Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Przypadkowa śmierć - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
11 marca 2026
38,90
3890 pkt
punktów Virtualo

Przypadkowa śmierć - ebook

Mroczny, wciągający thriller o polowaniu na zabójcę, który wybiera swoje ofiary tak, jakby rzucał kością. I o policjantce, która nie spocznie, dopóki nie wyrwie z mroku prawdy.

Tętniące życiem miasto rozświetla koncert młodej gwiazdy. Nikt nie spodziewa się tragedii — aż do chwili, gdy jedna z uczestniczek pada martwa na oczach tłumu. Wszystko wskazuje na przypadek. Ale dla porucznik Eve Dallas przypadki nie istnieją.

Kolejne ofiary giną w równie nieprzewidywalny sposób. Idealnie zdrowi, nie mający żadnych wrogów, znalezieni w różnych miejscach. Każda śmierć trwa sekundy, a sprawca porusza się po mieście jak cień. Eve Dallas wie, że ma do czynienia z kimś inteligentnym, szybkim i pozbawionym skrupułów.

W świecie, w którym technologia potrafi ukryć każdy ślad, liczy się tylko instynkt. A ten mówi jej jedno: to dopiero początek.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68725-90-2
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

_Ave­nue A, wymia­tają, że ha._

Zado­wo­lona, że udało jej się uło­żyć zgrabny rym, Jenna Har­bo­ugh poru­szyła bio­drami w rytm muzyki.

_Cho­ciaż to ramole, czują rock and rolle._

Przy­pusz­czal­nie nie spodo­ba­łyby im się te „ramole”, ale dla niej, szes­na­sto­latki, każdy, kto zbliża się do, powiedzmy, czter­dziestki, zali­cza się do ramoli.

No weź, prze­cież nawet jej rodzice lubią ich muzykę. I dla­tego zgo­dzili się puścić Jennę razem z dwiema jej naj­lep­szymi kum­pe­lami do klubu, żeby mogła ich obej­rzeć i posłu­chać na żywo.

Zespół Ave­nue A wystę­po­wał dwa razy w roku w klu­bie Rock It, a raz w roku, latem, klub rezy­gno­wał ze sprze­daży alko­holu i otwie­rał swoje podwoje dla nie­peł­no­let­nich.

Każdy, kto znał dzieje grupy, dosko­nale wie­dział, jak to w zamierz­chłej prze­szło­ści, w latach czter­dzie­stych obec­nego wieku, Ave­nue A swój pierw­szy kon­cert z praw­dzi­wego zda­rze­nia dali w klu­bie Rock It. Dla­tego przez sen­ty­ment dwa razy w roku wystę­po­wali tu, cho­ciaż obec­nie byli bez­a­pe­la­cyj­nie na topie, grali na wypeł­nio­nych po brzegi sta­dio­nach i w wiel­kich salach kon­certowych.

Od trzech lat toczyła boje ze swo­imi rodzi­cami, by pozwo­lili jej pójść na ten jedyny kon­cert w roku, ale za każ­dym razem sły­szała kate­go­ryczne „nie”. Aż w końcu się ugięli!

Podry­gi­wała teraz z Leelee i Chel­sea, a Ave­nue A wymia­tali, wyko­nu­jąc _Baby, Do Me Right_.

Tań­czyła wystar­cza­jąco bli­sko estrady, by widzieć kro­pelki potu na twa­rzy Jake’a Kin­cade’a. Jak na ramola, wciąż było z niego nie­złe cia­cho. Może dla­tego, że był naprawdę wysoki. Z zachwy­tem przy­glą­dała się, jak reflek­tory wydo­by­wają nie­bie­skie refleksy w jego czar­nych wło­sach – nie­bie­skie, jak jego oczy.

Po-wa-la-ją-co!

Ale jesz­cze więk­szy zachwyt czuła, patrząc, jak jego palce trą­cają struny gitary.

Kie­dyś ona też będzie tak grać. Wie­działa, że robi postępy. Ćwi­czyła codzien­nie i wie­działa, zwy­czaj­nie wie­działa, że pew­nego dnia sta­nie na estra­dzie i porwie publikę swoją muzyką.

W torebce miała swoją płytę demo. Jej naj­więk­szym marze­niem było, by dzi­siej­szego wie­czoru dotrzeć jakoś do Jake’a Kin­cade’a i wci­snąć mu do ręki płytę. Nagrała na niej tylko jedną pio­senkę, naj­lep­szą, jaką napi­sała, i bar­dzo się posta­rała, żeby utwór wypadł bez zarzutu.

Może nagra­niu daleko było do tych reje­stro­wa­nych w pro­fe­sjo­nal­nych stu­diach nagra­nio­wych, ale od cze­goś trzeba zacząć. A muzycy z Ave­nue A byli mniej wię­cej w jej wieku, kiedy zaczęli odno­sić pierw­sze suk­cesy, więc kto wie.

Płyn­nie prze­szli do kolej­nego kawałka, _It’s Always Now_, od lat zna­nego hitu, i wię­cej osób poja­wiło się na par­kie­cie.

Jen­nie to nie prze­szka­dzało – im tłocz­niej, tym lepiej. Bez reszty dała się porwać muzyce.

Potem, na krótką chwilę, na uła­mek sekundy, ich spoj­rze­nia się spo­tkały. Jej i Jake’a. Uśmiech­nął się do niej; serce w niej zamarło.

Zapisz­czała i zła­pała Leelee za rękę.

– Spoj­rzał na mnie!

– Co?

Jenna ści­snęła dłoń Chel­sea i dostała takich wypie­ków na twa­rzy, że zalała ją fala gorąca.

– Jake Kin­cade spoj­rzał pro­sto na mnie. I uśmiech­nął się do mnie!

– Nie ściem­niasz? – spy­tała Chel­sea.

– No weź! A niech mnie!

Kiwała się i ska­kała ze swo­imi przy­ja­ciół­kami w rytm ostat­niej pio­senki z zestawu.

– Spoj­rzał na mnie bóg rocka. Ale odlot.

– Musisz zna­leźć spo­sób, żeby wrę­czyć mu swoją płytę demo, Jenna. Jest cza­der­ska – zapew­niła ją Leelee.

– Może mogła­bym… Auć! – Poczuła ukłu­cie w ramię, zaci­snęła na nim dłoń. Jakiś chło­pak rzu­cił jej bez­czelny uśmiech i poka­zał środ­kowy palec, nim znik­nął w tłu­mie.

– Dupek dziab­nął mnie! – Ale natych­miast o nim zapo­mniała i tań­czyła dalej.

– Muszę przy­siąść na chwilkę – oznaj­miła, kiedy utwór się skoń­czył. – Uło­żyć plan i… Oj, zakrę­ciło mi się w gło­wie. To spoj­rze­nie!

– Umie­ram z pra­gnie­nia! – Chel­sea powa­chlo­wała się dło­nią. – Muszę się napić cze­goś słod­kiego z bąbel­kami.

– Jenna, usiądź przy naszym sto­liku, a my pój­dziemy po napoje. Pomo­żemy ci uło­żyć plan dzia­ła­nia.

– Zgoda.

Krę­ciło jej się w gło­wie, kiedy sta­rała się dopchać do ich sto­lika. Miała wra­że­nie, że unosi się na wodzie.

Potem znów zalała ją fala gorąca, jakby miała z milion stopni. Zaczęła głę­boko oddy­chać, prze­su­nęła dło­nią po ramie­niu, które pie­kło, jakby ją użą­dlił wielki, wście­kły szer­szeń.

Muszę się napić cze­goś słod­kiego z bąbel­kami, pomy­ślała. Nagle poczuła skurcz żołądka i bojąc się, że dosta­nie tor­sji na oczach wszyst­kich, rzu­ciła się w stronę toa­let.

* * *

Jake otarł pot z czoła, a per­ku­si­sta, Mac, uśmiech­nął się do niego sze­roko.

– Wciąż mamy to coś, sze­fie.

– I ni­gdy tego nie stra­cimy. Wyjdę zaczerp­nąć nieco świe­żego powie­trza. Jezu, można by pomy­śleć, że Harve i Glo powinni zadbać o odpo­wied­nią tem­pe­ra­turę na sali.

– I zre­zy­gno­wać z takiej atmos­fery? – Renn, kla­wi­szo­wiec, rzu­cił Jake’owi puszkę wody.

– Dzięki. Wra­cam za pięć minut.

Spoj­rzał na tłum, jak to zro­bił pod­czas ostat­niej pio­senki z zestawu, ale nie dostrzegł Nad­ine. Przy­pusz­czal­nie poszła do klopa. Powo­dze­nia, pomy­ślał.

Zasłu­żyła sobie na wiel­kie uzna­nie, przy­cho­dząc tu z nim dziś wie­czo­rem. Rock It nie był jakąś norą czy spe­luną, ale trzy­mał się swo­ich korzeni lokalu z Alpha­bet City.

Jego wła­ści­ciele nie zamie­rzali zmie­niać wystroju na bar­dziej odlo­towy, bar­dziej luk­su­sowy. Byli dumni, że klub zacho­wał dawny cha­rak­ter.

A mimo to jego pani, znana repor­terka, autorka best­sel­le­rów, zdo­byw­czyni Osca­rów, towa­rzy­szyła mu w ten wie­czór, tak ważny dla niego i jego przy­ja­ciół, człon­ków zespołu.

Przy­po­mi­nało im to o ich korze­niach, ich począt­kach. I jak daleko zaszli.

Prze­ci­snął się na tyły klubu – gdzie nic się nie zmie­niło od lat – i wyszedł przez drzwi, pro­wa­dzące na zaułek.

Wziął głę­boki oddech.

Nawet w ten upalny wie­czór latem 2061 roku tem­pe­ra­tura na zewnątrz była niż­sza niż w środku.

Otwo­rzył puszkę, napił się.

Prze­peł­niony recy­kler cuch­nął, ale Jake nie zwra­cał na to uwagi. To też przy­po­mi­nało mu o jego korze­niach: jak będąc chu­dym, tycz­ko­wa­tym chło­pa­kiem z Ave­nue A pra­co­wał po szkole i w week­endy, by zaro­bić na pierw­szą gitarę.

Cho­ciaż powi­nien się uczyć, kom­po­no­wał, bo muzyka była dla niego naj­waż­niej­sza. Od zawsze.

Pamię­tał, jak gry­wał w przej­ściach pod­ziem­nych z Leonem, a potem z Leonem i Ren­nem, zanim jesz­cze skoń­czyli pięt­na­ście lat. I słu­chał, jak Mac grał na per­ku­sji w szkol­nym zespole. Potem dołą­czył do nich Art i tak powstał zespół Ave­nue A.

Naj­pierw ćwi­czyli w piw­nicy bloku, potem w garażu wujka Maca.

W końcu nakło­nili Harve’a, by pozwo­lił im zagrać, jeden raz; byli w wieku, kiedy nie sprze­da­wano im piwa.

Po tym jed­nym kon­cer­cie grali tam­tego lata przez dwa tygo­dnie, a potem pod­pi­sali kon­trakt z firmą nagra­niową.

Czyli tak, to dla niego ważny wie­czór. Ave­nue A miał na swoim kon­cie kilka począt­ków – tamta pierw­sza gitara, wujek Maca, który pozwo­lił swo­jemu bra­tan­kowi walić w starą per­ku­sję. Słowa jego mamy, żeby nie rezy­gno­wał z marzeń.

Wiele począt­ków, a klub Rock It zaj­mo­wał wśród nich pocze­sne miej­sce.

Odwró­cił się, żeby wejść do środka, kiedy drzwi otwo­rzyły się na całą sze­ro­kość. Zata­cza­jąc się, wypa­dła przez nie jakaś dziew­czyna.

Miała bujne, brą­zowe włosy z różo­wymi koniusz­kami, kusą czarną spód­niczkę i czer­wony top, odsła­nia­jący brzuch. Jej twarz była biała jak kreda, duże, brą­zowe oczy błysz­czały.

– Nie­do­brze mi – wymam­ro­tała.

– Spo­koj­nie, mała. Zda­rza się.

Glo pil­nie baczyła, żeby w wie­czory dla nie­peł­no­let­nich w klu­bie nie było alko­holu ani dra­gów, ale dzie­ciaki mają swoje spo­soby.

On z całą pew­no­ścią miał kie­dyś swoje spo­soby.

– Wejdźmy do środka. Znaj­dziemy spo­kojny kąt, gdzie będziesz mogła usiąść, łyk­nąć coś na otrzeź­wie­nie.

– Nie jestem pijana. Nie mogę oddy­chać. Dziab­nął mnie! Dziab­nął mnie!

Jake ujął jej ramię. Dziew­czyna wywró­ciła oczy biał­kami do góry.

Zła­pał ją, nim upa­dła na zie­mię.

– Kto cię dziab­nął? – Zauwa­żył, że twarz dziew­czyny z bia­łej stała się sina. Wstrzą­snął nią dreszcz.

Na jej lewym ramie­niu zoba­czył ślad po igle, czer­wony i obrzęk­nięty.

– Jasna cho­lera. Jezu. – Wyszarp­nął tele­fon, przy­kuc­nął, nie wypusz­cza­jąc dziew­czyny. Wybrał numer alar­mowy. – Potrzebna karetka pogo­to­wia. – Podał adres, spraw­dza­jąc puls dziew­czyny.

Słaby, pomy­ślał, sta­ra­jąc się nie ulec panice. I słabł.

– Trzy­maj się. Spójrz na mnie. Spójrz na mnie.

Na chwilę utkwiła w nim wzrok. Ale nic nie widziała.

– No dalej, wytrzy­maj. Już wezwa­łem pomoc. Jak ci na imię, mała? Powiedz mi, jak ci na imię.

Ale poczuł, że ją traci, kiedy sie­dział w alejce i bujał ją w ramio­nach.

Poło­żył dziew­czynę na ziemi i zaczął wyko­ny­wać sztuczne oddy­cha­nie.

Drzwi znów się otwo­rzyły.

– Ej, mistrzu gitary, Mac powie­dział… O mój Boże, co się stało?

Nad­ine padła na kolana obok niego.

– Nie oddy­cha. Nie mogę jej przy­wró­cić odde­chu. Spójrz na jej ramię. Powie­działa, że ktoś ją dziab­nął.

– Wezwę karetkę.

– Już tu jedzie. Na ramie­niu ma ślad po igle. Tylko ćpuny, któ­rych nie stać na strzy­kawkę ciśnie­niową, uży­wają igieł. A ona nie jest ćpunką. No dalej, mała, wróć do nas. Wróć do nas, do jasnej cho­lery.

Nad­ine spoj­rzała na ślad po igle, na otwarte brą­zowe oczy leżą­cej na ziemi dziew­czyny.

Nie powie­działa, żeby dał sobie spo­kój ze sztucz­nym oddy­cha­niem, tylko poło­żyła mu dłoń na ramie­niu i wyjęła tele­fon.

– Jake, dzwo­nię do Dal­las.

Spoj­rzał na Nad­ine, nie kry­jąc roz­pa­czy.

– To jesz­cze dziecko.

Tak, pomy­ślała Nad­ine. I zawsze nim pozo­sta­nie.1

Kiedy porucz­nik Eve Dal­las nie pro­wa­dziła śledz­twa, sobot­nie wie­czory czę­sto spę­dzała na oglą­da­niu fil­mów, jedze­niu popcornu i upra­wia­niu seksu. A ponie­waż w domu nie było Sum­mer­seta, albo­wiem major­do­mus Roarke’a, za któ­rym Eve nie prze­pa­dała, wybrał się na spo­tka­nie z przy­ja­ciółmi – kim­kol­wiek byli – sto­sun­kowo wcze­śnie prze­szli do seksu w pokoju gier.

Zało­żyła się z Roar­kiem, że pokona go w grze na flip­pe­rze. I prze­grała.

Czy aby na pewno?

Tak czy owak po kola­cji na patio, spa­ce­rze po ogro­dzie i sek­sie w pokoju gier usa­do­wili się na kana­pie, a kot zwi­nął się w kłę­bek i poło­żył u ich stóp.

Cie­szyła się Roar­kiem, popcor­nem, winem, fil­mem akcji, obfi­tu­ją­cym w strze­lanki, co sta­no­wiło ide­alne uko­ro­no­wa­nie soboty spę­dzo­nej w domo­wych pie­le­szach.

Zna­jąc Roarke’a, spo­dzie­wała się kolej­nej dawki seksu na bis.

I w pełni jej to odpo­wia­dało.

Roarke od czasu do czasu napo­my­kał o stwo­rze­niu pokoju mul­ti­me­dial­nego w rezy­den­cji wznie­sio­nej w sercu Nowego Jorku. Ale wolała obecne roz­wią­za­nie, czyli wspólne prze­sia­dy­wa­nie na kana­pie w czę­ści wypo­czyn­ko­wej ich sypialni, słu­cha­nie kota mru­czą­cego przez sen i roz­ko­szo­wa­nie się cie­płem, biją­cym od jej przy­stoj­nego męża.

W życiu Eve zaszła rady­kalna zmiana wraz z poja­wie­niem się w nim Roarke’a. Ni­gdy w pełni się do tego nie przy­zwy­czai. Przed Roar­kiem jej życie było pracą, a praca była jej życiem.

Dzięki Roarke’owi zyskała dwie rze­czy, któ­rych ni­gdy nie ocze­ki­wała, któ­rych ni­gdy nie szu­kała.

Miłość i dom.

I te dwie rze­czy, uświa­do­miła sobie, spra­wiły, że stała się lep­szą poli­cjantką, lep­szą sze­fową swo­jego wydziału, lep­szą orę­dow­niczką praw ofiar zbrod­nia­rzy.

Wyko­rzy­stu­jąc chwi­lowe zwol­nie­nie akcji filmu, Roarke się­gnął po butelkę, napeł­nił ich kie­liszki.

– Nie szczę­dzimy sobie wina, kolego.

– Spę­dzamy miły wie­czór w domo­wym zaci­szu. – W jego gło­sie można było dosły­szeć lekki irlandzki akcent. – I zamie­rzam w pełni z niego sko­rzy­stać.

– Serio? Prze­rwać odtwa­rza­nie – pole­ciła i usia­dła mu na kola­nach.

Tak absur­dal­nie przy­stojny, pomy­ślała, z twa­rzą wyrzeź­bioną przez szczo­dro­bli­wych bogów, kształt­nymi ustami, nie­sa­mo­wi­cie nie­bie­skimi oczami.

– Nie ma co zwle­kać.

Zaczęła cało­wać te kształtne usta, wsu­nęła wolną rękę w grzywę czar­nych wło­sów oka­la­ją­cych jego twarz.

Roarke posta­wił swój kie­li­szek obok butelki, wyjął kie­li­szek z dłoni Eve, by ją od niego uwol­nić.

Roze­śmiała się, kiedy prze­wró­cił ją na wznak, a Gala­had z wyraź­nym nie­za­do­wo­le­niem zesko­czył z kanapy.

Roarke wsu­nął ręce pod jej roz­cią­gniętą koszulkę, którą wkła­dała w soboty spę­dzane w domu. Poca­łu­nek stał się bar­dziej żar­liwy, poczuła, jak pożą­da­nie, wypite wino, urok chwili spla­tają się, wywo­łu­jąc dresz­czyk pod­nie­ce­nia.

Nie prze­sta­jąc go cało­wać, zaczęła mu roz­pi­nać dżinsy.

Zadzwo­nił jej tele­fon.

– No nie!

Roarke prze­krę­cił głowę, żeby rzu­cić okiem na wyświe­tlacz tele­fonu.

– To Nad­ine.

– No i dobrze. Oddzwo­nię do niej. Wcze­śniej albo póź­niej.

Ale kiedy wró­ciła do ścią­ga­nia mu dżin­sów, pokrę­cił głową.

– Eve, jak czę­sto Nad­ine dzwoni do cie­bie w soboty pra­wie o jede­na­stej wie­czo­rem?

– Ni­gdy. Kurde. Jasna cho­lera.

Zsu­nął się z niej, Eve usia­dła, zła­pała tele­fon.

– O ile ktoś nie jest mar­twy, to…

– Jest. Wybacz mi, Dal­las, ale jesteś nam potrzebna. Jeste­śmy w klu­bie Rock It, kon­kret­nie w alejce na jego tyłach. Przy Ave­nue A, ale nie znam dokład­nego adresu.

– Kto nie żyje?

– Nie wiem. Nasto­let­nia dziew­czyna. Jake… grają spe­cjalny kon­cert dla nie­let­nich. Wyszłam na tyły klubu i zoba­czy­łam go, jak robi sztuczne oddy­cha­nie. Wezwał karetkę pogo­to­wia. Ratow­nicy medyczni wła­śnie się poja­wili. Powie­dział, że ktoś ją dziab­nął.

Wyraz brą­zo­wych oczu Eve zmie­nił się z lekko ziry­to­wa­nego w bez­na­miętny, poli­cyjny.

– Ktoś ją dźgnął?

– Nie, nie, ma na ramie­niu ślad od igły. A może rze­czy­wi­ście od bar­dzo wąskiego ostrza. Wła­ści­wie nie krwawi, tylko jest mocno zaczer­wie­nione.

– Powiedz ratow­ni­kom medycz­nym, żeby nie ruszali zwłok. Zadzwo­nię do dys­po­zy­tora, wkrótce powinni przy­je­chać mun­du­rowi, żeby zabez­pie­czyć miej­sce. Zaraz tam będę.

– Dzię­kuję… – zaczęła Nad­ine, ale Eve się roz­łą­czyła.

Zoba­czyła, że Roarke wyjął dla niej brą­zowe spodnie i mary­narkę, gra­na­tową koszulkę bez ręka­wów, botki, pasek.

Nie miała nic prze­ciwko temu, że wybrał dla niej ubra­nie. Zadzwo­niła do dys­po­zy­tora.

– Nie kaza­łaś poin­for­mo­wać Peabody.

Eve zdjęła luźne, cien­kie sobot­nie szorty, na dłu­gie nogi wcią­gnęła spodnie.

– Nie ma sensu psuć jej wie­czoru, póki się nie zorien­tuję, co i jak. – Wło­żyła koszulkę, prze­gar­nęła dło­nią wzbu­rzone, brą­zowe włosy. – Przy­kro mi, że zepsu­łam nam wie­czór.

– Moja pani porucz­nik, to twoja praca. Nad­ine spra­wiała wra­że­nie zde­ner­wo­wa­nej – dodał, zmie­nia­jąc koszulę. – To dla niej nie­ty­powe.

– Taak, też to zauwa­ży­łam.

Poru­szała się szybko, spraw­nie – wysoka, szczu­pła kobieta o ostrych rysach twa­rzy, z płyt­kim dołecz­kiem w bro­dzie – roz­my­śla­jąc o zabój­stwie.

Wsa­dziła do kie­szeni odznakę, wło­żyła szelki na broń.

– Nie jestem pijana, ale…

– Wypi­li­śmy sporo wina, musimy łyk­nąć śro­dek na wytrzeź­wie­nie. – Poszedł do łazienki, wró­cił z niej z dwiema tablet­kami dla nich. – Usiądę za kie­row­nicą. Znam ten klub.

Spoj­rzała na niego z ukosa, wkła­da­jąc mary­narkę.

– Należy do cie­bie?

– Klub nie, ale budy­nek ow­szem. Gotowa?

– Tak.

Zeszli po scho­dach, wsie­dli do samo­chodu, który zdal­nie wypro­wa­dził z garażu. Mój wóz, pomy­ślała. Na wypa­dek, gdyby obo­wiązki zatrzy­mały ją dłu­żej.

Sie­dząc na miej­scu dla pasa­żera, opu­ściła szybę w oknie. Świeże powie­trze, szcze­gól­nie uwzględ­niw­szy, z jaką pręd­ko­ścią jeź­dzi Roarke, sprawi, że tabletka szyb­ciej zacznie dzia­łać.

– To klub dla nasto­lat­ków?

Roarke poko­nał kręty pod­jazd, wyje­chał za bramę.

– Nie. Ale co roku latem Ave­nue A gra tam przez jeden wie­czór dla nasto­lat­ków. Dowie­dzia­łem się tego od Jake’a któ­re­goś dnia. Pro­wa­dził warsz­taty w szkole. Oka­zuje się, że kiedy jesz­cze byli nasto­lat­kami, zagrali tam swój pierw­szy kon­cert, za który im zapła­cono.

– Nie sprze­da­wali alko­holu – dodał, nim zapy­tała.

– Załóżmy, że nie. Kto pro­wa­dzi klub? Chcę ich spraw­dzić.

– Nie potra­fię tak z głowy podać ci ich nazwisk.

– Znajdę je.

Wyjęła tablet i przy­stą­piła do pracy.

– Harvard Gre­en­baum i Glo Reiser. Harvard to nie imię, tylko nazwa szkoły. I co to za imię Glo? Gre­en­baum, lat sześć­dzie­siąt trzy, rodo­wity Nowo­jor­czyk, żonaty z Reiser od dwu­dzie­stu lat, nie­no­to­wany. Nie mają dzieci. Jeśli cho­dzi o nią, wzmianka sprzed pięt­na­stu lat o dopusz­cze­niu się napa­ści, wyco­fano zarzut. Sześć­dzie­siąt jeden lat, rów­nież rodo­wita miesz­kanka Nowego Jorku.

– W ciągu dwu­dzie­stu kilku lat pro­wa­dze­nia klubu kilka razy naru­szyli prze­pisy bhp, wszyst­kie uchy­bie­nia usu­nęli. Ani razu nie pozwano ich za sprze­daż alko­holu nie­let­nim.

– Jake powie­dział, że skru­pu­lat­nie tego prze­strze­gają.

Załóżmy, że tak, pomy­ślała Eve.

Tabletka na wytrzeź­wie­nie i powie­trze wpa­da­jące przez opusz­czone szyby spra­wiły, że jej umysł stał się prze­ni­kliwy, a zara­zem poczuła nie­od­partą ochotę na kawę. Sko­rzy­stała z samo­cho­do­wego auto­ku­cha­rza, żeby zapro­gra­mo­wać po kubeczku dla nich obojga.

– Nie wiesz przy­pad­kiem, ile osób może mak­sy­mal­nie pomie­ścić klub?

– Nie mam poję­cia, ale sądząc po jego wiel­ko­ści, nie wydaje mi się, że wię­cej niż dwie­ście osób.

– Dwu­stu nasto­let­nich podej­rza­nych. Świet­nie.

– Trzeba też uwzględ­nić per­so­nel, może rodzi­ców.

– Potrzebni nam będą pra­cow­nicy opieki spo­łecz­nej do spraw dzieci – powie­działa, wyj­mu­jąc tele­fon. – Nawet jeśli okaże się, że mamy do czy­nie­nia ze śmier­cią w wyniku nie­szczę­śli­wego wypadku, potrzebny nam będzie ktoś od nich. A lepiej dwoje.

– Czyli jesz­cze komuś zepsu­jesz sobotni wie­czór.

Przed klu­bem dostrze­gła radio­wóz i ambu­lans. Sam klub łatwo roz­po­znać, pomy­ślała, bo nad wej­ściem była tęcza z jego nazwą, a wokół niej tań­czyły nutki.

– Zapar­kuj obok radio­wozu.

– Tam jest miej­sce dla samo­cho­dów dostaw­czych – powie­dział i zatrzy­mał wóz na nim. – Wyjmę twój zestaw pod­ręczny.

Pod­świe­tliła napis „Na służ­bie” i wysia­dła, żeby przyj­rzeć się klu­bowi.

Graf­fiti na sta­rym, cegla­nym murze przed­sta­wiało gitary, bębny, grupkę jakichś postaci. Tań­czą­cych postaci, doszła do wnio­sku Eve, i pode­szła do funk­cjo­na­riuszki pil­nu­ją­cej wej­ścia.

– Pani porucz­nik – powi­tała ją poli­cjantka.

– Mel­duj.

– Od naszego przy­jazdu nikt nie pró­bo­wał wyjść z klubu ani do niego wejść. Wła­ści­ciel, poin­for­mo­wany o sytu­acji, zadbał o spo­kój na tere­nie klubu. Zapro­sił chęt­nych na estradę, by mogli wystą­pić z zespo­łem. Coś w rodzaju „mikro­fonu dla wszyst­kich”. Pan Kin­cade i pani Furst są na­dal na tyłach klubu z ofiarą i ratow­ni­kami medycz­nymi. Jest z nimi mój part­ner.

– Bar­dzo dobrze. Poin­for­mo­wa­łam wydział opieki spo­łecz­nej do spraw dzieci, popro­si­łam, żeby przy­słali tu kogoś do pomocy pod­czas prze­słu­chi­wa­nia nie­let­nich. Pro­szę ich skie­ro­wać do tyl­nego wej­ścia.

– Tak jest, pani porucz­nik.

– Zostań na swoim poste­runku.

Eve wzięła od Roarke’a zestaw pod­ręczny i okrą­żyła budy­nek, kie­ru­jąc się do zaułka na jego tyłach.

Zoba­czyła ratow­ni­ków medycz­nych i mun­du­ro­wego. Kilka kro­ków dalej stali Nad­ine i Jake, trzy­ma­jąc się za ręce.

Kiedy Nad­ine ją dostrze­gła, Eve unio­sła dłoń, żeby ją powstrzy­mać.

– Co wia­domo? – zwró­ciła się Eve do ratow­ni­ków medycz­nych.

– Ofiara jest w wieku od pięt­na­stu do sie­dem­na­stu lat. Nie zaj­rze­li­śmy do jej torebki, by spraw­dzić doku­ment toż­sa­mo­ści, pani porucz­nik, żeby wszystko zacho­wać w takim sta­nie, jaki zasta­li­śmy.

– Doce­niam to.

– Nie mogę podać dokład­nej przy­czyny śmierci, ale wygląda to na przedaw­ko­wa­nie. Skóra ma nie­bie­skawy odcień, ślad od igły jest świeży. Sądząc po zaczer­wie­nie­niu wokół miej­sca ukłu­cia, podej­rze­wam, że igła była wie­lo­krot­nie uży­wana. Brak innych widocz­nych śla­dów na ciele ofiary. Wygląda na zdrową, w dobrym sta­nie fizycz­nym. Lekarz sądowy będzie mógł powie­dzieć o niej coś wię­cej.

– Dotar­li­śmy tu o dwu­dzie­stej trze­ciej zero cztery. W chwili naszego przy­by­cia Jake… pan Kin­cade wyko­ny­wał sztuczne oddy­cha­nie, ale ofiara już nie żyła.

– Rozu­miem. Jesz­cze raz dzię­kuję, że zacho­wa­li­ście miej­sce wyda­rze­nia w nie­na­ru­szo­nym sta­nie. Teraz ja się zajmę sprawą.

Drugi ratow­nik medyczny obej­rzał się na Jake’a.

– Zro­bi­łeś wszystko, co można było zro­bić.

Eve spoj­rzała na zwłoki. Ofiara mie­rzyła może z metr sześć­dzie­siąt wzro­stu, ważyła z pięć­dzie­siąt kilo­gra­mów. Wystro­jona na imprezę, przez ramię miała prze­wie­szoną malutką, błysz­czącą torebkę.

Eve otwo­rzyła swój zestaw, żeby zabez­pie­czyć dło­nie.

– Roarke, może przejdź się kawa­łek z Jakiem i Nad­ine? Zor­ga­ni­zuj dla nich kawę. – Spoj­rzała na Jake’a – był blady, wyraź­nie przy­gnę­biony, może w lek­kim szoku. – Będę musiała z wami poroz­ma­wiać, ale naj­pierw muszę się zająć nią.

– Wyszła… wyszła, zata­cza­jąc się, i…

– Przy­kro mi z powodu tego, co się wyda­rzyło, Jake, ale teraz zostaw ją mnie.

– Chodź, Jake. – Nad­ine objęła go w pasie. – Pozwólmy zro­bić Dal­las to, co do niej należy.

Kiedy Roarke odda­lił się z nimi, Eve ukuc­nęła i ostroż­nie otwo­rzyła malutką torebkę.

Mały apa­rat tele­fo­niczny, błysz­czyk do ust, doku­ment toż­sa­mo­ści, karta-klucz, tro­chę gotówki i płytka pod­pi­sana DEMO DLA JAKE’A KIN­CADE’A.

Eve pomy­ślała sobie: jasna cho­lera.

– Doku­ment toż­sa­mo­ści w torebce, którą ma przy sobie ofiara, należy do Jenny Har­bo­ugh, lat szes­na­ście, mie­sza­nej rasy. Brą­zowe włosy, brą­zowe oczy, metr sześć­dzie­siąt wzro­stu, waga czter­dzie­ści osiem kilo­gra­mów. Zdję­cie przed­sta­wia ofiarę.

Jeśli pomi­nąć ufar­bo­wane na różowo końce brą­zo­wych wło­sów i duże, mar­twe, brą­zowe oczy.

Eve umie­ściła zawar­tość torebki w tor­bie na dowody rze­czowe, wyjęła urzą­dze­nie do pobie­ra­nia odci­sków pal­ców, żeby for­mal­no­ściom stało się zadość.

– Odci­ski pal­ców się zga­dzają. – Odczy­tała do mikro­fonu adres, uświa­do­miła sobie, że dziew­czyna mieszka w sąsiedz­twie ich przy­ja­ciół, Char­lesa i Louise. – Rodzice, Shane i Julia Har­bo­ugh, jeden młod­szy brat Reed, dwa­na­ście lat.

Wyjęła mier­niki.

– Śmierć nastą­piła o godzi­nie dwu­dzie­stej dru­giej pięć­dzie­siąt osiem.

Wło­żyła mikro­go­gle, nachy­liła się, żeby dobrze przyj­rzeć się ranie na ramie­niu.

– Powie­działa, że ktoś ją dziab­nął, i wszystko na to wska­zuje. Rana na ramie­niu jest świeża. Widać opu­chli­znę i zaczer­wie­nie­nie. Nie można wyklu­czyć, że sama ukłuła się igłą, ale brak na jej ciele śla­dów, świad­czą­cych o tym, że zaży­wała nar­ko­tyki. Do potwier­dze­nia przez leka­rza sądo­wego.

Być może chło­pak albo kole­żanka nakło­nili ją do spró­bo­wa­nia cze­goś nowego? Prze­jaw mło­dzień­czego buntu, który zakoń­czył się tra­gicz­nie?

_Dziab­nął mnie_.

Albo coś zupeł­nie innego.

Eve deli­kat­nie prze­krę­ciła zwłoki, ale nie zna­la­zła żad­nych widocz­nych obra­żeń.

Przy­sia­dła na pię­tach, wyjęła tele­fon, zadzwo­niła do Peabody. Wypro­sto­wała się, skon­tak­to­wała się z kost­nicą, tech­ni­kami.

– Czy byli­ście w środku? – zwró­ciła się do mun­du­ro­wego.

– Tak jest, pani porucz­nik, przez krótką chwilę.

– Ile osób jest w klu­bie?

– No cóż, jest wypeł­niony po brzegi. Z pew­no­ścią ze dwie setki.

– No dobrze. Zostań­cie tutaj, póki po zwłoki nie przy­je­dzie samo­chód z kost­nicy. I tech­nicy, któ­rzy zba­dają miej­sce wyda­rze­nia. Potem przy­pusz­czal­nie będzie­cie mi potrzebni oby­dwoje, by pomóc mi zapa­no­wać nad tłu­mem w środku.

– Tak jest, pani porucz­nik. Przy­kra sprawa, pani porucz­nik. Mam wnuczkę mniej wię­cej w jej wieku. To straszne, kiedy ofiarą jest dzie­ciak. Przy­pil­nuję jej, póki po nią nie przy­jadą.

Ponie­waż w pierw­szej kolej­no­ści chciała prze­słu­chać Jake’a, Eve ruszyła wzdłuż zaułka. Zoba­czyła go razem z Nad­ine i Roar­kiem obok jej wozu. Nim pode­szła do nich, zatrzy­mała się, żeby wydać pole­ce­nia dru­giej poli­cjantce.

– Nad­ine, może przej­dziesz się kawa­łek z Roar­kiem?

– Nie chcę…

– Muszę poroz­ma­wiać z Jakiem. Bez świad­ków. A potem poroz­ma­wiam z tobą. Też bez świad­ków.

Nad­ine otwo­rzyła usta, ale po chwili zamknęła je i ski­nęła głową. Odwró­ciła się do Jake’a, sta­nęła na pal­cach i go poca­ło­wała.

Roarke odda­lił się z Nad­ine, a Jake zwró­cił się w stronę Eve.

– Boi się, że się roz­sy­pię, co jest wielce praw­do­po­dobne. Nie udało mi się ura­to­wać dziew­czy­nie życia.

– Zna­łeś ją?

– Nie. Ale widzia­łem ją. Uświa­do­mi­łem sobie, że widzia­łem ją tań­czącą na par­kie­cie. Tuż, nim skoń­czy­li­śmy wyko­ny­wać zestaw utwo­rów. Wyda­wała się bar­dzo szczę­śliwa.

– I nie widzia­łeś jej ni­gdy wcze­śniej?

– Nie.

– Nazywa się Jenna Har­bo­ugh. Coś ci to mówi?

– Nie. Jenna. – Powie­dział to miękko, przy­ci­snął palce do powiek.

Jeśli pomi­nąć udrękę, malu­jącą się na jego twa­rzy, wyglą­dał zupeł­nie jak gwiazda rocka, jaką był. Spło­wiałe dżinsy, czarne buty za kostkę, czarna koszulka, pod­kre­śla­jąca jego dosko­nałą budowę ciała, bujna, ciemna czu­pryna o nie­bie­skich koń­ców­kach.

Ale aura przy­gnę­bie­nia ota­czała go jak mgiełka.

– Wysze­dłem, żeby zaczerp­nąć nieco świe­żego powie­trza. W klu­bie jest pie­kiel­nie gorąco. Robi­li­śmy pięt­na­sto­mi­nu­towe prze­rwy mię­dzy poszcze­gól­nymi zesta­wami pio­se­nek, więc wysze­dłem, żeby napić się wody, zaczerp­nąć powie­trza. A ona nagle wyto­czyła się przez drzwi.

– Wyto­czyła się?

– Tak.

Eve usły­szała, że Jake bie­rze głę­boki oddech, jakby chciał uspo­koić nerwy.

– Wyszła, jakby się poty­ka­jąc, rozu­miesz? Powie­działa, że wymio­to­wała. Pomy­śla­łem sobie, że zna­la­zła jakiś spo­sób, by się upić. Glo odzna­cza się soko­lim wzro­kiem w tych spra­wach, ale nie można wyklu­czyć, że jeśli ktoś bar­dzo chce się napić, to znaj­dzie spo­sób. Wyglą­dała na lekko pijaną, wła­śnie tak sobie pomy­śla­łem. Zamie­rza­łem wró­cić do środka, zapro­wa­dzić ją do biura, odszu­kać Harve’a albo Glo. Byliby na nią wku­rzeni, ale zaję­liby się nią, zadzwo­nili po jej rodzi­ców i co tam jesz­cze trzeba by było zro­bić.

Zamknął oczy i Eve pozwo­liła mu pomil­czeć chwilę. Mówił jej to, co musiała wie­dzieć, zwal­nia­jąc ją z koniecz­no­ści zada­wa­nia pytań.

– Nie od razu zauwa­ży­łem ślad po igle. Chyba dla­tego, że patrzy­łem na jej twarz. Była bar­dzo blada. A potem powie­działa: „Dziab­nął mnie”. Powtó­rzyła to dwa razy. Dopiero wtedy zoba­czy­łem ślad po igle. I zorien­to­wa­łem się, że jest nie tyle blada, co lekko sina?

– Taak.

– Taak. – Prze­su­nął dło­nią po twa­rzy. – Widy­wa­łem to wcze­śniej. Pod­czas trasy kon­cer­to­wej, u jed­nego gościa z obsługi tech­nicz­nej. Udało im się ura­to­wać mu życie, zdą­żyli na czas, by ura­to­wać mu życie. A ona zaczęła się osu­wać na zie­mię. Zła­pa­łem ją, nim upa­dła. Miała ledwo wyczu­walny puls i… Wezwa­łem pogo­to­wie ratun­kowe, ale… Ni­gdy wcze­śniej nie byłem świad­kiem śmierci, tego, jak ktoś… odcho­dzi. Obej­mo­wa­łem ją, mówi­łem do niej, sta­ra­łem się skło­nić ją do roz­mowy ze mną, spy­ta­łem, jak jej na imię. Chcia­łem, żeby powie­działa cokol­wiek. A ona stra­ciła przy­tom­ność. Widzia­łem to, ale pomy­śla­łem sobie: sztuczne oddy­cha­nie. Jest młoda, odzy­ska przy­tom­ność, ratow­nicy medyczni są w dro­dze. Poja­wiła się Nad­ine – szu­kała mnie. Kiedy powie­działa „Potrzebna nam Dal­las”, wie­dzia­łem, że dziew­czyna… Jenna… nie odzy­ska przy­tom­no­ści. Może gdy­bym…

– Jake, z tego, co mi wła­śnie powie­dzia­łeś, wnio­skuję, że nie trwało to dłu­żej niż dwie, trzy minuty.

– Taak, minęło zale­d­wie parę minut. Cho­ciaż mia­łem wra­że­nie, że wię­cej – mruk­nął. – Ale ow­szem, wszystko odbyło się cho­ler­nie szybko.

– Powtó­rzę to, co ci powie­dział ratow­nik medyczny. Uwierz mi, bo mamy z tym do czy­nie­nia na co dzień. Zro­bi­łeś wszystko, co mogłeś.

Ich spoj­rze­nia się spo­tkały. Jego oczy nie były tak nie­sa­mo­wi­cie nie­bie­skie, jak Roarke’a, tylko ciemnonie­bie­skie. Teraz prze­peł­niał je żal.

– Odnio­słem inne wra­że­nie.

– Czy ludzie – fani, wiel­bi­ciele i temu podobni – kie­dy­kol­wiek przy­sy­łają ci lub wrę­czają płyty demo?

Uśmiech­nął się lekko.

– O tak. Czemu pytasz?

– To coś, co muszę spraw­dzić. Możesz mi powie­dzieć, o któ­rej godzi­nie wysze­dłeś z klubu?

– Tak, bo spoj­rza­łem na zega­rek, żeby wró­cić, nim się skoń­czy pięt­na­sto­mi­nu­towa prze­rwa. Była za pięć jede­na­sta. Mie­li­śmy wyko­nać jesz­cze jeden krótki zestaw utwo­rów przed fina­łem o pół­nocy. Może nieco by się to prze­cią­gnęło, ale pod­czas tych kon­cer­tów sta­ramy się wyko­nać ostatni kawa­łek o pół­nocy. Dzie­ciaki muszą wró­cić do domu o okre­ślo­nej godzi­nie.

– No tak. – Zoba­czyła, jak Roarke z Nad­ine wyła­niają się zza rogu. – Chcę, żebyś przy­szedł jutro do komendy. Powiedzmy o dzie­sią­tej.

– W porządku. Słu­chaj, czy miała krew­nych? Wiem, że nie możesz mi ujaw­nić żad­nych szcze­gó­łów, ale…

– Tak. Poin­for­muję ich jesz­cze tej nocy.

Znów zamknął oczy.

– Jeśli zechcą poroz­ma­wiać ze mną… Byłem przy niej, kiedy…

– Powiem im o tym. Twoja kolej na spa­cer z Roar­kiem.

– Tak jest. Dal­las, co ona powie­działa? Jeśli ktoś jej to zro­bił…

– Moim zada­niem jest usta­le­nie tego. Zrób jesz­cze jedną rundkę – zwró­ciła się do Roarke’a, a potem spoj­rzała na Nad­ine.

– Ni­gdy go nie widzia­łam w takim sta­nie. Zawsze jest opa­no­wany. Muszę go stąd zabrać, Dal­las.

– W takim razie nie traćmy czasu. O któ­rej godzi­nie zespół zro­bił sobie prze­rwę?

– Och. Nie wiem, chyba tuż przed jede­na­stą. Wie­dzia­łam, że nie­ba­wem będzie prze­rwa, więc pobie­głam do toa­lety, nim setka nasto­la­tek wpad­nie na ten sam pomysł. Potem zaczę­łam szu­kać Jake’a. Renn mi powie­dział, że wyszedł na alejkę za klu­bem. Więc go tam odszu­ka­łam. Zoba­czy­łam, że Jake robi jakiejś dziew­czy­nie sztuczne oddy­cha­nie. Chcia­łam zadzwo­nić po pogo­to­wie, ale powie­dział, że już wezwał karetkę. Ale, Dal­las, widzia­łam, że już za późno. Usil­nie się sta­rał ją rato­wać, ale nie żyła. Powie­dzia­łam, że zadzwo­nię do cie­bie. Patrzył na mnie, kiedy to robi­łam. – Nad­ine wzięła oddech i otarła łzę. – Patrzył na mnie z taką miną, jak­bym zła­mała mu serce. Chyba nie podej­rze­wasz go, że coś zro­bił tej dziew­czy­nie. Wiesz, że… – Nad­ine urwała.

– Nie podej­rze­wam go, ale ist­nieją pro­ce­dury, któ­rych muszę prze­strze­gać, żeby był poza wszel­kimi podej­rze­niami. Wiesz o tym.

Nad­ine otarła kolejną łzę, tym razem ze znie­cier­pli­wie­niem.

– To coś innego, kiedy doty­czy to cie­bie oso­bi­ście. Wiesz o tym. Ale znam cię – dodała. – I wiem, że znaj­dziesz tego, kto to zro­bił tej bied­nej dziew­czy­nie.

– W tej chwili nie mogę ponad wszelką wąt­pli­wość stwier­dzić, czy ktoś jej coś zro­bił.

Nad­ine prze­su­nęła dło­nią po swo­ich blond wło­sach z pasem­kami, rzu­ciła Eve jedno prze­cią­głe spoj­rze­nie tymi swo­imi prze­ni­kli­wymi, zie­lo­nymi oczami.

– Nie możesz tego powie­dzieć, ale wiesz to.

– A ty wiesz, że wszyst­kie sta­cje będą trą­biły o tym, że Jake Kin­cade i Nad­ine Furst byli w alejce z mar­twą nasto­latką.

Nad­ine poło­żyła dłoń na bio­drze. Miała na sobie czarne, obci­słe dżinsy.

– Jestem dzien­ni­karką zaj­mu­jącą się zbrod­niami, więc dosko­nale zdaję sobie z tego sprawę. To jesz­cze jeden powód, dla­czego chcę go zabrać jak naj­da­lej stąd. Zaj­miemy się tym.

– Żad­nych wywia­dów bez mojej zgody.

Te słowa wystar­czyły, żeby Nad­ine zaczęła wyglą­dać i zacho­wy­wać się jak zwy­kle.

– Sły­sza­łaś coś o takim dro­bia­zgu, jak pierw­sza poprawka?

– Jeśli ktoś to zro­bił tej dziew­czy­nie, czyż nie wyko­nałby tańca rado­ści, gdyby stwier­dził, że jego podły czyn jest oma­wiany we wszyst­kich kana­łach plot­kar­skich? Miała na imię Jenna. Posta­rajmy się zacho­wać to w tajem­nicy, to oraz rolę Jake’a, naj­dłu­żej, jak się da.

– Masz rację. Nie zamie­rza­łam prze­pro­wa­dzać wywia­dów. Po pro­stu nie lubię, jak ktoś mi cze­goś zabra­nia. A oto i oni. Roarke jest jak skała, Dal­las.

– Wiem o tym. Zabierz Jake’a do domu. Przyj­dzie jutro rano do komendy na dodat­kowe prze­słu­cha­nie. Przy odro­bi­nie szczę­ścia i dzięki Mor­ri­sowi powin­nam już znać przy­czynę śmierci dziew­czyny.

Obej­rzała się na klub.

– A jeśli dopi­sze mi dużo szczę­ścia, może jesz­cze dziś w nocy będę miała podej­rza­nego.

– A co z pozo­sta­łymi człon­kami zespołu? Jake będzie chciał wie­dzieć. Są jak rodzina.

– Muszę z nimi poroz­ma­wiać i potem będą wolni. To cały pro­ces, Nad­ine. A oto Peabody z McNa­bem. Zabierz Jake’a do domu – powtó­rzyła i poszła w prze­ciwną stronę, żeby powi­tać swoją part­nerkę i jej oso­bi­stego narze­czo­nego.

Detek­tyw McNab, jedna z gwiazd wydziału infor­ma­tyki śled­czej, wyglą­dał w wor­ko­wa­tych spodniach w paski i wście­kle różo­wej koszulce jak arty­sta cyr­kowy jeż­dżący na mono­cy­klu i żon­glu­jący piłecz­kami.

W jed­nym uchu miał błysz­czące ćwieki i malut­kie kółeczka; dłu­gie blond włosy, zebrane w koń­ski ogon, poru­szały się w prawo i lewo, kiedy tanecz­nym kro­kiem zbli­żał się do Eve.

Peabody ciężko stą­pała w różo­wych kow­boj­kach. Miała na sobie czarne spodnie i różową, sto­no­waną koszulę, ale w ciem­nych wło­sach na­dal dostrzec można było liczne czer­wone pasemka.

– W alejce na tyłach klubu mamy mar­twą nasto­latkę, cze­kamy na prze­wie­zie­nie jej do kost­nicy. A w środku – cią­gnęła Eve – praw­do­po­dob­nie setkę albo wię­cej nasto­lat­ków, w tej chwili zaba­wia­nych przez zespół Ave­nue A. Uwzględ­nia­jąc per­so­nel, rodzi­ców lub opie­ku­nów, może ich wszyst­kich razem być bli­żej dwóch setek.

– Jak Jake? – spy­tała Peabody.

– Trzyma się. Musimy zacząć prze­słu­chi­wać ludzi w klu­bie i wypusz­czać ich do domów, a jesz­cze nie poja­wił się nikt z wydziału opieki spo­łecz­nej. Trzeba poin­for­mo­wać rodzi­ców ofiary. Muszę się tym teraz zająć. Peabody, zadzwoń jesz­cze raz do wydziału opieki spo­łecz­nej, powiedz, żeby natych­miast kogoś tu odde­le­go­wali, bo ina­czej dobiorę im się do tył­ków. Póki nie stawi się ktoś repre­zen­tu­jący prawa nie­let­nich, ogra­nicz się do prze­słu­chi­wa­nia doro­słych albo nie­let­nich, któ­rzy przy­szli tu z rodzi­cem lub opie­ku­nem.

– McNab, poroz­ma­wiaj z człon­kami zespołu, ustal chro­no­lo­gię wyda­rzeń, gdzie który z nich był. Koło dwu­dzie­stej dru­giej pięć­dzie­siąt pięć zro­bili sobie prze­rwę. Posta­raj się o nagra­nia z kamer moni­to­ringu, zain­sta­lo­wa­nych przy obu wej­ściach.

Opi­sała ofiarę i jak była ubrana.

– Ustal­cie, czy ktoś ją widział, widział cokol­wiek. Posta­ram się jak naj­szyb­ciej do was dołą­czyć.

Pode­szła do Roarke’a.

– Dzię­kuję, że zabra­łeś ich na spa­cer wokół kwar­tału.

– Wspa­niały wie­czór, w sam raz na spa­cery, nawet jeśli oko­licz­no­ści są tra­giczne.

– To będzie naprawdę bar­dzo trudna noc dla rodzi­ców ofiary. Zamie­rzam do nich poje­chać, by im prze­ka­zać tę smutną wia­do­mość.

– Bez Peabody?

– Nie mogę sobie pozwo­lić na taki luk­sus, kiedy w klu­bie prze­bywa tylu poten­cjal­nych świad­ków i podej­rza­nych. Słu­chaj, nie wiem, jak długo to potrwa, więc…

– Zamie­rzasz poin­for­mo­wać matkę i ojca o śmierci ich dziecka. – Wziął od niej zestaw pod­ręczny, by wsa­dzić go do bagaż­nika. – Będę ci towa­rzy­szył.

Zamknął bagaż­nik.

– Spraw­dzi­łaś ich?

– Jesz­cze nie.

– To może ja usiądę za kie­row­nicą, a ty się tym zaj­mij.

Wzięła głę­boki oddech, żeby nocne powie­trze cho­ciaż czę­ściowo wyparło trudne emo­cje.

– Zgoda. Miesz­kają obok Char­lesa i Louise.

– Naprawdę? – bąk­nął. – Zawsze, kiedy czło­wiek się dziwi, jak wielki jest świat, on nam przy­po­mina, jaki jest mały. Być może się znają.

– Taak. – Zajęła miej­sce w samo­cho­dzie. – Być może. Ofiara miała w torebce płytę. Pod­pi­saną PŁYTA DEMO DLA JAKE’A KIN­CADE’A.

– Ach. Powie­dzia­łaś mu o tym?

– Nie. Nie musi o tym wie­dzieć, póki tego nie spraw­dzę. Wypy­ta­łam go, czy ją znał, kon­tak­to­wał się z nią, czy coś mu mówi jej imię. Oświad­czył, że nie. Powie­dział, że zauwa­żył ją na par­kie­cie pod­czas ostat­niej pio­senki, którą wyko­ny­wali przed prze­rwą. Tań­czyła. Wie­rzę mu. Uwie­rzy­ła­bym mu nawet, gdy­bym go nie znała. Poza tym zga­dzają się godziny, co wyklu­cza go jako tego, który wbił jej igłę w ramię. Nawet gdyby jakoś ukrył przed kimś takim jak Nad­ine, jak ja, jak ty, że jest bez­względ­nym zabójcą nasto­latki.

– Ale mar­twi cię to.

– Ewen­tu­alny zwią­zek mię­dzy Jakiem a ofiarą nieco skom­pli­ko­wałby sprawę. Jego zezna­nia brzmią wia­ry­god­nie i na moją ocenę nie wpływa fakt, że go znam. Dodaj do tego chro­no­lo­gię wyda­rzeń. Lecz tak czy ina­czej to nieco kom­pli­kuje sprawy.

I musiała to wyja­śnić.

Ale teraz stała przed koniecz­no­ścią znisz­cze­nia na zawsze świata i losów trzech osób.

Zna­leźli się na spo­koj­nym Lower West Side, peł­nym sza­cow­nych kamie­nic z brą­zo­wego pia­skowca i drzew okry­tych let­nią zie­le­nią. Dostrze­gła świa­tło w dwóch oknach domu, w któ­rym miesz­kali Char­les i Louise. I przy­naj­mniej dwu­krot­nie wię­cej w rezy­den­cji pań­stwa Har­bo­ugh.

Cze­kają na powrót córki, pomy­ślała. Praw­do­po­dob­nie patrzą na zega­rek, odli­czają, kiedy powinna dotrzeć do domu. Wie­działa, że rodzice się nie­po­koją – zetknęła się z wie­loma takimi – a nie­któ­rzy wyobra­żają sobie naj­gor­sze.

Ale nikt nie wie­rzy w naj­gor­sze, póki nie zapuka ono do ich drzwi.

– Ona jest lekarką – powie­działa Eve Roarke’owi. – Być może znają się z Louise. On należy do kie­row­nic­twa firmy na Wall Street, stoi na czele jed­nego z oddzia­łów. Są mał­żeń­stwem od dwu­dzie­stu lat. Ona ma na swoim kon­cie zarzut napa­ści – była mniej wię­cej w wieku córki. Na jej życze­nie nie utaj­niono sprawy.

Eve wysia­dła z samo­chodu, sta­nęła na chod­niku, uważ­nie przyj­rzała się kamie­nicy.

– Zdzie­liła pię­ścią faceta pikie­tu­ją­cego kli­nikę dla kobiet, kiedy pró­bo­wał zabro­nić jej i jej matce wejść do środka.

Pode­szli do drzwi oświe­tlo­nych kin­kie­tami.

Porządne zabez­pie­cze­nia, odru­chowo stwier­dziła Eve, i przy­po­mniała sobie kartę magne­tyczną w torebce Jenny Har­bo­ugh, którą dziew­czyna już ni­gdy się nie posłuży.

Naci­snęła dzwo­nek i poczuła, jak Roarke przy­ci­ska dłoń do jej ple­ców, by oka­zać jej wspar­cie.

Otwo­rzył im chudy męż­czy­zna ze strze­chą brą­zo­wych wło­sów, poprze­ty­ka­nych siwi­zną. Miał na sobie szare spodnie dre­sowe i T-shirt z napi­sem: PONIE­WAŻ.

Jego pocią­głą twarz pokry­wał – w oce­nie Eve – dwu­dniowy zarost. Rzu­cił im uprzejmy uśmiech, ale w jego orze­cho­wych oczach malo­wała się cie­ka­wość.

– Słu­cham pań­stwa?

– Panie Har­bo­ugh, jestem porucz­nik Dal­las z nowo­jor­skiej poli­cji. – Poka­zała mu odznakę.

Nim zdą­żyła cokol­wiek dodać, skrzy­wił się.

– Jezu, czy ma jakieś kło­poty? Nasto­latki w klu­bie roc­ko­wym, cóż złego mogło ją spo­tkać? Jule! Zdaje się, że musimy wpła­cić kau­cję. Prze­pra­szam, pro­szę wejść. Nie wró­ciła do domu na czas – cią­gnął – więc czeka ją kara.

– Panie Har­bo­ugh – znów ode­zwała się Eve, kiedy zna­leźli się w holu. Na prawo pro­wa­dziło sze­ro­kie przej­ście do pokoju rodzin­nego, na lewo do mniej­szego pomiesz­cze­nia, a na wprost schody na górę.

– Nie odbiera tele­fonu. – W holu poja­wiła się kobieta. Ze zmarsz­czo­nym czo­łem wpa­try­wała się w trzy­many w dłoni tele­fon. Mie­sza­nej rasy, z burzą falu­ją­cych brą­zo­wych wło­sów z jaśniej­szymi pasem­kami, o brą­zo­wych oczach, które odzie­dzi­czyła po niej córka.

– Ta dziew­czyna jest…

Urwała, kiedy unio­sła wzrok, zoba­czyła Eve i Roarke’a.

Jej oczy stały się puste, twarz posza­rzała.

– Wiem, kim jeste­ście. Co się stało Jen­nie? Gdzie jest Jenna?

– Pani dok­tor Har­bo­ugh…

– Powiedz­cie to. – Julia wycią­gnęła dłoń i zła­pała kur­czowo ramię męża.

– Z żalem zawia­da­miam, że pań­stwa córka nie żyje.

– Co takiego? – zapy­tał Shane gniew­nym tonem. – To jakaś bzdura. Pro­szę natych­miast opu­ścić nasz dom.

– Shane. – Julia odwró­ciła się, objęła męża. – Nasza córeczka. Nasza córeczka.

– To nie­prawda. Dość tego. Jen­nie nic nie jest. Lada chwila wróci do domu. Pojadę po nią. Natych­miast po nią jadę.

– Shane. – Łzy pły­nęły po policz­kach Julii. Odsu­nęła się nieco od męża, żeby spoj­rzeć mu w oczy.

I to, co zoba­czył na jej twa­rzy, spra­wiło, że jego gniew prze­mie­nił się w szok, potem wypar­cie, na koniec bez­gra­niczną roz­pacz.

– Nie – powie­dział. – Nie, nie, nie.

Osu­nął się na pod­łogę. Julia nie wypu­ściła go z objęć.

– To pomyłka – wydu­sił z sie­bie, dygo­cząc na całym ciele. – To jakaś okropna pomyłka. Jenna lada chwila wróci do domu.

– Shane. Shane, musisz mi pomóc. Musisz się trzy­mać i mi pomóc. Musimy wie­dzieć, co się stało.

– Nie wie­rzę w to. Nie uwie­rzę w to. Julio, tu cho­dzi o Jennę.

– Wiem. Wiem. – Ujęła jego twarz w obie dło­nie, poca­ło­wała go w oba policzki. – Pro­szę, wstań. Musimy poznać prawdę. Cho­dzi o Jennę. Musimy poznać prawdę.

Pomo­gła mężowi sta­nąć na nogi, spoj­rzała na Eve.

– Musimy wie­dzieć, co się stało.

– Usiądźmy. Powiem pań­stwu tyle, ile wiem.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij