Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Przysięgam, że cię odnajdę - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
18 maja 2026
2400 pkt
punktów Virtualo

Przysięgam, że cię odnajdę - ebook

Janusz Błażejewicz – napisanie książki zawsze było moim marzeniem, które spełniło się dzięki kryminałowi "Przysięgam, że cię odnajdę". To mój debiut – a ten dla każdego autora jest zapewne ogromnym przeżyciem. Bez wcześniejszego doświadczenia przeszedłem cały proces zarówno pisania, jak i wydania książki. Nie wymieniając poszczególnych osób, chciałbym serdecznie podziękować wszystkim, którzy pomogli mi spełnić to marzenie. Będzie mi miło, jeśli przeczytacie mój debiutancki kryminał.

Monika i Maks wylatują do Turcji na wczasy, gdzie po raz kolejny spędzają wymarzony urlop. Korzystają z atrakcji hotelu usytuowanego przy samej plaży. Maks jest świetnym pływakiem – w młodości wyczynowo uprawiał ten sport. 
Pewnego dnia Maks znika. Monika natychmiast zgłasza zaginięcie policji, a służby rozpoczynają poszukiwania. Niestety jej mąż jakby zapadł się pod ziemię.
Monika przysięga sobie, że odnajdzie Maksa, i zrobi wszystko, by tak się stało.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8308-650-7
Rozmiar pliku: 908 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1
SAMOLOT

Tego ranka lało jak z cebra, a wycieraczki w aucie Maksa momentami nie nadążały zbierać wody. Na szczęście do lotniska mieli niecałą godzinę jazdy. Monika spała spokojnie. Była bardzo zmęczona, gdyż cały wieczór przygotowywała się do wyjazdu. Spakowała dużą walizkę, a pod tym względem była perfekcjonistką. Wszystkie najważniejsze i najpotrzebniejsze rzeczy musiały znaleźć się w bagażu – kremy, lekarstwa, plastry, nożyczki, nici dentystyczne, chusteczki, patyczki itp. Maks nie przywiązywał do tego większej wagi, ale później zawsze dziękował żonie, że zabrała rzeczy, które uważał za zbędne. Zawsze pakował sam swoją walizkę i zajmowało mu to około pięciu minut. Siedem koszulek, siedem majtek, siedem par skarpet, kąpielówki i okulary do pływania. Pogoda w Polsce stała się nieprzewidywalna, dlatego Maks z Moniką od wielu już lat planowali urlop w krajach gwarantujących słoneczną pogodę. Tym razem wybrali Turcję, do której lecieli już po raz trzeci. Uwielbiali ten kraj, gdyż oferował to, co oboje kochali – słońce, ciepłą wodę, świetne i bardzo urozmaicone jedzenie. Nigdy nie jeździli dwa razy do tego samego hotelu, gdyż uważali, że świat jest wielki i piękny, więc trzeba odwiedzić jak najwięcej miejsc na kuli ziemskiej. Rezerwacją hotelu nieodmiennie zajmował się Maks, który już w styczniu przeglądał oferty, wybierał kilka z nich i przedstawiał je Monice. Tym razem zdecydowali się na Turkey Paradise Resort, który miał prywatną plażę, dużo zieleni i oferował pobyt _all inclusive_. Nie mogli się doczekać, kiedy w słońcu położą się na leżakach i będą chłodzić się zimnym piwem. Deszcz nieco złagodniał, ale i tak Maks nie czuł się dobrze za kierownicą. Na lotnisko do Gdańska wybrali się samochodem Moniki. Było jeszcze ciemno, gdyż wylot do Turcji zaplanowano na godzinę piątą pięć. Mokra nawierzchnia odbijała światła samochodów. Maks nie lubił jeździć w takich warunkach, ale zawsze dmuchał na zimne i wyjeżdżał ze znacznym zapasem czasu.

– Mówiłeś coś? – zapytała sennym głosem Monika.

– Ja? Nie – odpowiedział Maks.

– Miałam wrażenie, jakbyś z kimś rozmawiał.

– Zdawało ci się.

– A daleko jeszcze do lotniska?

– Nie, za jakieś pięć minut powinniśmy być na miejscu.

Na lotnisko przyjechali o drugiej czterdzieści, szybko wypakowali bagaże i Maks pojechał samochodem na wcześniej zarezerwowany parking. Po odstawieniu auta popędził w kierunku terminala lotniczego. Mimo że dzieliło go tylko dwieście metrów, to zmókł niemiłosiernie. Woda kapała z jego świeżo przystrzyżonej brody. Monika pomogła mu zdjąć przemoczoną kurtkę i zaproponowała:

– Może pójdziemy do restauracji napić się ciepłej herbaty z cytryną, żebyś się nie przeziębił?

Dobrze wiedziała, że nie przystanie na jej propozycję, gdyż herbata nie była jego ulubionym napojem. Maks wyjął z plecaka puszkę Coca-Coli, otworzył ją i prawie duszkiem wypił całą zawartość. Następnie spojrzał na tablicę informacyjną, przy której właśnie stali.

– Może później, bo zobacz, odprawa bagażowa do Antalyi już rozpoczęta. Oddamy bagaż, przejdziemy odprawę paszportową i celną, a później o tym pomyślimy. Pokazują, że samolot nie będzie miał opóźnienia, a dobrze mnie znasz i wiesz, że te wszystkie procedury lubię mieć szybko za sobą.

To Maks zawsze był odpowiedzialny za dokumenty. Miał przełożoną przez szyję saszetkę, w której znajdowały się paszporty, vouchery, bilety i pieniądze. Przed każdym wyjazdem wiele razy sprawdzał, czy wszystko zabrał.

Odprawy odbyły się sprawnie i po półgodzinie poszli do McDonaldsa na gorącą kawę z mlekiem. Maks kupił sobie również dwa kubki Coca-Coli. Uwielbiał ten napój od momentu, gdy pierwszy raz go posmakował. Pił go przy każdej okazji, by ugasić pragnienie, do posiłków i alkoholu. Tuż przed wyjściem z baru wypił pierwszy kubek Coli, a drugi zostawił na później. Czas minął im zaskakująco szybko. Kiedy podeszli do bramki, pracownicy odpowiedzialni za lot do Antalyi wpuszczali już podróżnych do samolotu. Monika i Maks pokazali swoje bilety i tak zwanym rękawem weszli na pokład. Usiedli na swoich miejscach, które znajdowały się pośrodku, tuż za skrzydłem. Monika włożyła do schowka bagaż podręczny, wyjęła książkę, słuchawki i telefon, z którego zamierzała puścić ulubioną muzykę. Zapięli pasy i czekali na start.

– Wyślę esemesa do Zosi, że jesteśmy już w samolocie, póki jeszcze mamy włączone telefony – powiedziała Monika.

– Szkoda, że twoja córka z mężem i dzieckiem nie mogą lecieć z nami.

– Szkoda, ale mała Patrycja ma dopiero roczek i męczyłaby się w tym upale.

– Masz rację – przyznał Maks.

– O, jak szybko odpisała. Życzy nam spokojnego lotu i udanego wypoczynku. – Monika zdążyła jeszcze wysłać kciuk do góry, kiedy rozległ się komunikat o wyłączeniu telefonów i zapięciu pasów, rozpoczynający procedurę startową.

Wszyscy pasażerowie zajęli już swoje miejsca, zapięli pasy i wyłączyli telefony. Ostatnia wsiadła piękna długonoga blondynka, na którą zerkali wszyscy mężczyźni. Biała obcisła bluzka z dużym dekoltem i czarne skórzane spodnie podkreślały jej wdzięki. Trzy metry za nią szli dwaj chłopcy w wieku około sześciu lat, którzy byli podobni do siebie jak dwie krople wody. Obaj krzyczeli coś o jakiejś grze, blondynka jednak była niewzruszona. Wskazała bliźniakom miejsce na siedzeniach usytuowanych bezpośrednio za Moniką i Maksem, a sama zajęła miejsce przy przejściu. Kiedy fotele były już zajęte, obsługa zaczęła przekazywać standardową procedurę bezpieczeństwa. Samolot zaczął kołować na pas startowy. Monika uwielbiała moment, gdy maszyna dostawała przyspieszenia wbijającego plecy w fotel. Po chwili samolot wzniósł się w powietrze i szybko znalazł się w chmurach. W momencie startu było już widno, a choć niebo pozostawało zasnute chmurami, na szczęście przestało padać. Po kilkunastu minutach samolot był już w słońcu nad chmurami, osiągnął swój pułap i pojawił się komunikat zezwalający na odpięcie pasów. Chłopcy siedzący z tyłu podczas startu wrzeszczeli, jakby ktoś obdzierał ich ze skóry. Ich zachowanie irytowało Monikę, ale tłumaczyła to tym, że nie każdy dobrze reaguje na zmiany ciśnienia. I ona musiała często przełykać ślinę, by odetkać uszy. Samolot ustabilizował lot, a stewardesy zaczęły zachęcać do zakupów z ich mobilnego baru. Kiedy z wózkiem podjechały do Moniki i Maksa, ona wzięła kanapkę z herbatą, a on zamówił podwójną whisky z Colą.

– Pewnie raczej nie pragniesz tej whisky, tak jak tej Coli – rzekła Monika.

– Raczej potrzebuję obu tych trunków, bo lot chyba nie będzie spokojny. – W tym momencie Maks kciukiem wycelował do tyłu, gdzie dokazywali hałaśliwi bracia.

– Masz rację. Ja, mimo zachęcającego aromatu, specjalnie nie zamówiłam kawy, żeby za chwilę włączyć sobie muzykę w słuchawkach i trochę się przespać. Mam nadzieję, że oni też zaraz się uciszą.

– No może jakbym dał im się napić mojego trunku, to wtedy zaliczyliby odlot – zażartował Maks i oboje zaczęli się śmiać.

Tymczasem chłopcy ani myśleli się uspokoić. Próbowali krzykiem wymusić na blondynce, żeby dała im gry, natomiast ona niezmiennie odpowiadała, że mają o tym zapomnieć. Byli pobudzeni. Krzyczeli, szturchali się, skakali po siedzeniach, obrzucali się wyzwiskami. Ich piskliwe głosy były tak donośne, że dokuczały nawet pasażerom siedzącym z przodu i z tyłu samolotu. Nic dziwnego, że wszyscy byli zbulwersowani takim postępowaniem. Co chwila ktoś rzucał „Co to za zachowanie?”, „Niech ktoś ich uspokoi!”, „To skandal!”. W pewnym momencie jedna ze stewardes zapytała blondynkę, która towarzyszyła bliźniakom:

– Może w czymś pomóc?

– W czym pani chce mi pomóc? – odburknęła kobieta, odkładając na chwilę czasopismo kreujące największe salony kosmetyczne. Widać, że nie należała do biednych i była częstą bywalczynią tego typu miejsc. Wyglądem przypominała lalkę Barbie, ale nietrudno było zauważyć, że miały w tym udział kliniki chirurgii plastycznej i medycyny estetycznej.

– No nie wiem, chłopcy są pobudzeni. Mamy krople uspokajające dla pasażerów źle znoszących podróż.

– Pani chyba żartuje! – uniosła się blondynka. – Jestem ich matką i to ja wiem najlepiej, czego potrzebują.

– Tak, ale muszę pani zwrócić uwagę, że swoim zachowaniem pani synowie zakłócają lot innym pasażerom. Są na nich skargi. Rozumie pani, że muszę interweniować? – zwróciła uwagę stewardesa.

– Powiem tak: gówno mnie to obchodzi – rzuciła.

– Muszę panią ostrzec, że jeżeli nie uspokoi pani dzieci, będę musiała o tym poinformować kapitana, który może zadecydować nawet o przerwaniu lotu.

– Tak? I co? Nagle przerwie lot i wyląduje na jakimś polu kukurydzy?

– Nie na polu kukurydzy, tylko na najbliższym lotnisku i dalszy lot będziemy kontynuować bez waszej trójki.

– Ha, ha, ha! – zaśmiała się sztucznie. – A wie pani, kim ja jestem?

– Oczywiście, że wiem – odpowiedziała stewardesa. – Matką, która nie może zapanować nad zachowaniem swoich dzieci.

– Napiszę na panią skargę i proszę się od nas odczepić. Ma pani tam swoje obowiązki, więc proszę obsługiwać innych pasażerów. A jak któryś z nich ma jakiś problem, to proszę mu podać swoje kropelki.

Monika była zbulwersowana tym dialogiem. Było jej żal stewardesy, która grzecznie odeszła do wózka, by wspomóc koleżankę w obsłudze pasażerów. Odwróciła się lekko i kątem oka zerknęła na złowrogą twarz blondynki. Następnie szturchnęła Maksa i wyszeptała:

– Słyszałeś to?

– Słyszałem – odpowiedział cicho Maks. – To efekt tak zwanego bezstresowego wychowania.

– No i widziałeś, jak ona wygląda?

– Z mojego punktu widzenia super laska, piękna, zgrabna, niczego jej nie brakuje.

– Ale ty głupi jesteś, jak większość facetów w tym samolocie. Nie widzisz, jaki to pusty tłumok?

– Ale pytałaś, jak ona wygląda.

– Tak, ale myślałam, że zwrócisz uwagę, że jej uroda jest nienaturalna. Ona jest zrobiona i pewnie leci do Turcji, żeby wykonać w swoim życiu pięćdziesiątą operację plastyczną.

– Przecież wiesz, że ja kocham naturę, i dlatego to ty jesteś moją boginią. Jesteś bez wspomagania piękną, zgrabną niewiastą i w przeciwieństwem do tej pani z tyłu kobietą mądrą i inteligentną.

– O matko boska! Tak mówisz tylko wtedy, kiedy masz ochotę na seks. Ale miło słyszeć z twoich ust takie słowa.

– Szkoda tylko, że blondynka, zapatrzona w siebie, w ogóle nie interesuje się swoimi dziećmi – wtrącił Maks.

– I co taka stewardesa może im zrobić? Jest bezradna. Najlepiej by było dać im parę klapsów, ale wystarczy tylko ich dotknąć i za chwilę ten ktoś będzie gwiazdą TVN-u.

– Tu akurat masz stuprocentową rację. Zobacz, ile lotów zostaje przez takie sytuacje przerwanych, bo ktoś się awanturuje i zakłóca przebieg rejsu.

– Ty lepiej nie kracz, bo nie zniosłabym nieprzewidywanego międzylądowania. Musimy uzbroić się w cierpliwość, zostały jeszcze dwie godziny lotu. Ja włączam muzykę i postaram się zasnąć.

– No to powodzenia. – Maks się uśmiechnął.

Monika, tak jak zapowiedziała, założyła słuchawki i włączyła ulubiony zestaw muzyki, który miała przygotowany na tego typu podróże. Puściła album Pink Floyd _Ciemna strona Księżyca_. Sprzęt miała solidny, gdyż w słuchawki zainwestowała sporo pieniędzy. Jakość i barwa dźwięku były imponujące, można było wsłuchać się w brzmienie poszczególnych instrumentów i wokalu. Dla Moniki była to muzyka ponadczasowa. Inaczej nie można było tego nazwać, gdyż Pink Floyd wydał ten album w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym trzecim roku, a więc wtedy, kiedy ona przyszła na świat. Ponad pół wieku, a ludzie na całym świecie w dalszym ciągu zachwycają się muzyką tego kultowego zespołu. W pewnym momencie zrobiło jej się błogo, miała wrażenie, że przeskakuje na zupełnie inną orbitę. Delektując się dźwiękami ulubionej muzyki, odleciała w świat bajkowego snu. Jak się wkrótce okazało, nie na długo. W pewnym momencie poczuła uderzenie z tyłu. Miała wrażenie, że siedzi w aucie, w które ktoś wjechał. Następne uderzenie spowodowało, że otworzyła oczy. Kiedy zdejmowała z uszu słuchawki, na jej głowie wylądowała plastikowa butelka. Słuchawki położyła Maksowi na kolana, wstała i odwracając się, lewe kolano oparła na siedzeniu. Złowrogim wzrokiem spojrzała na bliźniaków, którzy skakali na swoich miejscach, i zaczęła krzyczeć:

– Dość tego, do cholery!!! Cisza!!! Siadać!!! – Oparła tułów o fotel, chwyciła obu chłopców za bluzy i szarpnięciem posadziła ich. Monika kiedyś grała w piłkę ręczną, więc miała imponującą siłę. Pasażerowie zaczęli odwracać się i wychylać głowy, żeby zobaczyć, co się dzieje. Konsternacja zapadła także wśród załogi samolotu, która stanęła jak wryta. – Dość krzyków!!! Dość piszczenia!!! Dość skakania!!! Dość kopania!!! – Blondynka była zaskoczona, aż szeroko otworzyła usta. Chciała coś powiedzieć, ale Monika ją uprzedziła: – A pani niech się w ogóle nie odzywa i posłucha!!! Co to ma znaczyć?! Co to za zachowanie?! Jak tak można wychowywać dzieci?! Wstyd dla pani i dla całej pani rodziny. Przynosicie też wstyd nam, Polakom. Nie interesuje mnie, czy leci pani do Turcji robić sobie cycki, czy na wypoczynek, ale żądam od pani i pani dzieci minimum kultury i spokoju w samolocie. Jeżeli sprawa tego wymaga, to proszę im dać – Monika jeszcze głośniej i z silnym akcentem zakończyła – te pieprzone gry!

W tym momencie w samolocie zapadła taka cisza, że gdyby latała w nim mucha, to wszyscy by ją słyszeli. Bliźniacy byli tak przestraszeni, że mieli łzy w oczach. Objęli się i odwrócili wzrok od Moniki, jakby była demonem. Blondynka poczerwieniała ze złości i zaczęła coś odpowiadać Monice, ale w tym momencie rozległy się gromkie brawa pasażerów – niczym te, którymi nagradza się kapitana po bezpiecznym wylądowaniu. Były one tak głośne, że zagłuszyły gestykulującą blondynkę, która w końcu machnęła ręką i usiadła, wyginając usta w podkówkę.

Maks nigdy nie widział Moniki w takim stanie. Zawsze była opanowana. Nikt nie był w stanie wyprowadzić jej z równowagi. Nawet nie zauważyła, że Maks chwytał ją za rękę i próbował uspokoić, kiedy krzyczała. Gdy już usiadła, chwilę odczekał, odwrócił się do niej i powiedział:

– Monia, ja nie wiedziałem. A widzisz, mówiłem ci, że…

– Ani słowa – ucięła Monika, pokazując mu palec wskazujący. Wiedziała, co Maks chce powiedzieć. Zdawała sobie sprawę, że w najbliższych dniach znowu będą o tym rozmawiać.ROZDZIAŁ 2
HOTEL

Po interwencji Moniki lot do końca przebiegał spokojnie. Przestraszeni bracia bali się cokolwiek powiedzieć i po kilkunastu minutach zasnęli. Po wylądowaniu blondynka miała nawet problem z dobudzeniem ich. Pasażerowie szybko opuścili samolot i udali się do odpraw. Monika z Maksem dość długo czekali na swój bagaż i odebrali go jako jedni z ostatnich. Kiedy wychodzili z lotniska, buchnęło w nich gorące i duszne powietrze. Szybko znaleźli rezydentkę, która skierowała ich do właściwego autokaru. Po niecałej godzinie przyjechali do hotelu Turkey Paradise Resort w okolicy miasta Kemer. Chwilę czekali, aż ochrona otworzy im szlaban. Po kilkuset metrach dowieziono ich praktycznie pod same drzwi obiektu głównego. Oprócz Moniki i Maksa z pojazdu wysiadły jeszcze tylko dwa małżeństwa z dziećmi. Gmach hotelu był wielki i okazały. W holu, gdzie znajdowała się recepcja, wszystko lśniło. Hotel był nowoczesny i zapewne niedawno oddany do użytku. Na środku holu stały fotele i sofy, na których siedziały osoby oczekujące na meldunek bądź wyjazd na lotnisko. W dużej recepcji bez zwłoki obsługiwano turystów, dlatego sprawy meldunkowe zostały załatwione bardzo szybko. Boy hotelowy zapakował walizki do meleksa, a następnie zawiózł Monikę i Maksa do ich pokoju. Na ogromnym terenie było zielono od roślin. Oprócz budynku głównego stały tam piętrowe szeregowce ukryte w różnych zakątkach. Monika z Maksem otrzymali duży pokój na parterze jednego z takich apartamentów. Znajdowały się w nim między innymi łoże małżeńskie, toaletka, szafy, fotele z ławą, lodówka i telewizor. Łazienka również była przestronna, z prysznicem oddzielonym szklanym parawanem. Było czysto i nowocześnie. Monika otworzyła drzwi balkonowe.

– Zobacz, jaki fajny taras z krzesłami i stolikiem.

– No tak – przyznał Maks. Usiedli na krzesłach i rozglądali się po okolicy. – Blisko mamy bar z basenem, to będziesz mogła pić kawunię na naszym tarasie.

– A ty swoją Colkę. Pięknie tu, tyle zieleni i zobacz, jak wszystko zadbane, przystrzyżone trawniki i różnego rodzaju rośliny. Wiesz, jak meldowałeś nas w recepcji, przez Wi-Fi wysłałam wiadomość do Zosi i moich rodziców, że dotarliśmy do hotelu.

– No to dobrze. Później dasz mi hasło do Wi-Fi, a teraz powinniśmy przebrać się i iść na mały rekonesans.

– Dobry pomysł – odpowiedziała Monika. – Czas sprawdzić smak kawy i zimnego piwa.

Ubrali się w coś lekkiego i po chwili siedzieli już w pobliskim barze. Monika poprosiła o kawę z mlekiem, a Maks – Colę. Obserwowali turystów przebywających w basenie. Było słychać różne języki, między innymi polski, niemiecki i rosyjski.

– No i jak smakuje ci kawa? – zapytał Maks.

– Powiem tak, piłam już lepsze i gorsze kawy. W tłoku ujdzie.

– Zobaczymy, jak będzie w innych barach.

– No zobaczymy. Jak ja nie lubię pierwszego dnia, nie wiadomo, gdzie co jest.

– Dobra, nie marudź, ruszamy w drogę.

– Zobacz – powiedziała Monika. – Tu jest plan całego obiektu. Może zrobimy fotkę?

– Pewnie. Może się przydać. Proponuję pójść tą alejką w lewo i wrócimy z drugiej strony.

Idąc alejkami, podziwiali rośliny. Trudno sobie wyobrazić, że w takim upale może rosnąć tak gęsta i zielona trawa. Była równiutko przystrzyżona, a gdzieniegdzie wyrastały z niej kolorowe kwiaty. Było też sporo krzewów. Wszystko to znajdowało się wśród wysokich palm, które dawały dużo cienia. W takiej właśnie scenerii usytuowane były trzy baseny, każdy z osobnym barem. Przebywały w nich głównie osoby, które miały już dosyć upału. Przy basenach głównych panował tłok i hałas, natomiast przy basenach w parku było cicho. Wśród bujnej zieleni i kolorowych kwiatów można było odpocząć. Zamiast dudniącej muzyki słychać było śpiew ptaków.

Monika z Maksem weszli z parku do holu głównego budynku, w którym niedawno się meldowali. Mieściło się tam również osiem sklepów.

– Co chcesz mi kupić? – zapytała Monika.

– Przecież wiesz, że tu jest wszystko droższe. Jak pojedziemy do Kemer, to tam na targowisku zrobimy zakupy – odpowiedział Maks.

– Sobie kupujesz oryginalne ciuchy, a mnie zamierzasz zaopatrzyć na targowisku? Jesteś taką sknerą.

– Monika, zobacz sama, te koszulki, buty czy słodycze są tutaj dwa razy droższe.

– Albo lepiej. Na targowisku można przynajmniej sporo utargować.

– Chodź do jakiegoś baru. Tam spełnię twoje wszystkie pragnienia. – Oboje zaczęli się śmiać.

Hol prowadził do ogromnej restauracji, co nie dziwiło, bo musiała obsłużyć około pięciuset turystów przebywających w hotelu. Ani Monika, ani Maks nie byli głodni, więc wyjściem bocznym udali się do części basenowej.

– O, twoje królestwo – powiedziała Monika, pokazując ręką na dwudziestopięciometrowy basen przeznaczony wyłącznie do pływania.

– Tak, tak. Wybierając hotel, zwróciłem na to uwagę – odparł Maks. – Ale zobacz, oprócz niego są jeszcze trzy spore baseny, w których można się popluskać.

– No i jak dużo leżaków. Chyba nie będzie o nie walki, jak w niektórych hotelach.

– Oby. Chodźmy teraz do baru. Zobaczymy, czy podają dobre piwo – rzekł Maks. Usiedli przy stoliku i prawie duszkiem wypili pierwszą szklankę. Maks szybko zamówił kolejne kufle i zapytał Monikę:

– I jak smakuje?

– Pyszne. Zimne i nie jest gorzkie. Takie właśnie lubię.

– Mnie też smakuje. Nieźle orzeźwia. Szkoda, że więcej teraz nie mogę wypić, bo czeka mnie jeszcze pływanie.

– To nie możesz sobie dzisiaj odpuścić?

– Przecież wiesz, że nie. Ale tu hałas, muzyka dudni jak na dyskotece. Mam nadzieję, że nad morzem będzie spokojniej.

– No to dopijamy i idziemy zobaczyć.

Kiedy szli w kierunku morza, po lewej stronie zauważyli hotelowy aquapark, z którego korzystali zarówno dorośli, jak i dzieci. Z części basenowej wchodziło się od razu na prywatną plażę, na której znajdowało się mnóstwo leżaków i parasoli. Było tu mniej ludzi. Z jednej i drugiej strony były usytuowane restauracje i bary. Na plaży nie było takiego piasku jak nad Bałtykiem. Po gorącym żwirze można było chodzić tylko w klapkach. Pośrodku było molo, które wbijało się w głąb morza. Stało na nim sporo leżaków, co cieszyło Monikę i Maksa. Przeszli się molo, podziwiając krystalicznie czystą wodę.

– Zobacz, jakie piękne i kolorowe rybki! – zachwyciła się Monika.

– Co prawda do tych w Egipcie się nie umywają, ale jak na Turcję to są fajne – odpowiedział Maks.

– A teraz odwróć się, spójrz w stronę hotelu i zobacz, jaki piękny widok.

– Faktycznie, super to wygląda, hotel tonący w zieleni.

– A z tyłu pasmo gór porośnięte drzewami.

– Jak tu wrócimy, musimy pamiętać o czapkach, bo słońce pali jak cholera – zauważył.

– No i żebyś nie zapominał smarować się kremami z filtrem. Ale tu patelnia.

– Tak, ale przylecieliśmy tu właśnie po to, żeby trochę przypalić nasze ciałka.

– Oczywiście, że w pierwszych dniach to priorytet i to właśnie tu będziemy uśmiechać się do słoneczka – powiedziała.

– No dobra, moje ty słoneczko. Idziemy teraz drugą stroną, w kierunku naszego pokoju. Przebierzemy się, zjemy obiad i wrócimy tutaj. Tu na molo bardzo mi się podoba.

Wyszli z plaży i usiedli przy barze. Monika wypiła jeszcze jedno piwo, a Maks Colę. Po chwili szli znowu parkiem, ale drugą stroną. W tej części, wśród palm, znajdowała się część rekreacyjna. Co kilkanaście metrów usytuowany był jakiś obiekt, między innymi kort do tenisa ziemnego, minipole golfowe, boiska do siatkówki i koszykówki, siłownia z różnymi przyrządami oraz stoły do ping-ponga. Kiedy dochodzili do pokoju, Monika powiedziała:

– Czuję głód, a ty?

– Ja też.

– Żeby nie tracić czasu, pod ciuchy włóżmy stroje kąpielowe i zaraz po obiedzie pójdziemy na plażę.

– To dobry pomysł, ale musimy niektóre rzeczy spakować do plecaka, żeby już tutaj nie wracać.

Tak też zrobili i po dwudziestu minutach byli w stołówce. Najpierw obeszli wszystkie stoły, żeby sprawdzić, co dobrego można włożyć na talerz. Jedzenie było urozmaicone. Można powiedzieć, że do wyboru, do koloru. Niestety, zupy nigdy nie były mocną stroną tureckiej kuchni, dlatego ominęli stolik z dwoma termosami. W sektorze gotowych potraw oferowano gulasze z różnych mięs, bitki, klopsiki, filety z kurczaka i ryb. Po drugiej stronie przygotowywano dania. Prosto z patelni można było nałożyć rybę, kurczaka, klopsiki z baraniny oraz małą pizzę. Jak zwykle dużym zainteresowaniem cieszyły się frytki, dlatego tam była długa kolejka. Pięknie wyglądały stoiska z warzywami i owocami. Pomidory, ogórki, papryki, sałaty, oliwki oraz arbuzy, pomarańcze, banany, jabłka, śliwki i winogrona tworzyły kolorową scenerię. Na górze stały artystyczne rzeźby wykonane z arbuzów. Monika z Maksem na duże talerze nałożyli sobie małe kawałki różnorakich mięs i surówek. Starali się spróbować większości potraw i gdy zaspokoili głód, udali się nad morze. W barze na plaży Monika zamówiła kawę, natomiast Maks Coca-Colę. Chwilę posiedzieli przy stoliku. Nie było tu zbyt dużo ludzi, gdyż większość jeszcze jadła obiad. Skorzystali jeszcze z toalety, barmanów poprosili o zimne napoje i poszli na molo. Tam położyli się na leżakach ustawionych w stronę słońca.

– Och, jak dobrze, tego właśnie mi brakowało – powiedziała Monika.

– No właśnie, o tym marzyłem. Słoneczko świeci, jest gorąco i za chwilę wskoczę do cieplutkiej wody.

Słońce parzyło, ale na szczęście wiał lekki wiatr od morza, dzięki czemu łatwiej było leżeć. Na molo nie było cicho, gdyż od wody docierał hałas wielu skuterów wodnych i motorówek ciągnących dmuchane ławki, banany, spadochrony…

– Chciałabyś się czymś takim przejechać? – zapytał Maks.

– Przecież wiesz, że ja lubię wodę tylko do pasa – odparła Monika.

– Ale tam masz kamizelki ratunkowe.

– W moim przypadku nie ma to najmniejszego znaczenia.

– Mam nadzieję, że skutery nie będą tak blisko podpływały, bo za chwilę idę pływać. Zbliża się siedemnasta. Idę do baru po jakieś picie. Coś ci przynieść?

– Oczywiście. Zimne piwko, poproszę.

Maks szybko wrócił z piwem i szklanką Coli. Połowę wypił duszkiem, a następnie wziął okulary do pływania i poszedł nad brzeg morza. Woda jak zwykle była ciepła, miała około dwudziestu dziewięciu stopni. Lubił taką, więc szybko się w niej zanurzył. Pływał doskonale. W podstawówce chodził do szkoły mistrzostwa sportowego i specjalizował się w kraulu oraz delfinie. Zapowiadało się, że będzie odnosił wielkie sukcesy, ale kontuzja zahamowała jego sportową karierę. Zamiłowanie do pływania jednak pozostało. Jeżeli to możliwe, dwa razy dziennie przepływał po około tysiąc pięćset metrów. Na tego typu wczasach tak miał ułożony plan dnia, że rano pływał w basenie, a po południu w morzu. Teraz płynął wśród fal wywoływanych przez motorówki i skutery. Okrążał molo, cały czas pływając kraulem. Od czasu do czasu musiał zerkać, gdzie są skutery i motorówki. Po wyjściu z wody dopił szklankę Coli i poszedł po whisky z Colą. Dopiero po popołudniowym pływaniu mógł napić się czegoś mocniejszego. Monika poprosiła o piwo i poszła na chwilę schłodzić się do wody. Poleżeli jeszcze pół godziny i wrócili do pokoju. Wzięli prysznic, przebrali się i byli już gotowi do kolacji.

– Może siądziemy na chwilę w naszym barze? Wypiję jeszcze kawę przed kolacją – zaproponowała Monika.

– To dobry pomysł, bo ten drink bardzo mi zasmakował – odparł Maks. – Wiesz co, pójdę po napoje i może usiądziemy w spokoju na naszym tarasie?

– Okej – odparła.

Taras był o tej porze dnia zacieniony, więc było tam bardzo przyjemnie. Maks szybko wrócił, podał Monice kawę, a sam, ze szklanką w ręku, usiadł na krześle.

– Kiedy pływałeś w morzu, to przypadkiem nie byłeś za blisko tych motorówek? – zapytała Monika.

– No co ty, cały czas obserwowałem, gdzie są – odpowiedział Maks.

– Ale przecież płynąc, nie wszystko można zauważyć.

– Ty, Monika, jak zawsze przesadzasz.

– Wcale nie przesadzam. Nawet pracownicy hotelu, którzy pilnują porządku na molo, zwrócili na to uwagę. Pokazywali na ciebie ręką i coś tam mówili do siebie.

– Może podziwiali, jak pięknie pływam? – zażartował z uśmiechem Maks.

– Oj, Maks, nie o to chodzi. Wiesz przecież, że zderzenie z łodzią może być fatalne w skutkach. Obiecaj mi, że nie będziesz tak daleko odpływał. Martwię się o ciebie.

– Ale nie zawsze mam możliwość pływania na otwartym akwenie, a to co innego niż w basenie. W środowisku naturalnym pływa się inaczej. Tutaj czuję się jak ryba w wodzie.

– Rozumiem, ale bezpieczeństwo jest najważniejsze. Możesz przecież inaczej wyznaczyć sobie trasę.

– No dobra, postaram się. Wiesz co? Chyba już jestem głodny. Idziemy na kolację?

– Okej, ja też zgłodniałam.

Po kilku minutach spaceru zielonymi alejkami znaleźli się w restauracji głównej. Znowu najpierw obeszli wszystkie stoły, a następnie nałożyli sobie małe porcje dań. Akurat był wolny stolik dwuosobowy, więc przy nim usiedli. Zjedli coś na ciepło, a na deser posmakowali trochę słodkości. Wybór ciast, kremów, galaretek był przeogromny.

– Jakie mamy plany na wieczór? – zapytała Monika.

– O dwudziestej pierwszej zaczynają się występy w amfiteatrze.

– Czyli za chwilę. To chodźmy zobaczyć.

Zabrali ze sobą zamówione w barze drinki i usiedli tuż przy wejściu do amfiteatru. Na scenie trwały przygotowania do występów. Monika na przemian piła drinka i ziewała.

– Chyba nie dam rady, strasznie mnie muli – poskarżyła się.

– To może pójdziemy już do pokoju?

– Nie, jak już tyle wytrzymaliśmy, to te dziesięć minut nas nie zbawi. Dam radę.

Amfiteatr był pełen ludzi. Na scenę wyszedł duet wokalny składający się z mężczyzny i kobiety. Mieli kolorowe stroje ozdobione cekinami. Zgrabnie poruszali się po scenie. Śpiewali jakieś tureckie przeboje, zaciągając niektóre wyrazy. Nie były to ulubione rytmy Moniki i Maksa. Gdy rozpoczęła się trzecia pieśń, spojrzeli na siebie i wszystko było już jasne. Wstali, wyszli z amfiteatru i alejką udali się do swojego pokoju.

– Najważniejsze, że mamy już obcykane, gdzie co jest i jak trzeba się tutaj poruszać. Ale jestem zmęczona – powiedziała Monika. – Jak przyjdziemy do pokoju, to tylko mycie zębów i do łóżka.

– Wiesz co? Ja chyba przy naszym barze wypiję jeszcze jednego drinka. Będzie mi się lepiej spało.

– Jak chcesz. Mnie już na nic nie namówisz. Idę do pokoju i pewnie będę spała jak zabita.

– Dobrze. Zaraz będę przy tobie.

Pierwszą noc Monika spała twardo. Gdy się obudziła, poczuła odór z ust Maksa. Spojrzała na niego i zobaczyła siniaka na poliku. Wypił za dużo.

„Przewrócił się albo wdał się z kimś w bójkę”, pomyślała.

Była siódma, więc wzięła szybki prysznic. Zrobiła jak zawsze delikatny makijaż, a następnie w Internecie przejrzała, co ciekawego wydarzyło się na świecie. Gdy Maks się obudził, zapytała:

– Cóż to się stało? Znowu byłeś bohaterem?

– O Jezu, jak mnie boli głowa. Masz jakąś tabletkę?

– Pewnie, że mam. Trochę przesadziłeś wczoraj. Miałeś wypić tylko jednego drinka, a wróciłeś z podbitym okiem.

– Widać coś? – Maks palcami dotknął opuchlizny.

– Masz tu tabletkę i maść. Posmaruj, to szybko zniknie. Sama ją robiłam. Tylko najpierw weź prysznic, bo strasznie jedzie od ciebie.

– Dzięki. Tak mi whisky zasmakowała, że wypiłem tutaj ze trzy drinki. Po dwudziestej drugiej nasz bar zamknęli, więc poszedłem do budynku głównego. Tam wypiłem jeszcze dwa, może trzy.

– A skąd ten siniak?

– Jak wracałem, zaczepiło mnie dwóch gnojków i chcieli mnie pobić. Broniłem się, ale jeden strzał dostałem. Jakoś udało mi się uciec. Dzisiaj pójdę do ochrony, może mają nagrania z monitoringu.

– W takim razie pospiesz się, to pójdziemy zobaczyć jeszcze przed śniadaniem.

– Chcesz iść ze mną?

– No pewnie. Chcę zobaczyć mojego bohatera w akcji.

W recepcji opowiedzieli całe zdarzenie i otrzymali odpowiedź, że nagrania z monitoringu mogą obejrzeć u ochrony, przy wjeździe do hotelu. Recepcjonista zasugerował, żeby pójść tam wieczorem, gdyż wtedy będzie ochroniarz, który wczoraj pełnił dyżur.

– To nawet dobrze – stwierdziła Monika. – Zjemy śniadanie, poplażujemy i na spokojnie po kolacji obejrzymy zapisy monitoringu.

– Mnie to też pasuje, bo o dziesiątej idę pływać.

– W takim stanie?

– Już dochodzę do siebie. Zjem śniadanie i będzie okej. Ponadto rano pływam w basenie, a to bezpieczne.

– Jak uważasz. Myślę, że powinieneś sobie odpuścić.

– Chodź już, bo szkoda czasu. Idziemy na śniadanie.

Podobnie jak wczoraj na obiedzie i kolacji najpierw obeszli wszystkie stoły. Były pięknie zastawione. Zamówili omlety i do tego nałożyli dużo warzyw. Zjedli je ze smakiem, a potem spokojnie wypili kawę. Tak jak zakładali, cały dzień spędzili na plaży. Wieczorem po kolacji udali się do dyżurki, w której znajdował się monitoring. Tłumaczyli ochroniarzom, co się stało. Komunikacja z nimi nie była łatwa, bo po angielsku porozumiewali się słabo. W końcu zrozumieli, że Monika i Maks chcą zobaczyć nagranie z około godziny dwudziestej trzeciej.

– A gdzie to było? – zapytał jeden ze strażników łamaną angielszczyzną.

– Dokładnie nie wiem – odpowiedział Maks.

– Chodź tu i popatrz w monitor, gdzie to mogło być – zaproponował ochroniarz.

Kamer było szesnaście. Dwie przy bramie wjazdowej, jedna przed wejściem do budynku głównego, dwie w holu, trzy na basenie głównym, pięć w poszczególnych barach i po jednej na molo, w amfiteatrze i na korcie tenisowym. Maks dokładnie przypatrywał się zapisom poszczególnych kamer.

– Niestety, tam, gdzie mnie napadli, nie macie żadnych kamer – stwierdził.

– No bardzo mi przykro, ale mogę odnotować zdarzenie i wszcząć postępowanie – zaproponował strażnik.

– Nie, dziękuję. To drobnostka, nie ma problemu – odpowiedział Maks.

Gdy wyszli, Monika powiedziała:

– Jak na tak duży obiekt, to mało mają tych kamer.

– Zgadza się, i to starego typu. Nie mają nawet kamer kulistych, tylko ustawione w jednym kierunku.

– Są tylko w newralgicznych punktach. Gdyby chcieli objąć monitoringiem cały teren, to by ich ze sto potrzebowali.

– Albo więcej. Choć nie każdemu taki monitoring odpowiada, bo ludzie czują się inwigilowani. Nie chcą, żeby na każdym kroku zaglądano im do kieszeni.

– Może i racja – przyznała Monika. – Ja też nie chciałabym czuć się jak w „Big Brotherze”. Tak czy inaczej, wieczorami nie możemy chodzić w pojedynkę. No trudno, Maks, nic nie wskóraliśmy. Idziemy do pokoju. Pierwsza zamawiam prysznic.

Gdy byli już w sypialni, Monika zdjęła ubranie i poszła do łazienki. Maks w tym czasie skoczył do baru, z którego przyniósł dwie lampki czerwonego wina. Zapalił cztery zapachowe świece i zrzucił z siebie ubranie. Wziął do ręki wino i wszedł do łazienki. Monika wzdrygnęła się na jego widok.

– Ale mnie przestraszyłeś.

– Ja tylko w romantycznej scenerii chciałem wypić z tobą lampkę wina.

– A to zapraszam. – Kiedy to mówiła, letnia woda spływała po jej zgrabnym ciele.

Maks wszedł pod prysznic i podał Monice kieliszek. Pijąc wino, patrzyli sobie głęboko w oczy. Gdy odstawił lampki, mocno ją przytulił i zaczął namiętnie całować. Woda spływała po ich ciałach, a Maks wargami pieścił jej szyję, ramiona, piersi, brzuch i nogi. Następnie jedną ręką chwycił ją pod ramiona, a drugą za jędrne pośladki. Podniósł Monikę i zaniósł do sypialni. Cali mokrzy padli na wielkie łóżko. W blasku zapalonych świec powoli delektowali się pocałunkami, dotykiem i wzajemnymi pieszczotami. Wtedy jeszcze nawet nie przypuszczali, że kochają się ze sobą po raz ostatni.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij