-
nowość
-
promocja
Recepta na romans. Doktor Scott. Tom 2 - ebook
Recepta na romans. Doktor Scott. Tom 2 - ebook
Zostałem Doktorem Erotycznym – tak zdecydowali się mnie nazwać, a ja zamierzam zasłużyć na ten tytuł i dobrze wykorzystać rozpoznawalność, którą zdobyłem po wzięciu udziału w reality show Lekarze, czyli zaspokoić wszystkie chętne kobiety.
Przynajmniej taki był mój plan, dopóki nie poznałem Harlow Paige. Pięknej i seksownej felietonistki, która niestety jest odporna na moje wdzięki… No cóż, przekonamy się, jak długo.
Przygotuj się, Harlow. Miłość jest zaraźliwa.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Erotyka |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8449-104-1 |
| Rozmiar pliku: | 5,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
SCOTT
Chłodne, wilgotne końce moich włosów łaskotały mnie w kark, gdy zakładałem czystą koszulę i wpychałem ją w spodnie.
Pracowałem na podwójnej zmianie i ostatnie kilka godzin porządnie dało mi w kość. Krew, maź, wymioty – co tylko chcecie. Byłem pokryty tym wszystkim i jedynie prysznic w pracowniczej szatni mógł sprawić, że znowu poczuję się jak człowiek. Co też się stało.
Zamykając z trzaskiem szafkę, przypiąłem identyfikator z przodu koszuli, wsunąłem telefon do kieszeni i wyszedłem z pomieszczenia.
Kilkoro współpracowników uśmiechało się i kiwało głowami, gdy mijałem ich na korytarzu, ale nie zatrzymywałem się. Zarówno jedzenie, jak i kawa były teraz niezbędne nie tylko dla mojego samopoczucia, ale również zdrowia ludzi wokół mnie.
Gdy chodziło o głód i niedobór kofeiny, nie robiłem się zrzędliwy; stawałem się oszołomiony. Zajebiście lekkomyślny. A czasami nieco niepotrzebnie niemiły.
Jedna z moich nielicznych wad.
Widząc stołówkę, przyspieszyłem kroku i otworzyłem drzwi. Kiedy wchodziłem do środka, ominąłem wychodzącą z bistro pielęgniarkę. Zwykle zacząłbym rozważać plan ataku, żeby oczarować tę śliczną kobietę swoim urokiem i dowcipem, ale moje priorytety czasami się zmieniały – chociaż rzadko – a to była jedna z tych chwil.
_Kawa i jedzenie_, _potem seks_.
Jeśli mowa o kawie, ktoś znajomy czaił się naprzeciwko niej. Ktoś, czyj widok przyjmowałem z rozbawieniem pomimo braku kofeiny i pożywienia – jedyny i niepowtarzalny Doktor Obsceniczny.
Razem ze mną i innym szefem oddziału został wybrany do udziału w nowym medycznym serialu dokumentalnym – _Lekarzach –_ który będzie emitowany przez trzydzieści sześć tygodni, po jednym godzinnym odcinku w każdy wtorkowy wieczór. Chociaż wszystkie odcinki zostały nagrane w tym samym czasie, Will był prezentowany jako pierwszy i kurwa, miał z tego powodu niezłe przygody.
Nieplanowana nagość, niestosowne komentarze w gabinecie i w efekcie napływ nowych pacjentek, desperacko zdeterminowanych, żeby spróbować swoich szans u doktora. Męczyło go to, ale dla kogoś z zewnątrz – takiego jak ja – płynąca z tego rozrywka była nieskończona.
– Will Cummings – krzyknąłem, zwracając na siebie jego uwagę mimo dzielącej nas odległości.
Jego głowa drgnęła na dźwięk mojego głosu, a na jego twarzy pojawił się szczery uśmiech. Rozumiałem to – też bym się ucieszył na swój widok.
Skierowałem się w jego stronę, koniec końców stał tuż przy ekspresie do kawy, i wyciągnąłem rękę na powitanie.
– Scott – powiedział łagodnie, ściskając moją dłoń.
Zacząłem odtwarzać w głowie ostatni odcinek z Willem, a mój uśmiech nieco przygasł. Ten biedny gamoń zdecydowanie przesadził ze swoim zachowaniem przed kamerą. Odkładając na bok ubaw, który miałem z oglądania na ekranie, jak jego dobre intencje obracają się przeciwko niemu, było mi go żal. Will Cummings był naprawdę porządnym facetem.
Ale w tych czasach żaden program nie troszczyłby się o wiarygodne przedstawienie trzech mężczyzn w szczycie ich zawodowych możliwości – ratujących życie, robiących porządek i będących przy tym wzorowymi obywatelami.
W dzisiejszym świecie chodziło o dramatyzm, polot i czynienie gwiazd telewizji „reality” tak interesującymi, jak to tylko możliwe – często ze szkodą dla ich osobowości i codziennego życia.
Dlatego kiedy nas filmowano, trzymałem swoje romanse z dala od kamery i szpitala, a na krótki okres całkowicie z nich zrezygnowałem. Podczas gdy Willa raz za razem przyłapywano z opuszczonymi gaciami, to kiedy emitowano moje odcinki wiedziałem, że na niczym mnie nie złapią.
Uśmiechnąłem się przebiegle na tę myśl.
– Przestań się tak na mnie patrzeć – mruknął Will, a ja nie mogłem ukryć rozbawienia. Czasami zajebiście łatwo się wkurzał.
– O, jaki delikatny. Ktoś tu jest w złym humorze.
– Tylko poczekaj – odburknął, mieszając swoją kawę tak agresywnie, że prawie wylała się z kubka na blat. – Ty też będziesz.
Roześmiałem się. Och, Will. On naprawdę był zbyt naiwny.
– Zakładasz, że wszyscy są tak samo dobrzy w robieniu z siebie dupka jak ty. – Wyciągnąłem rękę i żartobliwie trąciłem go w ramię. – Ty jesteś w tym najlepszy.
– O nie, Scott – zaprzeczył, z nową warstwą jadu w głosie. – Zapewniam cię… jak mocno byśmy nie próbowali, nigdy nie przeskoczymy cię w byciu dupkiem. Wystarczy, że spytasz Mandy. Albo Sarah. Albo Monicę.
Kurwa. _Zabolało_. Udawałem, że się uśmiecham, ale usłyszenie każdego z tych imion było jak sypanie soli na otwartą ranę. Źle oceniłem tamte sytuacje; tkwiłem w nich zbyt długo, sądząc, że one myślą o mnie tak samo niezobowiązująco, jak ja o nich. Nie zasługiwały na to, jak je potraktowałem – jak się od nich ulotniłem – ale nie byłem facetem do związku. Ani trochę.
– Chyba serio jesteś w kiepskim nastroju – wymamrotałem, wiedząc, że w większości sam to na siebie sprowadziłem.
Will był wrażliwy na publiczną krytykę z powodu programu, a ja nie mogłem winić nikogo poza sobą za amunicję w postaci Mandy, Sarah i Moniki, bo sam jej dostarczyłem.
– Wybacz, Scott. Po prostu… przez ten program i wszystko… i jeszcze nie wypiłem kawy. – Wzruszył ramionami, przepraszając całym swoim mierzącym ponad metr osiemdziesiąt ciałem. – Chyba masz rację. Jestem największym dupkiem.
Prawie się roześmiałem. Boże, Will był miłym gościem aż do przesady.
Jednak nie zmarnowałem okazji, jaką dały mi jego przeprosiny, ponieważ, jak powiedział wcześniej, naprawdę _byłem_ większym dupkiem.
– Cóż, przynajmniej zdajesz sobie z tego sprawę.
Poklepałem go po plecach i odszedłem, skoro moje było na wierzchu.
Nadszedł czas na ratowanie istnień, z kawą czy bez.
***
Dwanaście tygodni później
To oficjalne. Naprawdę jestem najszczęśliwszym sukinsynem w Nowym Jorku. Niesamowity seks z trzema różnymi kobietami, trzy noce w tygodniu bez zbędnych uczuć i z najpopularniejszym programem w telewizji – czułem, że jestem nie do zatrzymania. Jakbym stał na szczycie świata i nic nie mogło mnie stamtąd strącić.
Doktor Erotyczny – oto jak zdecydowali się mnie nazywać. Sama myśl o tym wywoływała mój uśmiech.
Podczas gdy Will zakopał głowę w piasek, ja wystawiałem swoją w stronę blasku reflektora. Chwała, sława, dobre czasy.
Epizod z celibatem, który odbyłem podczas filmowania, był tego wart i teraz czułem gotowość, żeby dzięki temu zapewnić sobie coś odwrotnego.
Ja, Scott Shepard, byłem oficjalnie Doktorem Erotycznym – i zamierzałem wkroczyć z tą mocą i rozpoznawalnością prosto na ulice Nowego Jorku i dobrać się do majtek chętnych kobiet.
_Jesteście na mnie gotowe?_ROZDZIAŁ PIERWSZY
HARLOW
Siedem tygodni później
– Zatem co lubisz robić w swoim wolnym czasie, Harlow? – zapytał Barron po wzięciu solidnego łyku czerwonego wina. Zamówił nam do posiłku trzecią butelkę, prawdopodobnie merlota, i starał się przedstawić mi każdy detal na temat tego, jakie było rzadkie i wyjątkowe.
– Niezwykłe – mówił, obracając kieliszkiem i uśmiechając się szeroko. – Jestem pod wrażeniem, jakie ma nogi, zwłaszcza jak na ten rocznik. Zauważyłaś, jak delikatne tony dębu i czekolady ożywiają paletę?
Barron Alexander Conrad III – tak brzmiało jego pełne i, bądźmy szczerzy, bardzo pretensjonalne imię – nie przestawał ględzić o nogach wina, od kiedy kelner postawił butelkę na stole. Nie wiedziałam o winie dosłownie nic. Taniczne. Dębowe. Pełne. Każdy wyraz, który wypowiadał, łączył się w jedno słowo w moich myślach: ostentacyjne.
Jeżeli chodziło o wino, jedynym, co mnie interesowało, było to, ile kieliszków potrzebuję, żeby się wstawić.
Walczyłam z pokusą, żeby wywracać oczami i tylko przytakiwałam, udając, że się zgadzam, gdy przechylałam kieliszek do ust, kończąc pierwszy z tej butelki.
_Pierwsze randki. Jak ja ich, kurwa, nienawidzę._
Do diabła, pogardzałam ogólnie wszystkim, co mogło prowadzić do związku. Nie miałam lęku przed zaangażowaniem ani nic w tym rodzaju. Po prostu wiedziałam, że długoterminowe zaangażowanie mi nie leży. Sparzyłam się porządnie i wyciągnęłam z tego lekcję. Spędzę resztę życia, trzymając ręce z dala od tego przysłowiowego gorącego kartofla, dziękuję bardzo.
Wymusiłam uśmiech. A przynajmniej miałam nadzieję, że się uśmiecham. _Czy uśmiech smakuje jak ocet? Jeśli tak, to zdecydowanie się uśmiecham._
– Cóż… Praca zajmuje mi sporo czasu. A kiedy nie pracuję, lubię wychodzić na kolację z przyjaciółmi, czytać, oglądać filmy, chodzić na koncerty…
Bla. Bla. Bla.
Boże, brzmiałam tak samo nudno jak Barron.
_Dlaczego w ogóle zgadzam się na takie randki?_
Ponieważ potrzebuję seksu.
_Wiem. Uwierzcie mi, wiem._
Ale naprawdę potrzebuję seksu.
Poza przesuwaniem w prawo każdego profilu na Tinderze w promieniu dwóch mil randki takie jak ta były jedyną opcją na spiknięcie się – zwłaszcza takie, które może skończyć się penetracją bez konieczności wkładania przeźroczystych szpilek i paska zamiast spódniczki, żeby stanąć pod latarnią. Chociaż jeżeli z tej randki nic nie wyjdzie, ta ostatnia opcja nabierze sensu.
_To trwa zbyt długo i moje codzienne sesje masturbacyjne przestają wystarczać. Potrzebuję penisa, ludzie._
– Od jak dawna jesteś w „Plotce”?
Westchnęłam w duchu. Zarówno z powodu zbyt nosowego głosu Barrona, jak i absurdalnej pracy, którą ciągle wykonywałam.
– To już chyba cztery lata.
_Za długo, do cholery._
„Plotka” była internetowym i drukowanym magazynem, a ja od kilku lat byłam w niej zatrudniona jako publicystka. Celem pisma było kombinowanie, jak dokopać się do cynków z pierwszej ręki i soczystych plotek na temat sławnych i bogatych tego świata, szczególnie tych zamieszkujących Nowy Jork. To było kiczowate i banalne, ale właśnie tego można się spodziewać po czymś, co nazywa się „Plotka”.
Celebryci co do zasady byli tacy sami – kochali nas, kiedy ich zauważaliśmy, ale nienawidzili, gdy praliśmy ich brudy.
Jednak, należy to odnotować, nie byłam całkowicie po ciemnej stronie tak jak niektórzy koledzy z branży. Dawałam moim czytelnikom _w większości_ prawdziwe informacje o celebrytach, troszeczkę je upiększając. Podążałam drogą w stronę prawdy, nawet jeżeli czasami zahaczyłam o pobocze. Inne podstępne żmije krążyły po lesie, szukając najbardziej soczystego zatrutego jabłka, żeby złożyć je na celebryckie ręce.
Czerpałam niezrównaną _przyjemność_ z pisania o znanym lowelasie, który przeleciał nianię, podczas gdy jego żona była na planie filmowym tysiące mil dalej – niania wyśpiewała wszystko i przekazała stosowne dowody – i nie sądziłam, żeby to miało się zmienić.
Oczywiście to samo dotyczyło zdradzających żon i dupkowatych gwiazd, które traktowały swoje asystentki i pracowników jak gówno.
Mówiąc krótko, moja praca w „Plotce” była planem na chwilę po tym, jak skończyłam uniwersytet i zakończyłam popaprany związek, ale tak jakoś wyszło, że zamieniła się w mój stały zawód. Cholera, patrząc na moje życie z perspektywy dwudziestodziewięciolatki, nie byłam nawet pewna, dlaczego wciąż tam pracuję.
_Serio? Dlaczego ciągle tam jestem?_
Wbiłam widelec w szparaga na talerzu i zastanawiałam się, jak doszłam do tego miejsca, robiąc karierę w czymś, co nie sprawiało mi przyjemności i chodząc na pierwsze randki z mężczyznami takimi jak Barron tylko dlatego, że desperacko potrzebuję penisa. Dobry Boże, gdyby naprawdę o tym pomyśleć, moje życie wykolejało się z pieprzonych torów.
Jak na zawołanie Barron uśmiechnął się z drugiej strony stołu i skierował widelec w moją stronę.
– Musisz tego spróbować – zachęcił mnie, wywijając widelcem, żeby to podkreślić, kiedy potrząsałam głową. – Po prostu spróbuj, Harlow. Ten homar to niebo w gębie – powiedział, wskazując na widelec, który zatrzymał się pięć centymetrów od mojej twarzy, tak jakbym jakimś cudem _nadal_ nie była pewna, o co chodzi, pomimo tego bardzo jasnego instruktażu.
– Uch… – jęknęłam, gdy tylko zapach owoców morza dotarł do moich nozdrzy. – Nie jestem wielką fanką ryb.
– Ale to homar.
– Taa… ryba… homar… mam na myśli wszystko, co pływa w wodzie. Nie jestem fanką takich rzeczy.
– Daj spokój – kontynuował, a ja poczułam pokusę, żeby wytrącić widelec z dala od mojej twarzy. – Nikt się nie oprze homarowi Daniela.
– Ja się oprę.
Wpatrywał się we mnie, a ja w niego; w głowie grała mi muzyka z gry _Mortal Kombat_.
_Na miłość boską, zabierz swój widelec sprzed mojej twarzy._
Wreszcie, po chwili, która zdawała się trwać godzinę, sam skosztował homara, głośno pojękując z rozkoszy.
– Boże, jakie dobre.
Jeżeli kolacja była zapowiedzią tego, co nastąpi później, mogłam bezpiecznie założyć, że powinnam stąd spieprzać, zanim przyniosą rachunek. Zmyślić jakąś sytuację awaryjną. Napisać do jednej z przyjaciółek, żeby uratowała mnie z nieuchronnej katastrofy, która z pewnością nastąpi, zanim wieczór dobiegnie końca.
_Dobry plan, Harlow! Napisz do Amandy._
Amanda była jedną z moich najdawniejszych i najbliższych przyjaciółek z uczelni. Co więcej, to nie będzie pierwszy raz, kiedy pomoże mi wydostać się z tego typu sytuacji.
Podczas gdy Barron pozostawał zahipnotyzowany swoim winem i homarem, dyskretnie wysunęłam komórkę z torebki i napisałam do mojej najlepszej przyjaciółki z nadzieją, że wymyśli idealną wymówkę. A później wybłagam, żeby pomogła mi ją zrealizować.
Harlow: Pomóż. Mi. Potrzebuję wymówki.
Amanda: Nie. Nie tym razem, Frances.
Harlow: Co??? Ja tu umieram! (I przestań nazywać mnie Frances. Wiesz, że tego nie cierpię).
Frances Harlow Paige. Oto moje pełne imię – prawie tak samo złe jak Barron Alexander Conrad III – którego już nie używam i którym nikt mnie nie nazywa. Uwierzcie mi – Harlow, jak niecodzienne by nie było, znacznie bardziej do mnie pasowało.
Ale czasami moja najlepsza przyjaciółka lubiła być zołzą i drwić z tego, że odziedziczyłam imię swojej babci.
Pierdolona Frances. Boże, to imię było całkowitym przeciwieństwem mnie.
Amanda: Biorąc pod uwagę, że to twoje prawdziwe pierwsze imię i że uważam, że jest urocze, ignoruję twoją prośbę. A poza tym powinnaś dać mu szansę, Harlow. On może być świetnym facetem. On może być TYM facetem.
Harlow: To nie najlepszy czas na rozpoczynanie kariery jako mówczyni motywacyjna. Ten gość ciągle gada o nogach swojego wina i wpycha mi homara do gęby. Potrzebuję pomocy w postaci fałszywej wymówki. Wszystko się nada. Przyjdź i uruchom alarm pożarowy. Zadzwoń i powiedz, że podłożono tu bombę.
Kliknęłam „wyślij” i dopiero wtedy to przemyślałam. Grożenie bombą i fałszywe alarmy pożarowe brzmiały trochę zbyt ryzykownie. Chciałam, żeby Amanda pomogła mi wydostać się z tej sytuacji, a nie żeby została aresztowana i przesłuchana przez FBI.
_Chociaż może sama powinnam to zrobić. To może zakończyć się przeszukaniem otworów w moim ciele…_
_Nie. NIE._
Myślenie w taki sposób to dla mnie nowe dno.
Harlow: Czekaj… nie rób tego! To może się źle skończyć… O! Zadzwoń do mnie i powiedz, że komuś zostały tylko trzy godziny życia, a ja muszę jak najszybciej do niego pojechać, żeby się pożegnać. PROSZĘ. BŁAGAM CIĘ.
Amanda: Nie. Ty zaczynasz swoje randki, ty je kończysz, paniusiu.
_Kurwa._
O ile nie wymyślę jakiejś wymówki bez pomocy Amandy, będę w kropce. Co wyjaśniało, dlaczego skończyło się na tym, że zostałam aż do końca kolacji. _Oraz_ uczestniczyłam w nudnej rozmowie. _Oraz_ odbyłam monotonną podróż taksówką do mieszkania Barrona.
_Trzymam kciuki, żeby seks był wart tej fatygi…_
***
Sypialnia Barrona była dokładnie taka, jak się spodziewałam. Wszystko miało swoje miejsce, idealnie ułożone, żeby prezentować swoją wartość i przepych, a jego obrazy, rzeźby i meble wskazywały wyraźnie, że nie kupił ich w supermarkecie Target. To był luksusowy, wyrafinowany apartament – jakby tego było mało, z widokiem na Central Park. Szkoda, że wydawał się przy tym całkowicie pozbawiony osobowości.
Kontynuując przegląd otoczenia, zauważyłam dwie szafy, którymi się kompletnie zachwyciłam. Zastanawiałam się, czy jest jakaś jebana szansa, że dostał je w IKEI.
Miałam go o to zapytać, ale kiedy spojrzałam na jego twarz – która właśnie znajdowała się pomiędzy moimi udami – zdecydowałam, że to prawdopodobnie nie jest najlepszy moment na rozmowę o jego meblach.
Okej, tak. Przyznaję.
Jestem obecnie w sypialni Barrona, a on rzeczywiście robi mi minetkę.
Mogę być z wami szczera?
Jest koszmarnie.
Ale przez moje skupienie na wystroju wnętrz prawdopodobnie się tego domyśliliście.
– Dobrze ci, Harlow? – jęknął, przyssany do mnie, a ja ugryzłam się w język, żeby nie powiedzieć czegoś w stylu: „Proszę, przestań. Myślę, że przez ciebie mojej cipce jest smutno”_._
– Mmm-hmm. – Starałam się jak najlepiej udać rozkosz. Cichy jęk. Dobrze wpasowane westchnienie.
– Boże, smakujesz tak dobrze.
_O, kurwa. Auć. Czy on ma jakiś szpikulec na końcu tego języka?_
Uch. Nie mogłam tak dłużej. Zawsze uwielbiałam minetki, ale kurczę, moja cipka miała ograniczoną tolerancję na to, co robił jej swoim językiem, czymkolwiek to było. Obawiałam się, że to się skończy jakąś emocjonalną traumą, jeżeli pozwolę na kontynuację. _Czy istnieją sesje terapeutyczne i antydepresanty dla cipek?_
_Może jeżeli po prostu pominiemy grę wstępną i przejdziemy do seksu, to się poprawi?_
Niektóre kobiety by się poddały, ale seks był powodem, dla którego wysiedziałam do końca tej kolacji i brałam udział w najnudniejszej pogawędce w historii ludzkości. Cholera, wyciągnę z tego jakąś iskierkę przyjemności, nawet jeśli miałabym wziąć jego penisa za zakładnika i sama się nim wyruchać.
– Pieprz mnie, Barron – wyszeptałam, zawracając nas z tej żałosnej ścieżki i kierując w stronę czegoś bardziej ekscytującego.
Spojrzał na mnie z błyskiem w oczach.
_Tak. Nie przestawaj, Harlow. To może zadziałać._
– Proszę, pieprz mnie, Barron – powtórzyłam, a on natychmiast przejął inicjatywę.
Zdeterminowany szybko zdjął spodnie i bokserki, odsłaniając kształtnego i dużego penisa. _Dzięki Bogu_. Po najszybszym na świecie założeniu prezerwatywy ułożył się między moimi udami i zaczął we mnie wchodzić.
_Okej. Tak lepiej…_
Jedno pchnięcie. Dwa pchnięcia. Trzy kolejne i zaczęłam czerpać z tego przyjemność. Do diabła, zaczęłam nawet myśleć, że cały nudny wieczór był tego wart. Usta nie mogły się równać z penisem, to było cholernie pewne. Jego zdolności konwersacyjne i oralne nie umywały się do tego, co potrafił robić w trakcie seksu.
– Obróć się – nakazał, ciężko dysząc. – Pokaż mi swój idealny tyłek, skarbie.
_Uch. Skarbie._ Boże, wkurwiało mnie, gdy faceci nazywali mnie „skarbem”.
_Mimo wszystko jest okej. To przynajmniej zmierza we właściwym kierunku. Nie rozpraszaj się, Harlow_.
Barron nie dał mi szansy, żebym sama mogła się ruszyć – złapał moje biodra i obrócił mnie na brzuch. Tyle tylko, że nie był w tym zręczny, stracił równowagę i opadł na mnie całym swoim ciężarem. Jego klatka uderzyła mnie w plecy, moje ciało wystrzeliło do przodu i z głośnym, przeszywającym hukiem grzmotnęłam czołem w zagłówek jego wielkiego łóżka. Natychmiast zamglił mi się wzrok i poczułam ostry ból w głębi oczodołu.
– Och – zawołałam, trzymając dłoń na czole. Czułam, jakby w miejscu uderzenia palił mnie żar, tak intensywnie, że brakowało mi tchu. – Jezusie, Mario i Józefie! Co, do diabła?!
– O mój Boże – powiedział Barron gdzieś zza mnie. Był wstrząśnięty. – Bardzo przepraszam, Harlow. O mój Boże, czy wszystko w porządku?
Zabrałam dłoń z czoła, żeby wymamrotać jakieś bzdury o tym, czy to, że mnie okaleczył, jest w porządku – i zorientowałam się, że chyba naprawdę nie było w porządku. Moje palce pokrywała jasnoczerwona krew, która gdy ruszyłam ręką, zaczęła tworzyć małą kałużę sączącą się w jedwabny materiał poszewki na poduszkę. Cokolwiek stało się z moim czołem w wyniku ochoty Barrona na mój tyłek, najwyraźniej wyrządziło poważną szkodę.
Obróciłam się do niego.
– O, kurwa – mruknął na widok mojej rany. – To naprawdę duże rozcięcie, Harlow.
_Uch… tak myślisz?_
– Czy możesz podać mi ręcznik, żebym, no wiesz, nie zakrwawiła ci całego łóżka? – Jeszcze bardziej niż dotychczas.
– Kurdę. Wybacz – wymamrotał i zeskoczył z łóżka, a jego teraz sflaczały penis dyndał w powietrzu, gdy biegł w stronę łazienki.
Głośno westchnęłam. To była dosłownie najgorsza pierdolona noc w historii. Naprawdę zasługiwała na jeden z tych internetowych artykułów o koszmarnych pierwszych randkach.
Mniej niż minutę później Barron przyciskał mi ręcznik do czoła i z niepokojem przyglądał się mojej twarzy. _To chyba miłe, że się martwi_.
– Dzięki – powiedziałam, a on się skrzywił.
– Boże, przykro mi.
– Nic się nie stało.
To znaczy tak naprawdę się stało, ale co miałam powiedzieć? _Tak, powinno ci być przykro. Zrobiłeś mi beznadziejną minetkę, a ruchając mnie, udało ci się rzucić mną w zagłówek, który tak się składa, że jest zrobiony ze szkła._
A właśnie, dlaczego ktoś ma taki zagłówek? Miałam szczęście, że nie straciłam oka.
Wstałam i poszłam do łazienki, żeby osobiście ocenić uraz, a Barron nie podążył za mną. Spojrzałam za siebie w idealnym momencie, żeby zobaczyć, jak dotyka dłońmi zakrwawioną poduszkę, z przerażeniem zbliża palce do twarzy i mdleje na środku swojego miękkiego łóżka.
_Jezu Chryste_.
Potrząsnęłam głową z niesmakiem, ale prawie natychmiast przestałam. Zawroty głowy promieniujące od podstawy czaszki groziły, że zmogą mnie jak tego skubańca w sąsiednim pokoju, jeżeli nie będę ostrożna. Po spojrzeniu w lustro i dostrzeżeniu wyraźnego, ciągle krwawiącego rozcięcia na obrzękniętym czole wiedziałam, że potrzebuję szwów.
Chciałam jedynie penisa. A tymczasem w nagrodę dostałam samotną wycieczkę na oddział ratunkowy. _Nie ma opcji, że obudzę Myszkę Minnie, żeby poszła ze mną._
Jezusie. _To może być najwyższy czas, żeby rozważyć pójście do zakonu._