-
nowość
PS Zjeżdżaj - ebook
PS Zjeżdżaj - ebook
Osiem listów z tamtego świata. Jedna szansa na miłość.
Testament Josha nie pozostawia wątpliwości: jego siostra Maddie ma rozsypać jego prochy w ośmiu miejscach, do których nie udało mu się dotrzeć za życia, i w każdym z nich przeczytać napisany przez niego przed śmiercią list. Mimo że Maddie nie lubi podróżować, postanawia spełnić wolę brata jak najszybciej. Tylko czy Josh musiał zaangażować w tę misję także Dominica?
Jasne, Dom był jego najlepszym przyjacielem, prawdopodobnie jedyną osobą, która będzie tęsknić za nim (prawie) tak samo jak Maddie. Ale był też irytującym facetem, który kilka lat wcześniej złamał Maddie serce. Josh doskonale wiedział, że ta rana nigdy się nie zagoiła.
Maddie i Dom muszą współpracować, jeśli chcą spełnić ostatnią wolę Josha. Bolesna przeszłość i tragiczna teraźniejszość każą Maddie zadać sobie pytanie, czy ma jeszcze szansę na szczęśliwą przyszłość.
Wzruszająca, a jednocześnie zabawna historia o stracie, miłości, namiętności i drugich szansach.
„Ta powieść wywołuje łzy, śmiech i wszystko, co pomiędzy” – Jo Segura, autorka bestsellerowych romansów
Lauren Connolly – wielokrotnie nagradzana autorka współczesnych i paranormalnych romansów. Mieszkała w górach, nad jeziorami i w… wyimaginowanych światach. Nie potrafi usiedzieć zbyt długo w jednym miejscu, ale gdziekolwiek by była, będzie tam też pies uważający się za trolla, dwa koty na kanapie i półki pełne książek napisanych przez jej ukochanych autorów.
Akurat w momencie, gdy myślę, że udało mi się wykonać tajną misję i mogę z czystym sumieniem wrócić do tłumu żałobników, drzwi schowka otwierają się.
Piszczę zaskoczona i odchylam się do tyłu, co okazuje się błędem, bo ląduję tyłkiem na pustej połowie kartonu. Pokrywa się zapada, a mnie pochłania pudło. Składam się jak scyzoryk, laptop wbija mi się w pierś, a nogi w rajstopach wystrzeliwują w górę.
Nie sądziłam, że ten dzień może się stać jeszcze bardziej kijowy – a jednak.
– O cholera, Maddie – rozlega się znajomy głos. – W porządku?
Nie, ani trochę. Lista powodów, dla których nic nie jest „w porządku”, nie ma końca.
Po pierwsze: mój brat, osoba, którą kocham – kochałam – najbardziej na świecie, nie żyje. Zmarł zaledwie trzy miesiące przed swoimi trzydziestymi urodzinami.
A w tej konkretnej chwili nie czuję się w porządku przede wszystkim dlatego, że o samopoczucie pyta mnie facet, który roztrzaskał moje serce w drobny mak.
Dominic Perry.
Najlepszy przyjaciel Josha. I człowiek, którego miałam zamiar unikać przez resztę życia. Ale to trudne, gdy podchodzi do mnie i wyciąga ręce, by wybawić mnie z tekturowej opresji. Oczywiście musi przy tym wyglądać jak książę z bajki.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8399-559-5 |
| Rozmiar pliku: | 1,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Mamroczę przekleństwa pod adresem beznadziejnego
wi-fi w domu pogrzebowym i jednocześnie się zastanawiam, czy ukrywanie się w schowku na środki czystości, by popracować podczas stypy brata, czyni ze mnie okropną siostrę.
– W sumie i tak nie chciałeś tego pogrzebu, prawda? – szepczę do półek zastawionych detergentami, jakby Josh był duchem przycupniętym wśród butelek płynu do podłóg o zapachu cytrynowym. – Wolałbyś, żebyśmy wybrali się w pijacki rejs i rozbijali piniaty z twoim wizerunkiem.
Mój brat nie znosił poważnej atmosfery. Był tym zabawniejszym z naszej dwójki. Urodzony komik, potrafił rozbroić żartem najbardziej ponurą sytuację. Ludzie śmiali się przez łzy, nawet kiedy wszystko dookoła się waliło.
Tak jak teraz. Gdyby tylko mógł tu być.
Ale wtedy w ogóle nie trzeba byłoby urządzać całej tej żałobnej szopki, o którą nie prosił.
Jeśli istnieje życie po śmierci i dusza Josha gdzieś tam się błąka, to właśnie zrywa boki ze śmiechu, widząc, jak siedzę na opróżnionym do połowy kartonie papieru toaletowego, próbując ugasić cyfrowy pożar w pracy, w rajstopach tak gryzących, że rozdrapałam w nich sobie dziurę na lewym pośladku.
– Proszę bardzo – mówię do laptopa, odesławszy zaktualizowany raport. Sama już nie wiem, czy zwracam się do szefowej na drugim końcu kraju, czy do ducha mojego brata. Pewnie jedno i drugie.
Akurat w momencie, gdy myślę, że udało mi się wykonać tajną misję i mogę z czystym sumieniem wrócić do tłumu żałobników, drzwi schowka otwierają się.
Piszczę zaskoczona i odchylam się do tyłu, co okazuje się błędem, bo ląduję tyłkiem na pustej połowie kartonu. Pokrywa się zapada, a mnie pochłania pudło. Składam się jak scyzoryk, laptop wbija mi się w pierś, a nogi w rajstopach wystrzeliwują w górę.
Nie sądziłam, że ten dzień może się stać jeszcze bardziej kijowy – a jednak.
– O cholera, Maddie – rozlega się znajomy głos. – W porządku?
_Nie, ani trochę._
Lista powodów, dla których nic nie jest „w porządku”, nie ma końca.
Po pierwsze: mój brat, osoba, którą kocham – kochałam – najbardziej na świecie, nie żyje. Zmarł zaledwie trzy miesiące przed swoimi trzydziestymi urodzinami.
A w tej konkretnej chwili nie czuję się w porządku przede wszystkim dlatego, że o samopoczucie pyta mnie facet, który roztrzaskał moje serce w drobny mak.
Dominic Perry.
Najlepszy przyjaciel Josha. I człowiek, którego miałam zamiar unikać przez resztę życia.
Ale to trudne, gdy podchodzi do mnie i wyciąga ręce, by wybawić mnie z tekturowej opresji.
Oczywiście musi przy tym wyglądać jak książę z bajki. Dominic stał się nieznośnie przystojny, odkąd reszta jego twarzy zdołała dorównać długiemu nosowi. Szczęka jak wyrzeźbiona z marmuru, ciepłe brązowe oczy, które potrafią przekonać naiwne nerdki, że można zaufać temu spojrzeniu, oraz czarne włosy, układające się w idealną falę nad bladym czołem i uszami odstającymi akurat na tyle, by wyglądać uroczo.
A do tego ma na sobie czarny, perfekcyjnie dopasowany garnitur.
Garnitury na pogrzeb powinny kiepsko leżeć, prawda? Ciuchy zakładane w żałobie powinny się marszczyć i podwijać w nieodpowiednich miejscach. Właśnie tak tłumaczę sobie tę workowatą i zarazem dziwnie mnie opinającą sukienkę, którą wyciągnęłam z dna szafy.
– Wspaniale. Serio. Wprost bajecznie. – Próbuję się jakoś dźwignąć z pudła, wykorzystując do tego siłę swojego skrępowania.
Niestety, udaje mi się jedynie zarzucić włosy na oczy. Dopiero teraz uświadamiam sobie, że mimo całego poranka spędzonego na ich kręceniu i lakierowaniu nie osiągnęłam efektu, jaki u Doma pojawia się bez wysiłku. Nawet gdybym wczesała sobie w te sięgające ramion, brązowe włosy całą tubkę super glue, i tak nie zdołałabym utrzymać podobnej fali.
– Pomogę ci – mówi Dom, po czym chwyta mnie za łokcie i stawia na równe nogi bez cienia wysiłku.
Kiedy znowu czuję grunt pod stopami, odgarniam włosy z oczu i odsuwam się jak najdalej od jego szerokiego torsu i zapachu tajemniczej wody kolońskiej, który przywodzi mi na myśl mężczyzn we flanelowych koszulach, rąbiących zimą drewno w cedrowych lasach dla czystej frajdy.
Mogłabym sprzedawać bilety do takiego miejsca. I przejść na emeryturę w sędziwym wieku dwudziestu sześciu lat.
Oddychając przez usta, szukam moich czarnych szpilek, które zdjęłam, gdy tylko zostałam sama, bo uciskały mi palce dokładnie tak, jak na żałobne buty przystało.
– Co ty tu robisz? – pyta Dom i na dźwięk jego lekko zachrypniętego głosu przechodzą mnie dreszcze.
– Opracowuję plan przejęcia władzy nad światem, rzecz jasna. Josh miał się zająć polityką zagraniczną, ale teraz cała robota spadła na mnie. Taki z niego bezczel. Planuję złożyć skargę.
Wspominałam już, że czarny humor to u nas cecha rodzinna?
To właśnie było najlepsze, co mogłam zrobić: zamknąć się w schowku. Inni życzą sobie, żebym przeżywała żałobę „z godnością”. (Ale czy to w ogóle możliwe? Jak można mieć twarz zalaną łzami, nie wyglądając przy tym jak zasmarkana kupka nieszczęścia?) Nikt nie przyszedł przecież na tę paradę depresji, by słuchać moich sarkastycznych żartów na temat nieżyjącego brata.
Cały ten pogrzeb był wymysłem naszej matki. Cecilia Sanderson potrzebowała patosu i tradycyjnej ceremonii, żeby móc opłakiwać syna, któremu za życia poświęcała niespecjalnie dużo czasu. Część ludzi tłoczących się za drzwiami to znajomi Josha, ale większość przyszła tu z jej powodu – artykułów, postów, całego tego starannie skomponowanego internetowego hołdu dla „inspirującej, trwającej rok walki z rakiem”. Po jego śmierci liczba obserwatorów Cecilii się potroiła.
Tymczasem ja utknęłam w schowku na szczotki z jedyną osobą, której towarzystwa chciałam uniknąć bardziej niż uzależnionej od selfie matki.
– Jasne – rzuca lekko Dom i pochyla się nade mną. – Właśnie szukałem…
– Papieru toaletowego? – wchodzę mu w słowo. – W takim razie dobrze trafiłeś. Nie wstydź się. Podobno żałoba często miewa działanie przeczyszczające. Dam reszcie znać, że jesteś chwilowo niedysponowany.
Drażnię się z nim, bo to najlepszy sposób, żeby nie zwariować od tego, jak moje ciało reaguje na jego bliskość. Robi mi się najpierw gorąco, potem zimno, aż w końcu wszystko zaczyna mnie mrowić.
Jakby mnie czymś zaraził. On jest chodzącą zarazą.
A do tego, niestety, całkowicie odporną na mnie i moje przytyki.
– Dzięki – odpowiada sucho. – Jak się trzymasz? – dodaje łagodniejszym tonem.
Krzyżuje ramiona i patrzy na mnie z góry. Widzę, jak przechyla głowę, i czuję na twarzy ciężar jego spojrzenia. Całkiem jakby oczekiwał raportu o stanie moich emocji, tu i teraz.
Dominic Perry jest facetem, który lubi mieć nad wszystkim kontrolę.
To pomieszczenie – zbyt ciasne nawet dla mnie samej – sprawia wrażenie, jakby należało do niego. Powietrze gęstnieje. Czuję, że zaczyna mi brakować tlenu; korci mnie, żeby sięgnąć po inhalator. Próbuję się przecisnąć bokiem. Muszę natychmiast stąd wyjść. Odetchnąć powietrzem, w którym nie czuć obecności Doma.
– Jak się trzymam? Fantastycznie. Jak ostatnia dziewczyna, której udało się przetrwać w horrorze o psychopatycznym mordercy. – Sprawdzam laptopa, upewniając się, że przeżył lądowanie w pudle z papierem. Wszystko gra. Zamykam go, wkładam do torby i zarzucam ją sobie na ramię, kierując się w stronę drzwi.
Dominic odwraca się w ślad za mną, obserwując każdy mój ruch.
– Wiem, że minęło trochę czasu, ale jestem tu, gdybyś chciała pogadać – mówi, grając mi na nerwach. Zaciskam lodowato zimne palce na klamce. – Możesz na mnie liczyć.
_Minęło trochę czasu…_
Od tej jednej nocy, którą spędziliśmy razem. I od tego poranka, gdy…
_Nie myśl o tym._
Bo jeszcze się rozpłaczę. A jeśli z moich oczu mają popłynąć łzy, to z powodu Josha, a nie jakiegoś dupka, który się nade mną lituje.
– To bardzo miłe, naprawdę, ale nic mi nie jest. – Wychodzę z tej klaustrofobicznej klitki. – Mam całą listę kolesi na jedną noc do takich emocjonalnych pogaduszek. Jesteś daleko w ogonie.
Zostawiam go w schowku i ruszam w stronę zgromadzenia, do którego nie mam najmniejszej ochoty dołączyć. Ale nawet krępujące rozmowy z nieznajomymi są lepsze niż kolejna minuta spędzona sam na sam z Domem – chodzącym ucieleśnieniem kiepskich wspomnień.
Gdyby moi koledzy z pracy usłyszeli, jak się do niego odezwałam, pomyśleliby, że ugryzł mnie jędzowaty zombie. Ale mam to w nosie. Nie ma mowy, żebym znowu się przed nim odsłoniła.
Młodsza wersja Maddie myślałaby inaczej.
Dawniej zrobiłabym wszystko, żeby tylko zwrócił na mnie uwagę. Był gwiazdą wszystkich moich nastoletnich fantazji. Wyobrażałam sobie, że któregoś dnia przestanie widzieć we mnie „młodszą siostrę kumpla”, a dostrzeże… kobietę.
Miałam dziewiętnaście lat, kiedy to marzenie wreszcie się ziściło.
Jednak bardzo szybko zmieniło się w koszmar, po którym uciekłam na drugi koniec kraju, byle nie widzieć więcej tej jego wkurzająco przystojnej twarzy.
Mijam tłum nieznajomych i zatrzymuję się przy stole zastawionym zdjęciami Josha. Jest ich mnóstwo. Na kilku jesteśmy razem, ale większość przedstawia jego z przyjaciółmi. Josh w pięknych miejscach. Josh przeżywający kolejną przygodę. Josh w podróży. Zawsze uśmiechnięty.
Zawsze w ruchu.
Patrząc na ten stół, czuję się tak, jakbym oglądała odbicia wszystkich tych chwil, gdy był gdzieś daleko, a ja przez długi czas go nie widziałam.
_Ja też wyjechałam. To nie zawsze on znikał._
A teraz już nigdy go nie zobaczę.
– Maddie.
Dogonił mnie. Aż mnie ściska w środku, gdy słyszę swoje imię wypowiedziane tym jego głębokim głosem.
– Dominic – odpowiadam barytonem, parodiując jego sposób mówienia. Nie muszę się odwracać, by wiedzieć, że jest tuż za mną. Mam wrażenie, że stoję w cieniu wielkiej góry. – Mówiłam ci, że mam się świetnie. Idź poudawać, że troszczysz się o kogoś innego.
– Jestem wykonawcą testamentu Josha.
Sens jego słów dociera do mnie z opóźnieniem. Głównie dlatego, że nie do końca wiem, co znaczy „wykonawca testamentu”.
– Co proszę? – Nie wytrzymuję i zadzieram głowę, mierząc wzrokiem to cholernie wysokie utrapienie.
– Josh wyznaczył mnie na wykonawcę swojego testamentu – powtarza Dom. Nadal nie wiem, co to znaczy, i doprowadza mnie to do szału. – Zostawił kilka pamiątek do przekazania rodzinie i przyjaciołom. Zarezerwowałem salkę, żeby je wszystkim rozdać.
– Czekaj – rzucam ostro. – Czekaj, czekaj, czekaj! – Macham rękami jak nawiedzona, próbując powstrzymać go przed wypowiedzeniem kolejnych słów, które tylko podniosą mi ciśnienie. – Czy nie powinien się tym przypadkiem zająć jakiś prawnik?
Patrzy na mnie beznamiętnie.
– Wykonawca testamentu nie musi być prawnikiem. Można wyznaczyć kogokolwiek.
W jego głosie słychać niewypowiedziane – i osądzające – pytanie: „Chyba się nie przygotowałaś porządnie na dzień własnej śmierci, co, Maddie?”.
Ano nie. Bo jestem całkowicie normalną dwudziestosześciolatką.
– I Josh wybrał… ciebie.
Postanowił powierzyć tę szczególną, pośmiertną funkcję Dominicowi Perry’emu, Panu Odpowiedzialnemu Dupkowi – zamiast mnie.
Swojej siostrze.
_Jaja sobie robisz, Josh?_
To nie tak, że byliśmy rodzeństwem, które ledwie się zna. Byliśmy ze sobą blisko. Rozmawialiśmy co tydzień przez telefon, nawet jeśli Josha akurat wywiało na drugi koniec świata. Mieliśmy tyle wspólnych żartów, że można by nimi zapełnić bibliotekę w średniej wielkości miasteczku.
Kiedy Josh poinformował mnie o swojej diagnozie, rozpłakał się. Ja też płakałam. Przytuliliśmy się i zgodnie skłamaliśmy, że skopie rakowi tyłek.
Jednak gdy przyszło do wyznaczenia oficjalnego wykonawcy testamentu, Josh wybrał Doma.
Zerkam w stronę zbiorowiska uśmiechniętych, oprawionych w ramki Joshów i wyobrażam go sobie, jak śmieje się z mojego oburzenia.
– Mam coś dla ciebie. Od niego – mówi Dom, cofając się o krok, jakby doskonale zdawał sobie sprawę z mocy tej przynęty.
_Coś od Josha_. Nawet jeśli zostawił to w rękach człowieka, którego nie znoszę najbardziej na świecie, muszę zdobyć ten tajemniczy przedmiot. Mam ochotę syknąć: „Dawaj!” i wyciągnąć po niego ręce, ale nie straciłam resztek godności.
Jeszcze.
– Dobra – warczę. – Pójdę już do tej twojej salki wykonawczej.
Dominic kiwa głową i rusza przodem. Przynajmniej znowu będę mogła się uwolnić od tłumu nieznajomych.
Ale skoro reszta rodziny też ma coś dostać, to znaczy…
– Madeline! – Głos mojej matki rozbrzmiewa dokładnie w chwili, gdy przekraczam próg pomieszczenia. – Och, Madeline, nareszcie jesteś.
Jej wygląd sugeruje, że właśnie wybiera się na czerwony dywan, ubrana w czarny kostium i szpilki. Podchodzi i obejmuje mnie z taką wprawą, jakby robiła to przez całe życie.
Co nie jest prawdą. Mogłabym zliczyć te wszystkie razy, kiedy Cecilia Sanderson mnie przytuliła, na palcach jednej ręki i jeszcze parę by mi zostało.
– Mamo. – Poklepuję ją niezręcznie po plecach i opuszczam ramiona.
Odsuwa się od mnie i poprawia mi włosy.
– Powinnyśmy uwieczniać takie chwile – mówi.
Stoję zdezorientowana, a ona już ma telefon w ręku, przyciska moją głowę do piersi i po chwili słyszę dźwięk migawki. Nie mam nawet czasu powiedzieć, że planuję wyrzucić ten dzień z pamięci, zalewając się w trupa.
Mama wypuszcza mnie z objęć tak nagle, że na moment tracę równowagę. Ona oczywiście tego nie zauważa, jest już zbyt zajęta tworzeniem kolejnego posta o pogrążonej w żałobie matce oraz dzielnej córce, którą przecież tak bardzo kocha.
Dominic kładzie mi dłoń na plecach, mam chęć go obsztorcować, ale odsuwa się i mija mnie bez słowa.
– Czerń ci nie służy – mamrocze Cecilia.
Dacie wiarę, że to jeden z mniej uszczypliwych tekstów, jakie od niej usłyszałam?
– Dzięki, mamo, jak miło. – Nie mam siły tłumaczyć jej, że nie powinna komentować stroju, który założyłam na pogrzeb rodzonego brata.
Ale ona tylko przewróciłaby wtedy oczami i stwierdziła, że znowu przesadzam, co doprowadziłoby do kolejnej słownej przepychanki, która i tak niczego by nie zmieniła. Bo niby jakim cudem, skoro nawet śmierć Josha nie skłoniła Cecilii do refleksji nad tym, jak traktuje swoje jedyne żyjące dziecko?
Zbliża się do nas kobieta z kieliszkiem martini. Cieszę się, bo to znaczy, że gdzieś tu musi być bar.
– Witaj, ciociu Florence – mówię, chociaż nie jest moją ciotką. Florence to matka Cecilii, czyli moja babcia. Technicznie rzecz biorąc, to ona „wychowała” mnie i Josha, czy raczej: ustanawiała zasady, a jeśli przyłapała któreś z nas na ich łamaniu, wyrzucała nas za karę z domu. Musieliśmy ją później błagać przez okno, żeby wpuściła nas z powrotem.
– Madeline. Jak ci się mieszka w Seattle? – Mruży oczy, studiując moją twarz. – Wiem, że tam ciągle pada, ale czy ty w ogóle wychodzisz na słońce? Nigdy nie znajdziesz sobie męża, taka bladziuteńka.
Cios numer dwa. Trzy, jeśli liczyć moment, w którym Dom znalazł mnie w pudle ze srajtaśmą.
– Chyba czasami świeci tam słońce. Muszę to sprawdzić. Nie chciałabym, żeby ktoś mnie pomylił z nieboszczykiem – odpowiadam z uśmiechem.
Nie ma sensu tłumaczyć, że wszystkie trzy jesteśmy tak samo blade, bo zamiast się opalać, od razu się spiekamy. Kiedy już wychodzę na słońce, to tylko w kapeluszu i wysmarowana grubą warstwą kremu z filtrem.
Florence krzywi się w odpowiedzi na mój makabryczny żart.
Na szczęście dostrzegam obok znajome, przyjazne twarze. Wymijam matkę i rzucam się w objęcia kobiety, która powinna mnie była urodzić.
– Maddie! Och, Maddie, tak mi przykro – mówi Emilia Perry, matka Doma, tuląc mnie do siebie. W jej uścisku czuję życzliwość i troskę, których brakuje mojej matce. – Nawet nie umiem sobie wyobrazić… Nie wiem, co powiedzieć. – Obejmuje mnie silnymi ramionami, miękka i ciepła. Jej kruczoczarne włosy pachną wanilią.
– W porządku. – Nie jestem typem przytulaczki, ale i tak mocno tulę Emilię. Łzy cisną mi się do oczu, jednak wciąż nie chcą popłynąć.
_Co jest ze mną nie tak? Dlaczego jeszcze nie płakałam?_
Od śmierci Josha minął tydzień, a ja wciąż nie uroniłam ani jednej łzy.
Może wcale nie różnię się aż tak bardzo od matki i babci. Zawsze sądziłam, że nie jestem taką zimną rybą jak one. Że nie zawsze „jaka mać, taka nać”.
Ale może po prostu się oszukiwałam.
– O rany, jak ja wyglądam. – Emila bierze się w garść i wyciąga z kieszeni chusteczkę, żeby otrzeć łzy z policzków. – Mąż chciał tu być z nami, ale pilnie wezwano go szpitala. Kazał ci przekazać wyrazy najgłębszego współczucia.
Nathaniel Perry jest neurochirurgiem, a jego żona Emilia pracuje w fundacji zajmującej się odnawialnymi źródłami energii. A przynajmniej kiedyś tak było. Dawno z nimi nie rozmawiałam.
– Jeśli będziesz czegoś potrzebowała, wystarczy słowo – ciągnie Emilia. – Josh był dla nas jak rodzina. I ty też jesteś.
_Poważnie?_
Pocieram mostek, czując ściskanie w piersi.
– Dziękuję – mamroczę.
– Jak rodzina – uściśla radośnie ktoś stojący obok mnie. Odwracam głowę i widzę parę brązowych, błyszczących oczu. Twarz jest podobna, ale jednak inna niż faceta, którego nie cierpię. – Pamiętaj, że tak naprawdę nie jesteśmy spokrewnieni, czyli… moglibyśmy być parą, wiesz? – kończy z szerokim uśmiechem.
Adam Perry. A obok jego równie przystojny brat bliźniak, Carter. Młodsi bracia Doma – których zapamiętałam jako chuderlawych trzynastolatków – górują teraz wzrostem nade mną i swoją matką, podobni do olimpijskich pływaków w typie Michaela Phelpsa.
– Kiedy się ostatnio widzieliśmy, nie miałeś jeszcze prawa jazdy – przypominam mu.
– A teraz mam. I mogę cię zabrać, dokąd zechcesz. – Porusza sugestywnie brwiami, na co Carter prycha.
– Flirtujesz ze mną na pogrzebie mojego brata?
Adam natychmiast się peszy.
– O w mordę. Przepraszam, zachowałem się jak burak.
– Nie szkodzi. – Wyciągam rękę, klepię go w tors i stwierdzam, że przez ostatnie siedem lat przybyło mu sporo mięśni. – Całkiem dobrze ci szło. Kontynuuj.
Jego twarz rozjaśnia się tak jak wtedy, gdy oddałam mu wszystkie Kit Katy, które udało mi się zebrać podczas Halloween.
– Serio? No więc pamiętasz to fioletowe bikini, które nosiłaś…
– Nie. – Jedno słowo wypowiedziane głębokim głosem bez cienia wahania skutecznie przerywa wypowiedź Adama.
Prawie zapomniałam, że Dominic nadal tu jest. Okej… to nieprawda. Ale kiedy milczał, łatwiej było udawać, że go nie ma.
Adam wydyma usta, zerkając na starszego brata ponad moim ramieniem.
– No co? Chciałem tylko skomplementować Maddie.
– Nie w ten sposób – warczy Dom, a ja powstrzymuję dreszcz, gdy całą sobą pragnę się odwrócić i zobaczyć, jaką ma minę.
Skupiam jednak uwagę na Adamie.
– Chcę usłyszeć ten komplement – mówię. Miło będzie dostać zastrzyk pewności siebie po zimnym prysznicu od mamy i babci.
Adam uśmiecha się z miną niewiniątka.
– Dziękuję, Maddie. Właśnie miałem bardzo grzecznie powiedzieć, że w tym fioletowym bikini… – zawiesza głos, jakby się bał, że starszy brat znów mu przerwie. Ten jednak milczy, więc Adam szybko kontynuuje: – Twoje piersi wyglądały obłędnie i przez długi czas zasilały mój katalog fantazji podczas ręcznych robótek.
– Adam! – Pani Perry wstrzymuje oddech, Carter odkasłuje teatralnie w pięść, a Dominic z bojową miną wyrasta u mojego lewego boku, gotów rzucić się na brata.
Ale ja jestem szybsza.
Rzucam się Adamowi na szyję, a on unosi mnie do góry w niedźwiedzim uścisku.
– Dziękuję – mruczę mu w kark. – Tego mi było trzeba.
– Zawsze do usług. – Ścisza głos. – Jakbyś chciała się wyluzować, przyjdź do mnie. Mam trochę zioła. Z górnej półki. W sam raz dla Maddie Sanderson.
Kiedy stawia mnie z powrotem, robię coś, czego zupełnie się dziś nie spodziewałam.
Śmieję się.
Myśl o tym, że Dominic od dziewiątego roku życia musiał kontrolować swoich nieokiełznanych braci, a jeden z nich i tak przemycił trawkę na pogrzeb, sprawia mi wielką radość.
– Wiesz, jak zaimponować dziewczynie – chichoczę. – Dzięki za tę hojną propozycję.
Dom patrzy na nas spode łba, nie wiedząc, co jego młodszy brat szepnął mi do ucha.
_Ale z niego farciarz – przynajmniej ma brata, na którego może się wkurzać._ Ta myśl przypomina mi o moim gniewie, mojej stracie i przyczynie, dla której w ogóle pozwoliłam Domowi zaciągnąć mnie do tej salki.
– Wspominałeś coś o testamencie – mówię, starając się nie okazywać gniewu z powodu funkcji powierzonej mu przez Josha.
Po krótkim wahaniu Dom podchodzi do stołu, sięga po leżącą na nim teczkę z przegródkami i rozwiązuje sznurek.
– Josh zostawił listy dla każdego z was – zwraca się do zgromadzonych osób.
List. Serce mi łomocze, a dłonie robią się wilgotne, gdy wyobrażam sobie widmo mojego brata czekające na naszą pośmiertną pogawędkę. Nie marzę o niczym innym, jak tylko o jeszcze jednej chwili z nim.
Dominic wyciąga z teczki kolejne koperty i odczytuje nazwiska.
– Cecilia Sanderson. Florence Sanderson. Mamo, napisał do ciebie i taty. Carter. Adam.
_Ja, ja, ja. Wymień moje imię. Dawaj ten list!_
– Rosaline.
Wzdrygam się i gwałtownie odwracam głowę, w samą porę, by zobaczyć, jak Rosaline podchodzi i odbiera od Doma cząstkę mojego brata. Dzięki temu, że upięła swoje brązowe loki w kok, odsłaniając policzki, mam doskonały widok na łzy spływające po jej imponujących rzęsach. _No proszę. Ktoś tu jednak potrafi ładnie płakać._ Rosaline wygląda pięknie nawet w żałobie.
Nie zauważyłam jej wcześniej, ale to logiczne, że przyszła.
Jako żona Doma.
Dominic i Rosaline Perry. Para jak z obrazka. A także dwójka najlepszych przyjaciół Josha.
Przy każdej innej okazji katowałabym się porównywaniami z boginią, którą Dom wybrał zamiast mnie. Ale dziś mam coś ważniejszego na głowie.
Mój list.
_Dawaj go._
– Został już tylko jeden – mamrocze Dom, a ja nie mogę powstrzymać złośliwego uśmieszku.
Pan Odpowiedzialny Dupek może i został wykonawcą testamentu, ale liścik przeszedł mu koło nosa.
_I kogo teraz Josh kocha najbardziej, hę?_ Przygryzam wargę, żeby nie wypalić tego na głos. Nie chcę, żeby członkowie rodziny Perrych, których lubię, poznali mnie w wersji jędzowatego zombie.
Dominic sięga po ostatni list – najgrubszy ze wszystkich, zapakowany w jedną z tych dużych kopert, które trzeba dodatkowo zamknąć metalowym klipsem.
– Dawaj – mówię, niecierpliwie wyciągając rękę po skrawek duszy Josha.
– To nie dla ciebie. – Patrzy na kopertę, marszcząc gęste brwi.
– Słucham? – To jedno lodowate słowo przecina powietrze jak sztylet. Wszyscy zamierają, przerywając na moment otwieranie kopert.
Musiałam się przesłyszeć.
_Nie. Nie, nie, nie._
Josh uwielbiał gry, ale nie gierki. Nie zostawiłby ostatnich słów wszystkim bliskim osobom z wyjątkiem mnie.
Dom patrzy prosto na mnie i wtedy dostrzegam w jego oczach coś, co rzadko widuję na jego twarzy – zaskoczenie.
_Co mogło zbić z tropu Pana Odpowiedzialnego Dupka?_
– To dla nas – mówi.
Odwraca kopertę i pokazuje mi rozdzierająco znajomy charakter pisma. Josh napisał te listy własnoręcznie. _Mógłby równie dobrze napisać horror_ – myślę, gdy już dociera do mnie, co tam naskrobał:
Maddie i DomRozdział 2
Zrobił z nas promocyjny zestaw? Ja mam być frytkami, a Dominic – burgerem?
Przemierzam pokój na sztywnych nogach, ze wzrokiem wbitym w dwa imiona, jedno przy drugim, choć nigdy nie były i nie będą tworzyć całości.
Maddie i Dom
Ja i Pan Odpowiedzialny Dupek.
Moja matka i babcia dostały po kopercie. Bliźniacy też. Nawet żona Doma zasłużyła na swój własny list. Wiem, że Josh przyjaźnił się z Rosaline, ale na litość…
Ona i Dominic są małżeństwem.
A ja jestem cholerną siostrą zmarłego.
Moje palce tylko muskają sztywną kopertę, gdy próbuję chwycić ten nieszczęsny list. Ale pudłuję.
Bo Dom unosi go wysoko nad moją głowę. To nic trudnego, skoro ma nade mną jakieś trzydzieści centymetrów przewagi.
– Jeśli zamierzasz kiedyś korzystać ze swoich jąder, a nie tylko wspominać stare dobre czasy przed tym, jak zmiażdżyłam je pięścią, w tej chwili oddasz mi kopertę – syczę groźnie, po czym podskakuję i próbuję ją złapać, zapominając o resztkach godności. Znów mi się nie udaje. Moje przyciasne pogrzebowe szpilki tylko utrudniają sprawę.
– To także list do mnie – przypomina mi Dominic, trzymając go wysoko. – Chcę się dowiedzieć, co napisał, zanim z nim uciekniesz.
– Nie miałam takiego zamiaru.
Ależ miałam.
– Kłamczucha – mamrocze, ale opuszcza rękę.
– Przyganiał kocioł garnkowi – odgryzam się, czując jak w żyłach pulsuje mi wirus jędzowatego zombie. Wyrywam mu kopertę z ręki, ale zostaję na swoim miejscu. Głównie dlatego, że jego spojrzenie aż krzyczy: „Nie próbuj, bo i tak cię dogonię”.
– To jakaś kpina! – rozlega się okrzyk babci. Odwracam się i widzę poczerwieniałą z gniewu Florence. Jej drink stoi zapomniany na stoliku. – Jeden z tych dziwnych żartów Josha, których nigdy nie rozumiałam. – Obraca trzymaną w dłoni kartkę, jakby czegoś na niej szukała. – Napisał tylko – unosi list z kwaśną miną – „Dzięki za lata spędzone na terapii”.
O rany. Przez krótką, cudowną chwilę kocham Josha jeszcze bardziej. No jasne, że zabrał ze sobą urazę do grobu.
– Nigdy nie opłaciłam mu żadnej terapii – fuka niczego nieświadoma Florence. – Płaciłam za ubrania, jedzenie, dach nad głową tego małego aroganta. Zarabiał przecież na zdjęciach. Gdzie jest czek? Gdzie są moje pieniądze? – Piorunuje wzrokiem Dominica, jakby to on pilnował skrzyni ze skarbami Josha.
„Dostałaś dokładnie to, na co zasłużyłaś” – mam ochotę wykrzyczeć jej prosto w twarz. Ale lata życia w cieniu pogardy Florence nauczyły mnie, że czasem lepiej trzymać język za zębami.
– Wydał fortunę na leczenie – wtrąca Rosaline, nie bojąc się mojej krytycznej babci. – Przyszłaś tu po kasę? Jeśli tak, droga wolna. – Jedną ręką wskazuje drzwi, drugą zaś przyciska swój list do piersi, dla podkreślenia jego wartości.
Florence prycha oburzona, a ja – gdybym nie była taka małostkowa, zaczęłabym bić Rosaline brawo.
Nie robię tego jednak, bo umiem żywić urazę prawie tak dobrze, jak mój brat. Niezależnie od tego, czy Rosaline chciała mnie ograbić z nastoletniego marzenia, czy nie, na zawsze pozostanie tą, którą Dom wybrał zamiast mnie. I nawet jeśli moją miłość do niego zastąpiła nienawiść, wciąż mam do niej żal.
To nie tak, że nienawidzę Rosaline.
Nienawidzę osoby, którą się przy niej staję. Przez całe dzieciństwo patrzyłam, jak przyjaźni się z Joshem i Domem, zanim zaczęła kręcić z tym drugim. A moja matka – kiedy akurat była w pobliżu – z lubością nas porównywała. Rosaline służyła jej za wzorzec, którym mierzyła moje braki. Szybko wzięłam sobie jej słowa do serca i stałam się jeszcze gorszą wersją samej siebie. Chciwą, zazdrosną gremlinką, która nie miała szans dorównać Rosaline pod względem urody, klasy i odwagi, z jaką potrafiła postawić się Florence. Czuję się przy niej jak liliputka ulepiona z dziecięcych kompleksów.
Dlatego jej unikam.
– Nigdy… – zaczyna Florence.
– Może – wchodzi jej w słowo pani Perry, sięgając po ton znacznie łagodniejszy niż jej synowej – powinniśmy zabrać swoje listy i otworzyć je późnej. A gdy ten smutny dzień dobiegnie końca, będziecie mogli zadać Dominicowi pytania dotyczące testamentu.
Ostatnie słowa wypowiada już ostrzej, patrząc najpierw na moją babcię, a później na mamę.
Przekaz jest jasny.
_Możecie mieć wywalone na swoje dzieci, ale z panią Perry to nie przejdzie._
Matka kiwa głową i chowa list do swojej eleganckiej torebki, zapewne w obawie, że jego treść może się okazać równie chłodna, jak tego do Florence. Przybiera minę „matki w żałobie” – drżący uśmiech wyrażający hart ducha pomimo rozpaczy – i wychodzi z pokoju na spotkanie z tłumem zapatrzonych w nią fanów. Florence bierze kieliszek z martini i rusza za nią, nie próbując nawet ukryć grymasu.
Krzyżyk na drogę.
– Chcesz zaczekać? – Głos Doma przywraca mnie do rzeczywistości i znów przechodzi mnie dreszcz. Zaciskam szczękę, usiłując stłumić tę reakcję.
– Nie mogę.
W tej kopercie jest cząstka Josha.
Poza tym nie chcę dłużej znosić obecności Doma.
– Może zostawimy was samych? – Emilia znów przychodzi mi na ratunek. Rozkłada ręce jak do uścisku, zręcznie kierując bliźniaków i synową w stronę drzwi. Wychodzą bez słowa sprzeciwu. A ja, chociaż wcale nie mam na to ochoty, odprowadzam wzrokiem Rosaline.
Jej ramiona uginają się pod ciężarem żałoby, ale najdziwniejsze jest to, że przed wyjściem nie pociesza Doma ani jednym słowem. Nawet na niego nie patrzy.
_Czyżby się pokłócili?_
Kręcę głową, prychając pogardliwie. Wystarczył tydzień w rodzinnym miasteczku, żebym wróciła do dawnych nawyków, czyli chorobliwej potrzeby śledzenia związku Doma i Rosaline.
Zaczęli się spotykać jeszcze w liceum, a ponieważ miałam totalną obsesję na punkcie najlepszego przyjaciela mojego brata, z autodestrukcyjnym zacięciem zafascynowałam się dziewczyną, która zdobyła serce Doma. Jakby znajomość każdego szczegółu ich związku miała sprawić, że on spojrzy na mnie inaczej.
Wydawało mi się, że już się z tego wyleczyłam. Że wyjazd na studia definitywnie zamknął ten rozdział. Tymczasem znów próbuję rozszyfrować znaczenie ich spojrzeń i gestów.
_Ogarnij się, wariatko_. _Masz teraz ważniejsze sprawy na głowie._
Na przykład list, który trzymam w rękach.
– Chcesz przeczytać… – zaczyna Dom.
– Tak – przerywam mu. – Przeczytam swój list.
I będę udawać, że Josh napisał go tylko do mnie.
Drżącymi palcami ostrożnie rozrywam krawędź koperty, odnajdując dziwne ukojenie w sile, jaką muszę włożyć w przebicie się przez gruby papier. Koperta jest solidna – zaprojektowana tak, by pomieścić długi list. A może coś więcej.
Więcej Josha.
Wyciągam kartkę białego, czerpanego papieru, z wytłoczoną na górze maleńką różą wiatrów. Josh zawsze miał słabość do ładnych rzeczy. Potrafił kupić piękny notes i naprawdę w nim pisać. Ja kupiłabym taki notes i odstawiła go na półkę, czekając na ten wyjątkowy dzień, by zapisać w nim coś odpowiednio ważnego.
Tylko że takie dni nigdy nie nadchodziły.
Josh potrafił korzystać z pięknych rzeczy, póki jeszcze mógł.
– Co pisze? – Napięcie w głosie Doma wyrywa mnie ze wspomnień o bracie, dzięki którym chociaż na krótki moment zapomniałam, że już go z nami nie ma.
Ale teraz ta świadomość uderza mnie niczym światło reflektora w ciemną noc – oślepiająco, boleśnie.
Zaciskam zęby, oddycham przez nos i wreszcie udaje mi się opanować gniew.
– „Droga Maddie – zaczynam – moja najdroższa siostro i Panie Odpowiedzialny Dupku…”.
– Nie mógł tak napisać. – Dom zagląda mi przez ramię, jakby chciał mnie wykolegować.
– Sama przeczytam. – Przyciskam list do piersi, patrząc buntowniczo w parę brązowych oczu, zbyt łagodnych jak na tak twardego faceta.
– Czytaj to, co napisał, bo inaczej zabiorę ci list.
Wiem, że nie żartuje, więc postanawiam już niczego nie zmieniać.
– Dobra.
Odchrząkuję i zaczynam jeszcze raz.
Droga Maddie, moja najdroższa siostro,
i Dominicu, mój najlepszy przyjacielu,
nie jestem gotowy się z Wami pożegnać.
Głos mi się łamie, żal ściska gardło. Ale przełykam ślinę i czytam dalej.
Myślę, że gdybym umarł za pięćdziesiąt lat, i tak wciąż czułbym, że nie wszystko zdążyłem załatwić. Ale mój czas się kończy. Piszę do Was z łóżka, z którego już nie wstaję. A jednak wciąż mnie dokądś gna. Chciałbym się podnieść i coś jeszcze zobaczyć. Jak najwięcej.
Przerywam, próbując nie dać się pochłonąć fali wściekłości na ten niesprawiedliwy świat. Bo mój brat – który tak bardzo pragnął żyć – nie dostał nawet połowy życia, jakie przypada w udziale większości z nas. Wracam do listu.
Nie jestem gotowy się pożegnać, ale wiem, że nie mam wyjścia. Będę musiał rozstać się ze światem. I z Wami. Ale jeszcze nie teraz.
Podnoszę wzrok na drzwi, jakby Josh mógł przez nie wejść uśmiechnięty, mówiąc, że to był tylko zły sen. Że jeszcze nie odszedł. Że nie musimy się dziś żegnać.
Ale drzwi pozostają zamknięte.
– Maddie… – Dominic przysuwa się bliżej. Jego potężna sylwetka znowu nade mną góruje. Nie wiem, czy zamierza mi wyrwać list, bo czytam zbyt wolno.
Przerażona tą myślą, czytam dalej.
To nie jest list pożegnalny. Taki też przygotowałem. Sorry, musiałem. Ale to nie ten. Tym razem to dopiero początek. Chcę, żebyście zrobili dla mnie coś ważnego. A skoro już nie żyję, na szczęście nie możecie mi odmówić.
Wpatruję się w kartkę i czuję rozlewające się po sercu ciepło. Cały Josh i jego makabryczny humor.
Nie zobaczyłem w życiu wszystkiego, co chciałem, więc niektóre z przygód będziecie musieli przeżyć za mnie. Ale bez obaw, pojadę z Wami. Właściwie nie macie innego wyjścia, jak tylko zabrać mnie ze sobą. Zgoda, Sroczko?
Na widok tej rozczulającej ksywki prawie się rozklejam, ale czytam dalej.
Spakujcie moje prochy i rozsypcie po trochu w każdym ze stanów, które znajdziecie na końcu tego listu. Tych, których nie zdążyłem odwiedzić. Zabierzcie mnie tam, gdzie mnie jeszcze nie było. Dla poszczególnych współrzędnych przygotowałem osobne koperty. Dom – dopilnuj, żeby Maddie trafiła tam, gdzie trzeba. Dotarcie do niektórych miejsc będzie wymagało więcej wysiłku niż spacer po kawę. Zarobiłem na zdjęciach sporo kasy, którą w większości zapisałem Wam. Możecie z nią zrobić, co tylko chcecie, ale mam nadzieję, że część wydacie na tę podróż. Rozerwijcie się. Zróbcie to dla mnie. To moja…
Zawieszam się na tym słowie. Mam wrażenie, jakby ktoś wbił mi nóż w serce.
… ostatnia prośba do Was. I pamiętajcie, żeby otwierać koperty dopiero po dotarciu na miejsce.
Z miłością
Josh
PS Myślę, że ten wspólny czas dobrze Wam zrobi.
Tylko mnie nie znienawidźcie.
Poniżej widnieje lista miejsc, o której Josh wcześniej wspomniał w liście.
Z rosnącym przerażeniem zaczynam liczyć.
_Jeden… dwa… trzy… cztery… pięć… sześć… siedem… osiem._
_Osiem._
Mój brat chce, żebym rozrzuciła jego prochy w ośmiu różnych stanach.
I to z Dominikiem Perrym u boku.
– On… – zaczyna Dom, ale nie czekam, aż skończy.
Wybiegam z pokoju.
– Maddie! – Jego głos niesie się za mną, gdy przeciskam się przez tłum ludzi w czerni. Rozpaczliwie szukam wzrokiem wyjścia. Muszę się stąd wydostać. Potrzebuję powietrza.
I mojego brata.
Którego w tym momencie szczerze nienawidzę.
Słowa listu tłuką mi się po głowie, a ja desperacko próbuję im nadać nowe znaczenie. Jak on mógł mnie poprosić o coś takiego? Czy nie zdawał sobie sprawy, że już sama jego śmierć będzie dla mnie wystarczająco bolesna? A teraz jeszcze każe mi spędzić nie wiadomo ile czasu w podróży z facetem, którego za wszelką cenę staram się unikać?
I nawet nie miał w sobie na tyle przyzwoitości, żeby się ze mną o to pokłócić!
Duża koperta gniecie się w moich dłoniach, gdy wypadam na jasne południowe słońce. Łagodna zima kontrastuje z ciemnymi chmurami, które się we mnie kłębią.
Jednak po wyjściu z dusznego budynku wciąż czuję potrzebę ucieczki. Byle dalej, byle szybciej, byle zapomnieć o liście. Torba z laptopem obija mi się o łydki, gdy staram się nie wywrócić, biegnąc w szpilkach.
Drzwi domu pogrzebowego otwierają się za mną z hukiem.
– Maddie! Nie uciekaj!
Ale przecież robię to od dziewiętnastego roku życia i nie widzę powodu, żeby teraz przestać. Zauważam uchyloną furtkę, a nogi same mnie tam niosą, choć każdy krok w tych cholernych szpilkach to tortura.
_Dalej, dalej, dalej!_ – wrzeszczy mój mózg. – _Biegnij jak najszybciej i nie oglądaj się za siebie!_
– Nie idź za mną! – wołam, bo gdyby zostawił mnie w spokoju, może byłoby mi chociaż odrobinę łatwiej.
– Nie zmuszaj mnie, żebym ganiał za tobą po cmentarzu! – Rozkazujący ton i dudnienie kroków za moimi plecami sprawiają, że jeszcze przyspieszam.
– Jakbyś mnie kiedykolwiek słuchał!
Uciekam Domowi, lawirując między nagrobkami z nazwiskami ludzi, którzy być może żyją teraz w tym samym wymiarze co mój brat. Wszyscy kogoś zostawili. Tak jak on mnie. Czy ktokolwiek z nich także poprosił ukochaną osobę o rzecz, której nie da się spełnić?
Płuca płoną mi żywym ogniem. Bolą przy każdym wdechu i wydechu. Zadyszka przeradza się w wysokie, świszczące ostrzeżenie – znak, że przesadziłam z wysiłkiem i zaraz słono za to zapłacę. Zatrzymuję się gwałtownie przy wielkim nagrobku, pochylam się i opieram dłonie na kolanach, bezskutecznie walcząc o oddech.
Nie powinnam była uciekać.
Nie cierpię, kiedy Dom ma rację.
– Maddie? – I znowu stoi nade mną, jakby jego naturalną pozycją było górowanie nad światem. Mam tylko nadzieję, że to nie jego twarz będzie ostatnią, jaką zobaczę, nim stracę przytomność. – Cholera, gdzie twój inhalator?
Obmacuję torbę w poszukiwaniu pojemniczka z lekiem. Silna dłoń odsuwa moją i sięga do bocznej kieszeni, jakby dokładnie wiedział, gdzie go trzymam. Wyciąga inhalator, sprawdza ustnik i wciska mi urządzenie do ręki.
Z braku tlenu mój umysł przechodzi w tryb awaryjny. Potrząsam inhalatorem i próbuję zsynchronizować wdech z psiknięciem leku, żeby dostał się tam, gdzie trzeba, czyli do płuc. Najlepiej byłoby użyć specjalnej rurki – tak zwanego spejsera – ale to ustrojstwo jest tak nieporęczne, że nigdy go ze sobą nie noszę. Zwłaszcza że najczęściej miesiącami nie mam ataku. Brzmiąc jak przebity ponton, nabieram jeszcze kilka wdechów i po mniej więcej minucie aplikuję sobie drugą dawkę, która – mam nadzieję – dokończy dzieła: uspokoi moje przeklęte płuca i otworzy drogi oddechowe, które uparcie odmawiają współpracy.
W dzieciństwie często miałam ataki astmy. Florence zaczęła wykupywać mi leki chyba wyłącznie po to, by szkolna pielęgniarka przestała do niej wydzwaniać z informacją, że właśnie jadę do szpitala.
Z wiekiem to się uspokoiło. Ataki były coraz rzadsze.
Jednak połączenie żałoby z szewską pasją i joggingiem okazało się dla moich nadwrażliwych dróg oddechowych wyzwaniem ponad siły.
Minuty dłużą się niemiłosiernie, ale w końcu zaczynam oddychać w miarę swobodnie. W pewnej chwili uświadamiam sobie, że siedzę na ławce. Nie wiem, czy sama tam dotarłam, czy przyprowadził mnie facet, który stoi przede mną i zasłania mi słońce swoimi szerokimi barami.
To by było bardzo w jego stylu.
– Wezwałeś karetkę? – pytam, krzywiąc się i próbując rozluźnić ściśnięte gardło.
– Nie. – Kuca przede mną i patrzy mi w oczy. – Widziałem wystarczająco dużo twoich ataków, żeby wiedzieć, kiedy powinnaś trafić do szpitala.
– Kiedy zsinieję – rzucam. Josha zawsze to bawiło.
_Kiedy upodabniasz się do Smerfetki, wiemy, że jest kiepsko._
Wargi Doma napinają się, a ja przypominam sobie, że nie wolno mi patrzeć na jego usta.
– Chcesz jechać do szpitala? – pyta.
Kręcę głową.
_Nie. Za cholerę._
Ostatnio siedziałam w szpitalu przy łóżku Josha, trzymając go za chłodną, spierzchniętą dłoń, gdy jego organizm starał się oszczędzać każdą drobinkę energii.
Dominic kiwa głową, ale wciąż siedzi przede mną w kucki. Krzywię się.
– Przestań się na mnie gapić. Zaraz mi przejdzie. – Prawdopodobnie. Przynajmniej znowu mogę mówić, posapując na końcu każdego zdania.
Mruży oczy, ale wreszcie wstaje i oddala się o parę kroków. Przez chwilę mam nadzieję, że całkiem sobie pójdzie i zostawi mnie samą z moim cierpieniem. Nadzieja pryska, gdy schyla się i podnosi coś z trawy.
Koperta.
Musiała mi wypaść, gdy walczyłam o oddech. Otwiera ją, przechyla i pozwala, by na jego wielgachną dłoń wysypały się mniejsze koperty. Kiedy je przegląda, aż świerzbią mnie palce, żeby mu je zabrać.
– Osiem – mówi.
– Po jednej na każdy stan. – Dokładnie tak, jak było napisane w liście.
Cholernym liście.
Dom chowa mniejsze koperty z powrotem do dużej i odwraca się do mnie.
– Jak się czujesz?
Pyta mnie o to już drugi raz. Na szczęście teraz chodzi mu o moją kondycję fizyczną.
– Oddycham, czyli lepiej niż parę minut temu. – Nadal kręci mi się w głowie i czuję się jak rozjechana walcem.
Ale wciąż żyję. Zawsze coś.
– Słuchaj – zaczyna. – Wiem, że nie chcesz tego robić…
– Masz rację. Nie chcę.
– Ale to ostatnie życzenie Josha.
Gdybym miała siłę, walnęłabym go w twarz.
– Nie musisz mi o tym przypominać. Ani być jego adwokatem. Kochałam go bardziej, niż ty byłbyś w stanie. To chyba jasne, że wykonam tę pieprzoną misję. Josh nie żyje. Tylko to mi po nim zostało.
Zmycie Domowi głowy kosztuje mnie nieco wysiłku. Znów dostaję ataku kaszlu i sięgam po inhalator.
Dominic podchodzi bliżej. Przez ułamek sekundy dostrzegam w jego oczach błysk emocji – zbyt ulotny, bym zdążyła ją nazwać.
– Czyli… robimy to? – pyta, kiedy oddycham już normalnie.
– Tak, robimy – cedzę przez zaciśnięte zęby.
Podaje mi kopertę, a ja przyciskam do piersi tę ostatnią pamiątkę po moim bracie – jedyny rodzaj pocieszenia, jaki potrafię teraz przyjąć. Gdy zabiera dłoń, dostrzegam błysk na jego nadgarstku.
Zegarek. Zegarek Josha.
_Czy mój brat zostawił mu także i to? A może podarował mu ten zegarek w prezencie pożegnalnym?_
W ostatnich dniach spędzonych w szpitalu Josh ani przez moment nie był sam. Miesiącami próbowałam wstrzelić się z wizytą tak, byśmy mieli trochę czasu tylko dla siebie. Ale przyszedł moment, gdy musiałam się nim dzielić, głównie z dwojgiem jego najlepszych przyjaciół.
_Czy Rosaline też dostała jakąś ważną cząstkę Josha?_
Może znałabym odpowiedź, gdybym nie poświęciła tyle energii na ignorowanie jej i Doma.
Unosi wzrok ku niebu, mrużąc oczy, jakby się właśnie zorientował, że jest dzień.
– No dobra. Potrzebujemy planu.
Snucie planów z Dominikiem. Podróżowanie z Dominikiem. Żegnanie się z bratem, raz za razem, na oczach faceta, który wiele lat temu udowodnił, że jest w stanie zniszczyć mnie emocjonalnie.
Sięgam po inhalator. Znowu.