Rajd - ebook
Trzy kobiety na progu życiowego przełomu odkrywają, że miasto ich młodości kryje zarówno piękne wspomnienia, jak i niebezpieczne sekrety. Rajd po toruńskich lokalach, hotelach i zabytkach staje się podróżą do wnętrza samych siebie — pełną śmiechu, łez, namiętności i strachu. Książka została utworzona z pomocą AI
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8440-902-2 |
| Rozmiar pliku: | 2,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Pociąg z Gdańska wlókł się przez kujawskie równiny jak student na poniedziałkowy wykład — niechętnie, z przystankami i bez entuzjazmu. Patrycja Nowak siedziała w wagonie pierwszej klasy, choć z przyzwyczajenia nadal nazywała to „przedziałem dla normalnych ludzi”, i patrzyła przez okno na krajobraz, który kiedyś znała na pamięć. Płasko. Zielono. Czasem jakiś kościół na horyzoncie, czasem stado bocianów na podmokłej łące. Irlandia miała swoje wzgórza i swój deszcz, miała pędzące chmury nad Howth i zapach morza w Dún Laoghaire, ale nie miała tego — tej rozlewającej się w nieskończoność przestrzeni, od której człowiekowi robiło się w duszy jednocześnie pusto i pełno.
Piętnaście lat w Dublinie. Piętnaście lat mówienia „sorry” zamiast „przepraszam”, picia Guinnessa zamiast Żywca, tłumaczenia znajomym, że Toruń to nie Warszawa, i nie, pierniki to nie jest to samo co gingerbread. Piętnaście lat budowania życia, które z zewnątrz wyglądało jak historia sukcesu — stanowisko senior developera w firmie technologicznej, mieszkanie w Rathmines z widokiem na kanał, samochód, konto oszczędnościowe w euro, paszport z harfą na okładce. A od wewnątrz? Od wewnątrz Patrycja czuła się jak ten toruński spichrz, który widziała kiedyś na starym zdjęciu — fasada elegancka, a w środku kurz, pajęczyny i echo.
Telefon zawibrował. WhatsApp od Izy.
_„Jesteś? Gdzie jesteś? Pociąg się spóźnia? Stoją tu z kwiatami jak idiotka, ludzie się patrzą.”_
Patrycja uśmiechnęła się. Iza pisała SMS-y tak, jak rozmawiała — szybko, bez polskich znaków i z absolutną pewnością, że cały świat powinien się dostosować do jej tempa. Dwadzieścia lat znajomości i ta kobieta ani razu nie postawiła ogonka pod „ą”. To było wręcz imponujące w swojej konsekwencji.
_„10 minut”_ — odpisała Patrycja. Potem dodała emotikon serca, skasowała go, wstawiła emotikon pociągu, skasowała i ten, i ostatecznie wysłała samo „10 minut” bez żadnych ozdobników. Tak było bezpieczniej. Emocje na klawiaturze to była Izy domena, nie jej.
Za oknem pojawiły się pierwsze bloki. Toruń nadchodził powoli, ostrożnie, jakby sam nie był pewien, czy Patrycja chce go zobaczyć. Najpierw przedmieścia — te same szare pudełka z wielkiej płyty, które pamiętała z dzieciństwa, tyle że teraz pomalowane na łososiowy róż i pistacjową zieleń, bo ktoś w urzędzie miasta najwyraźniej postanowił, że depresja architektoniczna leczy się farbą. Potem tory zakręciły i między blokami mignęła wieża ratusza — daleko, jak palec wzniesiony do nieba. Patrycja poczuła coś w gardle. Nie łzy. Łzy byłyby zbyt łatwe, zbyt filmowe. To było coś gęstszego, bardziej skomplikowanego. Jak próba przełknięcia dwudziestu lat jednym haustem.
Dworzec Toruń Główny nie zmienił się prawie wcale, co było jednocześnie pocieszające i przygnębiające. Te same żółtawe kafle na ścianie, ten sam zapach — mieszanka spalin, taniego jedzenia z dworcowego baru i czegoś nieokreślonego, co Patrycja zawsze kojarzyła ze słowem „tranzyt”. Ludzie przechodzili, ciągnąc walizki na kółkach, które na nierównej posadzce wydawały dźwięk jak karabin maszynowy w zwolnionym tempie.
I wtedy ją zobaczyła.
Iza Krawczyk stała na końcu peronu w postawie, którą można by opisać jako „generał oczekujący na defiladę”. Sto sześćdziesiąt osiem centymetrów energii w skórzanej kurtce, ciemne włosy ścięte krócej niż Patrycja pamiętała, okulary przeciwsłoneczne wepchnięte na czubek głowy mimo zachmurzonego nieba i wyraz twarzy, który mówił: „Nareszcie, bo już myślałam, że będę tu stać do emerytury”. W jednej ręce trzymała bukiet słoneczników tak wielki, że wyglądała jak sprzedawczyni na targu. W drugiej — reklamówkę, z której wystawała butelka.
— Jezu Chryste Panie — powiedziała Iza zamiast „dzień dobry”, gdy Patrycja stanęła przed nią z walizką i plecakiem. — Ty się w ogóle nie starzejesz? Ja mam już zmarszczki jak mapa drogowa województwa, a ty wyglądasz jak reklama jogurtu.
— Iza, mam rozszerzenia na twarzy za trzy tysiące euro — odpowiedziała Patrycja. — I filtr na aparacie w telefonie za darmo. Nie daj się nabrać.
— Rozszerzenia? — Iza zmrużyła oczy.
— Wypełnienia. Fillery. Nie wiem, jak to jest po polsku, piętnaście lat mówię po angielsku o swoich zmarszczkach.
— Boże, jaka ty jesteś zachodnioeuropejska — Iza wepchnęła jej słoneczniki w ręce i objęła tak mocno, że Patrycja usłyszała trzask w okolicach żeber. — Ale ładne. Ładne jesteś. Daj ci się popatrzę. Obróć się.
Patrycja posłusznie zrobiła obrót na peronie toruńskiego dworca, czterdziestoletnia kobieta w szarym kaszmirowym płaszczu z Marksa & Spencera, z walizką za trzysta euro i bukietem słoneczników, kręcąca się jak modelka na wybiegu między babcią z wózkiem na zakupy a grupą licealistów z plecakami. Licealiści patrzyli z mieszaniną zdumienia i zażenowania. Babcia z wózkiem nie zwróciła uwagi — widziała w życiu dziwniejsze rzeczy.
— No i widzisz — Iza pokiwała głową z aprobatą. — Dublin ci służy. Albo ten jogurt. Chodź, taksówka czeka, zanim facet odjedzie, bo kazałam mu czekać i powiedziałam, że pięć minut, a minęło już chyba dwadzieścia.
W taksówce Iza otworzyła reklamówkę i wyciągnęła butelkę prosecco. Patrycja spojrzała na nią z niedowierzaniem.
— Iza, jest druga po południu.
— I co? W Irlandii nie pijesz o drugiej?
— W Irlandii piję herbatę o drugiej.
— No właśnie. Dlatego musisz wrócić do Polski. — Iza odkręciła korek z wprawą, która sugerowała wieloletnią praktykę, i nalała prosecco do dwóch plastikowych kubeczków, które wyciągnęła z kieszeni kurtki. — Za Toruń. Za nas. Za to, że mamy czterdzieści lat i jeszcze nam się chce.
Stuknęły się kubkami. Taksówkarz — starszy mężczyzna z wąsami jak Lech Wałęsa w latach osiemdziesiątych — zerknął w lusterko, ale nic nie powiedział. Widział gorsze rzeczy. Woził studentów przez dwadzieścia pięć lat. Dwie baby z prosecco w plastikowych kubkach to przy tym był poziom „herbatka u cioci”.
Jechały przez miasto. Patrycja przyciskała nos do szyby jak dziecko w autobusie wycieczkowym i komentowała wszystko.
— O Boże, tu była ta piekarnia, pamiętasz? Z tymi rogalikami z makiem, które kupowałyśmy rano po imprezie?
— Nie ma jej. Teraz jest kebab.
— A tu był ten sklep z płytami…
— Żabka.
— A tu…
— Też Żabka. Patrycja, ja ci powiem w sekrecie, że za dwadzieścia lat w Toruniu nie będzie nic oprócz Żabek i kebabów. Ale Starówka stoi. Starówka zawsze stoi. Przetrwała Krzyżaków, Szwedów, komunę i galerie handlowe, przetrwa i nas.
Toruń za szybą taksówki był jednocześnie tym samym i zupełnie innym miastem. Te same mury obwodowe z czerwonej cegły, które stały tu od siedmiuset lat i wyglądały, jakby zamierzały stać kolejne siedemset, ale między nimi — nowe kawiarnie z napisami po angielsku, rowery miejskie w stojakach, food trucki na parkingach. Gotyckie kamienice sąsiadowały ze szklanymi witrynami butików. Na jednym z budynków Patrycja zauważyła mural — ogromny portret Kopernika z gitarą elektryczną i podpisem „Toruń. Ruszamy Ziemię”. Nie mogła powstrzymać uśmiechu. To było takie toruńskie — ta mieszanka powagi z absurdem, gotyku z popkulturą, Mikołaja Kopernika z rock and rollem.
Toruń zawsze był miastem pełnym paradoksów. Urodził się z krzyżackiego zamysłu w 1233 roku, zbudowany na prawie chełmińskim jako warownia handlowa nad Wisłą. Przez wieki był jednym z najważniejszych miast hanzeatyckich w tej części Europy, bogaty od handlu zbożem, drewnem i bursztynem, dumny ze swoich spichrzy, kościołów i ratusza, który — jak lubił mawiać profesor Jankowski na wykładzie z historii sztuki — „jest jednym z najwspanialszych przykładów gotyku ceglanego na północ od Alp, i proszę to zanotować, bo będzie na egzaminie”. Patrycja zanotowała i zdała egzamin, ale to nie profesor Jankowski sprawił, że pokochała to miasto. To zrobiły nocne spacery nad Wisłą, poranki z kawą na Rynku, wieczory w zadymionych klubach, w których ktoś zawsze grał na gitarze i ktoś zawsze miał butelkę wina. To zrobiły koleżanki. To zrobiło poczucie, że ma się dwadzieścia lat i cały świat jest placem zabaw.
A potem jedna noc wszystko zmieniła. Ale o tym Patrycja nie chciała teraz myśleć.
Taksówka zatrzymała się na uliczce tak wąskiej, że wydawało się, iż kamienice po obu stronach próbują się do siebie przytulić. Hotel Spichrz stał nad samą Wisłą, w budynku, który — jak głosiła mosiężna tabliczka przy drzwiach — był osiemnastowiecznym spichrzem zbożowym, przebudowanym na hotel w pierwszej dekadzie dwudziestego pierwszego wieku. Z zewnątrz wyglądał dokładnie tak, jak powinien wyglądać stary spichrz — ceglane ściany, grube jak ramiona zapaśnika, małe okna w drewnianych framugach i dach stromy jak życiowe doświadczenie. Z wewnątrz jednak było zupełnie inaczej: recepcja wyłożona ciemnym drewnem, miękkie oświetlenie, na ścianach reprodukcje starych map Wisły i czarno-białe fotografie flisaków w szerokich kapeluszach. Pachniało cedrowym drewnem i kawą.
— Rezerwacja na nazwisko Krawczyk — powiedziała Iza do recepcjonistki tonem, który sugerował, że jest tu stałym gościem, choć Patrycja podejrzewała, że Iza nigdy w życiu nie nocowała w hotelu w mieście, w którym mieszka.
— Trzy pokoje, tak? — Recepcjonistka, młoda blondynka z uśmiechem jak z reklamy pasty do zębów, sprawdzała komputer.
— Dwa. Patrycja ma pokój z balkonem i widokiem na rzekę, Monika dostanie ten obok, a ja jadę do domu, bo mieszkam dziesięć minut stąd i nie zamierzam płacić za hotel we własnym mieście, nawet jeśli mają tu minibar. Chociaż… ile kosztuje minibar?
— Iza — Patrycja złapała ją za łokieć. — Zamelduj mnie i idź po Monikę. Ja muszę wziąć prysznic, bo śmierdzę pociągiem i samolotem.
— I prosecco.
— I prosecco.
Pokój był piękny w ten surowy, oszczędny sposób, który Patrycja kojarzyła z najlepszą skandynawską estetyką — tyle że zamiast bielonych desek i minimalizmu były tu grube belki stropowe z oryginalnego spichlerza, ceglana ściana za łóżkiem i okno, za którym Wisła lśniła jak pas niezasłużonego srebra. Patrycja otworzyła drzwi balkonowe i wyszła. Powietrze pachniało rzeką — mokrym piaskiem, wodorostami, lekką nutą ryb i czegoś słodkiego, co mogło być kwiatami z Bulwaru Filadelfijskiego, a mogło być zwykłym sentymentem.
Bulwar rozciągał się pod nią — promenada nad Wisłą, która swoją nazwę zawdzięczała partnerstwu Torunia z Filadelfią nawiązanemu w 1977 roku. Partnerstwo to, jak lubiła żartować Iza, polegało głównie na tym, że Toruń miał bulwar, a Filadelfia o tym nie wiedziała. Niemniej promenada była piękna — nowa nawierzchnia, ławki, latarnie stylizowane na dziewiętnastowieczne, a nad wszystkim górowały mury Starówki, ceglane i nieprzeniknione, strzegące miasta jak starzy żołnierze, którzy dawno zapomnieli, przed kim właściwie mają bronić, ale stoją na posterunku z przyzwyczajenia.
Patrycja stała na balkonie i patrzyła na wodę. Wisła płynęła powoli, leniwie, jakby miała całą wieczność. I w pewnym sensie miała. Ta sama rzeka widziała krzyżackich rycerzy w białych płaszczach, widziała flisaków spławiających drewno z Karpat do Gdańska, widziała armaty szwedzkie i pruskie, widziała studentów z transparentami w 1989 roku i turystów z selfie-stickami w 2024. Płynęła dalej. Nie oceniała.
Prysznic pomógł. Gorąca woda zmyła pociągowy brud, a wraz z nim przynajmniej część napięcia, które Patrycja nosiła w ramionach od dwóch tygodni — od dnia, gdy dostała maila z zaproszeniem na „zjazd absolwentów UMK, rocznik 2003”. Mail wyglądał oficjalnie — logo uniwersytetu, data, program. Patrycja odpisała Izie i Monice, obie powiedziały, że nic nie dostały, ale pomysł spotkania natychmiast podchwyciły. „Rajd!” — napisała Iza. „Pamiętacie rajd? Powtórzmy to. Trzy dni, trzy noce, Toruń nasz.” Patrycja zgodziła się, bo tęskniła za koleżankami i za miastem. I bo chciała uciec od czegoś, choć przed samą sobą nie potrafiła jeszcze tego nazwać.
Teraz, stojąc w hotelowym szlafroku przed lustrem w łazience, patrzyła na swoją twarz — te same oczy co dwadzieścia lat temu, ciemnozielone, „jak staw w lesie”, jak mówił kiedyś… Nie. Nie teraz. Nałożyła krem, suszyła włosy i czekała na Monikę.
Monika Zawadzka — z domu Kowalska, po mężu Zawadzka, w duchu wciąż Kowalska — przyjechała z godzinnym opóźnieniem, co było całkowicie w jej stylu. Monika żyła w permanentnym konflikcie z czasem — nie dlatego, że była niezorganizowana, przeciwnie, prowadziła galerię sztuki na Starówce z precyzją szwajcarskiego zegarmistrza. Jej spóźnienia brały się stąd, że nie potrafiła niczego zrobić byle jak. Wyjście z domu wymagało sprawdzenia, czy żelazko jest wyłączone (trzy razy), czy drzwi są zamknięte (cztery razy), czy telefon jest naładowany (pięć razy) i czy Krzysztof — mąż — ma w lodówce coś do jedzenia na wieczór, bo inaczej zadzwoni z pretensją o dwudziestej drugiej.
Weszła do hotelowego lobby jak burza w kaszmirowym szalu — wysoka, jasnowłosa, z tą arystokratyczną urodą, która sprawiała, że ludzie na ulicy odwracali się za nią, a ona tego nie zauważała, bo myślała o czymś innym. Zawsze myślała o czymś innym. To było jednocześnie jej największe uroki i największe przekleństwo.
— Przepraszam, przepraszam, przepraszam — powiedziała, wpadając do pokoju Patrycji, gdzie Iza już siedziała na łóżku z nogami na poduszce i dolewała prosecco do plastikowego kubka. — Krzysztof zrobił awanturę. Że wybieram koleżanki zamiast obiadu u teściowej. Że jego matka robiła rolady. Że…
— Że jesteś wolnym człowiekiem i masz prawo spędzić weekend z przyjaciółkami? — wtrąciła Iza.
Monika zatrzymała się w pół kroku. Patrzyła na Izę, potem na Patrycję, potem znowu na Izę. Przez ułamek sekundy coś przebiegło przez jej twarz — cień, zmęczenie, coś jak pęknięcie w porcelanowej masce. Potem uśmiechnęła się.
— Chodźcie tu obie — powiedziała cicho.
Objęły się we trzy. Trzy czterdziestolatki w hotelowym pokoju, między grubymi ścianami starego spichrza, nad rzeką, która pamiętała je młode. Patrycja poczuła zapach perfum Moniki — Chanel No. 5, ten sam co na studiach, tyle że wtedy była to podróbka z bazaru, a teraz oryginał — i zapach Izy, która pachnęła skórą kurtki, prosecco i czymś cytrusowym, pewnie żelem pod prysznic za siedem złotych z Biedronki, bo Iza uważała, że wydawanie pieniędzy na kosmetyki jest „spiskiem kapitalizmu przeciwko zdrowym zmysłom”.
— No — powiedziała Iza, odsuwając się pierwsza, bo Iza zawsze odsuwała się pierwsza z objęć, jakby zbyt wiele czułości mogło ją osłabić. — No. Jesteśmy. Trzy wiedźmy z Torunia. Jak za starych czasów.
— Trzy wiedźmy? — Patrycja uniosła brew.
— A jak nas nazywali na wydziale? „Te trzy”, „te wariatki”, „te, co zamknęły się w bibliotece na noc, bo chciały sprawdzić, czy jest tam duch profesora Steinborna”. Wiedźmy to jeszcze komplement.
— Ten duch to byłeś ty, Iza — powiedziała Monika. — Schowałaś się za regałem z „Pamiętnikiem Literackim” i robiłaś „uuuuuu”.
— I zadziałało. Bibliotekarka zemdlała. Do dziś uważam to za jeden z moich największych sukcesów życiowych.
Zaśmiały się. Śmiech brzmiał najpierw niepewnie — jak instrument, na którym dawno nikt nie grał — ale potem rozluźnił się, rozlał, stał się tym samym śmiechem co dwadzieścia lat temu, kiedy wszystko było śmieszne, bo miały po dwadzieścia lat i głupota była przywilejem, a nie wstydem.
Monika rzuciła telefon na łóżko — Patrycja zauważyła, że ekran wciąż świecił powiadomieniem od „Krzysztof” — i nalała sobie wina do plastikowego kubka.
— Trzy dni — powiedziała tonem kobiety składającej przysięgę. — Żadnych mężów. Żadnych obowiązków. Żadnych rolad teściowej. Rajd jak za starych czasów.
— Rajd — powtórzyła Iza.
— Rajd — powiedziała Patrycja i stuknęła kubkiem o kubki koleżanek.
Nie powiedziała tego, co myślała: że wróciła nie po rajd. Że wróciła, bo ktoś ją wezwał. Że w kieszeni jej kaszmirowego płaszcza z Marksa & Spencera leży koperta, której nie pakowała, a która pojawiła się tam — nie wiedziała kiedy i nie wiedziała jak — gdzieś między Dublinem a Gdańskiem. Koperta, w której jest zdjęcie i wiadomość.
Ale najpierw — rajd. Najpierw Toruń, koleżanki, śmiech. Najpierw życie. Reszta może poczekać. Czekała dwadzieścia lat, prawda? Jeszcze trochę poczeka.
Siedziały na łóżku, piły prosecco i rozmawiały. Tak jak kiedyś — szybko, głośno, jedna przez drugą, bez ładu i składu, przeskakując z tematu na temat jak wiewiórki między gałęziami.
— Pamiętacie rajd w 2003? — Iza leżała na brzuchu z kubkiem w ręce. — Trzydzieści sześć godzin non stop. Siedemnaście lokali. Dwa interwencje policji. Jedna nagana z dziekanatu.
— Jedna nagana i jedno wezwanie do rektora — poprawiła Monika. — Bo ty, Iza, weszłaś na fontannę na Rynku i recytowałaś Szymborską.
— „Nic dwa razy się nie zdarza” — Iza uniosła kubek. — I miałam rację, bo to się nigdy nie powtórzyło. Chociaż dzisiaj mogłabym spróbować.
— Dzisiaj fontanna ma monitoring i ochronę — powiedziała Patrycja.
— Monitoring — prychnęła Iza. — W moich czasach jedynym monitoringiem był dozorca Heniek, który widział wszystko, ale udawał, że nie widzi, bo sam pił browary na zapleczu.
Wspomnienia sypiały się jak piernikowe okruchy z pękniętego opakowania. Profesor Jankowski i jego legendarne wykłady o gotyku, na których studenci albo zasypiali, albo zakochiwali się w historii architektury na całe życie — nie było stanów pośrednich. Akademik na Gagarina, gdzie w pokoju trzyosobowym mieszkało sześć osób, bo nikt nie sprawdzał, a łóżka piętrowe wytrzymywały wszystko. Mensa, w której czwartkowa zupa grochowa była bronią biologiczną, ale piątkowe naleśniki z serem — arcydziełem kulinarnym godnym gwiazdki Michelina, przynajmniej według standardów studenckiego żołądka.
— A pamiętacie Tomka? — zaczęła Monika i natychmiast się urwała.
Cisza spadła na pokój jak kurtyna w teatrze. Gęsta, nagła, nieodwołalna.
Iza podniosła wzrok znad kubka. Patrycja zamarła z telefonem w ręce. Przez chwilę jedynym dźwiękiem było bulgotanie wody w rurach starego spichrza i odległy plusk Wisły za oknem.
— Przepraszam — powiedziała Monika szybko. — Nie wiem, dlaczego to powiedziałam. Głupie skojarzenie. Przepraszam.
— Nic się nie stało — powiedziała Patrycja głosem, który miał być spokojny, ale miał w sobie tę szorstkość, jak papier ścierny owinięty w jedwab. — To było dawno. Nie musimy o tym mówić.
— Nie musimy — potwierdziła Iza. — Mamy rajd do zrobienia.
I temat został zamknięty. Zamknięty jak drzwi piwnicy w starej kamienicy. Na zamek, na klucz, na wszystko. Zamknięty jak tajemnica, która nie jest tajemnicą, bo znają ją trzy osoby, ale jest tajemnicą, bo żadna z nich nigdy o niej nie mówi.
Patrycja przeprosiła koleżanki i poszła do łazienki. Zamknęła drzwi. Odkręciła kran, żeby zagłuszyć dźwięk, i sięgnęła do kieszeni płaszcza wiszącego na drzwiach.
Koperta była tam, gdzie ją zostawiła. Biała, zwykła, bez adresu i bez znaczka. W środku — zdjęcie. Stare, lekko wyblakłe, z tymi żółtawymi tonami, jakie miały fotografie z tanich aparatów cyfrowych początku lat dwutysięcznych. Trzy dziewczyny na tle Ratusza Staromiejskiego. Uśmiechnięte, młode, z wiatrem we włosach. Patrycja, Iza, Monika. Lato 2003. Przed tym, co się wydarzyło.
Pod zdjęciem dopisek. Czarny flamaster, drukowane litery, równe i precyzyjne jak wyrok:
_„Wiem, po co wracasz. Nie powinnaś.”_
Patrycja patrzyła na te słowa. Patrzyła na zdjęcie. Patrzyła na swoje odbicie w lustrze — czterdziestoletnia kobieta w hotelowym szlafroku, z mokrymi włosami i oczami koloru stawu w lesie. Kobieta, która uciekła z tego miasta dwadzieścia lat temu i myślała, że ucieczka wystarczy.
Ucieczka nigdy nie wystarcza. Patrycja wiedziała o tym lepiej niż ktokolwiek. W Dublinie, na terapii, jej psycholożka — Margaret, rudowłosa Irlandka z portretem Junga na ścianie — powtarzała: „Nie uciekasz od miejsca. Uciekasz od siebie. A siebie zabierasz wszędzie.” Margaret miała rację, choć Patrycja nigdy jej nie powiedziała, od czego dokładnie ucieka. Niektóre tajemnice są za ciężkie nawet dla Junga.
Schowała kopertę z powrotem do kieszeni płaszcza. Umyła twarz. Spojrzała w lustro jeszcze raz. Twarz Patrycji Nowak, lat czterdzieści, senior developer, mieszkanka Dublinu, posiadaczka konta oszczędnościowego w euro i tajemnicy w kieszeni. Uśmiechnęła się do siebie — tym uśmiechem, który ćwiczyła latami, który mówił „wszystko jest w porządku” tak przekonująco, że prawie sama w to wierzyła.
Wróciła do pokoju. Iza i Monika kłóciły się o to, który lokal powinien być pierwszym przystankiem rajdu.
— Pod Kuranty — twierdziła Iza. — Klasyka. Zaczynamy od Rynku, od serca miasta, od prosecco w prawdziwym kieliszku zamiast w plastiku.
— Dwór Artusa — upierała się Monika. — Kultura najpierw, zabawa potem. Poza tym chcę zobaczyć, co zrobili z wystawą.
— Monika, ty chcesz zawsze zaczynać od kultury. Na studiach przed imprezą ciągnęłaś nas do muzeum.
— Bo muzeum zamykali o siedemnastej, a impreza zaczynała się o dwudziestej drugiej. To był pragmatyzm, nie snobizm.
Patrycja usiadła na łóżku, włożyła nogi pod kołdrę i patrzyła na swoje koleżanki. Na Izę, która gestykulowała tak energicznie, że prawie wylała resztkę prosecco na hotelową pościel. Na Monikę, która poprawiała szal z nawyku, jakby ciągle przygotowywała się do spotkania, na którym musi wyglądać nieskazitelnie. Dwie kobiety, które znała od dwudziestu lat. Dwie kobiety, z którymi dzieliła najlepsze i najgorsze chwile życia. Dwie kobiety, które — razem z nią — miały na sumieniu coś, o czym nie rozmawiały.
Poczuła nagle przejmującą, niemal fizyczną potrzebę, żeby im powiedzieć. O kopercie. O zdjęciu. O wiadomości. Otworzyła usta.
— Dziewczyny…
— Tak? — Obie spojrzały na nią.
Patrzyła na nie. Na ich twarze. Na zmarszczki, których nie było dwadzieścia lat temu. Na oczy, w których dwadzieścia lat doświadczeń nałożyło warstwy — jak lakier na obraz, jak kurz na spichrzu, jak woda na kamieniu. Widziała w nich zmęczenie i nadzieję, strach i radość, życie przeżyte i życie wciąż do przeżycia.
Nie potrafiła. Nie teraz. Nie w pierwszy wieczór. Nie kiedy dopiero co się spotkały, dopiero co stuknęły kubkami, dopiero co znowu stały się Patrycją, Izą i Moniką.
— ...to gdzie najpierw? — dokończyła. — Pod Kuranty czy Dwór Artusa?
Iza uśmiechnęła się triumfalnie. Monika przewróciła oczami.
— Pod Kuranty — zdecydowała Patrycja. — Zaczynamy od serca. Dwór Artusa jutro.
— Mądra kobieta — Iza wstała i podała jej rękę. — Chodź. Toruń czeka.
Za oknem Wisła płynęła dalej, obojętna na ludzkie tajemnice, ludzkie strachy i ludzkie rajdy. Ratusz wznosił wieżę w ciemniejące niebo. Gdzieś w mieście, w jednej z tysięcy gotyckich kamienic, w piwnicy o ceglanych sklepieniach, pod warstwą dwudziestu lat kurzu i milczenia, leżała prawda.
Ale to była historia na inny rozdział.
Teraz — teraz trzy wiedźmy z Torunia wyszły z hotelowego spichrza w wieczorne miasto, a Wisła za ich plecami złapała ostatnie promienie zachodzącego słońca i zamieniła je w złoto, które natychmiast zabrał prąd i poniósł do morza.Rozdział 5: Hotel Czarna Róża
Pomysł padł o pierwszej w nocy, kiedy Patrycja leżała w łóżku z otwartymi oczami i słuchała, jak stary spichrz trzeszczy wokół niej, jakby budynek prowadził rozmowę sam ze sobą. Trzask. Skrzypnięcie. Cichy jęk drewna, które pracuje w nocnym chłodzie. Dźwięki, które za dnia są niewidoczne — pochłonięte przez ruch, gwar, życie — ale nocą wychodzą ze ścian jak duchy i chodzą po korytarzach w skarpetach z pajęczyny.
Patrycja nie mogła spać. Zamknięte oczy pokazywały jej film, który znała na pamięć — piwnica, ciemność, butelka, upadek — i otworzyła je, bo otwarty film jest łatwiejszy do zniesienia niż zamknięty. Przynajmniej widzi się sufit. Sufit jest prawdziwy. Sufit nie oskarża.
Telefon zawibrował. Iza.
_„Nie śpisz?”_
_„Nie.”_
_„Ja tez nie. Myślę.”_
_„O czym?”_
_„O tym ze ktoś wie gdzie nocujemy. Ten facet stal pod Dworem, potem pod Szwejkiem. Wie gdzie jesteśmy. Wie gdzie śpimy. To mi się nie podoba.”_
Patrycja patrzyła na ekran telefonu. Niebieskie światło rysowało na jej twarzy maski — jedną jasną, jedną ciemną — jak na obrazach Caravaggia, który malował ludzi w świetle świecy i w cieniu grzechu. Iza miała rację. Oczywiście, że miała rację. Ktoś, kto podrzuca koperty do kieszeni płaszcza w zatłoczonym lokalu, ktoś, kto podchodzi na ciemnej ulicy i zna twoje nazwisko, ktoś, kto stoi i obserwuje — ten ktoś wie, gdzie jesteście. Wie, gdzie śpicie. A hotel Spichrz, choć piękny, jest małym hotelem, z jednym wejściem, jedną recepcją i jedną nocną recepcjonistką, która czyta Dostojewskiego i prawdopodobnie nie zauważyłaby czołgu przejeżdżającego przez lobby, bo właśnie jest w rozdziale, w którym Raskolnikow wchodzi po schodach ze siekierą.
_„Co proponujesz?”_ — napisała Patrycja.
_„Zmieniamy hotel. Teraz. Dziś w nocy. Pakujemy się i jedziemy gdzie indziej. Niech szuka.”_
_„O pierwszej w nocy? Monika śpi.”_
_„Monika nie śpi. Monika lezy i myśli o Marku. Tak jak ty leżysz i myślisz o kopertach. Tak jak ja leżę i myslę o tym facecie. Nikt w tym hotelu nie śpi oprócz recepcjonistki i Dostojewskiego.”_
Patrycja uśmiechnęła się mimo wszystko. Iza miała rację po raz drugi w ciągu minuty, co było prawdopodobnie jej osobistym rekordem, choć Iza twierdziłaby, że ma rację zawsze i że reszta świata po prostu potrzebuje czasu, żeby to zauważyć.
Pięć minut później stały we trzy na korytarzu hotelowym z walizkami. Monika, wyrwana z łóżka SMS-em od Izy o treści _„Wstawaj. Uciekamy. Wyjaśnię po drodze”_, miała na sobie jedwabną piżamę w paski, kaszmirowy szal narzucony na ramiona i wyraz twarzy kogoś, kto został obudzony z najpiękniejszego snu i jeszcze nie zdecydował, czy jest wściekły, czy przerażony.
— Iza — szepnęła Monika na korytarzu, ściskając walizkę jedną ręką i telefon drugą. — Iza, jest pierwsza w nocy. Co się dzieje? Dlaczego uciekamy?
— Nie uciekamy. Przenosimy się. Taktyczny manewr.
— Taktyczny manewr? Jesteśmy na rajdzie, nie na wojnie.
— Czasem jedno przechodzi w drugie — powiedziała Iza i ruszyła schodami w dół, ciągnąc walizkę, która na drewnianych stopniach starego spichrza wydawała dźwięk jak bęben wojenny. Bum. Bum. Bum. Każdy stopień jak krok ku czemuś, czego Monika jeszcze nie rozumiała, ale co wisiało w powietrzu — ciężkie, gęste, naelektryzowane jak niebo przed burzą.
Recepcjonistka nocna podniosła wzrok znad książki. Była na stronie dwieście trzydzieści cztery — Patrycja zauważyła, bo programistka w niej automatycznie rejestrowała liczby, daty, dane — i wyglądała na lekko zaskoczoną widokiem trzech kobiet z walizkami o pierwszej w nocy. Lekko. Nie bardzo. Pracowała w hotelu w Toruniu od pięciu lat i widziała rzeczy, przy których trzy kobiety z walizkami o pierwszej w nocy były na poziomie „normalne jak poniedziałek”.
— Wymeldowujemy się — powiedziała Iza. — Proszę o rachunek.
— Teraz?
— Teraz.
— Czy coś było nie tak z pokojami?
— Pokoje wspaniałe. Belki stropowe zachwycające. Wisła za oknem malownicza. Musimy się przenieść z powodów osobistych.
Recepcjonistka skinęła głową z profesjonalizmem, który mówił: „Nie moja sprawa, ale gwarantuję, że opowiem o tym na przerwie śniadaniowej.” Wystawiła rachunek. Iza zapłaciła kartą. Patrycja zostawiła napiwek. Monika stała z walizką i piżamą i wyglądała jak postać z farsy, która weszła na złą scenę.
Na ulicy — ciemno, chłodno, pusto. Wisła szumiała za murem jak publiczność w teatrze, która szepcze przed podniesieniem kurtyny. Latarnie rzucały plamy światła na bruk. Nigdzie żadnego mężczyzny w ciemnej kurtce. Żadnego cienia. Żadnych kroków. Toruń o pierwszej w nocy był miastem duchów — nie tych, które widział pan Henryk w Dworze Artusa, ale tych prawdziwych, codziennych duchów: pustych ulic, zamkniętych okien, ciszy tak głębokiej, że słychać było bicie własnego serca.
— Dokąd? — zapytała Monika. Na jej twarzy zaczynało się pojawiać coś nowego — nie senność, nie zdziwienie, ale ta bystra, analityczna uwaga kobiety, która prowadzi galerię sztuki i rozpoznaje fałszywy obraz na pierwszy rzut oka. Monika wiedziała, że coś jest nie tak. Monika wiedziała, że „taktyczny manewr” nie wynika z kaprysu. Monika czekała na wyjaśnienie i jej cierpliwość miała termin ważności krótszy niż kaszmirowy szal.
— Czarna Róża — powiedziała Iza.
Patrycja spojrzała na nią.
— Czarna Róża? O tej porze?
— Dzwoniłam. Mają wolne pokoje. Recepcja dwudziestoczterogodzinna. Pięć minut pieszo.
— Kiedy dzwoniłaś?
— Kiedy ty leżałaś i patrzyłaś w sufit. Ja też leżałam i patrzyłam w sufit, ale jednocześnie szukałam hotelu w Google, bo wielozadaniowość to moja jedyna supermoc.
Szły ciemnymi uliczkami Starówki, trzy kobiety z walizkami, w środku nocy, między kamienicami, które wyglądały jak strażnicy zasnęli na posterunku — ciemne, milczące, z zamkniętymi oczami okiennic. Bruk był nierówny i walizki podskakiwały na nim jak piłki, wydając turkot, który niósł się echem między ścianami i wracał pomnożony, jakby za nimi jechała kareta. Albo tabun koni. Albo przeszłość na kółkach, której nie da się zostawić w recepcji.
Hotel Czarna Róża mieścił się w gotyckiej kamienicy przy jednej z bocznych uliczek odchodzących od Rynku Staromiejskiego. Patrycja widziała go kiedyś za dnia — fasada z ciemnej cegły, portal wejściowy z kamiennym obramowaniem, nad drzwiami relief przedstawiający różę — i pamiętała, że pomyślała wtedy: „To wygląda jak dom wiedźmy z bajki, tyle że z gwiazdkami na Bookingu.” Nocą wrażenie potęgowało się dziesięciokrotnie. Kamienica była wąska, wysoka, z ostrym szczytem dachu, który wcinał się w nocne niebo jak ostrze noża. Okna na wyższych piętrach były wąskie i głęboko osadzone w grubych murach, co nadawało im wygląd oczu zmrużonych z podejrzliwością. Drzwi wejściowe — ciężkie, dębowe, z kutym żelaznym kołatką w kształcie lwa trzymającego w pysku pierścień — wyglądały, jakby chroniły nie hotel, ale sekret.