-
nowość
Przypadkowa śmierć - ebook
Przypadkowa śmierć - ebook
Mroczny, wciągający thriller o polowaniu na zabójcę, który wybiera swoje ofiary tak, jakby rzucał kością. I o policjantce, która nie spocznie, dopóki nie wyrwie z mroku prawdy.
Tętniące życiem miasto rozświetla koncert młodej gwiazdy. Nikt nie spodziewa się tragedii — aż do chwili, gdy jedna z uczestniczek pada martwa na oczach tłumu. Wszystko wskazuje na przypadek. Ale dla porucznik Eve Dallas przypadki nie istnieją.
Kolejne ofiary giną w równie nieprzewidywalny sposób. Idealnie zdrowi, nie mający żadnych wrogów, znalezieni w różnych miejscach. Każda śmierć trwa sekundy, a sprawca porusza się po mieście jak cień. Eve Dallas wie, że ma do czynienia z kimś inteligentnym, szybkim i pozbawionym skrupułów.
W świecie, w którym technologia potrafi ukryć każdy ślad, liczy się tylko instynkt. A ten mówi jej jedno: to dopiero początek.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68725-90-2 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
_Avenue A, wymiatają, że ha._
Zadowolona, że udało jej się ułożyć zgrabny rym, Jenna Harbough poruszyła biodrami w rytm muzyki.
_Chociaż to ramole, czują rock and rolle._
Przypuszczalnie nie spodobałyby im się te „ramole”, ale dla niej, szesnastolatki, każdy, kto zbliża się do, powiedzmy, czterdziestki, zalicza się do ramoli.
No weź, przecież nawet jej rodzice lubią ich muzykę. I dlatego zgodzili się puścić Jennę razem z dwiema jej najlepszymi kumpelami do klubu, żeby mogła ich obejrzeć i posłuchać na żywo.
Zespół Avenue A występował dwa razy w roku w klubie Rock It, a raz w roku, latem, klub rezygnował ze sprzedaży alkoholu i otwierał swoje podwoje dla niepełnoletnich.
Każdy, kto znał dzieje grupy, doskonale wiedział, jak to w zamierzchłej przeszłości, w latach czterdziestych obecnego wieku, Avenue A swój pierwszy koncert z prawdziwego zdarzenia dali w klubie Rock It. Dlatego przez sentyment dwa razy w roku występowali tu, chociaż obecnie byli bezapelacyjnie na topie, grali na wypełnionych po brzegi stadionach i w wielkich salach koncertowych.
Od trzech lat toczyła boje ze swoimi rodzicami, by pozwolili jej pójść na ten jedyny koncert w roku, ale za każdym razem słyszała kategoryczne „nie”. Aż w końcu się ugięli!
Podrygiwała teraz z Leelee i Chelsea, a Avenue A wymiatali, wykonując _Baby, Do Me Right_.
Tańczyła wystarczająco blisko estrady, by widzieć kropelki potu na twarzy Jake’a Kincade’a. Jak na ramola, wciąż było z niego niezłe ciacho. Może dlatego, że był naprawdę wysoki. Z zachwytem przyglądała się, jak reflektory wydobywają niebieskie refleksy w jego czarnych włosach – niebieskie, jak jego oczy.
Po-wa-la-ją-co!
Ale jeszcze większy zachwyt czuła, patrząc, jak jego palce trącają struny gitary.
Kiedyś ona też będzie tak grać. Wiedziała, że robi postępy. Ćwiczyła codziennie i wiedziała, zwyczajnie wiedziała, że pewnego dnia stanie na estradzie i porwie publikę swoją muzyką.
W torebce miała swoją płytę demo. Jej największym marzeniem było, by dzisiejszego wieczoru dotrzeć jakoś do Jake’a Kincade’a i wcisnąć mu do ręki płytę. Nagrała na niej tylko jedną piosenkę, najlepszą, jaką napisała, i bardzo się postarała, żeby utwór wypadł bez zarzutu.
Może nagraniu daleko było do tych rejestrowanych w profesjonalnych studiach nagraniowych, ale od czegoś trzeba zacząć. A muzycy z Avenue A byli mniej więcej w jej wieku, kiedy zaczęli odnosić pierwsze sukcesy, więc kto wie.
Płynnie przeszli do kolejnego kawałka, _It’s Always Now_, od lat znanego hitu, i więcej osób pojawiło się na parkiecie.
Jennie to nie przeszkadzało – im tłoczniej, tym lepiej. Bez reszty dała się porwać muzyce.
Potem, na krótką chwilę, na ułamek sekundy, ich spojrzenia się spotkały. Jej i Jake’a. Uśmiechnął się do niej; serce w niej zamarło.
Zapiszczała i złapała Leelee za rękę.
– Spojrzał na mnie!
– Co?
Jenna ścisnęła dłoń Chelsea i dostała takich wypieków na twarzy, że zalała ją fala gorąca.
– Jake Kincade spojrzał prosto na mnie. I uśmiechnął się do mnie!
– Nie ściemniasz? – spytała Chelsea.
– No weź! A niech mnie!
Kiwała się i skakała ze swoimi przyjaciółkami w rytm ostatniej piosenki z zestawu.
– Spojrzał na mnie bóg rocka. Ale odlot.
– Musisz znaleźć sposób, żeby wręczyć mu swoją płytę demo, Jenna. Jest czaderska – zapewniła ją Leelee.
– Może mogłabym… Auć! – Poczuła ukłucie w ramię, zacisnęła na nim dłoń. Jakiś chłopak rzucił jej bezczelny uśmiech i pokazał środkowy palec, nim zniknął w tłumie.
– Dupek dziabnął mnie! – Ale natychmiast o nim zapomniała i tańczyła dalej.
– Muszę przysiąść na chwilkę – oznajmiła, kiedy utwór się skończył. – Ułożyć plan i… Oj, zakręciło mi się w głowie. To spojrzenie!
– Umieram z pragnienia! – Chelsea powachlowała się dłonią. – Muszę się napić czegoś słodkiego z bąbelkami.
– Jenna, usiądź przy naszym stoliku, a my pójdziemy po napoje. Pomożemy ci ułożyć plan działania.
– Zgoda.
Kręciło jej się w głowie, kiedy starała się dopchać do ich stolika. Miała wrażenie, że unosi się na wodzie.
Potem znów zalała ją fala gorąca, jakby miała z milion stopni. Zaczęła głęboko oddychać, przesunęła dłonią po ramieniu, które piekło, jakby ją użądlił wielki, wściekły szerszeń.
Muszę się napić czegoś słodkiego z bąbelkami, pomyślała. Nagle poczuła skurcz żołądka i bojąc się, że dostanie torsji na oczach wszystkich, rzuciła się w stronę toalet.
* * *
Jake otarł pot z czoła, a perkusista, Mac, uśmiechnął się do niego szeroko.
– Wciąż mamy to coś, szefie.
– I nigdy tego nie stracimy. Wyjdę zaczerpnąć nieco świeżego powietrza. Jezu, można by pomyśleć, że Harve i Glo powinni zadbać o odpowiednią temperaturę na sali.
– I zrezygnować z takiej atmosfery? – Renn, klawiszowiec, rzucił Jake’owi puszkę wody.
– Dzięki. Wracam za pięć minut.
Spojrzał na tłum, jak to zrobił podczas ostatniej piosenki z zestawu, ale nie dostrzegł Nadine. Przypuszczalnie poszła do klopa. Powodzenia, pomyślał.
Zasłużyła sobie na wielkie uznanie, przychodząc tu z nim dziś wieczorem. Rock It nie był jakąś norą czy speluną, ale trzymał się swoich korzeni lokalu z Alphabet City.
Jego właściciele nie zamierzali zmieniać wystroju na bardziej odlotowy, bardziej luksusowy. Byli dumni, że klub zachował dawny charakter.
A mimo to jego pani, znana reporterka, autorka bestsellerów, zdobywczyni Oscarów, towarzyszyła mu w ten wieczór, tak ważny dla niego i jego przyjaciół, członków zespołu.
Przypominało im to o ich korzeniach, ich początkach. I jak daleko zaszli.
Przecisnął się na tyły klubu – gdzie nic się nie zmieniło od lat – i wyszedł przez drzwi, prowadzące na zaułek.
Wziął głęboki oddech.
Nawet w ten upalny wieczór latem 2061 roku temperatura na zewnątrz była niższa niż w środku.
Otworzył puszkę, napił się.
Przepełniony recykler cuchnął, ale Jake nie zwracał na to uwagi. To też przypominało mu o jego korzeniach: jak będąc chudym, tyczkowatym chłopakiem z Avenue A pracował po szkole i w weekendy, by zarobić na pierwszą gitarę.
Chociaż powinien się uczyć, komponował, bo muzyka była dla niego najważniejsza. Od zawsze.
Pamiętał, jak grywał w przejściach podziemnych z Leonem, a potem z Leonem i Rennem, zanim jeszcze skończyli piętnaście lat. I słuchał, jak Mac grał na perkusji w szkolnym zespole. Potem dołączył do nich Art i tak powstał zespół Avenue A.
Najpierw ćwiczyli w piwnicy bloku, potem w garażu wujka Maca.
W końcu nakłonili Harve’a, by pozwolił im zagrać, jeden raz; byli w wieku, kiedy nie sprzedawano im piwa.
Po tym jednym koncercie grali tamtego lata przez dwa tygodnie, a potem podpisali kontrakt z firmą nagraniową.
Czyli tak, to dla niego ważny wieczór. Avenue A miał na swoim koncie kilka początków – tamta pierwsza gitara, wujek Maca, który pozwolił swojemu bratankowi walić w starą perkusję. Słowa jego mamy, żeby nie rezygnował z marzeń.
Wiele początków, a klub Rock It zajmował wśród nich poczesne miejsce.
Odwrócił się, żeby wejść do środka, kiedy drzwi otworzyły się na całą szerokość. Zataczając się, wypadła przez nie jakaś dziewczyna.
Miała bujne, brązowe włosy z różowymi koniuszkami, kusą czarną spódniczkę i czerwony top, odsłaniający brzuch. Jej twarz była biała jak kreda, duże, brązowe oczy błyszczały.
– Niedobrze mi – wymamrotała.
– Spokojnie, mała. Zdarza się.
Glo pilnie baczyła, żeby w wieczory dla niepełnoletnich w klubie nie było alkoholu ani dragów, ale dzieciaki mają swoje sposoby.
On z całą pewnością miał kiedyś swoje sposoby.
– Wejdźmy do środka. Znajdziemy spokojny kąt, gdzie będziesz mogła usiąść, łyknąć coś na otrzeźwienie.
– Nie jestem pijana. Nie mogę oddychać. Dziabnął mnie! Dziabnął mnie!
Jake ujął jej ramię. Dziewczyna wywróciła oczy białkami do góry.
Złapał ją, nim upadła na ziemię.
– Kto cię dziabnął? – Zauważył, że twarz dziewczyny z białej stała się sina. Wstrząsnął nią dreszcz.
Na jej lewym ramieniu zobaczył ślad po igle, czerwony i obrzęknięty.
– Jasna cholera. Jezu. – Wyszarpnął telefon, przykucnął, nie wypuszczając dziewczyny. Wybrał numer alarmowy. – Potrzebna karetka pogotowia. – Podał adres, sprawdzając puls dziewczyny.
Słaby, pomyślał, starając się nie ulec panice. I słabł.
– Trzymaj się. Spójrz na mnie. Spójrz na mnie.
Na chwilę utkwiła w nim wzrok. Ale nic nie widziała.
– No dalej, wytrzymaj. Już wezwałem pomoc. Jak ci na imię, mała? Powiedz mi, jak ci na imię.
Ale poczuł, że ją traci, kiedy siedział w alejce i bujał ją w ramionach.
Położył dziewczynę na ziemi i zaczął wykonywać sztuczne oddychanie.
Drzwi znów się otworzyły.
– Ej, mistrzu gitary, Mac powiedział… O mój Boże, co się stało?
Nadine padła na kolana obok niego.
– Nie oddycha. Nie mogę jej przywrócić oddechu. Spójrz na jej ramię. Powiedziała, że ktoś ją dziabnął.
– Wezwę karetkę.
– Już tu jedzie. Na ramieniu ma ślad po igle. Tylko ćpuny, których nie stać na strzykawkę ciśnieniową, używają igieł. A ona nie jest ćpunką. No dalej, mała, wróć do nas. Wróć do nas, do jasnej cholery.
Nadine spojrzała na ślad po igle, na otwarte brązowe oczy leżącej na ziemi dziewczyny.
Nie powiedziała, żeby dał sobie spokój ze sztucznym oddychaniem, tylko położyła mu dłoń na ramieniu i wyjęła telefon.
– Jake, dzwonię do Dallas.
Spojrzał na Nadine, nie kryjąc rozpaczy.
– To jeszcze dziecko.
Tak, pomyślała Nadine. I zawsze nim pozostanie.1
Kiedy porucznik Eve Dallas nie prowadziła śledztwa, sobotnie wieczory często spędzała na oglądaniu filmów, jedzeniu popcornu i uprawianiu seksu. A ponieważ w domu nie było Summerseta, albowiem majordomus Roarke’a, za którym Eve nie przepadała, wybrał się na spotkanie z przyjaciółmi – kimkolwiek byli – stosunkowo wcześnie przeszli do seksu w pokoju gier.
Założyła się z Roarkiem, że pokona go w grze na flipperze. I przegrała.
Czy aby na pewno?
Tak czy owak po kolacji na patio, spacerze po ogrodzie i seksie w pokoju gier usadowili się na kanapie, a kot zwinął się w kłębek i położył u ich stóp.
Cieszyła się Roarkiem, popcornem, winem, filmem akcji, obfitującym w strzelanki, co stanowiło idealne ukoronowanie soboty spędzonej w domowych pieleszach.
Znając Roarke’a, spodziewała się kolejnej dawki seksu na bis.
I w pełni jej to odpowiadało.
Roarke od czasu do czasu napomykał o stworzeniu pokoju multimedialnego w rezydencji wzniesionej w sercu Nowego Jorku. Ale wolała obecne rozwiązanie, czyli wspólne przesiadywanie na kanapie w części wypoczynkowej ich sypialni, słuchanie kota mruczącego przez sen i rozkoszowanie się ciepłem, bijącym od jej przystojnego męża.
W życiu Eve zaszła radykalna zmiana wraz z pojawieniem się w nim Roarke’a. Nigdy w pełni się do tego nie przyzwyczai. Przed Roarkiem jej życie było pracą, a praca była jej życiem.
Dzięki Roarke’owi zyskała dwie rzeczy, których nigdy nie oczekiwała, których nigdy nie szukała.
Miłość i dom.
I te dwie rzeczy, uświadomiła sobie, sprawiły, że stała się lepszą policjantką, lepszą szefową swojego wydziału, lepszą orędowniczką praw ofiar zbrodniarzy.
Wykorzystując chwilowe zwolnienie akcji filmu, Roarke sięgnął po butelkę, napełnił ich kieliszki.
– Nie szczędzimy sobie wina, kolego.
– Spędzamy miły wieczór w domowym zaciszu. – W jego głosie można było dosłyszeć lekki irlandzki akcent. – I zamierzam w pełni z niego skorzystać.
– Serio? Przerwać odtwarzanie – poleciła i usiadła mu na kolanach.
Tak absurdalnie przystojny, pomyślała, z twarzą wyrzeźbioną przez szczodrobliwych bogów, kształtnymi ustami, niesamowicie niebieskimi oczami.
– Nie ma co zwlekać.
Zaczęła całować te kształtne usta, wsunęła wolną rękę w grzywę czarnych włosów okalających jego twarz.
Roarke postawił swój kieliszek obok butelki, wyjął kieliszek z dłoni Eve, by ją od niego uwolnić.
Roześmiała się, kiedy przewrócił ją na wznak, a Galahad z wyraźnym niezadowoleniem zeskoczył z kanapy.
Roarke wsunął ręce pod jej rozciągniętą koszulkę, którą wkładała w soboty spędzane w domu. Pocałunek stał się bardziej żarliwy, poczuła, jak pożądanie, wypite wino, urok chwili splatają się, wywołując dreszczyk podniecenia.
Nie przestając go całować, zaczęła mu rozpinać dżinsy.
Zadzwonił jej telefon.
– No nie!
Roarke przekręcił głowę, żeby rzucić okiem na wyświetlacz telefonu.
– To Nadine.
– No i dobrze. Oddzwonię do niej. Wcześniej albo później.
Ale kiedy wróciła do ściągania mu dżinsów, pokręcił głową.
– Eve, jak często Nadine dzwoni do ciebie w soboty prawie o jedenastej wieczorem?
– Nigdy. Kurde. Jasna cholera.
Zsunął się z niej, Eve usiadła, złapała telefon.
– O ile ktoś nie jest martwy, to…
– Jest. Wybacz mi, Dallas, ale jesteś nam potrzebna. Jesteśmy w klubie Rock It, konkretnie w alejce na jego tyłach. Przy Avenue A, ale nie znam dokładnego adresu.
– Kto nie żyje?
– Nie wiem. Nastoletnia dziewczyna. Jake… grają specjalny koncert dla nieletnich. Wyszłam na tyły klubu i zobaczyłam go, jak robi sztuczne oddychanie. Wezwał karetkę pogotowia. Ratownicy medyczni właśnie się pojawili. Powiedział, że ktoś ją dziabnął.
Wyraz brązowych oczu Eve zmienił się z lekko zirytowanego w beznamiętny, policyjny.
– Ktoś ją dźgnął?
– Nie, nie, ma na ramieniu ślad od igły. A może rzeczywiście od bardzo wąskiego ostrza. Właściwie nie krwawi, tylko jest mocno zaczerwienione.
– Powiedz ratownikom medycznym, żeby nie ruszali zwłok. Zadzwonię do dyspozytora, wkrótce powinni przyjechać mundurowi, żeby zabezpieczyć miejsce. Zaraz tam będę.
– Dziękuję… – zaczęła Nadine, ale Eve się rozłączyła.
Zobaczyła, że Roarke wyjął dla niej brązowe spodnie i marynarkę, granatową koszulkę bez rękawów, botki, pasek.
Nie miała nic przeciwko temu, że wybrał dla niej ubranie. Zadzwoniła do dyspozytora.
– Nie kazałaś poinformować Peabody.
Eve zdjęła luźne, cienkie sobotnie szorty, na długie nogi wciągnęła spodnie.
– Nie ma sensu psuć jej wieczoru, póki się nie zorientuję, co i jak. – Włożyła koszulkę, przegarnęła dłonią wzburzone, brązowe włosy. – Przykro mi, że zepsułam nam wieczór.
– Moja pani porucznik, to twoja praca. Nadine sprawiała wrażenie zdenerwowanej – dodał, zmieniając koszulę. – To dla niej nietypowe.
– Taak, też to zauważyłam.
Poruszała się szybko, sprawnie – wysoka, szczupła kobieta o ostrych rysach twarzy, z płytkim dołeczkiem w brodzie – rozmyślając o zabójstwie.
Wsadziła do kieszeni odznakę, włożyła szelki na broń.
– Nie jestem pijana, ale…
– Wypiliśmy sporo wina, musimy łyknąć środek na wytrzeźwienie. – Poszedł do łazienki, wrócił z niej z dwiema tabletkami dla nich. – Usiądę za kierownicą. Znam ten klub.
Spojrzała na niego z ukosa, wkładając marynarkę.
– Należy do ciebie?
– Klub nie, ale budynek owszem. Gotowa?
– Tak.
Zeszli po schodach, wsiedli do samochodu, który zdalnie wyprowadził z garażu. Mój wóz, pomyślała. Na wypadek, gdyby obowiązki zatrzymały ją dłużej.
Siedząc na miejscu dla pasażera, opuściła szybę w oknie. Świeże powietrze, szczególnie uwzględniwszy, z jaką prędkością jeździ Roarke, sprawi, że tabletka szybciej zacznie działać.
– To klub dla nastolatków?
Roarke pokonał kręty podjazd, wyjechał za bramę.
– Nie. Ale co roku latem Avenue A gra tam przez jeden wieczór dla nastolatków. Dowiedziałem się tego od Jake’a któregoś dnia. Prowadził warsztaty w szkole. Okazuje się, że kiedy jeszcze byli nastolatkami, zagrali tam swój pierwszy koncert, za który im zapłacono.
– Nie sprzedawali alkoholu – dodał, nim zapytała.
– Załóżmy, że nie. Kto prowadzi klub? Chcę ich sprawdzić.
– Nie potrafię tak z głowy podać ci ich nazwisk.
– Znajdę je.
Wyjęła tablet i przystąpiła do pracy.
– Harvard Greenbaum i Glo Reiser. Harvard to nie imię, tylko nazwa szkoły. I co to za imię Glo? Greenbaum, lat sześćdziesiąt trzy, rodowity Nowojorczyk, żonaty z Reiser od dwudziestu lat, nienotowany. Nie mają dzieci. Jeśli chodzi o nią, wzmianka sprzed piętnastu lat o dopuszczeniu się napaści, wycofano zarzut. Sześćdziesiąt jeden lat, również rodowita mieszkanka Nowego Jorku.
– W ciągu dwudziestu kilku lat prowadzenia klubu kilka razy naruszyli przepisy bhp, wszystkie uchybienia usunęli. Ani razu nie pozwano ich za sprzedaż alkoholu nieletnim.
– Jake powiedział, że skrupulatnie tego przestrzegają.
Załóżmy, że tak, pomyślała Eve.
Tabletka na wytrzeźwienie i powietrze wpadające przez opuszczone szyby sprawiły, że jej umysł stał się przenikliwy, a zarazem poczuła nieodpartą ochotę na kawę. Skorzystała z samochodowego autokucharza, żeby zaprogramować po kubeczku dla nich obojga.
– Nie wiesz przypadkiem, ile osób może maksymalnie pomieścić klub?
– Nie mam pojęcia, ale sądząc po jego wielkości, nie wydaje mi się, że więcej niż dwieście osób.
– Dwustu nastoletnich podejrzanych. Świetnie.
– Trzeba też uwzględnić personel, może rodziców.
– Potrzebni nam będą pracownicy opieki społecznej do spraw dzieci – powiedziała, wyjmując telefon. – Nawet jeśli okaże się, że mamy do czynienia ze śmiercią w wyniku nieszczęśliwego wypadku, potrzebny nam będzie ktoś od nich. A lepiej dwoje.
– Czyli jeszcze komuś zepsujesz sobotni wieczór.
Przed klubem dostrzegła radiowóz i ambulans. Sam klub łatwo rozpoznać, pomyślała, bo nad wejściem była tęcza z jego nazwą, a wokół niej tańczyły nutki.
– Zaparkuj obok radiowozu.
– Tam jest miejsce dla samochodów dostawczych – powiedział i zatrzymał wóz na nim. – Wyjmę twój zestaw podręczny.
Podświetliła napis „Na służbie” i wysiadła, żeby przyjrzeć się klubowi.
Graffiti na starym, ceglanym murze przedstawiało gitary, bębny, grupkę jakichś postaci. Tańczących postaci, doszła do wniosku Eve, i podeszła do funkcjonariuszki pilnującej wejścia.
– Pani porucznik – powitała ją policjantka.
– Melduj.
– Od naszego przyjazdu nikt nie próbował wyjść z klubu ani do niego wejść. Właściciel, poinformowany o sytuacji, zadbał o spokój na terenie klubu. Zaprosił chętnych na estradę, by mogli wystąpić z zespołem. Coś w rodzaju „mikrofonu dla wszystkich”. Pan Kincade i pani Furst są nadal na tyłach klubu z ofiarą i ratownikami medycznymi. Jest z nimi mój partner.
– Bardzo dobrze. Poinformowałam wydział opieki społecznej do spraw dzieci, poprosiłam, żeby przysłali tu kogoś do pomocy podczas przesłuchiwania nieletnich. Proszę ich skierować do tylnego wejścia.
– Tak jest, pani porucznik.
– Zostań na swoim posterunku.
Eve wzięła od Roarke’a zestaw podręczny i okrążyła budynek, kierując się do zaułka na jego tyłach.
Zobaczyła ratowników medycznych i mundurowego. Kilka kroków dalej stali Nadine i Jake, trzymając się za ręce.
Kiedy Nadine ją dostrzegła, Eve uniosła dłoń, żeby ją powstrzymać.
– Co wiadomo? – zwróciła się Eve do ratowników medycznych.
– Ofiara jest w wieku od piętnastu do siedemnastu lat. Nie zajrzeliśmy do jej torebki, by sprawdzić dokument tożsamości, pani porucznik, żeby wszystko zachować w takim stanie, jaki zastaliśmy.
– Doceniam to.
– Nie mogę podać dokładnej przyczyny śmierci, ale wygląda to na przedawkowanie. Skóra ma niebieskawy odcień, ślad od igły jest świeży. Sądząc po zaczerwienieniu wokół miejsca ukłucia, podejrzewam, że igła była wielokrotnie używana. Brak innych widocznych śladów na ciele ofiary. Wygląda na zdrową, w dobrym stanie fizycznym. Lekarz sądowy będzie mógł powiedzieć o niej coś więcej.
– Dotarliśmy tu o dwudziestej trzeciej zero cztery. W chwili naszego przybycia Jake… pan Kincade wykonywał sztuczne oddychanie, ale ofiara już nie żyła.
– Rozumiem. Jeszcze raz dziękuję, że zachowaliście miejsce wydarzenia w nienaruszonym stanie. Teraz ja się zajmę sprawą.
Drugi ratownik medyczny obejrzał się na Jake’a.
– Zrobiłeś wszystko, co można było zrobić.
Eve spojrzała na zwłoki. Ofiara mierzyła może z metr sześćdziesiąt wzrostu, ważyła z pięćdziesiąt kilogramów. Wystrojona na imprezę, przez ramię miała przewieszoną malutką, błyszczącą torebkę.
Eve otworzyła swój zestaw, żeby zabezpieczyć dłonie.
– Roarke, może przejdź się kawałek z Jakiem i Nadine? Zorganizuj dla nich kawę. – Spojrzała na Jake’a – był blady, wyraźnie przygnębiony, może w lekkim szoku. – Będę musiała z wami porozmawiać, ale najpierw muszę się zająć nią.
– Wyszła… wyszła, zataczając się, i…
– Przykro mi z powodu tego, co się wydarzyło, Jake, ale teraz zostaw ją mnie.
– Chodź, Jake. – Nadine objęła go w pasie. – Pozwólmy zrobić Dallas to, co do niej należy.
Kiedy Roarke oddalił się z nimi, Eve ukucnęła i ostrożnie otworzyła malutką torebkę.
Mały aparat telefoniczny, błyszczyk do ust, dokument tożsamości, karta-klucz, trochę gotówki i płytka podpisana DEMO DLA JAKE’A KINCADE’A.
Eve pomyślała sobie: jasna cholera.
– Dokument tożsamości w torebce, którą ma przy sobie ofiara, należy do Jenny Harbough, lat szesnaście, mieszanej rasy. Brązowe włosy, brązowe oczy, metr sześćdziesiąt wzrostu, waga czterdzieści osiem kilogramów. Zdjęcie przedstawia ofiarę.
Jeśli pominąć ufarbowane na różowo końce brązowych włosów i duże, martwe, brązowe oczy.
Eve umieściła zawartość torebki w torbie na dowody rzeczowe, wyjęła urządzenie do pobierania odcisków palców, żeby formalnościom stało się zadość.
– Odciski palców się zgadzają. – Odczytała do mikrofonu adres, uświadomiła sobie, że dziewczyna mieszka w sąsiedztwie ich przyjaciół, Charlesa i Louise. – Rodzice, Shane i Julia Harbough, jeden młodszy brat Reed, dwanaście lat.
Wyjęła mierniki.
– Śmierć nastąpiła o godzinie dwudziestej drugiej pięćdziesiąt osiem.
Włożyła mikrogogle, nachyliła się, żeby dobrze przyjrzeć się ranie na ramieniu.
– Powiedziała, że ktoś ją dziabnął, i wszystko na to wskazuje. Rana na ramieniu jest świeża. Widać opuchliznę i zaczerwienienie. Nie można wykluczyć, że sama ukłuła się igłą, ale brak na jej ciele śladów, świadczących o tym, że zażywała narkotyki. Do potwierdzenia przez lekarza sądowego.
Być może chłopak albo koleżanka nakłonili ją do spróbowania czegoś nowego? Przejaw młodzieńczego buntu, który zakończył się tragicznie?
_Dziabnął mnie_.
Albo coś zupełnie innego.
Eve delikatnie przekręciła zwłoki, ale nie znalazła żadnych widocznych obrażeń.
Przysiadła na piętach, wyjęła telefon, zadzwoniła do Peabody. Wyprostowała się, skontaktowała się z kostnicą, technikami.
– Czy byliście w środku? – zwróciła się do mundurowego.
– Tak jest, pani porucznik, przez krótką chwilę.
– Ile osób jest w klubie?
– No cóż, jest wypełniony po brzegi. Z pewnością ze dwie setki.
– No dobrze. Zostańcie tutaj, póki po zwłoki nie przyjedzie samochód z kostnicy. I technicy, którzy zbadają miejsce wydarzenia. Potem przypuszczalnie będziecie mi potrzebni obydwoje, by pomóc mi zapanować nad tłumem w środku.
– Tak jest, pani porucznik. Przykra sprawa, pani porucznik. Mam wnuczkę mniej więcej w jej wieku. To straszne, kiedy ofiarą jest dzieciak. Przypilnuję jej, póki po nią nie przyjadą.
Ponieważ w pierwszej kolejności chciała przesłuchać Jake’a, Eve ruszyła wzdłuż zaułka. Zobaczyła go razem z Nadine i Roarkiem obok jej wozu. Nim podeszła do nich, zatrzymała się, żeby wydać polecenia drugiej policjantce.
– Nadine, może przejdziesz się kawałek z Roarkiem?
– Nie chcę…
– Muszę porozmawiać z Jakiem. Bez świadków. A potem porozmawiam z tobą. Też bez świadków.
Nadine otworzyła usta, ale po chwili zamknęła je i skinęła głową. Odwróciła się do Jake’a, stanęła na palcach i go pocałowała.
Roarke oddalił się z Nadine, a Jake zwrócił się w stronę Eve.
– Boi się, że się rozsypię, co jest wielce prawdopodobne. Nie udało mi się uratować dziewczynie życia.
– Znałeś ją?
– Nie. Ale widziałem ją. Uświadomiłem sobie, że widziałem ją tańczącą na parkiecie. Tuż, nim skończyliśmy wykonywać zestaw utworów. Wydawała się bardzo szczęśliwa.
– I nie widziałeś jej nigdy wcześniej?
– Nie.
– Nazywa się Jenna Harbough. Coś ci to mówi?
– Nie. Jenna. – Powiedział to miękko, przycisnął palce do powiek.
Jeśli pominąć udrękę, malującą się na jego twarzy, wyglądał zupełnie jak gwiazda rocka, jaką był. Spłowiałe dżinsy, czarne buty za kostkę, czarna koszulka, podkreślająca jego doskonałą budowę ciała, bujna, ciemna czupryna o niebieskich końcówkach.
Ale aura przygnębienia otaczała go jak mgiełka.
– Wyszedłem, żeby zaczerpnąć nieco świeżego powietrza. W klubie jest piekielnie gorąco. Robiliśmy piętnastominutowe przerwy między poszczególnymi zestawami piosenek, więc wyszedłem, żeby napić się wody, zaczerpnąć powietrza. A ona nagle wytoczyła się przez drzwi.
– Wytoczyła się?
– Tak.
Eve usłyszała, że Jake bierze głęboki oddech, jakby chciał uspokoić nerwy.
– Wyszła, jakby się potykając, rozumiesz? Powiedziała, że wymiotowała. Pomyślałem sobie, że znalazła jakiś sposób, by się upić. Glo odznacza się sokolim wzrokiem w tych sprawach, ale nie można wykluczyć, że jeśli ktoś bardzo chce się napić, to znajdzie sposób. Wyglądała na lekko pijaną, właśnie tak sobie pomyślałem. Zamierzałem wrócić do środka, zaprowadzić ją do biura, odszukać Harve’a albo Glo. Byliby na nią wkurzeni, ale zajęliby się nią, zadzwonili po jej rodziców i co tam jeszcze trzeba by było zrobić.
Zamknął oczy i Eve pozwoliła mu pomilczeć chwilę. Mówił jej to, co musiała wiedzieć, zwalniając ją z konieczności zadawania pytań.
– Nie od razu zauważyłem ślad po igle. Chyba dlatego, że patrzyłem na jej twarz. Była bardzo blada. A potem powiedziała: „Dziabnął mnie”. Powtórzyła to dwa razy. Dopiero wtedy zobaczyłem ślad po igle. I zorientowałem się, że jest nie tyle blada, co lekko sina?
– Taak.
– Taak. – Przesunął dłonią po twarzy. – Widywałem to wcześniej. Podczas trasy koncertowej, u jednego gościa z obsługi technicznej. Udało im się uratować mu życie, zdążyli na czas, by uratować mu życie. A ona zaczęła się osuwać na ziemię. Złapałem ją, nim upadła. Miała ledwo wyczuwalny puls i… Wezwałem pogotowie ratunkowe, ale… Nigdy wcześniej nie byłem świadkiem śmierci, tego, jak ktoś… odchodzi. Obejmowałem ją, mówiłem do niej, starałem się skłonić ją do rozmowy ze mną, spytałem, jak jej na imię. Chciałem, żeby powiedziała cokolwiek. A ona straciła przytomność. Widziałem to, ale pomyślałem sobie: sztuczne oddychanie. Jest młoda, odzyska przytomność, ratownicy medyczni są w drodze. Pojawiła się Nadine – szukała mnie. Kiedy powiedziała „Potrzebna nam Dallas”, wiedziałem, że dziewczyna… Jenna… nie odzyska przytomności. Może gdybym…
– Jake, z tego, co mi właśnie powiedziałeś, wnioskuję, że nie trwało to dłużej niż dwie, trzy minuty.
– Taak, minęło zaledwie parę minut. Chociaż miałem wrażenie, że więcej – mruknął. – Ale owszem, wszystko odbyło się cholernie szybko.
– Powtórzę to, co ci powiedział ratownik medyczny. Uwierz mi, bo mamy z tym do czynienia na co dzień. Zrobiłeś wszystko, co mogłeś.
Ich spojrzenia się spotkały. Jego oczy nie były tak niesamowicie niebieskie, jak Roarke’a, tylko ciemnoniebieskie. Teraz przepełniał je żal.
– Odniosłem inne wrażenie.
– Czy ludzie – fani, wielbiciele i temu podobni – kiedykolwiek przysyłają ci lub wręczają płyty demo?
Uśmiechnął się lekko.
– O tak. Czemu pytasz?
– To coś, co muszę sprawdzić. Możesz mi powiedzieć, o której godzinie wyszedłeś z klubu?
– Tak, bo spojrzałem na zegarek, żeby wrócić, nim się skończy piętnastominutowa przerwa. Była za pięć jedenasta. Mieliśmy wykonać jeszcze jeden krótki zestaw utworów przed finałem o północy. Może nieco by się to przeciągnęło, ale podczas tych koncertów staramy się wykonać ostatni kawałek o północy. Dzieciaki muszą wrócić do domu o określonej godzinie.
– No tak. – Zobaczyła, jak Roarke z Nadine wyłaniają się zza rogu. – Chcę, żebyś przyszedł jutro do komendy. Powiedzmy o dziesiątej.
– W porządku. Słuchaj, czy miała krewnych? Wiem, że nie możesz mi ujawnić żadnych szczegółów, ale…
– Tak. Poinformuję ich jeszcze tej nocy.
Znów zamknął oczy.
– Jeśli zechcą porozmawiać ze mną… Byłem przy niej, kiedy…
– Powiem im o tym. Twoja kolej na spacer z Roarkiem.
– Tak jest. Dallas, co ona powiedziała? Jeśli ktoś jej to zrobił…
– Moim zadaniem jest ustalenie tego. Zrób jeszcze jedną rundkę – zwróciła się do Roarke’a, a potem spojrzała na Nadine.
– Nigdy go nie widziałam w takim stanie. Zawsze jest opanowany. Muszę go stąd zabrać, Dallas.
– W takim razie nie traćmy czasu. O której godzinie zespół zrobił sobie przerwę?
– Och. Nie wiem, chyba tuż przed jedenastą. Wiedziałam, że niebawem będzie przerwa, więc pobiegłam do toalety, nim setka nastolatek wpadnie na ten sam pomysł. Potem zaczęłam szukać Jake’a. Renn mi powiedział, że wyszedł na alejkę za klubem. Więc go tam odszukałam. Zobaczyłam, że Jake robi jakiejś dziewczynie sztuczne oddychanie. Chciałam zadzwonić po pogotowie, ale powiedział, że już wezwał karetkę. Ale, Dallas, widziałam, że już za późno. Usilnie się starał ją ratować, ale nie żyła. Powiedziałam, że zadzwonię do ciebie. Patrzył na mnie, kiedy to robiłam. – Nadine wzięła oddech i otarła łzę. – Patrzył na mnie z taką miną, jakbym złamała mu serce. Chyba nie podejrzewasz go, że coś zrobił tej dziewczynie. Wiesz, że… – Nadine urwała.
– Nie podejrzewam go, ale istnieją procedury, których muszę przestrzegać, żeby był poza wszelkimi podejrzeniami. Wiesz o tym.
Nadine otarła kolejną łzę, tym razem ze zniecierpliwieniem.
– To coś innego, kiedy dotyczy to ciebie osobiście. Wiesz o tym. Ale znam cię – dodała. – I wiem, że znajdziesz tego, kto to zrobił tej biednej dziewczynie.
– W tej chwili nie mogę ponad wszelką wątpliwość stwierdzić, czy ktoś jej coś zrobił.
Nadine przesunęła dłonią po swoich blond włosach z pasemkami, rzuciła Eve jedno przeciągłe spojrzenie tymi swoimi przenikliwymi, zielonymi oczami.
– Nie możesz tego powiedzieć, ale wiesz to.
– A ty wiesz, że wszystkie stacje będą trąbiły o tym, że Jake Kincade i Nadine Furst byli w alejce z martwą nastolatką.
Nadine położyła dłoń na biodrze. Miała na sobie czarne, obcisłe dżinsy.
– Jestem dziennikarką zajmującą się zbrodniami, więc doskonale zdaję sobie z tego sprawę. To jeszcze jeden powód, dlaczego chcę go zabrać jak najdalej stąd. Zajmiemy się tym.
– Żadnych wywiadów bez mojej zgody.
Te słowa wystarczyły, żeby Nadine zaczęła wyglądać i zachowywać się jak zwykle.
– Słyszałaś coś o takim drobiazgu, jak pierwsza poprawka?
– Jeśli ktoś to zrobił tej dziewczynie, czyż nie wykonałby tańca radości, gdyby stwierdził, że jego podły czyn jest omawiany we wszystkich kanałach plotkarskich? Miała na imię Jenna. Postarajmy się zachować to w tajemnicy, to oraz rolę Jake’a, najdłużej, jak się da.
– Masz rację. Nie zamierzałam przeprowadzać wywiadów. Po prostu nie lubię, jak ktoś mi czegoś zabrania. A oto i oni. Roarke jest jak skała, Dallas.
– Wiem o tym. Zabierz Jake’a do domu. Przyjdzie jutro rano do komendy na dodatkowe przesłuchanie. Przy odrobinie szczęścia i dzięki Morrisowi powinnam już znać przyczynę śmierci dziewczyny.
Obejrzała się na klub.
– A jeśli dopisze mi dużo szczęścia, może jeszcze dziś w nocy będę miała podejrzanego.
– A co z pozostałymi członkami zespołu? Jake będzie chciał wiedzieć. Są jak rodzina.
– Muszę z nimi porozmawiać i potem będą wolni. To cały proces, Nadine. A oto Peabody z McNabem. Zabierz Jake’a do domu – powtórzyła i poszła w przeciwną stronę, żeby powitać swoją partnerkę i jej osobistego narzeczonego.
Detektyw McNab, jedna z gwiazd wydziału informatyki śledczej, wyglądał w workowatych spodniach w paski i wściekle różowej koszulce jak artysta cyrkowy jeżdżący na monocyklu i żonglujący piłeczkami.
W jednym uchu miał błyszczące ćwieki i malutkie kółeczka; długie blond włosy, zebrane w koński ogon, poruszały się w prawo i lewo, kiedy tanecznym krokiem zbliżał się do Eve.
Peabody ciężko stąpała w różowych kowbojkach. Miała na sobie czarne spodnie i różową, stonowaną koszulę, ale w ciemnych włosach nadal dostrzec można było liczne czerwone pasemka.
– W alejce na tyłach klubu mamy martwą nastolatkę, czekamy na przewiezienie jej do kostnicy. A w środku – ciągnęła Eve – prawdopodobnie setkę albo więcej nastolatków, w tej chwili zabawianych przez zespół Avenue A. Uwzględniając personel, rodziców lub opiekunów, może ich wszystkich razem być bliżej dwóch setek.
– Jak Jake? – spytała Peabody.
– Trzyma się. Musimy zacząć przesłuchiwać ludzi w klubie i wypuszczać ich do domów, a jeszcze nie pojawił się nikt z wydziału opieki społecznej. Trzeba poinformować rodziców ofiary. Muszę się tym teraz zająć. Peabody, zadzwoń jeszcze raz do wydziału opieki społecznej, powiedz, żeby natychmiast kogoś tu oddelegowali, bo inaczej dobiorę im się do tyłków. Póki nie stawi się ktoś reprezentujący prawa nieletnich, ogranicz się do przesłuchiwania dorosłych albo nieletnich, którzy przyszli tu z rodzicem lub opiekunem.
– McNab, porozmawiaj z członkami zespołu, ustal chronologię wydarzeń, gdzie który z nich był. Koło dwudziestej drugiej pięćdziesiąt pięć zrobili sobie przerwę. Postaraj się o nagrania z kamer monitoringu, zainstalowanych przy obu wejściach.
Opisała ofiarę i jak była ubrana.
– Ustalcie, czy ktoś ją widział, widział cokolwiek. Postaram się jak najszybciej do was dołączyć.
Podeszła do Roarke’a.
– Dziękuję, że zabrałeś ich na spacer wokół kwartału.
– Wspaniały wieczór, w sam raz na spacery, nawet jeśli okoliczności są tragiczne.
– To będzie naprawdę bardzo trudna noc dla rodziców ofiary. Zamierzam do nich pojechać, by im przekazać tę smutną wiadomość.
– Bez Peabody?
– Nie mogę sobie pozwolić na taki luksus, kiedy w klubie przebywa tylu potencjalnych świadków i podejrzanych. Słuchaj, nie wiem, jak długo to potrwa, więc…
– Zamierzasz poinformować matkę i ojca o śmierci ich dziecka. – Wziął od niej zestaw podręczny, by wsadzić go do bagażnika. – Będę ci towarzyszył.
Zamknął bagażnik.
– Sprawdziłaś ich?
– Jeszcze nie.
– To może ja usiądę za kierownicą, a ty się tym zajmij.
Wzięła głęboki oddech, żeby nocne powietrze chociaż częściowo wyparło trudne emocje.
– Zgoda. Mieszkają obok Charlesa i Louise.
– Naprawdę? – bąknął. – Zawsze, kiedy człowiek się dziwi, jak wielki jest świat, on nam przypomina, jaki jest mały. Być może się znają.
– Taak. – Zajęła miejsce w samochodzie. – Być może. Ofiara miała w torebce płytę. Podpisaną PŁYTA DEMO DLA JAKE’A KINCADE’A.
– Ach. Powiedziałaś mu o tym?
– Nie. Nie musi o tym wiedzieć, póki tego nie sprawdzę. Wypytałam go, czy ją znał, kontaktował się z nią, czy coś mu mówi jej imię. Oświadczył, że nie. Powiedział, że zauważył ją na parkiecie podczas ostatniej piosenki, którą wykonywali przed przerwą. Tańczyła. Wierzę mu. Uwierzyłabym mu nawet, gdybym go nie znała. Poza tym zgadzają się godziny, co wyklucza go jako tego, który wbił jej igłę w ramię. Nawet gdyby jakoś ukrył przed kimś takim jak Nadine, jak ja, jak ty, że jest bezwzględnym zabójcą nastolatki.
– Ale martwi cię to.
– Ewentualny związek między Jakiem a ofiarą nieco skomplikowałby sprawę. Jego zeznania brzmią wiarygodnie i na moją ocenę nie wpływa fakt, że go znam. Dodaj do tego chronologię wydarzeń. Lecz tak czy inaczej to nieco komplikuje sprawy.
I musiała to wyjaśnić.
Ale teraz stała przed koniecznością zniszczenia na zawsze świata i losów trzech osób.
Znaleźli się na spokojnym Lower West Side, pełnym szacownych kamienic z brązowego piaskowca i drzew okrytych letnią zielenią. Dostrzegła światło w dwóch oknach domu, w którym mieszkali Charles i Louise. I przynajmniej dwukrotnie więcej w rezydencji państwa Harbough.
Czekają na powrót córki, pomyślała. Prawdopodobnie patrzą na zegarek, odliczają, kiedy powinna dotrzeć do domu. Wiedziała, że rodzice się niepokoją – zetknęła się z wieloma takimi – a niektórzy wyobrażają sobie najgorsze.
Ale nikt nie wierzy w najgorsze, póki nie zapuka ono do ich drzwi.
– Ona jest lekarką – powiedziała Eve Roarke’owi. – Być może znają się z Louise. On należy do kierownictwa firmy na Wall Street, stoi na czele jednego z oddziałów. Są małżeństwem od dwudziestu lat. Ona ma na swoim koncie zarzut napaści – była mniej więcej w wieku córki. Na jej życzenie nie utajniono sprawy.
Eve wysiadła z samochodu, stanęła na chodniku, uważnie przyjrzała się kamienicy.
– Zdzieliła pięścią faceta pikietującego klinikę dla kobiet, kiedy próbował zabronić jej i jej matce wejść do środka.
Podeszli do drzwi oświetlonych kinkietami.
Porządne zabezpieczenia, odruchowo stwierdziła Eve, i przypomniała sobie kartę magnetyczną w torebce Jenny Harbough, którą dziewczyna już nigdy się nie posłuży.
Nacisnęła dzwonek i poczuła, jak Roarke przyciska dłoń do jej pleców, by okazać jej wsparcie.
Otworzył im chudy mężczyzna ze strzechą brązowych włosów, poprzetykanych siwizną. Miał na sobie szare spodnie dresowe i T-shirt z napisem: PONIEWAŻ.
Jego pociągłą twarz pokrywał – w ocenie Eve – dwudniowy zarost. Rzucił im uprzejmy uśmiech, ale w jego orzechowych oczach malowała się ciekawość.
– Słucham państwa?
– Panie Harbough, jestem porucznik Dallas z nowojorskiej policji. – Pokazała mu odznakę.
Nim zdążyła cokolwiek dodać, skrzywił się.
– Jezu, czy ma jakieś kłopoty? Nastolatki w klubie rockowym, cóż złego mogło ją spotkać? Jule! Zdaje się, że musimy wpłacić kaucję. Przepraszam, proszę wejść. Nie wróciła do domu na czas – ciągnął – więc czeka ją kara.
– Panie Harbough – znów odezwała się Eve, kiedy znaleźli się w holu. Na prawo prowadziło szerokie przejście do pokoju rodzinnego, na lewo do mniejszego pomieszczenia, a na wprost schody na górę.
– Nie odbiera telefonu. – W holu pojawiła się kobieta. Ze zmarszczonym czołem wpatrywała się w trzymany w dłoni telefon. Mieszanej rasy, z burzą falujących brązowych włosów z jaśniejszymi pasemkami, o brązowych oczach, które odziedziczyła po niej córka.
– Ta dziewczyna jest…
Urwała, kiedy uniosła wzrok, zobaczyła Eve i Roarke’a.
Jej oczy stały się puste, twarz poszarzała.
– Wiem, kim jesteście. Co się stało Jennie? Gdzie jest Jenna?
– Pani doktor Harbough…
– Powiedzcie to. – Julia wyciągnęła dłoń i złapała kurczowo ramię męża.
– Z żalem zawiadamiam, że państwa córka nie żyje.
– Co takiego? – zapytał Shane gniewnym tonem. – To jakaś bzdura. Proszę natychmiast opuścić nasz dom.
– Shane. – Julia odwróciła się, objęła męża. – Nasza córeczka. Nasza córeczka.
– To nieprawda. Dość tego. Jennie nic nie jest. Lada chwila wróci do domu. Pojadę po nią. Natychmiast po nią jadę.
– Shane. – Łzy płynęły po policzkach Julii. Odsunęła się nieco od męża, żeby spojrzeć mu w oczy.
I to, co zobaczył na jej twarzy, sprawiło, że jego gniew przemienił się w szok, potem wyparcie, na koniec bezgraniczną rozpacz.
– Nie – powiedział. – Nie, nie, nie.
Osunął się na podłogę. Julia nie wypuściła go z objęć.
– To pomyłka – wydusił z siebie, dygocząc na całym ciele. – To jakaś okropna pomyłka. Jenna lada chwila wróci do domu.
– Shane. Shane, musisz mi pomóc. Musisz się trzymać i mi pomóc. Musimy wiedzieć, co się stało.
– Nie wierzę w to. Nie uwierzę w to. Julio, tu chodzi o Jennę.
– Wiem. Wiem. – Ujęła jego twarz w obie dłonie, pocałowała go w oba policzki. – Proszę, wstań. Musimy poznać prawdę. Chodzi o Jennę. Musimy poznać prawdę.
Pomogła mężowi stanąć na nogi, spojrzała na Eve.
– Musimy wiedzieć, co się stało.
– Usiądźmy. Powiem państwu tyle, ile wiem.