Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Rebecca Thompson. Kamień dusz - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 maja 2023
Produkt niedostępny.  Może zainteresuje Cię

Rebecca Thompson. Kamień dusz - ebook

Kontynuacja przygód Rebecci Thompson młodej Brytyjki, która zostaje wojownikiem walczącym w obronie świata. Tym razem Rebecca i wojownicy świątyni stoczą wielką bitwę na planecie Wadola. Jest to książka o przyjaźni oraz wspólnej walce ze złem. Napisana w gatunku Urban Fantasy i nowym gatunku „Filmowy styl książkowy”

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8351-163-4
Rozmiar pliku: 3,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Strażnik pokoju

Myntal
Wiele tysięcy lat temu miała miejsce wielka wojna siedmiu najsilniejszych ras we wszechświecie. Toczyła się ona zarówno na planetach, jak i w ramach galaktycznych bitew. Śmierć poniosły miliardy obywateli, a wynik tej wojny przesądził o losach całego wszechświata. Podczas wielkiej wojny walczyli Wadolańczycy razem z Mehulianami i Hanolińczykami oraz innymi sojusznikami przeciwko pozostałym czterem rasom i ich sojusznikom.

Rasę Hanoli, zamieszkującą planetę Urus, cechowała wielka inteligencja. Byli pokojowo nastawieni. Posiadali najbardziej rozwiniętą infrastrukturę technologiczną. Ich skóra była pokryta łuską tak jak u ryb, mierzyli około czterech metrów wzrostu, ich twarz przypominała pysk wilka, ręce i nogi mieli długie i chude.

Rasa Salarów, zamieszkująca planetę Octorus, była przepełniona złem. Jej przedstawiciele nie szanowali życia. Posiadali wysoko rozwinięte umiejętności magiczne oraz potrafili wytwarzać potężne artefakty. Salarowie byli dobrze zbudowani, ich twarze przypominały twarz palczaka madagaskarskiego. Nosili ciemne ubrania oraz byli agresywni również wobec samych siebie.

Rasa Utolan z planety Jorasz uwielbiała zdobywać surowce. Z powodu ustalenia neutralności przestała podbijać inne krainy, mimo to ciągle marzyła o powrocie do czasów podbojów właśnie ze względu na surowce. Utolanie byli bardzo inteligentni i rozwinięci technologicznie. Mierzyli około półtora metra wzrostu, jednak poruszali się w ciałach trzymetrowych robotów. Z twarzy przypominali tamarynę wąsatą.

Rasa Semo, zasiedlająca planetę Has, była rasą barbarzyńców. Nie byli szczególnie rozwinięci technologicznie, jednak specjalizowali się w teleportacji i mieli ciało stworzone do zabijania. Mierzyli dwa metry i przypominali niedźwiedzie, mieli jednak pancerz jak żółwie z dwóch stron.

Rasa Mehulian z planety Yrpi była rasą dżinów. Nie mieli nóg — ich miejsce zajmowała ciągnąca się chmura. Reszta ciała przypominała drzewo, a ręce gałęzie. Ich skóra była jakby ze złota. Byli mistrzami magii, których cechowało dobro. Mieli zdolności magiczne na najwyższym poziomie we wszechświecie. Bardzo inteligentna rasa wojowników.

Faroni zamieszkiwali planetę Ner, pokrytą gazami i całkowicie górzystą. Byli to pół ludzie, pół smoki. Mierzyli cztery metry wysokości.

Wojna siedmiu doprowadziła do ogromnych strat osobowych podczas samych bitew i później z powodu głodu, który nastąpił po wojnie. Cierpiały nie tylko najsilniejsze rasy, ale również rasy od nich zależne. Wojna to piekło. Po wielkiej wojnie siedmiu królowie postanowili wybrać strażnika pokoju, który miał pilnować neutralności siedmiu najsilniejszych ras we wszechświecie. Wojna już nigdy miała nie powrócić, aby znów nie doprowadzić do śmierci miliardów istnień. Strażnikiem pokoju został wybrany Myntal, jeden z najmądrzejszych ludzi we wszechświecie. Pochodził z planety Zuno, której mieszkańcy wyglądali jak człekokształtne jaszczur, jednak nie byli dzicy i wykazywali się wielką mądrością. Na planecie znajdował się biały budynek należący do Myntala i jego pomocników, którzy zajmowali się zbieraniem informacji o ruchach siedmiu. Mieli świadomość, że niektóre rasy mogą udawać neutralność, jednak robili wszystko, aby nie dopuścić do wojny, która mogła przesądzić o losach wszechświata. Myntal często zwoływał narady ze swoimi piętnastoma pomocnikami.

— Ostatnio znów byliśmy blisko wojny. Wydaje mi się, że nic nie zmieni Salarów. Oni prędzej czy później doprowadzą do wojny — powiedział strapiony Myntal.

— Mistrzu, ciągle tak mówisz, a od czasu podpisania pokoju udaje ci się łagodzić wszystkie spory. Każdy ma ogromny szacunek do ciebie i do twojej pracy — odpowiedział podwładny.

— Dziękuję za miłe słowa. Rozmowa z królami bywa wyczerpująca, jednak faktycznie jeszcze kogoś słuchają. Gdy przypomnę sobie wojnę i jej konsekwencje, to każdego dnia staram się jeszcze wytrwalej pracować razem z wami, by to się nie powtórzyło. Nasza planeta straciła wtedy z powodu głodu połowę mieszkańców. Wadolańczycy nie byli w stanie produkować po wojnie odpowiedniej ilości jedzenia, ale na szczęście od tego czasu uniezależniliśmy się od siedmiu, wiedząc, jak kruchy jest to konsensus — powiedział Myntal.

Myntal był nie tylko strażnikiem pokoju, ale też wykładowcą akademickim na swojej planecie. Prowadził zajęcia z historii i politologii. Nauka była dla niego całym światem. Wiedział, że tylko zdobywanie nowych umiejętności zapewni lepszą przyszłość jemu i jego społeczności. Podczas zajęć na uniwersytecie jeden ze studentów zadał mu pytanie:

— Jak to się stało, że akurat pana wybrano na strażnika pokoju?

— Nie będę ukrywał — zaczął Myntal — że byłem zapraszany przez władców na przyjęcia i każdemu z nich starałem się dobrze doradzić. Wszyscy darzyli mnie zaufaniem. Gdy wojna dobiegła końca, postanowiono znaleźć kogoś, kto będzie zapobiegał prowokacjom. Za każdym razem powtarzam władcom, że ich czyny mogą doprowadzić do kolejnej wojny, której wszechświat nie potrzebuje. Wszyscy już swoje wycierpieliśmy. Niestety, z władcami nie można rozmawiać tak, jak ja z tobą rozmawiam. Trzeba ich cały czas uświadamiać, że między pokojem a wojną jest cienka granica, zwłaszcza że część ras chciałaby wieść prym. Status siedmiu najsilniejszych nie wszystkim odpowiada.

— Nie żałuje pan, że to pana poproszono o objęcie tak ważnego stanowiska? — dopytywał uczeń.

— Powiem szczerze, że wolałbym, aby nasz świat nie był w ogóle włączony w pilnowanie pokoju siedmiu. Nie jest jednak tak, że żałuję, bo ktoś to musi robić, a że jesteśmy jedną z najmądrzejszych ras, to nawet lepiej, że został do tego wybrany przedstawiciel naszego świata, a nie na przykład jakiejś dzikiej rasy. Kto wie, może gdyby strażnikiem został ktoś inny, wojna już dawno by się zaczęła.

— Czy któraś rasa szczególnie dąży do nowej wojny? Czy jednak wszyscy szanują pokój?

— Wydaje mi się, że obecnie wszystkim zależy na pokoju. Nikt nie chce ginąć w wojnie, której wynik byłby tak niepewny. Królowie są świadomi, że taka wojna znów mogłaby zdestabilizować ich krainy i cały wszechświat. Być może część z nich jest agresywna z natury, ale to nie są głupcy, tylko wysoce inteligentne jednostki.Życie codzienne

Rebecca
Rebecca rozpoczęła drugi rok studiów artystycznych. Od czasu konkursu, który zmienił jej życie, minęły już trzy lata. Wtedy też dowiedziała się, że jest wojowniczką Sajozu, posiadającą największą moc ze wszystkich Ziemian. To się jednak zmieniło, kiedy Palander przekazał ułamek swojej mocy Baiowi. Rebecca sama uratowała świat przed upiorem Mesolfem, a podczas walki z Kai Wangiem czynnie uczestniczyła w obronie Ziemi. Jednak to, co potem nastąpiło, całkowicie zmieniło jej postrzeganie na świata. Mehod, król upiorów, podbił Ziemię, ale udało się ją odzyskać dzięki pomysłowi dzielnego wojownika z planety Wadola, o której istnieniu Rebecca wówczas nie wiedziała. Nie była nawet świadoma, że istnieje życie poza Ziemią. Teraz jej świat wyglądał zupełnie inaczej.

Zaręczyny z Jackiem i nowe przyjaźnie sprawiły, że Rebecca wreszcie czuła, że żyje tu i teraz. Ceniła każdą chwilę, wiedząc, że zło potrafi zabrać wszystko, co kocha i na czym jej zależy. Uwielbiała swoje studia, bo mogła poczuć się jak prawdziwa artystka. Sztuka ją odprężała, była dla niej czymś, w czym mogła się zatracić i co pozwalało jej się zregenerować. Najbardziej uwielbiała malarstwo, bo dzięki niemu otwierała duszę i przenosiła uczucia na płótno. Czasem malowała wspomnienia z walk, które stoczyła, jednak z reguły skupiała się na lżejszej tematyce, na przykład na krajobrazach.

Rebecca wstała i wzięła prysznic. Przeglądała się chwilę dłużej w lustrze, uśmiechając się do siebie. Umyła zęby i założyła coś szybko na siebie. Usiadła przed lustrem i malowała się, zerkając na zdjęcie Jacka stojące na biurku. Za rok mieli wziąć ślub, wszystko było już zaplanowane. Rebecca skrupulatnie wszystko organizowała, a gdy miała jakieś wątpliwości, mogła liczyć na swoją przyjaciółkę, Emily, która zawsze była tam, gdzie prawdziwa przyjaciółka powinna być. Towarzyszyła jej w lepszych i gorszych chwilach. Rebecca, patrząc na zdjęcie, wspominała moment straty Jacka, gdy Mehod go zabił, a potem cofnięcie czasu i chwilę, gdy mogła znów wtulić się w ramiona ukochanego. Czuła się wtedy tak, jakby następnego dnia mogło nie być.

Gdy skończyła się malować, zeszła do garażu po rower, żeby dotrzeć na uczelnię. Padał deszcz, ale dziewczyna była do tego przyzwyczajona. Uśmiechnięta, wsiadła na rower i ruszyła w stronę uniwersytetu. Rebecca uwielbiała jeździć rowerem, więc droga na zajęcia była dla niej czystym odprężeniem. Jak zawsze podziwiała mijane miejscowości. Mimo deszczu widać było jej szczery uśmiech i zadowolenie, że będzie mogła pójść na wykłady, a potem ćwiczenia z przedmiotów, które uwielbiała. Gdy dotarła do szkoły, przyczepiła rower do miejsca rowerowego. Lekko zmoknięta, ruszyła w stronę wejścia, gdzie spotkała znajomych.

— Cześć, Rebecca! — przywitała się Susan.

— Cześć, co słychać w wielkim świecie?

— W weekend byłam z rodzicami w Paryżu. Mogłam namalować piękną kawiarenkę, w której ludzie pili sobie spokojnie kawę.

— Zazdroszczę! — krzyknęła Rebecca. — Mnie ostatnio śnią się same koszmary. Niestety, za dużo się w ostatnim czasie wydarzyło. Bywa, że budzę się zlana potem i potem już od czwartej w nocy nie śpię.

— Śni ci się utrata przyjaciółki? — dopytywała Susan.

— Niestety tak. Ciągle w myślach wracam do tej sytuacji, do tego koszmarnego wypadku samochodowego, w którym zginęła. Ale nie chcę cię tym zamęczać. Bardzo się cieszę, że u ciebie wszystko dobrze i masz gotową pracę na zajęcia.

— A ty co przygotowałaś?

— Coś na szybko. To jedna z moich wizji: anioł stojący przed armią upiorów.

— Twoje prace zawsze są z dreszczykiem — stwierdziła Susan.

Rebecca i Susan razem weszły na uczelnię. Zostawiły ubrania w recepcji i wstąpiły jeszcze po gorącą herbatę, której w tym deszczowym dniu bardzo potrzebowały. Zanim zajęcia się rozpoczęły, dziewczyny jeszcze chwilę porozmawiały o trendach w sztuce współczesnej. Lubiły spędzać ze sobą czas. Na ćwiczeniach z malarstwa studenci mieli namalować modela. Rebecca nie przepadała za takimi sytuacjami, wydawało jej się, że model może czuć się zakłopotany spojrzeniami tylu osób. Patrzyła jednak na swoje płótno, które stopniowo się zapełniało, i była coraz bardziej zadowolona z tego, co na nim widziała.

— Rebecca jak zawsze mrocznie i tajemniczo — ocenił jej pracę profesor. — Uwielbiam twoją ekspresję i to, jak pokazujesz świat.

— Dziękuję, panie profesorze. Uwielbiam malować, chociaż ostatnio modelowanie obiektów też wydaje mi się interesujące.

— A powiedz mi, czy masz pracę, o którą was prosiłem?

— Tak, proszę. — Rebecca podała rysunek profesorowi.

— Widzę, że uwielbiasz anioły. To już nie pierwsza taka twoja praca.

— Czasem po prostu czuję, co mam namalować, i to robię. Zdarza się, że maluję moje sny albo codzienność.

— Nie mów, że widziałaś anioła. — Profesor się roześmiał.

Rebecca anioła nigdy nie widziała, ale rasę, która bardzo przypominała anioły, już tak. Jednak nie chciała się tym dzielić z profesorem, bo obiecała kiedyś, że nikomu nie ujawni, kim naprawdę jest i jakie rasy poznała.

Dzień trochę się jej dłużył, ale w przerwie między zajęciami wyszła do parku, aby się przewietrzyć i popatrzeć na piękno natury. Jako że w Anglii często pada, mało jest miejsc na świecie, gdzie zieleń jest tak soczysta. Rebecca spacerowała po parku, mijając zakochane pary. Myślała wtedy o Jacku, o tym, co robi jej ukochany kowboj. Pewnie pomaga rodzicom na farmie, jak zawsze. Rebecce nie przeszkadzało, że Jack był farmerem. Był dobrym człowiekiem i wspaniałym narzeczonym, pamiętającym o wszystkich rocznicach. Zawsze mogła również na nim polegać. Spełniał wszystkie wymagania przyszłego męża i kto wie, w przyszłości może również ojca. Jednak o dzieciach jeszcze nie myślała. Po ślubie zamierzali przez kilka lat skupić się na podróżowaniu. Rebecca uwielbiała zwiedzać nowe kraje. Jako wojowniczka miała okazję poznać wiele miejsc, w których mieszkali jej przyjaciele ze świątyni Sajozu. Najbardziej podobało się jej w Sydney, gdy razem z Jackiem tańczyli w pubie. Sydney zawsze było w jej pamięci, zwłaszcza że tam mieszkała Emily, jej najlepsza przyjaciółka.

Rebecca usiadła na ławce i wyciągnęła książkę. Chciała się odprężyć, a nie ma nic lepszego od dobrej książki, która jest w stanie pobudzić wyobraźnię i polepszyć nastrój. Po przeczytaniu pierwszego rozdziału Rebecca musiała wrócić na zajęcia. Gdy zajęcia się skończyły, wsiadła na rower i ruszyła w stronę domu. Jako że wróciła pierwsza, postanowiła przygotować rodzicom pieczeń, zwłaszcza że wracali zmęczeni z pracy. Możliwość utraty rodziców, czego już Rebecca doświadczyła, sprawiała, że jeszcze bardziej ceniła spędzany z nimi czas. Minęło parę godzin i rodzice Rebekki pojawili się w drzwiach. Już w progu wyczuli zapach pysznej pieczeni.

Mama Rebekki, Marry, była dosyć niską, wysportowaną kobietą o rudych włosach. Tata, Connor, był wysokim, lekko siwiejącym mężczyzną o czarnych włosach.

— Rebecco, nie musiałaś! Zamówilibyśmy sobie z ojcem pizzę!

— Taka pieczeń na czosneczku jest dużo smaczniejsza niż pizza — odparła z uśmiechem Rebecca.

— Córciu, tak się cieszę, że zawsze o nas pamiętasz. Czasem sobie myślę, że nie zasłużyliśmy sobie na tak wspaniałą córkę jak ty — powiedział ojciec.

— Tato, przestań, to ja jestem dumna, że mam rodziców, którzy pomogli mi stać się dobrym człowiekiem i realizować marzenia dotyczące szkoły artystycznej.

Rebecca i jej rodzice rozmawiali przy stole jeszcze przez godzinę. W weekendy wracała do świątyni, aby trenować, na wypadek, gdyby zło powróciło. Gdy skończyli dyskusję, Rebecca poszła do swojego pokoju. Usiadła na krześle, chwilę poczytała gazetę o modzie. Spojrzała na zegarek, była 18:30. Uśmiechnęła się, wstała i teleportowała się do swojego ukochanego, który o tej godzinie kończył już dzień pracy. Cały dzień pracy na farmie i nastawała chwila wytchnienia. Jack akurat zdejmował siodło z konia, gdy za jego plecami pojawiła się ukochana.

— Jack! Jestem już — powiedziała radośnie Rebecca.

— Nawet nie wiesz, jak za tobą tęskniłem. — Jack odwrócił się i przytulił swoją wielką miłość.

— Chodźmy do moich rodziców! — zaproponował chłopak. — Zrobili coś dobrego!

— Ja już jadłam, ale najwyżej zjem drugi raz. — Dziewczyna się uśmiechnęła.

Razem weszli do ogromnego domu. W jadalni przywitali się z nimi rodzice Jacka — Emma i John. Emma była starszą kobietą o siwych, długich włosach, a John był niski i grubszy, lekko już wyłysiał.

— Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że będę mieć taką synową jak ty! Widzę, że przy tobie Jack wydoroślał i stał się odpowiedzialny — powiedziała mama Jacka.

— Mamo, ja zawsze byłem odpowiedzialny, ale tak, Rebecca nauczyła mnie ogłady. Jest moim dopełnieniem.

— Synu, to chyba rodzinne. Ja też tak miałem z twoją mamą! — Ojciec Jacka się uśmiechnął.

Po kolacji Jack i Rebecca wyszli na spacer po farmie pooglądać gwiazdy. Jack mocno trzymał dziewczynę za rękę. Nie miał czasu się przebrać, więc był trochę brudny, ale to w ogóle nie przeszkadzało Rebecce, bo była w nim totalnie zakochana, więc nie zwracała uwagi na takie szczegóły. Słychać było wiatr poruszający kukurydzą, którą Jack uprawiał. Podobnej nocy Jack oświadczył się ukochanej, więc tym bardziej celebrowali wspólny czas.

Następnego dnia Rebecca miała się wybrać z Jackiem do jego sąsiadów, aby odkupić od nich używany traktor. Traktor Jacka był tak zdezelowany, że czasem w ogóle nie odpalał. Jako, że rodzice Jacka, tak jak on, nie byli zamożni, stary, zniszczony traktor musieli zmienić na używany. Wstali rano, zjedli śniadanie i poszli spacerem na farmę sąsiada. Harry, sąsiad, był po siedemdziesiątce. Jego farma było trochę bardziej zadbana niż farma Jacka i jego rodziców. Sąsiad lepiej prowadził biznes.

— Na pewno chcesz kupić tego starego gruchota? — Harry zwrócił się do chłopaka.

— Dla ciebie gruchot, a dla mnie niezbędne narzędzie pracy — odparł Jack.

— Nie chciałem cię urazić. Naprawdę podziwiam cię za to, że tak pomagasz rodzicom. Moi synowie w ogóle nie garną się do roboty.

— Może nie muszą. Gdybym ja od dziecka nie robił tego, co robię, to już dawno umarlibyśmy z głodu. Odkąd skończyłem dwanaście lat, cała odpowiedzialność spoczywa na moich barkach. Jednak takie jest życie. Zawsze masz dwie drogi, a czasem więcej. Ja wybrałem życie i jedzenie.

— Sprzedam ci ten traktor za połowę ceny, którą wcześniej ustaliliśmy — zaproponował sąsiad.

— Dziękuję, ale zapłacę tyle, ile ustaliliśmy. Jeśli sprzeda pan za mniej, mniej będzie miał pan w kieszeni, a to oznacza mniej pieniędzy dla pańskiej rodziny.

Jacki i Rebecca wracali zakupionym traktorem. Jack się śmiał, że to prawie nówka sztuka, a Rebecca była dumna z narzeczonego, że mimo trudnego życia nigdy się nie poddał. Gdy dojechali na farmę, ojciec Jacka rozpłakał się ze szczęścia.

— Sam zapracowałeś na ten traktor. Powinieneś wydać pieniądze na coś innego — zaczął lamentować.

— Może mógłbym kupić coś innego, ale wtedy nie bylibyśmy w stanie nic uprawiać — odparł Jack.

— Nawet nie wiesz, jak mi wstyd, że nie mogę już pracować tak jak kiedyś.

— Tato, nie martw się, ja się wszystkim zajmę.

Stary traktor został wywieziony, a pod szopą stanął nowy. Potem Rebecca i Jack wzięli wino, kocyk i kanapki i poszli na trawę pomarzyć o wspólnej przyszłości.

— Już nie mogę się doczekać, aż zobaczę cię w białej sukni.

— A ja ciebie w garniturze, trzymającego mnie za rękę wśród białych krzeseł, na czerwonym dywanie.

— James i Monika wspominali ci, że biorą ślub tydzień przed nami? — zapytał chłopak.

— Nie wiedziałam. Ale to super, dwie imprezy obok siebie! — ucieszyła się Rebecca.

— Mnie też to nie przeszkadza, zwłaszcza że są udaną parą. Monika odmieniła Jamesa.

— Po stracie Ann nie podejrzewałam, że znajdzie kogoś tak dobrego jak ona, ale udało się.

Gdy nastał głęboki wieczór, Rebecca wróciła do swojego domu. Włączyła muzykę i położyła się na łóżku. Potrzebowała poukładać sobie wszystko w głowie. Bała się, że gdy zaśnie, znowu przyśni jej się walka z Mesolfem albo moment, gdy straciła Jacka i całą swoją rodzinę. Każdy na jej miejscu byłby szczęśliwy, posiadając supermoce, jednak ona zdawała sobie sprawę, jak bardzo naraża siebie i bliskich. Świadomość, że jutro może jej nie być, nie była niczym miłym. Bycie lokalną bohaterką nie było trudne, ale mierzenie się z innymi rasami napawało ją lękiem. Rebecca zastanawiała się czasem, czy już nastał trwały pokój, czy to tylko cisza przed burzą. Burzą, która — czego jeszcze dziewczyna nie wiedziała — była nieunikniona i której skutki przerastały wszystko, co do tej pory Rebecca widziała. Już prawie zasnęła, gdy nagle w jej pokoju pojawiła się Emily.

— Słuchaj, Rebecca w ogóle nie mogę spać ostatnio. — Emily od razu przeszła do rzeczy. — Nie mogę sobie poradzić z tym, jak Folin się zachował. Minął już rok, a on nawet się do mnie nie odezwał.

— Przerabiałyśmy już ten temat. Jednak widzę, że to wciąż nie daje ci spokoju.

— Bo nie rozumiem, co się wydarzyło. Przecież uratował nasz świat i powiedział mi tyle miłych rzeczy…

— A może z jakiegoś powodu nie może tutaj wrócić? — powiedziała Rebecca.

— Tak myślisz? Tego wariantu nie brałyśmy pod uwagę.

— Tego nie, ale tysiąc innych już tak.

— Tak się cieszę, że zawsze mogę na tobie polegać, moja droga przyjaciółko. Dobrze, idź już spać, nie przeszkadzam. Wracam do siebie. — Emily teleportowała się z powrotem do Sydney.

Rebecca uwielbiała moce, które otrzymała, zwłaszcza teleportację, ponieważ ułatwiała jej ona związek na odległość. Czasem, gdy była bardzo zmęczona, Emily wpadała niespodziewanie do jej pokoju, zamiast skontaktować się w tradycyjny sposób. Tej nocy znów nawiedził ją ten sam koszmar.

***

Rodzina Zoe i Abdula za pięć miesięcy miała się powiększyć. Nie był to dla nich łatwy czas — musieli godzić obowiązki w świątyni z przygotowaniami do narodzin małego chłopca. Abdul cały czas wypytywał Zoe, jak się czuje, i starał się jej wszystko ułatwiać. Zoe najbardziej podobało się kompletowanie ubrań dla synka. Abdul był dumny, że będzie mieć syna i kto wie, może kolejnego wielkiego mistrza, który kiedyś przejmie po nim schedę. Zoe miała mieszkać zarówno na Ziemi z rodzicami, jak i w świątyni z mężem. W świątyni nikt się bowiem nie starzał na skutek działania drzewa Shao i ich syn by się nie rozwijał.

Mimo trudnego czasu Zoe i Abdulowi zależało na utrzymaniu relacji towarzyskich, dlatego często zapraszali Jamesa i Monikę. Dużo więcej obowiązków przejął Abdul, który choć zaczynał dzień o 5:30, a kończył o 22:00, nie narzekał. Czuł, że spełnia się jego kolejne wielkie marzenie. Zawsze chciał założyć rodzinę, której sam jako dziecko nie miał. Tego dnia Abdul razem z Jamesem skręcali łóżeczko dla małego berbecia.

— James, coś chyba pokręciliśmy z tą instrukcją! — Abdul patrzył na rysunki.

— Nie chcę cię martwić, ale tylko zerkałem na instrukcję, nie czytałem jej dogłębnie. Za dużo śrubek nam zostało.

— Mówiłeś, że masz wszystko pod kontrolą — powiedział z wyrzutem Abdul.

— Hm, przynajmniej wygląda na dobrze złożone.

— To zróbmy jakiś test!

Panowie położyli worek ziemniaków na łóżeczko i chwilę później ono się rozjechało. Obydwaj wyglądali na zdziwionych.

— To może na taśmę skleimy? — zaproponował James.

— Chyba lepiej rozłożyć i złożyć jeszcze raz, tylko tym razem według instrukcji.

Za drugim razem udało się prawidłowo złożyć łóżeczko i okazało się, że wcale nie była potrzebna taśma. Zresztą łóżko sklejone taśmą raczej nie spodobałoby się Zoe. Kolejnym zadaniem Abdula było pomalowanie pokoju dla dziecka. Mimo że Matthew miał przez pierwsze trzy miesiące spać obok mamy, w łóżeczku złożonym przez Abdula i Jamesa, to docelowo miał mieć już swój pokoik.

— Ile tych zadań Zoe na dzisiaj przewidziała? Myślałem, że po złożeniu łóżeczka będziemy mieli wolne — marudził James.

— To dopiero początek listy. Poczekaj, aż przyjadą meble, które trzeba będzie złożyć.

Panowie przykryli łóżeczko folią i zaczęli malować ściany i sufit. Ta praca zdecydowanie lepiej im szła. Zwłaszcza Jamesowi, który kiedyś dorabiał sobie w wakacje jako malarz. Najpierw poszedł grunt, a potem piękna błękitna farba na ścianę i biała na sufit. Gdy skończyli, przyszły Monika i Zoe.

— Ale pięknie pomalowane, nawet kolor nie przebija — pochwaliła Monika.

— Malowane na trzy razy — odparł Abdul. — Zresztą masz za narzeczonego dobrego specjalistę.

— Tak?

— Kiedyś dorabiałem sobie w wakacje jako pomoc malarza.

— Jak wy będziecie mieć bobasa, to James ładnie pomaluje pokój — odezwała się Zoe.

— Najpierw ślub, a potem dziecko. Zresztą teraz będziemy was wspierać w wychowaniu Matthew.

— A łóżeczko też złożyliście? — zapytała Zoe.

— Oczywiście! Patrz. — Abdul wskazał na łóżeczko dla ich synka.

— Ale cudne! — zachwycała się Monika.

— Zoe wybierała, więc musiało być ładne — odparł Abdul.

— Już się nie podlizuj, jutro przyjadą meble, więc będziesz miał kolejną możliwość wykazania się.

Dziewczyny wyszły z pokoju, bo mocno było czuć farbą. Usiadły w kuchni i zaczęły rozmawiać o macierzyństwie. Monika była już gotowa na dziecko, ale najpierw ślub i wesele.

Tymczasem panowie, dumni ze swoich dokonań, usiedli.

— Nie boisz się trochę, że dziecko to wielka odpowiedzialność? — zapytał James przyjaciela.

— Jestem mistrzem świątyni i to też ogromna odpowiedzialność, a dziecko to szczęście. Oczywiście wiem, że będzie ciężko połączyć pracę z rodzicielstwem, ale nie będę pierwszy na świecie w takiej sytuacji.

— Ja się obawiam, że nie byłbym dobrym ojcem. Jeszcze tego nie czuję.

— Kiedy poczujesz, że to jest czas na powiększenie rodziny, wtedy działaj. Pamiętaj, nic na siłę.

Panowie wrócili do swoich kobiet i usiedli wspólnie przy stole. Mówili o tym, jak wiele się zmieniło w ich życiu od momentu, kiedy się poznali. Mieli również dużo mniej czasu dla swoich przyjaciół ze świątyni Sajozu.

***

Björn i Carlos spędzali swój wolny czas w Brazylii. Ich relacja była silna, dlatego Carlos chciał pokazać Björnowi swój kraj i to, jak mieszka. Carlos wynajmował pokój u starszego małżeństwa w Brasílii, stolicy państwa. Był to mały pokój z łóżkiem i telewizorem, nawet bez biurka. Björn widział, jakie życie wiedzie jego przyjaciel poza świątynią, i żałował, że nie potrafi mu chociaż trochę pomóc. Jednak Carlos mimo trudności zawsze był pogodny. Nie narzekał na swój los, po prostu ciężko pracował jako trener piłki nożnej, aby krok po kroku zmieniać swoje życie, a w przyszłości założyć rodzinę. Pierwszego dnia skupili się na treningu młodych chłopaków w lokalnym klubie. Björn miał wspierać Carlosa.

— Powiedz mi, co ja mam tutaj robić — powiedział Björn.

— Zacznij od ustawienia pachołków, tak jak ci mówiłem.

— O tak?

— Może być. Teraz możesz jeszcze przynieść gumy na środek boiska.

Björn przyglądał się z podziwem, jak Carlos prowadzi zajęcia.

— Może ja też wezmę udział w treningu, a nie będę tylko odpowiedzialny za sprzęt? — zaproponował Björn.

Carlos spojrzał na niego zakłopotany.

— Przyjacielu, nie chciałem ci tego mówić, ale kiepsko grasz w piłkę nożną. Niestety, twoje rady mogłyby sprawić, że nie wyrosłaby tutaj żadna gwiazda. — Carlos się roześmiał.

— Ale mi pojechałeś! To chociaż mentalnie ich wzmocnię jakąś motywującą historią.

— Dobrze, tylko nie przesadź — zgodził się Carlos.

— Czy Carlos mówił wam, dlaczego jest taki dobry? — Björn zwrócił się do chłopaków.

— Nie, nic nam nie mówił — odpowiedzieli.

— Carlos to mój uczeń. Co prawda specjalizował się w podawaniu piłek i ręczników, ale dostrzegłem w nim talent. — Chłopcy śmiali się, słuchając Björna.

— Tak, Björn to mój mistrz. — Carlos uśmiechnął się szczerze.

Panowie trochę sobie pożartowali, a potem wyskoczyli na miasto przejść się ulicami słonecznego kraju. Björn czuł się tutaj doskonale. W jego kraju było jednak dużo zimniej niż w Brazylii.

Po spacerze wrócili do pokoju Carlosa i zaczęli rozmawiać.

— Słuchaj, zastanawia mnie ostatnio jedna kwestia — zaczął Carlos. — Czy bycie wojownikiem Sajozu i ratowanie świata ma sens? Dużo ryzykujemy, a tak naprawdę nikt nie wie o naszym istnieniu. Nie mogę nawet używać swoich supermocy w normalnym życiu. Przecież mógłbym bez problemu zostać najlepszym piłkarzem na świecie.

— To by było tak, jakbyś grał w piłkę na sterydach. Oczywiście byłbyś najlepszy, ale zachowałbyś się jak śmieć. Ja też o tym wszystkim myślałem, ale widocznie tak musiało wszystko się ułożyć — odparł Björn.

— Pamiętam czas, gdy nie miałem supermocy. Wydaje mi się, że życie było wtedy dużo prostsze. Nie musiałem się narażać, tylko żyłem sobie na uboczu.

— Można tak żyć, ale jednak uratowanie komuś życia to wspaniałe uczucie.

***

Pierre pracował w restauracji ojca. Był bardzo szczęśliwy, widząc, że czas, jaki wkładał w restaurację, nie był czasem straconym. Odwiedzało ich coraz więcej znanych osób.

— Tato, pomysł z restauracją był genialny! Mamy coraz więcej gości i coraz więcej sprzedajemy.

— Synu, pomysł to jedno, ale bez twojego wsparcia nie bylibyśmy w miejscu, w którym jesteśmy.

— Być może za jakiś czas zrezygnuję ze wsparcia w świątyni i zacznę ci pomagać już na sto procent.

— Synu, przecież uwielbiasz to miejsce. Pamiętaj, aby nie żyć moimi marzeniami. Sam musisz mieć swoje.

Tata Pierre’a był bardzo wrażliwy, ale również inteligentny.

***

Tymczasem Emily szykowała się do wyjścia na spotkanie z Alessandrem z Włoch. Alessandro był przejazdem w Sydney i zaczepił Emily, kiedy wychodziła z restauracji. Łamanym angielskim zaprosił dziewczynę na kawę, a ona się zgodziła.

Emily brała prysznic, podśpiewując sobie. Nie mogła zapomnieć o Folinie, ale on nie dawał znaku życia, więc postanowiła zadbać o siebie i spotkać się z chłopakiem, który zaprosił ją na kawę. Wysuszyła włosy i zaczęła się malować. Potem założyła luźne ubranie i wyszła z domu. Parę przecznic dalej napotkała Alessandra, który — jak większość Włochów — był zadbany. Pomyślała sobie, że to będzie fajne popołudnie. Alessandro zza pleców wyciągnął róże i wręczył Emily. Pomyślała, że trafił jej się bajerant, ale to miła odmiana — kwiatek na pierwszym, niezobowiązującym spotkaniu. Emily sama zaproponowała miejsce. Wiedziała, gdzie miło spędzą czas. Usiedli na zewnątrz restauracji.

— Co się sprowadza do Australii? — zaczęła rozmowę.

— Dużo czytałem o Australii. Jest tutaj przepiękna flora i fauna i oczywiście chciałem zobaczyć kangury. Zwiedziłem wiele krajów, uwielbiam podróżować.

— W każdym kraju poznajesz taką Emily, którą zapraszasz na kawę?

— Oczywiście poznałem parę kobiet w innych krajach, ale z tobą rozmawia mi się najlepiej.

— Niezły z ciebie bajerant. Mówił ci to ktoś?

— My, Włosi, często to słyszymy, ale to stereotyp. Po prostu czasem spotykamy się z kimś niezobowiązująco, aby poznać bliżej daną kulturę.

— Ciekawie wybrnąłeś. OK, akceptuję odpowiedź — podsumowała dziewczyna.

Emily dobrze się rozmawiało z Alessandrem. Po opuszczeniu restauracji wyszli na spacer po Sydney. Emily pokazywała Alessandrowi piękne uliczki i architekturę. Pod wieczór Alessandro kupił dla nich gorącą czekoladę. Popijając ją, zmierzali w kierunku domu Emily. Wreszcie dotarli na miejsce.

— To było bardzo fajne spotkanie — powiedział Alessandro.

— Miło było poznać bajeranta z Włoch.

— Nie wspominałem o tym wcześniej, ale zostanę tu jeszcze cztery dni i chciałbym ten czas spędzić z tobą. — Alessandro nachylił się, aby przytulić i pocałować Emily, a ta zgrabnie uniknęła kontaktu.

— Alessandro, spotkaliśmy się dopiero raz — skarciła go. — Widzę, że nie przepuścisz żadnej okazji. Jeśli chcesz tak bardzo wykorzystać ten czas, to możesz spędzić go sam ze sobą. Jeśli jednak zależy ci na poznaniu mnie, to znajdź mnie w Internecie.

— Przepraszam za pośpiech, źle odebrałem sygnały. Oczywiście, że chcę cię lepiej poznać.

Wymienili się kontaktami, a Emily, uśmiechnięta, wróciła sama do domu. Cieszyła się, że mogła wyjść na kawę i miło spędzić czas.Wakacje

Emily
Björn od jakiegoś czasu namawiał Carlosa, Rebeccę, Jacka, Himari, Pierre’a, Emily i Zhanga niskiego o czarnych włosach wojownika na wspólne wakacje. Chciał skorzystać ze słońca, bo w jego kraju był z tym problem. Pomyślał, że wspólny wyjazd to dobry pomysł na integrację. Zaproponował więc Hiszpanię, a konkretnie Malagę. Wiele o niej czytał pozytywnego, jednak nigdy tam nie był. Okres był typowo wakacyjny i miło byłoby zobaczyć piękne, kwitnące kwiaty i usiąść z drinkiem w barze na plaży. Gdy wszyscy wyrazili chęć takiego wyjazdu, wojownicy teleportowali się wieczorem w okolice hotelu w Mijas, w prowincji Malaga. Wszyscy wzięli ze sobą jedynie najpotrzebniejsze rzeczy i poszli zameldować się w hotelu. Odebrali klucze i wyszli na miasto.

— Björn, miałeś genialny pomysł! — pochwaliła kolegę Rebecca.

— Tutaj jest cudownie — zachwycała się Emily. — Wyszliśmy tylko na chwilę. Mimo późnej godziny miasto żyje.

Usiedli w barze w centrum miasta i zamówili owoce morza. Trochę musieli na wszystko poczekać, bo w Hiszpanii nikt się nie spieszy. Tutaj celebruje się odpoczynek i spokój. Po godzinie od złożenia zamówienia na stół wjechały pyszne dania. Carlos i Emily czuli się prawie jak w domu. Brazylia i Australia w wielu aspektach były podobne.

— Znamy się tyle lat i w kilku miejscach razem byliśmy, jednak nie zdarzyło nam się wybrać na wspólne wakacje. To nasza pierwsza wyprawa i cieszę się, że będziemy mogli spędzić ze sobą więcej czasu — powiedział Jack.

Była ciemna noc, ale światła pięknie oświetlały ulicę przy barze, w którym siedzieli wojownicy.

— Björn, świetny pomysł z tym wyjazdem. Na pewno parę dań wprowadzę do restauracji mojego taty. Jedzenie tutaj jest genialne i przede wszystkim bardzo wyraziste w smaku — powiedział Pierre.

— Widzisz, a byłeś tym, którego musiałem przekonywać najdłużej. — Björn się roześmiał.

W barze było sporo osób w różnym wieku, każdy był odprężony i celebrował powoli płynący czas.

Gdy skończyli jedzenie, wybrali się na plażę. Chcieli posłuchać dźwięku fal, które poruszając się, sprawiały, że człowiek zaczynał ładować baterie. Wakacje były dobrym przerywnikiem od ciężkich treningów w świątyni Sajozu.

Następnego dnia wojownicy wybrali się na basen hotelowy. Obok był bar, w którym zamówili sobie pyszne śniadanie.

— Dwa tygodnie tutaj i można się nieźle opalić — stwierdziła zadowolona Rebecca.

— Słońce, zwłaszcza w sezonie wakacyjnym, jest tym, czego ciało każdej kobiety potrzebuje — powiedziała Emily.

— Mam tylko nadzieję, że nie skończymy jak te czerwone kraby, które wczoraj jedliśmy — powiedziała Himari.

— Masz rację. Lepiej nałóżmy filtr, żeby słońce nas nie spaliło — zaproponowała Emily.

Tymczasem panowie grali w siatkę w basenie. Nie używali swoich supermocy, aby nie wystraszyć ludzi. Zachowywali się całkowicie zwyczajnie.

Gdy nastała pora obiadowa, wszyscy wyruszyli na spacer po prowincji. Byli bardzo ciekawi Mijas. Dziewczyny były zachwycone bujną przyrodą i wszędzie widocznymi pięknymi kwiatami. Miejsce jak z bajki. Mimo natłoku turystów bycie w takim miejscu po prostu wszystkich odprężało.

— Jaka piękna zabudowa tutaj jest! — powiedziała Rebecca.

— Uwielbiam taki styl — odezwał się Carlos.

W Mijas obowiązywała wspólna, przemyślana architektura, dlatego wszędzie były kwadratowe domki z elementami koloru pomarańczowego. Wszystko do siebie pasowało, królowała biel. Wyglądało to oszałamiająco.

— Patrzcie! Pomarańcze rosną przy drodze — powiedział zdziwiony Jack.

— Myślicie, że możemy je zerwać? — zapytała Rebecca.

— Moim zdaniem nie. Znając Hiszpanię, pewnie jest za to jakaś kara. Zresztą owoce można kupić w sklepie, po co robić wstyd — powiedział Björn.

— Jest ryzyko, jest zabawa. — Emily się roześmiała, ale pomarańczy nie zerwała.

— Na tygodniu chciałabym podjechać do centrum Malagi. Jestem bardzo ciekawa tutejszej architektury — powiedziała Himari.

Na spacerze wszyscy dobrze się bawili, mogąc podziwiać architekturę urokliwego miasteczka. Postanowili jednak pójść na plażę.

— Słyszycie!? To papugi, mega! — powiedział Pierre.

— Rzeczywiście tam są. — Rebecca pokazała palcem w kierunku jednej z palm.

— Nie wiedziałam, że tutaj są papugi! Ale są piękne, takie kolorowe! — powiedziała Himari.

— A jakie głośne! — zauważył Jack. — Dobra, dziewczyny, bo ciągle się zatrzymujemy i nigdy nie dotrzemy na plażę.

Usiedli na plaży i podziwiali fale. Jednak Carlos patrzył w zupełnie innym kierunku. Zainteresowało go, jak Hiszpanie grają w siatkę. W końcu zwrócił się do reszty:

— Z chęcią bym z nimi zagrał. Co o tym sądzicie?

— Dla mnie spoko pomysł — odpowiedział Jack.

— To co, idziemy? — zapytała Rebecca.

— Wstajemy i idziemy — odparł Carlos.

— Czy ktoś z was w ogóle umie mówić po hiszpańsku? — zapytała Emily.

— Ja trochę umiem — powiedział Carlos. — Wprawdzie w Brazylii mówi się po portugalsku, ale na pewno się dogadam, nic się nie martwcie! Król Brazylii się wami zaopiekuje!

Podeszli do grupy grającej w siatkę i zaproponowali, żeby zagrać razem. Hiszpanie się zgodzili i chwilę później wybrali pierwsze pięć osób do wyjściowej drużyny, a reszta miała być na zmianę.

— Grajcie na mnie, ja będę atakował! — krzyknął Carlos. Chłopak był w swoim żywiole. Uwielbiał sport, wiele dyscyplin, a piłkę nożną najbardziej, ale siatkówka też nie była mu obca.

— Carlos, tylko nie przesadzaj z używaniem siły, już widziałem parę twoich piłek! Niechcący zrobisz im krzywdę — ostrzegł go Jack.

— Tak, tak, już się uspokajam. Wiecie, jak kocham sport. Ciężko mi ostatnio, że mogę dawać z siebie tylko jeden procent zamiast stu.

— Bycie dla innych super nie znaczy, że ty czujesz się super. Wszystko ma swoje plusy i minusy — podsumowała Rebecca.

Mimo hamowania się wojownicy wygrali znaczną przewagą z Hiszpanami. Po meczu poszli do hotelu na kolację, a następnie usiedli na balkonie w pokoju Rebekki i Jacka i patrzyli na ludzi bawiących się przy basenie.

— Mija nam pierwszy dzień. Jakie macie przemyślenia? — zapytał Björn.

— Ja jestem zachwycona tym wyjazdem, a byłabym jeszcze bardziej, gdyby Jack przyniósł mi bezalkoholowe mojito z baru na dole — powiedziała Rebecca.

— Tak jest, moja królowo! Już idę. — Jack się uśmiechnął i razem z Pierre’em poszli do baru po napoje.

— Dla mnie bomba, zwłaszcza te papugi, architektura czy drzewa z pomarańczami — powiedziała Himari.

— A ja się cieszę z meczu z Hiszpanami. Wielu moich rodaków gra tutaj w piłkę nożną, więc fajnie dla odmiany zagrać w coś innego — powiedział Carlos.

Kolejnego dnia postanowili pozwiedzać najsłynniejsze zabytki w Hiszpanii. Teleportowali się w miejsca, gdzie te zabytki się znajdowały. Na pierwszy ogień poszła bazylika Sagrada Familia.

— Jaki piękny kościół! — krzyknęła Rebecca.

— Czytałam kiedyś o tym miejscu. To jest dzieło Antoniego Gaudiego. Nieukończone od stu lat — powiedziała Emily.

— Bo w życiu jest ważne, aby robić, a nie zrobić. — Carlos się roześmiał.

— Mniej więcej masz rację. — Emily też się roześmiała.

— Te figurki wyglądają nieprawdopodobnie — stwierdził Jack.

Wszyscy zrobili sobie zdjęcie na tle bazyliki, aby uwiecznić wspólny czas w Hiszpanii. Następnie wybrali się do Narodowego Centrum Sztuki Królowej Zofii, czyli muzeum w Madrycie. Rebecca była podekscytowana, bo uwielbiała sztukę.

— Przeczytałam, że jest tutaj obraz Pabla Picassa — _Guernica_. Super! — Dziewczyna aż cała trzęsła ze szczęścia. Nie mogła się doczekać, aż zobaczy obraz.

— Spokojnie, to tylko obraz. — Jack starał się uspokoić ukochaną.

— Nie bądź ignorantem, Jack. To nie byle jaki obraz, to Pablo Picasso! — odparła zdenerwowana Rebecca.

— Jack, przygotuj się na to, że trochę sobie dziś pobiegasz po wystawach. — Pierre się roześmiał.

Jack towarzyszył wszędzie Rebecce, a ta była pod ogromnym wrażeniem obrazów. Reszta wojowników raczej oglądała je bez szczególnego zachwytu.

Ostatnim punktem tego dnia było zwiedzenie katedry Najświętszej Marii Panny w Sewilli.

— Przepiękna katedra w stylu gotyckim — powiedział Zhang.

— To największa gotycka katedra na świecie! — powiedziała Emily, dumna ze swojej wiedzy.

— Björn, jeszcze raz dzięki, że namówiłeś nas na wspólne wakacje w Hiszpanii! — powiedziała Rebecca.

— Spoko, cieszę się, że wam się podoba.

Po skończonym zwiedzaniu usiedli nieopodal basenu przy stole. Zamówili jedzenie w barze i się relaksowali. Mimo gwaru spowodowanego tłumem wszyscy się regenerowali.

— Dziś znów mam ochotę na kraba! — powiedziała Himari.

— Ja dziś oszczędniej i będzie tylko hot dog — odpowiedział smutno Carlos.

— Nie martw się, Carlos, podzielę się z tobą. I tak nie byłabym w stanie zjeść całego.

— Dzięki. Zjem połowę twojego kraba i całego swojego hot doga. Niestety, nim się nie podzielę, bo jestem bardzo głodny. — Carlos się roześmiał.

— Dobrze, wy sobie jedzcie, a ja kładę się na leżak. Oprócz słonecznego klimatu moje ciało potrzebuje jeszcze jednego: mojito — powiedziała Rebecca.

— Mam dla was jeszcze jedną niespodziankę, ale dopiero jutro wam powiem co i jak — powiedział Björn.

— Björn, ale jesteś tajemniczy. Mam nadzieję, że będzie to pozytywna niespodzianka — odparł Jack.

Po zachodzie słońca grupa przyjaciół nadal relaksowała się przy basenie. Nazajutrz Björn przedstawił swoją niespodziankę:

— Kurs pływania! Wykupiłem dla was wszystkich.

— Nie musiałeś wydawać pieniędzy — powiedział Carlos.

— Norweski król chciał nam zaimponować — stwierdził Pierre. — Ale muszę przyznać, że pomysł świetny! Zawsze marzyłem o tym, żeby nauczyć się nurkować ze sprzętem.

— Wiedziałem, że mój pomysł się wam spodoba — powiedział zadowolony z siebie Björn.

Przyjaciele zaczęli szkolenie z nurkowania, wypożyczyli potrzebny sprzęt. Była to pierwsza lekcja, więc bardziej to przypominało zabawę niż prawdziwe nurkowanie.

Rebecca i przyjaciele przebywali w Hiszpanii od siedmiu dni. Był to wspaniały wyjazd, wszyscy wypoczęli i się zregenerowali. Uśmiech nie znikał z twarzy Rebekki. Przyzwyczaiła się do tego, że mija tutaj co chwilę drzewa, na których rosną pomarańcze. Wszyscy wybrali się na spacer deptakiem wokół plaży.

— Patrzcie, jak tutaj jest pięknie! A może powinniśmy rzucić wszystko i tutaj zamieszkać? Co o tym sądzisz, Jack?

— Kochanie, bardzo bym chciał, ale farma moich rodziców to całe moje życie. Możemy jednak co któryś weekend tu wpadać. Szybka teleportacja i będziemy chodzić tym deptakiem. Chodzić do naszych barów. — Jack się rozmarzył.

— Jak będziecie spędzać razem te romantyczne chwile, nie zapomnijcie o nas. Wystarczy szybki kontakt i my będziemy wam przeszkadzać. — Pierre się roześmiał.

— Właśnie, nie myślcie sobie, że będziecie tutaj fajnie spędzać czas bez nas. To, że wam się podoba, to zasługa takiej fajnej ekipy jak my — powiedziała rozbawiona Emily.

— Oczywiście, nie wyobrażam sobie, że mogłoby was z nami nie być. — Rebecca się uśmiechnęła.

Skaliste wybrzeże, kwiaty i widok morza sprawiały, że serce zaczynało bić szybciej. Jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie miało tyle do zaoferowania. Gdy minęła dwunasta, wojownicy poszli na plażę się opalać.

W pewnym momencie Rebecca poczuła się gorzej, znała to uczucie, to był jej dar. Zawsze, gdy ktoś na Ziemi czuł przeraźliwy strach, ona to wyczuwała.

— Musimy szybko teleportować się do Nowego Yorku. Ktoś panicznie się tam czegoś boi. Nie wiem, co się dzieje. Musimy to sprawdzić — powiedziała Rebecca.

— Dobrze, tylko schowajmy się gdzieś i dopiero wtedy teleportujmy — zaproponował Jack.

Szybko znaleźli odosobnione miejsce i teleportowali się na dach budynku w Nowym Jorku. Zawsze wybierali takie miejsca, żeby nie narażać się na ciekawskie spojrzenia. Każdy założył maskę i strój wojownika Sajozu. Zeszli z dachu do windy i szybko zjechali na dół.

— Widzicie ten bank? To tam jest ta wystraszona osoba! — powiedziała Rebecca.

Gdy weszli do banku, zauważyli czterech przestępców. Dwóch pilnowało zakładników, kolejnych dwóch w tym czasie próbowało okraść bank.

— Patrz, jacy przebierańcy! — Jeden z przestępców roześmiał się na widok wojowników świątyni Sajozu.

— Kładźcie się na ziemię, szybko, bo inaczej kula w łeb! — zagroził drugi, mierząc do nich z broni.

— Tym razem ja chcę ich nauczyć, że nie warto być bandytą! — zadeklarowała Emily.

— Dobrze — zgodziła się Rebecca — tylko obiecaj nam jedną rzecz!

— Jaką!?

— Nie bądź zbyt delikatna. Jak im guza nie nabijesz, to się nie nauczą. Ja czasem w obronie ludzi trochę za mocno uderzę, ale potem taki bandyta dwa razy się zastanowi, zanim kogoś skrzywdzi.

— Co powiedziałaś!? — krzyknął przestępca, po czym otworzył ogień do wojowników. Oni nawet nie poczuli kul, które ich atakowały. Jedynie stroje mieli lekko podziurawione.

— Boże, kim oni są? — krzyknął zdziwiony przestępca.

— Jesteśmy twoim koszmarem! — Emily się uśmiechnęła.

W tym momencie czterech przestępców zaczęło do niej strzelać. Hałas był okropny. Emily, jak gdyby nigdy nic, szła w kierunku dwóch mężczyzn. Obydwaj już po jednym uderzeniu zostali odrzuceni na trzy metry.

— Masz nie być delikatna, ale ich nie zabij! — upomniała ją Rebecca.

— Oni nie mieli skrupułów, żeby do nas strzelać i zabić, ale masz rację, muszę się opanować!

— Pamiętaj, nie jesteśmy nimi, nie musimy być tak brutalni. Niech trafią na dożywocie! — powiedział Jack.

Do dwóch kolejnych napastników Emily ruszyła z superszybkością. Uderzyła ich delikatnie, ale i tak obydwaj stracili przytomność.

— Dziękujemy wam za uratowanie życia! — krzyknęła zakładniczka.

— To nasz obowiązek. Mając taki dar, musimy walczyć ze złem — odparła Emily.

— Tacy bandyci to pestka. Istnieją dużo potężniejsi wrogowie — stwierdził Jack.

— Jack, przestań! Po co straszysz panią! — Rebecca się zdenerwowała.

Bohaterzy wrócili szczęśliwi do świątyni Sajozu, ich wakacje dobiegły końca. Trzeba było się wziąć do ciężkiego treningu.Żałoba

Wypadek
Gdy żałobnicy opuścili dom po stypie, Jack usiadł na ganku. Był przygnębiony, czuł się jak w innym wymiarze. Ostatnie dni wyczerpały go całkowicie. Był cieniem siebie sprzed tej tragedii. Jednak nie był sam — cały czas towarzyszyła mu Rebecca. Widząc narzeczonego siedzącego skulonego na ganku, przysiadła się do niego. Chciała, aby czuł jej wsparcie. Nie wiedziała, jak by się czuła, gdyby to ona straciła rodziców, zwłaszcza że byli dla niej jednymi z najważniejszych osób na świecie. Usiadła obok Jacka i położyła głowę na jego ramieniu. Chłopak nawet nie zareagował, był całkowicie przemęczony. Patrzyli obydwoje w przestrzeń, słuchając świerszczy i innych owadów. Od czasu do czasu słuchać było konie zamknięte w stodole. Siedzieli bez słowa przez piętnaście minut, aż Rebecca wstała i poszła zaparzyć herbatę. Wróciła z kocem, którym przykryła siebie i Jacka.

— Teraz mam tylko ciebie. Zawsze mogę na tobie polegać. Nawet teraz, nic nie mówiąc, przytuliłaś się i zrobiłaś mi gorącą herbatę z pomarańczami cynamonem i miodem, żebym poczuł się chociaż trochę lepiej. Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy. Kocham cię z całego serca.

— Ja też cię kocham. Jest mi ogromnie przykro, gdy widzę cię pogrążonego w takim smutku. Lubiłam twoich rodziców. — Łzy ciekły jej po policzkach.

Jack przytulił Rebeccę, a potem pocałował. Wiedział, że cały jego świat jest obok niego. Nie miał pojęcia, jak to wszystko ogarnie, ale czuł, że na pewno sobie poradzi, bo musi walczyć zwłaszcza dla Rebekki. Razem wrócili do domu, żeby posprzątać po stypie.

— Oddam wszystko co do centa twoim rodzicom. Nadal jest mi wstyd, że pożyczyli mi pieniądze na pogrzeb — mówił przygnębiony.

— Spokojnie, oni tego nie wymagają.

— Bardziej chyba boli mnie to, że to były pieniądze na nasz ślub i wesele. Od jutra idę szukać dodatkowej pracy. Będę pracował i jednocześnie zajmował się farmą.

— Jack, spokojnie. Na razie potrzebujesz kilku dni, żeby ochłonąć.

— Nie potrzebuję. To, czego potrzebuję, to zadbać o ciebie, spłacić twoich rodziców i mieć na karmę dla zwierząt. Ludzie na świecie przeżywają większe traumy niż ja. Nie mogę się poddać.

— Jak zamierzasz podjąć pracę, skoro ledwo wystarcza ci czasu na farmę i świątynię?

— Będę rzadziej bywał w świątyni Sajozu.

— Ale przecież kochasz to miejsce i uwielbiasz trenować.

— Teraz mam ważniejsze rzeczy na głowie, na przykład zakup jedzenia. — Jack uśmiechnął się smutno.

Rebecca i Jack położyli się do łóżka. Gdy Jack spał, dziewczyna głaskała go po głowie. Następnego dnia Rebecca wstała wcześnie rano, zaparzyła yerba mate i przygotowała pyszną jajecznicę na maśle. Jack schodził powoli schodami. Uśmiechnął się na widok gotowego śniadania.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij