-
nowość
RAK. I co dalej? Rozmowy o życiu, leczeniu i odnajdywaniu radości - ebook
RAK. I co dalej? Rozmowy o życiu, leczeniu i odnajdywaniu radości - ebook
Czy można żyć dobrze mimo choroby, lęku i niepewności? Co pomaga zachować nadzieję, kiedy przyszłość staje pod znakiem zapytania? I dlaczego wsparcie psychiczne nie jest dodatkiem do leczenia, lecz jego ważną częścią?
Choroba nowotworowa zmienia wszystko. Ciało staje się miejscem leczenia, ale równie silnie zmienia się psychika. Pojawia się lęk, niepewność, pytania o sens i przyszłość. W tym doświadczeniu równie ważne jak medycyna staje się to, jak człowiek przechodzi przez emocje.
W rozmowie z Anną Maruszeczko, dr Mariusz Wirga opowiada o psychoonkologii, emocjach, które wpływają na jakość życia, oraz o tym, dlaczego nie tylko leki leczą. Mówi o lęku, który można oswoić, o nadziei bez iluzji, o relacjach dających siłę i o śmierci, której nie trzeba wypierać, by żyć pełniej.
To książka o tym, jak psychoonkologia pomaga osobom chorującym i ich bliskim przechodzić przez najtrudniejsze życiowe doświadczenia.
To książka o lęku i nadziei, o emocjach, które mogą zwiększać cierpienie lub pomagać je zmniejszać. O tym, dlaczego jakość życia jest równie ważna jak jego długość, jak wspierać bliskich bez wypalenia oraz jak odnajdywać sens i spokój nawet w najtrudniejszych okolicznościach.
To książka , która pokazuje, że psychoonkologia nie obiecuje cudów i nie zastępuje leczenia. Pokazuje jednak, że nawet wtedy, gdy nie możemy zmienić wszystkich okoliczności, możemy zmieniać sposób, w jaki przez nie przechodzimy.
Dr Mariusz Wirga – psychiatra, psychoonkolog i doktor nauk medycznych. Jeden z pionierów terapii simontonowskiej w Polsce. Od kilkudziesięciu lat wspiera osoby chorujące na nowotwory i ich bliskich. Kieruje programem onkologii psychospołecznej w Todd Cancer Institute w Kalifornii.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Psychologia |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-277-4982-6 |
| Rozmiar pliku: | 2,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
RADOŚĆ, KTÓRA LECZY
O RADOŚCI, EMOCJACH I SZTUCE BYCIA OBECNYM
Mariuszu, będziemy sobie mówić po imieniu, bo wiem, że bardzo chętnie przechodzisz na ten sposób komunikowania się również z pacjentami. Masz dużą łatwość w nawiązywaniu bezpośredniego kontaktu z ludźmi. To amerykański wpływ?
To chyba dlatego, że jestem jedynakiem i zawsze bardzo chciałem mieć dużo kolegów.
Jesteś też bardzo pogodnym, żeby nie powiedzieć radosnym człowiekiem. Pomyślałam, że to może być wynik szkoły Simontona.
Rzeczywiście, chyba największy wpływ na mój świadomy rozwój osobisty miały jego podejście do zdrowia i jego filozofia życia. Rodzice, wychowanie niewątpliwie też, ale to już nie moja zasługa ani wybór. Ale był też charyzmatyczny Maxie C. Maultsby Jr.³, z którym bardzo się przyjaźniliśmy.
Obaj już nie żyją. Byliśmy ze sobą blisko praktycznie do końca. Mówię w liczbie mnogiej, bo moja żona Aleksandra też jest psychiatrą i od początku również była pod dużym wpływem ich metod pracy i osobowości. Teraz oboje pracujemy bliżej Davida Burnsa.
Psychiatry Davida D. Burnsa, autora książki Radość życia, czyli jak zwyciężyć depresję. Terapia zaburzeń nastroju?
Tak. Tego samego, który spopularyzował terapię poznawczo-behawioralną (CBT), której ojcem był z kolei Aaron Beck. David D. Burns jest profesorem emerytowanym Uniwersytetu Stanforda, specjalistą od motywacji i pomagania pacjentom w przekraczaniu oporu, który właściwie zawsze jest obecny w terapii. Sformułował precyzyjne i skuteczne podejście TEAM CBT⁴, pozwalające na szybkie zmniejszenie oporu i prowadzenie pacjenta do rozwiązania jego problemów związanych z depresją, zaburzeniami lękowymi, konfliktami w relacjach czy z uzależnieniami. Sam jestem terapeutą i trenerem TEAM CBT od 2021 roku, kiedy zorganizowaliśmy pierwszy Światowy Kongres TEAM CBT w Warszawie.
Zanim przyjrzymy się bliżej metodom, które integrujesz w swoim autorskim programie interwencji psychoonkologicznych Beat The Odds (BTO), ustalmy, komu one służą.
Osobom przewlekle chorującym, ale nie tylko. Program Simontona powstał z myślą o chorych onkologicznie, choć „powstał” to za dużo powiedziane. On raczej wyrósł. Carl Simonton, onkolog radioterapeuta, jeszcze jako rezydent brał udział w badaniu klinicznym nad frakcjonowaniem radioterapii, sposobem podawania promieniowania, który miał zwiększyć skuteczność leczenia i zmniejszyć jego działania niepożądane. Zauważył coś, co go zastanowiło: część pacjentów w ogóle nie zgłaszała się do udziału, część zapisywała się i nie przychodziła, a jeszcze inni przerywali leczenie w trakcie. Zaczął wtedy szukać przyczyny. Okazało się, że u podłoża leżało poczucie beznadziei – brak wiary, że cokolwiek może im pomóc.
Carl nie usiadł wtedy i nie napisał programu. Zobaczył potrzebę i zaczął szukać. Trafił na techniki wyobrażeniowe z psychologii motywacji w biznesie – dziedziny, którą zajmowała się jego ówczesna żona, psycholożka Stephanie Matthews-Simonton. Okazało się, że wyobrażanie sobie pożądanego wyniku realnie poprawiało rezultaty. Stephanie zapisała ich na kolejne szkolenia i we dwoje, dość szybko, przygotowali program. Pierwszy raz Carl zastosował go w poniedziałek 5 kwietnia 1971 roku u jednego pacjenta, który nie tylko wyzdrowiał wbrew bardzo złym rokowaniom, ale przeszedł wysoką dawkę promieniowania bez żadnych działań niepożądanych.
Carl był też jednym z pierwszych lekarzy, którzy już we wczesnych latach siedemdziesiątych upominali się o prawo pacjentów do współdecydowania o leczeniu.
I jako pierwszy promował ideę, by psychoterapia była czwartą leczniczą modalnością w onkologii – obok chirurgii, chemioterapii i radioterapii.
Tak, jako ich uzupełnienie. Często używał określenia onkologia psychospołeczna lub onkologia umysłu i ciała. I już w 1973 roku zauważył, że konieczne jest, żeby w jego programie uczestniczyli też bliscy chorego – rodzina, przyjaciele. Szybko się okazało, że jest to niezbędne. I natychmiast stało się jednym z wymogów uczestnictwa w programie. Bycie osobą wspierającą nie jest łatwe, ale wiemy, że osoby szkolące się w terapii simontonowskiej same przechodzą transformację, by żyć zgodnie z filozofią TS. Terapeuci simontonowscy, podobnie jak kiedyś Maultsby czy Burns, sami stają się nośnikami procesu terapeutycznego.
To ważne, żeby odczuć na sobie działanie całego procesu. Gdy zacząłem pracować tą metodą w Polsce, jeszcze przed wyjazdem do Stanów Zjednoczonych, wiele osób mówiło: „Och, gdybym wiedział to wszystko dwadzieścia, trzydzieści, czterdzieści lat temu, to moje życie byłoby lepsze”. Ta metoda pomaga ludziom po prostu żyć.
Sama się przekonałam, że choć rozwinęła się w kontekście onkologii, to przydaje się wszystkim. Terapią simontonowską zainteresowałam się pod wpływem opowieści mojej znajomej, entuzjastki Simontona, która, ze swoją siostrą po diagnozie, wybrała się na kilkudniowe warsztaty grupowe prowadzone przez Iwonę Nawarę⁵ w Krakowie. Na kolejne warsztaty zabrała ze sobą drugą siostrę. Powiedziała mi, że wszystkie wyjeżdżały z warsztatów jako inne osoby, że po tym doświadczeniu zupełnie inaczej wyglądają ich relacje w domu, z mężami, z dziećmi. To było dla nich transformujące doświadczenie.
WIESZ, NIE BEZ POWODU ZACZĘŁAM OD RADOŚCI, KTÓRĄ EMANUJESZ, OD TEJ NIEUSTAJĄCEJ GOTOWOŚCI DO ŚMIECHU. NIE OMINIESZ NAJMNIEJSZEJ OKAZJI, ŻEBY ROZEŚMIAĆ SIĘ, PRAWDA?
Tak jest. (_śmiech_)
Otóż zaczęłam od tego, ponieważ w terapii Simontona sporo uwagi poświęca się właśnie radości i zabawie.
Carl Simonton podkreślał, że zabawa i śmiech to nie są zajęcia fakultatywne. To są zajęcia obowiązkowe. Zabawa i śmiech w jego definicji to czynności, które dają nam poczucie radochy. Przy czym radocha to trochę co innego niż radość, a radość to co innego niż przyjemność.
Radość w ujęciu Simontona jest zdecydowanie bliższa starożytnemu greckiemu pojęciu etycznemu, jakim jest _eudaimonia_, natomiast przyjemność jest bliższa hedonizmowi. Radość jest tutaj rozumiana jako emocjonalny wyraz głębszego stanu, a nie jego przyczyna. W TS czynności, które przynoszą nam radość, nazywamy czynnościami witalnymi, niezbędnymi do życia, bez nich życie to tylko egzystencja.
Dlaczego radość jest tak istotna w kontekście zdrowia fizycznego?
Jeszcze zanim się urodzimy, nasz organizm w sposób naturalny usuwa komórki nowotworowe. (Powiemy o tym więcej w kolejnych rozdziałach). Chodzi o to, żeby wspierać te naturalne procesy w organizmie.
W szeroko rozumianym ruchu New Age słyszymy niezmiennie: „Ach, trzeba żyć zgodnie ze swoją naturą”, ale już nikt nie tłumaczy, co to oznacza, jak to się robi. Tymczasem Simonton podsuwa bezcenne narzędzie: Żeby poznać swoją naturę, rób rzeczy, które sprawiają ci autentyczną radość, bo to poczucie radości prowadzi nas do naszej prawdziwej natury i tym samym wspiera zdrowie czy proces zdrowienia.
Takie proste, a takie trudne.
No właśnie. To wydaje się bardzo proste, ale wcale takie proste nie jest.
Co jest znakiem rozpoznawczym autentycznej radości?
Gdy na pierwszym spotkaniu podczas warsztatów TS/BTO uczestnicy mają za zadanie zidentyfikować czynności, które przynoszą im radość, to wiele osób wymienia rzeczy przyjemne. Gdy zrozumiemy, że radość to nie to samo co przyjemność, dzieje się coś ciekawego. Wystarczy, że w grupie zaczynamy się wymieniać tym, co komu sprawia radość, i po chwili pojawiają się uśmiechy, potem śmiech. Energia idzie w górę, ludzie się do siebie zbliżają. Najciekawsze jest to, że słuchanie o czyjejś radości sprawia radość również nam, nawet jeśli sami nie mielibyśmy z tej czynności żadnej przyjemności. Ktoś mówi o pieleniu grządek, ktoś inny o graniu na trąbce i cała grupa się rozjaśnia. Z przyjemnościami tak nie jest. O wielu z nich wolelibyśmy nikomu nie opowiadać, a niektóre najchętniej wymazalibyśmy z pamięci.
Chyba, że kac moralny na to nie pozwoli. (śmiech)
To może się wiązać z dyskomfortem przez dłuższy czas. Tymczasem wszystko, co robimy z radością, zawsze przynosi poczucie sensu i spełnienia. Gdy zachęcamy do spontanicznego opowiadania o czynnościach witalnych i dzielenia się tym z innymi, to dzieje się rzecz niesamowita. Jednym przypomina się, że lubią słuchać muzyki, innym, że do muzyki lubią tańczyć. Ktoś opowiada o tym, jak na niego działa kontakt z naturą, piękno krajobrazu, kto inny mówi, ile frajdy daje mu praca w ogródku. I co jest w tym jeszcze piękniejszego? Już opowiadając sobie o tym w grupie, radość w nas wibruje. Odczuwają ją nawet ci, którzy nie lubią babrać się w ziemi. Dzieląc się swoją radością, dzielimy się czymś głęboko wspólnym wszystkim ludziom, rezonujemy na wspólnych ludzkiej naturze częstotliwościach.
Radość jest zawsze w harmonii z naszą fizjologią, z naszymi wartościami, z naszymi związkami, z tym, co jest dla nas ważne. Przyjemność nie zawsze. I nie chodzi o to, żeby odmawiać sobie wszystkich przyjemności, tylko pamiętać, że możemy się zapętlić w gonieniu za nimi, chociaż nie przynoszą nam spełnienia, które daje radość. A często szkodzą naszemu zdrowiu i relacjom i oddalają nas od tego, co dla nas ważne.Identyfikowanie źródeł szczerej radości to jak słuchanie i dopuszczanie do głosu dziecka w sobie.
Jeżeli w życiu dorosłym chcemy zrozumieć, czym jest autentyczna radość, to niewątpliwie dobrze wrócić pamięcią do tego, co sprawiało nam radość, gdy byliśmy mali, najlepiej jeszcze przed edukacją szkolną. Uważam, że w kwestii naszej prawdziwej natury szkoła nas nie kształci, tylko odkształca.
Więc chcąc poznać naturę człowieka, warto poobserwować dzieci w zabawie. One żyją zdecydowanie bliżej siebie niż my, nawet gdy są poważnie chore. Poobserwujmy, jak są pełne energii i kreatywności, zanim wsadzi się je w szkolne ławki.
System broni się przed naturą dziecka, zamiast ją angażować. Ale może to się kiedyś zmieni. Mówisz, że do tej pierwotnej radości można się dokopać, można ją odzyskać. Dla kogoś, kto ma kilkadziesiąt lat i właśnie został zdiagnozowany, powrót do dzieciństwa to nie lada wyzwanie, może nawet zadanie niewykonalne.
Owszem, dla kogoś, kto nie odczuwał radości od dłuższego czasu, jest to problem. I tutaj zajęcia grupowe, jak te wspomniane powyżej, są nie do przecenienia. Dla osoby, która jest poważnie chora, usłyszeć relację innych osób w podobnej sytuacji, jest dużo bardziej efektywne niż zalecenia najlepszego lekarza, trenera czy psychoterapeuty. Nie oczekujemy, że taka osoba nagle będzie tryskała radością. Próby, jakie podejmuje, większa świadomość, to już jest sporo.
Warto być świadomym momentów, w których odczuwa się radość, warto je zauważyć. Z czasem przybliżymy się do wiedzy o tym, co zwiększa nasze poczucie radości, w jakich sytuacjach się pojawia i w jakim towarzystwie.
Warto też zapytać, pod jakimi warunkami osoba chorująca byłaby skłonna do angażowania się w czynności witalne, i z empatią, łagodnie odkrywać przekonania i postawy stanowiące bariery dla odczuwania radości. Zgodnie z terapią poznawczo-behawioralną, to my sami jesteśmy wytwórcami oraz niszczycielami swojej radości. W pracy z pacjentami pomagamy ludziom to zrozumieć i przyjąć taką postawę w życiu, która bierze się z przekonania, że życie może być radością aż do ostatniego tchnienia.
Mówisz: radocha uzdrawia.
Poczucie radochy to jest wynik dobrej zabawy. I to jest coś innego niż radość. Po angielsku _experience of having fun_. _Joy_ to jest radość. Nie wiedziałem, jak przetłumaczyć słowo _fun_. Uznałem, że „radocha” znaczeniowo jest najbliżej. Oczywiście jedno z drugim się łączy, ale nie jest to to samo. Różnicuję to w odniesieniu do różnych pojęć. W rozumieniu potocznym radocha to po prostu inna radość, więcej radości czy radość do potęgi. Jeśli ktoś mi znajdzie lepsze polskie tłumaczenie słowa _fun_, to natychmiast je zaadaptuję.
Czy człowiek, który z powodu choroby jest smutny, sfrustrowany, zbuntowany, pełen złości, ma mniejsze szanse na wyzdrowienie?
Ależ nie! W Stanach Zjednoczonych, nawet bez żadnych interwencji psychoterapeutycznych 70 procent przypadków dwudziestu najczęstszych nowotworów kończy się wyleczeniem, niezależnie od zaawansowania, to znaczy we wszystkich stadiach choroby. Profesor Jacek Jassem⁶ przytacza dane, że takie wyleczenia dotyczą też 60 procent pacjentów z nowotworami złośliwymi w Polsce.Trzeba również pamiętać, że te statystyki odnoszą się do przeszłości. To są dane opierające się na badaniach, które były robione dziesięć, dwadzieścia lat temu, a w ostatnim dziesięcioleciu liczba nowych leków onkologicznych, które są dużo skuteczniejsze i zdecydowanie mniej toksyczne, jeszcze się zwiększyła. Czy wiesz, ile nowych leków onkologicznych dopuszczono w USA (i pewnie Europie też) w ostatniej dekadzie? Ponad 150. Tak więc prawdopodobnie osoby, które teraz są leczone, mają jeszcze większe szanse na wyzdrowienie.
Statystyka jest zawsze spojrzeniem wstecz. Poza tym statystyki odnoszą się do populacji, a nie do jednostek. A jednostka może zrobić bardzo wiele, żeby zwiększyć swoje szanse na wyzdrowienie czy dłuższe życie. Duża liczba zaawansowanych (czwarte stadium) nowotworów złośliwych jest teraz leczona jak choroby przewlekłe. Postęp jest niesamowity nawet w przypadku jeszcze niedawno powszechnie letalnych nowotworów, takich jak przerzutowy rak jelita grubego, trzustki czy płuca.
Zresztą mój program, oparty na terapii simontonowskiej, nazywa się Beat the Odds, co w wolnym tłumaczeniu oznacza „pokonać statystykę” lub „pokonać przeciwności losu”.
Tymczasem pierwsze, co przychodzi do głowy ludziom po diagnozie i od czego trudno im się uwolnić, to uporczywa myśl: „Pewnie umrę”.
Taka reakcja jest typowa w naszej kulturze: „Rak to wyrok”, „Powolna śmierć w cierpieniach”. To jest nieporozumienie. Niestety.
Albo stety.
Niestety. Bo takie podejście przyczynia się do pogłębienia cierpienia człowieka. W mediach rak jest wykorzystywany do tego, żeby wywołać szok. Tworzy się na ten temat filmy, pisze książki etc., zwykle w najwyższym stopniu dramatyczne. Temat choroby nowotworowej wykorzystywany jest stereotypowo, od lat używa się oklepanych wątków czy narracji.
Zatem jest to błąd już na starcie, do tego powszechny.
Zdecydowanie. I nie tylko w Polsce.
Czy można powiedzieć, że nasz negatywizm wynika z przekonania o tym, jak wygląda i czym się kończy ta choroba. I czy zmieniając swoje przekonanie na temat śmiertelności chorób nowotworowych, faktycznie sobie pomagamy?
Zwróćmy uwagę na coś takiego: z punktu widzenia neurokognitywistyki, czyli „mózgologii” – wiedzy o tym, jak pracuje nasz mózg – my nie reagujemy na to, co się stało, tylko na to, jak oceniliśmy to, co się stało. W nawiązaniu do tej prawidłowości zatytułowaliśmy książkę _ABC_ _twoich emocji_, jaką napisałem z Maxie C. Maultsbym Jr. i Michaelem DeBernardim. Książka pomaga zrozumieć, w jaki sposób emocje wpływają na człowieka, ale pokazuje też, że może być odwrotnie. Wyjaśnia, jak przejąć kontrolę nad swoimi emocjami i myślami.
„A” to jest to, co się stało, „B” to jest to, co myślimy o tym, co się stało, „C” to są nasze reakcje emocjonalne, a „D” to jest nasze działanie, czyli to, co robimy w tej sytuacji. Co ważne, „B” to nie tylko nasze świadome myśli, ale też wyuczone przez wielokrotne powtarzanie, nawykowe, wydawałoby się automatyczne postawy.
My nawet nie wiemy, kiedy nabraliśmy tak negatywnego stosunku do choroby nowotworowej, ale niewątpliwie to zrobiliśmy. I potem, gdy słyszymy diagnozę lub ktoś nam bliski jest zdiagnozowany, to nasza reakcja jest taka, jakiej mimo woli się wyuczyliśmy. Przecież świadomie nie uczyliśmy się, jak reagować na słowo „rak”. Po prostu przesiąkliśmy tym. Przekonania i postawy, których nie jesteśmy świadomi, aktywują się w momencie diagnozy. I nie możemy powiedzieć osobie, która otrzymała diagnozę, że w takim momencie ma odczuwać radość.
Bo jak tu się cieszyć z raka?!
Dokładnie. Chociaż jest taka możliwość. Kiedyś byłem wezwany na konsultacje do młodego człowieka z nowotworem złośliwym. Mógł mieć 26 lat. Wyobraź sobie, że on był zadowolony z tego raka! Dlatego wezwano mnie jako psychiatrę, bo zwykle jestem wzywany jako psychoonkolog. Onkolodzy założyli, że mają do czynienia z pacjentem psychotycznym. On nie przestawał się uśmiechać od momentu diagnozy.
Doszedłeś do źródła tego zadowolenia?
Miał bardzo dobre wytłumaczenie. To był mężczyzna, który zaciągnął się do wojska. Jeszcze przed atakiem na World Trade Center. Uwaga! On był pacyfistą.
Pacyfista zaciągnął się do wojska?!
Pewnie nie wziął pod uwagę, że to się może wiązać z udziałem w wojnie. Pochodził z małego miasteczka, gdzie nie było specjalnie wielu możliwości. Rodzina nie miała finansów nawet na szkołę. Służba w wojsku była jedyną szansą na zrobienie kariery czy choćby ułożenia sobie życia. I nagle Bush szykuje armię do ataku na Afganistan i ten chłopak przeczuwa, że najprawdopodobniej trafi na front. A sumienie mu mówi, że nie powinien walczyć.
Gdy więc dowiedział się, że ma raka, to tym samym wiedział, iż nie będzie wysłany na wojnę. „Nie będę musiał strzelać do ludzi!” Był przeszczęśliwy. Naprawdę uśmiech nie schodził mu z twarzy.
A więc w pewnym sensie ta choroba go uratowała. Nie tylko nie musiał strzelać, ale też nie było już ryzyka, że straci życie na wojnie.
Tak!
Wyzdrowiał?
Nie miałem z nim później kontaktu. Wiem, że czekało go długotrwałe leczenie, ale rokowania były dobre. I na pewno nie trafił do szpitala psychiatrycznego, gdy się wyjaśniło, z czego brała się jego radość. Wyszło na to, że był to jak najbardziej racjonalnie myślący człowiek.
W „A” było „Mam raka”, a w „B” „Dzięki temu nie pojadę do Afganistanu i nie będę musiał strzelać do ludzi” – to było jego myślenie o chorobie. I w „C” logiczną konsekwencją była radość i ulga.Nie ma narkotyku czy środka przeciwbólowego, który by tak szybko działał jak zmiana naszego myślenia. Wyobraź sobie, że w nocy budzi cię jakiś hałas. Myślisz, że to włamywacz, więc truchlejesz ze strachu, ale po chwili sobie uświadamiasz, że dałaś klucze synowi, bo miał przyjechać późno. Oddychasz z ulgą i nawet się cieszysz, że syn jest już na miejscu. Zmiana myślenia i nastawienia, z przerażenia do radości, odbywa się nieraz w ułamku sekundy.
Emocjonalny GPS
Jak tym sterować, jak tym zarządzać, żeby nie poddawać się czarnowidztwu, żeby wywoływać jasne myśli?
Przerzucenie się z bardzo intensywnej negatywnej emocji do emocji pozytywnej lub neutralnej, na przykład do spokoju, jest jak najbardziej możliwe. Tak po prostu działa nasz mózg. Natomiast jeżeli mówimy o chorobie nowotworowej, to w związku z tym, że my naszej postawy wobec niej uczyliśmy się przez długi czas, trudno nam będzie zmienić ją natychmiast. Zazwyczaj w ogóle nie wierzymy, że taka zmiana jest możliwa.
Wiele czytelniczek czy czytelników najprawdopodobniej pomyśli, że to nie ma sensu. I ja to też rozumiem. Ktoś, kto jest głęboko cierpiący, nie może sobie wyobrazić radości. Ale jestem pewien, iż może sobie wyobrazić, że jest możliwe, by cierpieć mniej.
Zatem najpierw trzeba pomóc człowiekowi nauczyć się, jak cierpieć mniej. Dochodzi się do tego etapami. Jak? Trzeba zrozumieć, co wyrażają te negatywne emocje.
Teraz mówi się trudne emocje. Może właśnie dlatego, by ich całkowicie nie deprecjonować?
Emocje są zakorzenione w najbardziej pierwotnym instynkcie, który każda forma życia musiała posiadać, aby przetrwać. Chodzi o zdolność dążenia do tego, co odżywcze, unikania tego, co toksyczne, oraz odnawiania energii poprzez odpoczynek w sytuacjach neutralnych. Ten podstawowy mechanizm nazywamy emocjonalnym GPS-em. Osobnik, który nie miał takiego instynktu albo go ignorował, dość szybko tracił życie.
Z tego pierwotnego instynktu wyłoniły się nasze współczesne emocje. Dzięki rozwiniętej korze mózgowej zyskały one ogromne bogactwo, subtelność i różnorodność nazw oraz odcieni.
Określenia: emocje pozytywne, negatywne i neutralne nie oznaczają emocji dobrych, złych i byle jakich. Wszystkie są nam potrzebne. One pokazują, w jakim kierunku jesteśmy motywowani. Emocje nie mówią nam tylko, jak się czujemy. Pokazują nam, co jest dla nas naprawdę ważne.
Często próbujemy usuwać te trudne czy negatywne, tymczasem one także pełnią ważne funkcje. Mówią nam coś o naszych wartościach. Moja złość, na przykład, motywuje mnie, żeby przeciwstawić się zagrożeniu, gdy moje granice lub wartości zostały naruszone. Złość mobilizuje energię, pomaga się skoncentrować i pokazuje innym, że traktuję daną sprawę poważnie. Zdrowa złość jest emocją moralną, sygnałem, że nie chcę iść na kompromis w sprawach, które uważam za ważne.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersjiPRZYPISY
1 Więcej informacji: www.simonton.pl
2 Więcej informacji: www.beat-the-odds.org
3 Maxie C. Maultsby Jr., _Racjonalna terapia zachowania. Podręcznik terapii poznawczo-behawioralnej_, przeł. Mariusz Wirga, wyd. 3, Żnin 2013.
4 Więcej informacji: www.teamcbt.pl
5 Więcej informacji: www.iwonanawara.com
6 _Droga prof. Jassema przez pół wieku medycyny_, https://www.mp.pl/onkologia/aktualnosci/397569,droga-prof-jassema-przez-pol-wieku-medycyny, dostęp 16 czerwca 2026.