Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Przywary - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 kwietnia 2026
30,29
3029 pkt
punktów Virtualo

Przywary - ebook

Przywary chłopstwa? Może były to po prostu ludzkie słabości, powiększone przez system, który jednych stawiał nad drugimi? Może chłopi byli leniwi, bo praca nie przynosiła im korzyści? Może pili, bo alkohol był jedyną ucieczką? Może kradli, bo głód nie zna moralności? A my? My byliśmy leniwi w miłosierdziu. Piliśmy z nudy i przywileju. Kradliśmy godność, bo mogliśmy. Książka została utworzona z pomocą AI Książka przeznaczona jest wyłącznie dla osób pełnoletnich (18+)

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8455-000-7
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Przedmowa

O TRUDNEJ SZTUCE PATRZENIA W LUSTRO HISTORII

Książka, którą Państwo trzymają w rękach, jest dokumentem niezwykłym i pod wieloma względami prowokacyjnym. Jest to próba — udana w moim przekonaniu — zmierzenia się z jednym z najtrudniejszych zadań, jakie stają przed badaczem społeczeństwa: spojrzenia na przeszłość bez sentymentalizmu, ale i bez oskarżeń; z dystansem, ale i ze zrozumieniem; krytycznie, lecz współczująco.

Autor prowadzi nas przez XIX-wieczną wieś polską, dokumentując to, co sam nazywa “przywarami” chłopstwa. Czyni to jednak w sposób, który — i tu leży geniusz tego tekstu — stopniowo prowadzi do odkrycia, że przedmiot obserwacji jest jednocześnie zwierciadłem obserwatora. To, co zaczyna się jako katalog krytyczny, przekształca się w głęboką refleksję nad naturą władzy, przywileju i ludzkiej niedoskonałości.

Jako etyk i historyk rodziny muszę przyznać, że rzadko spotykam dzieło tak świadomie używające ironii i dystansu jako narzędzi poznawczych. Narrator — czy raczej narratorzy — tej historii są jednocześnie jej bohaterami i ofiarami. Dokumentując cudze wady, nieświadomie dokumentują własne. Ta podwójna optyka czyni tekst niezwykle cennym źródłem do zrozumienia mechanizmów społecznych XIX wieku, ale także — co ważniejsze — mechanizmów ponadczasowych.

Z perspektywy teologicznej, dzieło to jest medytacją nad grzechem — nie w wąskim, moralizatorskim sensie, ale w znaczeniu fundamentalnej ludzkiej skłonności do błędu, pychy i wykorzystywania władzy. Autorzy, mimo że formalnie reprezentują instytucje religijne i świeckie, stopniowo odkrywają własną grzeszność. Ten proces _metanoia_ — przemiany przez poznanie — nadaje tekstowi wymiar niemal duchowy.

Socjolog znajdzie tu bogate studium mechanizmów stratyfikacji społecznej, reprodukcji nierówności i tego, co Pierre Bourdieu nazwałby „przemocą symboliczną”. Widzimy, jak system społeczny produkuje dokładnie te zachowania, które następnie potępia jako „przywary”. Bieda rodzi kradzież, ucisk rodzi przekorę, brak perspektyw rodzi apatię. A ci na górze hierarchii interpretują te reakcje jako dowody wrodzonych wad moralnych, nie dostrzegając własnego udziału w tworzeniu warunków, które je generują.

Etnograficznie, tekst dostarcza fascynującego materiału o życiu codziennym XIX-wiecznej wsi — o pracy, świętach, konfliktach, relacjach rodzinnych i sąsiedzkich. Choć narracja jest wyraźnie stronnicza, uważny czytelnik odnajdzie między wierszami prawdziwe życie ludzi, którzy mimo wszystkich trudności przetrwali, wychowali dzieci, zachowali tożsamość.

Szczególnie wartościowe jest stopniowe przesunięcie perspektywy narratora. To, co na początku jest opisywane jako „lenistwo”, z czasem zaczyna być rozumiane jako racjonalna reakcja na system pańszczyźniany, w którym ciężka praca nie przynosi korzyści pracującemu. „Pijaństwo” okazuje się jedyną dostępną formą ucieczki od nieznośnej rzeczywistości. „Ciemnota” jest skutkiem systemowego blokowania dostępu do edukacji.

Ta ewolucja rozumienia — od potępienia do zrozumienia, od oskarżenia do współczucia — jest prawdziwym osiągnięciem tego tekstu. Autor nie zostawia nas z prostymi odpowiedziami czy jednoznacznymi osądami. Zamiast tego konfrontuje nas z niekomfortową prawdą: że wszyscy jesteśmy uwikłani w systemy, które nas przekraczają; że ofiary często reprodukują mechanizmy własnego ucisku; że ci, którzy powinni pomagać, często tylko wykorzystują.

Z perspektywy historii rodziny, szczególnie poruszające są opisy relacji międzypokoleniowych, transmisji wzorców kulturowych, napięć między tradycją a zmianą. Widzimy, jak trauma nędzy przekazywana jest z ojca na syna, jak matki uczone uległości uczą jej córki, jak systemy przemocy reprodukują się w mikrokosmosie rodziny.

Muszę również podkreślić odwagę autora w konfrontowaniu się z własnymi ograniczeniami poznawczymi i moralnymi. Wielu badaczy społecznych ukrywa się za maską obiektywności, udając, że ich obserwacje są wolne od wartościowania i osobistego zaangażowania. Ten tekst nie pozwala sobie na taką ucieczkę. Narrator jest obecny, ma swoją pozycję społeczną, swoje przywileje, swoje grzechy. I ostatecznie — co najważniejsze — to rozpoznaje.

Dla współczesnego czytelnika ta książka oferuje coś więcej niż tylko okno na XIX-wieczną Polskę. Oferuje lustro, w którym możemy zobaczyć mechanizmy działające również dzisiaj. Zmienili się aktorzy, zmienił się kontekst, ale podstawowe pytania pozostają: Jak patrzymy na tych, którzy są niżej w hierarchii społecznej? Czy widzimy w ich zachowaniach reakcje na strukturalne niesprawiedliwości, czy tylko „kulturę ubóstwa”? Czy jesteśmy gotowi przyjrzeć się własnym przywilejom i temu, jak je wykorzystujemy?

Ostrzegam jednak: to nie jest lektura łatwa. Zawiera sceny, które mogą szokować współczesną wrażliwość. Zawiera język i opisy, które dzisiaj uznalibyśmy za nie do przyjęcia. Ale właśnie w tej brutalnej szczerości leży wartość tego tekstu. Przeszłość nie była czysta, wzniosła czy heroiczna. Była brutalna, niesprawiedliwa, pełna hipokryzji. I jedynie konfrontując się z tą prawdą, możemy zacząć budować lepszą przyszłość.

Jako nauczyciel akademicki często powtarzam studentom: historia nie jest po to, żeby nas uspokoić. Jest po to, żeby nas niepokoić, prowokować, zmuszać do myślenia. Ta książka doskonale pełni tę funkcję. Nie zostaniecie po jej lekturze uspokojeni. Ale być może staniecie się mądrzejsi, bardziej świadomi, bardziej skłonni do krytycznego myślenia — również o sobie samych.

Dzieło to zasługuje na miejsce w kanonie polskiej myśli społecznej nie jako dokument bezstronnej obserwacji, ale jako świadectwo trudnego procesu samouświadomienia. Pokazuje, jak długa jest droga od pewności siebie do pokory, od oskarżania innych do rozpoznania własnej odpowiedzialności.

Polecam tę książkę wszystkim, którzy nie boją się trudnych pytań i niejednoznacznych odpowiedzi. Tym, którzy rozumieją, że prawdziwa mądrość zaczyna się od przyznania własnej niewiedzy, a sprawiedliwość — od rozpoznania własnego udziału w niesprawiedliwości.

_Veritas vos liberabit_ — prawda was wyzwoli. Ale najpierw was zaboli.

Warszawa, 2024Rozdział 1: Lenistwo i niechęć do pracy

WIECZORNA ROZMOWA NA PLEBANII

Zimowy wieczór roku 1847 zastał mazowiecką wioskę Kopydłowo w głębokim śniegu i jeszcze głębszej ciszy. Jedynie z okien plebanii biło ciepłe światło, a dym z komina unosił się w mroźne powietrze niczym kadzidło podczas uroczystej mszy. Wewnątrz, w przestronnej izbie o grubych, dębowych ścianach, przy solidnym stole przykrytym nieco już zniszczonym, ale wciąż godnym obrusem, zasiedli dwaj mężczyźni: ksiądz Paweł Pawłowicz Okowicki, proboszcz miejscowej parafii od dwudziestu trzech lat, oraz Adam Kopydłowicz, właściciel tejże wsi i okolicznych gruntów.

Proboszcz, mężczyzna po pięćdziesiątce, o rumianej twarzy i niezwykle błyszczących oczach, które świadczyły zarówno o bystrej inteligencji, jak i pokaźnej ilości już spożytej okowity, napełniał właśnie po raz kolejny szklanki krystalicznym płynem. Szlachcic Kopydłowicz, nieco młodszy, lecz już z siwizną w brodzie, przyjął swoją porcję z wdzięcznością wyrażoną głębokim skinienie głowy.

„Panie Adamie” — rozpoczął ksiądz, posmakował trunku, po czym sapnął z zadowoleniem — „długo już zastanawiam się, czy powinienem poruszać ten temat, ale po tym, co usłyszałem w konfesjonale w ubiegłą sobotę, sumienie mnie do tego zmusza. _Veritas liberabit vos_, jak powiada Pismo Święte — prawda was wyzwoli”.

Kopydłowicz uniósł brew z zainteresowaniem. Znał doskonale ten ton swojego duchowego opiekuna. Gdy ksiądz Paweł zaczynał cytować łacinę już po drugim kielichu, zawsze oznaczało to, że zagadnienie jest albo nadzwyczaj drażliwe, albo nadzwyczaj zabawne. Czasem jedno i drugie.

„Słucham, ojcze proboszczu” — odparł, wygodnie rozsiadając się na krześle. „Czy to znowu sprawa tej owczarki Stępniakowej, która podobno nocą wymyka się do lasu na sabat z samym diabłem?”

„_Eh, quid novi_? — Cóż nowego?” — Ksiądz machnął ręką. „Ta historia jest stara jak świat, a Stępniakowa po prostu chodzi do lasu zbierać zioła, które sprzedaje na targu w Sochaczewie. Nie, mój drogi, dziś chodzi o znacznie poważniejszą materię. Chodzi o lenistwo, o gnuśność, o to, co Ojcowie Kościoła nazywali _acedia_ — duchowe oziębienie i niechęć do wszelkiego wysiłku”.

„Lenistwo?” — Kopydłowicz parsknął śmiechem. „W mojej wsi? Ależ, ojcze proboszczu, wszyscy moi poddani to prawdziwe pszczoły! Od świtu do nocy w polu, przy pługu, przy sierpie…”

„_Per speculum et in aenigmate_ — Przez zwierciadło i niejasno” — przerwał mu ksiądz, unosząc palec. „Widzisz, mój drogi, tylko to, co chcesz widzieć. Ale ja, jako pasterz dusz, mam dostęp do tego, co ukryte. I w zeszłą sobotę przyszła do mnie na spowiedź Maryna, żona Macieja, tego twojego parobka z zagrody pod lasem”.

„Maryna?” — Kopydłowicz zmarszczył czoło. „Ta krzepka dziewka, co to zawsze nosi jajka na plebanię?”

„Ta właśnie” — potwierdził ksiądz i nalał sobie kolejną szklankę. „Biedaczka przyszła z duszą pełną grzechów. A właściwie nie tyle swoich, co cudzych. Bo cóż mnie wyznała? Że jej mąż, Maciej, to taki leń, jakiego świat nie widział od czasów biblijnego Onana, a może i dawniej!”

Proboszcz zrobił efektowną pauzę, upił łyk okowity i kontynuował z rosnącym przejęciem:

„Powiedziała mi, że Maciej, gdy rano wstaje — a wstaje zawsze z największą niechęcią, jakby go każdy świt raził jak błyskawica z jasnego nieba — przeciąga się tak długo, że koguty zdążą zapiać po trzykroć. Potem siada przy stole i gapi się w pustkę, czekając, aż Maryna postawi przed nim śniadanie. Zjada powolutku, przeżuwając każdy kęs, jakby to była ostatnia uczta królewska, a nie zwykła kasza ze skwarkami. A gdy już trzeba iść do roboty…”

„I co?” — Kopydłowicz nachylił się z zainteresowaniem.

„I wtedy Maciej nagle odkrywa, że bolą go plecy, kolana, łokcie, głowa, że drętwieją mu palce, że ma kłopoty z oddychaniem, że w nocy śnił mu się czarny pies, co jest znakiem nadchodzącej choroby, i że w ogóle powinien ten dzień przeleżeć w łóżku, aby nie narazić się na przedwczesną śmierć i pozostawienie rodziny bez żywiciela!”

Szlachcic wybuchnął gromkim śmiechem.

„Znam to! Znam to aż za dobrze! Ten sam Maciej, gdy w zeszłym roku kazałem mu przypiąć się do pługu — bo koń mi padł akurat — to tak się stawiał, że musiałem użyć bata! A i bat niewiele pomógł, bo ciągnął ten pług jak żółw w malinowym chruście, a każde dziesięć kroków to musiał odpocząć, wzdychać, jęczeć, jakby krzyż Pański dźwigał!”

Ksiądz Paweł klasnął w dłonie.

„_Ecce homo_! — Oto człowiek! Właśnie o tym mówię! Maryna wyznała mi, że gdy Maciej już wreszcie ruszy do pańskiego pola — bo do swojego ogródka jakoś zawsze znajduje siłę — to pracuje tak, jakby każdy ruch miał go kosztować kawał życia. Kilka razy zamachnie motyką, potem stanie i rozgląda się, jakby kontrolował, czy słońce jeszcze świeci. Potem znów trochę pokopie, ale już słabiej, a potem nagle przypomina sobie, że trzeba napić się wody”.

„Wody!” — prychnął Kopydłowicz. „Moi parobkowie piją więcej wody w czasie pracy niż koń wyścigowy! A przecież nie jest aż tak gorąco, szczególnie teraz, w zimie!”

„_In vino veritas_, ale w wodzie lenistwo” — zażartował proboszcz. „Maryna mówiła, że Maciej potrafi chodzić po wodę trzy razy na godzinę. A studnia jest przecież pięćdziesiąt kroków od pola. To znaczy sto tam i z powrotem. Trzy razy to już trzysta kroków, które mógłby wykorzystać na pracę!”

„I pewnie przy tej studni jeszcze gada z innymi leniami?” — dopytywał szlachcic.

„Ależ oczywiście! Maryna skarżyła się, że przy studni zbiera się zawsze cała kompania nierobów. Gadają o pogodzie, o tym, że w zeszłym roku był lepszy urodzaj, że pan jest srogi, że ksiądz za długie kazania wygłasza, że dziesięcina za wysoka, że w ogóle dawniej to było lepiej, choć nikt nie pamięta kiedy!”

Obaj mężczyźni wybuchnęli śmiechem i stuknęli się szklankami.

„A co Maryna mówiła o jego pracy w polu?” — dopytywał Kopydłowicz, coraz bardziej wciągnięty w opowieść.

Ksiądz Paweł pochylił się konspiracyjnie i ściszył głos, choć poza nimi w izbie nikogo nie było:

„Mówiła, że Maciej ma specjalną technikę. Gdy tylko zauważy woźnego albo nawet samego pana — wybacz, Adamie — to nagle zaczyna pracować z wielkim zapałem. Macha kosą, kiwa motyką, aż pot mu leci. Ale ledwo nadzorca się oddali, Maciej znów zwalnia do normalnego, to znaczy wyjątkowo wolnego tempa. A gdy jest pewien, że nikt nie patrzy, to w ogóle siada w cieniu i drzemie!”

„Drzemie w polu!” — Kopydłowicz uderzył pięścią w stół, aż podskoczyły szklanki. „To już szczyt bezczelności! Wiesz, ojcze proboszczu, że ja jestem człowiekiem pobożnym, chodzę regularnie do kościoła, przestrzegam przykazań, nie biję chłopów bez powodu…”

„Wiem, wiem” — potakiwał ksiądz. „Jesteś wzorowym panem i chrześcijaninem”.

„...ale jak słyszę takie rzeczy, to krew mnie zalewa! Przecież daję im ziemię, pozwalam hodować własne kury, czasem nawet świnię, a oni tak mi odpłacają?”

Proboszcz westchnął głęboko i napełnił szklanki po raz kolejny. Okowita robiła swoje — policzki obu mężczyzn płonęły, a języki stawały się coraz swobodniejsze.

„_Labor omnia vincit_, praca zwycięża wszystko — powiada rzymskie przysłowie” — zaczął ksiądz tonem kaznodziei. „Ale nasi chłopi, mój drogi Adamie, jakby tego przysłowia nigdy nie słyszeli. A może słyszeli i postanowili je zignorować? Bowiem w ich mniemaniu to nie praca zwycięża wszystko, ale lenistwo oszczędza siły!”

„Jakże prawdziwe są twoje słowa!” — zawołał Kopydłowicz. „A znasz historię o Stępniaku, sąsiedzie tego twojego Macieja?”

„Nie znam, opowiedz!” — Ksiądz rozsiadł się wygodniej, najwyraźniej gotów na kolejną historię o chłopskich niewdzięczności.

„Otóż tego Stępniaka kazałem w zeszłym roku okopywać buraki. Rozumiesz, ojcze, buraki to delikatna roślina, wymaga troski, systematycznego odchwaszczania. No więc przychodzi Stępniak, a ja myślę sobie: to solidny chłop, krzepki, młody jeszcze, da radę kawał grządki okopać. I co się okazało? Po trzech godzinach wracam, patrzę, a on okopał może jedną dziesiątą tego, co powinien!”

„_Miserere mei_!” — zawołał teatralnie proboszcz. „I co zrobiłeś?”

„A co miałem zrobić? Pytam go: Stępniak, czemu tak mało? A on mi na to, że ziemia twarda, że motyka tępa, że słońce go osłabia, że muchy dokuczają! Muchy, rozumiesz! Jakby te same muchy nie dokuczały wszystkim innym parobkom, którzy jednak pracę wykonali należycie!”

Ksiądz pokiwał głową ze zrozumieniem.

„To jest właśnie to, o czym mówię. _Excusatio non petita, accusatio manifesta_ — nieproszona wymówka jest jawnym oskarżeniem. Gdy chłop zaczyna się tłumaczyć, zanim ktokolwiek go o coś zapyta, to znak, że wie, że źle robił. A oni zawsze mają jakąś wymówkę!”

„Zawsze!” — potwierdził z goryczą Kopydłowicz. „Albo narzędzie złe, albo pogoda nieodpowiednia, albo święto jakiegoś świętego, o którym nigdy wcześniej nie słyszałem! Ile razy słyszałem: „Panie, dziś to święto świętego Ruperta, nie wypada robić”. A ja pytam księdza dziekana, a on mówi: „Jaki Rupert? Nigdy o takim nie słyszałem!””

Proboszcz roześmiał się tak głośno, że musiał otrzeć łzy.

„_Sancta simplicitas_! Święta prostoto! Ale wiesz, Adamie, to jest głębszy problem. To nie jest tylko kwestia pojedynczych leniwców. To jest, powiedziałbym, choroba całego stanu chłopskiego. _Morbus endemicus_, jak powiedzieliby lekarze — choroba miejscowa, zakorzeniona!”

„Wyjaśnij” — poprosił szlachcic, drapiąc się po brodzie.

Ksiądz wstał, trochę chwiejnie, i zaczął przechadzać się po izbie, gestykulując szeroko:

„Widzisz, chłop pracuje na swoim polu zupełnie inaczej niż na pańskim. Na swoim skrawku ziemi potrafi harować od świtu do zmroku, potrafi zgarbić plecy, potrafi znaleźć siłę nawet wtedy, gdy ona już dawno go opuściła. Dlaczego? Bo pracuje dla siebie, dla swojej rodziny, dla swojego zysku. Ale gdy przyjdzie mu pracować na pańskim polu…”

„...to nagle wszystko go boli, wszystko mu przeszkadza, wszystko staje się ciężarem nie do uniesienia!” — dokończył Kopydłowicz. „Tak, widzę to codziennie. Na pańszczyźnie pracują jak ślimaki, ale na swoim — jak mrówki!”

„_Cui bono_? — Dla czyjego dobra?” — zawołał ksiądz, unosząc palec do góry. „Oto pytanie, które oni sobie zadają! Gdy praca przynosi korzyść im samym, znajdują motywację. Gdy ma przynieść korzyść panu — motywacja znika jak rosa w słońcu. A to, mój drogi, jest grzech! Grzech niewdzięczności wobec pana, który im przecież ziemię dał, który ich chroni, który… który…”

„…który płaci za ich duszę dziesięciną dla kościoła!” — dorzucił Kopydłowicz, chwytając wątek.

„Słusznie! A oni jak odpłacają? Lenistwem, obijaniem się, psuciem narzędzi!”

„Psuciem narzędzi!” — Kopydłowicz aż podskoczył. „To mi przypomniało! W zeszłym miesiącu dałem Maciejowi — temu samemu, o którym mówiłeś — nowy wóz. Dobry wóz, solidny, stolarz w Sochaczewie go robił. I co? Po dwóch tygodniach koło się załamało!”

„Przypadek?” — spytał retorycznie proboszcz.

„Przypadek! Jak wszystko u nich przypadek! Ale woźny mi powiedział, że widział, jak Maciej celowo wjechał tym wozem w głęboki rów, jakby chciał sprawdzić, czy się nie przewróci. No i przewrócił się, i koło pękło. A Maciej tylko ręce rozkłada: „Co ja poradzę, panie, że rów taki głęboki?””

„_Ignorantia non est argumentum_! — Niewiedza nie jest argumentem!” — zagrzmiał ksiądz. „Ale oni tak zawsze. Udają głupszych niż są. Udają, że nie rozumieją poleceń. Ile razy mówisz chłopu: idź tam, zrób to, a on kiwa głową, mówi „słucham, panie”, a potem robi zupełnie co innego, a jak go zapytasz dlaczego, odpowiada: „Ja tak zrozumiał, panie”!”

„Dokładnie!” — Kopydłowicz uderzył ręką w stół z taką mocą, że okowita w butelce zatańczyła. „Ta ich udawana głupota to jest metoda! To jest sposób, żeby wykonać jak najmniej pracy, a potem się tłumaczyć, że źle zrozumieli!”

Przez chwilę obaj siedzieli w milczeniu, popijając z kubków. Za oknem wiatr zaczął wyć mocniej, a śnieg sypał coraz gęściej. W kominku trzaskały polana, rzucając na ściany tańczące cienie.

„A wiesz” — odezwał się w końcu proboszcz, nalewając kolejne porcje — „Maryna mówiła mi jeszcze coś interesującego o Macieju. Że gdy przychodzi czas żniw, to on zawsze nagle choruje”.

„Choruje w czasie żniw?” — Kopydłowicz pokręcił głową z niedowierzaniem.

„Choruje! Albo mu brzuch boli, albo gorączka go bierze, albo kręgosłup szwankuje. Zawsze coś. I leży wtedy w chacie, a Maryna musi sama dzierżawić kosę i sierp. Ale co ciekawe — Maryna to przyznała ze łzami w oczach — gdy już żniwa się kończą, Maciej nagle wstaje zdrów jak ryba i idzie na odpust do sąsiedniej wsi, gdzie tańczy do rana!”

„_O tempora, o mores_! — O czasy, o obyczaje!” — zacytował Cycerona Kopydłowicz, ku zadowoleniu proboszcza. „Widzę, że twoje łacińskie sentencje na mnie działają, ojcze. Ale to rzeczywiście szczyt bezwstydu! Chorujesz, gdy trzeba pracować, a zdrowiejesz, gdy trzeba się zabawić!”

„A na odpuście pewnie pije więcej niż my dzisiaj” — dodał ksiądz z uśmiechem.

„Bez wątpienia! Bo do picia i zabawy to oni zawsze siłę znajdą. Widziałem kilka tygodni temu, jak dwóch moich parobków ledwo się powłóczyło przy młóceniu zboża, wzdychało, jęczało, że plecy im pękną. A wieczorem patrzę przez okno, a oni w karczmie tańczą oberka, aż podłoga się trzęsie!”

Proboszcz przytaknął energicznie.

„To jest właśnie ta selektywna słabość! _Infirmitas electiva_, jeśli mogę stworzyć nowy łaciński termin. Oni są słabi tylko wtedy, gdy im to odpowiada. Gdy trzeba pracować — słabość. Gdy trzeba się bawić — siła wraca. Gdy trzeba coś dla pana zrobić — choroba. Gdy trzeba dla siebie — zdrowie!”

„I jak z tym walczyć?” — westchnął Kopydłowicz. „Bat? Próbowałem, niewiele daje. Kary? Zabierzesz jednemu kurę, to cała wieś zacznie narzekać, że pan okrutny. A jak wszystkim po równo dajesz, to mówią, że niesprawiedliwy, bo jeden pracował lepiej niż drugi, choć obaj pracowali źle!”

Ksiądz usiadł ciężko na krześle i przez chwilę milczał, gładząc swoją okrągłą twarz.

„Wiesz, Adamie” — powiedział w końcu poważniejszym tonem — „problem jest głębszy niż myślimy. Ci ludzie nie mają perspektyw. Urodziłeś się chłopem — umrzesz chłopem. Będziesz pracował na pańskim polu twój ojciec, ty i twój syn. I syn twojego syna. I tak w nieskończoność. Więc dlaczego mieliby się starać? Co im to da?”

„Wybacz, ojcze, ale to mi brzmi jak usprawiedliwienie!” — oburzył się szlachcic. „Ja też urodzę się szlachcicem i umrę szlachcicem. I co z tego? Też muszę pracować, zarządzać majątkiem, pilnować, żeby wszystko działało!”

„Ale ty pracujesz dla swojego dziedzictwa, dla swojej rodziny, dla przyszłości swoich dzieci” — odparł spokojnie proboszcz. „Chłop nie ma dziedzictwa. Ma tylko niewolę. I wie o tym”.

„To może i prawda” — przyznał niechętnie Kopydłowicz. „Ale czy to usprawiedliwia takie lenistwo? Czy to usprawiedliwia sabotaż, niszczenie narzędzi, udawanie chorób?”

„_Nihil novi sub sole_ — Nic nowego pod słońcem” — westchnął ksiądz. „Tak było, jest i będzie. Niewolnicy w starożytnym Rzymie robili to samo. Udawali głupszych, pracowali wolniej, psuły narzędzia. To jest _passive resistance_, jak powiedzieliby Anglicy — bierny opór”.

„Bierny opór?” — powtórzył Kopydłowicz. „To ciekawe określenie. Tak jakby walczyli z nami, ale bez otwartej walki”.

„Właśnie! Bo otwarta walka oznaczałaby karę. Ale wolna praca, udawana choroba, przypadkowe zniszczenie narzędzia — to trudniej ukarać. Zawsze mogą powiedzieć, że to przypadek, że nie chcieli, że nie wiedzieli”.

Rozmowa zaczęła przybierać coraz mroczniejszy ton. Obu rozmówców ogarniała melancholia, którą próbowali zagłuszyć kolejnymi szklankami okowity.

„A wiesz” — odezwał się nagle Kopydłowicz — „teraz jak o tym tak rozmawiamy, to zaczynam rozumieć, że to nie są pojedyncze przypadki. To jest system. To jest sposób życia. Wszyscy oni tak robią!”

„Wszyscy!” — potwierdził proboszcz. „Maryna mi wyznała, że wszystkie kobiety w wiosce narzekają na swoich mężów. Że wszyscy są leniwi, że wszyscy udają chorych, że wszyscy wolą wypić w karczmie niż zarobić na rodzinę. Ale one same też nie są bez winy!”

„O?” — Kopydłowicz uniósł brew. „Co masz na myśli?”

„Maryna przyznała, że gdy Maciej wraca z pańskiego pola, ona go jeszcze gani, że mało zarobił, że pan będzie niezadowolony. A czemu mało zarobił? Bo leniuchował! Ale ona go gani nie za to, że leniuchował, ale za to, że się przyłapał! „Powinieneś być sprytniejszy”, mówi mu. To znaczy powinieneś tak leniuchować, żeby nikt nie zauważył!”

„_Deus meus_!” — zawołał Kopydłowicz. „To już szczyt! Żona go gani nie za lenistwo, ale za niezdarność w lenistwie!”

„Właśnie!” — Ksiądz zaśmiał się gorzko. „One są ich wspólniczkami. Wspierają ich w tym procederze. A gdy przychodzi co do czego, to jeszcze pilnują, żeby dobrze udawali, żeby nie dali się przyłapać!”

„To jest konspiracja!” — stwierdził Kopydłowicz. „Cała wieś to jedna wielka konspiracja przeciwko panu!”

„Konspiracja lenistwa” — potwierdził proboszcz. „_Conspiratio pigritiae_. Wszyscy są w to zamieszani. I wszyscy się nawzajem kryją. Jeden widzi, że drugi leniuchuje, ale nie powie panu, bo jutro sam będzie chciał poleniuchować i będzie potrzebował, żeby inni też milczeli”.

Przez chwilę siedzieli w milczeniu, kontemplując tę ponurą prawdę.

„Ale” — odezwał się w końcu Kopydłowicz — „są przecież wyjątki? Są przecież chłopi, którzy pracują uczciwie?”

Ksiądz zastanowił się przez moment.

„Są” — przyznał w końcu. „Ale niewielu. I wiesz co się z nimi dzieje? Inni chłopi ich nie lubią! Nazywają ich lizusami, pochlebcami pana, zdrajcami! Bo taki uczciwy chłop podnosi poprzeczkę dla wszystkich. Pokazuje, że można pracować dobrze i szybko. A tego właśnie inni nie chcą, bo wtedy pan będzie wymagał od wszystkich tego samego!”

„_Incredibile_!” — zawołał szlachcic. „Karzą swoich za to, że są uczciwi?”

„Nie wprost, oczywiście. Ale są metody. Ostracyzm. Nie zapraszają ich na biesiady. Nie pomagają im przy żniwach, gdy potrzebują pomocy. Rozpuszczają plotki. To wystarczy, żeby większość wolała się dostosować do niskich standardów niż wyróżniać się uczciwością”.

„To jest chore” — stwierdził Kopydłowicz. „To jest chore społeczeństwo”.

„To jest społeczeństwo niewolnicze” — poprawił go ksiądz. „A niewolnictwo, nawet takie jak nasze, gdzie chłop ma ziemię i rodzinę, zawsze demoralizuje. Tak naucza święty Augustyn, tak nauczają Ojcowie Kościoła. _Labor servilis corrumpit animam_ — praca niewolnicza psuje duszę”.

„Ale co mamy robić?” — Kopydłowicz rozłożył ręce w bezradnym geście. „Uwolnić ich? A co wtedy? Kto będzie uprawiał ziemię?”

„_Quaestio difficilis_ — Trudne pytanie” — przyznał proboszcz. „Sam nie znam odpowiedzi. Może kiedyś, za naszego życia albo za życia naszych dzieci, znajdzie się jakieś rozwiązanie. Ale teraz… teraz możemy tylko pić i narzekać”.

I z tymi słowami ksiądz napełnił szklanki po raz kolejny. Butelka była już niemal pusta.

„Wiesz” — powiedział nagle Kopydłowicz, nieco już zacinając się w mowie — „teraz rozumiem, dlaczego w Biblii jest tyle fragmentów o pracy. O tym, że w pocie czoła będziesz żył, że ziemia ma rodzić ciernie i osty…”

„_In sudore vultus tui vesceris pane_ — W pocie oblicza twego będziesz jadł chleb” — zacytował proboszcz. „Księga Rodzaju, rozdział trzeci. To jest kara za grzech pierworodny. Ale wiesz co? Myślę, że nasi chłopi chcą uniknąć tej kary. Chcą jeść chleb bez potu. Chcą żyć bez pracy. To jest w pewnym sensie kontynuacja tego pierwszego buntu, tego pierwszego grzechu — chęć obejścia Bożych praw”.

„A może” — rzucił Kopydłowicz — „może oni po prostu nie rozumieją, że praca uszlachetnia? Że _labor improbus omnia vincit_, jak powiadają Rzymianie?”

„_Labor improbus omnia vincit_ — Niestrudzona praca wszystko zwycięża” — poprawił ksiądz. „To z Wergiliusza. Ale oni nie czytali Wergiliusza, mój drogi. Oni ledwo pacierz umieją. Dla nich praca to nie uszlachetnienie, to przekleństwo. I dopóki tak będą myśleć, tak będzie wyglądać ich praca”.

Kopydłowicz chciał coś odpowiedzieć, ale w tym momencie drzwi izby otworzyły się i do środka weszła Jagna, gospodyni księdza. Była to kobieta w wieku nieokreślonym, gdzieś między trzydziestką a pięćdziesiątką, o bujnych kształtach, które niemal przechodziły granicę między krzepą a tuszą. Jej policzki płonęły od mrozu i zapewne też od wysiłku wejścia po schodach.

„A, Jagna!” — zawołał proboszcz, wyraźnie uradowany. „Właśnie o tobie pomyślałem!”

„O mnie?” — spytała kobieta, ściągając chustę z głowy. „A cóż takiego?”

„Właśnie rozmawialiśmy z panem Kopydłowiczem o lenistwie chłopów. Powiedz nam, Jagna, bo ty jesteś mądra kobieta — jak to jest, że chłopi tak nie chcą pracować?”

Jagna roześmiała się głośno, aż jej obfity biust zatańczył.

„A to, ojcze, proste! Bo jak ma chłop chcieć pracować dla pana, jak wie, że i tak nic z tego nie będzie miał? Pańszczyzna to pańszczyzna, nie wolność. A człek to nie koń, żeby tylko wobec batożenia robił”.

„Słyszysz, Adamie?” — Ksiądz szturchnął szlachcica w bok. „Jagna potwierdza to, co mówiłem!”

„Potwierdza, potwierdza” — mruknął Kopydłowicz, ale jego uwaga była już gdzie indziej. Spojrzał na Jagnę, potem na księdza, potem znów na Jagnę.

Jagna podeszła do stołu i bez słowa wzięła butelkę, sprawdzając, ile zostało okowity.

„A widzę, że panowie już nieźle w czuby” — stwierdziła z rozbawieniem. „Może by tak panowie poszli odpocząć? Noc już późna, a i zimno się robi”.

Ksiądz Paweł spojrzał na nią z błyskiem w oku.

„Wiesz co, Jagna? To dobry pomysł. Bardzo dobry pomysł. Panie Adamie, co ty na to?”

Kopydłowicz, który już od dłuższego czasu spoglądał na gospodynię z wyraźnym zainteresowaniem, skinął głową.

„_Veni, vidi, vici_ — Przybyłem, ujrzałem, zwyciężyłem” — zacytował, choć nieco nieadekwatnie do sytuacji.

„_Carpe noctem_ — Chwytaj noc!” — dodał proboszcz, wstając chwiejnie od stołu.

Jagna tylko pokręciła głową z rozbawieniem, przyzwyczajona najwyraźniej do takich sytuacji. Wzięła pod ramię najpierw księdza, potem szlachcica, i wszyscy troje, nieco zataczając się, ruszyli w stronę drzwi prowadzących do sypialni proboszcza.

„A co z tym lenistwem chłopów?” — spytał jeszcze na schodach Kopydłowicz.

„_Cras, cras_ — Jutro, jutro!” — odparł proboszcz. „Dziś zajmijmy się czym przyjemniejszym!”

„_In vino veritas, in nocte voluptas_! — W winie prawda, w nocy rozkosz!” — zawołał szlachcic, ku uciesze gospodarza.

Drzwi sypialni zamknęły się za trojgiem kompanów, a plebania zapadła w ciszę, przerwaną jedynie wycie wiatru za oknem i trzaskaniem drewna w kominku.

Butelka okowity stała pusta na stole, niemym świadkiem wieczoru pełnego uczonych dysput o lenistwie, niewdzięczności i niemoralności chłopstwa — dysput, które, jak wszystkie takie dyskusje szlachty i duchowieństwa tamtych czasów, kończyły się dokładnie w ten sam sposób: przy pustej butelce i w ciepłym łożu, z daleka od zimnych chłopskich chat, w których ci sami leniwi chłopi — Maciej, Maryna i inni — w pocie czoła próbowali przeżyć kolejną noc ostrej mazowieckiej zimy.

_Sic transit gloria mundi_ — tak przemija chwała świata. Tak kończyły się intelektualne dysputy o moralności ludu. W łóżku, w alkoholowej mgle, z gospodyni plebanii jako pocieszeniem za wszystkie krzywdy, jakie rzekomo wyrządzali źli, leniwi chłopi swoim dobrym panom.

A na zewnątrz śnieg sypał dalej, obojętny na ludzkie grzechy, słabości i hipokryzję — okrywając równomiernie i chłopskie chaty, i pańską plebanię, i dwór szlachecki, jednakowo białym całunem, który rano stopnieją, obnażając tę samą czarną, mazowiecką ziemię, na której wszyscy — i panowie, i chłopi, i księża — musieli w końcu pracować, aby przeżyć.

Tyle że jedni pracowali dla siebie, a drudzy dla innych. I to właśnie było źródłem całego problemu, którego ani okowita, ani cytaty po łacinie, ani nocne igraszki nie mogły rozwiązać.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij