Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Przysięga zemsty - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
16 września 2026
4719 pkt
punktów Virtualo

Przysięga zemsty - ebook

Rune Ryker nie ma już nic do stracenia. Nieśmiertelniodebrali jej wszystko – rodzinę, dom, wolność. Ale dziewczyna ma już dość grania według ich zasad.

Każdego roku ludzie są zmuszani do podróży na Ziemie Nieśmiertelnych, by przejść Selekcję – pobór stu dusz w ramach pokuty za bunt. Dwudziestoletnia Rune podczas Selekcji sama się zgłasza, zdeterminowana, by odnaleźć rodzinę oraz zniszczyć każdego, kto stanie jej na drodze. Rune przywykła do robienia wszystkiego, co konieczne, a teraz musi zmierzyć się z Kuźnią – bezwzględną akademią, w której Nieśmiertelni druidzi uczą się władać nieuchwytną magią kart tarota. Kiedy okazuje się, że moc Rune jest najrzadsza i najpotężniejsza ze wszystkich, kobieta zostaje zmuszona zamieszkać z jedyną osobą władającą tym samym darem – księciem Dravenem. Mężczyzna jest równie arogancki, co bezwzględnie ambitny, i jest ostatnią osobą, której mogłaby zaufać.

Umiejętności Rune przyciągają również uwagę najbardziej niebezpiecznych druidów w królestwach. Niektórzy chcą ją wykorzystać, ale większość pragnie jej śmierci. Draven oferuje, że wytrenuje Rune za pewną cenę. Gdy Rune zostaje uwikłana w niebezpieczne gierki księcia, dowiaduje się, że w samym sercu królestwa kryją się tajemnice, których niektórzy są gotowi bronić nawet za cenę własnego życia.

A narastające uczucia między Rune i Dravenem mogą stać się iskrą, która rozpali nadchodzącą wojnę.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8441-793-5
Rozmiar pliku: 2,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WIELKIE ARKANA MOCY

-------------------- ----------------------------------
ARKANA MAGIA
GŁUPIEC _Nieustraszoność_
MAG _Transfiguracja_
NAJWYŻSZA KAPŁANKA _Telepatia_
CESARZOWA _Uleczanie_
CESARZ _Telekineza_
NAJWYŻSZY KAPŁAN _Spacerowanie po Pamięci_
KOCHANKOWIE _Perswazja_
RYDWAN _Szybkość_
MOC _Siła_
EREMITA _Niewidzialność_
KOŁO FORTUNY _Szczęście_
SPRAWIEDLIWOŚĆ _Zwinność_
WISIELEC _Kontrola Czasu_
ŚMIERĆ _Cienie_
RÓWNOWAGA _Osłabianie Mocy Innych_
DIABEŁ _Iluzje_
WIEŻA _Piorun_
GWIAZDA _Załamywanie Światła_
KSIĘŻYC _Zmiennokształtność_
SŁOŃCE _Plazma_
SĄD OSTATECZNY _Kontrola nad Żywymi i Umarłymi_
ŚWIAT _Wszystkie_
-------------------- ----------------------------------

Drogi śmiertelniku,

_Przysięga zemsty_ to trzymający w napięciu romans dla dorosłych. Jego akcja rozgrywa się w akademii, w której naucza się magii kart tarota. Zawiera elementy, na które część czytelników może być wrażliwa, takie jak próba napaści seksualnej, niechciane pocałunki i dotyk, samobójstwo nienazwanej postaci, niewolnictwo, śmierć, żałoba i strata, spożywanie alkoholu oraz zażywanie narkotyków, diaspora, wymuszona asymilacja, wulgarny język, przemoc, a także szczegółowe opisy kontaktów seksualnych odbywających się za obopólną zgodą. Mam nadzieję, że dla czytelników wrażliwych na te tematy ujęłam te elementy z należytą ostrożnością.

Przygotuj się na przyjęcie własnej talii tarota…PROLOG

SZEŚĆ LAT TEMU

RUNE NIE CHCIAŁA zamarznąć na śmierć w jakiejś zapyziałej, obskurnej chacie. Opatuliła się stertą koców tak szczelnie, że ledwo mogła się ruszyć. Powietrze było mroźne, a jej oddech płytki. Nienaturalny chłód zbyt gwałtownie drapał ją w płuca, a ona miała tylko czternaście lat i nie przywykła do mrozów. Jej matka mamrotała coś do siebie, przemierzając drewnianą podłogę – chodziła od okna do okna i wypatrywała jakichkolwiek oznak życia. Za oszronionymi szybami szalała zamieć, a deski pod stopami zamarzły tak, że ich dotyk sprawiał ból.

Rune i jej matka nie mogły jednak ryzykować rozpalenia ogniska. Patrole dowiedziałyby się wtedy, że ktoś jest w domu, a obie powinny były wyruszyć na Selekcję razem z resztą wioski trzy dni wcześniej. Jako nowe przybyszki mogły jedynie się modlić, by ich nieobecność pozostała niezauważona.

Nieśmiertelni zabrali ojca Rune już rok wcześniej, gdy miała trzynaście lat, a jej brata bliźniaka, gdy miała sześć.

Rune przesunęła kciukiem po zepsutej zabawkowej figurce króla – ostatniej pamiątce po bracie. Matka zakopała resztę jego rzeczy i od czasu, gdy wyrwano go jej z rąk, nie była już sobą. A po ojcu Rune zachowała jedynie małą zawieszkę z kości, przyczepioną do naszyjnika, którego nigdy nie zdejmowała. Ozdobę wyrzeźbiono na kształt haczyka wędkarskiego – można jej było nawet używać do łowienia ryb, czego ojciec Rune nauczył się od własnych rodziców. Ale został jej odebrany, zanim zdążył przekazać jej tę umiejętność. Raz po raz wodziła kciukiem po krzywiznach haczyka, jakby to mogło zwrócić dziewczynie ojca.

Rune kaszlnęła lekko, otulając się ciaśniej kocami. Tęskniła za ciepłem Wyspy Bogactw bardziej niż kiedykolwiek. Matka spojrzeniem przypomniała jej, żeby była cicho. Czasami Rune miała wrażenie, że za każdym razem, gdy matka na nią patrzy, widzi tylko jej brata bliźniaka, którego straciła…

Nagłe pukanie do drzwi sprawiło, że serce Rune stanęło, a z płuc uleciał jej oddech.

To mogli być tylko nieśmiertelni patrolujący okolicę. _Druidzi._

Zalało ją przerażenie. Nie do końca wiedziała, jaka kara czeka ją za to, że nie uczestniczyła w Selekcji. O wszystkich złapanych zaginął słuch. Zostali zabici albo porwani, a ostatecznie nie była pewna, co jest gorsze.

Matka Rune podeszła do niej i wcisnęła jej w ramiona torbę z zapasami nalewek oraz toników; zawsze miała talent do tworzenia lekarstw na przeziębienia i maści na rany. Rune próbowała powstrzymać łzy, gdy matka pocałowała ją w czoło, tylko raz, po czym się odsunęła, jakby nie mogła znieść dotyku skóry Rune ani chwili dłużej, i wskazała na małą, wklęsłą przestrzeń pod podłogą.

– Druidzi są najgorsi ze wszystkich trzech rodzajów nieśmiertelnych – powiedziała wcześniej tego samego dnia matka. – Władają najbardziej zabójczą magią.

Ale nawet gdyby wyczuli kogoś w domu, nie mogliby określić, ile osób znajduje się w środku. Na to liczyła jej matka.

Rune pokręciła głową. Nie chciała się ukrywać – to było wszystko, co jej zostało.

Ktoś załomotał w drzwi, aż się zatrzęsły.

Magia druidów nie pozwalała im wejść do ludzkiego domu bez wcześniejszego pozwolenia – był to relikt ochrony pozostały po Wielkiej Wojnie. Wciąż jednak mogli wyważyć drzwi. To oznaczało, że Rune i jej matka miały zaledwie kilka cennych minut… jeśli nie mniej.

_Rune_, wyszeptała bezgłośnie matka. To była prośba. Dolna warga kobiety drżała, jakby ona sama nie mogła tego znieść. Od tak dawna żyły w napięciu, że ta jedna emocjonalna chwila złamała Rune. Skinęła głową i poruszając się najciszej jak potrafiła, z oczami zamglonymi od łez, wślizgnęła się do kryjówki.

Gdy Rune wpełzła do środka, matka położyła dłoń na jej policzku i otarła łzę, po czym przyłożyła swoje czoło do czoła córki i nachyliła się do jej ucha, by powtórzyć starą frazę z czasów Wojny, którą lubiła często mówić w ciche noce, gdy nieobecność rodziny była najgłośniejsza. Oddech kobiety łaskotał Rune w ucho.

– Mogą skraść moją wolność, moją miłość, mój oddech, ale tak długo, jak się ich nie lękam, nie mają nade mną władzy.

– Nie mają nade mną władzy – powtórzyła cicho Rune drżącym głosem.

Pukanie do drzwi stało się natarczywsze. Matka skinęła głową i stanęła dumnie w ich maleńkim, jednoizbowym domku, jakby nosiła koronę i była odziana w złote szaty, a nie w znoszone, połatane ubrania.

Rune czuła nienawiść do samej siebie, gdy naciągała deski z powrotem na miejsce nad głową, i wpatrywała się w spoiny, gdzie drewno do siebie nie przylegało. Drewniane deski, którymi były zabite drzwi, zajęczały. Rune zacisnęła zęby, a na jej policzkach zamarzały łzy.

– Otwierać! – zawarczał głos.

Przestrzeń pod podłogą prowadziła na zewnątrz. Rune powinna uciekać, ale sparaliżował ją strach.

Drzwi wejściowe otworzyły się z hukiem. Rune z trudem wyjrzała przez szpary. Cień padł na przestrzeń. Dziewczyna zerknęła przez szczeliny, próbując uspokoić oddech, i zobaczyła… skrzydła. Ogromne skrzydła przyćmiły wejście, a światło słoneczne za nimi wysysało z nich wszelkie inne rysy. Deski podłogowe głośno zaskrzypiały, a Rune powstrzymała się od zamknięcia oczu.

– Nie ma potrzeby niszczyć mi domu. – Głos matki był stanowczy. – Znaleźliście mnie, więc pójdę z wami z własnej woli.

_Nie, nie, proszę, nie._

Rozległ się odgłos lekkich kroków, gdy matka cicho przeszła obok górujących postaci i wyszła na zewnątrz. Rune wstrzymała oddech.

– Powinniśmy przeszukać dom, na wypadek gdyby kryli się tu też inni? Zostawić wiadomość na drzwiach? – spytał strażnik.

– Spal go – warknął inny. – To będzie bardziej wymowne.

– Nie ma potrzeby… Nie!

Protesty matki utonęły w fali płomieni.

Ogień lizał podłogi z nienaturalną prędkością, pożerając wszystko w zasięgu wzroku, zamieniając książki i meble w płynny popiół. Upał narastał, a Rune cofała się przerażona, gdy chmury gęstego, czarnego dymu się kłębiły, wypełniając niewielką przestrzeń. Oczy dziewczyny robiły się coraz bardziej suche, w miarę jak ciemność się rozprzestrzeniała.

Instynktowna chęć ucieczki była nie do zniesienia. Rune rozpaczliwie drapała dłońmi o ziemię pod domem, aż natrafiła na lód i śnieg. Czołgała się, a potem zataczała, z dala od żaru i popiołu. Dopiero wtedy się odwróciła i zobaczyła, jak płomienie pochłaniają dom.

Po druidach i matce nie było śladu. Po prostu zniknęli.

Drewno zajęczało, gdy chata się zawaliła. Dziewczyna słyszała własny ciężki oddech, jakby dochodził z oddali.

Nie było nikogo, do kogo mogłaby uciec. Nie znała nikogo, kto mógłby jej pomóc.

Odwróciła się więc plecami do płomieni, a ostatnie słowa matki narastały w jej umyśle, zapuszczając korzenie niczym chwast, aż stały się jedynym, co mogła usłyszeć. _Nie ma się czego bać._

Ale strach był jedną z niewielu rzeczy, jakie pozostały Rune, poza ciemnością, która została pod nim zasiana.

I poza nienawiścią.

Odzyska matkę. Tak jak ojca i brata.

Ale najpierw musiała przetrwać i zabić strach, przez który odchodziła od zmysłów.

Więc zaczęła biec.

I nigdy się nie zatrzymała.KRÓLEWSKI DEKRET

PIĘTNAŚCIE LAT TEMU w odpowiedzi na bunt śmiertelników trzej nieśmiertelni królowie podpisali królewski dekret. Brzmi on następująco:

Od tej pory, pierwszego dnia Dziewiątego Miesiąca, śmiertelnicy będą co roku przechodzić Selekcję, czyli pobór stu dusz w ramach pokuty za przeklęty bunt. Każde z dziewięciu pozostałych terytoriów śmiertelników podda się Selekcji losowo i bez sprzeciwu albo ściągnie na siebie naszą furię.

Niestawienie się na Selekcji skutkować będzie utratą życia i/lub mienia.

Te dusze nigdy więcej nie zobaczą krain śmiertelników.

Módlcie się o nasze miłosierdzie.

Podpisano

Król Altair, władca Serafinów

Król Silas, władca Druidów

i Król Eldarion, władca ElfówROZDZIAŁ 1

Selekcja

Głupiec reprezentuje nieskończony potencjał w cyklu tarota – początki, nowe ścieżki i przygody w nieznane. Towarzyszy mu wielkie ryzyko, owszem, ale także potencjał zdobycia wielkiej nagrody.

MÓJ LIST GOŃCZY wpatruje się we mnie z poszarpanych resztek murów tego zrujnowanego miasta. Rune Ryker, poszukiwana żywa lub martwa. To dobra nagroda, jestem wiele warta – zwłaszcza jeśli przyprowadzą mnie żywą. A to wszystko dlatego, że Lord Westfall chciałby, żeby kara za moją dezercję była bolesna. Nic dziwnego, skoro zostawiłam go w kałuży jego własnej krwi wśród płonących ruin jego dworu.

Zasługiwał na coś gorszego.

Przeciskam się przez tłum rodzin zgromadzonych w cieniu monstrualnego Muru Nieśmiertelnych, ignorując ich ciche, ostatnie modlitwy. To dzień, w którym nikt nie chce zostać dostrzeżonym, a tym bardziej zwracać na siebie uwagi. Ale ja nie jestem byle kim i to nie jest byle jaki dzień. Jeśli choć jedna przestraszona osoba w tym tłumie podniesie wzrok i mnie rozpozna, to mam przejebane.

To dzień Selekcji i muszę __ zostać wybrana.

A nie aresztowana.

Dzień Selekcji zawsze jest przesycony odorem grozy na wybranym terytorium śmiertelników. Wszyscy ludzie zmuszeni do długich wędrówek przez góry, by dotrzeć do tego, co zostało ze stolicy, tego dnia boją się najbardziej. Dnia, w którym ich rodziny zostaną oszczędzone albo brutalnie rozdzielone.

Ja przynajmniej nie mam już kogo stracić.

Nad mieszkańcami Westfall ciąży mroczna beznadzieja; przejawia się w ich spuszczonych spojrzeniach i zgarbionych ramionach. Żal mi tych ludzi i zazdroszczę rodzinom, które jeszcze nie ­wiedzą, jak to jest być ofiarą Selekcji. Przemykam przez małe, szepczące grupki ludzi, odsuwających się od Żniwiarzy patrolujących to zniszczone miasto.

Stolica to teraz niewiele więcej niż sterta ruin. Kiedyś była perłą w koronie Vexamire, królestwa śmiertelników. Ale znajdowała się w Kravenish – terytorium najbliższym krainie nieśmiertelnych – więc upadła jako pierwsza. Wciąż widać ruiny dziedzińca, na który serafini zesłali swoją moc. Na połamanych płytkach białe smugi błys­kawic pozostawiły wypalone ślady wyglądające, jakby wytatuowano je na brudnej fasadzie.

Podobno w ciągu sekund zginęły tysiące. Powstanie śmiertelników nie miało szans.

Mimo to mój list gończy, przyklejony do kilku jeszcze stojących ścian, mocno rzuca się w oczy. Mam na nim księżycowobiałe włosy oraz jasnobrązową skórę. Muszę przyznać artyście, że świetnie oddał mój grymas. Uchwycił nawet złoto w moich oczach, a użył jedynie pergaminu i atramentu.

Muszę się stąd wydostać.

Podciągam kaptur i wciskam pod niego bujne loki, gdy przedzieram się przez tłum. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebuję, jest jakiś natrętny dupek, który zechce szybko zarobić, wydając mnie Żniwiarzom. Nie zamierzam marnować dni w ludzkim więzieniu ani, co gorsza… wrócić do Lorda Westfall po mojej pospiesznej ucieczce. Na szczęście większość ludzi tutaj wygląda na wyczerpanych podróżą – tulą się do siebie, unikają kontaktu wzrokowego z przechodniami. Ich zaniepokojone szepty przykuwają moją uwagę.

– Najgorsi są druidzi – szepcze do swojego kompana młody mężczyzna z zaczerwienionymi oczami. – Każdy z nich jest czarnoksiężnikiem.

To prawda. Serafini władają brutalną siłą fizyczną, elfy perswazją, ale to magia druidów budzi największą grozę.

– Runę?

Dźwięk mojego imienia sprawia, że nagle się zatrzymuję, ale to tylko uliczny sprzedawca, opychający talizmany runiczne. Jego wargę przecina blizna.

– Na ochronę przed Selekcją. Druidzi ich nie znoszą.

Przewracam oczami, gdy próbuje wetknąć mi do ręki talizman, oczekując w zamian złota, ale ja tylko naciągam kaptur.

– Wątpię.

Ludzie nie mogą posługiwać się magią i przy tym nie umrzeć, każdy o tym wie. To, co wyrył na tych gładzonych kamieniach, to tylko bazgroły.

– Jesteś pewna? Kto wie, co druidzi zrobią takiej niewinnej dziewczynie jak ty. – Sprzedawca stara się zajrzeć mi pod kaptur.

Przepycham się obok niego, zanim zdąży dostrzec moją twarz.

– Wypróbuj swoje sztuczki na kimś innym – mamroczę. – Ze mną ci się nie uda.

Mruczy coś pod nosem, po czym odchodzi, by zapolować na kolejnych drżących ze strachu ludzi.

Mijam młodą kobietę, która pyta swoją grupę:

– Słyszałam, że zawsze wybierają ludzi w naszym wieku. Myślicie, że to prawda?

Obgryza paznokcie, owijając się ciaśniej peleryną.

Zabierają każdego, kogo zechcą. Sama byłam świadkiem ich gniewu.

Potem przez sześć lat próbowałam przetrwać, gdy mierzyłam się z konsekwencjami tamtych wydarzeń, aż trafiłam na służbę u Lorda Westfall. Spotkał mnie los gorszy niż śmierć. Przeżyłam piekło, by przygotować się na tę chwilę, by mieć szansę stać się wystarczająco silną, żeby stawić czoła temu, co kryje się za Murem. By w końcu stracili nade mną władzę.

Tamtego dnia uciekłam. Już nigdy więcej tego nie zrobię. Ale moje dłonie wciąż się pocą, gdy przeciskam się naprzód. Pieprzyć to, mam dość ukrywania się.

Tłum się przerzedza, gdy prę dalej. Jak co roku, setka osób zostanie wybrana spośród wielu tysięcy i zabrana do jednego z trzech królestw nieśmiertelnych po drugiej stronie Muru w ramach pokuty za powstanie, które wybuchło prawie piętnaście lat temu. Miałam wtedy tylko pięć lat i ledwo pamiętam Wielką Wojnę. Nie żeby to miało znaczenie – nie wolno nam o niej mówić. Ale jedynym sposobem, by przedostać się do królestwa nieśmiertelnych, jest Selekcja. To słabość, o której oni sami nawet nie wiedzą – a ja zamierzam ją wykorzystać do oporu.

Rozglądam się po Murze. Jest ogromny. Nieśmiertelni strzegą swojej cennej magii za granitowym blokiem z żyłami układającymi się w wiecznie wirujące wzory, gromadząc ją jak smok złoto. Karmazynowy piasek zbiera się w połowie drogi między nami a Murem, skrywając w każdym ziarenku magię, której żaden śmiertelnik nie może przekroczyć.

Wiem, bo próbowałam. Straciłam przytomność i obudziłam się kilka godzin później z potwornym bólem głowy i krwotokiem z nosa. Nie, jedynym sposobem na przekroczenie tego Muru jest zostanie wybranym w Dniu Selekcji… Właśnie po to tu jestem.

Powraca do mnie wspomnienie rymowanki, której nauczył mnie ojciec. Spacerowaliśmy po plaży na Wyspie Bogactw. Miałam może pięć lat, a on wręczył mi jasny kwiat z drzewa płomieni – czerwone płatki otaczały tlący się biały kłębek ognia. Ojciec wyrecytował słowa: „Strzeż się druidów płomienia, którzy wciągają ludzi w swe gry, ich magia pożera pragnienia, chcą posiąść śmiertelników dusze i łzy”.

Zaciskam pięści na to wspomnienie, mrużąc oczy i wpatrując się w ten nieznośny Mur. Po jego drugiej stronie nieśmiertelni mają mojego ojca.

Jak w jakiejś pokręconej grze, na zmianę decydują każdego roku, komu przypadają Selekcje. W tym roku przyszła kolej tych samych druidów, którzy zabrali moją matkę, bo odmówiła wzięcia udziału w ich grze. Mam dość pozwalania, by Selekcje igrały z moim życiem, moim losem.

Kłamałam, oszukiwałam, zmieniłam się w broń, by przetrwać. Dziewczyna, która uciekła z chaty, umarła, gdy wstąpiłam na służbę u potężnego Lorda Westfall. Spotkałam go po raz pierwszy, kiedy miałam piętnaście lat, rok po tym, jak moja mama została porwana. Miałam odmrożenia i byłam przestraszona, a on obiecał mi to, czego rozpaczliwie potrzebowałam: bezpieczeństwo. Potem to, czego pragnęłam: siłę, by przezwyciężyć strach przed nieśmiertelnymi. Ale nie za darmo – wszystko zawsze ma swoją cenę. A każdy akt służby wymagał ode mnie poświęcenia kawałka duszy.

Zaczęłam od małych rzeczy – zbierałam sekrety, szantażowałam lordów i damy. Z każdym szeptem wspinałam się o szczebel wyżej, aż zdobyłam tytuł Zjawy – najwyższego szpiega Lorda Westfall. Czasami kazał mi robić gorsze rzeczy. Nigdy jednak nie lubiłam ranić innych, niezależnie od tego, jak winni byli naprawdę. Nienawidziłam go słuchać, a w końcu znienawidziłam również siebie.

Spaliłam więc za sobą wszystkie mosty, gdy puściłam z dymem drogocenną posiadłość Lorda Westfall. Bez jego ochrony jestem nikim. Co gorsza… za moją głowę wyznaczono najwyższą nagrodę w historii śmiertelnego królestwa Vexamire.

Nie ma już odwrotu.

Do moich uszu dociera śmiech, tak nie na miejscu w tym ponurym otoczeniu. Po lewej zauważam grupkę szlachciców oraz dworzan – widziałam niektórych z nich w posiadłości Lorda West­fall, kręcących się na jego hałaśliwych, grzesznych przyjęciach, w okolicach zamku czy w narkotykowych melinach i burdelach. Ma coś na każdego z nich, choć żaden o tym nie wie. Oni jako jedyni się uśmiechają i nie zawracają sobie głowy ściszaniem głosu, bo wiedzą, że dzięki swojemu statusowi raczej nie zostaną Wyselekcjonowani. Dupki. To właśnie ich powinnam unikać. Jeśli ich rozpoznałam, istnieje ryzyko, że oni mnie też. Jeden z nich podnosi wzrok, skupia na mnie uwagę i mruży oczy. Chowam włosy pod głęboki kaptur, odwracam się od szlachciców i przepycham do przodu.

Oddycham szybciej i drżą mi nogi, gdy wygładzam nową tunikę, którą kupiłam za swój ostatni grozogrosz. Ciemny fiolet nie jest tak głęboki jak karmazyn noszony przez druidów czy czerń, ale to najlepsze, na co mnie stać. Ludzcy krawcy nie potrafią odtworzyć finezji szat nieśmiertelnych. Mój nowy szmaragdowy płaszcz wisi luźno, zapięty na mojej szyi. Pasuje do moich obdrapanych butów. To jedyna część stroju, którą mam od lat. Na ich aksamitnych bokach matka wyhaftowała złotą nicią księżyce i gwiazdy. Buty są znoszone, ale czyste i być może druidzi nie zauważą mankamentów. Mimo to widziałam już, jak elfy kręcą spiczastymi nosami na brudnych ludzi.

Elfy wybierają artystycznych oraz czystych śmiertelników, podczas gdy serafini wolą silnych i pięknych.

Ja nie należę do żadnej z tych grup. Ale druidzi? Może będą chcieli kogoś, w kim została tylko wściekłość – kogoś bardziej podobnego do nich.

– Na piekła, przeklęta przez księżyc – mamrocze idąca nieopodal kobieta i odsuwa się ode mnie wraz z dzieckiem, jakbym była złym omenem.

Czuję zimno w piersiach, a moje serce zmienia się w coś małego i pomarszczonego. Większość ludzi nie przejmuje się takimi rzeczami. Z frustracją zakładam lśniące włosy za uszy. Śnieżnobiały kolor moich loków to znak, że kilka pokoleń temu ktoś z mojego rodu dzielił łoże z nieśmiertelnym – z serafinem. Bycie „przeklętym przez księżyc” jest powszechne na Wyspie Bogactw, ale znajduje się ona tysiące kilometrów stąd.

Łapię wzrok chłopca stojącego pięć osób przede mną. Ma ciemnoczerwone włosy, krótko przystrzyżone po bokach, ale dłuższe na czubku głowy. Spotyka moje spojrzenie i przewraca oczami na kobietę, która rzuciła tamten komentarz. Posyła mi krzywy uśmiech. Jest przeklęty przez lawę, ma w sobie domieszkę druidzkiej krwi, więc jestem pewna, że przyciąga tyle samo spojrzeń co ja. Ciekawe, czy z tego powodu będą bardziej skłonni go wybrać.

Zerkam przez ramię na szlachciców, teraz cicho pomrukujących. Niektórzy z nich kiwają głowami w moją stronę. Cholera. Ktoś obok mnie przestępuje z nogi na nogę, a ja podskakuję. To młody mężczyzna o włosach tak jasnych, że są niemal srebrne. Ma rysy twarzy rzadko spotykane w Westfall, więc nie przybył tu ze szlachcicami. Musi pochodzić z terytorium bardziej oddalonego na wschód, z miejsca jeszcze zimniejszego. Mruży krystalicznie niebieskie oczy, gdy patrzy na czerwony piasek przede mną, a potem przenosi wzrok na szczyt Muru.

Duma nad tym, jak nerwowo rozpocząć rozmowę. W końcu zerka na mój kolor skóry i wypala:

– Skąd jesteś? Z pobliża równika?

Klasyka. Wzdycham.

– Mój ojciec pochodził z Wyspy Bogactw – odpowiadam.

Przyglądam się lekkiej tunice mężczyzny i jego źle dopasowanemu, łatanemu płaszczowi, ale na dłoniach nieznajomego nie widać śladów pracy na farmie czy w składzie drewna. Ani jednego odcis­ku. To podejrzane.

– Plakat z twoją podobizną całkiem mocno zapada w pamięć, Zjawo z Westfall.

Mówi to spokojnie, jakby za moją głowę nie wyznaczono nagrody.

Wbijam paznokcie w dłonie tak mocno, że zostają mi ślady. Nieznajomy szydzi, a na jego ustach maluje się pogardliwy uśmieszek.

– Słyszałem, że z pałacu Lorda Westfall została ruina. On sam ma tak okaleczoną twarz, że ledwo da się go rozpoznać. Jego Zjawę widziano, gdy uciekała z miejsca zbrodni.

– Szkoda.

Że przeżył, w każdym razie. Miałam do tej pory nadzieję, że Thane Blackwell zginął powolną, bolesną śmiercią.

Nieznajomy przewraca oczami, gdy rzucam mu wściekłe spojrzenie.

– Nie martw się, nie przybyłem tu po nagrodę za twoją głowę. Choć jestem pewny, że niektórzy z tu obecnych byliby tym zainteresowani.

Co za facet… Nie wzięłam dziś ze sobą broni, ale nie potrzebowałabym jej, by utrzeć mu nosa. Jednak nie mogę pozwolić sobie na bójkę, więc uśmiecham się do niego z przymusem.

– Niech zgadnę, pochodzisz z Eastgate? Z Shadowfell?

Na dźwięk tej drugiej nazwy lekko drgnął, zdradzając, że jestem na dobrym tropie. Ostrożnie dobieram słowa, niczym subtelny nóż gotowy do ataku, gdyby się okazało, że mężczyzna stanowi zagrożenie.

– Masz płaszcz biedaka, ale dłonie bogacza. Uciekasz przed czymś, mały paniczu?

Zerkam porozumiewawczo w stronę najbliższego słupa z listami gończymi, a uśmiech nieznajomego rzednie.

– Coś w tym stylu – warczy.

W jego oczach kryje się krzta ciemności. Rozpoznaję ten ból.

– Większość nie ucieka ku nieśmiertelnym. – Mierzy mnie ostrym spojrzeniem. – Ale wygląda na to, że my tak.

– Dlaczego mi się nie przedstawisz? Oszczędź mi spaceru, żebym mogła sprawdzić, ile jesteś wart.

Unosi brew, patrząc na mnie.

– Kasper. A ty?

Ciągnę za nitkę pajęczyny i informacje kupione lub pozyskane szantażem wskakują na swoje miejsce. Mówi prawdę, bo tak nazywa się adoptowany syn Lorda Shadowfell. Czy uciekł z domu i utknął w Westfall akurat na czas Selekcji? A może chce zostać podczas niej wybrany, tak jak ja? Usypiam jego czujność, serwując mu okruch prawdy, żeby się przekonać, czy opuści gardę.

– Cóż, nie jestem już Zjawą. Mam na imię po prostu Rune.

Krzywi się i nie mogę go za to winić. To nie jest pospolite imię.

Publiczność głośno wzdycha, a ja znów kieruję uwagę przed siebie, na czerwone piaski znajdujące się trzydzieści metrów dalej. Ciemność rozprzestrzeniła się niczym atrament rozlany na wodzie, tuż na granicy między ich królestwem a naszym, sprawiając, że powietrze wokół faluje niczym miraż na piaskach pustyni. Ale zrobiło się zimniej. Kasper już się nie liczy. Przenoszę go w głąb pamięci. Nigdy nie byłam na Selekcjach zarządzanych przez druidów. Widziałam tylko te kierowane przez serafinów, którzy pojawili się w smugach światła i grzmotów, oraz przez elfy; one otworzyły w ziemi u naszych stóp tunel ozdobiony diamentami.

Ani jedni, ani drudzy nie przyprawili mnie o drżenie nóg tak jak druidzi wyłaniający się z cienia.

Przypominają mi mrok czający się między gwiazdami.

Potężni i tajemniczy, ale w moim świecie to zazwyczaj oznacza niebezpieczeństwo.

Wyłaniają się z cieni niczym płynna śmierć. Każdy z nich emanuje pewnością siebie zabójcy, wilka na polowaniu. Od stóp do głów odziani są w kunsztownie wykonane żelazne zbroje. Większość ma skrzydła i jakieś rogi – jedyne cechy, dzięki którym można ich odróżnić w tych wojskowych mundurach oraz identycznych, pozbawionych wyrazu maskach. Część maszeruje z dziwnymi zwierzęcymi chowańcami u boku. Szakalami i krukowatymi ptakami. Wężami oraz jaguarami. Słyszałam plotki, że trzymają bardziej magiczne gatunki stworzeń, ale nie widzę żadnego, chociaż się rozglądam. Czy druidzi rozmawiają ze zwierzętami? Co sprawia, że chowańce są z nimi tak związane?

Kasper przenosi ciężar z nogi na nogę, jakby przygotowywał się do walki.

– No to zaczynamy.

– Po prostu nie wchodź mi w drogę – syczę, pozwalając, by między nas wślizgnął się jakiś przerażony staruszek.

Serce wali mi jak młotem, gdy dociera do mnie, co zaraz zrobię. Ojciec kiedyś powiedział mi, że druidzi zrodzili się z serafinów i demonów, a z okien ich pałaców widać czeluści piekieł. Zaciskam zęby. To tylko bajka, opowieść na dobranoc, która miała ostrzegać przed niebezpieczeństwem, niczym smuga jaskrawej zieleni na jadowitym wężu.

Mój kręgosłup pozostaje sztywny i nie odczuwam strachu.

Ale inni śmiertelnicy tak. Rozlega się fala krzyków, a tłum zaczyna się przepychać. Druidzi rozchodzą się, przenikając i otaczając zgromadzenie. Ich dłonie lśnią, energia owija się wokół moich nóg niczym wąż i ciągnie, aż kolanami dotykam ziemi.

Wszyscy wokół mnie klęczą, zmuszeni do tego magią.

Zapada cisza. Druidzi przestają śledzić tłum i prostują się, patrząc na Mur. Przyglądam im się przez chwilę – ich uszy są spiczaste, jak u reszty nieśmiertelnych, ale poza tym niewiele mogę dostrzec z ich rysów przez te surowe, proste maski zakrywające im twarze. Identyczne maski mignęły mi przed oczami w dniu, gdy zabrano mi matkę. Ich zbroje ledwo pozwalają dostrzec skrawek skóry. Może druidzi faktycznie są __ demonami.

Oślepia nas błysk światła i z płomieni wyłania się druid. Jego ruchy są płynne jak u rysia. Na jego czole spoczywa korona z jelenich poroży; pod nią świecą błyszczące srebrne oczy. Skrzydła na jego plecach są dwa razy większe niż te u żołnierzy. To musi być Wybierający tej Selekcji. Ich bezbożny król.

U jego boku staje druidka, spowita w delikatne pajęczyny.

Za nimi podąża młody mężczyzna, ubrany na czarno. Złote akcenty na jego królewskim, a zarazem militarnym stroju wyróżniają go spośród reszty oddziału. Jego długie, ciemne włosy rozdzielają się na spiralnych, czarnych rogach. Przebiegłe oczy w kolorze indygo są widoczne nawet z tego miejsca, choć skrzydła nie są żylaste jak u innych, lecz upierzone niczym u kruka, a ich kolor zmienia się w świetle.

Na końcu stoi dziecko, które nie może mieć więcej niż osiem lat. Ma onyksowe włosy, opadające na ramiona, i zamaskowaną twarz, tak jak reszta rodziny. Rogi wokół jego głowy są małe i karłowate.

Druidzi patrzą na morze klęczących postaci. Jeśli mam zostać Wyselekcjonowana, muszę też zostać dostrzeżona. Dlatego zachowałam każdego miedzianego ślimaka i srebrnego pająka, żeby zapłacić sukiennikowi za utkanie mi płaszcza – takiego, który będzie błyszczał i łapał światło, barwionego w sposób nietypowy dla ludzi, żebym mogła się wyróżniać dzięki jego kolorom. Odciągam kaptur i pozwalam, żeby włosy powiewały za mną swobodnie, niczym dziki sztandar.

_Zobacz mnie, zauważ mnie, spójrz na mnie_, żądam, wysyłając myśli niczym modlitwę. Klątwę.

Skupiam wzrok na starszym z dwóch książąt. Promienie przebijające się przez chmury rozświetlają jego gładkie, lśniące czarne włosy, gdy patrzy na mnie. Serce mi zamiera, gdy jego oczy zmieniają kolor na fioletowy. Czy to gra świateł? A może jakaś cecha druida?

Przechyla głowę, mierzy mnie wzrokiem z góry do dołu, skupiając na mnie uwagę pomimo wściekłości w moim spojrzeniu – dopóki nie zwilżę suchych ust. Od tej pory zdaje się patrzeć tylko na nie.

Cóż… on __ zdecydowanie mnie zauważył.

– Chwała królowi Silasowi, królowej Veście, księciu Dravenowi i księciu Anselowi z dynastii Vos – zapowiada ich wezyr.

Ma na sobie bogate szaty w kolorze zgaszonego fioletu o lekko różowym odcieniu. Wyróżnia się na tle druidzkich szkarłatów, czerni oraz złota i podąża za królem niczym cień. Zawsze krąży przy władcy, skupiając na nim całą uwagę.

– Zgodnie z rytuałem inicjacji wśród naszego ludu Selekcji dokonają książę Draven i książę Ansel – oznajmia król głosem tak głębokim i szorstkim, że dźwięk przypomina szorowanie szpadlem po płytkim grobie.

Kładzie delikatnie dłoń na ramieniu najmłodszego syna. Palce ma odziane w coś, co przypomina łuskowatą zbroję, a brak dotyku na moim ramieniu pali niczym ogień.

Jakby widmowy ślad dłoni mojego ojca kreślił tę samą linię.

Książę Ansel niepewnie odsuwa się o kilka kroków od rodziców i spod złowrogiej maski satyra lustruje okrągłymi oczami moją stronę tłumu. Idzie chwiejnym krokiem, jak nowo narodzony jeleń. Dziecko odprawia rytuał, którego konsekwencji nie rozumie. Myślę o swoim bracie. Był młodszy od tego chłopca, kiedy został Wyselekcjonowany. Stalowa siła wzmacnia mój kręgosłup.

Zmuszę __ go, by mnie wybrał, jeśli zajdzie taka konieczność.

Jednak książę Draven powstrzymuje go przed ruszeniem w moją stronę, gdy odwraca małego Ansela i szepcze coś do jego drobnego, spiczastego ucha. Ansel kiwa głową w stronę starszego brata, chwytając go za rękę, a Draven ciągnie go na drugą stronę. Razem dokonają tych Selekcji. Moje nadzieje topnieją. Co, jeśli skończą Selekcję, zanim w ogóle do mnie dotrą? Młodego księcia łatwiej mogłabym oszukać, byłby bardziej skłonny mi ulec.

Książę Draven wydaje się… trudniejszy.

Nie potrafię określić jego wieku, ale nie wygląda na dużo starszego ode mnie, a mam dwadzieścia lat. Niewymuszona gracja jego ruchów sprawia, że moją pierś przeszywa ostrzegawczy dreszcz. Podpowiada mi, że książę Draven jest kimś innym, kimś magicznym, niebezpiecznym drapieżnikiem, którego należy obserwować i do którego nie należy się odwracać plecami. Poza wysoką, umięśnioną sylwetką i długimi, ciemnymi włosami widzę jedynie jego oczy – ma na twarzy maskę, tak jak wszyscy inni. A jednak raz po raz zatrzymuje na mnie spojrzenie. W kącikach oczu księcia pojawiają się zmarszczki, jakby uważał mnie za zabawną. Wykrzywiam usta, ale nie mogę przestać się w niego wpatrywać.

Ten palant prawdopodobnie miał w życiu wszystko. Skupiam się na jego wąskiej talii, muskularnych ramionach i barkach. Nawet jego cholerne nogi są potężne pod ciemną tkaniną. Niech to szlag, musi mieć jakąś słabość. Zmuszam się, żeby nie zatrzymywać się zbyt długo wzrokiem gdzie indziej, a on znów na mnie spogląda. Przysięgam, że jest w tym spojrzeniu jakaś satysfakcja, jakby dokładnie widział, że właśnie pożerałam wzrokiem jego muskularne ciało.

Co za dupek.

Podczas gdy inni pochylają głowy, ja nie spuszczam wzroku z księcia Dravena, który szepcze polecenia Anselowi, pozwalając mu podejmować decyzje z pomocą brata. Początkowo młody książę się waha, ale z każdą Selekcją nabiera pewności siebie. Kiedy jedna z dziewcząt płacze, Ansel zastyga w bezruchu, po czym z zaniepokojeniem odwraca głowę w stronę rodziców. Królowa kiwa głową, zachęcając go do nikczemnego działania, a on kontynuuje z Dravenem, towarzyszącym mu u jego boku niczym syczący wąż.

Selekcje przyspieszają, a wybory następują żwawiej. Książę Draven nigdy nie raczy sam wybierać, choć gdy szepcze do ucha brata, zastanawiam się, czy potajemnie to nie on wskazuje ich wszystkich. Wybierają tyle samo osób z tyłu i ze środka tłumu co z przodu.

Znajdują się zaledwie kilka kroków ode mnie. Serce wali mi jak młotem i wstrzymuję oddech, gdy książę Ansel przerywa. Liczy na palcach, a potem odwraca się do brata.

– Ile jeszcze?

– Czworo – podpowiada książę Draven.

Jego słowa przemykają mi po karku niczym duch, mimo że stoi kilka kroków ode mnie. Moje płuca nie łapią wystarczająco dużo powietrza. Nie mogę ryzykować czekania kolejnego roku na Selekcję. To musi być teraz.

– Och, dobrze. Tylko czworo – wzdycha książę Ansel z ulgą, jakby dla nich to było trudniejsze niż dla rodzin tu obecnych.

Przechodzi jeszcze kilka kroków i wybiera faceta przeklętego przez lawę, mimo że ten trzymał głowę nisko spuszczoną. Po nim przychodzi czas na rudowłosą dziewczynę w moim wieku, klęczącą z wysoko uniesioną brodą, drgającym gardłem i łzami spływającymi po piegowatej twarzy. Książę Ansel podchodzi bliżej. Z tej odległości jest taki drobny.

Staje centymetry od mojej twarzy. Drżę z niecierpliwości. _Ja, wybierz mnie_. Przygląda mi się, a potem moim włosom. Wskazuje jednak na Kaspra, unosząc małą, miękką dłoń. Kasper z ulgą opuszcza ramiona. Teraz została tylko jedna osoba.

Żołądek mi się skręca, jakby szykował się do skoku.

Książę myli moje śnieżnobiałe włosy ze starością. Prawdopodobnie nie wie nawet, co to znaczy być przeklętym przez księżyc, bo to tylko wymysł śmiertelników. Twarz mi płonie, skroń się poci, gdy okno czasowe się zamyka, a moja nadzieja słabnie. Kościste ramiona młodego księcia opadają, a on sam wodzi wzrokiem po tłumie za mną. Widać, że jest wyczerpany, a reszta ludzi to rzadko wybierani prawdziwi starcy. Patrzę gniewnie na Dravena, który wytrzymuje moje spojrzenie, jakby się cieszył, widząc mnie na kolanach, ale nie szepcze nic więcej bratu. Pozwala mu wybrać. Albo dać się przekonać. Dostrzegam szansę.

– Wybierz mnie – szepczę pośpiesznie.

Ludzie obok mnie gwałtownie się odchylają.

Nieruchome szafirowe oczy księcia Ansela wpatrują się w moje, a ja jestem zaskoczona, że ma tak władcze spojrzenie jak na dziecko. Ale wtedy on się wzdryga i wycofuje w stronę brata. Krzywię się. Nie wolno nam rozmawiać z nieśmiertelnymi członkami rodziny królewskiej. To surowo zabronione, grozi za to egzekucja. Mój wzrok powoli się unosi i napotyka płonące spojrzenie księcia Dravena, który ma oczy w kolorze indygo i ponad metr osiemdziesiąt wzrostu.

Jego oczy zmieniają kolor na fioletowy. To zdecydowanie nie sztuczka, ale jakaś magia, której nie rozpoznaję. W oczach księcia jest światło, choć nie powinno tam być, śmiała figlarność, jak u wilka bawiącego się zającem, zanim wbije w niego zęby.

Przechyla głowę na bok, a potem nagle klęka. Wciąż jest wyższy od młodszego brata, ale teraz bliżej mu do mojego poziomu oczu. Dłoń Dravena podtrzymuje plecy brata, by ten trzymał się prosto, stał niewzruszony.

– Ona nie powinna się do mnie odzywać – szepcze zmartwiony książę Ansel, patrząc na brata.

Książę Draven mierzy mnie tym samym opanowanym wzrokiem, jakby chciał mnie nim pożreć. Jego ton jest figlarny, gdy mówi:

– Cóż, więc to chyba musi zostać tajemnicą, o której wie tylko nasza trójka. Co ty na to?

Książę Ansel wydaje z siebie cichy chichot, tak nie na miejscu, jakby rozległ się podczas pogrzebu. Jednak przytakuje.

Unosi małą dłoń i wskazuje prosto na mnie.ROZDZIAŁ 3

Arkana

Mówi się, że druidzi są jedyną grupą nieśmiertelnych czczącą ciemność – ich bogowie władają z podziemi, ich magia jest nad wyraz nikczemna. Są akolitami chaosu i hucznych uczt, ich karty tarota są zdolne do odarcia z życia, tak jak papier ścierny do ściągnięcia z drewna lakieru.

Broszura Ascendencji podpisana A. C.

MIMO WSZYSTKICH SŁÓW księcia nie potrafię stwierdzić, co piję. Prawie się odsuwam, gdy płyn spływa mi po języku. Smak miedzi podpowiada mi, że ten drań rzeczywiście podał mi krew, zanim uświadamiam sobie, że to przez metalową miskę. Napój jest gęsty i słodki jak galaretka. Ten dziwny smak sprawia, że robi mi się ciepło i zaczynam odczuwać mrowienie. Jest uzależniająco dobry, a kiedy patrzę księciu Dravenowi w oczy, widzę w nich iskrę rozbawienia.

Wyciąga mi naczynie spomiędzy ust. Zajmuje mi całą minutę, nim uświadamiam sobie, że wciąż oblizuję wargi. Mogłabym wypić całą miskę, gdyby mi pozwolono.

Pochyla się bliżej mnie i mówi ściszonym głosem:

– Wiem, że jesteś spragniona, ale postaraj się zostawić trochę dla innych.

_Och, spierdalaj_. Twarz mi płonie, gdy książę Draven podaje tę samą miskę strażnikowi, a on zanosi ją kolejnej osobie. Młody mężczyzna ponownie wkracza w szereg druidów, a jego ojciec chwyta go za rękę, w której błyszczy coś złotego.

– Byłem pewny, że rzuci się z Muru – komentuje cicho rodziciel.

Teraz otwarcie posyłam im wściekłe spojrzenie, gdy książę Draven swobodnie przyjmuje monetę. Spojrzenie jego oczu w kolorze indygo znów przesuwa się po mnie, a iskra dumy przemyka mu przez oczy.

Jakby miał cokolwiek do powiedzenia w sprawie mojego losu.

Przechyla głowę na bok, odrzucając długie, czarne włosy, jakby właśnie usłyszał moje myśli.

Odwracam głowę i patrzę, jak wszyscy chętnie przyjmują napój.

Nic nie czuję, nie mam żadnych skutków ubocznych poza pragnieniem skosztowania więcej. Kasper się waha, obserwując mnie, jakby czekał, czy nie padnę. Mimo to pozwala, by wlano mu napój do ust. Przysięgam, że trzyma go tak, jakby chciał splunąć nim w twarz druidowi, który mu podał miskę. Chwilę później wywraca oczami, zahipnotyzowany smakiem. Przełyka, dysząc z pragnienia, a jego oczy stają się zupełnie czarne. Mrugam. Obraz znika, jego oczy znów są przenikliwie niebieskie i jasne.

Po dotknięciu warg wszystkich tu obecnych misa znika.

Co teraz? Odwracam się do króla, zdezorientowana, a on unosi rękę i wyciąga w naszą stronę palec, który zostawia za sobą srebrzysty płomień.

Następuje chwila ciszy, wstrzymujemy oddech. I wtedy moje wnętrzności skręcają się z potwornego bólu, zaczynam się krztusić.

Słowa samoistnie wychodzą z moich ust:

– Obliguję swą duszę, by służyła twemu królestwu na zawsze.

Te same słowa dobiegają z ust wszystkich, a gdy kończę recytować, z trudem łapię oddech. Nie byłam na to gotowa, Przysięga została wyrwana ze mnie tak nagle.

Mrowienie, niczym maleńkie igiełki, zaczyna kłuć całe moje ciało. Zwijam się w kłębek, opierając się o trawę. Nie mogę skupić się na niczym ani na nikim innym, gdy ból narasta, pali mnie.

_Przestań, proszę, przestań_, myślę rozpaczliwie, kiedy moje ciało się kurczy i wije pod naciskiem tej magicznej więzi. Padam, otwieram usta w niemym krzyku i czuję smak ziemi, gdy zaczynam kopać i drapać trawę. Oczy oraz uszy mnie pieką, jakby poparzyło je słońce. Czaszka boli, jakby ktoś wyrywał mi zęby. Paznokcie szczypią, jakby drzazgi wbiły się między nie a delikatną skórę pod spodem.

Inni krzyczą, wrzeszczą wokół mnie, ale ja do nich nie dołączam. Jestem zbyt uparta, choć ból z tyłu czaszki mnie ogłusza.

_Zrobię wszystko, byle tylko to ustało_. Nie potrafię powstrzymać myśli, które wdzierają się do mojego wnętrza, ale nagle słyszę w sobie głos, zbyt blisko, by czuć się komfortowo, jakby ktoś szeptał mi prosto do ucha.

_Poddaj się _– żąda.

Nienawidzę siebie w chwili, gdy słyszę te słowa, bo wiem, że posłucham. Po kilku kolejnych męczących sekundach rzeczywiście tak jest. Pozwalam, by ten głos, czymkolwiek on jest, zawładnął moim umysłem i wycisnął ze mnie kawałki mnie samej, niczym miąższ z łupiny. Kiedy staje się usatysfakcjonowany, zaciskam pięści w ziemi, a moje dłonie rozrywają trawnik.

Ale to koniec. Przeżyłam. Ból mija tak szybko, jak się pojawił.

Król cofa rękę, a jego srebrne oczy wędrują między nami wszystkimi, wijącymi się i dyszącymi na ziemi. Zmuszam się, by uklęknąć, i ocieram twarz z ziemi. Boli mnie szczęka, a język przebiega po zaostrzonych kłach. Co się ze mną stało? Kiedy patrzę na swoje palce, ostre, nieśmiertelne szpony zmieniają się z powrotem w normalne paznokcie. Zastanawiam się, czy nawet moje oczy świecą jak te druidów. Czuję napływające łzy, ale powstrzymuję je mrugnięciem. Zasłaniam drżącymi dłońmi uszy i odkrywam, że są spiczaste.

Trzęsąc się z wściekłości, wpatruję się w króla. Chcę nazwać go sukinsynem, przekląć za to, co mi zrobił, ale jakkolwiek bym się starała, nie potrafię. Teraz jest moim królem. Kiedy spaliłam dwór Lorda Westfall, poprzysięgłam, że nie będę służyła już nikomu innemu poza sobą, ale teraz… należę do nich.

Książę Draven patrzy na mnie, stojąc u boku ojca. Jest nieprzenikniony, po prostu mnie obserwuje, jakby na coś czekał.

Moje ciało wydaje się obce, a kości puste i lekkie. Powietrze źle dociera do moich płuc. Dźwięki otaczają mnie z każdej strony, a pole widzenia się zwęża. Skóra na twarzy mnie mrowi, jakby pod jej powierzchnią pełzały pająki.

Ktoś wstaje i ucieka – kobieta starsza od większości tu obecnych. Bez wahania dociera do deski przymocowanej do ściany. Strażnicy jej nie zatrzymują. Rudowłosa dziewczyna, która płakała na Selekcji, szepcze:

– Nie.

W jednej chwili kobieta tam stoi, w drugiej już jej nie ma. Nadal klęczymy w milczeniu i mija sporo czasu, zanim usłyszymy głuchy odgłos, który następuje po jej locie w dół. Gdy dobiega mnie ten dźwięk, zaczynają mi drżeć ramiona. Nie powinnam tego słyszeć, ale mój zmysł słuchu jest wyostrzony, podobnie jak wszystko inne. Nawet cisza po tym jest głośna, moje zmysły są przeciążone tym nowo przeobrażonym ciałem.

– Wszyscy jesteście teraz członkami mojego królestwa – ogłasza król. – Nigdy więcej nie zostaniecie przyjęci do świata śmiertelnych. Nawet wasi ukochani zapolowaliby na was z nienawiści. Pochowajcie więc tamte życia, tamte marzenia, tamte imiona, jeśli musicie. Wasza transformacja nie jest jeszcze skończona, ale to pomoże wam przeżyć za Murem. Wciąż jesteście w pełni śmiertelni. Jesteście odmieńcami, dopóki nie udowodnicie własnej wartości i nie ukończycie Zstąpienia pod koniec nadchodzącej wiosny. Potem staniecie się nieśmiertelni. Pozwólcie, by był to pierwszy dzień reszty waszego życia. Przeznaczone jest wam znacznie więcej niż tylko obrócenie się w proch i będziecie dobrze służyć mnie oraz mojemu ludowi.

Przykłada dłoń do biodra i wyciąga zza pasa talię kart, które tasują się, jakby rozdzielone niewidzialnymi rękami, po czym spoczywają nieruchomo na jego dłoni. Gestem nakazuje nam wstać, a my wykonujemy polecenie. Potykam się, bo moje nogi nie są przyzwyczajone do nowej formy. Otrzepuję brud z ciała, a oczy łzawią mi z oburzenia z powodu niechcianej transformacji ciała.

– To karty tarota. Każda z nich jest nasączona własną magiczną historią i może służyć jako przewodnik wszelkich magicznych talentów czy Arkanów, które do was przemawiają – wyjaśnia król Silas.

Kładzie pająkowatą dłoń na stosie kart i nie dotykając ich, powoli unosi rękę wnętrzem w stronę publiczności. Karta z wierzchu talii podąża za ruchem, unosząc się w przestrzeni między nami a nim. Czarno-złote zdobienia na powierzchni lśnią w rozedrganym świetle, odbijając promienie przypominające koronę słońca.

Mimo narastającej wściekłości pochylam się do przodu i dostrzegam, że karta przedstawia postać o nieokreślonej płci – siedzącą na tronie, z koroną na głowie, mieczem w jednej ręce i wagą zwisającą z drugiej.

– Tarot pomaga skupić dwadzieścia dwa magiczne talenty odkryte przez druidów, z których każdy nazywany jest Wielkim Arkanum. Zostały nam podarowane przez naszego najświętszego boga Azazela, Pana Śmierci.

Pstryka palcami, a reszta kart w talii wzbija się w powietrze i zaczyna go otaczać.

– Każdy druid, niezależnie od tego, czy urodził się jako Dziecko Azazela czy przybył do nas spoza granicy jako odmieniec, odczuwa szczególny pociąg do jednego z tych talentów i może użyć kart niczym syfonów, by kontrolować własną magię, poskromić tę moc i skumulować w opuszkach palców.

Słyszałam już wcześniej o tarocie. Szarlatani co roku paradowali z taliami kart przez Westfall, twierdząc, że to starożytne relikwie, które potrafią przenosić magię do krainy śmiertelników. Oczywiście były podróbkami. Nawet gdyby jakimś sposobem zdobyli prawdziwą talię, śmiertelnicy nie mogli przewodzić magii – wszyscy wiedzieli, że byłby to wyrok śmierci.

Magia potrzebowała źródła, z którego mogłaby czerpać – energii lub życia. Zawsze miała cenę. Życie śmiertelnika spaliłoby się niczym rozżarzony węgielek w starciu z jej mocą.

Król zbliża do siebie dłonie, chwytając karty w złotą sieć rozciągniętą między palcami. Umieszcza talię w dłoniach i wyciąga ją ku nam.

Ofiarowuje mi to, czego pragnie moje serce, przyciągając moją uwagę niczym światło ćmę, choć wiem, że prawdopodobnie się spalę. Nikt nie ofiarowuje mocy za darmo.

– W Sedah władzę otrzymują ci, którzy mają największy talent. Nie ze względu na pokrewieństwo, historię czy majątek, ale z racji tego, co mają do zaoferowania. Chcecie mieć władzę? Udowodnijcie to. Chcecie magii? Weźcie ją. Jednak odmieńcy mają pewne utrudnienie. Zostanie to skorygowane dzięki treningowi i czasowi spędzonemu w Kuźni, gdzie będziecie się uczyć oraz przeistoczycie się w coś nowego. Pokażcie mi swój potencjał.

Oczy zgromadzonych kierują się ku otwartej dłoni króla, trzymającego talię.

Nikt nie śmie ruszyć się naprzód, by chciwie chwycić się takiej obietnicy, na wypadek gdyby to była jakaś sztuczka.

Ale Kasper robi niepewny krok, potem kolejny, aż staje przed królem. Jego ręka drży, gdy trzyma ją nad stosem kart.

Pojedyncza karta spływa z dłoni króla do ręki Kaspra. Chłopak niezgrabnie chwyta ją w powietrzu. Nigdy nie widziałam, żeby człowiek czarował. To niemożliwe. Tyle że Kasper nie jest już zwykłym człowiekiem.

Ja też nie.

Jesteśmy teraz czymś pomiędzy. Otaczają mnie szepty podniecenia, jakby to był jakiś dar, a nie okropna umowa. Po co nas w ogóle zmieniać? Po co dawać nam władzę?

Kasper pozwala wezyrowi wziąć kartonik, a ten zapisuje coś w zwoju pergaminu. Kasper czeka, przyglądając się im szeroko otwartymi oczami… Niemal czuję, jak niecierpliwość wrze w jego napiętych ramionach. Ledwo oddycha.

– Najwyższa Kapłanka – wyjaśnia wezyr. – Reprezentuje intuicję, boską mądrość, instynkty. Niewiarygodnie użyteczne Arkanum, którym sam władam.

– Dziękuję – odpowiada krótko Kasper i zaciska usta w cienką linię.

Karta zostaje włożona z powrotem do talii i następuje tasowanie.

Kasper pochyla głowę i wraca do pozostałych, a wkrótce jego miejsce ochoczo zajmuje kobieta z tłumu. Podniecenie wokół mnie narasta, gdy tłum napiera naprzód. Akceptują to wszystko z taką łatwością. Pozwalam nowo wyszkolonym półdruidom ruszyć naprzód, by się przekonali, ile mocy i potencjalnych bogactw na nich czeka, a sama zostaję z tyłu.

Opieram dłonie na kolanach i oddycham, ale moje zmysły są zbyt wyostrzone. Czuję cytrusowy aromat trawy mieszający się z zapachem rosy u moich stóp. Elektryzująca woń cedru i wetywerii ciągnąca się za księciem Dravenem, zapach czystego lnu i żelaza wyczuwany od strażników, dymno-cynamonowy aromat otulający króla Silasa. Wyrywam się z transu i kuśtykam w kierunku małej fontanny, wyciągając dłonie ku wodzie. Ochlapanie twarzy powinno ukoić przeciążone zmysły, lecz gdy docieram do wody, wpatruję się z przerażeniem we własne odbicie.

_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij