Przyjaciel Nocy - Wilcze Dziecko - ebook
Wilcze dziecko to zbiór opowiadań o Przyjacielu Nocy – bohaterze związanym beznadziejną przysięgą, która stała się ceną jego życia i wolności. Wyrusza on do obcego, odległego świata, daleko za Wielką Rzekę i Smocze Góry. Przemierza wszystkie Pięć Królestw, by wypełnić swoją przysięgę i odnaleźć tę, która zaginęła przed laty. W swej wieloletniej tułaczce poznaje ten obcy świat i zamieszkujących go ludzi, nieustannie wikłając się w sprawy, które nie są jego własne. Jak to się stało, że stał się owianą tajemnicą legendą, o której śpiewają pieśniarze? Czy naprawdę walczył ze strasznym smokiem? Kim tak naprawdę jest Przyjaciel Nocy?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788368860054 |
| Rozmiar pliku: | 1,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Błękitnowłosa wiedźma siedziała, wpatrzona w kołyszącego się na otwartym kwiecie lilii kolorowego pazia królowej. Poruszał powoli swoimi barwnymi skrzydłami, połyskującymi tęczowo w promieniach słońca. Kobieta odchyliła się po chwili i oparła głowę o ścianę, zamykając swoje wielkie, niesamowite oczy. Wyglądała, jakby drzemała, jej twarz pozostawała spokojna i nieruchoma, jednak był to jedynie pozór. Po tak wielu stuleciach istnienia umiała panować nad emocjami.
Jednak mimo pozornego spokoju czuła, jak jej dusza wrze. Całym wysiłkiem woli musiała utrzymywać buzującą w niej energię na wodzy. Była pewna, że ma wszystko pod kontrolą, tak wiele lat była pewna, że ma wszystko pod kontrolą. Tyle starań, tyle knucia, tyle energii, a teraz nie rozumiała, co się dzieje, w którym momencie popełniła błąd.
Otworzyła oczy i rozejrzała się po ogrodzie. Słońce zniknęło, a na niebie kłębiły się czarne chmury, skrzące się od kotłujących się w nich błyskawic. Dalia westchnęła, jednak nie udało jej się utrzymać emocji na wodzy tak dobrze, jak jej się zdawało. Machnęła ręką, a kłębiące się chmury zniknęły, odsłaniając czyste, wczesnowiosenne niebo.
Ruszyła przez ogród, mijając równe grządki. Przeszła przez sad i weszła do najodleglejszej i najstarszej części ogrodu. Rosnące tam krzewy i kwiaty były niezwykłe. Takie rośliny rosły tylko tutaj — było to jedyne takie miejsce na całym świecie. Od unoszących się w powietrzu woni mogło się wręcz zakręcić w głowie. Dalia jednak wymijała rośliny obojętnie, nie obdarzając ich nawet spojrzeniem. W samym środku rosło drzewo. Drzewo to również było niezwykłe — nie był to dąb, sosna, lipa czy świerk, ani żadne inne znane ludzkości drzewo. Było niewysokie, o szarym, połyskującym, poprzecinanym srebrnymi żyłkami pniu. Drzewo to emanowało łagodnym, srebrnym niczym poświata księżycowa blaskiem. Jednak nie całe — jedynie poszczególne gałęzie oraz przecinające pień żyłki. Korona drzewa była gęsta i splątana, część gałęzi była martwa i uschnięta, część pyszniła się pięknymi, zielonymi liśćmi, a niektóre były delikatne i połyskiwały srebrzyście. Na drzewie rosły wielobarwne kwiaty. Dalia podeszła do niego i ze skupieniem zaczęła śledzić plątaninę gałęzi.
— W którym miejscu? Gdzie, gdzie popełniłam błąd? — mruczała do siebie ze zmarszczonymi brwiami.
Drzewo, pod którym stała, było bardzo stare. Zasiała je jedna z jej odległych przodkiń, a Dalia pielęgnowała je i śledziła uważnie jego wzrost przez całe swoje życie. Spojrzała na młody, maleńki, jarzący się niesamowitym blaskiem pęd. Powiodła wzdłuż niego wzrokiem, od czubka aż po nasadę. Wyrastał on z zielonej, niezwykle różniącej się od niego gałązki, która zaś wyrastała z innej zielonej gałązki, a ta również wyrastała z zielonej gałązki. Potem były jeszcze dwie i kolejna srebrna, gruba gałąź. Dalia westchnęła i położyła rękę na gładkiej korze drzewa. Jej oczy rozjarzyły się niesamowitym blaskiem, a drzewo odpowiedziało, również rozjarzając się jaśniej. Oderwała rękę od kory, a otaczające ją światło zamieniło się w wir. W miejscu, w którym stała, pojawiła się biała mewa, zamachała skrzydłami i wzleciała w powietrze. Leciała nad królestwem, nie zważając na roztaczające się pod nią niesamowite widoki. Po pewnym czasie obniżyła lot i opadła na parapet otwartego okna. Zajrzała do wnętrza izby. Siedząca w izbie kobieta odwróciła głowę w jej stronę, przestraszona. Widząc zaglądającego do wnętrza ptaka, uśmiechnęła się lekko. Kobieta trzymała w rękach niemowlę — maleńką dziewczynkę o czarnych jak heban włoskach i błękitnych jak niebo oczkach. Dziewczynka, owinięta w miękki kocyk, ssała spokojnie pierś matki. Dalia w swej ptasiej postaci kłapnęła dziobem i zadreptała w miejscu. Wtulone w ramiona matki niemowlę było zwyczajnym dzieckiem, normalnym, niewyróżniającym się niczym dzieckiem. Odbiła się od drewnianego parapetu i zamachała skrzydłami. Wzlatując, krążyła przez jakiś czas nad ogromnym zwierciadłem jeziora, by opaść na jednym z jego brzegów już w ludzkiej postaci. Zacisnęła pięści i zaklęła. Podeszła do tafli jeziora i spojrzała w nią.
W jej głowie kłębiły się myśli. Narodzona dziewczynka nie była tą, której się spodziewała. Więc gdzie jest ona? Gdzie jest ta, której narodziny obwieściło drzewo? Dalia nie wiedziała. Znowu zaklęła z frustracji i poderwała się z ziemi, w locie przekształcając się w śnieżną mewę. Leciała nad królestwem, wywrzaskując w ptasim języku przekleństwa. Widziała mieszkańców królestwa wznoszących za nią głowy, jednak nie dbała o to. Wylądowała we własnym ogrodzie i znowu wpatrzyła się w drzewo.
— To jestem ja — powiodła palcem w powietrzu, wzdłuż emanującej srebrzystym światłem gałęzi. — To jest mój syn — wskazała palcem kolejną gałąź, zwykłą, zieloną, pokrytą kolorowymi kwiatami i zieloniutkimi listkami. — a to są jego dzieci — powiodła wzrokiem wzdłuż gałęzi, z których tylko jedna usiana była kwiatami.
Z tej usianej kwiatami wyrastała kolejna, tylko jedna, również usiana kwiatami. Nieporządna plątanina gałęzi rozwidlała się, lecz tylko jedna z nich, ta ostatnia, puszczała maleńki, srebrzysty pęd. I wtedy, śledząc tak pokolenie za pokoleniem, Dalia zamarła i zaklęła. W pewnym momencie jedna z gałęzi miała dwie identyczne odnogi. Jedna z nich wiodła, kończąc się zwykłą gałązką bez ani jednego kwiatu, a druga z nich kończyła się tą jarzącą światłem. Odnogi były identyczne, o identycznym układzie, różniły się tylko rozmieszczeniem kwiatów i kolorem gałęzi.
— O ty zasrańcu! — warknęła ze złością, a wokół niej przez chwilę rozbłysła oślepiająca sfera.
Poświęciła tyle lat, uważnie śledząc pokolenie za pokoleniem, a jednak ktoś jej umknął.
— Który to? — przysunęła się do drzewa, marszcząc w skupieniu brwi. — Ostatni z linii krawców. Hmm... cóżże się z nim stało? — zaczęła przechadzać się przed drzewem w tę i z powrotem z rękami założonymi za plecami.
Dalia jako Pani Nocy żyła długo, bardzo długo. Z perspektywy zwykłego śmiertelnika niemal wiecznie, a jednak, niestety, nie wiecznie. Jej czas dobiegał końca, a po niej miała nastąpić następna Pani Nocy. I teraz, mimo skrupulatnych przygotowań, Dalia ją zgubiła, bo któryś z jej potomków nie utrzymał ptaszka w spodniach. Teraz wróciła wspomnieniami do tego momentu, gdy jako Pani Nocy powiła syna. Pamiętała straszliwy ból, gdy musiała go oddać, jednak będąc odpowiedzialna za losy królestwa, nie mogła pozwolić sobie na to, by pełnić rolę matki. Pewnie i byłoby to możliwe, gdyby nie śmierć jej ukochanego. Znalazła więc dla swojego synka najlepszą rodzinę, jaką była w stanie. Była to rodzina krawców. Młoda krawcowa nie mogła zajść w ciążę, a gdy wreszcie jej się to udało, niestety urodziła martwego chłopczyka. Dalia podmieniła dzieci, a krawcowa i krawiec powierzyli jej synowi całe swoje serca. Po śmierci rodziców to on stał się krawcem i był niezmiernie uzdolniony. Był tak zdolny, że szył stroje dla najmożniejszych.
W końcu poznał piękną dziewczynę i poślubił ją, a wraz z nią miał dwóch synów. Jeden z nich niestety zginął we wczesnym dzieciństwie, drugi zaś dożył dorosłości i również krawcem został. Był on równie uzdolniony jak jego ojciec i, jak i on, szył dla najzamożniejszych. On zaś miał jednego syna, który także po nim przejął schedę. Ten także zdolny był bardzo, jednak jebaką był niemożliwym. Miał wprawdzie żonę — piękną i młodą — ale zdradzał ją na prawo i lewo.
W końcu jego piękna żona urodziła mu syna. Niestety jednak, gdy dziecko miało raptem niespełna rok, krawiec ów zginął tragicznie na polowaniu. Kobieta wzięła więc swojego maleńkiego syneczka i wróciła do rodziców, którzy pochodzili z ubogiej wioski rybackiej. Oddała synka rodzicom, a sama drugi raz wyszła za mąż, i jej losy już Dalii nie obchodziły.
Za to ów synek, syn krawca, został rybakiem, tak jak jego dziadek, i również założył rodzinę. Miał on syna rybaka, który poślubił śliczną córkę młynarza, i właśnie urodziła im się piękna, błękitnooka córeczka, będąca zupełnie zwyczajnym dzieckiem.
I teraz Dalia pojęła, iż w tym samym czasie, gdy urodził się chłopczyk, który został rybakiem, urodził się drugi chłopczyk. Nie wiadomo gdzie i nie wiadomo komu. I chłopczyk ten również miał syna, a synowi jego również urodziła się córka — nie wiadomo gdzie. Oznaczało to, że nie mogący utrzymać przyrodzenia w spodniach krawiec prawdopodobnie zapłodnił jedną ze swoich kochanek, a ta urodziła całkiem zwyczajne dziecko, które w ogóle nie zwróciło jej uwagi. Jednak dziecko tego zwyczajnego dziecka już nie było zwyczajne — i od niego właśnie miały zależeć losy znanego jej świata.
— Jak mam cię znaleźć, córko? — mruczała do siebie pod nosem Dalia.
W końcu znieruchomiała, uniosła w górę ręce, a jej oczy wypełniło światło. Otoczyła ją świetlista sfera, która zaczęła rozszerzać się i rozszerzać. Po chwili obejmowała już cały ogród, całe miasto, kolejne miasta, w końcu objęła całe Królestwo. Po twarzy Dalii spływał pot, a ręce jej drżały. Szukała istnienia za istnieniem. W końcu falujące światło znikło, a ona padła wyczerpana. Jej srebrne oczy zgasły, a twarz była biała jak kreda i cała zlana potem.
— Jak to jest możliwe? — jęknęła cicho.
Była teraz słaba, bardzo słaba, tak słaba, że nie była w stanie się podnieść. Klęczała na wilgotnej ziemi, cała drżąca, a w sercu miała pustkę. Dziecka nie było nigdzie — nigdzie nie było, nigdzie nie czuła tego okrucha mocy, który gdzieś tam wykiełkował.
W końcu, po długim, długim czasie, gdy była już w stanie, podniosła się z ziemi i, powłócząc nogami, ruszyła do domu. Od dnia, gdy odwiedziła rybacką wioskę i znalazła w niej zwyczajną dziewczynkę, minęło wiele dni, które Dalia spędziła na poszukiwaniach. Odnalazła każde dziecko w królestwie — każde żywe i każde martwe — jednak wśród nich nie było tego, którego szukała.
Zaczęła więc przeszukiwać księgi i archiwa, poznawać historię swoich potomków. Odnalazła księgi, w których zapisana była tragiczna śmierć niewiernego krawca. Było to dawno, bardzo dawno temu, więc nie żył już nikt, kto mógł być świadkiem tamtych wydarzeń. Poza nią, oczywiście — ale ona nim nie była.
Odnalazła księgi polowań z tamtych lat, na dworze, z którego owo polowanie wyruszyło. Polowanie to poprowadził słynny łowczy i to on, rzekomo zupełnie niechcący, pomylił krawca z jeleniem. Zaintrygowana Dalia szukała dalej.
Okazało się, że łowczy ów miał żonę — wyjątkowo piękną — i Dalia już zaczęła podejrzewać, co się stało. Żona owa raptem kilka miesięcy wcześniej urodziła synka, a gdy łowczy wrócił z tamtego tragicznego polowania, odebrała sobie życie. Łowczy ponoć załamał się, jednak zajął się ich maleńkim synkiem.
„No jasne, zabił żonę i jej kochanka, ale na niewinne dziecko nie był w stanie podnieść ręki” — pomyślała, pochylona nad zakurzonymi księgami, Dalia.
Znalazła jeszcze gdzieś zapiski o śmierci łowczego, a syn jego również łowczym został. I wtedy serce Dalii zamarło. Nad królestwem rozpętała się burza, gromy waliły jeden za drugim, a błyskawice uderzały w domy i drzewa, wywołując pożary. Deszcz, grad i śnieg waliły z nieba niepowstrzymanie.
Pani Nocy zamknęła skórzaną księgę. Niewielką bibliotekę kronikarza wypełniło oślepiające światło — przerażające, jak setki zgromadzonych w jedną błyskawic. Rodzina kronikarza wraz z nim samym padła, chowając głowy. Światło znikło, a wokół zapanowała cisza. Kronikarz poderwał się z ziemi i pobiegł do okna. Dostrzegł świetlisty wir, idący przez pola, pozostawiający wokół siebie jedynie zniszczenie i spaloną ziemię. Wir zmierzał w kierunku zamku.ROZDZIAŁ II
Pogrążona w rozpaczy Królowa leżała w ciemnej komnacie. Leżała z głową wśród miękkich poduszek i nie była już w stanie nawet płakać. Ból złamanego serca pozostawił w niej tylko czerń i pustkę. Słyszała za oknami zbliżającą się burzę, błyskawice co rusz rozświetlały pogrążony w mroku pokój. Cienie raz po raz podrywały się i wzlatywały ku górze, kryjąc się w kątach. Królowa zamknęła oczy, zapadając się w mroku i cierpieniu.
Nagle blisko, bardzo blisko, uderzył grom. Poderwała się przerażona, rozglądając się wokół. Jej komnatę wypełniało rozmigotane światło błyskawic. Gromy waliły jeden za drugim, szybciej niż uderzenia jej serca. Poczuła, jak kręci jej się w głowie i robi się niedobrze.
Nagle ściana, w której znajdowało się okno, rozjarzyła się i wybuchła, zasypując ją odłamkami gruzów. Królowa wrzasnęła, zasłaniając się rękoma. Drzwi otwarły się, a przez nie wpadli zaniepokojeni strażnicy, gotowi, by chronić swą władczynię. Rozbłysło — a wszyscy oni padli martwi.
Na szkarłatnym, zasypanym gruzem dywanie stanęła Dalia. Błękitne włosy wiedźmy rozwiewał wiatr, a jej wychudzoną, gwieździstą postać otaczał wir światła. Na ten widok przerażona Królowa wydała z siebie stłumiony okrzyk przerażenia. Od wielu, wielu dni leżała pogrążona w otchłani rozpaczy, nie czując już niemal nic prócz bólu. Jej twarz zastygła w masce cierpienia.
— Marny twój los, Królowo! — wśród huku gromów i wycia wiatru rozległ się przerażający głos wiedźmy. Był jakby zwielokrotniony, rozbrzmiewający echem w mózgu Królowej.
— Nie ma dla ciebie ratunku po tym, co uczyniłaś
— Bardzo dobrze! Zabij mnie! Zabij mnie, wiedźmo! — krzyknęła z rozpaczą Królowa.
Gromy ucichły, a świetlisty wir wokół Dalii przygasł. Czarownica postąpiła krok w stronę klęczącej wśród zasypanej pyłem i gruzem pościeli, na obficie zdobionym ogromnym łożu. Zaślepiająca Dalię furia przygasła. Zmierzyła wzrokiem Królową i przekrzywiła lekko głowę.
— Widzę, że już cierpisz. To dobrze — powiedziała, a jej głos zabrzmiał dużo bardziej ludzko. — Pozwolę ci zatem cierpieć.
Odwróciła się na pięcie i wyszła w nocne niebo.
Królowa klęczała, wciąż sparaliżowana strachem, ciężko dysząc. Świetlista postać zniknęła w nocy, pozostawiając za sobą gruz i ruiny oraz martwe ciała. W oddali, na korytarzach, rozległy się kroki biegnących strażników.
Dalia szła przez nocne niebo, nie zważając na brak podparcia dla stóp. Burza miotająca Królestwem ucichła, pozostawiając po sobie niewyobrażalne zniszczenia: zerwane dachy, spalone budynki i grad wielkości kurzych jaj zalegający na rozbitym bruku. Czarownica zstąpiła na swój idealnie wypielęgnowany trawnik, nietknięty nawet przez miotające Królestwem żywioły. Zamyśliła się, wpatrzona w pulsujące światłem drzewo.
Pochylona nad kronikami w jednej chwili pojęła, iż tym zaginionym synem niewiernego krawca był łowczy. Jego syn również stał się łowczym — tym samym, który pewnego dnia poznał piękną Królewnę i pokochał ją bez pamięci, a ona pokochała jego. Spotykali się sekretnie, aż w końcu młodzi, zbuntowani, uciekli. Dalia słyszała pogłoski, że długo ta para ukrywała się przed rozwścieczoną Królową. Pamiętała, iż zrozpaczona Królowa odwiedziła ją wtedy, prosząc o pomoc. Dalia jednak, obojętna na prośbę Królowej, odprawiła ją.
— Nie będę trwonić mocy na twoją dumę i twoją upartą córkę, Królowo — powiedziała jej wtedy, a wściekła Królowa odeszła.
Dalia wiedziała też, że w końcu ludzie Królowej odnaleźli Królewnę i jej ukochanego. Dziewczyna została zamknięta w wieży, a jej ukochany został okrutnie stracony. Teraz, na myśl o tym, Dalia ze złością zacięła usta.
— Mój potomek, moje dziecko, moja krew. Oj, dowiesz się, czym jest zemsta Dalii, Królowo. Dowiesz się — wycedziła przez zaciśnięte zęby.
Raptem kilka miesięcy później Królowa zawitała znów w progach Dalii, prosząc ją o pomoc w odnalezieniu córki. Dalia pamiętała, że zaśmiała się wtedy w twarz Królowej i zamknęła jej drzwi przed nosem. Śmieszyło ją to, że tej dumnej, upartej kobiecie jej własna córka zagrała na nosie. Nie spodziewała się wtedy, że oszalała z rozpaczy po utracie ukochanego Elena rzuci się w odmęty Wielkiej Rzeki. Ogarnięta szałem Królowa skazała na straszliwą śmierć wszystkich strażników swej córki. Dalia pokręciła tylko głową nad głupotą władczyni.
Teraz jednak pojęła, że nie tylko Królowa była małostkowa i głupia, ale ona sama również. Gdyby nie była tak obojętna, gdyby wysłuchała Królowej, gdyby zrobiła cokolwiek, wtedy może zarówno Elena, jak i jej potomek, i dziecko Eleny żyliby teraz, a los całej krainy nie wisiałby na włosku. Westchnęła ciężko i zamknęła oczy, chowając twarz w dłoniach.
— Nie tylko ciebie, Królowo, zaślepiła duma, nie tylko ciebie — wyszeptała Dalia.
Królestwo pomału podnosiło się po straszliwej burzy, jaką zesłała na nie rozwścieczona Pani Nocy. Dni mijały, a Dalia nie opuszczała swych ogrodów. Codziennie siadywała przy pulsującym światłem drzewie i wpatrywała się w nie z uporem. Wiedziała, że śmierć tej konkretnej dziewczynki oznaczała, że wraz ze śmiercią samej Dalii zakończy się znany świat i zapanuje chaos, którego nie będzie komu ujarzmić. Ze zmarszczonymi brwiami wpatrywała się codziennie w pulsującą światłem maleńką gałązkę.
— Co to oznacza? Dlaczego nie usychasz?
W końcu, po wielu dniach, opuściła swój ogród i ruszyła nad brzeg Wielkiej Rzeki. Przechadzała się nad nią w tę i z powrotem, wpatrzona w spieniony, ryczący nurt, w ostre skały i śmiertelne wiry. Znalazła miejsce, w którym zginęła Elena. Wyczuła echo jej rozpaczy, jakie unosiło się nad tym miejscem. Wpatrywała się w wodę pustym wzrokiem. Nagle poderwała głowę — gdzieś w oddali, bardzo, bardzo daleko, po drugiej stronie ogromnej rzeki, pośród ogłuszającego ryku śmiertelnego nurtu, usłyszała odległe wycie. Daleko, na drugim brzegu, dostrzegła kształt — stworzenie przysiadło na brzegu, uniosło podłużny łeb i zawyło. Dalia uśmiechnęła się, a jej serce zabiło szybciej.
— A więc jednak, dlatego nie usychasz.
W oka mgnieniu jej drobna postać przekształciła się w trzepoczącą skrzydłami mewę; wzleciała nad gęstym lasem i poleciała w stronę zamku.ROZDZIAŁ III
Królowa przechadzała się w tę i z powrotem po swym pięknym jak z bajki, wypielęgnowanym ogrodzie; jej czarna suknia skrzyła się klejnotami w promieniach słońca. Srebrne loki spływały na ramiona i plecy spod wysadzanego brylantami diademu. Budowniczy pracowicie odbudowywali roztrzaskaną przez Panią Nocy ścianę wieży. Pogrążona w myślach Królowa nie słyszała jednak ich pokrzykiwań ani stukotu młotków.
— Jak się czujesz, Królowo? — za jej plecami rozległ się drwiący głos.
Królowa drgnęła, przestraszona, i obróciła się gwałtownie. Za nią stała drobna, wychudzona, błękitnowłosa Dalia, a na jej bladej twarzy błąkał się pogardliwy uśmiech.
— Masz czelność tu wracać? — warknęła ze wściekłością Królowa, zaciskając pięści.
Na jej policzki wypełzł rumieniec, a usta zacisnęły się we wściekłą linię. Dalia w odpowiedzi wzruszyła tylko ramionami i założyła ręce na piersi.
— Czy zdajesz sobie sprawę z tego, jakich zniszczeń dokonałaś? Ilu ludzi zabiłaś? Całe wsie spłonęły tamtej nocy, setki istnień pochłonął grad i wichury, jakie tutaj sprowadziłaś — wycedziła przez zaciśnięte zęby wściekła Królowa.
Dalia znowu wzruszyła ramionami. Uniosła rękę i zaczęła obojętnie przyglądać się swoim paznokciom.
— Twoim zadaniem jest chronić życie! — wrzasnęła rozwścieczona jej obojętnością Królowa, a z usianego kwiatami krzewu odleciały, krzycząc, spłoszone ptaki.
Dalia prychnęła tylko. Królowa stała zszokowana, ciężko oddychając.
— Wynoś się stąd. Zejdź z moich oczu — powiedziała w końcu cicho.
Dalia opuściła rękę, której paznokcie ze skupieniem oglądała, i spojrzała z pogardą na rozwścieczoną Królową.
— Córka Eleny żyje — powiedziała sucho.
Oczy Królowej rozszerzyły się, a jej twarz pobladła. Stały tak w milczeniu pośród stukotu młotków unoszącym się na wietrze. W końcu Królowa powoli pokręciła głową.
— Oszalałaś. Zejdź z moich oczu, wiedźmo — powiedziała i odwróciła się na pięcie.
— Ostrzegam cię, Królowo! Czas twojego Królestwa się kończy, ostrzegam cię. Dziecko przeżyło i trzeba je odnaleźć.
Królowa odeszła, nie oglądając się za siebie, głucha na słowa Dalii. Pani Nocy stała przez jakiś czas, patrząc za oddalającą się Królową. Wydęła ze złością wargi, odbiła się od ziemi, przybierając mewią postać, i przeleciała nad królewskimi ogrodami. Wylądowała kilka stóp przed twarzą Królowej, przybierając znów postać kobiety.
— Skup się, Królowo! Twoja marna córka powiła wyjątkowe dziecko, a ono żyje.
— Ostrzegam cię, jeszcze jedno słowo, a żadna moc cię nie uchroni przed moim gniewem — wycedziła przez zaciśnięte zęby Królowa.
— Nie daj się zaślepić swoim małostkowym, ludzkim uczuciom — warknęła ze złością Dalia.
Królowa obrzuciła ją nienawistnym spojrzeniem, odwróciła się i odeszła szybko w stronę zamku. Dalia stała jeszcze przez chwilę, czując gotującą się w niej złość.
— No dobrze, może nie rozegrałam tego najlepiej — mruknęła pod nosem, przeistaczając się znów w mewę i odlatując.
Od tamtej pory każdy dzień Dalia spędzała nad brzegiem Wielkiej Rzeki, wpatrzona w majaczącą na drugim brzegu istotę. Słuchała jego tęsknego, rozpaczliwego wycia, rozmyślając, jak odnaleźć tę, od której zależą losy świata. Minęło lato, jesień i nastała zima, a Dalia wciąż przemierzała w tę i z powrotem brzeg nad Wielką Rzeką.
W dzień rocznicy śmierci Eleny Dalia siedziała w swym ogrodzie, wpatrując się uparcie w pulsującą światłem gałązkę. Zapadła noc, a na niebie pojawiła się pełna, srebrzysta tarcza księżyca. W oddali rozległo się wycie wilków; Dalia odwróciła głowę i spojrzała w bok. Tuż koło niej, ledwie na wyciągnięcie ręki, stała srebrna wilczyca i wpatrywała się w nią swoimi mądrymi, szarymi oczami. Dalia zastygła, wpatrzona w zwierzę. Wilczyca usiadła, wzniosła ku górze łeb i zawyła. Pani Nocy przechyliła lekko głowę i wsłuchiwała się w rozpaczliwie smutne wilcze wycie.
— Co cię trapi moja droga? — spytała łagodnie.
Delikatnym, czułym gestem położyła dłoń na wilczym łbie. Poczuła, jak przenika ją zimny prąd. Rozbłysk w jej głowie podsunął jej obrazy z przeszłości. Oczy Dalii rozszerzyły się. Wilczyca znowu zawyła, poderwała się na cztery łapy i pomknęła w osrebrzony księżycowym światłem las.
Pierwsze promienie słońca zbudziły Królową, padając wprost na jej twarz. Zamrugała i ziewnęła, po czym z okrzykiem przerażenia poderwała się z poduszek. Koło jej łóżka stała, wpatrzona w nią swoimi lśniącymi, srebrnymi oczami, Dalia.
— Wyspana?
— Wynoś się, ty szalona wiedźmo! — krzyknęła rozwścieczona Królowa, czując, jak serce z przerażenia szamocze się jej w piersiach.
Dalia uśmiechnęła się tylko i przysiadła na brzegu jej łóżka, pogładziła dłonią satynową kołdrę i spojrzała w oczy Królowej.
— Uspokój się, moje dziecko. Masz rację, ostatnie nasze spotkanie nie przebiegło w najlepszej atmosferze — zastanowiła się chwilę i dodała: — No dobrze, może dwa nasze ostatnie spotkania. — To mówiąc, zerknęła na świeżo odbudowaną ścianę komnaty. — Jednak musisz mnie zrozumieć. Losy naszej krainy są niepewne, znany nam świat jest w niebezpieczeństwie.
Oczy Królowej zwęziły się, a skrzydełka jej nozdrzy zadrgały.
— Czy ty mnie straszysz? Grozisz mi? Czy wiek odebrał ci rozum, szalona wiedźmo? — wysyczała wściekle Królowa.
Przez twarz Dalii przebiegł skurcz, jednak natychmiast zniknął, zastąpiony łagodnym uśmiechem.
— Rozumiem twoje emocje, o, Pani, jednak zrozum, że przybyłam, aby cię ostrzec. Dziewczynka, z którą uciekła Elena, żyje. Jestem skłonna wybaczyć ci twój podły uczynek, który powodował moim ostatnim zachowaniem, ale musisz mnie wysłuchać.
Rozwścieczona Królowa wyskoczyła z pościeli.
— Mój uczynek?! Mój uczynek?! Ty chyba żartujesz?! — wydyszała, z trudem łapiąc oddech ze złości.
Jej ręce drżały jak w gorączce, a oczy rzucały niepokojące błyski.
— Posłuchaj, Królowo, nie denerwuj się. Nie bądź uparta jak dziecko — powiedziała Dalia, strofującym tonem. — Trzeba odnaleźć dziewczynkę. Koniecznie trzeba ją odnaleźć.
— Straż! Straż! — krzyknęła rozwścieczona Królowa.
Dalia ze smutkiem pokręciła głową.
— Niewinnie skazany musi być wygnany. Wilcze dziecko musi ruszyć w noc i odnaleźć naszą nadzieję.
W uszach Królowej zabrzmiał głos Pani Nocy, jednak ta przeistoczyła się w światło i rozpłynęła w promieniach słońca. Drzwi komnaty z hukiem otwarły się, a przez nie wpadli, gotowi, by bronić swą Panią, strażnicy. Królowa odprawiła ich machnięciem ręki i, roztrzęsiona, usiadła na skraju łóżka.
— Kompletnie oszalała ta stara wiedźma — powiedziała, czując, jak jej oddech uspokaja się, a serce nabiera wolniejszego rytmu.
Spojrzała za okno i dostrzegła, jak czyste, błękitne niebo przecina błyskawica. Stanęła ciężko i przetarła dłońmi twarz.
— Niewinnie, też mi dobre. Banda partaczy, która zabiła mi dziecko — powiedziała do siebie.
W oddali huknął grom.
Dalia w tę i z powrotem przemierzała swój ogród. Na skraju trawnika siedziała srebrna wilczyca, wodząc za nią swym smutnym wzrokiem. Dalia obrzuciła ją rozdrażnionym spojrzeniem.
— Wiem, wiem. Spartaczyłam, dałam się ponieść, przepraszam. Zrobię, co w mojej mocy, żeby go wydostać, daję słowo.
Wilczyca westchnęła ciężko i położyła się, kładąc swój trójkątny łeb na wyciągniętych do przodu łapach, wciąż jednak nie spuszczając wzroku z Pani Nocy.
— Tyle sygnałów! Byłam taka ślepa! Taka głupia! — pokręciła z frustracją głową. — Ale skąd mogłam wiedzieć, że jego los jest z nią związany. Na noc! Przecież ona wtedy jeszcze nie istniała, nawet się jeszcze nie urodziła.
Myśli Pani Nocy pomknęły ku tamtemu młodemu, przerażonemu żołnierzowi, który stanął u jej progu, trzymając owiniętego w płaszcz małego chłopczyka: bladego i koszmarnie wychudzonego, którego przyniósł z lasu, odebranego wilkom. Dalia widziała wtedy, jak nici losu tego chłopca i tego żołnierza plączą się ze sobą. Macki losu wyciągnęły się wtedy i ku niej, a bezkreśnie czarne, niczym bezgwiezdne nocne niebo, oczy chłopca przyciągnęły ją. Zbadała wtedy dziecko i oddała żołnierzowi, każąc zabrać je ze sobą, a ten odszedł z nim w stronę koszarów. Dalia widziała oddalające się, wlepione w siebie, czarne oczy dziecka. Te oczy przyciągały ją, pochłaniały.
Westchnęła teraz ciężko i potrząsnęła ze złością głową.
— Nie patrz tak na mnie, nie mogłam wiedzieć, nie mogłam — powiedziała, grożąc palcem wilkowi.
Srebrna wilczyca ziewnęła i zamknęła oczy. Dalia znów zaczęła przemierzać w tę i z powrotem ogród, zanurzając się w swych ponurych myślach. Gdyby wtedy zatrzymała chłopca, zostawiła go przy sobie, gdyby postąpiła inaczej — ale nie postąpiła. To był kolejny błąd, który popełniła, za który przyjdzie jej słono zapłacić. Tak naprawdę teraz wszystko było w rękach Królowej — ona miała wilcze dziecko, a tylko on był w stanie odnaleźć córkę Eleny. Wiedziała to; sygnały, które widziała tak dawno temu, te, które zignorowała tak lekkomyślnie, teraz, z perspektywy czasu, były tak oczywiste. Dalia westchnęła i podeszła do drzemiącego na skraju trawnika wilka, kucnęła przy nim i zaczęła delikatnie gładzić go po jego srebrzystym futrze.
— Damy sobie radę, moja droga, nie przejmuj się, ocalimy go. Tylko musi to potrwać, musimy być cierpliwe, ty i ja.
Wilczyca westchnęła ciężko, nie podnosząc nawet swego wielkiego łba.
— Wiem, wiem, zawaliłam, wiem, wiem, ale naprawię to, zaufaj mi.
Wilczyca znowu westchnęła.
— Muszę po prostu coś wymyślić, podejść ją jakoś. Bo widzisz, moja droga, nasza Królowa jest bardzo dumna i uparta. Ma stalową wolę, nieugiętą. Byłaby godna podziwu, gdyby teraz mnie tak nie wkurzała.
Lata mijały, a Królowa unikała Dalii jak ognia. Dalia, tak długo, jak czuła gdzieś daleko pod ziemią bicie serca wilczego dziecka, czekała cierpliwie. Serca uwięzione wraz z nim gasły jedno po drugim. Gdy tam, głęboko pod ziemią, pozostał już tylko on, Dalia znów odwiedziła ogrody Królowej. Odbywał się właśnie bal. Piękna muzyka rozbrzmiewała wśród skąpanych w blasku lampionów królewskich ogrodów. Pięknie odziane pary spacerowały pośród woni wieczornych kwiatów. Królowa, z kieliszkiem czerwonego wina w dłoni, odziana była w suknię równie czerwoną jak kołyszący się w jej dłoni płyn, a na jej twarzy błąkał się lekki uśmiech. Wsłuchiwała się w szum pluskającej wody oraz rzewne dźwięki muzyki. Wieczór był piękny i ciepły.
— Witaj, Królowo.
Czerwony płyn w kieliszku zakołysał się gwałtownie. Królowa odwróciła się, a jej srebrne włosy rozsypały się kaskadą loków na ramionach, jej twarz stężała.
— Witaj, Dalio.
Pani Nocy schyliła głowę w lekkim ukłonie.
— Przyszłam, by z tobą porozmawiać.
— Dzisiaj nie noc na rozmowy — pokręciła głową Królowa.
— Ci, których skazałaś na lata umierania, odeszli. Pozostał już tylko on.
— Nie będę z tobą rozmawiać — powiedziała Królowa i odwróciła twarz w drugą stronę.
Kąciki warg Pani Nocy drgnęły lekko.
— On nie umrze, Królowo, nie może, choć uwierz mi, bardzo tego pragnie.
Odwrócona twarz Królowej pozostawała nieruchoma, jednak jej oczy błysnęły lekko.
— Tylko on jest w stanie odnaleźć córkę Eleny. Od tego zależy los znanego ci świata, Królowo.
Królowa powoli odwróciła głowę w stronę Pani Nocy i przeciągle na nią spojrzała.
— To niczego nie dowodzi, byli tacy, co wytrzymywali i dłużej niż on.
— Ile lat musi minąć, żebyś mi uwierzyła? Ile lat umierania według ciebie jest adekwatną karą?
— Moja córka, gdy jej ciało roztrzaskało się o skały Wielkiej Rzeki, miała dwadzieścia pięć lat — powiedziała zimnym głosem Królowa i uniosła kieliszek do ust.
Twarz Pani Nocy pobladła lekko.
— Twoje okrucieństwo nie zna granic, o, Pani — powiedziała cicho.
Wargi Królowej wygięły się w okrutnym uśmiechu. Skinęła lekko głową i napiła się wina.
— Jeśli po dwudziestu pięciu latach on będzie wciąż żył, uznam, że mówisz prawdę, szalona wiedźmo.
— Nie wiem, która z nas jest bardziej szalona — odpowiedziała cicho Dalia. — Nie wiem, ile zostało mi czasu, Królowo.
Przez ułamek sekundy na twarzy Królowej zagościł niepokój, jednak po chwili znów była zimna i okrutna jak wykuta z lodu maska.
— Jesteś Panią Nocy, nie możesz odejść.
Dalia uśmiechnęła się smutno.
— Jestem tylko naczyniem, tamą zatrzymującą chaos. Narzędziem, które jest w stanie go powstrzymać, ale każde narzędzie, moja Królowo, kiedyś się zużywa. Los z nas zadrwił, moja pani, splatając nasze istnienia, twoje i moje. Dziewczynka, która przeżyła, jest zarówno twoim, jak i moim potomkiem, i to ona nastanie po moim odejściu. Jeśli nie zdąży, światem zawładnie chaos.
Twarz Królowej pozostała nieruchoma. Stała, wpatrzona w przechadzające się pary, i sączyła powoli wino, zupełnie jakby obok niej nie było nikogo.
— Igrasz z nocą, moja pani — powiedziała cicho Dalia i rozpłynęła się w mroku.
Po jej zniknięciu twarz Królowej wykrzywiła maska cierpienia, odstawiła drżącą ręką kieliszek, rozchlapując wokół kropelki wina. Ciężko usiadła na murku okalającym cembrowinę fontanny i opuściła głowę, skrywając ją w dłoniach. Zachowanie spokoju kosztowało ją bardzo, bardzo wiele.
— Wszystko w porządku, moja pani? — nad jej ramieniem rozległ się uprzejmy męski głos.
Koło niej stał, z wyrazem zatroskania na twarzy, kapitan straży. Uniosła powoli twarz i spojrzała na niego.
— Wszystko w porządku — powiedziała cicho.
Powoli uniosła kieliszek do ust, wychylając całą jego zawartość, czując gorycz w ustach.
Uniosła twarz i spojrzała ponownie na kapitana straży. Pomyślała o konającym w podziemiach człowieku, po czym podniosła się i powolnym krokiem ruszyła w stronę otwartych drzwi prowadzących do wypełnionej muzyką sali balowej.ROZDZIAŁ I
Przyjaciel Nocy szedł wzdłuż brzegu Wielkiej Rzeki już trzeci dzień. Ogromne, czarne ptaszysko leciało nad nim przez cały czas i niemal nieustannie wrzeszczało. Co jakiś czas zawracało i odlatywało w drogę powrotną, by po chwili z przeraźliwym wrzaskiem wrócić do Przyjaciela Nocy. Zrezygnowany i zmęczony Przyjaciel Nocy miał już serdecznie dosyć. Wiedział, że od Dalii dzieli go wielka rzeka, ale mimo wszystko wciąż starał się mieć na uwadze, że ten przeklęty ptak jest prawdopodobnie darem od niej. Niechcianym i nieproszonym, ale jest, i prawdopodobnie lepiej nie rzucać w niego kamieniami.
— Zamknij się, ty cholerny ptaku! — krzyknął w górę bezradnie.
Jednak ptak w odpowiedzi tylko wrzasnął i zamachał skrzydłami.
Czwartego dnia brzeg Wielkiej Rzeki zmienił się — z najeżonego skałami urwiska w gładką, pionową ścianę, a zalesione górskie zbocza, które Przyjaciel Nocy miał po prawej ręce, zamieniły się w skaliste, strome stoki. Brzeg, którym szedł, zaczął coraz bardziej przypominać wąską ścieżkę. Kruk cały czas wrzeszczał.
Gdy Przyjaciel Nocy zatrzymał się po zapadnięciu nocy, by odpocząć, kruk usiadł koło niego i przyglądał mu się z pogardą.
— Co chcesz? — zapytał go Przyjaciel Nocy ze złością.
Westchnął i oparł głowę na kolanach.
— Przecież nie będę rozmawiał z ptakiem.
Westchnął bezradnie. Po chwili, zmęczony niekończącym się marszem i kołysany monotonnym hukiem rzeki, usnął.
Piątego dnia skaliste zbocze zmieniło się w pionowe skały. Gdy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, wąska ścieżka po prostu skończyła się. Najpierw była, a potem już jej nie było. Zamiast wąskiej półki pomiędzy pionowym urwiskiem a równie pionową ścianą była teraz po prostu ściana — albo po prostu urwisko, zależy, jak na to patrzeć.
Przyjaciel Nocy zaklął paskudnie. Kruk zawrzeszczał w odpowiedzi. Mężczyzna obejrzał się za siebie i zaklął ponownie.
— Czyli cały czas szedłem źle? — powiedział do siebie i trzeci raz zaklął.
Rozważał przez chwilę, czy nie zostać na noc, jednak pamiętał, że jakieś dwie godziny temu mijał niewielką wnękę skalną, która zdawała się być dobrym miejscem na odpoczynek. Odwrócił się więc na pięcie i ruszył po swoich własnych śladach. Szedł przez chwilę i nagle stanął jak wryty. Kruk leciał nad nim w absolutnym milczeniu. Uniósł głowę i spojrzał na niego uważnie. Czarny ptak zapikował i usiadł mu miękko na ramieniu.
— Czyli cały czas próbowałeś mi powiedzieć, że jestem durny i źle idę.
Kruk wydał z siebie ciche gruchanie, przypominające odgłosy wydawane przez gołębia, i kłapnął dziobem. Przyjaciel Nocy pokręcił nad sobą z politowaniem głową i ruszył w dalszą drogę.
Pięć dni później stanął nad brzegiem Wielkiej Rzeki dokładnie w tym samym miejscu, w którym z niej wyszedł. Westchnął i spojrzał tęsknie na drugi brzeg. Pokręcił głową i zaczął rozglądać się w poszukiwaniu kruka, który chwilę temu gdzieś odleciał z jego ramienia. Po chwili dostrzegł jego czarną sylwetkę na tle ciemniejącego nieba.
Gdy dziesięć dni temu przebył Wielką Rzekę i przemoczony stanął na tym właśnie brzegu, pomyślał, że jeśli ma gdziekolwiek iść, to najlepiej z biegiem nurtu. Jak się okazało — pomysł ten nie był dobry. Postanowił, że w takim razie postara się teraz zawierzyć krukowi, bo w końcu co mu szkodzi: i tak jest wygnany, nie ma dokąd wracać i nie wie, dokąd iść. Z jego perspektywy naprawdę nie miał zbyt wiele do stracenia.
Ptak zawisł w powietrzu na wysokości jego twarzy, krzyknął krótko i wzleciał w stronę gór.
— Czyli jednak nie ominie mnie wspinaczka — westchnął Przyjaciel Nocy i ruszył w ślad za krukiem.
Przyjaciel Nocy szedł przez gęsty las. Nogi co chwilę zapadały mu się w ściółce, był zmarznięty, przemoczony i wykończony. Miał dość ciągłego marszu pod górę, marzył o jakimś spokojnym miejscu, gdzie mógłby odpocząć. Po wyjściu na kolejne przewyższenie jego oczom ukazał się cudowny widok. Zobaczył wielką polanę umiejscowioną w niewielkim zagłębieniu terenu, na kształt płytkiej misy. Na środku polany, wśród malowniczych skał, było niewielkie, błękitne jeziorko.
Przyjaciel Nocy szybkim krokiem wszedł na polanę. Lecący nad nim kruk zakrzyczał ostrzegawczo. Wśród malowniczych, błękitnych, unoszących się nad wodą mgieł Przyjaciel Nocy dostrzegł jakąś sylwetkę. Wyglądała jak naga kobieta, stojąca do pasa w wodzie. Jej długie, mokre, czarne włosy oblepiały nagie plecy. Kobieta obejrzała się i wyglądała, jakby straciła równowagę — runęła z krzykiem do wody. Przyjaciel Nocy zatrzymał się i przyglądał jej przez chwilę. Kobieta miotała się w wodzie i wyglądała, jakby coś ją próbowało wciągnąć pod powierzchnię. Krzyczała rozpaczliwie w jakimś niezrozumiałym dla niego języku. Powierzchnia jeziora, wzburzona jej szamotaniem, zmarszczyła się i zafalowała. Kropelki wody migotały w popołudniowym, jesiennym słońcu, rozsiewając wokół maleńkie tęcze. Przyjaciel Nocy pokręcił głową i zaczął okrążać jezioro ogromnym łukiem. Kobieta miotała się i wrzeszczała. Jednak po chwili jej krzyki stawały się coraz słabsze, a ona coraz rzadziej wynurzała się spod wody. Po jakimś czasie przestała się wynurzać zupełnie, a powierzchnia jeziora znów stała się spokojna i tylko niewielkie fale przypominały o rozgrywającej się tam chwilę temu scenie.
Jezioro było większe, niż początkowo mu się wydawało. Okrążał je, uważnie przyglądając się powierzchni wody. Ta nagle wybrzuszyła się i spod powierzchni wyłoniła się głowa. Mokre, czarne pasma włosów przyklejone do twarzy, którą teraz wyraźnie mógł dostrzec. Zauważył od razu, że nie jest to ludzka twarz. Miała szerokie, rybie usta i była dziwnie wypukła. Zamiast nosa miała dwie niewielkie szparki jak u gada. Jej wielkie, zielone, rybie oczy wpatrywały się w niego uważnie. Jej biała skóra miała wyraźnie zielonkawy odcień.
Podpłynęła bliżej i przyglądała mu się ciekawie. Po chwili rozchyliła swoje rybie wargi, ukazując rzędy ostrych, spiczastych zębów drapieżnika. Zasyczała jak wąż i podpłynęła trochę bliżej. Gdy była już całkiem blisko brzegu, woda wokół niej wzburzyła się. Spod jej powierzchni wyłoniła się chuda, biała ręka o długich, zakończonych szponami palcach z niewielkimi błonami pomiędzy. Przyjaciel Nocy na wszelki wypadek przyspieszył kroku. Istota wyciągnęła w stronę brzegu swoją dziwnie wijącą się rękę. Teraz wyraźnie widział delikatnie rysującą się łuskę, którą była pokryta. Poruszała się bardziej jak macka niż jak ludzka ręka.
Stworzenie zasyczało ponownie i uchwyciło się brzegu, po czym zaczęło wynurzać się z wody. Przyjaciel Nocy odskoczył zszokowany od brzegu, jednak potwór poruszał się z niewiarygodną prędkością. Wdrapał się na brzeg i skoczył na Przyjaciela Nocy. Ten błyskawicznie sięgnął po przypięty do pasa sztylet i machnął na odlew ostrzem, odskakując. Bestia wrzasnęła dziko. Nie wyrządził jej poważnej krzywdy, ale rozciął jej łuskowate, szponiaste łapsko. Stwór uniósł zranioną kończynę do pyska i zawył boleśnie. Krew pociekła wąskim strumykiem na trawę i wtedy ziemia, na którą spadły czerwone krople, wybrzuszyła się, a z niej wysunęło się czarne, długie odnóże.
W tym samym czasie zraniony potwór rzucił się na Przyjaciela Nocy, pchany chęcią odwetu. W przeraźliwym wyciu słychać było ból i nienawiść. Przyjaciel Nocy nie odskoczył, tym razem skrócił dystans, machnął na odlew trzymanym w prawej ręce sztyletem bestii przez pysk, jednocześnie drugie ostrze, trzymane w lewej ręce, wbił jej głęboko na wysokości mostka i szarpnął w dół, wypruwając jej wnętrzności, które z obrzydliwym pluskiem zaczęły wysuwać się z rozciętego brzucha. Ranny potwór skulił się i padł na trawę. Leniwie sondujące wystające z ziemi czarne odnóże nagle znieruchomiało.
Ziemia wokół konającego potwora zagotowała się, a Przyjaciel Nocy poczuł ruch pod swoimi stopami i, nie sprawdzając co to, puścił się pędem w stronę linii drzew. Kątem oka widział, jak za nim unoszą się fontanny ziemi. Biegł tak szybko, że ledwo dotykał stopami trawy. Odbił się od ziemi i chwycił, zwieszającą się dwa metry nad ziemią, gałąź najbliższego drzewa, do którego udało mu się dobiec. Podciągnął się, gałąź trzasnęła i złamała się, jednak on już trzymał kolejną, wspinając się jak szalony wyżej i wyżej, pozostawiając za sobą połamane gałęzie i sypiący się deszcz pożółkłych liści i modląc się w duchu, żeby goniące go stwory nie potrafiły wspinać się po drzewach.
W końcu dotarł tak wysoko, że wyżej już się nie dało. Zatrzymał się i spojrzał w dół. Zobaczył wystające z ziemi u stóp drzewa długie, niemal na sążeń, zakończone szczypcami odnóża wystające z ziemi jak jakieś upiorne kwiaty. Poruszały się wściekle w poszukiwaniu ofiary. Ziemia wokół nich falowała i burzyła się. Przyjaciel Nocy spojrzał w dal, na drogę, którą tu przybiegł. Od brzegu jeziora widział długi ślad czarnej ziemi biegnący aż pod drzewo, na które się wspiął. Z góry dostrzegł, że cała polana była zryta takimi śladami i poczuł, jak po plecach przebiega mu zimny dreszcz.
Dostrzegł opadający z nieba czarny kształt. Na gałęzi koło niego usiadł kruk i zakłapał dziobem.
— No co?
Kruk znowu zakłapał i spojrzał na niego z pogardą.
— Wiem, że mnie ostrzegałeś. Nie posłuchałem.
Kruk kłapnął na niego i zmrużył oczy.
— No dobrze, przepraszam, powinienem cię posłuchać.
Kruk rozejrzał się wokół, wyglądając na usatysfakcjonowanego. Przyjaciel Nocy, biorąc z niego przykład, również zaczął się rozglądać. Wyglądało na to, że podziemne stworzenie nie potrafi wspinać się na drzewa. Jednak on nie miał zamiaru spędzić reszty życia, siedząc na tym drzewie. Nie miał też zamiaru postawić nogi na ziemi w tym miejscu.
Zastanowił się, uważnie przyglądając się sąsiednim drzewom. Stały daleko — na tyle daleko, że ich korony nie stykały się z koroną drzewa, na które się wspiął. Będzie musiał skakać. Westchnął ciężko, a kruk wydał z siebie odgłos przypominający gardłowy śmiech. Przyjaciel Nocy obrzucił go niechętnym spojrzeniem.
— Ty nie bądź taki mądry — burknął w jego stronę i przyjął wygodniejszą pozycję na gałęzi, na której siedział. — No co? Muszę trochę odpocząć, zanim będę musiał nauczyć się latać.
Minęły niemal dwa tygodnie ciągłego marszu od momentu, gdy Przyjaciel Nocy spotkał na swej drodze wodnego i podziemnego stwora. Od tamtej pory, nie lekceważąc nabytego doświadczenia, skrzętnie unikał wchodzenia na polany, nie chcąc ryzykować.
Pewnego chłodnego, ale słonecznego dnia, gdy właśnie sporym łukiem omijał jedną z malowniczych łąk, dostrzegł pasącego się na niej koziołka. Zwierzę beztrosko skubało wysoką trawę, chyląc swój rogaty łeb. Nagle, znienacka, padł na niego cień. Koziołek czujnie uniósł głowę i poderwał się do ucieczki. Ogromny, szarozielony kształt runął na niego z nieba.
Był to smok — najprawdziwszy smok, o najeżonym kolcami, rogatym, gadzim łbie, długiej szyi, ogonie i czterech potężnych łapach uzbrojonych w długie, niemal na stopę szpony. Chwycił w nie koziołka w trakcie skoku i rozłożył swoje ogromne, błoniaste skrzydła. Machnął nimi i uleciał w górę, unosząc swą wierzgającą rozpaczliwie ofiarę.
Przyjaciel Nocy stał osłupiały z niedowierzaniem, patrząc za malejącą na tle nieba smoczą sylwetką. Kruk siedzący na jego ramieniu poruszył się nerwowo. Przyjaciel Nocy odruchowo pogłaskał go łagodnie palcem po łebku.
— Co to jest za koszmarne miejsce? — powiedział, próbując otrząsnąć się z szoku. — Wygląda na to, że nie tylko ja muszę uważać, chodząc po ziemi, ale i ty, mój drogi przyjacielu, musisz uważać, latając po niebie.
Kruk zaskrzeczał żałośnie.
— Ja nie mam wyjścia, muszę tu być, ale ty może możesz wrócić — powiedział po chwili Przyjaciel Nocy, zerkając na swojego ptasiego towarzysza kątem oka.
Ten w odpowiedzi poruszył skrzydłami i usadowił się wygodniej na jego ramieniu. Przyjaciel Nocy uśmiechnął się półgębkiem i ruszył w dalszą drogę.