Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Reaktor w kwarantannie - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
31 maja 2026
E-book: EPUB,
29,99 zł
Audiobook
29,99 zł
29,99
2999 pkt
punktów Virtualo

Reaktor w kwarantannie - ebook

Opowieść o cywilizacji, która wie o wszechświecie wszystko to, czego my nie rozumiemy, dysponując jedynie mocno zniekształconymi przekazami starożytnych pism, z Biblią na czele. Na sąsiedniej planecie istnieje cywilizacja połączona z prawdziwym porządkiem Wszechświata. Jej mieszkańcy znają energię, której Ziemia nie rozumie, historię, której ludzkość nie pamięta, i tajemnicę, od której nas odcięto po buncie Lucyfera. Tam władza, technologia i duchowość tworzą jeden system. Jedni kontrolują wiedzę. Drudzy mają służyć i milczeć. Ale gdy pojawia się pęknięcie, zaczyna się bunt, który może obnażyć największe kłamstwo tej cywilizacji. „Reaktor w kwarantannie” to odważna powieść science fiction z metafizycznym napięciem — bez schematów, bez kosmicznej dekoracji, za to z własnym światem, mocnym konfliktem i tajemnicą, która prowadzi prosto do najważniejszego pytania: Dlaczego Ziemia została odcięta od wiedzy o Wszechświecie i jego mechanizmach?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788397415515
Rozmiar pliku: 590 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

DEKLARACJA DOSTĘPNOŚCI WYDANIA EPUB

To wydanie EPUB zostało przygotowane jako publikacja reflowable z logiczną kolejnością czytania, aktywnym spisem treści, semantycznymi nagłówkami oraz tekstową alternatywą dla okładki.

Język publikacji ustawiono na polski. Treść rozdziałów jest tekstowa i może być powiększana przez czytnik. Rozdziały zostały wyjustowane, czyli wyrównane jednocześnie do lewej i prawej.

Publikacja nie zawiera dźwięku, wideo, elementów migających ani interaktywnych mechanizmów wymagających użycia myszy.PROLOG

Idąc ulicą, człowiek nie zastanawia się nawet, jak nienaturalna w rzeczywistości jest jego postawa. Iść na nogach? Z górnymi kończynami niebiorącymi czynnego udziału w tym przemieszczeniu? Które inne zwierzę robi podobnie?

Ta ewidentna anomalia nas nie dziwi. Mało tego – gdybyśmy dostrzegli kogoś, kto odziany w garnitur idzie po ulicy jak pies na czterech „łapach”, to dopiero zaszokowałoby nas na poważnie, mimo że byłoby to bardziej naturalne dla naszej zwierzęcej natury niż spacer na nogach dwóch.

Ale jak tu z czystym sumieniem powoływać się na naturę, gdy niezgodnie z naturą chodzimy już na dwóch nogach co najmniej od dwustu tysięcy lat?

No właśnie.

Po dwustu tysiącleciach ewolucji nasze definicje tego, co dla nas naturalne, dawno już nie uwzględniają naszej typowo zwierzęcej natury. Brzmi to może trochę przewrotnie, bo po co w ogóle wspominać o czymś, po kilkuset tysiącach lat tak dla nas oczywistym, jak chodzenie na dwóch nogach?

Ano, choćby po to, żeby lepiej zrozumieć coś, co dla nas byłoby nie do przyjęcia, a dla naszych sąsiadów z nieodległych zakątków kosmosu stanowi taką samą historyczną oczywistość, jak dla nas spacer na dwóch nogach.

Podział na osobną rasę panów i oddzielny plebs zrodził się na tej planecie przed przeszło trzema setkami tysiącleci. Z prostej więc kalkulacji matematycznej powinniśmy zrozumieć, że jest dla nich półtora raza bardziej naturalny niż dla nas chodzenie.

Tutaj można być Domonitem i nie odczuwać żadnego dyskomfortu, wiedząc, że pracuje się ciężko w pocie czoła całe życie, w czasie, gdy drugi człowiek, zrodzony jako przedstawiciel Ekstorsów, ma wszystkiego w nadmiarze, a ciężką pracą się nie zhańbi nigdy.

Rozpoznać Ekstorsa nie jest trudno, bo jego ciało otoczone jest delikatną, błękitną poświatą, której Domonit nie posiada. Gdy na ulicy coś Ekstorsowi upada, wielkim honorem i zaszczytem dla przechodzącego obok Domonita jest ową rzecz podnieść i podać „koledze”. Płeć i wiek nie mają przy tym kompletnie żadnego znaczenia.

Fabryki, kopalnie, wytwórnie, przetwórnie i inne zakłady produkcyjne to do niedawna były tam wyłączne domeny Domonitów pozwalające im rozwijać się i zarabiać jednocześnie na utrzymanie swoje i swoich rodzin. Nie we wszystkich okręgach administracyjnych tego świata praca była dostępna, lecz, mimo to, nędza i ubóstwo nie były tu powszechne.

Ekstorsi, co prawda, nie potrzebowali tego wszystkiego, by żyć godnie, z uwagi na potężną przewagę technologiczną, jaką posiadali, ale z czasem ona niestety nie rosła ewolucyjnie, a malała.

Ostatnie kilkaset lat wspólnej egzystencji zmusiło Ekstorsów do coraz częstszego zatrudniania Domonitów do pracy na rzecz wytwarzania swoich luksusowych towarów, gdyż nie mogli ich w tak dużych liczbach wytwarzać w sposób dla Ekstorsów do tej pory naturalny.

Historycznie bowiem oba te narody żyły życiem własnym i oprócz zwyczajowej kurtuazji, jednostronnego szacunku i drugostronnej obojętnej akceptacji, nic innego ich nie łączyło.

Do czasu, gdy obie populacje zaczęły się nadmiernie rozrastać, a przewaga technologiczna Ekstorsów, która stanowiła podstawę ich dobrobytu, przestała za rozrostem ich populacji nadążać.

Wtedy Ekstorsi również zaczęli stawiać fabryki i najmować wśród Domonitów pracowników, którzy, pod ich dyktando, wytwarzali w sposób tradycyjny te wszystkie dobra, których nie można było wydrukować z tak zwanej energii wibracyjnej.

Bo na tym właśnie zbudowana była historyczna przewaga technologiczna Ekstorsów. Energia wibracyjna pozyskiwana była przez nich z reaktora umieszczonego w kosmosie, przy pomocy anten Wielkiej Elektrowni Wibracyjnej… (bez numeru).

Właściwości energii wibracyjnej były wszechpotężne. Można było z niej utworzyć każdy rodzaj materii o dowolnych parametrach w specjalnych przetwórniach energetycznych, których kilkanaście zlokalizowanych było w różnych częściach planety. Początkowo z energii wibracyjnej powstawało wszystko. Od paliw płynnych, poprzez programowalne, zmiennokształtne fotele, czy „drewniane” meble, na materii organicznej dla nowoczesnej transplantologii skończywszy.

Niestety od setek tysięcy lat produkcja była stała i mimo wysiłków tysięcy pokoleń naukowców nie udawało się zmusić reaktora do produkcji większej ilości energii wibracyjnej.

Lecz, zanim przejdziemy do sedna, warto wspomnieć o jeszcze jednej różnicy między nimi a nami. Różnicy fundamentalnej, która umożliwiła nie tylko pokojową koegzystencję tych dwóch narodów obok siebie, ale i dogłębną akceptację swojego miejsca w szyku przez naród skazany odgórnie na los gorszy.

Otóż pojęcie „Boga”, tak jak my je rozumiemy, mając do dyspozycji jedynie fragmentaryczne przekazy sprzed kilku tysiącleci, oni rozumieli zupełnie inaczej, gdyż zamiast chaotycznych pism, poskładanych przez ludzi tworzących pasujący im przekaz, mieli oni na co dzień przedstawiciela wszechświatowej administracji, który zawsze był łącznikiem między wyższą inteligencją a nimi.

Namiestnik, bo tak się go tu tytułuje, był z nimi od zarania dziejów. Był od tak dawna, że nawet najstarsze wzmianki w światowej literaturze i dokumentach historycznych nie sięgają początków jego historii. Przyjmuje się więc, że był on „od zawsze”.

I wszystkie decyzje o podziale na owe dwa narody i o przewadze technologicznej Ekstorsów to wszystko również Jego Wola, którą powszechnie się tu respektuje, nikt jej nie kwestionuje i nigdy w historii jeszcze nie kwestionował.

Nawet wtedy, gdy przy ciągle rosnącym deficycie produkcji w wielkiej Elektrowni Wibracyjnej Ekstorsów obiekt ów otrzymał, z Woli Namiestnika, kolejny człon nazwy: „Nr 1”.

Była to innowacja bardzo dziwna dla zarządzających Narodem dygnitarzy Ekstorsów, bo logika nakazywała przewidywać, że jak coś jest nazywane elektrownią numer jeden, to siłą rzeczy w powietrzu wisi budowa elektrowni numer dwa.

Tylko po co, skoro Jedynka, mimo swoich o wiele większych możliwości, nie jest w stanie wycisnąć z reaktora dodatkowej produkcji? Czy rozlanie tej samej ilości paliwa do dwóch baków spowoduje, że pojazd zajedzie dalej?

Rzeczywistość okazała się jednak jeszcze bardziej dziwaczna, gdy z Woli Namiestnika Elektrownię Wibracyjną Numer Dwa zbudować mieli dla siebie… Domonici.

Taka niespodziewana promocja tego nieuprzywilejowanego historycznie Narodu była zdumiewająca dla Ekstorsów. Wola Namiestnika pozostawiła im przywilej zarządzania tym nowym tworem. Dyrektorem generalnym Elektrowni Wibracyjnej Numer Dwa mógł być tylko Ekstors, ale już cały kilkuosobowy Zarząd stanowić mieli Domonici.

Domonitom nie wolno było pozyskiwać tej najwartościowszej formy energii wibracyjnej, przeznaczonej historycznie dla Ekstorsów. Przy ograniczonych możliwościach reaktora spowodowałoby to tylko zredukowanie o połowę produkcji Ekstorsów, co wywróciłoby do góry nogami ich świat, i tak ze stulecia na stulecie cierpiący coraz większy deficyt owej energii.

Zresztą konstrukcja ich elektrowni była specjalnie tak wykonana, że sama próba przestrojenia urządzeń, by tę częstotliwość pozyskać, powodowałaby groźny rezonans anten odbiorczych ze stropem budynku. To, w zamyśle inżynierów nadzorujących budowę, zabezpieczało również fizycznie Ekstorsów przed zapędami nieuprzywilejowanych „przyjaciół”.

… o ile było prawdą.

Domonici mieli szukać własnych rozwiązań i pracować nad uzyskaniem własnych częstotliwości zdatnych do przetwarzania na własny użytek.

Po kilkudziesięcioleciach badań taką częstotliwość w końcu znaleźli. Stanowiła ona mniej więcej jedną czwartą produkcji Ekstorsów, a pozyskiwana przez nich energia nie nadawała się ani do produkcji paliw, ani dla potrzeb medycznych.

Postawiono więc na zastąpienie drewna, drukując wszelkie możliwe elementy drewniane, by zredukować rabunkową gospodarkę drewnem i ograniczyć w ten sposób wycinanie zielonych płuc planety.

Ale – jak nietrudno się było domyśleć – i w tym przypadku produkcja była stała, niezależnie od wysiłków kolejnych pokoleń naukowców.

Domonici z biegiem czasu tracili cierpliwość do blokującego wszelkie odważniejsze badania naukowe dyrektora generalnego ich elektrowni. Coraz powszechniejsza stawała się opinia, że Ekstorsi wrzucili im swoistą kotwicę, która ma blokować wszelki możliwy postęp.

A Ekstorsi kompletnie przestali rozumieć sens powstania konkurencyjnej dla nich elektrowni. Doszły do tego obawy, że tysiącletnia stagnacja w ich badaniach zostanie w którymś momencie ośmieszona przez naukowców Domonitów, którzy odkryją coś, co w ogóle postawi znak zapytania dla ich tradycyjnej pozycji w tym świecie.

Kombinacja obaw i frustracji z obu stron zagęszczała z dziesięciolecia na dziesięciolecie atmosferę wzajemnego niezrozumienia, czyli czegoś, co historycznie nigdy w przeszłości nie występowało na tej planecie.

A kością niezgody była właśnie Elektrownia Wibracyjna Numer Dwa, której sens powstania był dla nich wszystkich równie głęboko ukryty.ROZDZIAŁ 1 – ZAPOROWA KARA

Profesor Mo spojrzał spode łba na swojego pochlapanego krwią studenta, któremu policjant zdejmował właśnie kajdanki. Był środek nocy. To niestety nie pierwszy przypadek w dziejach uczelni, gdy policja dostarcza dyrektorowi podopiecznego o takiej porze.

To się już kiedyś wydarzyło w trzydziestoletniej historii placówki.

A dokładniej – miało to miejsce raz, kilka miesięcy wcześniej. I był to ten sam student.

Policjant odwiesił kajdanki na zaczep w pasie swojego umundurowania. Zapiął je i skłonił lekko głowę w stronę dyrektora Wyższej Uczelni Energetyki Wibracyjnej Domonitów.

– Dziękuję, panie oficerze – odezwał się dyrektor.

– Taka praca – odpowiedział policjant i opuścił pomieszczenie.

Odgłos zamykanych drzwi był niczym gong rozpoczynający ponurą ciszę, której ramy czasowe były bliżej nieznane dla jej mimowolnych kontemplatorów.

Lon spojrzał przelotnie na dyrektora, lecz, dostrzegłszy jego piżamę w matematyczne wzory, na szybko przykrytą płaszczem, wolał wbić wzrok gdzieś poza przełożonego, by nie wybuchnąć niestosownym śmiechem.

Terapeutyczna cisza trwała i trwała, trochę dziwiąc studenta. Miał ostatnio postawione ultimatum, więc w obecnej sytuacji nie spodziewał się nauk moralnych, a po prostu usunięcia z tego elitarnego grona młodych geniuszy, wyselekcjonowanych w procesie rekrutacji spośród kilkudziesięciu tysięcy kandydatów na jedno studenckie miejsce.

Profesor Mo siedział za swoim biurkiem i bez słowa przyglądał się mu z miną, w której próżno by szukać jakichkolwiek wskazówek co do dalszego przebiegu tego dziwacznego spotkania.

Trwało to do momentu, gdy i stary profesor zorientował się, że formuła ciszy się wyczerpała, a jego podopieczny nie przeprowadza jednak żadnych skomplikowanych operacji na swoim studenckim sumieniu.

– Dużo wypiłeś? – spytał obojętnie.

– Za nasz żołd nie da się dużo wypić – odpowiedział student.

Profesor pokiwał głową z udawanym zrozumieniem i rozparł się wygodnie w swoim dyrektorskim fotelu.

– Obiecałem ci, że cię wywalę na zbity pysk, gdy sytuacja z rozróbą w jakiejś miejskiej spelunie się powtórzy – przypomniał. – I widzę, że nie tylko jesteś na to gotowy, ale wręcz oczekujesz na to z niecierpliwością.

– Profesor raz powiedział, rzecz święta. Z czym tu dyskutować? – powiedział student, udowadniając, że skromny żołd wystarcza jednak, by nieco język splątać.

Mo skrzyżował przedramiona na piersi i… uśmiechnął się lekko, co ewidentnie nie pasowało do obecnej sytuacji.

– Cholera! – zaklął pod nosem. – Mam tu na uczelni najbardziej wypieszczonych geniuszy świata. Potomstwo bogaczy, hodowane w nieustającym procesie wzmożonej nauki. Niektórzy tatusiowie i mamusie od dzieciństwa wtłaczają w mózgi swoich dzieci podprogowe przekazy naukowe. Nawet w czasie ich snu do ich podświadomości leją się ze specjalnych urządzeń książki, księgi, encyklopedie i wszelka inna wiedza naukowa. Od przedszkola zbierają punkty, olimpiady, kursy, indywidualne nauczanie na poziomie… niewyobrażalnym dla takiego reliktu przeszłości jak ja. Czy ty wiesz, ile jest samobójstw na świecie z tego tytułu, że dzieciaki nie nadążają za wymaganiami swoich nawiedzonych starych? Wiesz, że w wieku dwudziestu lat dla kilkuset tysięcy tych geniuszy kończy się świat, bo nasza uczelnia nie jest w stanie ich przyjąć?

– To straszne – burknął Lon bez cienia zainteresowania.

Mo po raz drugi się uśmiechnął.

– I mamy też ciebie – zauważył z przekąsem. – Sierotę, wykupionego z przytułku przez jakiegoś psychopatę, który marzył, żeby wyhodować sobie zawodnika do walk w klatkach. W czasie, gdy niemal każdy nasz przyszły student wtłaczaną miał wiedzę do głowy, ty ten swój łeb miałeś obijany na ringach.

– Chodziłem też do szkoły – zauważył Lon, nie chcąc, żeby to istotne spostrzeżenie uciekło.

– Tak. Do powszechnej – powiedział Mo z udawanym przejęciem. – Przyznam, że spośród setek tysięcy podań, jakie spływają do naszych ośrodków rekrutacyjnych na całym świecie, przedstawiają mi nie te najlepsze, bo to byłoby trudne do wyłapania, a zwykłe ciekawostki, typu na przykład… dziewczyna, która już w wieku lat dziewięciu stworzyła mini przetwornik energetyczny niwelujący mankamenty, jakie posiadał od lat oryginał pracujący w przetwórni energetycznej, czy… Lon, bestia z klatki, niekwestionowany mistrz świata wszech wag… dwudziestoletni zaledwie młokos, który jak dzikie zwierzę rozwala potężnych mężczyzn, największe sławy tego ohydnego pseudo-sportu.

Lon obojętnie wzruszył ramionami.

– To pana profesora oszukano, bo tego w ogóle nie pisałem w swoim podaniu.

– Tak. Nie pisałeś… napisałeś, że zająłeś pierwsze miejsce w… konkursie wiedzy o energetyce wibracyjnej, organizowanym przez burmistrza miasta… o ile pamiętam.

– Przez Zarządcę Okręgu, panie profesorze! – poprawił student, zniesmaczony próbą tak wielkiego zmniejszenia jego największego osiągnięcia w omawianej dziedzinie.

Mo niedbale machnął ręką.

– Zrobiło to na mnie duże wrażenie w zestawieniu z faktem, że większość naszych kandydatów miała po kilka segregatorów osiągnięć naukowych… Dlatego zrobiłem wielkie oczy, jak zobaczyłem twoje nazwisko w gronie wyselekcjonowanych spośród kilkuset tysięcy, zaledwie stu naukowców z najwyższymi wynikami egzaminów wstępnych. Połowę z nich musiałem odrzucić i była to moja subiektywna decyzja. To wybór pięćdziesięciu procent najładniejszych diamentów spośród zbioru niemal identycznych błyskotek. Ciebie… niestety nie odrzuciłem!

Lon pokiwał głową. Znowu nastała dłuższa chwila ciszy. Profesor Mo w końcu podparł się dłońmi o biurko i nachylił w jego stronę.

– Powiedz mi… – poprosił cicho – czy to właśnie był ten moment, w którym popełniłem błąd?

Student zaprzeczył niemo, kręcąc głową. Dopiero po kolejnej dłuższej chwili ciszy wyjaśnił:

– Jakieś trzydzieści lat wcześniej, jak na mój poobijany rozum.

Dłonie profesora odkleiły się od blatu biurka i na powrót spoczął on głęboko w swoim fotelu.

– Trzydzieści lat temu? Jak zakładałem tę elitarną uczelnię? – spytał.

Lon westchnął ciężko.

– Elitarna uczelnia… wypasione małolaty z łbami jak encyklopedie… – zaczął bez owijania w bawełnę – To taka samonapędzająca się machina samozadowolenia z braku jakichkolwiek efektów. Na cholerę komu ta uczelnia, ta cała energetyka wibracyjna? Dostaliśmy to jako jakąś popieprzoną nagrodę pocieszenia… nie wiem.

– Miarkuj się! – oburzył się profesor.

– Od setek tysięcy lat żyjemy w dwóch hermetycznych światach. Elity, Ekstorsi ze swoją wielką elektrownią wibracyjną, gdzie pozyskują energię i ją przerabiają na wszystko. A w drugim żyjemy my, Domonici, plebs, który nie ma tej technologii. Mija… nie wiem… sto tysięcy lat? I nagle plebs dostępuje zaszczytu zbudowania własnej elektrowni wibracyjnej… I stoi ona już od ponad półwieku, produkujemy jakieś nieistotne ochłapy, ale się podniecamy, że największe mózgi szkolimy, że największa elita Domonitów pierdzi po nocach, żeby nadmiar wiedzy, szukając ujścia, łbów im nie porozsadzał… i… co?

– … do czego zmierzasz?

– Skusiła mnie ta… elita plebsu. Najwyżsi z najniższych, co sami stawiają się na piedestale, by pokazać światu swój marazm i bezwład. Spójrzcie wszyscy, jakie my doskonałe! Spośród miliardów wybieramy swoją ścisłą czołówkę, która najsprawniej z nas wszystkich nie robi nic!

Profesor pokręcił głową z uznaniem.

– Twarde słowa – przyznał. – Ale skoro wiesz, jak nie powinno być, to masz też jakiś alternatywny pomysł, jak być powinno?

Lon wzruszył ramionami.

– Jak co być powinno? – spytał. – Pozwolili nam postawić elektrownię wibracyjną. Postawiliśmy. Pozwolili nam czerpać energię z ich reaktora, tylko nie o tej częstotliwości wibracyjnej, na której sami pracują, bo dla nich zabraknie. Czerpiemy więc jakieś niskiej jakości wibracje, które są drastycznie mniej wydajne niż energia wibracyjna Ekstorsów i udajemy, że to kiedyś zaspokoi wszystkie nasze potrzeby, choć ich potrzeb wysokowydajne wibracje już od dawna nie zaspokajają. Czy tylko ja widzę w tym wszystkim jakiś bezsens?

– Czyż nie po to powstała nasza uczelnia, by szukać nowych rozwiązań?

– Nowych… ale jakich? Kilkadziesiąt tysięcy lat temu, gdy istniały jeszcze państwa, które naparzały się regularnie ze sobą i regulowały w ten sposób liczbę światowej populacji, energia wibracyjna Ekstorsów zaspokajała wszystkie ich potrzeby. Dzisiaj kataklizmy naturalne nie nadążają z regulacją naszej populacji. Elity kupują od nas prąd, ciepło i wiele innych rzeczy, na których produkcję nie mogą sobie pozwolić z przerabiania energii wibracyjnej, bo jej im nie starcza. Reaktor ma swoją maksymalną wydolność. Wiesz pan, panie profesor, że córka gubernatora naszego okręgu umiera po ciężkiej chorobie, bo elektrownia wibracyjna Ekstorsów ma dla niej wydrukować z energii wibracyjnej kilka narządów… dopiero na koniec przyszłego roku?

– Taką mają kolejkę?

– Nie! Podejrzewam, że to po znajomości… A pan pyta, skąd przypuszczenie, że my, startując z o wiele liczniejszą populacją i kilkukrotnie mniejszymi możliwościami, zmienimy coś kiedyś fundamentalnie? Toś pan wart tych swoich prymusów, a oni takiego szefa… mnie proszę łaskawie zwolnić z konieczności dalszego oglądania tej farsy!

Mo podniósł się zza swojego biurka, obszedł je i sięgnął po krzesło, które stało obok.

– Siadaj – nakazał.

Student chciał coś powiedzieć, lecz ostatecznie nie wyartykułował żadnego dźwięku, posłusznie siadając na podanym krześle. Czekał.

Profesor Mo pospacerował chwilę wzdłuż swojego biurka i powoli usiadł za nim ponownie.

– Widzisz, Lon – zaczął powoli. – Pewnie jesteś przekonany o swojej wyjątkowej przenikliwości, że tylko ty dostrzegasz pewne rzeczy, których inni nie widzą… Nie powiem. Twój osąd jest z grubsza prawidłowy. Z grubsza… bo brakuje w nim konkretów, których znać nie możesz.

– Na przykład jakich?

– Na przykład takich, jaki jest nieznany nam wszystkim plan Namiestnika, który zakłada, że ni stąd, ni zowąd powstaje nagle druga elektrownia wibracyjna, która ma pracować dla nas, a zarządzana ma być przez nich. Nie ma to przecież sensu z logicznego punktu widzenia.

– Po raz pierwszy się zgadzamy. Zwłaszcza że na dyrektora generalnego wybiera się największego idiotę, jakiego można sobie wyobrazić.

Mo znowu wysłał Lonowi spojrzenie pełne dezaprobaty.

– Nie zapominaj się. Mówisz o czcigodnym Ekstorsie. Sam fakt, że należy do elit, jest wystarczającą przesłanką, by wypowiadać się o nim z należnym szacunkiem.

– Tak – przyznał chłopak. – Szacunek do jego kotwicznych właściwości byłby zrozumiały, gdyby rozmawiało dwóch obiboków spod budki z piwem. A my jesteśmy tą napompowaną elitą, która drepcze od lat w miejscu, będąc ofiarą tej ekstorskiej kotwicy.

– A gdyby dyrektorem takim został jednak ktoś z naszej sfery społecznej? – spytał znienacka Mo. – Myślisz, że coś by to zmieniło?

Student zaśmiał się. Tego typu dywagacje były równie mądre, jak takie o sympozjum naukowym, gdzie prelegentem mieliby zrobić noworodka. Wszystkie zabezpieczenia produkcyjne, cały proces przechwytywania energii wibracyjnej z reaktora oparty był na dyrektorze posiadającym poświatę, jak każdy przedstawiciel elit.

Dodatkowo w poświacie owego dyrektora wtłoczony był zaszyfrowany, elektroniczny klucz, który był konieczny do zatwierdzania każdej ważniejszej decyzji. Nie dałoby się na takim stanowisku posadzić przedstawiciela Domonitów, choćby z przyczyn czysto technicznych.

– W takim przypadku elektrownia zaoszczędziłaby znacznie na personelu. Taki dyrektor mógłby już sam jechać na szmacie i pucować swój gabinet – wyjaśnił Lon obojętnie.

Mo nie odzywał się. Spoglądał nadal na swego studenta wyczekująco.

– A skąd w ogóle taki temat? – spytał student. – Wierzy profesor, że nagle Namiestnik powierzy całkowicie nam tę elektrownię?

Profesor uśmiechnął się tajemniczo.

– Nie wiem, czego chce Namiestnik, ale… pewnie się tego dowiem.

Lon spojrzał na staruszka ze zdumieniem. Rozmawiali o decyzjach Namiestnika.

– Co to znaczy: „pewnie się tego dowiem”? – spytał.

Mo zagłębił się w swój dyrektorski fotel i skrzyżował ręce na swoim brzuchu.

– Dlatego w ogóle rozmawiamy – powiedział. – Gdyby nie nowe perspektywy, które zawisły ostatnio w powietrzu, wywaliłbym cię na zbity pysk. Ale niestety potrzebuję ludzi mocno stąpających po ziemi, którzy potrafią logicznie i jednocześnie nieszablonowo myśleć.

Student zdumiał się jeszcze mocniej.

– „ Lon”, brzmi znacznie krócej – wydusił zaintrygowany. – Tak pan profesor owija w bawełnę, że nawet przy nieszablonowym myśleniu sens pańskich słów wydaje się bezpiecznie ukryty.

Profesor wzruszył ramionami.

– Nie wiem, jakie są zamiary Namiestnika – powiedział. – Ale na pewno dla nas przełomowe, skoro postanowił przyjąć na audiencji Dyrektora Wyższej Szkoły Energetyki Wibracyjnej Domonitów. – powiedział, nie owijając dla odmiany w bawełnę.

Lon patrzył przez chwilę niemo, po czym zaczął intensywnie się zastanawiać, czy mu czegoś do piwa nie dosypano.

– W naszej historii nie było jeszcze przypadku, żeby Namiestnik komunikował się z kimkolwiek innym, spoza Rady Naczelnej – zauważył ostrożnie.

Staruszek nie odezwał się.

Chłopak niemo analizował to, co przed momentem usłyszał. Mo nie wyglądał na wariata, schizofrenika czy staruszka zaatakowanego nagle pierwszymi symptomami demencji starczej. Mimo to… gadał jakieś głupoty. Domonit… na audiencji u samego Namiestnika?

– Zgubiłem się… – wyznał. – Pan… Profesor Mo… ma szykować się do audiencji u…

Profesor spojrzał na niego z ironią w oczach.

– Nie – wyjaśnił. – Moje nazwisko nie padło. Do audiencji ma się szykować nie Dyrektor Generalny Elektrowni Wibracyjnej Numer Dwa, nie Akumulat, nie Technik produkcji, czy Kreator Strumienia z tej elektrowni, a właśnie dyrektor Wyższej Szkoły Energetyki Wibracyjnej Domonitów!

Te słowa były niczym cios, który tej nocy doszedł do Lona bynajmniej nie w czasie bójki w lokalu na mieście, a właśnie tu, w gabinecie staruszka.

To przecież wywracało do góry nogami wszystko to, o czym do tej pory rozmawiali.

Mo podniósł się ze swojego fotela, dając do zrozumienia swojemu rozmówcy, że są to końcowe akordy ich nocnego spotkania.

– Jesteś zbyt inteligentny, żeby z własnej woli zrezygnować z udziału w tym całym energetycznym przedsięwzięciu – powiedział. – I, tak jak i ja zresztą, jeszcze teraz zbyt głupi, żeby znać zamiary Namiestnika wobec naszej sfery społecznej. Ale my te zamiary już niedługo poznamy. Z tobą na pokładzie lub bez.

Student wstał, wyraźnie przejęty słowami profesora.

– Niewolników nie potrzebuję – zakończył Mo obojętnym tonem. – Jutro masz dwie opcje: Jak alkohol i rozróby są dla ciebie ważniejsze, spakuj się i wyjazd, albo o ósmej rano czekasz pod moim gabinetem na najbardziej upierdliwą karę, jaką nawet w najgorszych koszmarach nie jesteś w stanie sobie wyobrazić… Wybór należy do ciebie.

Na tym jego nocna wizyta w gabinecie dyrektora się niespodziewanie zakończyła i pora była wracać do studenckiego koszarowca. Mo i tak zachował się bardzo nietypowo, bo za pierwszym razem w ogóle nie chciał rozmawiać przed wytrzeźwieniem delikwenta.

Lon opuścił pospiesznie budynek dydaktyczny i skierował się do swojego uczelnianego domu pełniącego tę funkcję już od czterech lat. Nie miał rodziny ani nikogo, kto gdzieś za tymi koszarami studenckimi czekałby na jego powrót. Po tragicznej, samobójczej śmierci swego opiekuna prawnego, nie miał już dosłownie nikogo i sam się sobie nieraz dziwił, dlaczego utrata poczucia sensu tego, co aktualnie robi, kieruje go do tak irracjonalnych posunięć.

Zapowiedź audiencji dla przedstawiciela Domonitów to była chyba jeszcze większa sensacja niż niespodziewana decyzja Namiestnika sprzed ponad półwieku powołująca do istnienia elektrownię dla Domonitów. Działy się rzeczy bez precedensu w całej ich historii ewolucji.

Gdyby profesor Mo zrobił to, co obiecał, że zrobi „następnym razem” – siedziałby teraz na przysłowiowych walizkach za szlabanem odgradzającym uczelnie od świata. Czy to naprawdę byłby najlepszy i jedyny pożądany rodzaj życiowego kopa, który miałby rozpocząć kolejny rozdział jego życia?

Tak mu się niestety wydawało zawsze po alkoholu.

Przy stoliku dyżurnego, ustawionym zaraz przy wejściu na piętro korytarza, wzdłuż którego były wejścia do ich dwuosobowych kwater, spał Ksen, chrapiąc tak głośno, że z pobliskiej sali dolatywały zniecierpliwione, zaspane przekleństwa studentów, których ten potworny hałas budził.

Lon delikatnie trącił go łokciem. Zrobiło mu się żal kolegów usiłujących spać w swoich kwaterach. Ksen rozpaczliwie zaciągnął powietrze jak silnik, w którym nagle wszystkie podzespoły się pourywały.

– Jasny gwint!!! – wrzasnął ktoś nerwowo z sąsiedniej sali.

Lon ostrożnie minął kolegę i powoli skierował się do swojego pokoju, który był na szczęście pusty w czasie, gdy Ksen wysypiał się w innym miejscu.

Czas, po którym dyżurny znowu zacznie chrapać, wypełniała, póki co, nocna cisza. Gdzieniegdzie słychać było tylko delikatne skrzypienie sprężyn w ich żelaznych, prostych łóżkach.

Lon chwycił za klamkę i delikatnie ją nacisnął, chcąc po cichu dostać się do pokoju.

Huk spadającego za drzwiami taboretu zastąpił nagle nocną ciszę. Chłopak spiął się cały w sobie. Jeszcze tylko tego mu brakowało, żeby pobudzić wszystkich w środku nocy.

Od strony stolika dyżurnego, przyspieszonym krokiem, zmierzał w jego stronę obudzony hukiem Ksen. Był zaspany, na twarzy miał odciśnięte ślady własnych palców, ale cieszył się, jak dziecko, które zastawiło najbardziej wyrafinowaną pułapkę.

– To mój alarm, żebym nie przegapił twojego powrotu – objaśnił głośnym szeptem, ukazując swoje ucieszone uzębienie.

– Wszystko spadło? – spytał zaciekawiony, sam uchylając mocniej drzwi do ich pokoju.

Wcześniejszy huk jednego spadającego taboretu był niczym w porównaniu z hukiem spadania całego stosu taboretów, jaki najwidoczniej stanowił główny trzon alarmu Ksena. Musiał je zebrać zarówno ze świetlicy, jak i ze wszystkich studenckich kwater. Taborety spadały i spadały, jakby ich liczba nie miała końca.

Z okolicznych sal zaczęli wylatywać zaspani i przerażeni studenci, niewiedzący, czy to budynek się wali, czy inny kataklizm nawiedził znienacka ich strony.

Żarty Ksena często miewały kaliber najcięższy z możliwych.

– Tak. Wszystko spadło! – wyjaśnił Lon, maksymalnie wnerwiony, gdy huk się wreszcie skończył.

Ksen zarechotał tak głupowato, że żaden z obudzonych nawet już nie próbował czegokolwiek mu tłumaczyć.

– Idę spać! – zakomunikował Lon. – Jak przez sen usłyszę twoje chrapanie albo jakikolwiek taboret…

– Nie martw się. Wszystkie są tutaj – objaśnił Ksen z radością.

Matematyczny geniusz, przybyły z drugiej półkuli globu, był tak oderwany od prozy dnia codziennego, że prawdziwą rzeczywistość trzeba by mu chyba tłumaczyć w systemie matematycznego programowania komputerowego, żeby cokolwiek zrozumiał.

Jedyną nietypową pasją, jaką gość miał, była… zwykła motoryzacja, co wśród młodych geniuszy naukowych również nie przysparzało mu za wielu przyjaciół. Lon był chyba jedynym, który z tytułu wspólnego dzielenia pokoju, zmuszony był wysłuchiwać jego motoryzacyjnych zachwytów i odcyfrowywać jego wypaczone pojmowanie uczelnianej rzeczywistości.

– Drzwi! – wymamrotał Lon i padł na swoją pryczę.

Gdy nazajutrz po porannym posiłku – zgodnie z poleceniem dyrektora – znalazł się pod drzwiami jego gabinetu, sekretarka natychmiast poprosiła go do pomieszczenia, zamykając za nim w pośpiechu drzwi. Widać, że był to główny punkt poranka. Przynajmniej dla niej.

Mo siedział za swoim potężnym, dyrektorskim biurkiem i przyglądał mu się bardzo uważnie. Za nim na ścianach wisiały liczne odznaczenia i dyplomy, wśród których najbardziej dostojnym dokumentem była, oprawiona w złotą ramę, licencja na badania naukowe, wydana przez samego Ministra Energetyki Wibracyjnej.

W świetle dziennym ta ściana dodawała jeszcze większego prestiżu sile napędowej Domonitów w dziedzinie energetyki wibracyjnej.

– Czyli co? – spytał. – Wybrałeś jednak karę, zamiast odwrotu?

– Niech pan profesor nie żartuje – przyznał Lon ze wstydem. – Ta informacja o audiencji spowodowała, że wszystko to, co mówiłem, stało się nagle nieaktualne.

– Jeszcze możesz zmienić swoją decyzję – obiecał dyrektor, sięgając do przepastnej szuflady swojego biurka.

Wyjął z niej gruby tom, oprawiony w twardą okładkę z logo Wyższej Szkoły Energetyki Wibracyjnej i bezceremonialnie rzucił na blat.

Grawitacja zrobiła swoje. Dzieło runęło z takim hukiem, jakby spadło z sufitu na podłogę.

– Przepiszesz to – powiedział beztrosko dyrektor.

Lon wsadził sobie palec w oko, chcąc niezdarnie przeczesać włosy dłonią. Alkohol już wprawdzie odparował, ale organizm miał jeszcze wiele pracy, by przywrócić utraconą wcześniej równowagę.

– Profesor raczy żartować… – jęknął.

– To jest praca dyplomowa mojej najlepszej studentki. Zamiast chlać na mieście, po prostu będziesz ją wieczorami przepisywał – powtórzył Dyrektor. – Udowodniłeś, że nie mogę ci ufać, więc potraktuję cię jak gówniarza, dla którego jedynym ratunkiem jest pozbawienie dostępu do zachcianek. Jak skończysz przepisywać, może pozwolę ci obejrzeć ludzi za bramą koszar, ale też w takich godzinach, żebyś do żadnej speluny nie trafił.

– Wtedy będę już za stary, żeby gdziekolwiek wychodzić – zauważył Lon.

Chwycił tomisko i otworzył. „Encyklopedia” kończyła się na stronie trzysta dwudziestej. Z prostej i szybkiej kalkulacji wychodziło, że… nie da się tego wykonać w jakimś rozsądnym i akceptowalnym czasie. Profesor Mo nie przesadził, zapowiadając karę niemożliwą wręcz do wyobrażenia.

– Ja pierdolę… – jęknął student.

– Zachowuj się! – profesor pogroził mu palcem.

– Czyli, żebyśmy byli precyzyjni… – kombinował Lon, przewracając ciężkie tomisko na stronę pierwszą – Mam przepisać pracę dyplomową pana najlepszej studentki… nazywa się Ika… dobrze rozumiem?

– Co można tu źle zrozumieć? – profesor rozłożył bezradnie ręce.

– Ja rozumiem dobrze, tylko żeby pan profesor też tak samo dobrze rozumiał zadanie, jakie sam postawił.

Lon wziął ciężkie tomisko pod pachę i skierował się do wyjścia, pozostawiając przełożonego z grymasem bólu na twarzy.

Profesor jeszcze chwilę dumał, czy tak postawione zadanie nie zawierało jakiegoś niedopowiedzenia, które da furtkę ofierze, ale w końcu machnął ręką i zajął się swoimi codziennymi obowiązkami.

Cała beznadzieja sytuacji stanęła przed Lonem w całej swej okazałości dopiero wieczorem w uczelnianej czytelni. Tam postanowił wykonać wyrok, obawiając się, że próba przepisywania ponad trzystu stronicowego manuskryptu we własnym pokoju pozbawi już to miejsce na zawsze jakichkolwiek cech domowego azylu.

No i gdzie, jak nie tutaj, mógł bez starań własnych natknąć się niespodziewanie na samego autora tego wiekopomnego dzieła?

W pierwszym momencie poczuł zaskoczenie, gdy uświadomił sobie, że to musi być właśnie ona. Stawiałby na każdą inną, ale nie na nią. Dziewczyna przypatrywała mu się chwilę ze zdumioną miną i nieśmiało wystawionym palcem, który zdawał się wskazywać papierowe monstrum.

To był chyba pierwszy przypadek, gdy widział ją bez jej wiecznie dopiętego do twarzy uśmiechu. Kompletnie nie miał zaufania do tak urodziwych dziewcząt z przypiętym niejako, nieodłącznym uśmiechem, zdradzającym – jak powszechnie uważano – całkowity przerost urody nad intelektem.

– Co? – spytał Lon rzeczowo, nie mogąc się doczekać werbalnej części dziewczęcego zdumienia.

– Skąd to masz? – wymamrotała niewysoka, szczupła brunetka.

– Mam ciężką rękę – wyjaśnił. – Jak piszę, to stół się rusza, więc dali mi taki obciążnik.

Palec wskazujący schował się w zaciśniętej dziewczęcej pięści. Ale tłumaczenie chyba nie wyjaśniło jej zbyt wiele, bo zdumienie nie zniknęło z jej twarzy.

Przez chwilę sprawiała wrażenie, że przejdzie nad tym zdarzeniem do porządku dziennego i pójdzie w swoją stronę. Zatrzymała się jednak tak samo szybko jak ruszyła.

– To jest praca… jeszcze nie obroniona – zauważyła. – Nie powinna być w obiegu… kto ci ją dał?

Lon zamknął gwałtownie tomisko, co zmiotło ze stołu siłą podmuchu powietrza jego czystą kartkę.

– Nie wierzę! – wyznał, przymykając teatralnie oczy.

– W co… nie wierzysz? – spytała dziewczyna.

– Jesteś… ładna… zgrabna, śliczna, sympatyczna… A ja myślałem, że jak już przyjdzie mi cię spotkać, zobaczę… typowego książkowego mola w okularach z szyby pancernej… To naprawdę ty napisałaś tę kobyłę?

Dziewczyna nieśmiało rozejrzała się na boki.

– A ty nie zaskoczyłeś mnie ani trochę – wyznała, otrząsając się w końcu ze zdziwienia. – Od razu, jak zobaczyłam swoją pracę przy tobie, odgadłam, że ona tylko stół stabilizuje.

Lon ponownie przymknął oczy. Mijali się na szkolnych korytarzach wiele razy i ten jej nieodłączny uśmiech, w połączeniu z jej urodą, raczej zawsze go odstraszał. W tych kwestiach posługiwał się dość stereotypowym odczuciem, że uroda najczęściej zastępuje mądrość.

– Do tego inteligentna, dowcipna i nawet uroczo złośliwa. – jęknął. – Jak będę wnukom opowiadał, jak pierwszy raz spotkałem ich babcię, w życiu mi nie uwierzą… Siadaj!

Dziewczyna po raz kolejny przeskanowała wzrokiem półpustą czytelnie, ale ciekawość chyba wzięła górę. Usiadła na krześle obok.

– To nawijaj, zanim wnuki zaczną wrzeszczeć – zaproponowała, wbijając wzrok w okładkę swego dzieła.

Lon wzruszył ramionami i zrobił niewinną minę.

– Mam takiego pecha, że co wyjdę gardełko przepłukać, to się jakieś miejscowe cwaniaki rzucają na mnie… tak bez powodu.

– Chcą mieć w swoim lumpowatym portfolio walkę z mistrzem świata – odgadła Ika.

– No… może. Ale dla niektórych nie ma różnicy, czy to ty zaczynasz rozróbę, czy jesteś jej ofiarą… rozumiesz. Tak uważa Mo.

– Lon… czy wtedy w jakiejś pijalni na twój łeb spadło nagle moje dzieło? – spytała Ika, lekko rozbawiona.

– No… może nie do końca tam – zgodził się student i pobladł momentalnie. – Zaraz… walkę z mistrzem świata? To… ty znasz tamtego Lona sprzed studiów?

Środowisko sportów walk było zwykle całkowicie obce geniuszom energetyki wibracyjnej, zamkniętym w swoim hermetycznym świecie nauki.

Dziewczyna zaśmiała się.

– Pewnie, że cię znam. Mój tata był twoim zagorzałym fanem. Co walka siedzieli z moją siostrą przed telewizorem. On obgryzał z nerwów pazury, a ona w tym czasie robiła sobie manicure zębami.

Lon westchnął ciężko. Poczuł się lekko zakłopotany. Nie nawykł do takich uwag z ust prawdziwych postrzeleńców naukowych, dla których ludzie walczący w klatkach byli zazwyczaj tylko reliktami pradawnych czasów niepanującymi jeszcze nad zwierzęcymi instynktami.

– … no i Dyro – dokończył po chwili bezdechu – co widzi we mnie jakiś ukryty potencjał energetyczno-wibracyjny, kazał mi na tę niezasłużoną karę przepisać pracę dyplomową „swojej najlepszej studentki”.

Ika zaśmiała się, jakby usłyszała całkiem niezły dowcip.

– To może ja lufę z akumulatorowego dla ciebie dostanę. Wtedy zażądasz, żeby wskazał ci inną najlepszą studentkę, co nie ma żadnej lufy w indeksie?

Lon pokiwał głową z ubolewaniem.

– Zapomnij o tych wnukach – odgryzł się ze złością.

– No co ty?… Nie skreślaj mnie tak szybko! Albo zaproponuj staremu, że w ramach zemsty za tak potworną karę, napiszesz mu własną pracę o półtorej strony dłuższą od mojej. Może na to pójdzie.

– Musiałbym na głowę upaść. Moja praca będzie nie dłuższa od najkrótszej dopuszczalnej przez regulamin uczelni.

– Takie masz plany? – spytała.

Pośmiała się jeszcze przez chwilę, po czym wstała, obiecując, że nie będzie mu dłużej przeszkadzać, bo są „z dwóch odrębnych światów”.

– Poczekaj… chwilę – wymamrotał Lon niezdecydowanie, ciągnąc ją za rękaw swetra.

Dziewczyna spojrzała na niego już nieco poważniej.

– Lon, czego ty możesz oczekiwać ode mnie, że to ja ją ponownie przepiszę, żebyś mógł szybciej znowu po knajpach biegać?

Chłopak skrzywił się lekko. Odniósł wrażenie, że bardziej ją uraził tą swoją głupią uwagą na temat rozmiarów pracy „normalnego” studenta, niż, jakby rzeczywiście poprosił ją o coś tak absurdalnego, jak przepisanie manuskryptu.

– Siadaj – poprosił, podsuwając jej krzesło ponownie. – Nie obrażaj się zaraz, że nie wszyscy są tak pracowici jak ty.

Ika usiadła, nieco wbrew własnej woli.

– I to wszystko rzeczywiście tylko o ogniwach akumulatorowych? – spytał Lon, wskazując po raz kolejny księgę.

– Nie tylko. Tu jest cały rys historyczny od idei przechowywania energii w ogóle, poprzez odkrycie wibracji i pierwsze próby jej magazynowania, aż po współczesne rozwiązania stosowane w elektrowniach. To bardzo rozległy temat.

Lon zamyślił się na chwilę.

– To istotnie temat rzeka, tylko… Ika… to nie jest już energetyka wibracyjna, tylko historia – powiedział ostrożnie. – Oboje wiemy, że dostaniesz za tę pracę maksymalną możliwą ocenę i wszyscy będą się zachwycali ogromem pracy, jaką w nią włożyłaś, ale… wybacz mi… co tu jest w niej takiego, czego nie znajdziemy w setkach innych publikacji?

Ika przestała się uśmiechać.

– To praca dyplomowa, nie badawcza. Ja nie mam licencji na badania naukowe, jak profesor Mo – zauważyła sucho.

– No dobrze… Ale po co zamiast regulaminowych trzydziestu stron, robisz ich trzysta?

– Bo od oceny twojej pracy zależy kolejność, w jakiej wchodzisz na przydział stanowisk służbowych po ukończeniu szkoły. Ci pierwsi wybierają z pięćdziesięciu różnych opcji, a ci ostatni mają do wyboru tylko badziewie, jakie zostanie.

Lon popatrzył na swoją nową koleżankę i uśmiechnął się.

– A założysz się, że trzydzieści stron wystarczy, żeby załatwić sobie taką przyszłą pracę, że innym gały wyjdą z orbit? – spytał podchwytliwie.

Ika odwzajemniła uśmiech.

– A czym ty chciałbyś zaimponować światu naukowemu na trzydziestu stronach wypracowanka?

Lon wzruszył ramionami. Pytanie na razie pozostawił bez odpowiedzi. Ale obiecał, że wkrótce na nie odpowie.

Ika poszła w swoją stronę, ale jeszcze długo przykuwała do siebie jego myśli. Lon był tak pozytywnie zaskoczony, że ta wiecznie roześmiana, śliczna brunetka, nie jest tylko tępą kokietką z sieczką w głowie, jak większość pannic z takim nieodłącznym uśmiechem, że wywróciło to całkowicie cały jego stereotypowy sposób myślenia w tych kwestiach.

Jako mistrz świata wyjątkowo często miał do czynienia z takimi… „Na pewno nie z takimi” – pomyślał, ze zdumieniem przyznając, że wśród tej elity intelektualnej świata, nie powinien raczej spodziewać się spotkania kolejnej, tak zwanej, słodkiej idiotki.

Czemu to wyjątkowo inteligentne dziewczę tak mu się wcześniej kojarzyło?

Umówili się wstępnie na spotkanie za trzy dni w tym samym miejscu. Wtedy on zaspokoi jej niezdrową ciekawość, jak marne trzydzieści stron „wypracowanka” potrafi przyćmić trzystustronicowy tom historii energetyki wibracyjnej.

Ika wydała mu się szalenie inteligentną młodą kobietą… tylko czy aż na tyle, ile potrzeba, by z jej perspektywy zaryzykować wszystko i zrobić krok w nieznane?
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij