońca półmroku stodoły niemal ginął jej szept. Stodoła była pusta; Wójt nie wprowadził jeszcze do niej swej trzody, czekając na błogosławieństwo Szeptuchy. W pustych boksach jeszcze nie było słomy, w paśnikach zboża, a w poidłach wody. Rosa pracowała w skupieniu — starała się nie pomylić słów modlitw i zaklęć. Spieszyła się, jednak wiedziała, że magia nie lubi pośpiechu.
Gdy wreszcie skończyła, Wójt już na nią czekał. Chyba przemyślał swoje wcześniejsze zachowanie, bo głowę miał pochyloną nisko, a oczy wbite w ziemię.
Dzięki pani dobra — wybąkał pod nosem i wyciągnął ku niej rękę z niewielkim pakunkiem. — Oto pani zapłata… i wybaczcie mi, pani, me zachowanie — dodał, jeszcze niżej spuszczając głowę.
Rosa skinęła głową i przyjęła pakunek, wsuwając go do kosza.
— Jutro, godzinę przed świtem, panie, musicie dobrze zamieść stodołę, pojniki napełnić czystą wodą — ze źródła, nie ze studni, to bardzo ważne — pasza musi być świeża, najlepsza jaką macie, słoma sucha i dobra — to też ważne, pamiętajcie. Gdy ze starej obory bydło na łąki puścicie, to na noc już do nowej stodoły dać je możecie.
Wójt gorliwie pokiwał głową, zdjął czapkę i przycisnął ją do piersi, kłaniając się przy tym jeszcze niżej.
— Dzięki pani, dzięki… Tak zrobię. Poślijcie Matce życzenia zdrowia.
Rosa jeszcze raz skinęła głową, odwróciła się i odeszła szybkim krokiem. Teraz trochę żałowała, że na piąty dzień od pierwszego udoju, po wypiciu mleka, Wójt dostanie straszliwej sraczki, ale cóż — już się stało, nic nie można na to poradzić. Wprawdzie mogłaby powiedzieć Wójtowi, że piątego dnia mleko z udoju trzeba wylać, ale aż tak bardzo nie żałowała.
Rosa nie robiła przerw — szła od domu do domu. Obejrzała niemowlę i kobietę w połogu, źrebaka i klacz, ciężarne zwierzęta, wymieniła opatrunki chłopom oraz dała im kolejne zioła. Na samym końcu udała się do starej matki Kowala. Cienie już były długie, a niebo pomarańczowo–złote, słońce chyliło się ku zachodowi.
Gdy tylko weszła do chaty Kowala, od razu pojęła, że tu już Szeptuchy nie potrzeba. Czas starej się skończył. Rosa mogła tylko pocieszyć rodzinę i posłać po Kapłana. W dłonie staruszki włożyła płócienny woreczek z ziołami, pochyliła się nisko nad starą głową, a z jej ust popłynął szept. Jednak w szepcie tym nie było ani grama magii — jedyne, co jeszcze mogła starej matce Kowala dać, to tylko modlitwy.
Drzwi otworzyły się cicho i do chaty wszedł Żerca w długiej, białej szacie. Podszedł do niej i położył jej rękę na ramieniu.
— Idź, dziecko, już zmierzcha, ja tu zostanę. Tu już nie ma miejsca na magię, tu nie ma pomocy dla ciała.
Młoda Szeptucha skinęła głową, wstała, szybkim gestem pozdrowiła Kapłana i wyszła. Zza horyzontu wyłaniał się jedynie złocisty skrawek słońca, łąki i pola tonęły w coraz głębszym cieniu. Rosa pomyślała o chłopcu i po jej plecach przebiegł dreszcz. Spojrzała na czarną ścianę lasu, złowrogo szumiącą w oddali, przyspieszyła kroku, a wraz z jej krokiem przyspieszyło jej serce. Do domu miała daleko, wiedziała, że nie zdąży przed zmrokiem.
W oddali zamajaczyła czarna sylwetka jej chaty. Rosa puściła się biegiem przez łąki, nie dbając o to, że moczy spódnicę. Nie wiedziała, co na swej drodze spotkał nocą mały Miko, wiedziała tylko, że to na pewno nie były wilki, wiedziała też, że ona nie ma zamiaru się z tym spotkać, żeby sprawdzić, co to. Gdy tak biegła, gnana strachem, w oddali, na tle lasu, dostrzegła ruch. Nie wiedziała, co to, ale ostatkiem sił przyspieszyła. Dopadła drzwi chaty i drżącymi rękami otwarła je, i z trudem łapiąc oddech, wbiegła do środka. W chacie było cicho, ciemno i pusto. Matka jeszcze nie wróciła. Rosa stała jeszcze długo, opierając się plecami o drzwi, uspokajając przyspieszony oddech. Po chwili jej serce zwolniło, a oddech się wyrównał. Jednak głęboko w środku cały czas czuła mdlący lęk, czuła, jak rozlewa się w jej żyłach, jak zaciska jej gardło, nie pozwalając głęboko odetchnąć.
— Muszę teraz rozpalić ogień, tak, to bardzo ważne, muszę napalić w piecu — powiedziała do siebie, starając się dodać sobie odrobinę otuchy, jednak w pustej chacie jej głos zabrzmiał nienaturalnie głośno, jeszcze bardziej uzmysławiając jej, jak bardzo jest sama.
Ruszyła w stronę paleniska, jej wzrok padł na dużą skrzynię wypełnioną księgami. Pół godziny później, gdy pod kuchnią płonął ogień, światło wypełniało chatę po same brzegi, okiennice były ściśle zamknięte, a pod drzwiami stała skrzynia wypełniona księgami, Rosa poczuła, jak chłodny, lepki lęk opuszcza jej ciało. Dopiero gdy jej mięśnie rozluźniły się, poczuła, jak bardzo były napięte. Poczuła też burczenie w brzuchu, uświadomiła sobie, że od wczoraj nic nie jadła.
Dziewczyna zakrzątnęła się przy kuchni, była nieprawdopodobnie zmęczona, ręce ciążyły jej, jakby miała do nich przymocowane drewniane kłody, a pod powiekami czuła piasek. Ukroiła sobie chleba i sera, a do glinianego kubka nalała wody. Na nic więcej już dziś nie miała siły. Po zjedzeniu tej skromnej kolacji marzyła, by móc udać się na spoczynek, wiedziała jednak, że gdyby jej matka wróciła o poranku i zastała chatę w takim nieporządku, to nie byłaby zachwycona. Klnąc pod nosem, Rosa uprzątnęła, jak najszybciej potrafiła, i zgasiła lampę. Wiedziała, że to niemądre, lecz przy łóżku zostawiła zapaloną świecę. Leżała w pościeli, patrząc na drgające cienie, jej serce zabiło mocniej, jakby wołając na alarm — na dworze usłyszała szmer.
— To jakieś zwierzę, to jakieś zwierzę, na pewno to zwierzę — szeptała, zaciskając spocone dłonie w pięści.
Ogród Szeptuchy z zasady był najbezpieczniejszym miejscem w osadzie. Magia, jaką tętniła chata, była jak łuna ciepła wokół świecy, nie pozwalając zbliżyć się złemu. Jednak mimo tej wiedzy Rosa czuła, jak jej serce trzepocze się w piersiach niczym spętany dziki koń. Za oknami, gdzieś blisko, bardzo blisko, rozległo się wycie.
To wilki, to na pewno wilki.
Ale Rosa wiedziała, że żaden wilk tak nie wyje. Wysunęła się z pościeli, z półki zdjęła pękaty gliniany słój. Ściskając go w drżących rękach, uklękła na środku izby. Zaciskając wargi w cienką linię, usypała wokół siebie krąg z soli, ze skupieniem wysypując ją strużką z ciężkiego słoja. Spod białej, lnianej nocnej koszuli wyjęła niewielki amulet zawieszony na zwykłym konopnym sznurku. Amulet ten był dziwny i wcale nieładny, jednak jako dziecko dostała go od matki i wiedziała, że nic tak dobrze jak on nie ochroni jej od zła. Ściskając w spoconej dłoni amulet, zaczęła cicho, niemal bezgłośnie szeptać nauczone przed laty inkantacje. Jej głos uniósł się i nabrał barwy — to już nie był szept, to był cichy zaśpiew. Jej wielkie, zielone oczy rozjarzyły się srebrnym blaskiem, świeca zapłonęła jaśniej, pomieszczenie wypełniła magia. Drobne ziarenka soli zadrżały i uniosły się nad ziemią. Uszy dziewczyny wypełnił szum, oczy zasnuła mgła, z prawej dziurki od nosa wypłynęła kropla krwi, jednak ona nie milkła. Sól wirowała kręgiem wokół niej, a światło migotało.
Łomotanie w drzwi rozdarło ciszę poranka. Rosa uniosła głowę z desek podłogi, czarne smugi zakrzepłej krwi rozmazały się jej na policzku. Nie wiedziała, w którym momencie zasnęła. Łomotanie rozległo się po raz drugi, kilka szybkich uderzeń. Bam, bam, bam, bam. Dziewczyna poderwała się z podłogi i zatoczyła, niemal ponownie upadając. Chwiejnym krokiem ruszyła w stronę drzwi.
— Kto to? — wychrypiała ledwo słyszalnie.
— Ja! — usłyszała w odpowiedzi głos swojej matki.
Jej wzrok padł na przysunięty do drzwi, wyładowany księgami kufer. Z cichym jękiem chwyciła za jego brzeg i zaczęła ciągnąć. Kufer powoli, z nieprawdopodobnym hurkotem, zaczął się przesuwać. Rosa drżącą ręką sięgnęła do rygla i otworzyła drzwi, które, uchylając się, stuknęły o niedostatecznie odsuniętą skrzynię. Przez tak powstałą, wąską szparę wsunęła się, okryta kolorową chustą, głowa Luny. Szeptucha zajrzała do chaty i, nic nie mówiąc, zaczęła przeciskać się do wnętrza. Gdy znalazła się już w środku, rozejrzała się po mrocznej izbie. Rosa ciężko usiadła na odsuniętej od drzwi skrzyni. Matka przyjrzała się jej badawczo, otaksowała wzrokiem bladą twarz córki, mętne spojrzenie, zakrzepłą krew na policzku i splątane włosy z drobinkami soli. Wyciągnęła rękę i odgarnęła połyskujące rubinowo kosmyki włosów opadające na twarz dziewczyny. Ich spojrzenia się skrzyżowały, Rosa dostrzegła błysk zrozumienia w oczach matki. Szeptucha o nic nie spytała. Podała córce dłoń i pomogła jej wstać, a następnie zabrała się do porannych zajęć. Otworzyła okiennice, wpuszczając do wnętrza łagodny blask poranka i słodki zapach mokrej od rosy łąki, wywietrzyła chatę, napaliła pod kuchnią i zabrała się do przyrządzania posiłku.
Niespełna godzinę później obie kobiety siedziały przy suto zastawionym stole. Rosa, już umyta, ubrana i uczesana, czuła się znacznie lepiej, z przyjemnie pełnym brzuchem, grzejąc dłonie o kubek z ciepłym mlekiem.
— Powiesz mi, co się stało? — spytała Luna, patrząc uważnie na córkę.
Rosa zgarbiła lekko ramiona.
— Mamo, co to było?
Szeptucha uniosła pytająco brwi.
— No to co zaatakowało chłopca?
Luna zamyślonym wzrokiem zapatrzyła się w przestrzeń przed sobą, milczenie trwało kilka uderzeń serca. Jednak Rosa czekała.
— Nie wiem — odpowiedziała w końcu Szeptucha.
Teraz Rosa milczała przez chwilę, wpatrując się uważnie w delikatny profil matki. Jej długie, niebiesko-granatowe włosy, uwolnione spod chusty, spływały na ramiona i plecy, blada, delikatna twarz była nieruchoma niczym wyrzeźbiona z białego kamienia. Jej duże, srebrne oczy wpatrywały się gdzieś w dal. Rosa wiedziała, że Luna nie mówi jej prawdy, ale straciła pewność, czy chce ją znać. Cisza przedłużała się, w końcu Rosa odezwała się ponownie.
— Wczoraj coś widziałam.
Luna odwróciła ku niej twarz.
— Było już ciemno, wracałam do domu i to zobaczyłam. Nie wiem, co to było, nie przyglądałam się. Widziałam ruch na skraju lasu, pobiegłam do domu, ale, mamo… To tu było. W nocy było blisko, bardzo blisko — jej głos zadrżał.
— Podeszło do chaty? — spytała Luna spokojnie, w jej głosie nie było słychać śladu emocji.
— Nie wiem, jak blisko, ale było blisko, bardzo, bardzo blisko. Wzięłam sól i usypałam krąg. Wyjęłam amulet i śpiewałam inkantacje ochronne, te, których mnie nauczyłaś.
Luna wyciągnęła rękę nad stołem i ujęła delikatnie dłoń córki.
— Mamo, czy Miko przeżyje?
— Tak — skinęła głową Szeptucha.
— Wcale nie wiem, czy to dobrze — skrzywiła się Rosa.
— To jest głupie.
— To prawda, ale nie do nas należy ten osąd.
— Może powinien — burknęła gniewnie dziewczyna.
— My chronimy życie.
— Co to za życie? To bardziej wyrok niż ratunek.
— Takie, które nie jest naszą własnością — odpowiedziała spokojnie Szeptucha, wstając i zaczynając zbierać naczynia ze stołu. — Czas do pracy, dziecko.
— Jestem taka słaba — jęknęła Rosa żałośnie.
— Nic ci nie jest, dziś dzień jak każdy inny, więc się zbieraj.
Rosa jeszcze chwilę śledziła wzrokiem szybkie i płynne ruchy matki. Po Lunie nie było widać nawet śladu zmęczenia, choć Rosa doskonale wiedziała, że jej matka przez całą noc nie zmrużyła oka i że wczoraj prawdopodobnie wcale nic nie jadła. Westchnęła ostentacyjnie i wstała, zabrała się do pomagania matce przed wyjściem, ostentacyjnie przy tym guzdrając się i wzdychając ciężko. Przygotowywały wszystko, prawie się nie odzywając — nie musiały, robiły to wcześniej już setki razy. Doskonale znały każdy ruch, to było jak wciąż powtarzany ten sam taniec, w którym doskonale się uzupełniały.
Tego dnia nie było wiele pracy, obecność Szeptuchy sprawiała, że wszystko robiły szybciej i z mniejszym wysiłkiem. Słońce jeszcze stało względnie wysoko, kiedy skończyły pracę tego dnia. Gdy w drodze do domu mijały chatę małego Miko i jego rodziny, Luna zwolniła kroku i powiedziała:
— Ja jeszcze muszę wstąpić tutaj, ale ty możesz już iść do domu.
Rosa spojrzała na niebo i przypomniała sobie wczorajszy paniczny bieg w ciemnościach do chaty.
Pójdę z tobą — powiedziała szybko.
Luna bez słowa skinęła głową i skręciła w stronę obejścia. Na placu przed domem było pusto, nie kręciło się nigdzie przydomowe ptactwo, za domem na łąkach nie było widać pasących się zwierząt. Od wczoraj w tym domu zamieszkało cierpienie, odbierając siły do życia jego mieszkańcom.
Luna zapukała. Po chwili drzwi otwarła kobieta. Twarz Borki zmieniła się nie do poznania, postarzała o co najmniej dziesięć lat, czerwona i spuchnięta od płaczu. W chacie unosił się ciężki, przykry zapach. Dwoje brudnych maluchów wpatrywało się w nie zza ustawionej w kącie ławy. Na sienniku leżała mała, okutana bandażami, zniekształcona figurka. Pana domu nigdzie nie było. Luna rzuciła wymowne spojrzenie córce i mruknęła kącikiem ust:
— Idź po wodę do studni.
Rosa, nie zadając zbędnych pytań, migiem sięgnęła po puste wiadro i wyszła. Gdy wróciła z wiadrem wypełnionym po brzegi, okiennice w chacie były już otwarte, a Luna krzątała się po izbie. Borka, z owiniętym kocem niemowlęciem przy piersi, siedziała na stołku i mętnym wzrokiem śledziła płynne ruchy Szeptuchy. Luna odebrała od córki wiadro i rzuciła tylko:
— Sprawdź zwierzęta.
Rosa odwróciła się na pięcie i ruszyła pędem w stronę budynków gospodarczych. Tu też nie było widać ani śladu po głowie rodziny, za to piętrzyło się mnóstwo niezrobionej pracy. Rosa miała ochotę załamać ręce, wraz z matką nie miały gospodarstwa, więc na co dzień nie zajmowała się wypasem, karmieniem, dojeniem czy zbieraniem jajek. Jednak szybko złapała rytm, na szczęście gospodarstwo było niewielkie. Rosa wydoiła krowy i kozy, pozbierała jajka do kosza i nakarmiła zwierzęta.
Gdy wróciła do chaty, to ledwie ją poznała. Pod kuchnią płonął ogień, chata była zamieciona i wywietrzona, na ogniu coś smakowitego bulgotało. Dzieci, umyte i przebrane, siedziały przy stole wraz z matką, nawet w samej Borce zaszła jakaś przemiana. Oczy wciąż miała opuchnięte, ale była znacznie spokojniejsza i bardziej obecna.
Szeptucha pochylała się nad okaleczonym chłopcem, w chacie rozszedł się ostry, lecz przyjemny zapach ziół. Chłopiec cicho zajęczał, Szeptucha ostrożnie poiła go przez specjalny lejek. Rosa odwróciła wzrok od siennika, podeszła do kuchni i przelała część mleka do dzbana, po czym postawiła go na stole. Rozłożyła gliniane naczynia i zamieszała gotującą się potrawkę. Gdy nakroiła chleba i rozłożyła jedzenie do misek, Luna zawołała ją do pomocy przy zmianie opatrunków.
Magia Szeptuchy była bardzo potężna, ale nawet ona nie była w stanie usunąć tak strasznych okaleczeń. Widok był okropny, chłopiec przy ataku prawdopodobnie chciał się osłonić prawą ręką. Rosa nie miała pojęcia, dlaczego mały Miko przeżył — nie powinien, ale nie dlatego, że to straszne dla niego i jego rodziny, i że będzie wiódł okropne życie jako kaleka. Tylko z takimi ranami po prostu nie powinien przeżyć.
Poza tym, jeżeli coś zadało takie rany, to dlaczego go po prostu nie pożarło? Rosa nie była w stanie tego zrozumieć. Założyła delikatnie maść na kikut po prawej ręce i zaczęła zawijać bandaż. Luna pochylała się nad okaleczoną twarzą chłopca — stracił prawe oko i ucho, tu zmienianie opatrunków wymagało znacznie większej precyzji. Później zajęły się szramami na torsie i brzuchu chłopca. Rosa widziała, że wargi jej matki poruszają się bezgłośnie, poczuła wokół chłopca dziwną energię. Zmarszczyła brwi, lecz nic nie powiedziała — później będzie czas na pytania.
Gdy skończyły pracę, Luna podeszła do Borki, spojrzała jej w twarz i spytała bez ogródek:
— Gdzie twój mąż?
Kobieta nisko spuściła głowę, usiłując uciec od płonących srebrem oczu Szeptuchy.
— Nie wiem, pani — wymamrotała pod nosem bezradnie. — Pewnikiem w karczmie. Poszedł zaraz, jakeście poszła z rana.
Luna zacisnęła białe wargi, a jej oczy błysnęły niebezpiecznie.
— Macie jakąś pomoc? Matkę, braci czy siostry?
— Ja to, pani, z innej wsi jestem, ale męża siostra to żona garbarza.
Luna skinęła głową.
— Dobrze, ona dzieci już ma niemal odchowane. Jutro z rana ktoś do was przyjdzie pomóc.
Kobieta jeszcze bardziej się skuliła.
— Nie, pani, nie trzeba, nie trzeba nikogo kłopotać.
Twarz Szeptuchy nawet nie drgnęła, ale Rosa dostrzegła, jak srebrne oczy matki rozjarzyły się niepokojącym blaskiem.
— Jutro ktoś przyjdzie — powtórzyła.
Odwróciła się i wyszła szybkim krokiem z chaty, Rosa szybko podążyła za nią, po drodze, przed wyjściem, pogłaskała maluchy po włoskach.
Horyzont na zachodzie jarzył się złotem i czerwienią, słońce już niemal stykało się z linią drzew w oddali. Rosa szła wraz z matką w stronę chaty, myśli kłębiły się jej w głowie. Było tyle rzeczy, o które chciała spytać. Miała wrażenie, jakby jej głowę wypełniała mgła.
— Co ty tam robiłaś? Wtedy, przy zmianie opatrunku. Coś robiłaś, ale ja nie wiem co — W końcu zapytała.
Luna spojrzała na córkę.
— Kiedyś cię nauczę — odpowiedziała niejasno.
Rosa nie pytała dalej, wiedziała, że jak jej matka coś postanowi, to zawsze tak jest. Jak nie odpowie od razu, to nie ma co więcej dopytywać.
— Mam rano iść po żonę garbarza?
— Jutro sobota, dzień targowy, musisz zrobić sprawunki dla babki, ja pójdę.Rozdział 2
Rosa obudziła się rano, tuż przed świtem. Jej matki już nie było w chacie, pod kuchnią jednak wesoło trzaskał ogień, znak, że Luna wyszła nie tak dawno temu. Rosa umyła się, ubrała i zabrała się do przyrządzania sobie śniadania. Podśpiewywała przy tym cicho pod nosem. Dzisiaj dzień targowy — pomyślała radośnie. Rosa uwielbiała dni targowe, ten harmider i tyle pięknych rzeczy. Dziś była zwykła sobota, także i targ był zwykły, ale w ostatnią sobotę miesiąca odbywał się Wielki Targ. Wtedy czasem przyjeżdżali kupcy z okolicznych wsi, przywozili piękne towary i opowiadali o wielkim świecie, a potem wieczorem była muzyka i tańce. Rosa uwielbiała te dni, wtedy momentami czuła się trochę jak zwykła dziewczyna, nie to, że Rosa nie lubiła bycia Szeptuchą, ale czasem marzyła o tym, jak by to było być córką kowala lub tkacza. Mieć przyjaciółki, chłopca, chodzić do szkoły z innymi dziećmi, mieć normalne życie. I gdy coś się w nim dzieje, to jak wszyscy biec do Szeptuchy, ale Rosa nie miała tego wszystkiego. Jej rówieśnice już myślały o zamążpójściu, zbierały posag i marzyły o dobrej partii dla siebie.
Rosa marzyła o ślicznych tkaninach, jakie sobie kupi, i układała w głowie listę sprawunków do domu i dla babki. Gdy skończyła jeść i sprzątnęła chatę, zabrała wózek na sprawunki i wyruszyła w stronę Placu Centralnego, gdzie odbywał się sobotni targ.
Krańcobór, w którym mieszkały Rosa z matką, był dość sporą osadą, przez którą przepływała spora rzeka Burawa. We wsi był Plac Centralny, przy którym stała Świątynia Wszystkich Bogów. Stała przy nim również karczma i gospoda, a w każdą sobotę odbywał się na nim dzień targowy. Chłopi z całej wsi zwozili swoje plony oraz rozmaite towary na handel. Dom Szeptuchy zwyczajowo stał na samym skraju osady, tuż pod lasem. Rosa, idąc traktem przez wieś, mijała wystrojonych ludzi, jak ona spieszących na targ. Część z nich ciągnęła wózeczki, jak ona, by napełnić je zakupionymi towarami. Część prowadziła osły ciągnące wózki pełne towarów. Rosa już z oddali słyszała gwar rozbrzmiewający na placu głównym, zacisnęła dłoń na dyszlu wózka i wkroczyła między kłębiący się, kolorowy i roześmiany tłum. W nozdrza uderzyła ją mieszanina rozmaitych zapachów. Chłopi już niemal wszyscy rozłożyli swe towary na straganach. W osadzie królował głównie handel wymienny, bardziej praktyczny dla prostych rolników i rzemieślników. Gdzieniegdzie słychać było jednak również brzęk monet. Rosa w pierwszej kolejności zajęła się załatwianiem niezbędnych sprawunków. Kupiła parę dzbanów miodu, ogromny krąg sera owczego i krowiego, połcie mięsa, kilka kop jaj i sporo innych towarów tego pokroju.
Gdy jej wózek był wyładowany po brzegi i ledwo była w stanie go ciągnąć, zaczęła się rozglądać już tylko dla przyjemności. Jako córka Szeptuchy płaciła pieniędzmi, gdyż ona i jej matka nie miały roli ani bydła, nic również nie wyrabiały, co można by było wymienić. Choć mało który chłop chciał przyjmować od nich pieniądze. Młoda Szeptucha zatrzymała się z fascynacją przy wozie krawcowej, oglądała z lubością piękne chusty, koszule i spodnie. Wszystkie kolorowe i pięknie haftowane. Nacieszywszy oczy, przeszła do stanowiska z pięknymi glinianymi naczyniami. Wiedziała, że ma jeszcze w sakiewce kilka monet i mogłaby je wydać na coś ślicznego dla siebie. Rozglądała się więc, jednak po pewnym czasie dostrzegła, że ludzie w tłumie zachowują się nieco inaczej niż zwykle. Robili zakupy szybciej, mniej się targowali, rzadziej wybuchał spontaniczny śmiech, a ci, którzy skończyli zakupy, zabierali rzeczy i szli do domów. Plac targowy powoli pustoszał, gdzieniegdzie Rosa widziała zbitych w grupki mężczyzn i kobiet, szepczących z niepokojem. Na ten widok ekscytacja Rosy dniem targowym przygasła, przed oczami stanęła jej mała, okaleczona figurka leżąca na sienniku. Zrozumiała, że ta tragedia poruszyła całą wieś, pojęła również, że ludzie zaczęli się bać. Chcą załatwić sprawy i wrócić do domów, gdzie będą bezpieczni. Młoda Szeptucha poczuła, jak chłodne palce wiatru musnęły jej kark, wzdrygnęła się i spojrzała w niebo, jednak było ono czyste i bezchmurne.
Jej wzrok padł na Świątynię. W cieniu między budynkami dostrzegła poruszającą się szybko sylwetkę. Zamrugała i wytężyła wzrok, jednak postać już znikła. Nie była pewna, jednakże przez chwilę zdawało się jej, że w cieniu zabudowań świątynnych widzi swoją matkę. Było to jednak bardzo ulotne i nie miała pewności, poza tym co Luna robiłaby w Świątyni, tutaj i teraz. Szeptuchy z zasady nie miały zbyt wiele do czynienia ze Świątynią. One stały na straży życia, zajmowały się ciałem, nie duchem.
Dzień targowy nagle przestał ją cieszyć, nie chciała już oglądać tkanin i strojów. Westchnęła ciężko, jej myśli pomknęły ku matce. Gdzie jest i co robi? Pomyślała o biednej Borce — gdzie jest jej mąż? Potrząsnęła głową, wyrzucając te niewesołe myśli z głowy. Odwróciła się na pięcie i skierowała się przez rzedniejący tłum w stronę wyjścia z placu targowego. Szła dość wolno, wyładowany po brzegi wózek co chwila grzązł w koleinach. Rosa obserwowała z uwagą mijanych ludzi, szli w ciasnych grupach, rozmawiając przyciszonymi głosami.
Rosa przyglądała się kobiecie wlokącej za rękę rozwrzeszczaną dziewczynkę.
— Kooooolaaaaale! Ja chcę kooooolaaaaale! — zawodziła mała rozpaczliwie.
— Cicho mówię, bo ojcu powiem i w skórę dostaniesz — cedziła przez zęby, czerwona na twarzy matka.
Kobieta uginała się pod wyładowanym po brzegi koszem, pod pachą miała jakieś pakunki. Ciągnięta przez nią dziewczynka rozpaczliwie wbijała pięty w miękką ziemię, starając się zatrzymać matkę. Za nic mając sobie matczyne groźby, rozdarła się jeszcze rozpaczliwiej:
— Kooooooooolaaaaaaaaale!
W oczach ciągnącej dziewczynkę kobiety zabłysły łzy. Rosa szarpnęła z całych sił za dyszel ciągniętego przez siebie wózeczka, a koła z mlaśnięciem wyrwały się z miękkiej ziemi i potoczyły dalej drogą. Dziewczyna jeszcze z oddali słyszała wrzaski upartego dziecka i utyskiwania, odgrażającej się karą matki. Nie zatrzymała się przy nich, już dawno poznała tę smutną prawdę, że zarówno ona, jak i matka są niezmiernie istotne dla wszystkich w osadzie, jednak nigdy nie będą częścią społeczności. Ludzie na jej widok ściągali czapki i kłaniali się, odsuwali z szacunkiem, unikając jej wzroku.
Spocona i zaróżowiona na twarzy dotarła w końcu do chaty. Wyładowała wszystko to, co zakupiła dla siebie i matki, a następnie, z o wiele lżejszym wózkiem, ruszyła w stronę lasu. Szła wąską, poprzecinaną korzeniami ścieżką, wózek podskakiwał, a zgromadzone na nim produkty podskakiwały wraz z nim, grzechocząc niepokojąco. Dziewczyna jednak szła pewnie i szybko, nie zatrzymując się, przemierzała tę trasę z tym wózkiem już tak wiele razy, że doskonale wiedziała, jak szybko może iść, by nie utracić zakupów. Las był ciemny i chłodny, gęste gałęzie splatały się nad jej głową, tworząc sklepienie, przez które tylko gdzieniegdzie przenikały pojedyncze promienie słońca. Pachniało wilgotną ziemią, drzewami i ziołami. Rosa kochała las, jednak dziś, idąc przez niego, czuła niepokój. Nie był taki sam jak zawsze, było w nim jakby ciszej. Wolną ręką poszukała wiszącego na szyi amuletu i zacisnęła na nim spocone, zimne palce. Poczuła nierówne krawędzie i chropowatą powierzchnię, poznaczoną nieznanymi jej runami i znakami.
W oddali już widziała, że drzewa zaczynają się przerzedzać. Drogę przecinał strumień, nad którym przerzucona była wąska kładka. Przeszła przez nią ostrożnie, przeciągając za sobą powolutku wózeczek, i wkroczyła na sporą polanę. Na jej skraju stała nieduża chata z kilkoma maleńkimi budynkami gospodarczymi. Na polanie wytyczone było niewielkie pastwisko, na którym leniwie skubały trawę pomekujące kozy. Na ławeczce przed domem siedziała stara kobieta z wyciągniętymi przed siebie nogami i twarzą skierowaną w stronę słońca. Wokół jej nóg dostojnie chodziły kury pod czujnym okiem tłustego koguta. Kobieta zdawała się drzemać, jednak gdy Rosa podeszła bliżej, ta poruszyła się i otworzyła oczy. Jej ogorzała, pomarszczona twarz rozciągnęła się w szerokim uśmiechu.
— Jesteś, dziecko, czekałam na ciebie.
— Dzień dobry, babciu — odpowiedziała jej szerokim uśmiechem Rosa.
Kobieta podniosła się i sięgnęła po oparty o ścianę kostur. Wsparła się na nim ciężko i przykuśtykała do dziewczyny. Staruszka była bardzo niska, jej plecy wykrzywiał garb, który niemiłosiernie deformował jej sylwetkę. Jedno ramię miała wyżej niż drugie i jedną nogę krótszą. Siwe włosy miała zaplecione w ciasny koczek z tyłu głowy. Podeszła do młodej Szeptuchy i uściskała ją serdecznie.
— Co też tam dla mnie przyniosłaś, dziecko? Chodź, rozpakujemy to i napijemy się ziółek. Pewnie jesteś głodna? Zrobiłam zupę.
Mówiąc nieustannie, poprowadziła dziewczynę do wnętrza chaty. Jej dom był bardzo malutki, miał zaledwie dwie izby: jedną dużą, dzienną, drugą małą, do spania. W dużej izbie dziennej toczyło się praktycznie całe życie staruszki. Pod sufitem wisiały zioła, na półkach stały rozmaite słoje i słoiczki oraz różne produkty użytku codziennego. Był tam duży piec do gotowania, stół oraz ława do siedzenia. Teraz Rosa podeszła do niego i zaczęła wyładowywać zakupy z wózeczka.
— Kupiłam ci mleka, miodu i sera, kupiłam ci też mięsa i szynki, i chleba.
Trajkotała radośnie, pokazując babce zakupy. Stara usiadła ciężko na ławie i kiwała z zadowoleniem głową.
— Dobrze, dobrze, dziecko. Sera jeszcze mam i miodu też mi nie potrzeba, ale wezmę, dziecko, nie bój się, przyda się.
Rosa wyładowała wszystkie produkty i zaczęła układać je zgodnie z poleceniami babki, następnie wyprowadziła swój wózek na dwór, żeby im nie przeszkadzał.
— Na piecu stoi zupa, dziecko, nalej nam, to zjemy.
Dziewczyna wyjęła gliniane miski i rozlała do nich jeszcze ciepłej zupy, nakroiła chleba i wraz z babką zasiadły do posiłku. Rozmawiały przy tym o targu, o zakupach i pogodzie. Gdy zjadły, Rosa uprzątnęła, pomyła miski i zaparzyła dla nich mięty. Z parującymi kubkami zasiadły na ławeczce przed domem, ciesząc się promieniami słońca. Rosa siedziała, popijając powoli i obserwując kurczaki.
— Mów, co cię trapi, dziecko.
Młoda Szeptucha uniosła twarz na babkę.
— Czemu myślisz, że coś mnie trapi?
— A mylę się?
— Hmmmm, chyba raczej nie.
— No to co? Opowiadaj, mi tu nudno, to bym chętnie posłuchała.
Rosa westchnęła ciężko, poczuła, jak te kilka minionych dni jej ciąży. Spojrzała w ciepłe, niebieskie oczy babki i zaczęła mówić. Powiedziała jej o chłopcu, o jego straszliwych obrażeniach, o tym, jak mu pomogły, i że wcale nie wie, czy to dobrze. Opowiedziała o cieniu, który widziała na tle lasu i o tej strasznej samotnej nocy, o ojcu małego Miko, który opuścił rodzinę, i o tym, że wszyscy we wsi teraz się boją. Opowiedziała, że wszyscy myślą, że to wilki, ale że ona wie, że to nie wilki.
— Nie wiem, co to, babciu, ale wiem, że to jest bardzo niebezpieczne — zakończyła w końcu.
Staruszka słuchała jej uważnie, potakując w milczeniu głową. Nie przerywała i o nic nie dopytywała. Kiedy dziewczyna skończyła mówić, ta zadumała się, wpatrując w niebo nad szczytami drzew.
— Mówisz, że nie wilki?
— Na pewno.
— Dlaczego żałujesz, że pomogłyście chłopcu?
— Widzisz, bo to tak jest, że powinnyśmy ratować tego, kogo się da uratować, ale… Nie wiem, czy mnie zrozumiesz, wydaje mi się, że jego się nie dało uratować.
Babka spojrzała na nią z namysłem i zmarszczyła brwi.
— On właściwie już nie żył, no… to znaczy żył, ale… — zamilkła w zadumie, nie umiała tego wyjaśnić.
Babka powoli pokiwała głową.
— Tu nie chodzi tylko o to, że mu współczuję — podjęła po chwili. — To prawda, będzie wiódł straszne życie, ochłap życia, nie będzie mógł już być częścią tego świata, wieść życia, jakie było dla niego przewidziane.
— Może właśnie takie było?
— Szczerze wątpię.
— Widzisz, jednak udało wam się go uratować, więc widać tak miało być. Widocznie dało się go uratować.
Rosa w milczeniu pokręciła głową.
— A co to za cień widziałaś na tle lasu? — zmieniła temat staruszka.
— Nie wiem, nie mam pojęcia, co to było. Nie było to żadne zwierzę, to wiem na pewno, nie był to też człowiek. To było szybkie, nie tak szybkie jak człowiek, nie tak szybkie jak jakiekolwiek zwierzę — szybsze. Było duże, na pewno większe niż wilk, i tak szybkie, że nie dało się tego zobaczyć i jednocześnie zrozumieć, wiesz, co mam na myśli?
— Hmmmm, chyba nie do końca, ale świat jest pełen istot, które przekraczają nasze rozumienie.
— To coś zbliżyło się do naszego domu.
— Co masz na myśli? — zapytała babka z niepokojem.
— Podeszło blisko, bardzo, bardzo blisko. Słyszałam je, słyszałam, jak wyje, to nie było wilcze wycie. Poza tym było samo, wilki nie wędrują samotnie.
Staruszka pokiwała głową, jednak Rosa widziała niepokój na jej twarzy.
— Nie dziw, że ludzie się boją.
— Oni nie wiedzą, oni myślą, że to wilki.
— Nie bój się, dziecko, tobie nic nie grozi.
— Skąd masz taką pewność?
— Bo znam twoją matkę — odpowiedziała z dziwnym uśmiechem i poklepała Rosę po nodze. — Zostaniesz na noc?
Rosa entuzjastycznie pokiwała głową.
— No to chodź, pomożesz mi.
Resztę popołudnia spędziły, zajmując się pracą przy domu, pieleniem, oporządzaniem zwierząt, sprzątaniem i tak dalej. Prosta praca przynosiła Rosie spokój, w oderwaniu od pełnej niepokoju atmosfery panującej w osadzie, codziennej, ciężkiej pracy, dziewczyna czuła, jak towarzyszące jej ostatnimi dniami napięcie opuszcza ją. Poza tym towarzystwo ciepłej i dobrej babki, która zawsze ją rozumiała i chętnie z nią rozmawiała, sprawiało, że zapominała o poczuciu izolacji, jakie jej towarzyszyło na co dzień. Obie śmiały się i żartowały nieustannie, babka była zupełnie inna niż matka Rosy. Niska, krępa, o boleśnie zdeformowanym ciele. Jej dobre, niebieskie oczy zawsze błyszczały od śmiechu. Była zawsze uśmiechnięta i można było z nią porozmawiać dosłownie o wszystkim. Luna natomiast wydawała się być zawsze odległa i chłodna, była jak nocne niebo — niezmienna, piękna i odległa. Mimo że Rosa bardzo kochała swoją matkę, to na co dzień bardzo tęskniła za babką.
W końcu, gdy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, zamknęły się w chacie i przy blasku świec zasiadły w większej izbie. Rosa skuliła się na ławie i zajęła się obszywaniem spódnicy dla babki, a ta siedziała w trzeszczącym bujanym fotelu z pledem zarzuconym na kolana. Babka snuła opowieści o życiu w lesie, opowiadała o zwierzętach i naturze. Rosa słuchała, odnajdując w jej słowach ukojenie. W babce właśnie to było cudowne, że ona praktycznie nigdy nie milkła. Jak nie opowiadała czegoś, to żartowała, a gdy nie było już o czym rozmawiać ani tematu do żartów, to śpiewała.
Następnego dnia o świcie obie wstały i zasiadły do śniadania. Po jedzeniu dziewczyna pomogła babce ze zwierzętami i wyruszyła w drogę powrotną do domu. Lekki wózek podskakiwał na wybojach, a ona, radosna i odświeżona, szła przez las, nie czując już znużenia, jakie towarzyszyło jej poprzedniego dnia.