PSIASTORIA - ebook
Pan porzucił psa. Pies znalazł pana. Pies zgubił pana. Pan przygarnął psa. Dwa światy widziane z psiej perspektywy. W pierwszym jest własna miska, posłanie i bliskość człowieka. W drugim — głód, niepewność i życie wśród bezpańskich kundli. Oraz uporczywych, gadających pcheł. Przewodnikiem po obu tych światach jest Ciapek. Pies najpierw porzucony przez jakiegoś człowieka, potem przygarnięty przez Chłopca. A kiedy się gubi, musi się nauczyć życia na własną łapę. Czy można odnaleźć drogę do domu, kiedy nie wiadomo już, gdzie on jest? Opowieść o przyjaźni, nadziei i sile przetrwania.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788397897830 |
| Rozmiar pliku: | 161 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Każda opowieść powinna się rozpoczynać od pewnego dnia, w którym miało miejsce jakieś szczególne wydarzenie. Coś, co stanowiło początek opowiadanej historii. Ale co nim było w życiu Ciapka? Czy ten dzień, w którym został pozostawiony koło ławeczki w parku z wyszeptanym na pożegnanie życzeniem, żeby znalazł go jakiś dobry człowiek? Chyba nie, bo Ciapek jeszcze nie był wtedy Ciapkiem, tylko szczeniakiem z krótkimi grubymi łapami, okrągłym brzuszkiem, śmiesznym ogonkiem i ostrymi jak igiełki ząbkami. Był po prostu psem, a po prostu pies nie ma swego imienia, bo nie ma swego pana, który by do niego wołał:
– Chodź tu! Do nogi!
Albo:
– Przynieś patyk!
Albo :
– Zostaw! Nie wolno!
Albo jakoś inaczej.
Oczywiście bycie po prostu psem posiada wiele uroków. Można na przykład gonić za własnym ogonem, do którego się przyczepił złośliwy rzep. Można też pogonić kota, żeby sobie nie myślał, że bycie kotem jest lepsze niż bycie psem. Ale taki kot potrafi się groźnie nastroszyć, prychać i wystawić pazury, chociaż to nieładnie z jego strony, jeżeli ma do czynienia ze szczeniakiem. Można się też podrapać za uchem i udawać, że z tym kotem to był tylko żart i wyruszyć na poszukiwanie skarbów ukrytych w śmietnikach, a nawet obgryzać kość, jeśli się ją znajdzie. To wszystko jest fajne, ale jednak coś każe psu wracać pod ławeczkę i czekać, bo tak naprawdę te wszystkie przyjemności pieskiego życia stają się znacznie przyjemniejsze, kiedy pies przestaje być po prostu psem i dostanie na przykład własne imię. A dostaje je wraz z panem albo panią, z własną miską i własnym posłaniem, bo łóżko jest człowieka i psu nie wolno na nim leżeć. Nie i już. I chociaż niektórzy ludzie i niektóre psy tego zakazu nie przestrzegają, pies, który ma swojego pana, ma też zazwyczaj swoje własne posłanie, na którym nikt oprócz niego nie leży. Chyba że w domu jest też kot, ale to się na szczęście rzadko zdarza. A człowiek, chociaż nie pozwala psu leżeć na łóżku, to i tak jest jego najlepszym przyjacielem. Nawet jeżeli niekiedy o tym zapomina i zostawia psa koło ławeczki w parku, a pies nic z tego nie rozumie. Zwłaszcza, jeżeli jest dopiero szczeniakiem.
Nie, to z pewnością nie był ten dzień... Ale mógł nim być ten, który nadszedł ciut później. Ten, w którym pojawił się Chłopiec. Usiadł na ławeczce tuż obok po prostu psa, zamachał nogami i prawie go kopnął, na co ten warknął i wyszczerzył ząbki. Już się przymierzał, żeby ugryźć tę nogę, która go zaatakowała, kiedy Chłopiec przykucnął i spojrzał na psa.
– Och, przepraszam. Nie wiedziałem, że ktoś tu leży – powiedział. – A gdzie twój pan?
– To dobre pytanie – zaskamlał w odpowiedzi po prostu pies i usiadł ze smętnie opuszczonym łepkiem.
– Zgubiłeś się?
Po prostu pies uniósł łepek i przekrzywił go na jedną stronę.
– A może cię porzucili? – podjął Chłopiec.
Po prostu pies przekrzywił łepek na drugą stronę. Sam chciałby wiedzieć, co się właściwie stało. Miał go znaleźć dobry człowiek… Czyżby to był właśnie ten?
– Chodź, zrobimy tak – powiedział Chłopiec, a po prostu pies się poderwał, wybiegł spod ławeczki i zaczął merdać swoim śmiesznym ogonkiem. – Pójdziemy do domu i przedstawię cię moim rodzicom. Powiem im, że musimy cię zatrzymać, bo nie masz domu i nie masz co jeść i że jeżeli się nie zgodzą, to ja sobie pójdę i nigdy nie wrócę. Też nie będę miał domu i nie będę miał co jeść, ale będę miał psa, a pies będzie mnie kochał i razem sobie jakoś poradzimy. Mama na pewno się zgodzi, bo nie będzie się już mogła tłumaczyć, że pies nie pasuje do naszego mieszkania. Bo biały mógłby rozświetlić nasz salon, ale nie pasowałby do kuchni, gdzie lepszy by był czarny. Natomiast do przedpokoju bardziej pasowałby jej rudy. Ale gdyby naprawdę nie chciała mieć psa, to by wspomniała też o łazience, że do niej pasowałby tylko pies zielony. Właściwie to o tym wspomniała, wiec zaproponowałem jej legwana, to taka duża jaszczurka. Mówiła też, że nie chce psa, bo pies gubi sierść, ale tym się nie martw. Tata też gubi sierść, a mama nie wyrzuca go z domu. Będzie dobrze, piesku…
Piesku? To naprawdę dobry człowiek, pomyślał pies, i warto by go pieszczotliwie ugryźć w ucho.
– Auć... – Chłopiec złapał się za ucho.
Poszli do domu Chłopca i stanęli przed jego rodzicami. Po prostu pies nieśmiało merdnął ogonkiem i zaraz go podwinął pod siebie. Tak na wszelki wypadek, żeby było widać, że nie ma złych zamiarów i że przeprasza, jeśli zrobił coś złego. Pan i Pani popatrzyli na niego i westchnęli. Potem spojrzeli na Chłopca i znowu westchnęli.
– Co to jest? – zapytała Pani.
– To jest pies, mamo.
– Ale czyj to pies?
– Nasz, mamo.
– My nie mamy psa.
Pies zaszczekał radośnie i zamerdał ogonkiem.
– Ten pies jest chyba innego zdania – zauważył Pan.
– Skąd masz tego psa? – zapytała Pani.
– Ten pies mnie znalazł, mamo.
Pies zaszczekał radośnie.
– A dlaczego on znalazł właśnie ciebie?
– Pewnie się dowiedział, że bardzo chcę mieć psa. I on bardzo chce być mój. No proszę! Proszę! Przecież nie wyrzucicie szczeniaka na śnieg, deszcz i mróz... To by było nieludzkie, chociaż ktoś tak właśnie zrobił, ale to był jakiś potwór, a wy przecież nie jesteście potworami i pozwolicie temu biedactwu zostać w domu, bo przecież oprócz nas nie ma ono nikogo i nie przetrwa samo w tym brutalnym bezdusznym świecie, w którym już nikomu nie można ufać, bo każdy myśli tylko o sobie i na nic nie zważając po trupach dąży do celu, bo już żadne wartości się nie liczą i jedyną wartość ma to, co można przeliczyć na pieniądze, nawet...
Chłopiec gadał i gadał, a pies wpatrywał się w niego z zachwytem. Pan i Pani patrzyli na siebie i wzdychali. Kiedy nie patrzyli na siebie, to spoglądali na Chłopca i znowu wzdychali.
– A kto go będzie wyprowadzał na spacery? – zapytał wreszcie Pan.
– Ja! – odpowiedział Chłopiec.
– A kto go będzie karmił? – zapytała Pani.
– Ty! – odpowiedział Chłopiec.
– Hm, a kto będzie po nim sprzątał?
– On nie będzie brudził, mamo.
– Nawet na spacerach? – zdziwiła się Pani.
Oparła dłonie na biodrach, popatrzyła na Chłopca i zrobiła groźną minę. Po prostu pies podkulił ogon, tak na wszelki wypadek i zapiszczał.
– On będzie po sobie sprzątał, mamo.
– Och, doprawdy? Może po tobie też będzie sprzątał?
Po prostu pies spoglądał raz na Chłopca, który był dobrym człowiekiem, bo przecież go znalazł, raz na Panią, która mogła nie być jego panią i nic z tego nie rozumiał. Troszeczkę się wystraszył i z tego strachu aż się zsiusiał. A potem poszedł do kącika i tam usiadł cały nieszczęśliwy. Pani popatrzyła na kałużę i westchnęła.
– No to co robimy? – zapytała Chłopca. – Czekamy, aż po sobie posprząta, czy pójdziesz po ścierkę i sam to za niego zrobisz?
Chłopiec zwiesił głowę i poszedł po ścierkę, mamrocząc coś do siebie.
Po prostu pies siedział w kąciku i czekał. Cały był jednym, pełnym nadziei czekaniem.
– Hm. Co ty na to? – spytała Pani Pana.
Pan podrapał się po brodzie.
– No cóż... Najpierw marudził, że chce białego psa, jak w tej reklamie papieru toaletowego. Potem, że rudego jak wiewiórka z reklamy czekolady, a jeszcze później że czekoladowego jak z reklamy... Czego to była reklama? – zwrócił się do Chłopca, który właśnie wycierał kałużę.
– Czekolady, tato... – odparł.
– Ach tak, miał też być czarny jak włosy jakiejś aktorki.
– Jak kawa, tato. Ona miała włosy czarne jak kawa.
Pan podszedł do po prostu psa, stanął nad nim i przyjrzał mu się uważnie. Po prostu pies spojrzał mu w oczy i nieśmiało poruszył ogonkiem. Mogę zostać?
– Jak na mój gust, wszystko się zgadza – powiedział Pan, odwracając się do Pani. – Wygląda jak kawa z drobinkami czekolady, bitą śmietaną i kawałkami cynamonu.
– Taki ciapek – wzruszyła ramionami Pani i z uśmiechem spojrzała na po prostu psa, który zaszczekał, zamerdał ogonkiem, podbiegł do niej i próbował się wspiąć po jej nodze.
– To Ciapek, mamo! – krzyknął radośnie Chłopiec.
– Ciapek! Do nogi! – zawołał Pan i poklepał się po udzie.
Ciapek właśnie siedział przy nodze, na którą nie udało mu się wejść, więc spojrzał na Pana, przekrzywiając łepek raz w jedną, raz w drugą stronę
– Trzeba go będzie wiele nauczyć – stwierdził Pan.
– Byle nie algebry... – jęknął Chłopiec.
Tego dnia Ciapek przestał być po prostu psem. Dostał imię. Potem dostał też własną miskę, która dawno, dawno temu miała być wyrzucona, bo z pewnością do niczego się nie przyda. Dostał też własne posłanie ze starego kocyka, pod którym spał Chłopiec, kiedy był bardziej mały, a którego nie wyrzucono, chociaż z pewnością nigdy nie przyda się do niczego, ale... Są rzeczy, których się po prostu nie wyrzuca. Pani wciąż przechowywała pierwsze buciki, w których chodził Chłopiec. To były te same buciki, które niedługo później pogryzł Ciapek, za co dostał od Pani burę.
– Oj mamo... Po co trzymasz buty, w których nikt już nie będzie chodził? Lepiej je dać Ciapkowi do zabawy, przynajmniej będzie z nich jakiś pożytek. – przekonywał Chłopiec.
– Nie zrozumiesz tego synku... – westchnęła Pani. – Bo wiesz, pierwsze buty dziecka...
– Psu rosną nowe zęby – zauważył Pan, a Ciapek siedział skulony pod ścianą. – Lepiej, żeby gryzł buty, w których nikt już nie chodzi, niż na przykład twoje teatralne szpilki, w których zresztą też rzadko chodzisz.
No ale zanim się zdarzyła sprawa z butami, to wcześniej była walka z poduszką, po której cały pokój zasypało pierzem i wszyscy przez pół dnia kichali, a jeszcze wcześniej był dołek, który wykopał Ciapek i w który wpadła babcia Chłopca i wysypały jej się z torebki ciasteczka dla Chłopca, które zaraz zjadł Ciapek, liżąc przy okazji babcię po twarzy.
– Przestań! Do czegóż to podobne! – krzyczała babcia, odganiając się od psiej czułości i ze śmiechu spływały jej łzy po twarzy. Ciapek ich spróbował, były słone. Ciastka były ze śliwkami i miał po nich później biegunkę.
Ale to wszystko było później, dużo później.
Owego dnia, w którym Chłopiec odnalazł swego psa, ustalono, że Ciapek mógł się zgubić i że ktoś może go szukać. Rodzice Chłopca postanowili zatem zamieścić ogłoszenie, ale zanim wymyślili, co powinni w nim napisać, poczuli, że wcale nie chcą oddawać psa człowiekowi, który pozwolił mu się zgubić. No bo jakże to? Jak się ma psa, to trzeba o niego dbać i pilnować, żeby się nie gubił, a zgubionego trzeba szukać. Przejrzeli ogłoszenia w gazetach, ale nikt nie szukał szczeniaka w kolorze kawy z drobinkami czekolady, bitą śmietaną i kawałkami cynamonu. I siedzieli tak we czwórkę przy kuchennym stole. Pan patrzył na Panią, Pani na Pana, a Chłopiec drapał za uchem Ciapka siedzącego mu na kolanach i z ciekawością badającego nosem otoczenie. Czy ktoś tu jadł kiełbasę? Został jakiś niepotrzebny kawalątek? Taki jak dla psa?
– Trzeba coś postanowić – stwierdziła Pani, stukając nerwowo palcami o blat stołu.
– Tak – zgodził się z nią Pan i poklepał Ciapka po łepku. – Nie kupiłem ziemniaków – przypomniał sobie i spojrzał przepraszająco na Panią.
– Możemy zamówić pizzę! – ucieszył się Chłopiec, a Ciapek zamerdał, zaszczekał i spadł mu z kolan na podłogę.
Pan podniósł Ciapka, posadził go na swoich kolanach i pokręcił przecząco głową.
– Lepiej kurczaka – zaproponował.
– Lepiej pizzę z kurczakiem – odparł Chłopiec i podrapał Ciapka pod brodą.
Pani pocierała dłonią czoło.
Ciapek próbował polizać ją po twarzy.
Pani wstała od stołu.
– Lepiej idźcie kupić ziemniaki, a ja nakarmię psa – zaproponowała. – Na pewno jest głodny.
Ciapek zeskoczył na podłogę i zamerdał ogonkiem. Poczuł, że wszystkie koty są już za płotami, bo oswoił Panią. A każdy pies, jakiego poznał, mówił mu, że panie się oswajają najtrudniej, chociaż raz oswojone nigdy przenigdy nie pozwolą skrzywdzić psa. I że najłatwiej jest oswoić dzieci, ale one często się czują zawiedzione, że żywy piesek nie jest taki jak pluszowy. Bo nie można go prać w pralce, kiedy się zabrudzi i trzeba z nim wychodzić na spacer, kiedy pada deszcz, a kiedy się go karmi żelowymi misiami, to on naprawdę je zjada. Mam nadzieję, pomyślał Ciapek, że nie będą mnie karmił żelowymi misiami i że nie będą mnie kąpać, bo po kąpieli pies przestaje pachnieć jak pies i wszystkie inne psy się z niego śmieją, że pachnie jak proszek do prania. Albo jak żelowy miś.
I tak się właśnie rozpoczęła historia Ciapka, który pewnego dnia przestał być po prostu psem. Dostał swoją miskę i Panią, która tę miskę codziennie napełniała i stawiała do psiego kącika. Bo przy stole pies nie jada, nie i już.
– Ale mamo, ja go wcale nie karmię... – zarzekał się Chłopiec. – Po prostu samo tak mi z ręki wypadło...
Panu też niekiedy coś z ręki wypadało, a wtedy Pani aż wstrzymywała oddech z oburzenia, bo jak ma się pies nauczyć, że się nie karmi psa przy stole, skoro wciąż ktoś go karmi przy stole. Sama nigdy przenigdy tego nie robiła. Tylko jak szykowała coś do jedzenia i byli w kuchni sami, to zdarzało jej się rzucić psu jakiś smakowity kąsek.
I stał się Ciapek bardzo udomowionym psem. Miał w pokoju Chłopca swoje posłanie ze starego kocyka i łóżko, na którym nie wolno psu leżeć. Ale kiedy nikt nie patrzył, układał się w nogach Chłopca, który udawał, że śpi i że przez sen drapie Ciapka za uchem. Udomowiony pies miał też swoją smycz, swój kaganiec, które dostał z okazji swojej pierwszej wizyty u weterynarza. Ale zanim do niego poszedł...
– Trzeba go wykąpać – zadecydowała Pani.
– Nie chcę – zaskamlał Ciapek i podkulił ogon. – Zostawcie mi mój zapach, nie chcę pachnieć żelowymi misiami...
Usiadł i popatrzył prosząco najpierw na Panią, potem na Pana, a później spojrzał z nadzieją w oczy Chłopca i nie odrywając od niego wzroku, położył się na podłodze.
– No nie wygłupiaj się – powiedział Chłopiec, stawiając na nogi Ciapka, który zaraz z powrotem się położył. – Wiem, nie lubisz się kąpać, ja też nie lubię. Ale wiesz co? Za każdym razem, kiedy wejdę do wanny, dostaję ciasteczko. O, takie jak to.
Pokazał Ciapkowi psie ciasteczko i schował je za plecami
– To znaczy ja dostaję ciasteczko, a to jest psie ciasteczko, czyli psiasteczko – tłumaczył Chłopiec Ciapkowi, maszerując do łazienki tyłem i skrywając za plecami pachnący kusząco przysmak.
Ciapek zerwał się na równe łapy i żwawo ruszył za nim.
– A teraz popatrz – powiedział Chłopiec i wszedł do wanny.
Ciapek usiadł i przekrzywił łepek.
Chłopca nie było widać.
Ciapek się poderwał, podbiegł do wanny, oparł się łapkami o jej brzeg i zobaczył uśmiechniętego Chłopca.
– Widzisz? Nic mi nie jest – powiedział Chłopiec i wyszedł z wanny.
Ciapek już miał wybiec z łazienki, tak na wszelki wypadek, ale wtedy jego nos wyjawił mu wielki sekret. Że Chłopiec nie zjadł psiasteczka i że go niby nie ma, ale ono wciąż jest i czeka na zjedzenie. Ciapek się rozejrzał, podszedł nieśmiało do wanny i zajrzał.
Tam było psiasteczko.
Zanim się obejrzał, już siedział w wannie.
– Och, jaki dobrypies – powiedział Chłopiec. – Masz tu pół psiasteczka, a drugie pół dostaniesz... No nie dostaniesz, bo właśnie zjadłeś.
Ciapek spojrzał w nadzieją w oczach. Ale dostanę jeszcze jedno, prawda?
– Jak będziesz grzeczny, to dostaniesz drugie – zapewnił go Chłopiec.
I Ciapek był grzeczny, chociaż po chwili na jego grzbiet padał deszcz, na szczęście ciepły. Potem go namydlono i znowu zmoczono. I to naprawdę nie było przyjemne, tak moknąć i moknąć, więc piesek kilka razy próbował uciec, ale Chłopiec mu szeptał do ucha, że jest dobrypies, dobrypies i że dostanie psiasteczko. No i nie była ta kąpiel aż tak straszna, jak mówiły inne psy, bo Ciapek po kąpieli nie śmierdział żelowymi misiami, a poza tym dostał psiasteczko, został wytarty i wygłaskany i wszyscy się nim zachwycali, że ach! jaki dobry pies! Jaki ładny pies i jaki grzeczny! A potem można się było zwinąć w kłębek na swoim nowym posłaniu ze starego kocyka. Ach, jaki dobry Chłopiec... westchnął Ciapek przed snem .
Następnego dnia poszedł z wizytą do weterynarza pierwszego kontaktu. To była miła pani, która na jego widok powiedziała:
– Och, jaki ładny piesek!
I Ciapek polizał ją w rękę, żeby wiedziała, że też mu się spodobała od pierwszego niuchnięcia nosem. Potem dokładnie go obejrzała i rozmawiała o czymś z Panią, podczas gdy Chłopiec z ciekawością się rozglądał.
– Mam zaglądać w psią kupę? – zapytał, kiedy już byli w domu.
– Nie można go zaszczepić, jeżeli ma robaki – wytłumaczyła mu Pani.
– Ale on na pewno nie ma robaków! – zaprotestował Chłopiec.
– Najprawdopodobniej nie ma – przyznał mu Pan – ale istnieje taki malutki cień niepewności. Taki tyci, tyci. I jeżeli pies ma takie tycie, tycie robaki, to nie można go zaszczepić.
– Ale ja nie wiem, jak wyglądają robaki – zauważył Chłopiec. – Lepiej niech mama ich wypatruje. Dla psiego dobra.
– To idź do pani weterynarz i zapytaj, czego masz wypatrywać. Zrób to dla psiego i swojego dobra – odparła Pani z taką dziwną nutką w głosie, że Ciapek spojrzał niepewnie. Zrobiłem coś złego…?
Chłopiec niechętnie założył kurtkę i tłumaczył Ciapkowi, że pies zostaje, bo on sam musi się zająć brudną robotą, chociaż jest najmłodszy w rodzinie. I że rozumie, że trzeba sprzątać psie kupy, bo jak się ich nie sprząta, to później się w nie wdeptuje, a głupio jest wdepnąć w psią kupę i mieć świadomość, że to jest jego własna kupa, to znaczy kupa jego własnego psa. Ale żeby się w nią gapić?
– Potraktuj to przygodowo, synku – powiedział Pan. – To trochę tak, jak wróżenie z fusów. Jak nic nie zobaczysz, to dobrze, a jak coś zobaczysz, to może zrozumiesz, dlaczego mama mówi, że nie wolno całować psa w nos.
Ponieważ Chłopiec nie wywróżył z psiej kupy żadnych robaków, ponownie udali się do miłej pani, która nie była już taka miła i ukłuła psa. Ciapek warknął, odskoczył i groźnie zjeżył sierść. Poczuł się oszukany. I to przez kogo? Przez swój własny nos, który go zawiódł, a jak nie można własnemu nosowi wierzyć, to komu? Może Chłopiec wcale nie jest tym dobrym człowiekiem, który miał go odnaleźć?
– Wyglądasz na małego dzielnego zucha, a boisz się jednej kłującej osy – powiedziała niemiła pani weterynarz.
– Nie jestem mały! – rozszczekał się Ciapek i próbował ugryźć rękę, która go kłuła.
Ale Chłopiec pogładził go po grzbiecie i powiedział, że też nie lubi zastrzyków.
– To nie jest takie straszne – zapewnił. – Sam zobacz.
Wystawił rękę do pani weterynarz, a ta go ukłuła. Chłopiec zamknął oczy, a Ciapek szczeknął i już miał się mu rzucić na pomoc, gdy ten się uśmiechnął i wzruszył ramionami.
– Widzisz? Już po bólu – powiedział.
Ciapek aż przysiadł z wrażenia. Ale dzielny ten Chłopiec! I tak był w niego zapatrzony, że nawet nie zauważył, kiedy pani weterynarz zrobiła mu zastrzyk. A potem drugi.
– No chodź, wracamy do domu – powiedział Chłopiec. – Byłeś bardzo dobrypies – pochwalił Ciapka i poklepał go po grzbiecie.
A później mu tłumaczył, że niektóre zastrzyki naprawdę bolą, ale czasami trzeba i że jak mówi mama, sam ból nie jest zły.
– To tak jak z rozbitym kolanem – mówił, a Ciapek uważnie słuchał. – Gdyby nie bolało, mógłbym nie zauważyć, że jest rozbite i je pobrudzić. A od tego się wdaje gangrena i trzeba uciąć całą nogę. Prawdę mówiąc, nie wiem, co to jest ta gangrena, chociaż to musi być coś strasznego, bo tak właśnie mówi mama o swojej szefowej, kiedy myśli, że jej nie słyszę. A ta jej szefowa to kawał zarazy, jak mówi tata, kiedy myśli, że go nie słyszę. Czyli gangrena to kawał zarazy, a zastrzyki chronią przed niektórymi zarazami i chociaż bywają bolesne, to są potrzebne. Wszystko zrozumiałeś? – zapytał.
Ciapek niewiele z tego zrozumiał, bo psy nie wszystko rozumieją, chociaż są pełne dobrych chęci. Jednak zaszczekał i zamerdał ogonkiem, żeby Chłopcu nie było przykro.
– Wiedziałem, że zrozumiesz – ucieszył się Chłopiec, a Ciapek ponownie zaszczekał.
Będzie psiasteczko?
Ale tego Chłopiec nie zrozumiał.
Bo ludzie nie wszystko rozumieją, chociaż myślą, że pies wszystko zrozumie i że wszystko wybaczy. Ale tak nie jest, chociaż pies potrafi wybaczać. Ale właśnie dlatego to potrafi, że nie wszystko rozumie. Chociaż bardzo się stara. Ale ludzie czasami sami nie potrafią wyjaśnić, o co im tak właściwie chodzi. Na przykład Pan...
– Ciapek, daj łapę! – powiedział Pan któregoś dnia.
Nie zabrałem twojej łapy, spłoszył się Ciapek.
– Łapa. Daj łapę – powtórzył Pan i szturchnął Ciapka.
Ach, mam dać moją łapę, zrozumiał Ciapek. Ale po co?
– No daj łapę, dostaniesz psiasteczko... – kusił Pan.
Ciapek się ucieszył. Psiasteczko? A którą łapę mam dać? Mam cztery.
– Na powitanie podaje się prawą rękę, a jeśli się jest psem, to łapę – tłumaczył Pan. – To stara tradycja, wskazująca na brak złych zamiarów i że się nie skrywa w dłoni żadnego noża...
– Tato, a jeśli ktoś jest mańkutem? – przerwał mu Chłopiec.
– Próbuję wytłumaczyć psu, o co w tym chodzi – odparł Pan z lekkim zniecierpliwieniem w głosie.
– Hm, hm, hm... – mruknęła Pani. – Zamierzasz też przeprowadzić wykład o tym, że nie powinien jeść ryby nożem i widelcem? – zapytała z leciutkim rozbawieniem.
Ciapek patrzył na Pana, na Panią, potem znowu na Pana i znowu na Panią. Oj, będą się gryźć, pomyślał. Potem spojrzał na Chłopca, który patrzył na Panią i na Pana. Oj, będzie skamlał, pomyślał. I sam zaskamlał, a Chłopiec podszedł do niego i usiadł obok, prawie tak jak pies. Ciapek przekrzywił łepek ze zdziwieniem. Pan podszedł do Chłopca.
– Daj łapę – powiedział.
Chłopiec przekrzywił głowę.
– Łapa. Daj łapę – powtórzył Pan i szturchnął Chłopca w jedną z łap.
I Chłopiec mu tę łapę podał, a Pan poklepał go po głowie i powiedział, że jest dobrypies i że dostanie psiasteczko. Potem podszedł do Ciapka, który już wszystko zrozumiał i siedział z podniesioną łapą.
– Ach, jaki dobrypies! – krzyknęła Pani z zachwytem.
I zaraz pobiegła po psiasteczko.
Mijały dni, tygodnie, miesiące. Ciapek szybko zgubił mleczne zęby i przestał obgryzać wszystko, co w domu nadawało się do obgryzania. Zapomniał, jak leżał pod ławką w parku, głodny i bezpański. Miał wrażenie, że jest z Chłopcem od zawsze i że od zawsze Pani napełnia jego miskę. Pan uczył go przynosić patyk i bardzo się śmiał, kiedy Ciapek długo szukał patyka, udając, że go nie widzi. Uczył go też, że kiedy się mówi do psa: „Siad”, to pies ma usiąść, a nie skakać, żeby cię polizać po twarzy. I że kiedy się mówi do psa: „Leżeć”, to trzeba się położyć, a nie siadać i podawać łapę. Że na polecenie „Spokój!”, trzeba zaprzestać gonitwy za własnym ogonem, chociaż to takie zabawne. A Pani się uczyła wychodzić z psem na spacer.
– Wytłumaczcie mi, jak to jest – zapytała któregoś dnia, kiedy wrócili ze spaceru. – Wychodzę z nim, żeby mógł pochodzić i załatwić różne psie sprawy, a on co chwila przystaje i węszy, węszy, a potem robi parę kroków, zawraca i znowu węszy. Czy on to robi mi na złość?
– On załatwia psie sprawy, mamo – zapewnił ją Chłopiec.
– Czasami czuję się jak osoba towarzysząca psu... – westchnęła Pani. Ciapek podbiegł do niej i polizał ja po nosie.
– Bo ty nie rozumiesz psich mailingów – odparł Chłopiec zdejmując mamie z kolan psiaka, który bawił się jej włosami. – Na najbliższym drzewie się bloguje. Tam psy zostawiają różne wpisy i można je skomentować oraz zaprosić kogoś do grona znajomych. Kawałek dalej jest forum dyskusyjne.
– Tam, gdzie tak czasami tak długo węszy, że nie można go odciągnąć?
– To zależy od tematu dyskusji. Zwróć uwagę, że Ciapek czasami w ogóle nie jest nią zainteresowany i niczego do niej nie dopisuje.
– Myślałem, że tam są zamieszczane wieści z kraju i ze świata... – powiedział Pan w zamyśleniu.
– A na najbliższym skwerku? – zapytała Pani.
– Tam jest portal randkowy – odparł Chłopiec.
– Myślałem, że wiadomości lokalne – zdziwił się Pan.
– A gdzie, według ciebie, mieści się dział sportowy? – spytała go Pani.
– O wiadomościach sportowych dowiaduje się z psich wiadomości radiowych – powiedział Pan z przekonaniem w głosie.
– Skąd wiesz? – spytała zdziwiona Pani.
– Bo po ich odsłuchaniu często wyje – odparł.
– Och, a ja myślałam, że wyje, kiedy słyszy o podwyżce cen mięsa... – zadrwiła. – Wy dwaj na wszystko macie odpowiedź, a przecież psy sikają, gdzie popadnie. Na każdym murku i na każdym drzewie. Nie wmawiajcie mi, że to zawsze coś znaczy – wzruszyła ramionami i ruszyła w stronę kuchni.