Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Przytulne miejsce - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
7 lipca 2026
4299 pkt
punktów Virtualo

Przytulne miejsce - ebook

Napisana przez autora Ostatniego jednorożca opowieść o niezwyciężonej sile miłości, rozgrywająca się między światem żywych a krainą zmarłych.

Jonathan Rebeck jest bezdomnym bankrutem. Wycofał się ze społeczeństwa i zamieszkał na miejscowym cmentarzu. Towarzyszy mu kruk, mający wielką wprawę w kradzieży kanapek.

Jonathan nie czuje się jednak samotny. Potrafi rozmawiać z duchami. Zaprzyjaźnia się z dwojgiem nowych „lokatorów” cmentarza, Michaelem i Laurą, którzy zakochują się w sobie, i staje się świadkiem ich kruchego romansu. Michael nie pamięta jednak okoliczności swej śmierci, a im dalej oboje oddalają się od świata żywych, tym bliższy wydaje się kres ich miłości.

Pewnego dnia odwiedzająca cmentarz wdowa znajduje Jonathana w jego przytulnej kryjówce. Czy to spotkanie odmieni jego spokojną egzystencję?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8335-939-7
Rozmiar pliku: 661 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1

Ciężar mortadeli utrudniał krukowi lot. Sklepikarz omal go nie złapał, gdy wylatywał przez drzwi sklepu spożywczego. Ptaszysko rozpaczliwie machało skrzydłami, próbując wzbić się wyżej. Wyglądało jak mały, czarny wentylator. Prąd wznoszący porwał je pod niebo. Zatoczyło dwa kręgi, by zorientować się, gdzie jest, a potem poleciało na północ.

Mężczyzna wsparł dłonie na biodrach, wpatrując się w coraz mniejszy węgielek znikający na firmamencie. Po chwili wzruszył ramionami i wrócił na swoje miejsce. Miał skłonności do filozofowania i wiedział, że jeśli kruk przylatuje do twojego sklepu i kradnie całą mortadelę, albo jest to zrządzenie boże, albo nie, ale tak czy inaczej nie można w tej sprawie zbyt wiele zrobić.

Kruk leciał leniwie nad Nowym Jorkiem, grzejąc pióra w porannym słońcu. Przez Jerome Avenue wlokła się polewaczka drogowa, zostawiając za sobą ciemną, błyszczącą nawierzchnię. Nieliczne taksówki krążyły wokół Uniwersytetu Fordham niczym nażarte do syta rekiny. Z metra wyszły nieśpiesznie dwie pary. Dziewczyny opierały się o swoich mężczyzn. Kruk leciał dalej.

Noc była gorąca i widział ludzi budzących się na miejskich dachach. Szare szczury, które wyszły z piwnic tuż przed świtem, wróciły do nich, zanim na chodnikach pojawiły się koty. Po ich przybyciu poranne gołębie uciekły na dachy i zewnętrzne parapety. Kruk raczej nie był z tego zadowolony. Wolałby, żeby gołębi było trochę mniej.

Skrył się w porannej mgle, jak zwykle wiszącej nad Yorkchester. W większej części osiedle zbudowała firma ubezpieczeniowa i wyglądało jak jeden wzniesiony z różowej cegły budynek odbijający się w stu lustrach. Wszystkie domy miały tu trzynaście pięter i nad wejściem do każdego widnieli stiukowi marynarze grający na akordeonach. Nad wyjściami grali na mandolinach. Wszyscy marynarze byli leworęczni, a na czapkach mieli stiukowe pompony. Były tu centrum handlowe, trzy kina i mały park.

A także cmentarz, i to nad nim znalazło się teraz ptaszysko. Był bardzo duży — połowa obszaru Central Parku — i gęsto poroś­nięty drzewami. Zaplanowano go starannie, a kręte uliczki nosiły nazwy Fairview Avenue, Central Avenue i Oakland Avenue, a także Larch Street, Chestnut Street i Elm Street. Jedna z nich prowadziła do włoskiej części cmentarza, druga do niemieckiej, trzecia do polskiej i tak dalej. Cmentarz w Yorkchester był uniwersalistyczny, ale i tak budził niepokój.

Kruk dotarł do niego od tyłu i leciał teraz nad Central Avenue, trzymając mortadelę w pazurach. Obszar mniej lub bardziej prostych nagrobków przeszedł stopniowo w Stare Chropowate Krzyże, te ustąpiły miejsca aniołom, a one z kolei płaczącym aniołom. Na końcu były mauzolea, które pilnowały rodzinnych parcel niczym psy stróżujące, mówiąc do siebie nawzajem: „Spójrzcie! Ktoś ważny opuścił świat!”. Zbudowano je w ewidentnie greckim stylu — białe marmurowe kolumny i kopulaste dachy. Grecy mogliby co prawda nie uznać tego stylu za grecki, ale tak właśnie nazywano go w Yorkchester.

Jedno z mauzoleów zbudowano nieco na uboczu. Wiodła do niego krótka ścieżka. Było stare, nie tak wielkie jak niektóre z pozostałych, a także nieco mniej białe. Kolumny były spękane i poobtłukiwane u podstaw, a z jednego z zakratowanych okienek w drzwiach zniknęła szyba. W paszczach dwóch lwów nadal jednak widniały ciężkie metalowe pierścienie, a jeśli ktoś zajrzał do środka przez okno, mógł zobaczyć witraż z aniołem na tylnej ścianie.

Drzwi wejściowe były otwarte, a na schodach siedział niski mężczyzna w kapciach. Gdy kruk zniżył lot, pomachał do niego ręką.

— Dzień dobry, dzień dobry — powiedział i ptaszysko wylądowało. Kruk wypuścił wędlinę, a mężczyzna wyciągnął chciwie rękę i ją uniósł.

— Cała mortadela! — ucieszył się. — Serdecznie dziękuję.

Ptak sapnął głośno i zerknął na niego z goryczą.

— Płatki ci nie wystarczają — poskarżył się ochryple. — Bernard Baruch je płatki kukurydziane, ale ty musisz mieć mortadelę.

— Miałeś z nią trudności? — zapytał niski mężczyzna. Nazywał się Jonathan Rebeck.

— Omal nie nabawiłem się przepukliny — mruknął kruk.

— Ptakom to się nie zdarza — sprzeciwił się z lekkim powątpiewaniem pan Rebeck.

— Kiepski byłby z ciebie ornitolog.

Pan Rebeck zabrał się do jedzenia mortadeli.

— Pyszna — stwierdził. — Bardzo miękka. Chcesz trochę?

— Czemu by nie? — odparło ptaszysko i przyjęło kawałek wędliny.

— Jak pogoda na zewnątrz? — zapytał po chwili pan Rebeck.

— Ładna — odparł kruk. — Nie ma chmur, słońce świeci. Świat śmierdzi latem.

— Nie lubisz lata? — zapytał mężczyzna, uśmiechając się lekko.

Ptak uniósł nieco skrzydła.

— Czemu miałbym go nie lubić? Jest w porządku.

— Ja je lubię — stwierdził pan Rebeck i odgryzł kawałek mortadeli. — To jedyna pora roku, kiedy czuje się smak podczas oddychania — dodał z pełnymi ustami.

— Jezu — obruszył się kruk. — Nie tak wcześnie rano. Swoją drogą, lepiej pozbądź się tych wszystkich papierowych toreb. Widziałem je z zewnątrz.

— Wyrzucę je do kosza w męskiej toalecie — obiecał pan Rebeck.

— Nie ma mowy. Ja je zabiorę. No wiesz, ludzie by się zainteresowali. Jeśli zobaczą papierowe torby w męskiej toalecie, nie pomyślą, że to harcerki urządziły sobie piknik. Poza tym za często się tam kręcisz. Mogą cię zapamiętać.

— Podoba mi się tam — wyjaśnił pan Rebeck. — Bardzo lubię tę toaletę. Piorę tam ubranie. — Wsparł dłonie na kolanach. — No wiesz, ludzie mówią, że światem kierują materialiści i maszyny. Ale to nieprawda. Przynajmniej nie w Nowym Jorku. Miasto, które zbudowało na cmentarzu toaletę dla mężczyzn, to miasto poetów. — Spodobało mu się to sformułowanie. — Miasto poetów — powtórzył.

— Tu chodzi o dzieci — wyjaśnił kruk. — Matki przyprowadzają je tu, żeby zobaczyły groby zmarłych krewnych. Kobiety płaczą i kładą kwiaty na grobach, a dzieci prędzej czy później muszą się załatwić. Dlatego postawili tu toalety. Co innego mog­liby zrobić?

Pan Rebeck parsknął śmiechem.

— Nigdy się nie zmieniasz — rzekł krukowi.

— Jak mógłbym się zmienić? Ale ty to co innego. Dziewiętnaście lat temu śliniłbyś się z wdzięczności, gdybym przyniósł ci precel. A teraz domagasz się steków. Daj mi jeszcze kawałek.

Pan Rebeck spełnił jego prośbę.

— Myślę, że dałbyś radę. Mały stek nie waży aż tak dużo.

— Waży, jeśli na jego drugim końcu wisi gliniarz — sprzeciwił się kruk. — Dzisiaj ledwie mi się udało wzbić w powietrze. Poza tym wszyscy rzeźnicy na tych odległych krańcach cywilizacji już mnie znają. Wkrótce będę musiał kraść w Washington Heights. Za dwadzieścia lat, jeśli obaj pożyjemy tak długo, zostaną mi tylko wyprawy promem do Jersey City.

— No wiesz, nie musisz przynosić mi jedzenia — odparł pan Rebeck z lekką urazą i dziwnym poczuciem winy. W końcu to był bardzo mały kruk. — Poradzę sobie.

— Nie pierdziel — sprzeciwiło się ptaszysko. — Wpadłbyś w panikę, gdybyś tylko wyszedł za bramę. W dodatku miasto bardzo się zmieniło przez te dziewiętnaście lat.

— Naprawdę?

— Tak, do cholery.

— Ech — mruknął pan Rebeck. Odłożył resztę mortadeli i zawinął ją starannie. — Czy masz coś przeciwko temu, żeby dalej przynosić mi żywność? — zapytał z wahaniem. — No wiesz, skoro tyle cię to kosztuje?

Czuł się głupio, zadając takie pytanie, ale chciał poznać prawdę.

Kruk skierował na niego spojrzenie przypominających zakrzepłe złoto oczu.

— Raz do roku zaczynasz się martwić — zaczął ochrypłym głosem. — Zadajesz sobie pytanie, skąd się wziął ten latający supermarket Gristedes. Co z tego ma? Nie ma nic za darmo, powtarzasz sobie. Nikt nie pomaga nikomu z czystej życzliwości.

— Nieprawda — sprzeciwił się pan Rebeck. — Wcale tak nie jest.

— Ha — zawołał kruk. — W porządku. Zaczyna dokuczać ci sumienie. Wędliny nie smakują już jak dawniej. — Spojrzał prosto na mężczyznę. — Pewnie, że miałem trudności. Pewnie, że to niedogodne. Masz cholerną rację, mówiąc, że muszę nadkładać drogi. Lepiej? Masz jeszcze jakieś pytania?

— Mam — potwierdził pan Rebeck. — W takim razie dlaczego to robisz?

Kruk zaatakował pełznącą szybko gąsienicę, ale chybił.

— Są ci, którzy dają, i ci, którzy biorą — odpowiedział powoli, nie patrząc na mężczyznę. — Ci, którzy tworzą, ci, którzy niszczą, i ci, którzy nic nie robią, co doprowadza dwie pozostałe grupy do szału. To, czy będziesz dawał, czy brał, rodzi się razem z tobą i taki już jesteś. Kruki przynoszą innym różne rzeczy. Takie jesteśmy. To nasza natura. Nie lubimy tego. Wolałybyśmy być orłami, łabędziami albo nawet debilnymi drozdami z takiego czy innego gatunku, ale jesteśmy krukami. Nic się na to nie poradzi. Nie czujemy się dobrze, jeśli nie mamy kogoś, komu mogłybyśmy przynosić różne rzeczy, ale gdy już kogoś takiego znajdziemy, uświadamiamy sobie, że to strasznie głupie. — Wydał z siebie dźwięk z pogranicza chichotu i kaszlnięcia. — Wszystkie kruki są znerwicowane. Jesteśmy bliższe ludziom niż inne ptaki i pozostajemy związane z nimi przez całe życie, ale to jeszcze nie znaczy, że musimy ich lubić. Myślisz, że Eliasz dostawał od nas jedzenie dlatego, że go lubiłyśmy? To był staruch z brudną brodą.

Umilkł, grzebiąc bez celu dziobem w ziemi. Pan Rebeck milczał. Po chwili wyciągnął niepewnie rękę, żeby pogłaskać kruka po zmierzwionych piórach.

— Nie rób tego — sprzeciwił się ptak.

— Przepraszam.

— To mnie denerwuje.

— Przepraszam — powtórzył pan Rebeck i spojrzał na szeregi grobów z ich omszałymi nagrobkami. — Mam nadzieję, że wkrótce zjawią się jacyś ludzie. Latem czuję się tu samotny.

— Jeśli chciałeś towarzystwa, trzeba było wstąpić do YMCA — skwitował kruk.

— Z reguły mam towarzystwo — zaprotestował pan Rebeck. — Ale wszyscy szybko zapominają. Najlepiej jest zaraz po ich przyjściu. — Wstał i oparł się o kolumnę. — Czasami mam wrażenie, że nie żyję — wyznał. Kruk prychnął z pogardą. — Naprawdę. Zapominam o wielu rzeczach. Zdarza się, że słońce świeci mi prosto w oczy, a ja nawet go nie zauważam. Kiedyś rozmawiałem z jakimś starcem. Próbowaliśmy sobie przypomnieć, jak smakują pistacje, ale żadnemu z nas się to nie udało.

— Przyniosę ci je — obiecał kruk. — Niedaleko stacji Tremont Avenue jest cukiernia, w której można je dostać. A także punkt bukmacherski.

— Bardzo bym się ucieszył — odparł pan Rebeck i odwrócił się, by spojrzeć na witraż z aniołem.

— Teraz łatwiej mnie akceptują — podjął, zwrócony plecami do kruka. — Kiedyś okropnie się mnie bali. A teraz rozmawiamy ze sobą, gramy w gry i myślę sobie, że może tym razem rzeczywiście się uda. Ale kiedy ich pytam, zawsze odpowiadają „nie”.

— Wiedzieliby o tym — odparł kruk.

— Tak — zgodził się pan Rebeck, ponownie zwracając się ku niemu. — Ale jeśli życie to jedyne, co różni od siebie żywych i umarłych… nie sądzę, żebym był żywy. Nie tak naprawdę.

— Jesteś żywy — zapewnił kruk. — Ukrywasz się za nagrobkami, ale życie cały czas podąża za tobą. Uciekłeś przed nim dziewiętnaście lat temu, ale ono śledzi cię niczym windykator. — Zachichotał cicho. — Na pewno bardzo cię kocha.

— Nie chcę być kochany — sprzeciwił się pan Rebeck. — To dla mnie niepotrzebne brzemię.

— To już twój problem — odparł kruk. — Ja mam pod dostatkiem własnych. — Jego czarne skrzydła rozpostarły się z łopotem przypominającym cichy grom. — Muszę już lecieć. Przynieś torebki i całą resztę.

Pan Rebeck wszedł do mauzoleum i po paru chwilach wrócił z pięcioma pustymi papierowymi torebkami oraz pojemnikiem po mleku. Kruk wziął torebki w pazury, a pojemnik odsunął na bok.

— Zabiorę go później. Gdybym wziął go teraz, musiałbym wracać do domu na piechotę.

Wzbił się w powietrze i oddalił powoli, lecąc nad Central Avenue.

— Do widzenia — zawołał za nim pan Rebeck.

— Do zobaczenia — zakrakało w odpowiedzi ptaszysko i zniknęło za wielkim wiązem. Pan Rebeck przeciągnął się, usiadł na schodach i wpatrzył się we wznoszące się coraz wyżej na niebie słońce. Czuł się nieco zmieszany. Z reguły kruk przynosił mu jedzenie dwa razy dziennie. Potem gadali ze sobą przez chwilę i odlatywał. Czasami obywało się nawet bez rozmowy. Minęło już tyle lat, a właściwie w ogóle nie znam tego ptaka, pomyślał. Lepiej poznałem duchy niż jego. Podciągnął kolana pod podbródek i pogrążył się w zadumie. To była nowa myśl, a on uwielbiał nowe myśli. Ostatnio nie nawiedzały go zbyt często. Wiedział, że to jego wina. Cmentarz nie był miejscem sprzyjającym nowym myślom. To nie było odpowiednie środowisko. Tutaj liczyły się stare, przechowywane od dawna myśli, dotykało się ich ostrożnie i czule, jakby były delikatnymi przedmiotami ze szkła, zadawano sobie pytanie, czy można je było pomyśleć w inny sposób, choć z całą pewnością wiedziało się, że ten sposób jest najlepszy. Dlatego przyjrzał się nowej myśli dokładnie, lecz ostrożnie — z bliska, żeby zobaczyć szczegóły, a potem z dala, dla perspektywy, rozciągał ją i nadawał jej inne kształty, by w końcu dopasować ją do konturów swego umysłu.

Z zamyślenia wyrwał go nagły łopot skrzydeł. Kruk krążył jakieś trzy, może cztery metry nad nim, wrzeszcząc głośno.

— Zapomniałeś czegoś? — zawołał do niego pan Rebeck.

— Coś zauważyłem po drodze — odpowiedział ptak. — Przy bramie wejściowej zebrał się kondukt. Nie jest bardzo duży, ale zmierza w tę stronę. Lepiej szybko się ukryj albo przynajmniej zmień spodnie. Mogą cię uznać za komitet powitalny.

— A niech to! — zawołał pan Rebeck i zerwał się na nogi. — Dziękuję ci, dziękuję bardzo serdecznie. Nie mogę sobie pozwolić na nieostrożność. Dobrze, że mnie ostrzegłeś.

— Zawsze to robię — odparł ze znużeniem kruk i odleciał, swobodnie poruszając potężnymi skrzydłami. Pan Rebeck ukrył się w mauzoleum, zatrzasnął za sobą drzwi i położył się na podłodze, nasłuchując bicia swego serca w ciemności, która nagle zapadła.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki2

Kondukt był dość mały, ale nie brakowało mu godności. Ksiądz szedł przodem, a u jego boków zmierzało dwóch chłopców. Za nimi podążała trumna, do której przydzielono pięciu żałobników. Czterech dźwigało ją na ramionach, a piąty miał nieco zawstydzoną minę. Za nimi, spowita w żałobną, lecz pełną dziwnego wdzięku czerń, szła Sandra Morgan, do niedawna żona Mi­chaela Morgana. Kondukt zamykało trzech w różnym stopniu smutnych mężczyzn. Pierwszy dzielił ze zmarłym pokój w college’u, drugi wykładał razem z nim historię na Uniwersytecie Ingersolla, trzeci zaś pił z nim i grał w karty, a do tego raczej go lubił.

Mi­chaelowi spodobałby się ten pogrzeb, gdyby mógł go zobaczyć. Ceremonia była skromna i cicha, całkowicie pozbawiona pompy, której się obawiał.

„Umarli nie potrzebują od żywych niczego, a żywi nie mogą im niczego dać” — oznajmił kiedyś. Kiedy miał dwadzieścia dwa lata, te słowa zabrzmiały przemądrzale, ale kiedy miał ich trzydzieści cztery, świadczyły o dojrzałości. Mi­chael bardzo się z tego cieszył. Lubił sprawiać wrażenie dojrzałego i rozsądnego. Nie znosił rytuałów i pompy, rutyny i udawanych uczuć, retoryki i ekspresyjnych gestów. Tłumy budziły w nim niepokój. Wielką galę uważał za zniewagę. W głębi duszy był romantykiem, ale odrzucał wszelkie atrybuty romantyzmu, choć kochał je szczerze i nigdy nie zaznał ich osobiście.

Kondukt posuwał się powoli krętymi, cmentarnymi alejkami. Ksiądz myślał o przemijalności świata, a Sandra Morgan płakała za mężem. Wyglądała niezwykle pięknie. Przyjaciele uczynili już konieczne drobne poprawki w swym życiu, chłopców bolały stopy, a w trumnie Mi­chael Morgan walił w wieko i wył.

Śmierć Mi­chaela była dość nagła, ale niewątpliwa. Kiedy odzyskał świadomość, wiedział, gdzie się znajduje. Trumna kołysała się na ramionach czterech żałobników, a jego ciało obijało się o ściany w ciasnej przestrzeni. Początkowo leżał spokojnie, ponieważ zawsze istniała możliwość, że to sen. Słyszał w pobliżu głos powtarzającego modlitwy księdza, chrzęst żwiru pod stopami żałobników oraz szemrzący dźwięk z pewnością będący płaczem Sandry. Wiedział, że to dzieje się naprawdę.

Albo rzeczywiście umarł, albo omyłkowo uznano go za zmarłego. Wiedział, że to zdarzyło się niektórym ludziom i w związku z tym było całkowicie możliwe — żeby nie powiedzieć zasłużone — iż spotkało również Mi­chaela Morgana. Nagle zawładnął nim przemożny strach przed zasypaniem ziemią. Zaczął walić pięściami w wieko trumny i krzyczeć. Ale z jego ust nie wydostawały się dźwięki, a okładana pięściami pokrywa pozostawała nieruchoma i cicha.

Gorączkowo wykrzykiwał imię żony i przeklinał ją, gdy kontynuowała płacz, dźwięczny jak fortepianowa muzyka. Ksiądz nadal śpiewał liturgiczne pieśni i spoglądał złowrogo na powłóczących nogami chłopców. Żałobnicy przesunęli trumnę na ramionach, a Mi­chael Morgan zapłakał bezgłośnie w otaczającej go ciszy.

Nagle się uspokoił. Gorączka minęła. Leżał nieruchomo w trumnie, wiedząc, że nie żyje.

Tu jesteś, Morgan, powiedział sobie. Trzydzieści cztery lata tego i tamtego, aż wreszcie nadszedł koniec. Wrócisz do ziemi. Czy raczej do morza? — zadał sobie pytanie. Nigdy nie był pewien, skąd właściwie pochodzi cała ta protoplazma. Nie dziwił go zbytnio fakt, że zachował świadomość. Zawsze był gotowy przyznać, że życie pozagrobowe, choć mało prawdopodobne, może istnieć naprawdę. Być może to było jego pierwsze stadium. Leż spokojnie i nie przejmuj się, Morgan, pomyślał. Śpiewaj pieśni spirituals albo coś w tym rodzaju. Ponownie zadał sobie pytanie, czy mogło dojść do pomyłki, ale właściwie w to nie wierzył.

Jeden z żałobników pośliznął się i omal nie upuścił trumny, ale Mi­chael nie poczuł wstrząsu.

— Właściwie nie czuję się martwy — powiedział do pokrywy. — Ale jestem w tych sprawach laikiem. Moja opinia nie miałaby znaczenia dla sądu. Nie wtrącaj się, Morgan. To był bardzo miły pogrzeb, dopóki nie zacząłeś sprawiać kłopotów. — Zamknął oczy i znieruchomiał, zastanawiając się od niechcenia nad rigor mortis.

Kondukt nagle się zatrzymał. Głos księdza stał się donośniejszy i bardziej stanowczy. Śpiewał po łacinie i Mi­chael słuchał go z uznaniem. Nigdy nie lubił pogrzebów i unikał ich, kiedy tylko mógł. Doszedł jednak do wniosku, że własny pogrzeb to co innego. To było jedno z wydarzeń, na które należało się stawić.

Nie znał łaciny, ale wsłuchiwał się w słowa pieśni, wiedząc, że to ostatnie ludzkie słowa, jakie kiedykolwiek usłyszy. Pewnie znaczą: „Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz”, pomyślał. Tylko tym teraz jesteś, Morgan. Garstką pyłu wysypaną dla wilków nocy. Zastanowił się nad tym zdaniem i z żalem postanowił je odrzucić. W końcu po co wilkom pył?

Na wieko trumny spadły pierwsze grudy ziemi. Ich dźwięk przypominał pukanie do drzwi. Mi­chael roześmiał się w myślach. Wejdź, pomyślał. Wejdź, proszę. W domu jest trochę bałaganu, ale zawsze cieszę się z towarzystwa. Wejdź. Przyjacielu. To jest otwarty dom.

Sandra płakała teraz bardzo głośno, ale dźwięk jej łkania zaczynał przypominać ziewanie. Biedna Sandy, pomyślał Mi­chael. Uczestnicy pogrzebu pewnie też musieli wstać wcześnie. Wybacz, dziewczyno. Jeszcze tylko chwila. Potem będziesz mogła wrócić do domu i położyć się spać.

Stukot ziemi stał się słabszy, a po krótkim czasie umilkł całkowicie.

Okrążajmy kaktus nasz, powiedział do siebie Mi­chael Morgan. Uświadomił sobie absurdalność tych słów, ale nieustępliwie powtarzał je raz po raz. Okrążajmy kaktus nasz. Kaktus nasz. Okrążajmy kaktus nasz*. Po dłuższej chwili przestał i zaczął myśleć o niebie, piekle oraz Sandrze.

Za życia nie wierzył w pierwsze dwa i nie widział teraz powodu, by zmienić zdanie. Jeszcze przez pewien czas będę automatem przeznaczonym dla robaków, ale wkrótce odwrócę się na bok, przykryję wiecznością i zasnę, pomyślał. Jeśli się mylił, niebawem odwiedzi go jeden z dwóch Wiekowych Panów i wiele rzeczy nagle stanie się jasne. Postanowił, że na razie pomyśli o Sandrze.

Kochał ją za życia, ale teraz spoglądał na to z dystansem. Któż mógłby nie kochać Sandry? Łączyła w sobie wszystko, co świat darzył miłością, i demonstrowała to niczym diamenty na obrotowej tacy w sklepie jubilerskim. Co więcej, sprawiała wrażenie, że czegoś potrzebuje, a jej usta miały smutny wyraz.

Spotkali się na małym przyjęciu, które urządzono dla niego, gdy dołączył do grona wykładowców. Towarzyszył jej wujek, wykładający geologię. Spojrzeli sobie w oczy, odstawił kieliszek i podszedł do niej. Po piętnastu minutach cytował dla niej Rimbauda, Dowsona i Swinburne’a, a także własne piosenki, którymi nie dzielił się z nikim. Słuchała go i wszystko rozumiała. Pragnął pójść z nią do łóżka. Ponieważ byli dojrzałymi, kulturalnymi ludźmi, zaprowadziła go do wielkiego, ciepłego łoża. Sprawiała w nim wrażenie uroczo zagubionej.

Kochał to w niej. Dzięki temu czuł się potrzebny i użyteczny. Przekonał się, że ma silny instynkt opiekuńczy. Irytowało go to, bawiło i zachwycało na zmianę. Dzięki temu jeszcze bardziej pociągały go jej chwile trzeźwej błyskotliwości i ospałego humoru. To czyniło ją trójwymiarową, a Mi­chael już od bardzo dawna poszukiwał trzeciego wymiaru.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

------------------------------------------------------------------------

1.

* Fragment wiersza T.S. Eliota Wydrążeni ludzie w przekładzie Czesława Miłosza.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij