Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Recepta na romans - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
15 kwietnia 2026
39,90
3990 pkt
punktów Virtualo

Recepta na romans - ebook

Pierwszy rok rezydentury to piekło. Zwłaszcza gdy wszyscy myślą, że przespałaś się z szefem, by się na nią dostać.

Grace Rose od zawsze chciała zostać lekarką. I właśnie zaczyna pracę na oddziale położniczo-ginekologicznym w teksańskim szpitalu. Nie jest lekko.

Julian Santini – irytująco przystojny dupek, też rezydent – nie tylko wierzy w bzdurne plotki, ale i robi wszystko, by uprzykrzyć Grace życie.

Najgorzej!

Ich relacja przypomina otwartą ranę, ale… on ma problem z nauką teorii (może to ADHD?), ona – z praktyką (i ma ataki paniki). Do tego ciągle muszą zakuwać. I są skazani na swoje towarzystwo. Aż nagle pierwsze cesarki wykonane trzęsącymi się rękoma, wspólne dyżury i nieprzespane noce działają jak kojący opatrunek.

Niestety Grace ma swoje demony, a Julian swoje tajemnice.

Komu bardziej kibicujesz?

Julianowi, przystojnemu osteopacie, którego starsze siostry pilnują, by nie zachowywał się jak mizoginistyczna świnia?

Czy Grace, rezydentce walczącej ze swoimi lękami i z podłą plotką o karierze zdobytej przez łóżko?

A może im – razem?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-287-3512-5
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

SŁOWNICZEK

ASCOM – 1. wewnątrzszpitalny telefon; 2. dźwięk, który słyszysz w swoich koszmarach; 3. to, czego życzysz najgorszemu wrogowi.

------------------------------------------------------------------------

KIEROWNIK SPECJALIZACJI – 1. lekarz prowadzący, który zarządza określoną specjalizacją rezydentury; 2. mężczyzna z nieskończonym zapasem czekolady.

------------------------------------------------------------------------

LEKARZ PROWADZĄCY – 1. lekarz, który ukończył rezydenturę i odpowiada za szkolenie rezydentów; 2. osoba, której nie chce się pracować, ale zawsze uważa, że ty pracujesz niewystarczająco ciężko.

------------------------------------------------------------------------

LEKARZ SZPITALNY – 1. lekarz, którzy specjalizuje się w leczeniu hospitalizowanych pacjentów; 2. człowiek, który nienawidzi rezydentów; 3. osoba, której nie sposób zadowolić.

------------------------------------------------------------------------

MAGLOWANIE – 1. sytuacja, gdy lekarze starsi stażem zadają ci coraz trudniejsze pytania, żeby zrobić z ciebie idiotę; 2. najlepszy sposób, żeby przypomnieć rezydentom, że są na samym dole hierarchii.

------------------------------------------------------------------------

PORODÓWKA – 1. oddział porodowy; 2. miejsce, gdzie wraz z noworodkami przychodzi na świat radość; 3. oddział, na którym jest najwięcej sensacji.

------------------------------------------------------------------------

REZYDENT – 1. lekarz w trakcie szkolenia; 2. osoba, która pracuje osiem milionów godzin tygodniowo; 3. miernota.

------------------------------------------------------------------------

STARSZY REZYDENT – 1. rezydent w trakcie ostatniego roku szkolenia; 2. gorzki, zdystansowany człowiek pozbawiony wszelkich emocji.

------------------------------------------------------------------------

STAŻYSTA – 1. rezydent podczas pierwszego roku szkolenia; 2. przepracowany, przytłoczony idiota; 3. student piątego roku medycyny.JULIAN

CZERWIEC, PIERWSZY ROK

Jakim trzeba być dziwakiem i miłośnikiem tortur, żeby dla przyjemności rozpalać ognisko w duszny, upalny czerwcowy dzień w Teksasie! U nas tak się nie robi – a pochodzę z Florydy, krainy szaleńców. Wpatrując się w płomienie, słyszę wokół siebie gwar rozmów. Powoli wodzę kciukiem po szyjce butelki piwa.

Biorę łyk i marszczę czoło.

Ciepłe IPA.

Mniam.

– Hej, Santini. – Maxwell DeBakey podaje mi zimną butelkę. – Jeszcze jedno?

Wylewam resztki poprzedniego i biorę od niego kolejne.

– Dzięki.

Maxwell siada obok mnie. Ogień złocistym blaskiem rozświetla jego ciemną, spoconą skórę.

– Nie ma za co.

– Dlaczego palimy ognisko w czerwcu?

Posyła mi uśmiech.

– Tradycja gineKOLEGÓW.

Z rozbawienia zatrzymuję butelkę w połowie drogi do ust.

– GineKOLEGÓW?

Maxwell chichocze i wzrusza potężnym ramieniem.

– Faceci z rezydentury trzymają się razem. Inaczej kobiety pożarłyby nas żywcem.

Hmm. Pożarłyby? Naprawdę?

Zaciskam wargi, żeby powstrzymać sarkastyczny komentarz, który aż ciśnie mi się na usta. Chyba niezbyt mądrze jest wychylać się przed rozpoczęciem pierwszego roku, ale pozwalam sobie na uśmiech, gdy myślę o ironicznym tekście, który przyszedł mi do głowy: Strzeżcie się kobiet, bo one zniszczą świat!

Biorę kolejny łyk, czuję w gardle zimne chmielowe bąbelki. Za kilka dni Maxwell zacznie czwarty rok – czyli będzie starszym rezydentem, a ja na dole drabinki – marnym stażystą. Mój pierwszy rok rezydentury. Jestem jedną z zaledwie pięciu osób przyjętych na specjalizację ginekologiczno-położniczą w CMUT, czyli Centrum Medycznym Uniwersytetu Teksańskiego.

Nadal nie mam pojęcia, jakim cudem udało mi się tu dostać. To bardzo dobra rezydentura i nie było pewne, czy mnie przyjmą. Po pierwsze moje wyniki pozostawiały wiele do życzenia, a po drugie nie mam przed nazwiskiem budzących szacunek literek: lek. med.

Mgr Julian Santini, osteopata.

Osteopata. Ubogi krewny świata medycyny. Wszyscy myślą o takich jak ja, że wybraliśmy osteopatię tylko dlatego, że nie byliśmy w stanie dostać się na bardziej prestiżowy kierunek tradycyjnej uczelni medycznej.

Jestem jedynym osteopatą na naszej specjalizacji. I jednym z trzech w całym szpitalu.

W marcu trzy i pół tysiąca lekarzy walczyło o półtora tysiąca miejsc na rezydenturach ginekologicznych w kraju i jakimś cudem jedno z nich przypadło mnie. Kwestia rozmowy kwalifikacyjnej? Listów polecających? Ślepego szczęścia? Tak czy inaczej, mam pełną świadomość, że na to miejsce nie zasłużyłem, więc muszę być ostrożny.

Muszę udowodnić swoją wartość, chociaż niezbyt wierzę, że zdołam to zrobić.

– Gotowy na nadchodzący tydzień, chłopie? – pyta Maxwell. – Na porodówce sporo się dzieje. Pierwszy lipca już niedługo.

Uciekam wzrokiem i patrzę na ogień.

– Chyba gotowy. Kto postanowił ukarać najsłabsze ogniwo i posłać mnie na porodówkę jako pierwszego?

Zastanawiam się, czy to przypadkiem nie jakiś test. Położnictwo, chirurgia i inne podspecjalizacje są przydzielane każdej osobie na miesiąc, a potem rezydenci się zmieniają. Z jakiegoś powodu ja pierwszy mam ogarniać porodówkę. Na tym oddziale pracuje się nie tylko najciężej, ale i najdłużej. Taka próba ognia.

Maxwell prycha.

– Najsłabsze ogniwo? Wątpię. Poza tym to ja jestem twoim rezydentem nadzorującym. To nie kara, chłopie. Będzie fajnie.

Niemiłosierny żar bijący od płomieni zniekształca mi obraz facetów po drugiej stronie ogniska. Rozmawiają z piwem w ręku. Po mojej lewej jeden rezydent raczy dwóch innych opowieścią o pewnym przypadku chirurgicznym sprzed kilku dni. Po mojej prawej Maxwell sadowi się głębiej w fotelu.

Dom i ogród należą do Ashera Foleya, który wkrótce zacznie trzeci rok. To ewidentnie kawaler. Podejrzewam, że kiedyś był członkiem bractwa studenckiego. Wszystko na wypasie – luksusowy taras, który podobno zbudował sam, pokój do gier z dźwiękiem przestrzennym, pełny barek zajmujący pół kuchni i słoik z prezerwatywami na lodówce.

Co za subtelność.

W najbardziej widocznym miejscu na ścianie w salonie wisi plakat, na którym wymyślne, kolorowe litery układają się w słowa: „Nie jestem ginekologiem, tylko mistrzem sztuk macicznych”. Pod napisem widnieje tęczowy rysunek ręki wyciągającej macicę z kapelusza. Kiedy wskazałem ręką plakat, unosząc pytająco brew, Asher odparł, że dostał go w zeszłym roku w ramach mikołajkowej wymiany prezentów. Maxwell tylko pokręcił głową i dodał, że Asher sam go kupił na Etsy.

Zabrakło mi słów.

Wśród dwadzieściorga rezydentów na naszej specjalizacji jest tylko sześciu mężczyzn. Czterech lekarzy prowadzących – naszych szefów – również przyszło dziś na tradycyjne ognisko. Zanim się tu pojawiłem, nie miałem pojęcia, że nie będzie żadnych kobiet. Maxwell mówi, że one mają własne tradycje, ale wątpię.

Wyobrażam sobie, co o tym, poniekąd mizoginistycznym, rytuale powiedziałyby moje siostry.

„To obrzydliwe, Julian. Jak możesz brać udział w czymś takim?”

Będę im musiał później wyjaśnić, że zostałem tu zwabiony podstępem. Mam nadzieję, że zrozumieją.

Mam cztery starsze siostry, co jest jednocześnie denerwujące i zabawne. Lekcje, których udzieliły mi w dzieciństwie, ukształtowały mnie i do tej pory je pamiętam. Jedna z moich ulubionych: mężczyźni, którzy wykluczają kobiety ze spotkań w kręgach zawodowych, przeważnie są szowinistami i prawdopodobnie mają małego.

Moje siostry często dramatyzują, ale rzadko się mylą.

Przynajmniej w kwestii szowinizmu. A jeśli chodzi o drugą część tej hipotezy… staram się o niej nie myśleć.

– To nie jest tylko plotka – słyszę za sobą.

Maxwell i ja odwracamy się – widzimy, jak w naszym kierunku idą z drinkami w dłoniach doktor Levine i doktor Kulczycki, dwaj lekarze prowadzący.

– Co nie jest plotką? – pyta Maxwell.

– To o tej dziewczynie. – Doktor K. macha ręką. – No wiecie, tej stażystce.

Maxwell szeroko otwiera oczy.

– A, to. – Maxwell odwraca się w stronę ognia. – Skąd to wiadomo?

Doktor Levine z policzkami różowymi albo od gorąca, albo od alkoholu posyła mi ledwie widoczny uśmiech. W jego niebieskich oczach tańczy blask ognia. Krótko przycięte siwe włosy nie zakrywają błyszczącego potu na łysiejącym czole.

– Chen w zasadzie to potwierdził.

Doktor Chen, nasz kierownik specjalizacji? Jestem coraz bardziej zaciekawiony i spoglądam to na Levine’a, to na K.

Doktor K. prycha, przeczesując ciemne włosy ręką, aż okulary opadają mu na czubek spoconego, haczykowatego nosa.

– Chen powiedział, że przygląda się sprawie. Niczego nie potwierdził.

Levine przewraca oczami.

– Już dwa dni temu wszyscy wiedzieliśmy, że to prawda.

– Co jest prawdą? – pytam.

Wszyscy zwracają się w naszą stronę i milkną.

Maxwell wypija łyk piwa.

– Kilka dni temu słyszeliśmy, że jedna ze stażystek dostała miejsce, bo przespała się z kimś z BPKM.

Że co?

Biuro Podyplomowego Kształcenia Medycznego koordynuje współpracę między centrum medycznym a radą akredytacyjną. W gruncie rzeczy odgrywa ono rolę naszego zarządu.

Przechodzi mnie dreszcz i czuję napięcie w mięśniach, bo przez głowę przelatują mi wspomnienia z ostatnich ośmiu lat – wszystkie kosztowne korepetycje, nieprzespane noce, nielegalne tabletki Adderallu, które odkupiłem od znajomych, bo nie miałem czasu na oficjalne diagnozowanie ADHD. Myślę też o wszystkich swoich dziewczynach, które narzekały, że za dużo się uczę, i zostawiały mnie dla kogoś innego.

Z natury nie jestem pilny. Nie było mi łatwo dotrzeć do miejsca, w którym jestem teraz. To nie jest łatwe dla nikogo; w ciągu ostatnich kilku lat miewałem ponure dni, kiedy nie wiedziałem, czy zdołam osiągnąć cel. Kilka straconych punktów na egzaminie końcowym mogło zdecydować, czy spełnię swoje marzenie, czy też skończę bez dyplomu, ale za to z ogromnym kredytem studenckim do spłacenia. Jeśli jakaś dziewczyna dostała się w nieuczciwy sposób…

Zaciskam dłoń na wilgotnej butelce z piwem.

Kolejne z ulubionych powiedzonek moich sióstr: „Nieetyczni ludzie to śmieci”.

– Wciąż się zastanawiam, o którą chodzi – mówi Liam Heaney, jeden z chłopaków z drugiego roku.

Moją uwagę przyciąga Kai, tak jak ja pierwszoroczny, który bezgłośnie pyta: „Wiedziałeś o tym?”.

Kręcę głową. Kai Campisi jest chudy i wyższy ode mnie, a zatem ma ponad sto osiemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu. Blond włosy idealnie ulizane na bok. Nawet wilgotność na poziomie miliona procent nie zdołała nadszarpnąć działania obficie nałożonego żelu. Poznałem go dwie godziny temu, ale już wiem, że jest ironiczny i bezpośredni. I że jest gejem – a to dlatego, że kiedy uścisnął moją dłoń, powiedział:

– Ale z ciebie ciacho. Homo czy hetero?

– Hm. Hetero.

Puścił moją rękę i podał mi piwo.

– Szkoda.

Od tamtej pory trochę pogadaliśmy.

Asher, gospodarz, wybucha śmiechem.

– Chyba sobie żartujesz, co? Daj spokój, Liam. Widziałeś, jak się nazywają. Jak sądzisz, która z trzech dziewczyn na tej liście najprawdopodobniej robi karierę przez łóżko? Raven Washington, mężatka z małym dzieckiem? Alesha Lipton, która miała najlepsze wyniki z nas wszystkich? Czy Sapphire Rose, dziewczyna, której imię i nazwisko nadają się na plakat klubu nocnego w Las Vegas?

Gdy słyszę ten opis, wewnętrznie się krzywię. Kiedy dostałem mejl z listą nazwisk pozostałych stażystów, przez głowę przeszła mi dokładnie ta sama myśl. Zepchnąłem ją na obrzeża świadomości, tam, gdzie przechowuję wszystko, czego się wstydzę, jak na przykład tamtą sytuację, kiedy podarłem wymyślną pracę plastyczną siostry, bo powiedziała, że w nowej fryzurze wyglądam jak trzynastoletni Justin Bieber.

Ale serio – jacy rodzice nazywają córkę Sapphire Rose i oczekują, że będzie traktowana poważnie?

Jeśli ta stażystka-striptizerka naprawdę dostała miejsce za seks, to chyba mnie trafi szlag.

No chyba że… wcale tak nie było?

A co, jeśli to nie była ona?

Prawda zawsze jest bardziej złożona.

– Mówi pan poważnie? – Zerkam na doktora Levine’a. – Przespała się z kimś, żeby się dostać?

Levine wzrusza ramionami.

– Słyszeliśmy o tym z wiarygodnego źródła.

Jak bardzo wiarygodnego?

Kilka dni temu Alesha Lipton zaprosiła mnie na czat grupowy dla stażystów i od tamtej pory sporo rozmawialiśmy. Ta Sapphire mało się tam udziela, więc nie mam żadnego punktu odniesienia, żadnego powodu, by wierzyć albo nie wierzyć w te pogłoski.

Choć na myśl o niesprawiedliwości gotuje się we mnie krew, mówię sobie, że powinienem się wstrzymać z oceną sytuacji. Poczekać, aż poznam fakty. Chociaż mój prowadzący w zasadzie to potwierdził.

Ech.

Czy ostatecznie ma to jakiekolwiek znaczenie? Nie. To mnie nie dotyczy. Nie moja sprawa.

Do roboty. Trzymaj obrany kurs. Cztery lata i z głowy.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij