Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Przywróć mnie do życia - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 marca 2026
20,19
2019 pkt
punktów Virtualo

Przywróć mnie do życia - ebook

Emma ma rozbite serce i całkowicie zrujnowane życie. Rodzina Emmy podejmuje desperacką próbę ratunku dziewczyny — wysyłają ją do Lake Placid, gdzie jako dziecko spędzała każde wakacje. Emma ma pomóc matce w opiece nas schorowaną krewną i spróbować odnaleźć spokój. Jednak wszystko zaczyna się komplikować, gdy w domu ciotki niespodziewanie pojawia się jej wnuk — zbyt przystojny, zbyt pewny siebie i… zbyt niebezpieczny dla złamanego serca Emmy. Książka przeznaczona wyłącznie dla osób pełnoletnich.


Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8440-957-2
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PLAYLISTA

— Ed Sheeran „Perfect”

— The Verve „Bitter Sweet Symphony”

— The Crabnerries „Zombie”

— Tones and I „Dance Monkey”

— Dolly Parton „Jolene”

— John Denver „Take me home, Country roads”

— Herman’s Hermits „I’m into something good”

— Norah Jones „Don’t know why”

— Enya „Only time”

— Within Temptation „What have you done”

— Dawid Bowie „Lazarus”

— Rush Plus „Sweat”

— Barry White „Can’t Get Enough Of Your Love Baby”

— Tiago Iorc „My girl”

— Randy Newman „You’ve Got a Friend in me”

— Sigma „Nobody To Love_”_

— Eric Carmen „Hungry Eyes”

— Billy Joel „Uptown Girl”Rozdział 2. Coś jest ze mną nie tak

Budzi mnie kac morderca. W ustach mam Saharę, a moja głowa wiruje.

— Wody — jęczę na głos.

Spostrzegam, że zasnęłam na kanapie. W nogach leży uśpiony laptop, za moimi plecami tkwi opróżniona butelka po winie. Cmokam i powoli się prostuję. Czuję się jak w pralce. Mrużę oczy, gapiąc się na porzucony komputer i przypominam sobie, jak zwieńczyłam ten niezwykle emocjonujący wieczór, nim ostatecznie zamroczyłam się na amen.

Kierowana autodestrukcją włożyłam do stacji dysków płytę ze ślubnym filmem. Podczas przysięgi małżeńskiej wyłam jak bóbr, wypiłam razem z nowożeńcami toast, a potem ponownie ryczałam, gdy państwo młodzi tańczyli do _Perfect_ Eda Sheerana.

Po co to sobie robię? Czemu się dołuję, czemu z tak wielką ochotą dążę na skraj samozniszczenia? Może po prostu lubię się nad sobą użalać? Lubię być zjawą, czuć się jak śmieć i pomiot?

Rozmyślam nad tym. Być może.

Idę pod prysznic, wydaje mi się, że cuchnę. Stoję w kabinie, naprzemiennie zmieniając wodę z gorącej na lodowatą. Trę ciało szorstką stroną gąbki, aż skóra robi się czerwona. Myjąc włosy, szarpię je tak mocno, że głowa zaczyna mi pulsować. W końcu zakręcam wodę. Opieram dłonie na ścianie kabiny, pochylam głowę i patrzę, jak woda wiruje w odpływie. Nie wytrzymuję. Z moich ust wydobywa się niepohamowany żal. Zaciskam pięści, zamykam oczy i krzyczę. Właściwie drę się jak opętana. Kiedy daję upust emocjom, lamentuję. Łzy ćmią mój wzrok, gardło boli z żałości. A kiedy już nie mam siły ani krzyczeć, ani płakać, wymiotuję. Nagle robi mi się potwornie niedobrze, ale to zasługa wczorajszego wina.

Pod cholernym prysznicem spędzam całe przedpołudnie. Kiedy wreszcie stamtąd wychodzę, trzęsę się z zimna i z emocji. Owijam się ręcznikiem. Patrzę w lustro i robi mi się żal samej siebie. Oto Emma Jones, obraz nędzy i rozpaczy.

Myję zęby nad umywalką. Zaczynam rozczesywać włosy, delektując się każdym bolesnym pociągnięciem szczotki, gdy ktoś puka do drzwi. Nie spodziewam się gości, więc nie zamierzam otwierać.

Rozczesuję włosy do końca i wklepuję w twarz trochę kremu, co można uznać za mały sukces. Idę do sypialni znaleźć do ubrania coś, co będzie idealnie pasować do przegrywającej życie cierpiętnicy. Znowu rozlega się pukanie. Czuję, że zaraz się wścieknę. Kto ma czelność przerywać moje użalanie się nad sobą?

Szybko wciskam się w spodnie i T-shirt, i wściekła wypadam na korytarz. Dopadam do drzwi, w duchu ciesząc się, że właśnie znalazł się ktoś, na kim będę mogła wyładować swoją frustrację.

Zdejmuję zasuwę, szarpię za klamkę.

O nie, tylko nie on.

Ze wszystkich ludzi świata, akurat on musiał się tutaj zjawić? Na dodatek właśnie teraz muszę wyglądać jak gówno?

— Cześć. — Carter teatralnie wzdycha na mój widok.

— Co, już myślałeś, że dyndam pod sufitem? — warczę.

Przewraca oczami. Robi krok w przód, ale ja zastępuję mu drogę. Stara się ukryć rozbawienie. Unosi brwi wysoko.

— No co, nie wpuścisz mnie?

— Nie muszę. To moje mieszkanie.

Wojowniczo zakładam ręce.

Carter lustruje mnie od stóp do głów z powagą godną pozazdroszczenia, ale zaraz potem wybucha gromkim śmiechem.

— Nie wygłupiaj się — odpowiada i wparowuje jak do siebie.

Zatrzaskuję drzwi, gotowa do ataku.

— Przyszedłem po swoje rzeczy — tłumaczy szybko.

— Ach, tak? Miałeś kogoś po nie przysłać — przypominam mu. — Przyznaj, że przyszedłeś napawać się moim nieszczęściem.

— Nie wygaduj bzdur. Chciałem zobaczyć, jak sobie radzisz.

Rozgląda się wokół, skanując salon. Policzki zaczynają mnie piec ze wstydu. Mieszkanie wygląda, jakby przeszło przez nie tornado.

— Była impreza? — pyta, podnosząc z kanapy pustą butelkę po winie.

— Nie twoja sprawa! — chrypię, wyrywam mu butelkę, a po drodze do śmietnika zbieram z podłogi brudną bieliznę. Wszystko wciskam ze złością do kosza. Carter nie odrywa ode mnie wzroku. Dobrze wygląda. Ma na sobie ciemne dżinsy i skórzaną kurtkę. Włosy starannie zaczesał gładko do tyłu. Nie cierpię tego jego nowego image’u.

— Twoje graty są w biurze.

Kiwa głową i kieruje się na prawo. Depczę mu po piętach. Nie mam zamiaru spuścić go z oczu. Teraz to moje mieszkanie. Sam się na to zgodził.

Wchodzimy do pokoju, który kiedyś służył Carterowi za gabinet. Niewiele w nim zostało. Łajdak zabrał swoje zabytkowe biurko na lwich nogach, które dorwaliśmy na pchlim targu, a także swoje kolekcje książek i płyt CD. Dołuje mnie ten pokój, jest przytłaczająco pusty. Kiedyś na ścianie wisiały nasze wspólne zdjęcia, dziś straszą dziury po gwoździach. Wciąż nie wiem, co zrobię z tym pomieszczeniem.

Carter pochyla się i podnosi z ziemi pudło. Są tam rzeczy, które darzy szczególnym sentymentem — nagrody dla najlepszego menadżera hotelu, bilety lotnicze z jego służbowych podróży, książki, płyty DVD z ulubionymi filmami i inne badziewie. To ostatnie pudło, które tu zostawił. Za chwilę ślad po Carterze całkowicie zniknie z tego mieszkania.

— Mam nadzieję, że już ci przeszło i nie chowasz urazy — mówi mój były mąż, posyłając mi jeden z tych swoich uśmiechów w stylu „jestem taki słodki i uroczy, że nie można się na mnie długo gniewać”.

Biorę głęboki wdech. Gestem zapraszam go do wyjścia. Nie chcę wdawać się w dyskusję, bo wiem, jak się to skończy. Wyjdę z siebie, zacznę wrzeszczeć lub płakać, rzucać czym popadnie, a Carter i Isabella będą mieć pożywkę, by zrywać boki co najmniej przez tydzień.

— Idź już sobie.

Otwieram mu drzwi wejściowe. Patrzy na mnie łagodnie.

— Nie chciałem, by tak wyszło.

Kurwa. A było już tak blisko.

— Co?! — wybucham. — Nie chciałeś, aby tak wyszło? — Z wściekłości moje policzki oblewa szkarłat. — A co chciałeś?!

Palcem wskazującym dotykam jego klatki i go lekko popycham. Stawia karton na podłodze i patrzy na mnie z politowaniem. Zapewne uważa, że mam ten swój atak furii, jak miał w zwyczaju to nazywać. Tak, pod koniec istnienia naszego małżeństwa, Carter nazywał mnie furiatką, ilekroć śmiałam zrobić mu awanturę w związku z jego zdradą.

Co za palant.

— A ty znowu swoje. — Wznosi oczy ku niebu. Biedny, jebany męczennik. — Nie chcę się kłócić.

Mój oddech przyspiesza. Gdyby tylko wiedział, jak wielką mam ochotę by mu przywalić.

— Chcesz się wybielić. Chcesz, żebym puściła wszystko w niepamięć. Ale Carter, zraniłeś mnie i nic tego nie zmieni. Zdradziłeś mnie. Skrzywdziłeś. Na dodatek będziesz miał dziecko. Od trzech lat słyszałam z twoich ust, że dziecko to przeszkoda. Jesteś nieszczery i podły. Nie jesteś tak fajny, za jakiego się uważasz. Jesteś chorągiewką. W dodatku bezdusznym palantem. Świnią, po prostu świnią… — wyrzucam z siebie słowa z prędkością światła. Aż dostaję zadyszki.

Patrzy na mnie, jakbym opowiedziała dowcip. Ma tupet. Gdybyśmy grali w filmie, przyfasoliłabym mu teraz w tę jego durną gębę, a widownia w kinie biłaby mi brawo. Ale to nie jest film. To tylko nędzna imitacja życia. A ja nie jestem przebojową, pewną siebie główną bohaterką.

— W końcu znajdziesz sposób, żeby pogodzić się z tym wszystkim.

— Żebyś wiedział. Ale mam prawo wiedzieć jedno. Powiesz mi dlaczego?

— Co dlaczego?

Udaje głupszego, niż jest.

— Dlaczego to zrobiłeś? Czemu mnie zdradziłeś? Czemu Isabella?

Już kilka razy zadawałam mu to pytanie, głowiłam się nad tym sama niejednokrotnie. Nie uzyskałam do tej pory satysfakcjonującej mnie odpowiedzi.

— Tak wyszło. — Podnosi ramiona w geście wzruszenia.

Parskam.

— No jasne. Zdrada po prostu _wychodzi_.

— Co mam powiedzieć? Isabella jest szalenie atrakcyjna. Spędzaliśmy dużo czasu razem. Ty oddaliłaś się ode mnie, zrobiłaś się oziębła, zmieniłaś się…

Jego standardowa odpowiedź. Jak ucznia wykutego na blachę. Już to słyszałam i ani trochę mu nie wierzę.

— Pójdę już — mówi, widząc moją minę. Podnosi z ziemi swoje zasrane pudło i wychodzi bez pożegnania. Zatrzaskuję za nim drzwi.

— Ty chuju! — krzyczę z bezsilności i zaciskam dłonie w pięści. Mam nadzieję, że słyszał. Zaczynam chodzić po holu jak puma w klatce.

Pukanie do drzwi.

— Czego jeszcze chcesz?! — wykrzykuję i szarpię drzwi do siebie. Wpadam na Ryana, sąsiada. Unosi dłonie w geście obrony.

— Hola! Nic nie zrobiłem. Przyniosłem tylko twoją pocztę. Zasraniec znów pomylił skrzynki.

Wyrywam mu listy z dłoni.

— Dzięki — syczę.

— Coś taka wściekła?

Nie mam ochoty z nim gadać. Nie lubię go i mu nie ufam. Nie jesteśmy przyjaciółmi. Czasem wpadał tu na piwo do Cartera, ale nic poza tym.

— Nie twój interes.

Ryan mruży oczy.

— Carter miał rację, fiksujesz.

Otwieram szeroko oczy. Gadali o mnie?

— Do widzenia.

Ryan stawia nogę w drzwiach, uniemożliwiając mi ich zamknięcie. Patrzy na mnie, jakby rzucał mi wyzwanie.

— Przydałoby ci się porządne rżnięcie — w końcu mówi i zabiera nogę.

Odchodzi. Patrzę zszokowana, jak znika w swoim mieszkaniu naprzeciwko.

W końcu zatrzaskuję drzwi. Mam szczerą nadzieję, że limit palantów na ten dzień został wyczerpany.

***

Kilka minut przed dziewiętnastą rozbrzmiewa dzwonek do drzwi. Lecę otworzyć z ręcznikiem na głowie, jestem świeżo po prysznicu. To już dzisiaj trzeci. Nie, żebym była aż tak brudna, ale chyba po prostu lubię użalać się nad sobą w kabinie, jest bardziej dramatycznie.

— Cześć suczko! — woła Harper, jakby wpadła do karczmy i macha mi przed twarzą butelką Proceco. Całuje powietrze tuż obok moim policzków i mija mnie, nie zaszczycając choćby przelotnym spojrzeniem. Anna wyciąga do mnie ręce i w następnej chwili tulę się do mojej starszej siostry, jakbym znów miała osiem lat.

— Będzie lepiej — mówi czule, głaszcząc mnie po głowie, a raczej po turbanie zrobionym z ręcznika.

Zamykam drzwi.

Harper trzaska szafkami w kuchni.

— Kieliszki są tam — mówię oschle i wskazuję jej witrynkę nad stołem. Szczerzy zęby i sięga po kieliszki. Kiedy to robi, sukienka podjeżdża jej do góry i ukazuje koronkę czerwonych, perwersyjnych majtek. Ogólnie wygląda dobrze, jak zwykle. Pasuje jej ten dziwkarski styl. Ma doczepiane pasma miedzianych włosów i sztuczny biust oraz zrobione nos i usta. Wali zawsze prawdę między oczy, klnie jak szewc, beka bez skrępowania i często nie dostrzega, że biust wypadł jej zza dekoltu. Podejrzewam, że jest również nimfomanką. A mimo to jest najlepszą przyjaciółką mojej siostry — uosobienia klasy i kultury.

Ja i Anna siadamy na kanapie. Harper stawia przed nami, na niskim szklanym stoliku kieliszki i wino musujące. Bez ceregieli otwiera je i nalewa nam po korek. Czuję smutek, że kupiły tylko jedno.

Harper siada na fotelu obok nas.

— To, za co pijemy? — pyta, unosząc kieliszek.

Anna spogląda na mnie.

— Za Emmę i pierwszy dzień jej nowego życia.

— Niech będzie. — Unoszę kieliszek jak na komendę. Ten pierwszy dzień mojego nowego życia nie można zaliczyć do specjalnie udanych (kac, wizyta Cartera, kac, Ryan, kac), ale teraz czekam już tylko na wzloty.

Uwielbiam chwilę, gdy wino rozchodzi mi się gorącym strumieniem po gardle. Biorę solidny łyk, a potem następny i właściwie zostaje mi już tylko trochę na dnie kieliszka.

— Spokojnie. — Anna puszcza do mnie perskie oko i klepie mnie po dłoni. — Mamy jeszcze to.

Otwiera swoją torebkę wielkości paczki m&m’s i pokazuje mi gandzię.

Wytrzeszczam oczy.

— Kim jesteś i co zrobiłaś z moją siostrą?

Anna się śmieje.

— Rzadko mam wychodne. A skoro już je mam, wyssę z tego wieczoru, ile się da. Nie mam pojęcia, kiedy nadarzy mi się kolejna okazja.

Zastanawiam się przez moment czy David rzeczywiście jest taki wspaniałomyślny i wyrozumiały, czy może po prostu do końca nie zdaje sobie sprawy, co Anna będzie robić?

Harper klaszcze w dłonie.

— Szykuj się!

Podskakuję na baczność, mimo że brzmi to jak mało przyjemny rozkaz. Anna zapewniała mnie, że Harper ograniczy się dzisiejszego wieczoru w swoich uszczypliwościach, choć tak naprawdę nie liczyłabym na to.

Dopijam duszkiem wino i obrzucając rudą lodowatym spojrzeniem, drepczę do łazienki. Ściągam z włosów ręcznik i suszę włosy. Patrzę w lustro na swoją smutną twarz i próbuję wykrzesać uśmiech.

Starannie nakładam na twarz krem i podkład. Maluję rzęsy, gdy dolatuje do mnie zapach zioła. A to zołzy, zaczęły beze mnie.

Jeszcze się nie zaciągnęłam, a już chichoczę. Czuję się prawie beztrosko, na moment zapominam o tych wszystkich okropieństwach, które dosięgły mnie w ostatnim czasie.

— Wypchaj się Carter — mówię do swojego odbicia i daje mi to nieopisaną radość. Cudownie było by powiedzieć mu to kiedyś w twarz.

Wino zdążyło uderzyć mi do głowy, dopada mnie dziwna wesołość i pewność siebie.

Kończę makijaż i prostuję włosy. Wracam do salonu i domagam się bucha. Harper odpaliła w telefonie Spotify i teraz tańczy w wyuzdany sposób do seksownego głosu Harry’ego Stylesa. Anna chichocze i oklaskuje przyjaciółkę z kanapy. Siadam obok niej i wyjmuję z jej zadbanej dłoni jointa. Zaciągam się głęboko, lekko krztuszę. Automatycznie się odprężam, moje mięśnie się rozluźniają, czuję się zrelaksowana.

Rozwalam się na oparciu kanapy. Harper wyrywa mi skręta i teraz ona się zaciąga.

— Już się umalowałaś? — Mruży oczy.

Kiwam głową. Dziewczyny dłuższą chwilę oceniają efekt moich starań.

— No czy ja wiem… — Anna przechyla głowę na bok i przygryza wargę. Właśnie wykpiła mój make-up, ale wisi mi to. W normalnych okolicznościach obraziłabym się na nią, ale teraz jest mi zbyt wesoło i kocham wszystkich.

Harper oddaje skręta Annie, sięga po swoją torebkę, wygrzebuje z niej kosmetyczkę, a jej zawartość wysypuje na kanapę pomiędzy nas. Chwyta eyeliner i klęka przede mną.

— Zamknij oczy — nakazuje.

— Ale…

— Zaufaj mi.

Chichoczę z tego, jaka jest poważna, robię minę zbuntowanej uczennicy i wykonuję polecenie. Harper cmoka. Anna wtyka mi w usta jointa i zaciągam się, nie patrząc, co robię. Co za życie.

Czuję, że robi mi kreski na powiekach, potem przychodzi róż, rozświetlacz i inne rzeczy tego typu, szczerze, to wszystko mi jedno. Chciałabym być piękna, fajnie by było poczuć się seksownie w swojej skórze, być znowu ładną.

— Wow! — Anna bije brawo.

Harper odsuwa się ode mnie, zadowolona szczerzy zęby. Zaciąga się resztką skręta i gasi go w zlewie.

— No leć, zobacz się! — Moja siostra klaszcze w dłonie. Gnam więc do łazienki, trochę się chwieję, podłoga zrobiła się dziwnie śliska, a ściany chcą mnie zmiażdżyć.

No, trzeba przyznać, że Harper zna się na rzeczy. Wyglądam… ładnie. Prawie jak dawna Emma. Myślałam, że pomaluje mnie w swoim dziwkarskim stylu, ale ona jedynie podkreśliła moje niebieskie oczy, ich kolor wydaje się teraz znacznie bardziej intensywny. Cera wygląda zdrowo, jest promienna, złocista.

— Dzięki! — krzyczę.

Idę do garderoby. Otwieram szafę. Wtedy znowu dopada mnie przygnębienie. Tyle ładnych ubrań, a w większość z nich i tak nie wejdę. Anna, jakby przeczuwając moje przygnębienie, zjawia się w pokoju.

— Może wybierzemy coś razem? — zachęca. Kiwam głową, wydymając wargi.

Przymierzam dwie świetne kiecki, ale nie mogę patrzeć na swoje „boczki” i odstający brzuch. Ze smutkiem, ale też z dziwną czcią odwieszam je starannie do szafy.

Czuję, że Anna chce coś powiedzieć.

— Nie krępuj się, śmiało — zachęcam ją.

Wiem, że to co powie, sprawi mi przykrość, ale teraz, gdy jestem na rauszu i haju, jakoś to zniosę.

— Sporo ostatnio przybrałaś na wadze. Ten drań Carter nie jest tego wart. To ty powinnaś kontrolować swoje życie, a odnoszę wrażenie, że on robi to nadal.

Jest jej smutno. Nigdy świadomie nie sprawiłaby mi przykrości, zawsze chce dla mnie jak najlepiej. Oddałaby za mnie życie, a ja bez zastanowienia zrobiłabym to samo dla niej.

— Myślisz, że tego nie wiem? — Wzruszam ramionami. Nie chcę, aby mój dobry nastrój wyparował. Nie, proszę, nie odchodź. Chcę zachować tę namiastkę szczęścia.

— Nie chciałam cię urazić.

Anna splata palce dłoni, głupio jej.

— Wiem. Jest okej. Poradzę sobie z tym.

Uśmiecha się do mnie pokrzepiająco. Chcę powiedzieć jej o wszystkim. Wie tyle, ile powinna. Nigdy nikomu nie mówiłam o wszystkim, co robiłam, gdy zdrada Cartera wyszła na jaw. Już otwieram usta, czuję, że bardzo ogromny ciężar zejdzie mi z piersi, ale w tej samej chwili Harper wpada do garderoby jak cyklon.

Lewa pierś wypadła jej z sukienki i Anna, śmiejąc się, wpycha ją jej z powrotem. Napięcie zostało rozładowane, ale niewypowiedziane słowa zawisły w powietrzu.

W końcu znajduję do ubrania coś, w czym nie będę się czuła jak baleron owinięty sznurkiem. Wybieram czerwoną tunikę z odsłoniętymi ramionami i dżinsy z dziurami na kolanach. Dziękuję ci lycro!

Harper namawia mnie na włożenie szpilek, czego będę później gorzko żałować, ale na razie wydaje mi się, że jestem prawie tak samo ładna jak moje kompanki.

Wychodzimy z mieszkania. Zamykam drzwi na klucz, a ruda podaje mi wściekle czerwoną szminkę i podręczne lusterko. Malujemy się wszystkie. Następnie śmiejąc się jak wariatki, potykając o własne nogi, kierujemy się do windy.

To wtedy natrafiam na wzrok Ryana, który wystawia głowę przez drzwi, zapewne zaintrygowany odgłosami dochodzącymi z korytarza.

Odważna dzięki mieszance wina i trawki, pokazuję mu środkowy palec. Ryan robi minę, jakby nie dowierzał w to, co widzi. Pewnie za moment wybuchłabym śmiechem pełnym triumfu i teatralnej ekscytacji, gdyby nie gest, jaki Ryan kieruje w moją stronę. Palce lewej dłoni układa w niewielkie kółeczko, natomiast palec wskazujący drugiej dłoni szybko wędruje do ów kółeczka. Po chwili go wyciąga i szybko wkłada ponownie. Robi to wielokrotnie. Obrzydliwy gest kopulacji.

Chcę krzyknąć, żeby się odpierdolił, ale Anna ciągnie mnie do windy, drzwi się zamykają i palant Ryan znika mi z oczu.

Nawalone, głośne i chichoczące z Bóg wie z czego, wskakujemy na tylne siedzenie taksówki. Anna podaje nazwę klubu, której już po chwili nie pamiętam.

— Rany, ale ciacho, kto to? — Harper daje mi kuksańca w mój tłusty bok.

Cofam głowę w wyrazie zniesmaczenia i zdezorientowania.

— Kto taki?

— Twój sąsiad!

— Ryan?

— Ten, który chce się z tobą pieprzyć.

Wybucham śmiechem, odchylam głowę w tył, rżę, klepię się w kolana, wyję ze śmiechu tak głośno, że oczy zachodzą mi łzami i chrypnę.

Patrzą na mnie jak na obłąkaną.

— A wy czemu się nie śmiejecie?

— Ja też to zauważyłam. — Anna kiwa głową.

— Ale że co?

— Twój sąsiad ma na ciebie ochotę. — Puszcza mi oko.

Znów chcę się roześmiać, ale zaschło mi w gardle. Marzę o drinku.

— Jeżeli chcecie podbudować moje ego, to nie działa. Musicie wiedzieć, że Ryan to największy palant, jaki chodzi po ziemi. W dodatku to kumpel Cartera.

Harper unosi ramiona.

— No i co z tego? Przecież nikt ci nie zabroni się z nim bzyknąć, nie? A facet ma ewidentnie na ciebie chrapkę, w dodatku to takie ciacho!

— Nie wygaduj bzdur. Ryan nie pała do mnie szczególną sympatią, nigdy nie mieliśmy ze sobą o czym rozmawiać.

— Do TEGO nie potrzeba słów — Harper szepcze mi do ucha i wraz z Anną śmieją się rubasznie.

Szukam odpowiednich słów, by odpowiedzieć w miarę inteligentnie, że to, o czym gadają, jest totalnie porąbane, ale na szczęście nie muszę, bo taksówka zatrzymuje się pod _Dream & Drink_.

Tłum ustawił się w długim rzędzie, ale Harper zna bramkarza, więc wchodzimy bez kolejki.

Muzyka dudni mi w uszach, światła i neony ćmią wzrok, gdy schodzimy po schodach do podziemi, gdzie mieści się dyskoteka.

Siadamy przy barze. Anna zamawia nam trzy Cosmopolitany. Rozglądam się wokół. Nigdy wcześniej tu nie byłam, to chyba jakiś nowy klub. Dzisiejszej nocy pęka w szwach. Jest tak głośno, że nie słyszę własnych myśli.

Wypijamy drinki dość szybko i idziemy na parkiet. Lubię tańczyć, zawsze lubiłam, wydaje mi się, że wychodzi mi to całkiem nieźle. Dotykam swojego ciała, kręcę tyłkiem, wzrokiem kokietuję facetów i śmieję się w głos. Nie czuję się sobą, ale jednocześnie czuję się tak niesamowicie, że nie mogę przestać udawać tej szałowej Emmy.

Harper kusi jakiegoś brodacza, a ja i Anna wijemy się w tańcu. W przerwie wracamy do baru, na kolejnego drinka.

Siedząc na wysokich stołkach barowych, śmiejemy się z jakiegoś głupiego wspomnienia z dzieciństwa. Anna głaszcze mnie po włosach i co rusz powtarza jak bardzo mnie kocha.

Nagle zamiera i palcem wskazuje za moje plecy. Potem zeskakuje ze stołka i oddala się do wyjścia, informując, że musi zadzwonić.

Odwracam się za siebie skonfundowana i napotykam spojrzenie Ryana. Siedzi tuż obok. Prawie stykamy się kolanami.

Wytrzeszczam oczy. On się śmieje.

— Wyglądasz jakbyś zobaczyła ducha.

— Raczej łajdaka. Śledzisz mnie? — burczę.

— To ostatnia rzecz, na jaką miałbym ochotę. Nie przyszło ci do głowy, że nie wszystko kręci się wokół ciebie?

Jest bezczelny.

Ześlizguję się ze stołka i chcę się oddalić, ale łapie mnie za rękę i ciągnie ku sobie.

— Wypij ze mną drinka.

Mam ochotę roześmiać mu się w twarz. Świdruję go wzrokiem. Jest przystojny. Co ja gadam, jest bardzo przystojny. Ryan to szalenie atrakcyjny facet. Zawsze to wiedziałam, ale był po prostu kolegą Cartera, z którym nie miałam za wiele wspólnego. To bawidamek i dzieciak, ale jest uroczy, gdy tak patrzy teraz na mnie w tym swoim seksownym skupieniu.

Migdałowe oczy, długie rzęsy i usta, które mam ochotę ugryźć. Jest wysoki, dobrze zbudowany, ma ciało atlety. Potrzebuje supermodelki, a nie grubej i zaniedbanej Emmy Jones.

— Może innym razem. — Chcę wyrwać rękę, ale ściska mocniej.

— Nalegam.

Irracjonalizm tej sytuacji sprawia, że parskam. Szukam ukrytej kamery. Ale on patrzy tymi swoimi sarnimi oczami w taki sposób, że mam ochotę powiedzieć to, co ostatecznie mówię. Kapituluję.

— Okej. Piję Cosmopolitana.

Wracam na stołek. Ryan, nie spuszczając ze mnie wzroku, zamawia mi drinka, a sobie piwo. Próbuję odczytać intencje w jego twarzy.

Drwi sobie ze mnie? To jakiś rodzaj zakładu? Litość? A może Carter kazał mu to zrobić? Szpiegować mnie, upokorzyć, by potem naigrywać się ze mnie?

Jestem strasznie nieufna, ale hej, dziwicie się?

Barman stawia przed nami drinki. Natychmiast upijam łyk swojego, aby zagłuszyć niepewność i nienawiść do samej siebie.

— Pierwszy raz cię tu widzę — mówi.

Co za banał.

— Ja ciebie też — odpowiadam równie głupio.

Śmieje się. Kiedy to robi, kolana mi miękną, dobrze, że siedzę, bo już gryzłabym podłogę. Boże, kiedy się śmieje, wygląda niesamowicie. Cudowna powłoka, a w środku taki dupek. Harper miała rację, ciacho z niego. Choć nie lubię tego określenia, nic innego w tym momencie nie przychodzi mi do głowy.

Po chwili przypomina mi się rozmowa z dziewczynami w taksówce i robię się cała czerwona. Czy to możliwe? Naprawdę chciałby mnie bzyknąć? Rany, tak dawno nie uprawiałam seksu, że ta myśl wydaje mi się science–fiction. Jednocześnie moja wyobraźnia zaczyna tak intensywnie pracować, że muszę ściskać uda.

— O czym myślisz? — pyta, bierze łyk piwa i w prowokacyjny sposób oblizuje wargi.

Patrzę na niego jak dziecko na gigantycznego lizaka w sklepie ze słodyczami. Emma, do diabła, weź się w garść!

Kręcę głową.

— O niczym konkretnym.

Upijam następny łyk, bo nie wiem, co zrobić z dłońmi.

— Ładnie wyglądasz.

Serio to powiedział czy mi się wydawało?

— Carter cię nasłał? — pytam bez ogródek.

Ryan unosi obie dłonie.

— Hej! Nikt mnie nie nasłał! Rzadko go teraz widuję — wyjaśnia. — Właściwie wiem tylko, że już się rozwiedliście. Nie widziałem go od miesięcy. Niewiele gadamy, nie kontaktuje się ze mną.

Patrzę na niego podejrzliwie. Przejeżdżam językiem po zębach. Mówi prawdę? Czemu czuje potrzebę, by się tłumaczyć?

— Okej, nie gadajmy o Carterze. Mój były mąż nie zepsuje mi dziś humoru.

— I to mi się podoba. — Ryan uśmiecha się cudnie. — Wypijmy za to!

Unosi swój pokal, a ja swoją szklankę i stukamy się nimi głośno. Pijemy, patrząc sobie w oczy.

Nie wiem, czy zaufam jeszcze jakiemuś facetowi, ale jak na jednorazową przygodę jest idealną opcją.

— Znowu się zamyśliłaś.

— Często chodzisz do takich miejsc? — pytam szybko, by zmienić temat.

— Różnie. Lubię się zabawić od czasu do czasu. Ale jeżeli wydaje ci się, że imprezuję co weekend, to muszę cię rozczarować. — Puszcza do mnie oko w figlarny sposób, aż cała sztywnieję. — Dzisiaj wyciągnęli mnie kumple z pracy. — Wskazuje palcem za mnie i widzę teraz czterech facetów przy stole do gry w bilard. Szczerzą do nas zęby, machają i pokazują uniesione do góry kciuki. Banda troglodytów.

Trochę mi ulżyło, szczerze mówiąc. Nie jest szpiegiem mojego byłego męża, po prostu spotkaliśmy się tu przypadkowo.

Trochę mięknę.

— Sorry za dzisiaj — przepraszam go bez poczucia zażenowania.

— Luz — wzdycha. — Jestem przyzwyczajony, że laski obrzucają mnie wyzwiskami.

Śmiejemy się oboje. Napięcie trochę ze mnie schodzi. Kątem oka widzę zbliżającą się do nas Harper. Ciągnie za rękę swojego brodacza. Jest wniebowzięty na myśl, że pobzyka sobie dzisiejszej nocy.

Harper rzuca mi się na szyję.

— Będę spadać. — Całuje mnie w policzek. Pachnie ziołem zmieszanym z Chanel°5. — Bierz go, nie zastanawiaj się i nie wahaj. Życie jest jedno.

Kiedy odchodzi, Ryan patrzy na mnie z wyczekiwaniem.

— Co ci powiedziała? — pyta wreszcie.

— Ciekawość to pierwszy stopień do piekła. — Grożę mu palcem.

Wtedy on chwyta mnie za ten palec i ciągnie do siebie. Chwilę patrzy w moją twarz, jakby szukając aprobaty, a potem mnie całuje.

Mój Boże, tak dawno mnie nikt nie całował, że prawie zapominam, jak to jest i jak to się robi. Jęczę pod wpływem naporu jego języka i zatracam się w tym pocałunku bez reszty.

Przestajemy się całować. Moje wargi pulsują, tak samo zresztą jak cipka. Jestem podniecona do granic możliwości.

— Zawsze chciałem to zrobić.

Unoszę brwi w zdziwieniu.

— Serio?

— Nawet nie wiesz, ile razy. No ale byłaś żoną kumpla. Zawsze mi się podobałaś. Przychodziłem do Cartera i obserwowałem cię ukradkiem, gdy robiłaś coś w kuchni lub siedziałaś obok nas i po prostu czytałaś.

Zdumiewa mnie jego wyznanie. I poniekąd rozczula.

— Traktowałeś mnie chłodno — zwracam mu uwagę.

— Dziwisz mi się?

— Co chcesz przez to powiedzieć?

Kręci się niespokojnie na stołku. Myśli gorączkowo nad odpowiedzią. Przeszywa mnie wzrokiem, bierze łyk piwa, drapie się po podbródku, aż wreszcie oświadcza:

— Ujmę to tak: jak tylko cię poznałem, miałem ochotę cię puknąć, ale istnieje coś takiego jak kodeks braterski, jeżeli wiesz, co mam na myśli.

Kiwam głową, że rozumiem. Mam tak przyspieszony puls, że chyba zaraz spadnę z krzesła.

— A teraz? — pytam cicho i przełykam głośno ślinę.

— Co teraz?

— Czy ten kodeks obowiązuje, kiedy kumpel ma już inną?

Uśmiecha się łobuzersko, bo właśnie zaproponowałam coś, co wisiało w powietrzu. W tym samym momencie dostaję esemesa od Anny, że wraca do domu. To jakby znak.

Bez słowa dopijamy szybko nasze drinki. Zeskakujemy ze stołków i kierujemy się w stronę wyjścia. Ryan kładzie mi dłoń na dole pleców, jakby oznaczał terytorium. Cholernie mi się to podoba. Jezu, mam nadzieję, że wszystko to dojdzie do Cartera, cieszę się jak dziecko na tę myśl.

Łapiemy taksówkę i zaczynamy się w niej obściskiwać, niezrażeni obecnością kierowcy. Ryan obejmuje moją twarz i wpija się w moje usta, aż boli. Ja z kolei chwytam go za włosy i kark.

Cudownie smakuje. Jak mieszanka chmielu, wody po goleniu i mięty.

— Paliłaś zioło? — pyta.

Kiwam głową, a on wybucha śmiechem w moich ustach.

Nie mam pojęcia, kiedy dojeżdżamy pod budynek i kto płaci za kurs. Jestem tak zaabsorbowana Ryanem i jego ustami, że nawet nie wiem, czy jest wciąż noc, czy już ranek.

Odrywamy się od siebie tylko na moment, gdy wylewamy się z windy. Szukam w torebce kluczy. Po trzeciej próbie udaje mi się otworzyć te cholerne drzwi. Wpadamy do mojego mieszkania jak huragan. Drzwi się zatrzaskują, Ryan opiera mnie o nie plecami i całuje moją szyję i obojczyki. Chwyta moje piersi przez bluzkę i ściska je mocno. Boże, jak cudownie być pożądaną.

W holu panuje półmrok, za co jestem wdzięczna. Ściąga mi bluzkę przez głowę i odrzuca ją gdzieś w kąt. Jesteśmy zdyszani i spoceni, śmiejemy się i mruczymy. Myślę, że to najseksowniejsze odgłosy świata.

Ryan wkłada palce za miseczkę mojego stanika i delikatnie muska kciukiem mój sutek, aż cały sztywnieje. Wzdycham raz po raz. Jego penis wbija mi się boleśnie w pachwinę.

— Poczekaj sekundę — mówię.

— Co? — odrywa się ode mnie.

Jego wzrok bije pożądaniem, usta są czerwone i nabrzmiałe, a włosy stoją we wszystkie strony. Co za cholernie seksowny facet.

— Muszę do toalety. Za chwileczkę wracam.

Wyrywam mu się, zrzucam szpilki i biegnę na palcach do łazienki. Chcę doprowadzić się nieco do porządku, nim zobaczy mnie taką, jaką mnie Bóg stworzył. Jeny, mogłam się lepiej przygotować. Ale w życiu nie pomyślałabym, że będę miała tej nocy szansę na przygodny seks.

Robię wszystko w zdenerwowaniu i napięciu, wiedząc, że w moim mieszkaniu czeka napalony na mnie facet. Rozczesuję włosy i poprawiam tusz na rzęsach, w pośpiechu depiluję pachy i nogi, nakładam balsam. Ile minęło, pięć, dziesięć minut?

Boję się, że ucieknie, ale muszę być idealna dla niego. Lecę jeszcze do garderoby wcisnąć na siebie coś, co choć trochę uczyni mnie seksowną.

Otwieram drzwi szafy tak gwałtownie, że prawie się przewracam. To przez te cholerne słodkie drinki. Łapię równowagę i się rozglądam. Szukam czegoś, co mogłabym przywdziać po to tylko, by Ryan mógł zedrzeć to ze mnie w ciągu kilku sekund.

Dotykam tkanin, przesuwam wieszaki i gorączkowo proszę w myślach, żeby udało mi się coś znaleźć, i to prędko.

I wtedy TO wpada w moje ręce. Łapię ją z czcią, tiul i koronka przelewają mi się przez palce, błyszczą klejnociki, materiał szeleści i opada na podłogę.

A ja wraz z nim.

Siadam po turecku i ściskam JĄ, jak skarb.

Koronka z motywem liści mieni się delikatnie dzięki koralikom i kryształkom, dopiero teraz zauważam, że kilka ręcznie robionych kwiatuszków 3D ze sztucznego jedwabiu zdążyło odpaść.

Anna powtarzała, że powinnam ją sprzedać, ale ja nie potrafię. Ściskam moją suknię ślubną jak najlepszą przyjaciółkę i wyję. Zagłębiając się w te wspomnienia, robię sobie w tym momencie niewyobrażalną krzywdę, ale nie potrafię przestać.

— Wszystko w porządku?

Wzdrygam się na dźwięk głosu. Już prawie zapomniałam, że tu jest. Wstaję z suknią w dłoniach i nie mam pojęcia, co mogłabym powiedzieć. Patrzy na mnie z nutą przerażenia, ale i współczucia.

— Co robisz? — pyta wreszcie.

— Spadła z wieszaka, gdy szukałam koszulki. To przywołało wspomnienia.

Nie ma sensu kłamać. Widać przecież, że płakałam. Jestem zresztą teraz tak rozbita, że nie potrafię wymyślić żadnego sensownego wyjaśnienia.

— Nadal go kochasz.

To nie jest pytanie.

— Nie! — zaprzeczam, zbyt szybko.

— Wciąż nosisz obrączkę.

Patrzy teraz na mój palec, myśli nad czymś intensywnie. Jest jakby wkurzony, ale i pełen współczucia. A ja nie chcę współczucia. Mam po dziurki w nosie współczujących mi ludzi. Pieprzona obrączka.

— Po prostu nie mogę jej zdjąć.

Wygląda, jakby nie chciał słuchać moich marnych tłumaczeń. Ta sytuacja jest tak żałosna, że chyba nigdy nie było mi tak wstyd.

— Pójdę już — mówi. — Wyśpij się.

Wychodzi z garderoby, a potem słyszę, jak zamykają się za nim główne drzwi. Nie potrafię go zatrzymać.

Stoję jak słup soli, ściskając tę piękną i nieszczęsną suknię i długo myślę nad tym, jakie spustoszenie Carter wywołał w moim życiu. Zostawił po sobie dotkliwe uczucie pustki i drastyczny spadek samooceny.

Nie rozumiejąc do końca, co robię, wkładam na siebie tę cholerną suknię, teraz dwa rozmiary za małą i idę do tego cholernego Ryana. Chyba myślę, że poprawię mu humor, że w ten dziwaczny sposób go przeproszę.

Pukam, a on otwiera na wpół rozebrany, jedynie w dżinsach. Patrzy na mnie, jakbym przyleciała z kosmosu.

— Mogę wejść? — pytam, a on otwiera usta, żeby posłać mnie do diabła. Zanim jednak ma szansę to zrobić, ja po prostu go wymijam i wchodzę do mieszkania, szeleszcząc tiulem.

Wolno zamyka za mną drzwi. Drapie się po uchu, krzywi.

— To co robisz…

Rzucam się na niego i przyszpilam do drzwi, aż uderza o nie głową z łoskotem.

— Sorki — chrypię mu w usta i całuję go żarliwie. Nie opiera się, nie odpycha mnie, za co jestem mu wdzięczna. Wydaje się oddawać pocałunki.

— Zdejmij ją — żąda, ale ja mam ochotę się jeszcze z nim trochę podroczyć. Przestaję go całować. Osuwam się przed nim na kolana. Odgarniam włosy z twarzy i patrzę na niego. Powoli rozpinam guzik jego spodni, a zaraz potem rozsuwam zamek.

Widzę bokserki.

Ryan głaszcze mnie po głowie, drugą rękę opiera na drzwiach.

Nie robię tego pierwszy raz — dzięki Carterowi mam w tym wprawę.

Zsuwam z niego spodnie oraz szorty i biorę go do ręki. Ryan cicho jęczy. Kiedy zaczynam go lizać, jego pojękiwanie robi się głośniejsze, a kiedy obejmuje go ustami, słyszę przekleństwo. Zaciska rękę na moich włosach, nie ponagla. Liżę i ssę, a on oddycha ciężko i przeklina.

— Stop — mówi.

Patrzę na niego.

— Co?

— Przestań — syczy.

Chwyta mnie za ramiona, podnosi i ustawia do pionu. Naciąga bokserki i spodnie, zapina zamek.

— Cholera! — warczy. — Idź już sobie.

— Ryan.

Drga, gdy wypowiadam jego imię. Musi mi wytłumaczyć, czemu nagle zmienił nastawienie.

— Cholera, z tobą jest coś nie tak… nie umiem tego nazwać. — Łapie się za głowę i mierzwi włosy. — Ta suknia… — Wskazuje na mnie dłonią. — Jezu… Po prostu idź już sobie. To… to był błąd.

— Wyrzucasz mnie?

Czuję, jak w moim przełyku zbiera się rozpacz.

— Idź spać, Emma.

Mówi twardo, dobitnie. Otwiera przede mną drzwi. A więc wykopuje mnie jak psa, mimo że przed chwilą miałam w ustach jego kutasa.

Zachowaj dumę Emmo, zachowaj dumę — powtarzam sobie w myślach.

— Jak chcesz — mówię z wysoko podniesioną głową. Unoszę dół sukni i wychodzę. Drzwi zatrzaskują się za mną z hukiem. Te kilka metrów do mojego mieszkania to droga przez mękę, ale daję radę… Nurkuję w swoim lofcie i dopiero gdy zamykam drzwi, gorączkowo zaczynam myśleć o najlepszym sposobie na odebranie sobie życia.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij