-
nowość
-
promocja
Rain. Wróć nim zgasnę - ebook
Rain. Wróć nim zgasnę - ebook
Podobno nastoletnia miłość jest najbardziej szalona i namiętna.
Nikt jednak nie wspomina, że bywa równie bolesna.
Szesnastoletni Jace od zawsze odstaje od rówieśników. Wrażliwy, utalentowany, zamknięty w świecie poezji i własnych cieni, każdego dnia musi się mierzyć z okrucieństwem szkolnych korytarzy. Niespodziewanie w jego życie wkracza May, dziewczyna, która jako pierwsza naprawdę chce go poznać.
Łączące ich uczucie jest intensywne, niebezpiecznie piękne i zbyt kruche, by przetrwać bez ran.
Lata później Jace spełnia swoje marzenie i zostaje strażakiem, lecz przeszłość wciąż tli się w nim niczym ogień, którego nigdy nie ugasił. May z pozoru ma wszystko pod kontrolą, ale za uśmiechem i obiektywem aparatu skrywa własne pęknięcia.
Kiedy los ponownie splata ścieżki tych dwojga, emocje wracają z taką siłą, że trudno przed nimi uciec.
Czy dawna miłość, która kiedyś ich ocaliła i złamała jednocześnie, dostanie drugą szansę?
A może niektóre pożary zostawiają po sobie jedynie zgliszcza?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788368473889 |
| Rozmiar pliku: | 2,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Jace
Słysząc głośne śmiechy i odgłosy rozmów, stanąłem pod czerwonymi drzwiami prowadzącymi do sali lekcyjnej. Serce mi przyspieszyło, a wszystkie zmysły w ułamku sekundy uległy wyostrzeniu. Każda część mnie wzbraniała się przed przekroczeniem progu tego pomieszczenia, jednak nie miałem wielkiego wyboru.
Wziąłem głęboki wdech, zbierając siły na kolejny dzień w tym przeklętym piekle, o ile na coś takiego da się w ogóle uodpornić. Nie uważałem, że jestem słaby, choć wielu próbowało mi to wmówić. Byłem po prostu… niekonfliktowy. Gardziłem przemocą i robiłem wszystko, co w mojej mocy, by jej uniknąć. Szkoda, że tak rzadko mi się to udawało.
Położyłem dłoń na klamce. W momencie gdy ją nacisnąłem, ogarnęły mnie silne mdłości. Najwyraźniej nie skończy się tylko na porannych wymiotach. Przełknąłem żółć podchodzącą do gardła i z nisko opuszczoną głową wszedłem do klasy.
– Hej, spójrzcie, ciota przybyła! – krzyknął jeden z uczniów.
Znieruchomiałem na dźwięk tego głosu. Wystarczyło, że Ben Kraus kiwnął palcem, żeby stado idiotów, zwanych przez niektórych moimi kolegami, podążyło za nim bez wahania. To, co mówił, było święte, a jeśli ktoś miał na tyle odwagi, by się z nim nie zgodzić… no cóż, wtedy kończył dokładnie tak jak ja. Bo przecież ze szkolną gwiazdą nie wolno dyskutować!
– Śmierdzisz gównem – oświadczył, podchodząc niebezpiecznie blisko mnie.
– Fuuuj! – Reszta klasy natychmiast mu przytaknęła i wykrzywiła twarze, jakby wyczuła potworny smród.
– Kiedy ty się ostatni raz kąpałeś, co? – zadał mi pytanie, na które odpowiedziałem niby obojętnym wzruszeniem ramion. – No tak, w sumie to ty przecież nawet ciuchów nie zmieniasz, więc po co marnować wodę.
– Ojej – mruknęła Klara, przewodnicząca klasy. – Zaraz się popłacze.
– Niczego innego bym od tej pizdy nie oczekiwał – dorzucił ktoś jeszcze.
Zacisnąłem pięści, po skroni spłynęła mi strużka potu, co tylko pogorszyło moją i tak beznadziejną sytuację. Miałem ochotę naciągnąć na głowę kaptur czarnej bluzy, jednak nie byłem w stanie unieść rąk. Jakby ciężar spojrzeń tych dupków zupełnie mi odebrał zdolność ruchu. Jedyne, na co mogłem się w tym momencie zdobyć, to zrobienie kilku kroków w tył i przyparcie pleców do framugi drzwi. Ciągle przełykałem ślinę i mrugałem, żeby nie uronić ani jednej łzy. Nie teraz, nie przy nich. Nigdy więcej nie dam im tej satysfakcji.
Ben złapał mnie za szczękę, ścisnął mocno i zmusił do uniesienia głowy. Chichot pozostałych uczniów odbijał się echem od ścian, potęgując poczucie bezradności. Już jakiś czas temu zrozumiałem, że stawianie oporu nie miało najmniejszego sensu, a wręcz nakręcało Krausa, który potrafił się wykazać niezwykłą kreatywnością, jeśli chodziło o gnębienie mnie. Powiedzenie o wszystkim rodzicom nie wchodziło w grę. Sądziłem, że takie posunięcie okazałoby się gorsze od postrzału w kolano. Oczywiście mógłbym porozmawiać z Reinerem, tylko że on miał ważniejsze rzeczy na głowie niż wysłuchiwanie mojego ględzenia. Minął prawie rok od wypadku jego rodziców. Rok od śmierci ojca, a jemu nadal było trudno. O wiele trudniej niż mnie. Chciałem dawać mu wsparcie, a on potrzebował silnego przyjaciela, a nie rozpadającego się wraku. Postanowiłem więc wybrać milczenie i przeczekać ten szajs, licząc, że po zakończeniu szkoły odzyskam w miarę normalne życie.
– Słyszałem, że lubisz połykać. – Ben z chamskim uśmiechem zerknął na swoją widownię i upewniwszy się, że wszyscy patrzą, dodał: – Otwórz japę, cipo!
Ścisnął mnie jeszcze mocniej, a kiedy spróbowałem się wyrwać, zatopił paluchy drugiej ręki w materiale mojej bluzy i szarpnął gwałtownie, przygważdżając mi plecy z powrotem do framugi. Zacisnąłem zęby tak mocno, że przez chwilę myślałem, iż szczęka pęknie na pół. Chciałem zniknąć, rozpłynąć się, byle nie musieć dłużej stać w tym miejscu.
Kraus charknął i splunął mi celnie w usta. Gęsta ślina spłynęła po moich wargach i brodzie. Zrobiło mi się niedobrze. Wbijałem paznokcie w dłonie, sprawiając sobie lekki ból. Skoncentrowałem uwagę na tym pulsującym odczuciu, błagając w duchu, by ktoś w końcu przerwał tę ich posraną zabawę.
– Co jest? Nie zliżesz tego? – Ben nie zamierzał odpuścić.
Gnojek dopiero się rozkręcał, a ja doskonale wiedziałem, że stać go na o wiele więcej, jednak w sali lekcyjnej musiał pozostać czujny. Co innego toaleta, szatnia, autobus, którego wręcz nie cierpiałem…
– Pan Schröder idzie! – ostrzegła Greta, która zapewne czekała na korytarzu i pilnowała, by nikt przypadkiem nie zauważył tego, co ze mną robią.
– Jeszcze z tobą nie skończyłem, pedale! – fuknął Kraus, po czym migiem pobiegł do swojej ławki.
Kiedy tylko mnie puścił, wytarłem twarz przedramieniem, powstrzymując się od zwymiotowania na podłogę. Poprawiłem plecak i już chciałem zająć miejsce, gdy usłyszałem srogi głos nauczyciela:
– Becker, co ty tutaj robisz?! Natychmiast siadaj na tyłku!
Śmiech… cichy, a jednocześnie tak donośny, że ledwo trzymałem się na nogach. Do tego szepty, które równie dobrze mogłyby być sztyletami wbijanymi w plecy.
Spuściłem wzrok i ruszyłem w stronę ostatniej ławki, ale zanim do niej dotarłem, ktoś podstawił mi nogę. Ku rozczarowaniu klasy udało mi się nie upaść na twarz i nie wybić sobie zębów.
– Ruchy! – zagrzmiał Schröder. – Za każdym razem to samo…
Zignorowałem jego dalszą wypowiedź. Znałem tę przemowę na pamięć. Nie przepadał za mną, zresztą większość belfrów mogłaby sobie z nim podać rękę. No, może poza panią Herfurth, nauczycielką języka angielskiego – ona jako jedyna widziała we mnie kogoś więcej niż odrzuconego przez klasę dziwaka. Dla niej teksty, które tworzyłem, miały duszę, dla innych stanowiły wyłącznie powód do kpin. Nigdy nie przeszkadzały jej mój wygląd ani styl bycia. Byłem sobą i nie zamierzałem się zmieniać jedynie po to, żeby komukolwiek dogodzić.
Wyjąłem z plecaka książkę do matmy, długopis i notatnik. Otworzyłem zeszyt na ostatnio zapisanej stronie. Słowa same pojawiły się w głowie, musiałem je tylko ułożyć w logiczną całość i przenieść na papier. To mnie odprężało, sprawiało, że zapominałem o otaczającym syfie. Potrzebowałem tych momentów, tej odskoczni od rzeczywistości.
Odkąd pamiętałem, wyróżniałem się na tle rówieśników, a przeczytanie na głos przed całą klasą długiego wiersza mojego autorstwa jedynie potwierdziło fakt, że nie byłem jak inni uczniowie.
To nie tak, że nie przepadałem za swoją innością, lubiłem ją, lecz problem w tym, że pozostali niekoniecznie ją tolerowali. Większość postrzegała mnie jako introwertyka, marną imitację Williama Szekspira, dzieciaka, z którym nie warto się kumplować.
Dzięki Reinerowi trzymałem w Grundschule1 status nietykalnego, ale po tym, jak on i moja siostra trafili do Gymnasium, a ja do Realschule, wszystko uległo zmianie. Nie miałem już obok przyjaciela, który w razie czego mógłby się za mną wstawić. Zostałem sam.
Piąta klasa była dla mnie piekłem. Wtedy jeszcze wierzyłem, że gorzej być nie może. Nie wiedziałem, że każdy kolejny rok tylko dokręci śrubę.
Został mi jeszcze jeden. A jednocześnie całe, nieskończenie długie miesiące, ciągnące się przede mną jak ciemny korytarz bez wyjścia. Nie umiałem stwierdzić, czy dam radę przez niego przejść. Czy któregoś dnia po prostu nie pęknę.
Rzygałem tym gównem, miałem serdecznie dość codziennych szykan… upokorzeń, które wracały nawet wtedy, gdy zamykałem za sobą drzwi domu.
– Dzień dobry. – Głos dyrektora Kaufmanna wyrwał mnie z zamyślenia.
Niechętnie spojrzałem na niskiego starszego mężczyznę w eleganckim garniturze, a później przeniosłem wzrok na stojącą obok niego dziewczynę.
– Przyprowadziłem panu nową uczennicę – zakomunikował, kładąc dłoń na drobnym ramieniu szatynki. – Niech sama przedstawi się klasie, ja mam kilka ważnych spraw do załatwienia.
I już go nie było. Tymczasem uczniowie obserwowali z zaciekawieniem nową koleżankę, zapewne oceniając ją pod niemal każdym względem. Pomiędzy ławkami przepływały komentarze. Zarówno pochlebne, jak i te ironiczne. Zignorowałem je wszystkie. Wkurzało mnie, że wyrabiają sobie opinię na jej temat bez zamienienia z nią ani jednego słowa. Niektórzy szeptali, że pewnie wyleciała z poprzedniej szkoły, inni, że wygląda na zdzirę. Ben uznał, że przed końcem roku z pewnością mu obciągnie, na co Klara zaśmiała się odrobinę zbyt głośno i kiwnęła zgodnie głową.
Byli obrzydliwi. Nienawidziłem ich i najchętniej potrząsnąłbym każdym z osobna. Miałem wrażenie, że otacza mnie stado dzikich hien gotowych w każdej chwili rzucić się na ofiarę i rozszarpać ją na drobne części.
– Witaj, młoda damo. Trafiłaś na bardzo ciekawą lekcję. Ale zanim zaczniemy, przedstaw się i znajdź sobie wolne miejsce.
Pan Schröder nagle przyjął pozę potulnego, kulturalnego misia. Ciekawe, kogo chciał oszukać? Miał nas wszystkich w głębokim poważaniu i podejrzewałem, że siedział w tym miejscu równie chętnie jak ja.
– Nazywam się Maya Wolf, ale wszyscy mówią mi May – odpowiedziała dziewczyna z lekkim szwajcarskim akcentem, a któryś z chłopaków głośno zawył, prezentując nowej uczennicy poziom intelektualny tej jakże wspaniałej klasy.
Przewróciłem oczami, co było głupim błędem, którego skutki odczułem niemal natychmiast. Felix wystrzelił w moją stronę poślinioną kulkę papieru. Odrażające. Tylko resztki zdrowego rozsądku powstrzymały mnie od pokazania temu pajacowi środkowego palca. Zamiast tego przeczesałem włosy i naciągnąłem kaptur na głowę, starając się wtopić w tło.
– Hej.
Aż podskoczyłem i raptownie zasłoniłem twarz z obawy, że ktoś spuści mi wpierdol na oczach Schrödera. Mój instynkt zadziałał prędzej niż umysł i dopiero po chwili się zorientowałem, że nikt nie podniósł na mnie ręki.
– Wszystko w porządku? – zapytała May.
Głos miała niski i ciepły. Pomyślałem, że fajnie by było usłyszeć, jak jego właścicielka się śmieje. Właściwie to nie przepadałem za cudzym śmiechem. Kojarzył mi się głównie z bólem i poczuciem wstydu. Dziwne…
– Na twoim miejscu nie siadałbym obok niego! – poradził Ben, podczas gdy ja nadal milczałem niczym ostatni palant.
– Ja bym się bała, że zarazi mnie wszami – dorzuciła Greta.
Ścisnąłem trzymany w dłoni długopis, wyobrażając sobie, jak jego koniec ląduje w jej oku. Dlaczego?, pytałem sam siebie, co było zupełnie bezsensowne, ale czasami nie potrafiłem tego powstrzymać. Zachodziłem w głowę, co takiego im zrobiłem. Czym podpadłem?
– Poza tym on nie lubi dziewczyn – dodał Felix.
– Dużo bardziej podoba mu się ruchanie od ty…
– Spokój! – krzyknął Schröder.
May pochyliła głowę, by spojrzeć mi w twarz. Kurtyna delikatnych kasztanowych loków zasłoniła przedzierające się przez okna promienie słońca. Słodki, przyjemny zapach trafił do moich nozdrzy i sprawił, że zapragnąłem się uśmiechnąć.
– Mogę? – zapytała, wskazując na krzesło obok.
Ona tak serio? Chce dobrowolnie trafić na czarną listę Krausa, i to od razu pierwszego dnia? Jest nienormalna? A może nie rozumie dobrze po niemiecku i nie załapała, że siedzenie ze mną w jednej ławce będzie jak wkroczenie w ognistą pułapkę?
Wzruszyłem ramionami, wracając do notatek.
MAYA
Minęły prawie trzy tygodnie, odkąd przeprowadziłam się do Tuttlingen. Tęskniłam za domem w Szwajcarii, ale postanowiłam nie pękać. Nie należałam do nieśmiałych, skrytych dziewczyn, zatem znalezienie nowych znajomych nigdy nie sprawiało mi problemów. Byłam przekonana, że niebawem poczuję się tutaj jak u siebie.
Nie mogłam skupić uwagi na lekcji prowadzonej przez pana Schrödera. Podejrzewałam, że jego monotonny sposób mówienia uśpiłby nawet najbardziej niezłomnych uczniów. Zakryłam usta ręką i ziewnęłam szeroko, po czym oparłam się na łokciu i skierowałam wzrok na siedzącego obok mnie chłopaka.
Odniosłam nieodparte wrażenie, że biedak próbuje wniknąć w krzesło albo po prostu rozpłynąć się w powietrzu. Był bardzo szczupły i blady, ale przystojny. Kruczoczarne, wyglądające na farbowane włosy miał dłuższe z przodu, krótsze z tyłu. Postrzępiona grzywka opadała na czoło, zasłaniając brwi. Zielone oczy mocno obrysował czarną kredką. Nosił cienki okrągły kolczyk w lewym nozdrzu i drugi identyczny w dolnej wardze. Ubrany był w obcisłe, ciemne dżinsy i czarną bluzę z nazwą zespołu Slipknot.
Chyba zauważył, że go obserwuję, bo przygryzł paznokieć kciuka i jeszcze bardziej się zgarbił, zapisując coś w zeszycie.
Westchnęłam, opadając na oparcie krzesła. Chciałam dać mu trochę przestrzeni, by poczuł się swobodniej, jednak nie mogłam powstrzymać odruchu zerkania w jego kierunku.
Nie musiałam umieć czytać w myślach, żeby wiedzieć, jak bardzo ten chłopak był przerażony. Głupie docinki prawdopodobnie stanowiły tylko kroplę w morzu otaczającego go mroku. Znałam to. Dzieciaki z mojej dawnej szkoły też potrafiły być istnymi potworami.
Pamiętam, jak kilka dziewczyn uwzięło się na pochodzącą z Turcji Elif. Wyśmiewały ją na każdym kroku, nazywając Kanake2. Zresztą sama nie byłam lepsza. Zawsze gdy inni jej dokuczali, stałam, patrzyłam i czekałam, aż skończą. Prawda taka, że paraliżował mnie strach. Obawa, że wstawienie się za Elif będzie moim końcem. Przełamałam się dopiero kilka dni przed wyjazdem z Szafuzy i postanowiłam z nią pogadać, przeprosić za swoje tchórzostwo, ale było za późno. Jadąc z rodzicami samochodem w stronę Tuttlingen, przysięgłam sobie, że już nigdy nie będę obojętna na krzywdę innych.
Rzuciłam okiem na zegar wiszący nad tablicą. Do końca lekcji zostało dziesięć minut. Schröder właśnie zadawał zadanie domowe, a blondyn, który wcześniej zaczepił mojego kolegę z ławki, zarechotał, gdy podawał sąsiadowi kartkę wyrwaną z zeszytu. Strona została puszczona w obieg po całej klasie, aż wreszcie trafiła na blat naszego stołu.
Obrazek przedstawiał dwójkę chłopców robiących sobie dobrze. Nietrudno było odgadnąć, kogo autor miał na myśli. Do tego ktoś dopisał czerwonym markerem: „Jeszcze się nie powiesiłeś, pedale?”.
Czarnowłosy chłopak zerwał się z miejsca równo z dzwonkiem, ale mogłabym przysiąc, że na widok rysunku zacisnął mocno zęby.
Sięgnęłam po tę cholerną kartkę, przeklęłam pod nosem, po czym zmięłam papier, by wyrzucić śmieć do kosza.
– A ty, dokąd, skarbie? – Zatrzymał mnie postawny blondyn. Typ, który gnębienie słabszych najwyraźniej postawił sobie za cel życiowy. – Jestem Ben – przedstawił się, wyciągając do mnie rękę.
Spojrzałam na jego dłoń, później w lekko zmrużone niebieskie oczy. Uważał się za gwiazdę i przypuszczalnie nikt go jeszcze nie wyprowadził z błędu. Założyłam ramiona na piersi, chowając pod pachę pięść ze zgniecioną kartką. Uniosłam dumnie głowę. Chciałam mu w ten sposób pokazać, że nie warto ze mną pogrywać.
– To twój pierwszy dzień, więc nic dziwnego, że jesteś troszeczkę pogubiona. Pozwól, że wyjaśnię ci kilka podstawowych reguł. – Ten impertynencki gnojek objął mnie ramieniem, jakbyśmy byli najlepszymi przyjaciółmi, po czym zaczął prowadzić w stronę korytarza.
Od razu po opuszczeniu sali lekcyjnej wymknęłam się z jego uścisku, co w ogóle mu nie podpasowało.
– O co ci chodzi, maleńka?
– Nazwij mnie tak jeszcze raz, a przysięgam, że złamię ci, za to nos – ostrzegłam śmiertelnie poważnie.
– O, jaka narwana, podoba mi się to.
Stanęłam do niego plecami, podeszłam do kosza i wyrzuciłam pomięty rysunek.
– Wstałaś dziś lewą nogą czy zimna suka to twój stały stan? – zaśmiała się jakaś dziewczyna.
Ktoś inny wyciągnął kartkę ze śmietnika, rozłożył ją i wyszczerzył zęby.
– Toż to istne dzieło sztuki! – stwierdził, prezentując rysunek towarzyszącym nam uczniom. – Proponowałbym umieścić go w szkolnej gablotce.
– Dawaj to, mam taśmę klejącą! – odezwała się stojąca obok dziewczyna.
– Odbiło wam? – Chciałam wyrwać rysunek z jej rąk, ale Ben zastawił mi drogę.
Chłopak patrzył na mnie w taki sposób, jakbym to ja postradała rozum.
– Co ci to przeszkadza? Tylko sobie niewinnie żartujemy. Poza tym ani razu nie skłamałem. Becker to ciota, ma nawet swojego chłoptasia. Pech ciał, że musieli się rozstać. Idę o zakład, że beczał przez co najmniej tydzień…
– Nawet jeśli jest gejem, nie rozumiem, co w tym śmiesznego. To żaden powód, by się z niego nabijać.
– Wyluzuj, mała, złość piękności szkodzi. Żal by było takiej ślicznej buźki.
Chciał mnie dotknąć, więc pospiesznie się odsunęłam. W tle usłyszałam rozbawioną gromadkę dzieciaków. Pewnie właśnie zrealizowali plan wywieszenia tych okropnych bazgrołów w gablotce.
– W sobotę jest imprezka u Feliksa. – Ben niespodziewanie zmienił temat. – Byłoby fajnie, gdybyś wpadła. Zapoznam cię z naszą paczką.
– Skąd pomysł, że chcę was poznać?
– Słodka jesteś. – Znów objął mnie ramieniem.
Wszystkie moje mięśnie się spięły w ułamku sekundy.
– Bez nas zginiesz – oświadczył, posyłając mi szelmowski uśmiech.
Nie powiem, był cholernie przystojny, ale miał naprawdę paskudny charakter. Piękne, czerwoniutkie, lecz robaczywe jabłko.
Kolejną pauzę, tę dwudziestominutową, spędziliśmy na dworze, siedząc na schodach i gadając o wszystkim i niczym. Z tym że głównie mówił Ben, a jego nieodłączni kompani przytakiwali mu niczym stado bezmózgich baranów. Nie czułam się komfortowo w tym towarzystwie, ale zauważyłam, że dzięki temu odwróciłam ich uwagę od szykanowanego chłopaka. Nie miałam pojęcia, gdzie spędzał przerwy. Dosłownie wybiegał z klasy po każdym dzwonku i znikał jak ninja.
1.
1 Na końcu książki znajduje się wykres obrazujący system szkolnictwa w Niemczech (wszystkie przypisy pochodzą od autorki).
2.
2 Kanake – obraźliwe określenie ludzi pochodzenia tureckiego mieszkających w Niemczech.ROZDZIAŁ 3
Jace
Obudziłem się z uśmiechem na twarzy, szczęśliwy, że nie muszę iść do szkoły. Nastała sobota i zważywszy, że miałem ją spędzić z Reinerem u babci, dzień zapowiadał się bardzo dobrze. Wczoraj przed pójściem spać pisałem z przyjacielem na ICQ10. Nie musiałem go widzieć, wystarczyło czytać między wierszami – był w totalnej dupie. Jego matka czuła się coraz gorzej, a obawa, że również umrze i zostawi go samego, wydawała się niebezpiecznie bliska spełnienia. Nie miałem pojęcia, jak go pocieszyć, nie znałem słów, które oddałyby mu tatę i postawiły mamę na nogi. Nie żyliśmy w świecie, gdzie istniała magia zdolna przechytrzyć śmierć.
Po doprowadzeniu się w łazience do stanu używalności wkroczyłem do kuchni, by zrobić śniadanie sobie i mojej rodzinie. Uwielbiałem gotować, choć mało kto o tym wiedział. Wrzuciłem do odtwarzacza płytę z najnowszym albumem System of a Down i wcisnąłem „play”. Nie chcąc obudzić siostry i mamy (tata wstał o świcie i pojechał z wujkiem na ryby), ściszyłem nieco dźwięk. Wyjąłem z lodówki potrzebne produkty, postawiłem na płycie patelnię i rozgrzałem na niej masło. Po kilku minutach w całym pomieszczeniu pachniało smakowitym śniadaniem w postaci tortilli z jajkiem, serem i warzywami. Na dużym drewnianym stole rozłożyłem zastawę dla trzech osób i nałożyłem każdemu sporą porcję potrawy. Kiedy kończyłem parzyć kawę, do kuchni wparowała Sabrina, a za nią ciągle zaspana mama.
– Mmm, cudnie pachnie – wymruczała siostra, dała mi buziaka w policzek i zabrała się za jedzenie.
– Proszę cię, kochanie, zmień tę muzykę. – Mama poprawiła poły szlafroka, zerkając na odtwarzacz CD.
Przełączyłem na radio. Nie każdy miał tak zajebisty gust jak ja i musiałem to zaakceptować. Byłem wdzięczny rodzicom, że nie próbowali zrobić ze mnie kogoś innego. Zdawałem sobie sprawę, że mój wygląd nie do końca im odpowiadał i najchętniej wyrzuciliby z mojej szafy wszystkie ciemne ciuchy. Kiedy pierwszy raz zafarbowałem włosy na czarno, mama dosłownie znieruchomiała na kilka sekund, później zamrugała, zdezorientowana, aż w końcu uraczyła mnie krótkim „aha”, cokolwiek to znaczyło. Tata stwierdził, że to przejściowa faza nastoletniego buntu i niedługo mi przejdzie. Bawił się nieziemsko przy robieniu mi zdjęć… I nie chodziło o beztroskie fotografie lądujące w rodzinnym albumie. Mój staruszek tworzył dokumentację, jak to nazywał: „fazy na emo punka”, żeby mieć z czego się pośmiać, gdy wreszcie dorosnę. Po prostu boki zrywać.
Kącik ust drgął mi lekko na wspomnienie ojca żartującego sobie z moich podkreślonych oczu i dziadka Antona, który parsknął wtedy gromkim śmiechem, po czym z trudem opowiedział historię o latach młodości swojego kochanego syna. Okazało się, że tata wcale nie był taki święty, jak próbował wmówić mnie i Sabrinie. Kiedy miał mniej więcej tyle lat co ja, ponoć obsesyjnie słuchał zespołu KISS, a z czasem zaczął upodabniać się do członków tej charakterystycznej grupy. Wyszło więc na to, że mój makijaż nawet nie dorównywał jego… arcydziełu. I tak, widziałem zdjęcia.
Nigdy nie brałem docinków staruszka na poważnie. Wiedziałem, że nie chciał mnie zranić. No, może odrobinę mi dokuczyć, ale to zupełnie co innego niż balony wypełnione moczem rozbijające się o plecy albo czyjaś ręka wciskająca moją głowę w śmierdzącą muszlę klozetową.
W jednej chwili uleciało ze mnie całe szczęście. Jakby ktoś przekręcił niewidzialny przełącznik.
Nie chciałem myśleć o tych kretynach ze szkoły. A jednak ich obecność wracała wszędzie, nawet tutaj. Jak cień ciągnący się za człowiekiem, choć słońce dawno zaszło.
Słyszałem śmiech. Czułem pchnięcia. Słowa rzucane półgłosem, niby mimochodem, ale zawsze tak, żebym usłyszał. Drwiny, plucie pod nogi, spojrzenia pełne pogardy.
Czasem odnosiłem wrażenie, że oni siedzą mi w głowie. Że nawet kiedy ich nie ma, i tak nie potrafię od nich uciec.
– O której masz autobus? – Pytanie mamy wyrwało mnie z gęstniejącej ciemności.
– Pojadę na rowerze, jest spoko pogoda – odpowiedziałem, obdarzając ją uśmiechem.
Byłem naprawdę dobry w kamuflowaniu uczuć. Nie mogłem pozwolić, aby rodzice poznali prawdę o tym, co działo się w szkole. Mieli dość zmartwień, a mnie jeszcze nie zabrakło sił, by przejść przez to gówno samotnie.
Najtrudniej szło mi latem, gdy słońce dawało nieźle popalić. Ukrywanie siniaków pod bluzami z długimi rękawami niemal graniczyło z niemożliwością. Pociłem się jak świnia. Wtedy z pomocą przychodziła moja wybujała wyobraźnia. Jeśli ktoś zauważył ślady pobicia, wymyślałem na szybko wiarygodną historyjkę. Czasem winą obarczałem schody, innym razem kant stołu albo kamień na drodze, o który się potknąłem i upadłem prosto na twarz. Jak na razie nikt nie stawiał tych wyjaśnień pod znakiem zapytania. Uczyłem się pilnie i przynosiłem do domu dobre stopnie, co wcale nie było takie łatwe, zważając na fakt, że Ben i jego paczka często dopadali mnie przed zajęciami i niszczyli moje zadania domowe. Na szczęście ten szczegół również udało mi się ogarnąć – każde wypracowanie pisałem dwa razy. Kiedy jedno zostawało zniszczone, drugie wędrowało do nauczyciela.
– Mam nadzieję, że wasze pokoje lśnią czystością! – Mama dopiła resztkę kawy i wstała od stołu, zerkając na zapięty wokół nadgarstka zegarek. – Wrócisz jutro na obiad? – zwróciła się do mnie, na co od razu przytaknąłem. – A ty, młoda damo? – Odnalazła spojrzeniem moją siostrę.
– Szeryfie – młoda wyszczerzyła dumnie zęby – już ci mówiłam, że dziś przyjeżdża do mnie Emma, więc w moim pokoju panuje megaporządek.
Oj tak, tego byłem pewien. Po akcji z majtkami wiszącymi na lampie Sabrina nie odważyła się więcej nakłamać mamie. Okropnie żałowałem, że nie zdążyłem utrwalić tamtej bezcennej chwili aparatem. Siostra otwierająca drzwi do swojego pokoju, trójka jej najlepszych przyjaciół, w tym chłopak, w którym potajemnie się podkochiwała, a przed ich oczami luźne bawełniane majty w kropki. Nasza rodzicielka potrafiła być kreatywna, a przy tym odrobinę złośliwa, ale to tworzyło z niej matkę idealną.
Babcia mieszkała w Immendingen, spokojnej wiosce oddalonej od naszego mieszkania o dwanaście kilometrów. Jazda rowerem zajmowała zwykle nieco ponad pół godziny. Lubiłem ruch, choć wielu uważało mnie za wroga sportu. Nienawidziłem WF-u, ale nie dlatego, że byłem słaby z tego przedmiotu. Gdybym miał zdawać wszystkie ćwiczenia w pojedynkę i trenować tylko na oczach pana Kehlmanna, zapewne kończyłbym każde zajęcia z wyróżnieniem. Jednak wuefista kładł duży nacisk na pracę w grupach, przez co niemal każda lekcja kończyła się moim publicznym ośmieszeniem. Raz nawet złamano mi nos, niby przez nieuwagę. Tak, akurat. Może bym uwierzył w te brednie, gdyby nie rozbawienie malujące się na twarzy Bena chwilę po tym, jak z moich nozdrzy poleciała krew. Przez dwa tygodnie musiałem chodzić z opatrunkiem, co dla klasowej elity stanowiło kolejną okazję do zmieszania mnie z błotem.
Gdy jechałem wzdłuż Dunaju, przywołałem w pamięci obraz zmarłego dziadka Gustava. Kiedy jeszcze żył, często chodziliśmy razem nad rzekę biegnącą blisko domu jego i babci. Spacerowaliśmy, zbieraliśmy kamienie, a później siadaliśmy na brzegu i wrzucaliśmy je do wody. To mnie odprężało. Czasami, kiedy nie widziałem już żadnego światła w tunelu, przyjeżdżałem w to miejsce sam, zamykałem oczy i wyobrażałem sobie, że dziadek stoi tuż obok. Niekiedy to wystarczało, bym odzyskał nadzieję.
Zdyszany dotarłem do babci i oparłem rower o wielką czereśnię, na której kilka lat temu z Reinerem i naszymi ojcami wybudowaliśmy domek. Przez podłogę, ściany i dach naszej drewnianej siedziby przechodziły gałęzie. Spanie tam w chłodne noce było prawie niemożliwe, ale my i tak nieraz tego próbowaliśmy. Do czasu, aż przyjaciel nabawił się ostrego zapalenia płuc.
Wyjąłem słuchawki z uszu i wyłączyłem odtwarzacz MP3. Ściągnąłem kaptur z głowy i przeczesałem zmierzwione włosy. Babcia nie lubiła, gdy chowałem twarz, przeszkadzała jej nawet czapka z daszkiem. Na dworze to akceptowała, ale po przekroczeniu progu domu stawało się to wręcz niedopuszczalne. A wiadomo, że za każdą niedopuszczalną rzecz dostawało się od starszej pani po uszach i, co gorsza, nie było deseru.
Uniosłem rękę, by nacisnąć dzwonek, a w tym samym momencie niemal dostałem drzwiami w dziób. Odsunąłem się pospiesznie, rozszerzając oczy ze zdziwienia, po czym spojrzałem na wychodzącego Reinera.
– Bro, to był zamach na moje życie! – Przywitałem kumpla przyjacielskim klepnięciem w ramię.
– Na twoje? Stary, ja tu czekam od godziny! Twoja babcia zdążyła mi wepchnąć pół blachy ciasta. Popatrz na to! – Złapał się za brzuch. – W takim stanie żadna panna mnie nie zechce. – Wybuchnął zaraźliwym śmiechem, ale w jego oczach i tak dostrzegłem ból.
Reiner już taki był. Można powiedzieć, że sztukę aktorską opanował do perfekcji, a ja szybko się od niego uczyłem i pewnie już dawno przerosłem mistrza.
Znałem przyjaciela wystarczająco dobrze, by rozpoznać odpowiednie momenty do rozmów o jego rodzicach. Ten z całą pewnością do nich nie należał. Obaj potrzebowaliśmy odpoczynku od ciągłego przebywania w mroku. Potrzebowaliśmy choć odrobiny światła. Najwyraźniej nasza wczorajsza konwersacja na ICQ okazała się wystarczającą pomocą. Przynajmniej na razie.
– Powinieneś wreszcie zaprosić Rudą na randkę – stwierdziłem, wspominając słowa Sabriny twierdzącej, że Reiner wpadł po uszy. – Nawet moja siostra zauważyła, że ślinisz się na jej widok. Czyli musi być z tobą naprawdę źle.
– No i właśnie… – Przeciągnął ostatni wyraz, jakby nie mógł zdecydować, co tak właściwie chce powiedzieć.
Wszedłem do domu, zamknąłem za sobą drzwi i razem z Reinerem wkroczyliśmy na korytarz. Ciągle czekałem, aż kumpel wydusi z siebie resztę zdania, ale widocznie stanowiło to dla niego nie lada wyzwanie.
Po przywitaniu się z babcią i wpakowaniu w siebie dwóch kawałków świeżo upieczonej szarlotki na dzień dobry wreszcie poszliśmy do mojego pokoju.
– Połknąłeś język? – zapytałem, gdy tylko padłem na jeden z superwygodnych foteli i wyciągnąłem nogi.
– Dobra… – zaczął i znów nie skończył, wystawiając moją cierpliwość na próbę. Podrapał się z tyłu głowy, postał jeszcze przez chwilę, aż wreszcie wypalił: – Mia będzie dzisiaj na takiej jednej imprezie. Zaprosiła mnie, ale powiedziałem, że raczej nie przyjdę. Kojarzysz Feliksa? Chodziliśmy razem do Grundschule. Co ja pieprzę, jasne, że wiesz, kogo mam na myśli. Chodzi o to, że… ta impreza jest u niego.
– Chcesz tam pójść – wywnioskowałem śmiało, czując dreszcze przeszywające mnie na wskroś.
– To nie tak… To znaczy… – Westchnął głośno, usiadł na drugim fotelu i zawiesił wzrok na suficie.
– Ona serio ci się podoba, co?
Uśmiechem dał mi niemą odpowiedź. Jako dobry przyjaciel powinienem mu zaproponować, żebyśmy razem pojechali na tę durną imprezę. Nie mogłem jednak tego zrobić. Gdybym pojawił się w domu Feliksa, Reiner odkryłby, w jakie gówno wpadłem. Ben i jego klika parsknęliby śmiechem na mój widok, a później zmieszaliby mnie z błotem. Mojemu kumplowi nie spodobałby się to. Skoczyłby na chłopaków i poobijał im gęby. Tajemnica wyszłaby na jaw i nie mógłbym już dłużej udawać, że wszystko jest w porządku.
– Myślisz, że mam u niej szanse? – Reiner oparł łokcie o kolana, patrząc na mnie z nadzieją.
– Ruda lata za tobą od dobrych kilku lat, więc nie zadawaj głupich pytań. Przestań zgrywać nieśmiałego i się z nią umów! Gwarantuję, że nie da ci kosza.
– Jeśli jest tak, jak twierdzisz, to wyjaśnij mi z łaski swojej, dlaczego Mia będzie na imprezie z Alanem?
– Tak ci powiedziała?
Zacisnął usta w cienką linię.
– Czyli nie – skwitowałem.
– On też tam przyjdzie – wyjaśnił, mocno się krzywiąc.
– Tak samo jak kilkunastu chłopaków z mojej klasy. Czy to znaczy, że Mia będzie się obściskiwać z każdym po kolei?
– Uważaj na słowa – zagroził mi, co podsumowałem gromkim śmiechem.
– Pojedź tam sam – zaproponowałem nagle, zaskakując tym Reinera.
– Jak to sam? Odbiło ci?
– Nie mam ochoty na bibę.
– Stary, nie ściemniaj, że wolisz siedzieć na chacie i wpieprzać ciasteczka babci.
A żebyś, kurwa, wiedział, przeszło mi przez myśl, ale nie odważyłem się powiedzieć tego na głos. Wszystko było lepsze od spotkania Bena. Nakazałem sobie spokój i liczyłem, że przyjaciel nie zauważy, jak bardzo się spiąłem. Założyłem ręce za głowę i skierowałem wzrok na okno, byle nie patrzeć Reinerowi w oczy.
– Nie czuję się zbyt dobrze. – Spróbowałem wybrnąć z tej patowej sytuacji. – Od rana boli mnie głowa, wziąłem nawet proszki.
– Uważaj, bo uwierzę. Gadaj, o co naprawdę chodzi.
Przełknąłem ślinę, a ubrania, które miałem na sobie, nagle wydały mi się okropnie ciasne. Moja noga zaczęła podskakiwać nerwowo. Nie potrafiłem tego powstrzymać. Gorączkowo szukałem dobrej wymówki, ale w głowie jak na złość zapanowała pustka. Nie chciałem skopać Reinerowi humoru, choć byłem tego niebezpiecznie bliski. Wystarczyłoby wspomnieć o jego rodzicach… Wtedy nigdzie by mnie nie ciągnął, bo sam straciłby ochotę na cokolwiek.
Nie!, zdecydowałem w milczeniu. Wyszedłbym na samolubnego dupka, gdybym posunął się do czegoś tak słabego.
– Jest mecz – wypaliłem, przypominając sobie, że Reiner mówił o nim kilka dni temu. – Myślałem, że chciałeś go obejrzeć.
– Tak, ja chciałem, ty nie znosisz piłki nożnej. Becker, kurwa, nie rób ze mnie idioty, przecież widzę, że coś jest na rzeczy.
Oho… pojechał nazwiskiem. Domyśli się… a później zacznie się martwić.
Powiedziałby o wszystkim rodzicom? Moje życie w szkole już było piekłem, a jeśli mama poszłaby do dyra i zaczęła opowiadać, jaki to jej synek jest biedny, bo go inne dzieci szykanują…
– Odwal się, okej? – palnąłem, czego natychmiast pożałowałem, mimo to nie potrafiłem utrzymać gęby na kłódkę. – Jeśli ty chcesz uciec od całego świata, to jest w porządku, ale kiedy ja nie mam ochoty pójść na pieprzoną imprezę, to już nie? Zastanów się!
– Jace…
– Daj mi spokój.
Wstałem i powędrowałem do łazienki. Reiner pewnie pomyślał, że mi odjebało albo że wyjarałem mocnego jointa przed przyjazdem tutaj.
Zamknąłem drzwi na klucz, oparłem dłonie o brzeg umywalki i przez moment stałem w bezruchu, przeklinając siebie w myślach. Potem odkręciłem wodę i przemyłem twarz. Chłód na skórze niewiele pomógł. Wciąż czułem się jak ostatnia łajza.
Oddychałem płytko niczym po przebiegnięciu kilku kilometrów. Dopiero po dłuższej chwili udało mi się trochę uspokoić. Podniosłem wzrok.
Z lustra patrzył na mnie ktoś obcy. Zmierzwione włosy sterczały we wszystkie strony, a oczy pomalowane czarną kredką wyglądały dziwnie pusto. Jakby nie były już moje.
Poczułem ucisk w środku. Klatka piersiowa zrobiła się nagle za ciasna, jakby ktoś powoli dokręcał niewidzialną obręcz. Wziąłem głębszy wdech, ale powietrze utknęło gdzieś w połowie drogi.
Miałem wrażenie, że znalazłem się w potrzasku.
Reiner pewnie zachodził w głowę, co tak naprawdę wywołało we mnie tę reakcję.
Modliłem się w duchu, żeby nie połączył kropek. Żeby nie doszedł do właściwych wniosków.
Jeszcze raz przeleciałem w myślach wszystkie za pojechaniem do domu Feliksa i przeciw temu. Próbowałem znaleźć choć jeden sensowny argument, który pozwoliłby mi nie czuć się jak tchórz.
Nic z tego. Mimo usilnych starań nie potrafiłem znaleźć niczego dobrego.
O mało nie podskoczyłem, gdy rozległo się głośne pukanie do drzwi. Serce uderzyło mi o żebra tak mocno, że przez moment byłem pewien, iż dosłownie wyskoczy z piersi.
– Sorry, Jace – wymamrotał przyjaciel. – Pogadajmy.
Wziąłem jeszcze jeden głęboki wdech, wytarłem dłonie i twarz w ręcznik, po czym wyszedłem z łazienki na konfrontację z Reinerem.
– Nie pojedziesz ze mną na tę imprezę – zagadnął, więc skinąłem głową. – I nie powiesz mi też dlaczego? – Znów przytaknąłem. – Czy to ma związek z Feliksem?
Nawet nie drgnąłem, by nie dać mu żadnych wskazówek. I tak za dużo już wiedział. Został mi tylko rok. Żeby rozpocząć szkolenie na zawodowego strażaka wystarczył Hauptschulabschluss11.
– Wiem, że ostatnio nie byłem zbyt rozmowny – zaczął, przenosząc ciężar ciała z nogi na nogę. – Ta cała sytuacja z rodzicami… wypadek…
– Nie mam ci tego za złe, nigdy nie miałem.
– Wiem, ale…
– Obejrzyjmy ten głupi mecz. – Celowo zmieniłem temat, nie mogąc znieść jego posępnej miny, która z każdą sekundą przybierała coraz bardziej przygnębiający wyraz.
Reiner zaśmiał się krótko i przytaknął.
– Dzięki, bro – powiedział.
MAYA
Pierwszy tydzień w nowej szkole minął zadziwiająco szybko. Ben okazał się okropnie upartym typem i chyba naprawdę myślał, że przed zakończeniem roku wyląduje między moimi nogami. Wbrew temu, co twierdził tata, Kraus emanował przesadną pewnością siebie. Chłopak miał się za jakieś bożyszcze.
Nie uległam presji rówieśników. Każdą lekcję spędzałam w ławce Jace’a, cierpliwie przebijając jego pancerz. Nie ufał mi, co wcale mnie nie dziwiło, ale bywały momenty, w których się zapominał i pokazywał swoje prawdziwe ja. W piątek znów udało mi się do niego dołączyć i spędzić w jego towarzystwie kilka godzin z dala od szkoły.
Doszłam też do wniosku, że Klara wcale nie jest taka zła, jak z początku myślałam. W pewnym sensie przypominała dawną mnie. Najzwyczajniej nie chciała zostać odrzucona przez klasową elitę. Robiła, co uważała za najbezpieczniejsze – gnoiła Jace’a, licząc, że w ten sposób nie straci przywilejów związanych z przynależnością do paczki Bena.
Współczułam jej i postanowiłam, że wyciągnę ją z tej bańki. Nie warto podążać za kretynami, którzy w przyszłości będą jedynie nic nieznaczącymi, szarymi ludźmi. Tylko ze względu na nią zgodziłam się pójść na dzisiejszą imprezę.
Jeszcze nigdy nie zawiodłam zaufania rodziców, dlatego kiedy zapytałam, czy mogę wyjść do znajomych, od razu mi pozwolili. Oczywiście nie pominęli standardowego wykładu o spożywaniu alkoholu i przedwczesnym seksie. Myślę, że mama i tata znali mnie na tyle dobrze, by wiedzieć, iż nadal jestem dziewicą i nie zamierzam tego tak szybko zmienić. Co do procentów… Pierwsze piwo wypiłam rok temu, z tym że słowo „wypiłam” w ogóle nie oddawało prawdziwości tamtej sytuacji – w rzeczywistości ledwie siorbnęłam bursztynowego, napoju gazowanego, skrzywiłam się z niesmakiem i o mało nie wyplułam tego, co ciążyło mi na języku, z powrotem do kufla. Kilka tygodni później na urodzinach kuzynki odkryłam urok drinków. Do dziś pamiętam, jak Rebecca trzymała mi włosy, kiedy wyrzygiwałam zawartość żołądka do muszli klozetowej. I co śmieszniejsze, to nie było najgorsze! Następnego ranka zapoznałam się z kolejną nowością – megakacem. Od tamtej chwili uważałam z ilością wlewanych w siebie procentów.
Po zrobieniu idealnego makijażu i wyprostowaniu włosów włożyłam obcisły turkusowy top z dekoltem w serek i dżinsową spódniczkę. Wygrzebałam też z szafy kurtkę, żeby nie zmarznąć na dworze, po czym wsunęłam ulubione trampki.
– Napisz, gdy dotrzesz na miejsce – odezwała się mama.
Od razu rozpoznałam, że mimo wszystko była zdenerwowana. To, że mi ufała, nie oznaczało, że ufała kolegom ze szkoły. Co prawda mogłabym oszczędzić jej stresu, skłamać, że idę spać, i cichaczem wymknąć się z domu, ale to nie w moim stylu. Poza tym, gdyby coś poszło nie tak i rodzice odkryliby, że zniknęłam, nerwów byłoby jeszcze więcej, a do tego z całą pewnością dostałabym dożywotni szlaban.
– Wiem, mamo. Dam znać. – Uśmiechnęłam się do niej z nadzieją, że nie zwariuje do czasu, gdy wrócę.
– Przed dwunastą w domu! – przypomniał tata.
– Tak jest. – Zasalutowałam mu rozbawiona.
– Żadnego alkoholu i…
– Wiem – powtórzyłam, powstrzymując chęć przewrócenia oczami.
Byłam ważna dla rodziców i bardzo mnie to cieszyło, ale czasami pragnęłam się wyrwać, zaszaleć i niczym nie przejmować. Byłam nastolatką, miałam prawo do błędów, a nawet musiałam takowe popełnić, by wynieść z nich jakąś naukę.
Uściskałam mamę i tatę – nie wstydziłam się takich gestów i nie rozumiałam moich rówieśników, którzy wręcz stronili od swoich rodziców. Po prostu uważałam buziaki na dobranoc, obejmowanie się i zażyłe kontakty za coś normalnego.
Usłyszawszy dzwonek domofonu, wyszłam z mieszkania i szybko zbiegłam po schodach. Na zewnątrz powitało mnie chłodne powietrze, więc zapięłam kurtkę pod samą szyję i potarłam dłonie.
– Siemka! – Z niebieskiego BMW wyskoczyła Klara.
Wyglądała tak bosko, że poczułam maleńkie ukłucie zazdrości. Miała na sobie różową sukienkę i ładne buty na obcasie, do tego eleganckie kolczyki i stylowo pokarbowane włosy. Kobiece kształty i mocny makijaż skutecznie kamuflowały młody wiek. Gdybyśmy się nie znały, dałabym jej dwadzieścia kilka lat, a nie szesnaście.
– Wow – skomentowałam, mierząc ją wzrokiem od góry do dołu. – Proszę, nie mów mi tylko, że reszta lasek też się tak odwaliła.
Zamiast odpowiedzieć, wybuchnęła głośnym śmiechem i rzuciła się mi na szyję, jakbyśmy były najlepszymi przyjaciółkami. Intensywny zapach perfum wniknął agresywnie do moich nozdrzy i gardła. Mimowolnie zakasłałam, ale odwzajemniłam uścisk.
– Felix pisał, że wszyscy powoli przybywają. Zapowiada się niezła imprezka – oświadczyła i ruszyła w stronę samochodu.
Podczas gdy ona zajęła miejsce z przodu, ja wcisnęłam się na tylne siedzenie. Zaraz obok mnie siedział Ben, a po jego lewej stronie Alan.
Przywitałam się z nimi, ukrywając lekkie skrępowanie. Nie potrafiłam tego wytłumaczyć, ale za każdym razem, gdy Kraus przebywał w pobliżu, odczuwałam dziwny niepokój. Nie chodziło o to, że gość wyraźnie do mnie zarywał. Nie byłam brzydka. Zdawałam sobie sprawę, że mogę się podobać chłopakom. Sęk w tym, że Ben patrzył na mnie tak, jakbym już należała do niego.
– A ten tutaj – zanim ruszyliśmy, Klara wskazała na naszego kierowcę – to mój kochany starszy braciszek, Thomas.
Ostrzyżony na jeża mężczyzna uniósł od niechcenia rękę, lecz nie zaszczycił nas nawet słowem. Gdybym miała zgadywać, postawiłabym na to, że w tym momencie wolałby być zupełnie gdzie indziej.
Kiedy przyjechaliśmy na miejsce, impreza już się powoli rozkręcała. Dwójka chłopaków paliła skręta przed wejściem. Nie znałam ich, ale przypuszczałam, że chodzimy do tej samej szkoły, choć wyglądali na o wiele starszych.
Klara wzięła mnie pod ramię i pociągnęła w ich kierunku. Typ w zielonej koszuli uśmiechnął się na nasz widok, a jego kompan skłonił delikatnie głowę, złapał dłoń mojej towarzyszki i złożył na niej pocałunek.
– Ej, nie śliń się do mojej panny, durniu – wtrącił Felix. Pojawił się jakby znikąd. – Możemy być, kurwa, najlepszymi przyjaciółmi, ale są rzeczy, którymi nie dzielę się z nikim. – Stanął tuż obok swojej dziewczyny i objął ją ramieniem w talii.
– Ty jesteś tą nową – zauważył najniższy z chłopaków. – Mam na imię Michi, a to Peter. – Wskazał na kumpla.
– May. – Podaliśmy sobie ręce, a kiedy zaproponowali mi skręta, grzecznie odmówiłam.
– Wejdźmy lepiej do środka, masz gęsią skórkę.
Aż się wzdrygnęłam, gdy poczułam za plecami twardą klatkę piersiową Bena. Blondyn dotknął palcami odkryte miejsce na mojej szyi, a kiedy instynktownie obróciłam do niego twarz, pocałował mnie w kącik ust.
Zrobiłam nienaturalnie wielkie oczy i tylko szok powstrzymał mnie od wymierzenia mu policzka. Zanim zdążyłam ochłonąć, chłopak złapał moją dłoń i razem przekroczyliśmy próg domu.
– Poproszę kurtkę. – Ben złapał za suwak zamka i chciał rozpiąć mi ramoneskę, ale byłam już na tyle przytomna, żeby trzepnąć go po łapach.
– Sama potrafię się rozebrać – rzuciłam, w ogóle nie myśląc nad tym, jak to zabrzmi w jego uszach.
– W to nie wątpię, kotku. No dalej, pokaż mi, jak to się robi – zachęcił, zakładając ramiona na piersi. Lustrował mnie spojrzeniem drapieżnika patrzącego na swoją ofiarę chwilę przed zagryzieniem.
1.
10 ICQ – komunikator internetowy, niemiecki odpowiednik Gadu-Gadu (GG).
2.
11 Hauptschulabschluss (z niem.) – ukończenie szkoły głównej w Niemczech.