Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Rajska wyspa - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 lipca 2026
3299 pkt
punktów Virtualo

Rajska wyspa - ebook

Są rzeczy, które po prostu mają się nie wydarzyć. Marzymy o nich, planujemy, (…) lecz prędzej czy później czar pryska i zostajemy z niczym. Bo, jak mówiłam, pewne rzeczy zwyczajnie mają się nie wydarzyć.

Emilia i Natalia znalazły się na życiowym rozdrożu i nie mogą o tym zapomnieć nawet na zanzibarskich wakacjach, które miały być czasem relaksu i beztroski. Jednak problemy przywiezione z Polski nie dają im odetchnąć, a z czasem dołączają do nich również lokalne sprawy: kobiety bowiem stawiają czoła nieoczekiwanym znajomościom i trafiają w sam środek mrocznej tajemnicy.

Co wspólnego z zaginięciami tubylców ma tajemniczy bahari? Czy dziewczynom uda się rozwiązać zagadkę? I co w ich życiu zmieni spotkanie czteroletniego Sadiego oraz Danny’ego, który choć urodził się w Polsce, ma zanzibarską duszę?

 

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8449-474-5
Rozmiar pliku: 5,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Po niebie nie płynął nawet najmniejszy zbłąkany obłoczek, kiedy Akram wracał z połowu. Słońce prażyło, jak przystało na porę suchą; małe kolorowe rybki uciekały mu spod nóg, kiedy taszczył zdobycze na brzeg. Naprawdę mu się powiodło tamtego dnia.

Przerzucił pęk ryb przez ramię i ruszył piaszczystą plażą w stronę wioski. Wrócił później, niż miał w zwyczaju, słońce powoli zniżało się już do linii horyzontu, ale ojciec powinien być z niego zadowolony. Złowił tyle ryb… Zarobią na nich krocie!

Od oceanu coraz wyraźniej nadciągały ciemne chmury, lecz Akram przyjmował je za dobry omen. Po upalnym dniu deszcz zwiastował wytchnienie. Kto wie, może pora deszczowa miała nadejść wcześniej tego roku?

Poprawił ładunek na ramieniu i wszedł między drzewa. Przyspieszył, kiedy o potężne liście palm rozbiły się pierwsze krople. Chwilę później ściana deszczu przesłoniła świat.

W oddali rozległy się dźwięki; głośne, niepokojące dudnienie. Akram mieszkał na wyspie dość długo, by wiedzieć, że ów dźwięk – skądkolwiek pochodził – nie był naturalny. A ojciec powtarzał mu nie bez powodu, że za bezpieczne uznawać może tylko to, co zna.

Dźwięk się przybliżał, wybrzmiewał w uszach Akrama coraz głośniej i wyraźniej. Zdawał się go otaczać, obezwładniać, wciskać każdym porem, by pozbawić ostatniej przytomnej myśli.

Chłopak przyspieszał, w końcu marsz zamienił się w bieg. Sadził potężne susy, pęk ryb odbijał się groteskowo od jego pleców, aż nagle wszystko ucichło.

Akram zatrzymał się gwałtownie. Dysząc, nasłuchiwał, ale w uszach miał tylko rytmiczne dudnienie własnego tętna.

Już-już zaczynał myśleć, że udało mu się uciec, kiedy nagle coś ugodziło go boleśnie między żebra. Sięgnął w tamtym kierunku, ale wówczas tajemniczy dźwięk rozległ się ponownie, tym razem o wiele głośniej, dziwacznie zwielokrotniony, jakby tuż obok niego. I było to ostatnie, co zapamiętał.

Po Akramie, chłopcu, któremu powiódł się połów, została tylko wiązka ryb.ROZDZIAŁ 1
EMILIA

Są rzeczy, które po prostu mają się nie wydarzyć. Marzymy o nich, planujemy, choć rozsądek podpowiada, że to masochizm, że ból i rozczarowanie wzrosną wprost proporcjonalnie do zaangażowania. Nie możemy się powstrzymać, więc brniemy, na ile starczy nam sił. W pewnym momencie wierzymy nawet w powodzenie, lecz prędzej czy później czar pryska i zostajemy z niczym. Bo, jak mówiłam, pewne rzeczy zwyczajnie mają się nie wydarzyć.

Wpatrując się przez okrągłe okienko w spienione obłoczki ciasno upchane na błękicie nieba, co i raz bezwiednie sięgałam do serdecznego palca. Pierścionka nie było na nim od przeszło ośmiu miesięcy, dawno zniknęła też nierówna opalenizna, ale przyzwyczajenie pozostało. I szczerze mówiąc, wątpiłam, by kiedykolwiek udało mi się go wyzbyć.

Westchnęłam cicho, pełna nadziei, że będzie to dźwięk niezauważalny dla Natalki. Wierciła się na fotelu obok, jakby posadzono ją na mrowisku. Nie zliczę, ile razy w ciągu lotu przepychała się przeze mnie i brzuchatego jegomościa siedzącego od przejścia, narażając się na pełne dezaprobaty posapywania. Mogłabym iść o zakład, że nie miało to wiele wspólnego z potrzebą fizjologiczną – jak ją znałam, zapewne po prostu nie mogła wytrzymać w bezruchu. Skłamałabym, twierdząc, że to rozumiem.

Trochę za długo przyglądałam się przyjaciółce, przerwawszy lekturę Pruskich Bab. Coś w całej jej postaci mówiło o pewnej nerwowości i nie były to ani ręce na przemian zaciskające się i rozluźniające na odsłoniętych przez dżinsowe spodenki udach, ani nawet coraz intensywniejsze podrygiwanie. Zanim zdążyłam ustalić, co wzbudza moją podejrzliwość, Natalka zauważyła zainteresowanie i o dokończeniu powieści mogłam zapomnieć.

– Niedługo będziemy. – Chwyciła moją rękę, do tej pory spoczywającą swobodnie na książce. Jej spojrzenie wydawało się dziwnie puste bez wypełniającego je na co dzień dziecięcego entuzjazmu. Martwiła się bardziej, niż chciała przyznać. – Jeszcze tylko godzina. No, chyba że będzie opóźnienie… – Zmarszczyła brwi, puściła moją rękę i uniosła się nieco, by rozejrzeć się po pokładzie, jakby tuż obok czekały odpowiedzi. – Ale nikt nic nie mówił, prawda? Chyba dolecimy zgodnie z planem, a nawet jeśli nie, i tak jest jeszcze wcześnie. Myślisz, że zdążymy wyskoczyć na plażę, zanim całkiem się ściemni?

Miałam odpowiedzieć, że z całą pewnością nie, ale mój wzrok padł na jej dłoń zaciśniętą na mojej i spacer odpłynął w niepamięć. Spojrzałam na przyjaciółkę z wyrzutem.

– Znowu? – jęknęłam. Zrozumiała w lot. Zerknęła na skrupulatnie wygryzione skórki wokół paznokci i szybko cofnęła rękę. Dla pewności jeszcze na niej usiadła, jakby to mogło sprawić, że zapomnę. – Natka!

– No co? Nie martw się. – Machnęła lekceważąco drugą ręką. W locie zdążyłam dostrzec, że tam paznokcie mają się nieco lepiej, choć także noszą ślady trudów ostatnich tygodni. – Na Zanzi nie będę miała na to czasu!

Obawiałam się, że będzie dokładnie odwrotnie – że przejęta i podekscytowana będzie to robić ze zdwojoną siłą, ale zbyt długo namyślałam się nad odpowiedzią i w końcu w ogóle nie zdążyłam się odezwać.

Natalka wychyliła się i zaczepiła przechodzącą stewardesę.

– Przepraszam – zagadnęła po angielsku. Zapewne nie zwróciła nawet uwagi, że kobieta, która trzykrotnie podawała jej herbatę, doskonale mówi po polsku. – Czy mogłabym poprosić o sok pomarańczowy?

Odpowiedź w ojczystym języku nadal nie dała jej do myślenia. Podniosła się, mimo chwilowych trudności zarzuciła nogę na fotel i przysiadła na pięcie. Pozycja nie wyglądała na wygodną, ale lada moment i tak miała ustąpić innej.

Postanowiłam skorzystać z okazji i powrócić do lektury, póki jeszcze mogłam. Może i – jak krzyczały hasła reklamowe na stronie Jumbo Ent. – leciałyśmy do raju, pozostawałam jednak w umiarkowanie optymistycznym nastroju. I, jeśli tylko miałam szansę, wolałam zająć myśli czymkolwiek innym – choćby perypetiami tytułowych bab.

Słońce zdążyło schować się za linią horyzontu, kiedy po raz pierwszy ujrzałam Zanzibar. Zaczytana prawdopodobnie przegapiłabym ten moment, ale pełne zachwytu okrzyki Natalki zmusiły mnie – i wielu innych pasażerów – do spojrzenia w okno.

W tamtej chwili, z popiskującą przyjaciółką z lewej strony i zasapanym sąsiadem z prawej, przypomniałam sobie legendę, na którą natrafiłam w jednej z książek o Tanzanii wiele miesięcy wcześniej, kiedy wakacje życia dopiero wkraczały ze strefy (nie moich) marzeń do strefy planów. Czytając o królowej Saby, która w ramach przypieczętowania obietnicy danej oceanowi wrzuciła w toń wody cenną skrzynię, i o wysypujących się z owej skrzyni klejnotach dających początek wyspom zanzibarskiego archipelagu, uśmiechałam się pobłażliwie. Kiedy jednak ujrzałam turkusowe wody oceanu i widoczne nawet z tej wysokości białe plaże, pomyślałam, że mogło być w tej opowieści ziarnko prawdy.

Natalia

Przygoda życia – tym miały być dla mnie spędzone na Zanzibarze dwa tygodnie. No, pierwotnie miał to być też substytut mojego wieczoru panieńskiego, jednak sytuacja uległa zmianie. Dość powiedzieć, że wybrałam się na niego bez pierścionka, i to wcale nie dlatego, że zamierzałam zaszaleć bez skrupułów.

Kiedy wysiadłyśmy wreszcie z samolotu i po raz pierwszy odetchnęłam zanzibarskim powietrzem, miałam wrażenie, że się duszę. Uwielbiałam lato i towarzyszące mu upały, ale to była już przesada! To właśnie na tym nieszczęsnym lotnisku zdałam sobie sprawę, że przy wilgotności powietrza sięgającej osiemdziesięciu procent trzydzieści stopni, które znałam, to zupełnie coś innego niż te tutejsze.

Upał nie mógł jednak zgasić mojego entuzjazmu.

– Jeju, nie mogę się już doczekać! Dlaczego ta kolejka przesuwa się tak wolno?

Emilka zerknęła na mnie przelotnie.

– Stoimy w niej od dziesięciu minut.

– I właśnie straciłyśmy dziesięć minut, które mogłyśmy poświęcić na kąpiel w oceanie! Albo picie drinków nad basenem. Albo…

Machnęła ręką na znak, że zrozumiała. I żebym się zamknęła, jak sądzę.

Założyłam za uszy posklejane w strąki włosy (które pół godziny wcześniej rozczesywałam starannie na pokładzie samolotu) i stanęłam na palcach, żeby lepiej widzieć, co się dzieje z przodu. Nie wypatrzyłam nic ciekawego, więc znowu skupiłam uwagę na przyjaciółce. Objęłam ją ramieniem i uśmiechnęłam się szeroko.

– Zobaczysz, to będą wakacje naszego życia! – zawołałam dostatecznie głośno, by obejrzało się za mną kilka osób.

– Z tobą każde wakacje to wakacje życia.

Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to bardziej przytyk niż komplement, ale niezbyt się tym przejęłam. Kolejka wreszcie drgnęła, więc chwyciłam rączkę walizki i – ignorując bluzkę klejącą się nieprzyjemnie do pleców – dziarsko ruszyłam przed siebie.

W porównaniu z Lotniskiem Chopina to zanzibarskie okazało się dziwnie małe i niezbyt nowoczesne, ale przy tym strasznie trudno było się na nim odnaleźć. Zgubiłam drogę trzykrotnie, zanim wreszcie Emilka postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Dzięki niej udało nam się wyrobić wizy i dotrzeć do busa, który miał nas zabrać do hotelu.

– Jak myślisz, długo będziemy jechać? – Usadowiłam się na fotelu od strony przejścia i natychmiast zaczęłam rozglądać się po sąsiadach. – Przepraszam! – zawołałam do czarnoskórego kierowcy, przechodząc na angielski. – Daleko mamy do hotelu?

– Niedaleko. – Mężczyzna wyszczerzył zęby w zaskakująco szerokim uśmiechu. – Jecham jak wariat!

Dopiero kiedy przekręcił czasownik, uświadomiłam sobie, że mówi po polsku. Parsknęłam śmiechem. Spojrzałam na Emilkę, ale nie dostrzegłam nic prócz mysich włosów opadających na twarz i wystającego zza nich nieco przydługiego nosa. Mimo panującego w busie półmroku wyciągnęła swój nieodłączny notes i z zapałem coś w nim pisała. Odwróciłam się więc ponownie do przejścia.

– Pierwszy raz w Afryce? – zagadnęłam siedzącą naprzeciwko blondynkę o neonowo pomarańczowych paznokciach. Burknęła pod nosem coś niezrozumiałego, ale za to z kolejnego siedzenia wychylił się mężczyzna. Łysawy i nieco korpulentny, o bardzo szerokim uśmiechu.

– O, tak! Zawsze chciałem, ale jakoś się nie złożyło. Beacie trudno wyrwać się z pracy. – Wskazał niezbyt rozmowną blondynkę, zapewne żonę. – A pani?

– Może przejdźmy na „ty”? – zaproponowałam spontanicznie. Wychyliłam się i uścisnęliśmy sobie dłonie przed twarzą Beaty. – My też pierwszy raz. Podobno z naszego hotelu można się wybrać na safari, słyszeliście?

– Kogo na to stać? – Kobieta w średnim wieku, siedząca przed nami, włączyła się do rozmowy. – Już sam koszt pobytu na Zanzibarze to fortuna.

– Ale zobaczyć takie safari…

– Nie naoglądałeś się jeszcze w telewizji?

– Przecież to nie to samo, kochanie! Poza tym teraz mógłbym porównać to, co oglądałem, z prawdziwą Afryką…

– Znając ciebie, nie zauważysz różnicy.

– Gotowi na drogę?! – zawołał nasz kierowca, przerywając kłótnię małżonków. – Ja nazywam się Hasan, a wy?

Rozsiadł się za kierownicą i włączył silnik, była to więc dość osobliwa forma powitania, ale mnie tam nie przeszkadzała.

– Natalia! – odkrzyknęłam, z trudem przebijając się przez panujący w busie gwar.

Parę osób wzięło ze mnie przykład i zaczęło się przedstawiać. Potem Hasan zasypał nas kolejnymi pytaniami (z których większość była po prostu formą „jak się miewacie?”), zrobiło się jeszcze bardziej gwarno, a ja w końcu zorientowałam się, że mięśnie twarzy zesztywniały mi od ciągłego uśmiechania się.

Emilka musiała zrezygnować z notowania, bo bus nieustannie podskakiwał na wybojach. Nadal jednak nie dała się wciągnąć w rozmowę. Sięgnęła do twarzy w odruchu poprawienia okularów, których od dawna na niej nie było, a potem utkwiła spojrzenie w oknie i znieruchomiała.

Przez resztę drogi moje myśli pędziły jak szalone, próbując nadążyć za chaosem panującym na drogach (bo Zanzibarczycy wydawali się nie tylko nie stosować, ale wręcz nie posiadać żadnych przepisów regulujących ruch uliczny) i naszym czarnoskórym, promiennie uśmiechniętym kierowcą, który ani na moment nie przestawał mówić.

***

Po przyjeździe do hotelu, zameldowaniu się i rozpakowaniu, miałam już tylko jeden cel: zejść do baru i wypić najbardziej egzotycznego drinka, jakiego serwują.

– Muszę wziąć prysznic – zaoponowała Emilka.

– Weźmiesz potem. Oj, no chodź! Przecież nie przyjechałyśmy tu siedzieć w pokoju.

– Jesteśmy tu od trzech kwadransów. – Zrobiła nieszczęśliwą minę, ale zaczęła wkładać sandały.

– No właśnie, podróż zajęła nam mnóstwo czasu, teraz musimy go nadrobić. Wypiłabym mojito, ale z drugiej strony grzechem byłoby pić coś, co równie dobrze mogę w Polsce, prawda? – Wypchnęłam ją za drzwi. – Na pewno mają tu coś ekstra. Może coś z ananasem albo… – Urwałam, obejrzałam się. – Em, idziesz? O, cześć! Wy też na drinka?

Spotkanie Beaty i Sławka pozwoliło Emilce milczeć niemal całkowicie przez kolejną godzinę, a mnie mówić bez ograniczeń. Szybko okazało się, że prawie wszyscy wczasowicze, którzy podróżowali z nami z lotniska, wylegli nad basen i do restauracji. Zresztą, w Sunrise nie było to najwyraźniej nic dziwnego, o czym świadczyła pełna gotowość pracowników.

Udało mi się wypić przepysznego arbuzowego drinka i trochę potańczyć, ale na wiele nie starczyło mi sił. W końcu musiałam przyznać Emilce rację i zgodzić się na powrót do pokoju. Głównie po to, by rano wyruszyć na podbój Zanzibaru już w pełni sił.

Kiedy Emilka brała prysznic, zgasiłam w pokoju światło i otworzyłam na oścież okno. Bardziej wyobraziłam sobie, niż poczułam chłodniejszy powiew wiatru znad oceanu. Przez chwilę próbowałam wzbudzić w sobie smutek, który powinien był mi towarzyszyć, jednak nie potrafiłam. Wręcz przeciwnie, dziękowałam Bogu, że nie pozwolił mi popełnić największego błędu w moim życiu.

Emilia

Długo nie mogłam zasnąć, nękana upałem i niedającymi wytchnienia myślami. Słuchałam miarowego pochrapywania Natalki i starałam się odpędzić poczucie, jakobym znalazła się w niewłaściwym miejscu – nie tylko w sensie podróży na Zanzibar, ale przede wszystkim życiowo. Tego, co zaszło, mój misterny plan nie zakładał.

Rano nie potrafiłam określić, jak – i o której – udało mi się wreszcie zasnąć. Koszulkę miałam mokrą od potu, pościel podobnie, i czułam się co najmniej nieświeżo, choć wieczorem wzięłam prysznic. Miałam wrażenie, jakby w nocy wydarzyło się coś złego, i nie byłam przekonana, czy to jedynie zasługa wysokiej temperatury. Mimo starań nie potrafiłam sobie przypomnieć snów, a nie mogłam oprzeć się myśli, że to one napełniły mnie niepokojem.

Podniosłam się ciężko. Na sąsiednim łóżku Natalka nadal spała spokojnie z rozrzuconymi bezładnie kończynami. Popatrzyłam ze współczuciem na jej włosy zasłaniające twarz. W przeciwieństwie do mnie nie miała dość rozsądku, żeby związać je przed snem.

Obudziła się, chyba wyczuwszy na sobie mój wzrok. Odgarnęła włosy, krzywiąc się przy tym, jakby przywitała poranek potężnym kacem. Wydawała się zagubiona, tropikalna temperatura najwyraźniej nie dała odetchnąć i jej, choć zawsze tak deklarowała umiłowanie upałów. Mimo najszczerszych chęci nie mogłam się zdobyć na współczucie, znalazłyśmy się w tym miejscu za jej sprawą.

– Dlaczego tu jest tak gorąco? – wychrypiała, pocierając twarz dłonią, jakby próbowała odgonić resztki snu. W tych niezdarnych, słabo skoordynowanych zwłaszcza o poranku ruchach przypominała dziecko. Wydawała się bezbronna, a chęć otoczenie jej opieką rodziła się w człowieku niczym najbardziej naturalny instynkt. Nie wyzbyłam się go przez dwie dekady, nie winiłam więc Miłosza, że mimo upływu czasu wciąż mu ulegał.

– Bo zamarzyły ci się wakacje w tropikach. – Dopiero kiedy nie dostrzegłam szczegółów mimiki, po których zwykle orientowałam się, dokąd zmierza jej nastrój, uświadomiłam sobie, że skonfundowana panującym w pokoju zaduchem zapomniałam o czymś istotnym. Sięgnęłam na szafkę nocną, wyłowiłam z pojemniczka soczewki kontaktowe i chwilę później świat nabrał ostrości.

Odwróciłam się ponownie w stronę przyjaciółki. Wsparta na łokciu łypała na mnie jedynym otwartym okiem. Zauważyłam na jej twarzy smugi tuszu do rzęs, jakby nie dość dokładnie zmyła makijaż minionego wieczoru. Wilgotne włosy zwisały swobodnie, tworząc niezbyt apetyczną kurtynę.

Zastanawiałam się czasem – w sposób pozbawiony choćby uncji złośliwości, może jedynie naznaczony nieco żalem – czy nie jest to odrobinę niesprawiedliwe, że Natalka cieszy się aż takim zainteresowaniem ze strony płci przeciwnej. Oczywiście zdawałam sobie sprawę z jej urody, długich włosów w kolorze mlecznej czekolady i stosunkowo ciemnej, a już na pewno podatnej na opaleniznę karnacji. Dbała o siebie, zawsze miała wydepilowane nogi i raczej nie wychodziła z domu bez makijażu, a perfekcyjnie wyprofilowanych brwi czasem naprawdę jej zazdrościłam. Ale potrafiła mieć grudkę tuszu do rzęs w kąciku oka, rozdrapany i niezbyt umiejętnie ukryty pryszcz albo plamę na bluzce. Zawsze dokądś się spieszyła i niekiedy na dopracowanie takich szczegółów brakowało jej czasu

Tyle że Natalka nie przejmowała się drobnymi niepowodzeniami. Coś, co ja uznałabym za kompromitację i rozpamiętywałabym przez kilka dni, ona traktowała najwyżej wzruszeniem ramion. Dzięki temu pomniejszych wpadek nie zauważali też inni. Pewność siebie sprawiała, że automatycznie stawała się atrakcyjniejsza.

– Idziemy na plażę? – Uniosła lekko brwi. Zawsze szybko się regenerowała i często zapominała, że ja potrzebuję nieco więcej czasu. Obiecałam sobie, z pełną świadomością konsekwencji, że nadchodzące dwa tygodnie będą czasem, który poświęcę Natalce, nawet jeśli okaże się to dla mnie niekomfortowe. Teraz, w obliczu odpowiedzi, gorące postanowienia wróciły, uznałam jednak, że półgodzinne opóźnienie nie uczyni ze mnie złej przyjaciółki.

– Na razie to ja idę pod prysznic. – Na potwierdzenie swojej zapowiedzi dźwignęłam się z łóżka i sięgnęłam do komody po suche ubrania. – Tobie też polecam.

Westchnęła ciężko i opadła z powrotem na poduszkę, a mnie niespodziewanie ogarnęła czułość. Gdybym nie była cała mokra – i gdybym miała to w zwyczaju – położyłabym się obok niej i przyznała, że dobrze się stało. Że, przewrotnie, cieszę się z tych wspólnych wakacji, czasu spędzonego razem, z dala od domu. W moim przypadku było to niewątpliwie wyjście poza strefę komfortu, ale tu, na tej tropikalnej wyspie, czułam się chwilowo zwolniona z podejmowania jakichkolwiek życiowych decyzji. Tu, dla odmiany, czekały na mnie problemy możliwe do rozwiązania. Biorąc pod uwagę bilans minionego roku, jawiło się to niemal jak wybawienie.

***

Powiedzieć, że zanzibarskie plaże to cud natury, to jak nie powiedzieć nic.

Kiedy po śniadaniu, na które złożyły się głównie owoce i tosty, dotarłyśmy na plażę, nawet ja musiałam przyznać, że dla takich widoków warto było przelecieć pół świata. Błękitne niebo, lazurowy ocean i biały piasek… Wszystko to, co do tej pory widywałam tylko na filmach.

Wymieniłyśmy uśmiechy, zdjęłyśmy sandały i ruszyłyśmy w kierunku wody. Piasek rozgrzany słońcem w dotyku przypominał mąkę, stopy zapadały się na głębokość kilku centymetrów i z każdym krokiem zdawały się odpoczywać, jakby odbywały właśnie terapię w egzotycznym spa. Wilgotne powietrze – dla odmiany mniej duszące, bardziej rześkie – otulało ciało niczym szal, tym ciaśniej, im bliżej wody się znalazłyśmy. Zapach oceanu wdzierał się do płuc z każdym oddechem, napełniał energią i siłą. I nawet słońce, tak bezlitosne na terenie ośrodka, tu zdawało się mówić: „dobrze, niech wam będzie, nacieszcie się chwilą”. W cieniu rzucanym przez szerokie rondo słomkowego kapelusza czułam się niemalże bezpieczna. Mogłam całą sobą chłonąć rozpościerający się przede mną widok, tak różny od wszystkiego, co znałam. Choć na polskim wybrzeżu bywałam niemal każdego lata, w tamtej chwili czułam się tak, jakbym pobytu na plaży doświadczała po raz pierwszy w życiu.

Wstąpiłam ostrożnie na mokry piasek, pozwoliłam, by fale obmyły mi stopy, ciesząc się kolejnymi niepowtarzalnymi doznaniami. Woda nie różniła się wiele temperaturą od powietrza, ale i tak przynosiła ukojenie. Zrobiłam kilka kroków, mimo całego zafascynowania bardzo ostrożnie stawiając stopy w obawie przed jeżowcami. Ocean zdążył już cofnąć się znacząco i pomyślałam, że powinnam była ulec namowom Natalki i wyjść na plażę jeszcze przed prysznicem.

Wciąż bardziej skupiona na własnych przeżyciach niż na tym, co działo się wokół, schyliłam się po muszlę, dużą i kolorową, i przez chwilę oglądałam ją z uwagą. Wszystko wydawało się takie inne, niezwykłe! Od muszli aż po wiszący w powietrzu zapach – przywodzący na myśl wodorosty, ale nie tylko. Miałam wrażenie, że nawet niebo nad nami jest zupełnie innym niebem niż to w Polsce. Bardziej błękitnym i jakby doskonalszym.

Kiedy wreszcie podniosłam głowę, by podzielić się moimi refleksjami z przyjaciółką, nie dostrzegłam jej obok. W pierwszej chwili pomyślałam, że ruszyła w pogoń za oceanem, i chciałam ostrzec ją przed jeżowcami, ale nigdzie nie widziałam jej sylwetki. Dopiero po chwili dotarł do mnie jej głos, już z pewnej odległości. Odwróciłam się akurat w momencie, kiedy wybuchała donośnym, zaraźliwym śmiechem. Zdążyła oddalić się kilkaset metrów w głąb plaży i nawiązać nowe znajomości. Otoczona grupką mężczyzn – sądząc po wyglądzie, tubylców – w kolorowych strojach, obwieszonych biżuterią, czuła się najwyraźniej jak ryba w wodzie. Wyglądało na to, że zdążyła już zapomnieć o rozczarowaniu spowodowanym odpływem.

Z daleka słyszałam łamaną polszczyznę Zanzibarczyków i całkiem płynne angielskie wtręty Natalki. Przez chwilę przyglądałam się temu z ciekawością, to był mój pierwszy kontakt z miejscową ludnością poza hotelem. Przed wyjazdem dużo czytałam o Zanzibarze, nie tylko w wiarygodnych publikacjach, ale też w internecie, i z relacji turystów, a także mieszkających na wyspie rodaków wiedziałam już, że nie powinno mnie dziwić używanie w okolicy języka polskiego na dość szeroką skalę. Odkąd Tomek Bernacki, właściciel Jumbo Ent., sieci hoteli, do których należał nasz Sunrise, odniósł na wyspie sukces, w sezonie turystycznym na Zanzibarze było niewielu mniej Polaków niż Zanzibarczyków. Tubylcy szybko zaczęli upatrywać w tym szansy zarobku, nie tylko sprzedawali turystom swoje dobra (od owoców czy ryb aż po lokalne wycieczki), ale też coraz częściej zatrudniali się w polskich hotelach. Wielu z nich – jak twierdził internet – po polsku mówiło znacznie lepiej niż po angielsku, co jednak w rzeczywistości okazało się naprawdę kuriozalne.

Z pewnym wysiłkiem oderwałam wzrok od Natalki, która właśnie żywo zainteresowana oglądała prezentowany przez jednego z mężczyzn naszyjnik. Jej głosu, wyraźnie przebijającego się między innymi, nie mogłam nie słyszeć, ale zdołałam odsunąć go na skraj świadomości. Odłożyłam muszlę na piasek, wyjęłam z robionej na szydełku listonoszki notes i zapatrzyłam się ponownie na ocean, ledwie majaczący na linii horyzontu. Przyglądałam mu się przez moment, pozwalając, by magia chwili na powrót zawładnęła moją wyobraźnią, po czym przyłożyłam ołówek do kartki i zaczęłam szkicować – nie ocean, oczywiście, nie sposób było oddać ten widok na papierze; skupiłam się na muszli, którą znalazłam. W miarę jak na kartce pojawiały się wyraźne kontury, wydobywając opływowy, symetryczny kształt, ogarniał mnie coraz większy spokój.

– Tylko mi nie mów, że zamierzasz cały urlop spędzić nad książkami i notatnikiem, Em! – Natalka pojawiła się obok tak nagle, że się wzdrygnęłam. Dłoń mi zadrżała, grafit ołówka ukruszył się i muszla straciła idealny kształt. – W tym miejscu to zbrodnia!

Popatrzyłam na nią spod ronda kapelusza. Słońce już zostawiło na jej skórze pierwszy ślad, choć przebywałyśmy na dworze zaledwie od godziny. Jeszcze w hotelu przypominałam jej o użyciu kremu z filtrem, zgodziła się nawet ze mną, ale miałam wrażenie, że zrobiła to dla świętego spokoju. Zresztą, zapewne szybko o tym zapomniała.

– Dostaniesz poparzenia słonecznego. – Schowałam notes do torebki w pełni świadoma, że już mi się nie przyda. Skupienie się w towarzystwie Natalki należało do zadań niemożliwych nawet dla kogoś, kto dysponował tak bogatym doświadczeniem jak ja.

W przeciwieństwie do mnie Natalka odsłoniła więcej ciała, niż można by to uznać za rozsądne. Miała na sobie bluzkę na ramiączkach i krótkie spodenki; mogłam się założyć, że większość garderoby, którą zabrała na wakacje, prezentowała się w podobny sposób.

Zdjęła z głowy czapkę z daszkiem i powachlowała się nią ostentacyjnie.

– Wolę to niż ugotować się żywcem. – Spojrzała znacząco na moją sukienkę do kostek. – Dowiedziałam się właśnie, że na przypływ trzeba poczekać kilka ładnych godzin. – Wskazała głową tubylców oddalających się w głąb wyspy. – Jeśli chcemy popływać, zostaje basen. – Poruszyła zachęcająco brwiami.

Gdybym nie znała jej aż tak dobrze, zapewne przypomniałabym, że o przypływach i odpływach opowiadałam jej jeszcze w Polsce i nawet kiwała od czasu do czasu głową, jakby faktycznie słuchała. Niewiele by to jednak zmieniło, więc tylko wzruszyłam ramionami. Byłam absolutnie przekonana, że na terenie hotelu mój problem ze skupieniem będzie równie aktualny, ale wciąż pamiętałam, że przyjechałam tu dla niej. Jeśli chciała przez resztę dnia moczyć się w basenie, zamierzałam bez słowa sprzeciwu dotrzymać jej towarzystwa. Znając możliwości Natalki, były to i tak niezbyt wygórowane oczekiwania.

Natalia

Na obiad zjadłyśmy pieczone małże – coś, co ja mogłabym jeść codziennie i co Emilka ledwie przełknęła. Byłam tak głodna, że skusiłam się jeszcze na przepysznie wyglądającą sałatkę z owocami morza. Emilka patrzyła na mnie z mieszaniną podziwu i zgrozy.

Wbrew jej przewidywaniom po testach afrykańskiej kuchni czułam się znakomicie, a słońce przypiekło mnie tylko odrobinę. Choć trochę rozczarował mnie brak oceanu na wyciągnięcie ręki, doskonale bawiłam się nad basenem, a jeszcze przed kolacją udało nam się wrócić na plażę i nacieszyć falami. Po pochłonięciu kolejnych miejscowych specjałów (w moim przypadku) i bardziej tradycyjnych grzanek (w przypadku Emilki) pozostało zdecydować, co zrobić z tak pięknie rozpoczętym wieczorem.

– Jeżeli oznajmisz, że idziesz czytać, przysięgam, że osobiście utopię wszystkie książki, jakie tu przytargałaś. – Zaatakowałam, nim Emilka zdążyła wspomnieć o swoich planach. Wsparłam się pod boki i uniosłam zaczepnie podbródek. – Pamiętasz, co mi obiecałaś?

– Że spędzimy ten czas razem. Czy to oznacza imprezę?

– Jeśli tak nazywasz drinki i muzykę. – Chwyciłam ją pod ramię i poprowadziłam w stronę pokrytej liśćmi palmowymi wiaty, w której zbierali się już powoli hotelowi goście. – Kiedy brałaś prysznic, rozmawiałam z tą parą z naprzeciwka. Są tu już drugi tydzień i mówili, że wieczory w hotelu są fantastyczne. Codziennie przygotowują jakieś występy i zabawy. Nie chcesz poznać trochę miejscowej kultury?

– Naprawdę sądzisz, że w tak komercyjnym miejscu – zatoczyła ręką koło – poznasz miejscową kulturę?

Na moment zabrakło mi argumentów, ale szybko się otrząsnęłam.

– Okej, pewnie nie. Ale idę o zakład, że tego, co tu zobaczymy, na pewno nie doświadczyłybyśmy w Polsce.

Zrobiła taką minę, jakby wcale nie uważała tego za powód do rezygnacji z zajmującej lektury, wręcz przeciwnie, jednak nie zaprotestowała. A ja po raz kolejny wykorzystałam rozstanie z Miłoszem, by postawić na swoim. Dobrze wiedziałam, że tylko moje (rzekome) cierpienie zmusza Emilkę do kapitulacji. Jeśli czyniło to ze mnie nienajlepszą przyjaciółkę, na swoją obronę mam tylko, że naprawdę chciałam, by były to dla nas wyjątkowe wakacje. Skąd mogłam wiedzieć, co się pod ową wyjątkowością kryje?

***

Wzięłam sobie za punkt honoru spróbować podczas tych wakacji wszystkiego, czego nie spróbowałabym w Polsce. Tyczyło się to także kolorowych drinków, a pierwszy wybór tego wieczoru padł na opatrzony chwytliwą nazwą Zanzibar Kiss – słodki, mocno ananasowy, uderzający do głowy chyba z racji upałów. Bawiąc się fikuśną fioletową słomką, obserwowałam, jak Emilka upija łyk tradycyjnego Sex on the Beach. Pomyślałam, że może to przepowiednia. Że gdybym mogła teraz wypowiedzieć jedno jedyne życzenie, które na pewno się spełni, poprosiłabym o wakacyjny romans dla przyjaciółki.

Podczas gdy artyści niespiesznie zbierali się na scenie (czyli kawałku wydzielonego piaszczystego placu pomiędzy wiatą, basenem a barem), ja rozglądałam się w poszukiwaniu znajomych twarzy. Kojarzyłam już większość gości z naszego piętra, choćby siostry z pokoju obok, bardzo sympatyczne. Przy odrobinie szczęścia nawet Emilka znalazłaby z nimi wspólny język.

Niestety Karoliny i Agaty nie miałam w zasięgu wzroku, chwyciłam więc Emilkę pod rękę i – z kieliszkiem w garści – pociągnęłam ją między ludzi. Chyba protestowała, ale akurat rozbrzmiały skoczne afrykańskie rytmy, więc niewiele słyszałam. Przy stoliku z przodu wypatrzyłam za to młode małżeństwo poznane podczas śniadania i poprowadziłam Emilkę w ich stronę.

– Cześć! – przywitałam się dziarsko, popychając przyjaciółkę na najbliższe krzesło. – Jak się bawicie?

Kobieta – chyba Tamara – wspomniała coś o wysokiej temperaturze i natychmiast przypomniałam sobie, że bluzka (zmieniana przed godziną) zdążyła już dokładnie obkleić mi plecy. Na szczęście chwilę później pałeczkę przejął jej mąż, wyraźnie bardziej pozytywnie nastawiony.

– Doskonale! Pół dnia spędziliśmy na plaży, woda tutaj jest niesamowita!

– Szkoda, że przez większość czasu jej nie było – wtrąciła kąśliwie Tamara.

– A jutro wybieramy się na farmę przypraw. Nasi znajomi byli na Zanzibarze rok temu, mamy całą listę miejsc, których po prostu nie można nie zobaczyć.

Już otwierałam usta, żeby zapytać o szczegóły, ale wtedy muzyka zabrzmiała głośniej i pokaz wreszcie się rozpoczął. Chwilę później poczułam na sobie wzrok Emilki i chociaż nie patrzyłam w jej stronę, wiedziałam, co ma mi do przekazania – „a nie mówiłam?”. Niechętnie musiałam przyznać jej rację; występ, choć niewątpliwie godny podziwu, nie miał raczej wiele wspólnego z tradycjami wyspy. Już prędzej z tym, co wciskano Europejczykom jako takie.

– Chciałabym się tak ruszać – westchnęłam, zerkając tęsknie na wyjątkowo przystojnego czarnoskórego tancerza z długimi do łopatek warkoczykami. Wiedziałam, że to tylko sceniczny image, ale i tak robił wrażenie.

– Obawiam się, że z tym się trzeba urodzić – odparła Emilka.

– Akurat ty nie powinnaś wypowiadać się na ten temat. Jesteś stworzona do tańca i nigdy nie zrozumiesz nas, szaraczków.

Nie odpowiedziała. Jakiś czas później przyszło mi do głowy, że może nie powinnam była poruszać tematu baletu, ale wtedy bardziej przejęłam się faktem, że przyjaciółka odstawiła na stolik pusty kieliszek. Przywołałam kelnera i zamówiłam kolejne drinki. Na urlopie nie zamierzałam sobie niczego żałować.

Wbrew moim obawom Emilka bawiła się tego wieczoru niemal równie dobrze jak ja. Rzucała mi co prawda pełne dezaprobaty spojrzenia, kiedy zagadywałam kolejnych – jej zdaniem – obcych ludzi, ale trochę potańczyłyśmy i mało brakowało, a udałoby mi się ją namówić na tutejszą odmianę limbo. Z drugiej strony, biorąc pod uwagę, jak fatalnie mi poszło, może i lepiej, że nie dała się skusić. Dystans do siebie nie był jej najmocniejszą stroną.

– Padam z nóg! – oznajmiłam, wracając do stolika. – Starczy tańców na dziś.

– Szkoda, byłaś niezła. – Na dźwięk nieznajomego głosu odwróciłam się przez ramię. Obok nas stał mężczyzna w lnianej koszuli i jasnych rybaczkach. Nie wiem dlaczego, ale od razu założyłam, że nie jest jednym z hotelowych gości. I nie myliłam się. – Danny, jestem tu menedżerem.

Wyciągnął dłoń, którą uścisnęłam bez wahania. Potem przywitał się z Emilką. Wsunął ręce do kieszeni i uśmiechnął się z taką swobodą, jakby życie nie nastręczało mu zmartwień.

– Sprawdzam, czy niczego wam nie brak. – Omiótł spojrzeniem pozostałe stoliki. – Dobrze się bawicie?

– No wiesz, korzystamy z uroków tropików. – Uśmiechnęłam się słodko. – Na pewno jednak bawiłybyśmy się lepiej, gdybyśmy nie gotowały się tu żywcem. Z tego, co pamiętam, pokoje miały być klimatyzowane, prawda?

Mężczyzna wyglądał na zaskoczonego, więc postanowiłam złagodzić nieco ton wypowiedzi.

– Wybacz – wzruszyłam ramionami – korzystam z okazji, że zszedłeś do ludu.

Zaśmiał się krótko, ale w jego spojrzeniu nadal błąkało się pewne zagubienie. Czyżby nie słyszeli tu o klimatyzacji?

– Robię to regularnie, więc jeśli będziecie czegoś potrzebowały, na pewno mnie złapiecie. – Uniósł brwi, jakby zwracał się do kogoś wyjątkowo mało rozgarniętego. – A jeśli chodzi o klimatyzację, przy drzwiach macie panel sterowania. Wystarczy włączyć. – Rozłożył bezradnie ręce, jakby usiłował przeprosić mnie za moją własną głupotę.

Bardzo starałam się nie zwracać uwagi na chichoczącą obok Emilkę.

– Hakuna matata – rzucił na odchodne Danny i wycofał się w kierunku kolejnych gości.

– Nie mogę się nadziwić, że miejscowi naprawdę tak mówią – wtrącił Wojtek, mąż Tamary, z pewną nostalgią. – Zawsze mi się wydawało, że to tylko chwyt reklamowy. No wiecie – dodał, kiedy spojrzałyśmy na niego z Emilką – Król Lew to podstawa wiedzy o Afryce.

Mimowolnie parsknęłam śmiechem i mało brakowało, a Zanzibar Kiss wyleciałby mi nosem. Tamara tymczasem zgromiła Wojtka spojrzeniem.

– Tego człowieka chyba trudno uznać za miejscowego – odezwała się niespodziewanie Emilka, wprawiając mnie w coraz większe zadziwienie. Podjęła się rozmowy z „obcymi” po raz pierwszy, odkąd znalazłyśmy się na wyspie. – Opalenizna i tumiwisizm jeszcze nie czynią z niego tubylca.

Chciałam napomknąć, że ludzie, z którymi rozmawiałam na plaży, pożegnali mnie w dokładnie ten sam sposób, ale Tamara i Wojtek wdali się w sprzeczkę, skutecznie zbijając mnie z tropu. Przez moment słuchałam ich mimowolnie, a kiedy ponownie odwróciłam się w stronę Emilki, zdałam sobie sprawę, że wciąż ukradkiem obserwuje Danny’ego. Oderwała od niego wzrok, dopiero zauważywszy moje spojrzenie.

– Jak na obcokrajowca zadziwiająco dobrze mówi po polsku, prawda? – powiedziała cicho.

Obejrzałam się jeszcze za nim, ale zdążył już zniknąć w tłumie. Wzruszyłam ramionami.

– Kocham cię, Em, wiesz? – Wykorzystując fakt, że nikt nie zwracał na nas uwagi, objęłam ją i oparłam brodę na jej ramieniu. – Nie chciałabym tu być z nikim innym.

Uśmiechnęła się tak, jakby chciała powiedzieć „wiem, głuptasie”.ROZDZIAŁ 2
EMILIA

Nigdy nie byłam zwolenniczką „drugich szans”. Nie ufałam ludziom, trudno było mi uwierzyć w ich dobre intencje nawet za pierwszym razem, a z każdym kolejnym ostrożność rosła wprost proporcjonalnie do poniesionych krzywd. Natalka powiedziała mi kiedyś, że jeśli nie nauczę się wybaczać, nigdy nie stworzę trwałego związku. Zabolało znacznie bardziej, niż chciałam przyznać.

Druga noc spędzona na wyspie pod wieloma względami okazała się obiektywnie łatwiejsza. Klimatyzacja sprawiła, że znowu mogłam oddychać, a podkoszulka przestała kleić mi się do pleców. Optymalna temperatura nie uchroniła mnie jednak przed złymi snami, które – choć rano nie potrafiłam przywołać szczegółów – napełniły mnie niepokojem na długie godziny.

Już od świtu Natalka przypominała, że na wyspę przyjechałyśmy, by przeżyć przygodę, i powinnyśmy – przynajmniej przez te dwa tygodnie, choć według niej również na co dzień – czerpać z życia pełnymi garściami. Pochłaniając podwójną porcję sałatki z algami, opowiadała mi – i każdemu, kto chciał jej słuchać – czego spodziewa się po nadchodzącym dniu.

Jak się okazało, lista miejsc wartych odwiedzenia, o których wspominał Wojtek, nie była wcale tak tajemnicza, jak to dumnie obwieszczał. W zorganizowanej wycieczce na Spice Farm miała wziąć udział większość gości, którzy dwa dni wcześniej razem z nami lecieli samolotem. Z początku byłam nieco sceptycznie nastawiona; choć nie mówiłam tego na głos, wolałabym zaszyć się z notatnikiem w jakimś spokojnym zakątku plaży, poszkicować, może coś napisać albo przynajmniej poczytać. Taki plan dnia byłby jednak całkowicie nie do przyjęcia dla Natalki, a nie chciałam, żebyśmy rozdzielały się już drugiego dnia.

– Em, przestań się wreszcie krzywić – poprosiła w pewnym momencie. – To nie jest trujące.

Nie zamierzałam obnosić się z niechęcią, ale najwyraźniej trudno było nie odczytać jej z mojej twarzy. Z jakiegoś powodu Natalka przypisała ją śniadaniu i najłatwiej było nie wyprowadzać jej z błędu.

– Jest niezła – skłamałam. Nadziałam na widelec solidną porcję alg i włożyłam do ust. Starałam się przekonać samą siebie, że smakują prawie jak sałata, nie przestawały mi jednak śmierdzieć rybami, choć może była to kwestia wyobraźni. – Co robimy po powrocie?

Odpowiedź nie za bardzo mnie interesowała, bo i tak nie miałam na nasze plany wielkiego wpływu, ale dopóki Natalka była zajęta mówieniem, mogłam pozwolić myślom błądzić. Zaczęła snuć opowieść o planowanej na wieczór imprezie, błyskawicznie zapominając o moim talerzu.

– Oczywiście tu się codziennie coś dzieje, więc nie jest też tak, że musimy się bardzo spieszyć, chociaż wolałabym się nie spóźnić. – Uśmiechnęłam się lekko, bo brzmiało to dość zabawnie w ustach kogoś o tak swobodnym podejściu do punktualności. – Ale w oceanie koniecznie muszę się dziś wykąpać. Najwyżej w ramach kolacji weźmiemy coś na wynos i zjemy na plaży, co ty na to?

Pokiwałam głową, chociaż wiedziałam, że wcale nie czeka na odpowiedź. Zaczęła już podjadać sałatkę z mojego talerza – może odruchowo, a może miała nadzieję, że w ten sposób śniadanie szybciej dobiegnie końca.

Jakoś między jednym kęsem a drugim, resztkami uwagi wciąż słuchając wywodów przyjaciółki, zauważyłam, że do restauracji wszedł menedżer, którego poznałyśmy minionego wieczoru. Znowu miał na sobie lnianą koszulę z podwiniętymi do łokci rękawami. Szedł spokojnie, bez pośpiechu, zatrzymując się przy niektórych stolikach. Z większością gości zamieniał choć kilka zdań. W ogólnym gwarze nie mogłam dosłyszeć szczegółów, ale to były miłe pogawędki. Jego ciało pozostawało rozluźnione, a twarz rozpogodzona.

– Proszę, proszę. – Natalka także go zauważyła. Odgarnęła włosy z twarzy i oparła się o stolik. – Zdaje się, że faktycznie regularnie schodzi do ludu. – Mówiła z pewnym przekąsem, ale nie było w tym złych intencji. Jej oczy pozostawały wesołe i życzliwe.

Poważnie wątpiłam, by to usłyszał, ale tak się złożyło, że spojrzał w naszą stronę. Automatycznie odwróciłam wzrok; nie chciałam, by się zorientował, że go obserwowałyśmy albo – co gorsza – rozmawiałyśmy o nim. Natalka nie miała z tym problemu. Uśmiechnęła się szeroko i mu pomachała. Jak można było się spodziewać, o wpadce z klimatyzacją zdążyła już zapomnieć.

– Możesz przestać w końcu to robić? – syknęła, nim zdążyłam ponownie podnieść wzrok. Wskazała znacząco na moje dłonie i dopiero wtedy się zorientowałam, że znowu zaciskam palce tam, gdzie kilka miesięcy wcześniej znajdował się pierścionek od Eryka. Przestałam natychmiast. – I skończyć śniadanie?

– Skończyłam. Zbieramy się?

Sałatkę wciąż znajdującą się na talerzu skomentowała jedynie uniesieniem brwi. Temat pierścionka na szczęście postanowiła odpuścić – nawet przy jej bezpośredniości musiał wydawać się ryzykowny. Trochę mnie to zabolało, choć rzeczywiście wolałam uniknąć rozmowy. Natalka rzadko mi odpuszczała i za każdym razem, kiedy to robiła, natychmiast zaczynał boleć mnie brzuch. Czułam się w takich sytuacjach kompletnie przegrana, bo był to z jej strony wyraz najwyższej litości.

Wychodząc z restauracji, obejrzałam się jeszcze dyskretnie za menedżerem. Byłam niemal całkiem pewna, że wodzi wzrokiem za Natalką – tak właśnie działała na mężczyzn. On jednak nie patrzył już w naszą stronę. Prowadził ożywioną rozmowę z mężczyzną, którego nie kojarzyłam nawet z widzenia, i zdawał się nią całkowicie pochłonięty. Przeszło mi jeszcze przez myśl, że ta jasna koszula i czekoladowa opalenizna tworzą naprawdę harmonijną całość. A potem skupiłam się już całkiem na rozpoczynającym się dniu.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij