Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Rektorski czek. Afera na wiele zer - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
16 stycznia 2026
E-book: EPUB, MOBI
44,90 zł
Audiobook
44,90 zł
44,90
4490 pkt
punktów Virtualo

Rektorski czek. Afera na wiele zer - ebook

Karolina Rosada, nieśmiała pracownica archiwum uniwersyteckiego w Poznaniu, nigdy nie przypuszczała, że natrafi na tak niezwykłe znaleziska. Stary, stuletni indeks, wspomnienia służącego pierwszego rektora oraz tajemnicze wycinki z kronik kryminalnych – co może je łączyć? Okazuje się, że te dawne, na pozór bezwartościowe dokumenty wciągają kobietę w sam środek afery fałszerskiej, w której stawką są ogromne pieniądze.

Szukając rozwiązania zagadki sprzed lat, Karolina przekona się, że minione czasy też były pełne marzeń i płomiennych miłości, a to, co wydawało się już przesądzone i dane raz na zawsze, wcale nie musi takim pozostać.

„Rektorski czek. Afera na wiele zer” to wciągająca historia kryminalna, której akcja rozgrywa się w Poznaniu. Książka odpowiada na pytanie, do czego człowiek jest w stanie się posunąć dla wielkich pieniędzy.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9789180768917
Rozmiar pliku: 4,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

„Co­raz bar­dziej w ciągu mo­jego ży­cia prze­cho­dzi­łem do prze­ko­na­nia, że choć du­sza ludzka ob­le­pia się z cią­giem czasu grubą brudną war­stwą, jed­nak w swych głę­biach, w swym wnę­trzu bu­dzi po­dziw, jest czy­sta i schludna. Tak na nią pa­trząc, le­piej i spra­wie­dli­wiej oce­nić ją można”.

He­lio­dor Świę­cicki, 2 paź­dzier­nika 1923, frag­ment te­sta­mentu

„Rek­tor Świę­cicki przez ten cały pa­miętny dzień pro­mie­nio­wał ra­do­ścią. Bę­dąc jego go­ściem, by­łem za­ra­zem przez cały dzień pra­wie nie­od­stęp­nym jego to­wa­rzy­szem. Od­czu­wa­łem ra­dość, która prze­peł­niała jego złote serce. Nie omylę się może, przy­pusz­cza­jąc, że był to naj­pięk­niej­szy dzień w jego ży­ciu”.

Adam Wrzo­sek, Uni­wer­sy­tet Po­znań­ski w pierw­szych la­tach swego ist­nie­nia...Sąd Okrę­gowy Mia­sta Po­zna­nia

Akta sprawy nr 7659/73292/129P/1204

Do­wód: rę­ko­pis, stan za­cho­wa­nia do­bry, 90% tek­stu czy­telne, przy­pusz­czalny czas po­wsta­nia – lata dwu­dzie­ste XX wieku. Do­kładna data po stwier­dze­niu au­ten­tycz­no­ści. Zle­cono eks­per­tyzę tek­stu.

*

Do eks­per­tyzy prze­ka­zano ze­szyt ozna­czony

nu­me­rem 1*

* (nu­me­ra­cja nadana wtór­nie, ory­gi­nał nie ma przy­po­rząd­ko­wa­nych po­dzia­łów).

*

Skan do­ku­mentu do­łą­czony do opi­nii bie­głego

(s. nu­mer 7–9)Stary je­stem i znie­do­łęż­niały. Nie pi­szę tego, by się ża­lić i uty­ski­wać na lata, które ostat­nimi dzie­siąt­kami w ja­kimś za­mgle­niu prze­byte, jedne od dru­gich od­róż­nić się nie dają.

Nie to jest moim ce­lem. Nie o moją po­stać tu cho­dzi. Nie dla sie­bie wzrok słaby wy­tę­żam. Nie dla sie­bie rękę drę­twie­jącą zmu­szam do tego ostat­niego wy­siłku i mo­dlę się, by Bóg dał mi zre­ali­zo­wać mój za­miar i opi­sać wszystko, co za­mie­rzam. Ufam, że w ob­li­czu tego, co się wy­da­rzyło, nie prze­rwie mnie, grzesz­nemu, w pół słowa. Że po­czeka z we­zwa­niem mnie na sąd osta­teczny i po­zwoli, by ta hi­sto­ria o mi­ło­ści i śmierci wy­brzmiała do końca, wy­sta­wia­jąc świa­dec­two ży­cia wszyst­kim tu przed­sta­wio­nym.

Pro­szę je­dy­nie o wy­ro­zu­mia­łość dla pi­sma star­czego, bo nie­wy­raźne jest i co­raz bar­dziej się chwieje. Od dawna do­strze­gam, jak li­tery przeze mnie pi­sane prze­wra­cają się to na prawo, to na lewo, jakby sztorm jaki po kart­kach hu­lał, jakby kre­ślone były w ka­ju­cie ka­pi­tań­skiej, a nie na pod­da­szu Col­le­gium Me­di­cum, gdzie miesz­kać mi po­zwo­lono. Ale o tym póź­niej. Może jesz­cze zdążę.

Wy­tłu­ma­czyć się jed­nak mu­szę i prze­lać na pa­pier tę drę­czącą mnie nie­pew­ność. Może ist­nieje bo­wiem jesz­cze inna przy­czyna, dla któ­rej li­tery moje drob­nieją i sa­mo­wol­nie suną w górę, wspi­nają się jedna po dru­giej, to znów opa­dają, roz­ła­żąc się po mar­gi­ne­sach? Może daje o so­bie znać ten pa­skudny uraz głowy, który pięt­nem ułom­no­ści na­zna­czył całe moje ży­cie? Wy­po­wie­dzieć się ni­gdy nie po­zwo­lił? Tego już chyba ni­gdy nie bę­dzie mi dane się do­wie­dzieć. Nie ma już obok mnie mo­jego dro­giego dok­tora, który by mi to wy­ja­śnił. Te­raz, gdy się nad tym za­sta­na­wiam, przed mo­imi oczami staje je­dy­nie panna Adela Zy­ber­tówna, jak żywa. Ma spi­cza­sty pod­bró­dek i mę­ski dru­ciany mo­nokl na zmarsz­czo­nym no­sie. Za­mie­ram ze stra­chu, pa­trząc na swoje ko­ślawe pi­smo. Sły­szę wy­raź­nie, jak na­uczy­cielka ude­rza sprę­ży­stą li­nijką w otwartą dłoń, od­li­cza­jąc gło­śno: „raz… i… dwa…, raz… i… dwa…”. Znowu je­stem chu­der­la­wym chłop­cem, który łok­ciami chce przy­sło­nić le­żący przed sobą ze­szyt do ka­li­gra­fii. Cała klasa pi­sze w rytm od­li­cza­nia. Na „raz” cią­gnie grubą kre­skę li­tery, na „i” – tę cienką, i znowu na „dwa” – tę grubą. Kulę się, udaję, że nie sły­szę. Ale ona wie, że nie je­stem głu­chy i tylko mó­wić nie po­tra­fię. Po­dej­rzewa mnie za to o upo­śle­dze­nie umy­słowe, bo choć li­tery sta­wiam krą­głe, to ręce wiecz­nie całe mam upa­prane w atra­men­to­wymi klek­sami. Ćwi­czy mnie li­nijką czę­ściej niż in­nych uczniów. Z przy­zwy­cza­je­nia wy­cią­gam trzę­sącą się dłoń o skó­rze ca­łej po­na­kra­pia­nej star­czymi pla­mami. Już wi­dzę unie­sioną li­nijkę, sły­szę świst, krzy­wię się jak dziecko… ale ból nie przy­cho­dzi. Panna Zy­ber­tówna nie żyje prze­cież z do­bre pół wieku.

Mimo to pa­mię­tam wszystko wy­raź­nie, bar­dzo wy­raź­nie. Wy­da­rze­nia same ci­sną mi się do głowy. Po­tra­fię przy­wo­łać wspo­mnie­nia z tam­tych lat z taką samą ła­two­ścią, jak spi­ry­ty­ści wy­wo­łują du­chy z za­świa­tów. Tyle że ja, w od­róż­nie­niu od nich, na­pa­trzy­łem się na to wszystko, co chcę opi­sać, i wszyst­kich tych lu­dzi po­zna­łem oso­bi­ście. Za­rę­czyć to mogę ca­łym sobą, a świad­kiem mi Bóg, któ­rego ob­li­cze wkrótce dane mi bę­dzie oglą­dać. Przy­rze­kam też uni­kać są­dów wła­snych (z wie­kiem ta obiet­nica przy­cho­dzi mi ła­twiej, bo zro­zu­mia­łem, że sę­dzią nie je­stem). Nie mnie oce­niać in­nych – na­wet tych, któ­rzy na zgubę swoją i in­nych śmierć przy­wo­łali zbyt wcze­śnie. Nie chcę się więc ani kary dla nich do­ma­gać, ani ich roz­grze­szać. Będę prze­zro­czy­sty jak szkło, które świa­tło prawdy prze­pusz­cza. Niech każdy przez nie spoj­rzy.

Rę­ko­pis ukryję, by zna­le­ziony zo­stał, do­piero gdy wo­koło za­pa­nuje spo­kój – naj­pew­niej już po mo­jej śmierci, zwa­żyw­szy na to, co się dzieje za oknem. Dla nie­do­wiar­ków do­łą­czę plik do­wo­dów, na po­twier­dze­nie tego, co na­pi­sa­łem.

Śpie­szyć się mu­szę, gdyż hi­sto­ria jest długa. Za­czyna się dawno temu, w je­de­na­stym roku pa­no­wa­nia Wil­helma II z fran­koń­skiej li­nii Ho­hen­zol­ler­nów ce­sa­rza Rze­szy Nie­miec­kiej, króla pru­skiego, mar­gra­biego Bran­den­bur­gii, bur­gra­biego No­rym­bergi, wiel­kiego księ­cia Ślą­ska, Nad­re­nii i Po­zna­nia… Zresztą ty­tuły nie są istotne w tej opo­wie­ści. Choć sam ce­sarz, a w szcze­gól­no­ści jego za­mek, ode­grają tu­taj wielką rolę.

Na ra­zie wszystko, co ważne, wy­da­rzy się na Pie­ka­rach, na pod­da­szu ka­mie­nicy pod nu­me­rem 3, w pa­miętną noc z 25 na 26 maja 1899 roku. Noc, w którą strasz­liwa bu­rza prze­to­czyła się nad Po­zna­niem. Pio­runy wa­liły je­den za dru­gim. Tak za­ja­dle cięły niebo, że ja­sno było jak za dnia. Wiatr trząsł szy­bami i rzu­cał wszyst­kim, co nie­opatrz­nie zo­sta­wiono na dwo­rze. Deszcz stru­gami lał się z nieba, a uli­cami pły­nęły rwące po­toki, po­ry­wa­jąc ze sobą wszystko to, czego wiatr unieść nie zdo­łał. Pies z ku­lawą nogą nie wy­szedł na ulicę ani żadna inna żywa du­sza przy zdro­wych zmy­słach. Tym bar­dziej dziw­nym i zło­wiesz­czym zdał się stu­kot ko­łatki u drzwi Pa­łacu Dzia­łyń­skich, gdzie za­miesz­ki­wa­łem, bę­dąc w służ­bie u jego ów­cze­snego wła­ści­ciela He­lio­dora von Świę­cic­kiego i jego żony hra­biny He­leny z Dąmb­skich.

Młody by­łem, nie­le­d­wie kilka dni wcze­śniej przy­gar­nięty i do pracy nie­zbyt jesz­cze przy­uczony. Odźwierny do drzwi wej­ścio­wych pod żad­nym po­zo­rem zbli­żać mi się nie po­zwa­lał. Bo i jak niby miał­bym za­anon­so­wać go­ścia, skoro od dzie­ciń­stwa nie po­tra­fi­łem z sie­bie głosu wy­do­być? Nie po­do­bało się sta­remu, że nie­motę przy­jęli do naj­bar­dziej oka­za­łego pa­łacu przy Sta­rym Rynku. Jed­nak nie tyle ani­mo­zje odźwier­nego są w tej opo­wie­ści istotne, ile fakt, że tego wie­czoru go nie było. Bu­rza za­stać go miała, o czym do­wie­dzia­łem się znacz­nie póź­niej, u jed­nej wdowy na Szew­skiej. Wy­my­kał się do niej, gdy na od­wie­dziny w pa­łacu było już za późno. Tym bar­dziej w taką po­godę, gdy nie na­le­żało się spo­dzie­wać go­ści. Wy­le­gi­wał się więc na jej po­tęż­nych pier­siach, pod­czas gdy ja trzą­słem się ze stra­chu przed pio­ru­nami, wzma­ga­nego co­raz bar­dziej na­tar­czy­wym stu­ka­niem do drzwi.

Nie zwia­sto­wało ono ni­czego do­brego. Ale w ży­ciu ludz­kim ni­czego nie prze­wi­dzisz… Tej nocy mu­sia­łem pa­trzeć na krew ście­ka­jącą po rę­kach, ale to odźwierny, któ­rego imie­nia już dziś nie pa­mię­tam, po­śli­znął się i skrę­cił kark, spa­da­jąc z mo­stu Chwa­li­szew­skiego, jesz­cze nim ra­nek na­stał.

Zło­rze­czy­łem, sto­jąc pod drzwiami, że na mnie tra­fiła ta nie­spo­dzie­wana wi­zyta. Ba­łem się, że może sam dia­beł stoi za drzwiami i wpusz­czę go do środka, gdy tylko prze­kręcę klucz. Ale jesz­cze bar­dziej mnie prze­ra­żało, że je­śli nie otwo­rzę, to pań­stwo we­zmą mnie za do­ku­ment­nie głu­chego i ni­jak się z tego nie wy­tłu­ma­czę. Ostroż­nie uchy­li­łem więc drzwi. Do­kład­nie w tej sa­mej chwili niebo cięła bły­ska­wica i roz­legł się grom. W zu­peł­nej ja­sno­ści zo­ba­czy­łem męż­czy­znę w czar­nym płasz­czu i cy­lin­drze. Od­sko­czy­łem prze­ra­żony, gdy ten pchnął drzwi i wszedł do środka.

– Ile mam cze­kać?! – wrza­snął od sa­mego progu, otrze­pu­jąc zmok­nięty płaszcz. – Nie znam cię. – Spoj­rzał na mnie spode łba, ścią­ga­jąc cy­lin­der. Miał długą siwą ko­zią bródkę i czoło zmarsz­czone tak, jakby cały czas po­zo­sta­wał w wiel­kim sku­pie­niu lub gnie­wie.

Prze­ra­zi­łem się.

– Dok­tor Grodzki. Pan w domu? – kon­ty­nu­ował.

Kiw­ną­łem głową i wy­cią­gną­łem rękę po mo­kry płaszcz.

– Nie czas! Coś jesz­cze mu­szę spraw­dzić. – Na­chy­lił się i za­czął grze­bać w du­żej skó­rza­nej tor­bie. – Na co cze­kasz?! Ona za­raz umrze! Po­wiedz mu tylko: eklamp­sja. No już! Co tak sto­isz?! Po­wtórz: eklamp­sja…

Ucie­kłem, nie od­wra­ca­jąc się. Na­wet gdy­bym po­tra­fił mó­wić, to nie wiem, czy bym po­wtó­rzył. Zro­zu­mia­łem je­dy­nie, że szkoda tra­cić czas na bu­dze­nie po­ko­jówki, czy też ku­chen­nej, które spały w od­dziel­nym skrzy­dle.

Ru­szy­łem wprost na po­koje, a było ich osiem z rzędu. Bie­głem po omacku jak sza­lony, otwie­ra­jąc ko­lejne drzwi. Naj­pierw bu­du­arek dla go­ści, po­tem biały sa­lon, gdzie po ciemku o mały włos nie prze­wró­ci­łem się o wielki fo­tel, da­lej po­cze­kal­nia z wiecz­nie za­sło­nię­tymi ko­ta­rami, któ­rej ba­łem się jak ognia. I wresz­cie ga­bi­net. Tam go zna­la­złem! Mój pan He­lio­dor sie­dział nad gru­bym bru­lio­nem przy ma­syw­nym biurku. W rę­kach trzy­mał no­życzki i ka­wa­łek ga­zety. Po­pa­trzył na mnie, zdej­mu­jąc z nosa bi­no­kle, po czym z po­wro­tem je za­ło­żył, po­tarł wąsa i po­krę­cił głową z nie­za­do­wo­le­niem.

– Cóż to za wia­do­mość, z którą po­sy­łają do mnie, zdaje mnie się, naj­mniej wy­mowną osobę w tym domu?

Nie po­wi­nie­nem był ru­szać sam na po­szu­ki­wa­nia dok­tora. Nie wie­dzia­łem co zro­bić, pa­dłem więc na ko­lana i zło­ży­łem ręce jak do mo­dli­twy (sporo jesz­cze czasu upły­nie, za­nim pa­niczny strach, któ­rego na­ba­wi­łem się w dzie­ciń­stwie, prze­sta­nie zwa­lać mnie z nóg). Chcia­łem ja­koś prze­pro­sić. Chcia­łem, żeby mnie nie wy­rzu­cili. Nie na tę bu­rzę. Nie w te pio­runy.

– Ja­nie Kanty, wstań! – usły­sza­łem.

Pod­nio­słem głowę i wy­ba­łu­szy­łem oczy z wra­że­nia. Wtedy jesz­cze nie by­łem przy­zwy­cza­jony, by ktoś zwra­cał się do mnie oboj­giem imion.

– Coś waż­nego się wy­da­rzyło? – za­py­tał pan, na­chy­la­jąc się nade mną.

Kiw­ną­łem głową i pod­nio­słem się z ziemi.

– Ktoś przy­szedł?

Po­twier­dzi­łem.

– Kto?

Po­ka­za­łem szybko na le­żącą obok biurka torbę le­kar­ską, a ośmie­lony jego spoj­rze­niem, do­tkną­łem jesz­cze brody i su­ną­łem pal­cami, tak jak­bym gła­dził długi, spi­cza­sty za­rost.

– Dok­tor Grodzki! – wy­krzyk­nął He­lio­dor Świę­cicki, uno­sząc ręce nad oczy­wi­sto­ścią tego od­kry­cia. – O tej po­rze? To w isto­cie musi być coś nie­zwy­kle waż­nego – mó­wił do sie­bie, już wy­cho­dząc z ga­bi­netu. W drzwiach obej­rzał się i kiw­nął na mnie ręką.

Śpiesz­nie ru­szy­łem za nim.

– Rzu­cawka. Stan ko­ma­tyczny – tłu­ma­czył bez zwłoki sto­jący przy drzwiach dok­tor.

– Przy­nie­ście ją tu­taj.

– To nie­moż­liwe. Ma drgawki od kilku go­dzin. Traci przy­tom­ność. Jest przy niej dok­tor Ka­pu­ściń­ski.

– A gdzie jest?

– Nie­da­leko, na Pie­ka­rach.

– Ro­zu­miem. Przy­nieś moją torbę. I skrzynkę, jest obok – po­wie­dział pan He­lio­dor już bez­po­śred­nio do mnie. – Za­bierz też lampę i naftę. Bóg je­den wie, co nas tam spo­tka…

Bóg w isto­cie mu­siał to wie­dzieć, bo sam prze­cież ze­słał bu­rzę nad mia­sto. Za­przę­gane do wyj­ścia ko­nie sta­wały dęba, a gdy w końcu je okieł­znano, za nic nie chciały się ru­szyć. Nie dzi­wi­łem się im – sam wo­lał­bym nie wy­ściu­biać nosa z pa­łacu. Ale na­wet gdy­bym mógł mó­wić, słowa bym nie po­wie­dział. Kar­nie po­dą­ża­łem za dok­to­rami, któ­rzy nie ma­jąc wyj­ścia, ru­szyli pie­szo w tę straszną noc. Nie było da­leko, ale wiatr wiał tak mocno, że w górę ulicy No­wej szli­śmy zgięci wpół. O roz­ło­że­niu pa­ra­sola nie było co ma­rzyć. Trzy­ma­łem go więc pod pa­chą, ra­zem z bu­telką nafty i drew­nianą skrzynką, którą ka­zano mi za­brać. Za­trzy­ma­li­śmy się tylko raz, przed ko­ścio­łem Świę­tego Mar­cina, gdzie dok­tor przy­sta­nął i prze­że­gnał się, szep­cząc. Ja też się po­mo­dli­łem. Nie mia­łem po­ję­cia, o co pro­sił dok­tor, ale ja bła­ga­łem po pro­stu o to, żeby mnie pio­run nie strze­lił. Udało się! Prze­mo­czeni, do­tar­li­śmy na róg Pie­kar i Świę­to­mar­ciń­skiej. W drzwiach ka­mie­nicy nu­mer trzy już ktoś nas wy­pa­try­wał.

– Po­ste­run­kowy Hę­ciak. – Chudy męż­czy­zna przed­sta­wił się nam, nie wy­chy­la­jąc się na­wet z bramy. Miał wąsy mod­nie ufry­zo­wane na Wil­helma II. Pięły ku oczom, jakby chciały się z nimi spo­tkać, co za­pewne wy­ma­gało tony po­mady i spa­nia z bindą, za­cze­pioną o uszy. Mimo sta­rań wąs z le­wej strony nieco opa­dał, więc po­ste­run­kowy dys­kret­nie pró­bo­wał przy­du­sić go ręką.

– Gdzie chora?

– Do sa­mej góry trzeba iść, ale czy to co po­może, to nie wiem. Bo od rana…

Ale mój pan już nie słu­chał. Ra­czej nie­zbyt li­czył się z opi­nią po­lic­maj­stra. Pod­da­sze, na które do­tar­li­śmy, było tak cia­sne, że miej­sca na pod­ło­dze star­czyło je­dy­nie dla trzech dok­to­rów. Ja sam mu­sia­łem się wgra­mo­lić na zbite z de­sek, wą­skie łóżko, chorą zaś za­sta­li­śmy le­żącą na stole po­ży­czo­nym od go­spo­dyni, jak się póź­niej oka­zało – żony po­ste­run­ko­wego. Aż dziw, że po­zwo­liła przy­nieść tu swój me­bel, bo wy­glą­dała na wy­jąt­kowo wredną babę. Miała wielki py­peć na no­sie i po srebr­nym pier­ście­niu na każ­dym z pulch­nych pal­ców. Tyle za­pa­mię­ta­łem, gdy pro­wa­dziła nas na górę, li­cząc na dar­mowy spek­takl.

– Ma ro­dzinę? Męża? – za­py­tał mój dok­tor, wcho­dząc po scho­dach.

– A ja­kiś tam jest, prze­cież brzuch jej na­dmu­chał – za­śmiała się. – Ale czy to mąż… Jak to było w pio­sence? „Taki ci to stryj, co ona jego sio­strze­nicą nie jest”. Gdy­bym wcze­śniej wie­działa… „Taka ci to panna… jak ze mnie… jak ze mnie…”. Jak to szło? – za­py­tała, od­wra­ca­jąc się w kie­runku dok­tora. Uśmiech­nęła się przy tym przy­mil­nie, od­sła­nia­jąc brak kilku przed­nich zę­bów.

Mój pan nie od­po­wie­dział i ku jej nie­za­do­wo­le­niu nie po­zwo­lił też wejść na pod­da­sze. Za­trza­snął ba­bie drzwi przed sa­mym no­sem.

– Po­móc chcia­łam! – wrza­snęła. – Zrób coś na ko­niec! – rzu­ciła w stronę po­ste­run­ko­wego, który w tej chwili do­czła­pał się na górę, wciąż za­jęty przy­gła­dza­niem opa­da­ją­cego wąsa.

– Ale co?

Go­spo­dyni pró­bo­wała jesz­cze do­bi­jać się do cho­rej, ale dok­tor już o niej nie my­ślał. Wi­dzia­łem to po nim. Na co dzień ten czło­wiek o życz­li­wym ob­li­czu wy­ka­zy­wał spo­kój i uprzej­mość w każ­dym mo­men­cie. Ja­sne włosy i zdo­biący twarz wąs czy­niły jego fi­zjo­no­mię jesz­cze przy­jem­niejszą, a dru­ciane bi­no­kle do­da­wały po­wagi temu nie­sta­remu, trzy­dzie­sto­sied­mio­let­niemu męż­czyź­nie. Po­ko­cha­łem go od pierw­szego spo­tka­nia. Ale gdyby tam, na pod­da­szu, spoj­rzał na mnie tym wzro­kiem, jaki zwykł mieć pod­czas pracy… na­tych­miast bym uciekł. W tam­tym mo­men­cie twarz mu stę­żała, czoło miał zmarsz­czone, usta za­ci­śnięte. Jesz­cze zdej­mo­wał płaszcz, a już wpa­try­wał się w le­żącą na stole ko­bietę z mak­sy­mal­nym sku­pie­niem.

– Wi­tam, dok­to­rze Ka­pu­ściń­ski. Jak długo to trwa? – za­py­tał, pod­wi­ja­jąc man­kiety bia­łej ko­szuli.

Na­chy­la­jący się nad pa­cjentką dok­tor pod­niósł głowę. Był mło­dym ciem­no­wło­sym męż­czy­zną, o drob­nej, chło­pię­cej uro­dzie. Do­piero te­raz za­uwa­ży­łem, że miał przy uchu trąbkę, którą przy­sta­wiał do go­łego brzu­cha brze­mien­nej.

– Kilka go­dzin. Od go­dziny jest nie­przy­tomna. Ma na­wra­ca­jące drgawki.

– A dziecko?

– Cią­gle żyje. Silne, do­brze roz­wi­nięte – oznaj­mił, ocie­ra­jąc man­kie­tem ko­szuli spo­cone czoło.

Dok­tor Grodzki pod­szedł do ko­biety, pod­niósł jej rękę i pu­ścił. Opa­dła bez­wład­nie. Chwy­cił ją za nad­gar­stek i przy­trzy­mał, sku­biąc się przy tym drugą dło­nią po bro­dzie i pa­trząc w su­fit. Nie wie­dzia­łem wtedy, co chciał tam wy­pa­trzyć.

– Tętno szyb­kie… ale płyt­kie, le­dwo da się wy­czuć.

– Torba – za­żą­dał mój pan.

Szybko mu ją pod­su­ną­łem, po czym na­dal sto­jąc na łóżku, oświe­tli­łem lampą głowę cię­żar­nej i za­czą­łem się jej przy­glą­dać. Nie umia­łem roz­strzy­gnąć, czy mam przed sobą doj­rzałą ko­bietę, czy też mło­dziutką dziew­czynę. Jej włosy przy­po­mi­nały mo­kre strąki, a opu­chli­zna na jej czer­wo­nej i spo­co­nej twa­rzy cał­kiem wy­pa­czyła jej rysy. Le­żała bez­wład­nie w pod­wi­nię­tej, prze­po­co­nej ko­szuli na stole tak ma­łym, że nie star­czyło już miej­sca na nogi. Pod­gięte, stopy miały uło­żone na opar­ciach dwóch do­ci­śnię­tych do ściany krze­seł. Ktoś je mu­siał przy­nieść ra­zem ze sto­łem, bo na co dzień nie mo­gły tu stać. Cia­snota była tak okrutna, że je­den z dok­to­rów wciąż mu­siał się po­chy­lać. Ja też, po­nie­waż do ni­skich nie na­le­ża­łem, a do tego sta­łem na łóżku, opie­ra­łem się głową o strop i wy­krzy­wia­łem do ta­kiej po­zy­cji, że mo­głem le­żą­cej dziew­czy­nie pa­trzeć wprost w oczy. Miała je otwarte, lecz po­ka­zy­wały się w nich przede wszyst­kim białka.

– Oczo­pląs – wy­ja­śnił mój pan, roz­sze­rza­jąc jej po­wieki pal­cami i wo­dząc wzro­kiem za źre­ni­cami.

Po­tem roz­po­czął ba­da­nie tam, gdzie ja pa­trzeć już nie za­mie­rza­łem.

– Usta ma­ciczne za­mknięte – usły­sza­łem tylko, wpa­tru­jąc się w spły­wa­jący z jej szyi srebrny łań­cu­szek, na któ­rym wi­siał zgrabny, gra­we­ro­wany me­da­lio­nik. Dok­to­rzy kon­ty­nu­owali swoje con­si­lium, a ja za­wzię­cie wpa­try­wa­łem się w ara­be­skowy wzór, pró­bu­jąc ze wszyst­kich sił doj­rzeć wpi­sane weń li­tery.

– Utrzy­mu­jący się stan ko­ma­tyczny. Mamy też zbli­ża­jące się ob­jawy opu­chliny płuc­nej – stwier­dził na ko­niec mój pan, gdy po­łoż­nica za­częła jesz­cze gło­śniej rzę­zić.

Wszy­scy trzej po­pa­trzyli wza­jem na sie­bie. Na chwilę za­pa­no­wała ci­sza. Na­wet char­cze­nie na ten je­den mo­ment ustało. Aż na­gły grom roz­ciął niebo za ma­łym okien­kiem z taką siłą, że na pod­da­szu zro­biło się ja­śniej.

– Pa­no­wie – po­wie­dział po­waż­nym to­nem mój pan, He­lio­dor von Świę­cicki, prze­ry­wa­jąc pełne na­pię­cia mil­cze­nie. – W tej sy­tu­acji nie wi­dzę in­nego wyj­ścia. Stan cho­rej jest groźny. Ry­chło mo­żemy spo­dzie­wać się zej­ścia śmier­tel­nego. Mimo nie­do­god­nych wa­run­ków wska­za­nie do za­biegu ce­sar­skiego cię­cia uwa­żam za wprost nie­pod­wa­żalne.

– Zga­dzam się – przy­tak­nął dok­tor Ka­pu­ściń­ski, od­gar­nia­jąc przy­le­pione do czoła ciemne włosy.

– Ura­tu­jemy cho­ciaż dziecko – do­dał dok­tor Grodzki.

Silna drgawka na uła­mek se­kundy po­de­rwała ciało dziew­czyny.

– Wody – usły­sza­łem i z po­czątku nie zro­zu­mia­łem, że to cho­dzi o mnie. – Przy­nieś dużo go­rą­cej wody – po­wtó­rzył gło­śniej.

Już nie cze­ka­łem. Wy­sze­dłem, nie wie­dząc wszak, gdzie mam się o nią wy­sta­rać. W drzwiach mi­ną­łem go­spo­dy­nię, która przez ten czas wci­snąć zdo­łała nos ra­zem z pyp­ciem w dziurkę od klu­cza i nie za­mie­rzała opusz­czać sta­no­wi­ska.

– I co?! I co?! – do­py­ty­wała się wstrętna baba. Pulch­nymi pal­cami w srebr­nych pier­ścion­kach chwy­ciła mnie za ło­kieć i szar­pała nie­lekko.

– Nie do­py­tasz się. Znam go. To nie­mowa – uświa­do­mił ją po­ste­run­kowy.

– On?

– Tak. Nie wiem, co on u tak wiel­moż­nego pana robi! W mo­jej ro­dzi­nie wielu było słu­żą­cych i mó­wić każ­den je­den po­tra­fił!

– Też jest się czym chwa­lić – huk­nęła na niego żona, sku­pia­jąc na całe szczę­ście całą uwagę na nim.

Gdy tylko mnie pu­ściła, po­czu­łem, że znów ktoś mnie cią­gnie za man­kiet. Była to tym ra­zem sto­jąca za babą chuda ko­bieta. Mu­siała wie­dzieć, o co cho­dzi, bo za­pro­wa­dziła mnie wprost do miesz­ka­nia po­ni­żej.

– Już dwie go­dziny jak w piecu palę – oznaj­miła, wkła­da­jąc mi w jedną rękę wielką pu­stą mied­nicę, a w drugą wy­mbo­rek z go­rącą wodą.

Wró­ci­łem na pod­da­sze, mi­ja­jąc sie­dzą­cego na scho­dach mło­dego czło­wieka z po­tar­ga­nymi dłu­gimi wło­sami pra­wie do ra­mion i w roz­cheł­sta­nym ubra­niu, uszy­tym na za­gra­niczną mo­dłę. Gra­na­towe, ak­sa­mitne, z ja­sną je­dwabną apaszką, owi­niętą kilka razy wo­kół szyi. Nie pa­mię­tam, żeby wcze­śniej tam był.

– Co z nią?! – Pa­ni­czyk za­gro­dził mi drogę po­wrotną, chwy­cił obu­rącz za ko­szulę i szar­pał ją za­wzię­cie. Był blady, choć miał nie­zdrowo za­ru­mie­nione po­liczki i szkli­ste oczy. Z po­czątku po­my­śla­łem, że to z po­wodu afektu. Po cza­sie do­wie­dzia­łem się jed­nak, że śmierć już od dawna stała u jego boku, wy­cze­ku­jąc tylko na od­po­wiedni mo­ment.

– Co z nią?! – po­wtó­rzył.

Wzru­szy­łem ra­mio­nami. Ani nie wie­dzia­łem, ani nie umia­łem po­wie­dzieć.

– Zo­staw go pan! – ryk­nęła wredna baba i ob­ła­pu­jąc go, od­cią­gnęła na bok. – Wcze­śniej trzeba było po­my­śleć! Le­dwo dy­cha, a się do ko­bity jesz­cze za­biera – wark­nęła, pcha­jąc go całą sobą na ścianę. Oswo­bo­dziła mnie, więc przy­zna­łem w du­chu, że tym ra­zem się przy­dała. Gdy do­tar­łem na pod­da­sze, dok­tor Grodzki prze­cie­rał watą brzuch dziew­czyny, a mój pan wła­śnie od­kła­dał skrzynkę znie­czu­la­jącą wła­snej kon­struk­cji. Mu­siał za­wczasu po­trak­to­wać cię­żarną ga­zem. Wy­cią­gnął nóż i wtedy już wie­dzia­łem, że za chwilę wy­da­rzy się coś, czego do końca ży­cia nie za­po­mnę.

– Świa­tło, jesz­cze jedno – za­ko­men­de­ro­wał.

Trzy­ma­łem więc dwie lampy naf­towe, sto­jąc na łóżku pod­da­sza w ka­mie­nicy nu­mer 3 na Pie­ka­rach, i pa­trzy­łem. Ze­mdlał­bym nie­chyb­nie, gdyby nie to, że czas ja­kiś miesz­ka­łem przy rzeźni, gdzie so­lid­nie obity, pa­trzeć mu­sia­łem, jak się zwie­rzę opra­wia. Te­raz w su­mie wy­glą­dało to po­dob­nie, je­śli się nie pa­trzyło na twarz. A nie chcia­łem już na nią pa­trzeć.

Wi­dzia­łem więc do­kład­nie, jak mój dok­tor pewną ręką kroi na­pięty brzuch. Cien­kim skal­pe­lem roz­ci­nał ciało, po­czy­na­jąc trzy palce pod most­kiem, z omi­nię­ciem pępka, aż pra­wie do sa­mego łona. Try­snęła krew, roz­chy­liły się poły skóry, od­sła­nia­jąc ga­la­re­to­waty tłuszcz. Dok­tor Grodzki wy­cie­rał ser­we­tami try­ska­jącą krew. Sto­jący z prze­ciw­nej strony dok­tor Ka­pu­ściń­ski chwy­cił wy­pły­wa­jące z wnętrz­no­ści dłu­gie, po­skrę­cane je­lita i przy­trzy­my­wał je wy­go­to­wa­nymi ga­zo­wymi ser­we­tami. Prze­sią­kła krew cie­kła mu po rę­kach i man­kie­tach ko­szuli. Nie ina­czej wy­glą­dał dok­tor Świę­cicki. Ten unu­rzał dło­nie w roz­po­ło­wio­nym brzu­chu ko­biety i roz­ci­nał ko­lejne po­włoki dłu­gimi że­la­znymi no­życz­kami. Li­try wód lały się nie tylko na pod­łogę, ale i na spodnie dok­tora, a on zda­wał się tego nie czuć. Po­tem wy­do­był na po­wierzch­nię cię­żarną ma­cicę.

– O! Ło­ży­sko ode­szło sto­sun­kowo ła­two – rzekł w końcu gło­śno. Pierw­sza wy­szła głowa dziecka, po­tem cała sina i sku­lona reszta, za nią cią­gnący się, fio­le­towy, po­skrę­cany frę­dzel, który za­raz prze­ciął dok­tor Grodzki. Kie­dyś wcze­śniej sły­sza­łem, że od­cina się pę­po­winę, ale do głowy mi nie przy­szło, że dzieje się to do­słow­nie. My­śla­łem wtedy, że dziecko za­raz za­cznie krzy­czeć, ale nie. Na­wet nie drgnęło. Po­łoż­nica z roz­cię­tym brzu­chem też le­żała jakby spo­koj­niej, rzę­żąc co­raz ci­szej.

– Spró­buję je do­ce­rać – po­wie­dział Grodzki, od­su­wa­jąc się z dziec­kiem na bok i wy­cie­ra­jąc je z ob­le­pia­ją­cej mazi.

Pa­trzy­łem na mo­jego dok­tora. Na­wle­kał je­dwabne nici na srebrne pół­ko­li­ste igły, nie od­ry­wa­jąc jed­no­cześnie wzroku od roz­war­tego brzu­cha.

– Na spo­sób Frit­scha zszyję – oznaj­mił po­zo­sta­łym dok­to­rom. – I spe­cjal­nie nie będę zwra­cał uwagi na omi­ja­nie błony do­cze­snej, jak to za­leca Sa­en­ger. Z do­brym re­zul­ta­tem zro­bi­łem tak w ze­szłym roku, przy cię­ciu ce­sar­skim z po­wodu guza.

„Boże! To nie pierw­szy raz?!”, prze­bie­gło mi przez głowę i myśl ta prze­ra­ziła mnie tak bar­dzo, że mu­sia­łem ręką prze­trzeć czoło. Po­ru­szy­łem przy tym świa­tłem, ale dok­tor spoj­rzał na mnie i nic nie po­wie­dział.

Prze­nio­słem wzrok na Grodz­kiego, który trzy­mał dziecko. On rów­nież mó­wił do sie­bie.

– Me­toda Pro­chow­nika. No­winka z Ham­burga… może za­działa… – Zła­pał dziecko za nogi, głową w dół i lekko nim bu­jał. Z da­leka zda­wało mi się, że to chyba dziew­czynka. Chcia­łem wy­chy­lić się bar­dziej, ale nie mo­głem.

– Świa­tło – skar­cił mnie znowu dok­tor, tym ra­zem nie pa­trząc w moim kie­runku. – Ma­cica skur­czyła się do­brze – kon­ty­nu­ował. – Bę­dziemy zszy­wać – do­dał, na­wle­ka­jąc ko­lejną pół­okrą­głą igłę, pod­czas gdy Ka­pu­ściń­ski umie­ścił je­lita z po­wro­tem we wnę­trzu brzu­cha. Grodzki tym­cza­sem da­lej bu­jał dziec­kiem, lecz tym ra­zem jedną ręką trzy­mał je za nogi, drugą zaś za głowę, jak w ko­ły­sce.

– Tętno? – za­py­tał pan He­lio­dor, wkłu­wa­jąc się w skórę brzu­cha.

– Pełne i na­pięte.

– Do­koń­czy pan? – za­pro­po­no­wał Ka­pu­ściń­skiemu i prze­ka­zał mu igłę, po czym pod­szedł do Grodz­kiego.

– Spró­bujmy może wa­hań Schult­zego.

– Nie znam.

– Czy­ta­łem ostat­nio. Spró­bujmy – po­wtó­rzył, przej­mu­jąc sine dziecko. Ob­ró­cił je głową do góry we wciąż za­krwa­wio­nych rę­kach.

– Nie­któ­rzy mó­wią, że to do­bra me­toda. Je­śli się uda, bę­dzie o tym w ko­lej­nym nu­me­rze „No­win Le­kar­skich”. Zła­pał dziecko pod pa­chy, kciu­kami przy­trzy­mał jego klatkę pier­siową, a głowę ści­snął nad­garst­kami. Pa­trzy­łem jak onie­miały na sto­ją­cego w roz­kroku dok­tora, który huś­tał tak unie­ru­cho­mio­nym dziec­kiem mię­dzy roz­sta­wio­nymi no­gami przez dłuż­szą chwilę. Na­gle tak się za­mach­nął bied­nym nie­mow­lę­ciem, że wy­ko­nało ono nie­mal salto w po­wie­trzu i o mały włos nie ude­rzyło stóp­kami w su­fit, po czym wy­lą­do­wało brzu­chem na jego ra­mie­niu.

– Nie wie­rzę, że to za­działa – wes­tchnął Grodzki.

Nie­zra­żony Świę­cicki da­lej bu­jał dziec­kiem.

– Znane są po­dobno przy­padki, że na­wet i po dwu­dzie­stu mi­nu­tach dziecko oży­wało z po­zor­nej mar­twicy.

– Skoń­czy­łem – oznaj­mił z boku Ka­pu­ściń­ski. – Ale nie jest do­brze. Obrzęk płuc się zwięk­sza – do­dał i przy­sta­wił ucho do jej ust.

Za­rzę­ziła gło­śniej, a po chwili po po­liczku po­pły­nęła jej krwi­sta piana.

– Zdaje się, że twier­dze­nie dok­tora Hal­bert­smy z Utrechtu, że uwol­nie­nie ma­cicy z płodu za­wsze ko­rzyst­nie wpływa na drgawki, nie do końca jest praw­dziwe – za­uwa­żył Świę­cicki i po­now­nie za­mach­nął się dziec­kiem. Gdy nie­mowlę zna­la­zło się na jego ra­mie­niu, za­stygł. Nie­mowlę bo­wiem ci­cho za­chrzą­kało.

Śmiało mogę po­wie­dzieć, że pierw­szy je usły­sza­łem, a dok­tor mu­siał zo­ba­czyć zdzi­wie­nie w mo­ich oczach, bo od­chy­lił głowę dziecka, ono zaś za­częło char­czeć, po­tem się krztu­sić i w końcu pła­kać.

– To chyba cud akro­ba­cji – wes­tchnął dok­tor Grodzki, mię­to­ląc swoją brodę.

Mój pan po­ki­wał głową, a pod ja­snym jego wą­sem pierw­szy raz po­ja­wił się uśmiech.

Ja z ko­lei za­ci­sną­łem usta z ca­łej siły, żeby nie wy­dać z sie­bie żad­nych dźwię­ków, które w moim wy­ko­na­niu mo­gły być tylko bez­ład­nymi ję­kami. Dziew­czynka za to krzy­czała gło­śno. Pierw­sza na pod­da­sze wpa­dła chuda ko­bieta. Wi­docz­nie miała naj­wię­cej do­świad­cze­nia z dziećmi, bo szybko wzięła małą na ręce i za­wi­nęła w chu­stę. Chwilę po­tem na pod­da­szu zna­lazł się też blady mło­dzie­niec, który od razu pod­szedł do nie­przy­tom­nej. Głowę we­tknęła też baba z pyp­ciem, a za­raz za nią po­ste­run­kowy Hę­ciak z cał­kiem opa­dłym wą­sem i zdało się mnie, że na­wet łzę z oka ob­tarł.

Mi­nęło kilka chwil. Grodzki pod­szedł do dziew­czyny i do­tknął jej brzu­cha.

– Cóż, mo­żemy śmiało po­wie­dzieć, że ma­cica skur­czyła się wspa­niale. Ope­ra­cja prze­bie­gła w do­skonałym cza­sie, zdaje się, że za­jęło to mniej niż pół go­dziny. We­dług mo­ich ob­li­czeń to ósme w Eu­ro­pie ce­sar­skie cię­cie z po­wodu eklamp­sji… Nie­stety, po­stę­pu­jące oedema pul­mo­num…

– Prze­nie­śmy ją na łóżko – za­de­cy­do­wał dok­tor Świę­cicki. Pod­szedł do mi­ski z wodą i umył ręce.

– Prze­żyje? – za­py­tał nie­pew­nym gło­sem mło­dzian.

– Ra­czej nie.

Chło­pak ukląkł przy po­łoż­nicy i przy­ty­ka­jąc swój po­li­czek do bla­dego jej czoła, drżą­cymi pal­cami gła­dził nie­ru­chome ra­mię. Tym­cza­sem dok­tor Ka­pu­ściń­ski, który trzy­mał ją za nad­gar­stek, po­krę­cił głową.

– Prze­cież ona nie żyje! – wy­krzyk­nął młody czło­wiek. Wstał. Oczy jego stały się bar­dziej szkli­ste, skóra bled­sza, na czole zaś per­lił się pot i struż­kami spły­wał po skro­niach. – Zo­staw­cie mnie wszy­scy w spo­koju! W spo­koju! Nic już nie ma! – Roz­cza­pie­rzył chude palce przed sobą i ru­szył w kie­runku wyj­ścia.

– Po­cho­wać ją trzeba! – wrza­snęła za nim baba.

– Pa­piery spi­sać – do­rzu­cił po­ste­run­kowy.

– Niech się pan za­trzyma! – za­żą­dał sta­now­czym to­nem mój dok­tor.

– A, po­cho­wać…? Nie chcę… Zrób­cie to! – od­rzekł mło­dzie­niec już spo­koj­niej, po czym wło­żył rękę do kie­szeni i wy­rzu­cił z niej garść mo­net.

Pie­nią­dze po­ku­lały się po pod­ło­dze. Świa­tła było mało, ale każdy, jak stał, wi­dział, że ozło­ciły drew­nianą pod­łogę. Wszy­scy za­mil­kli­śmy na chwilę, wy­trzesz­cza­jąc oczy. Je­dy­nie mój pan kiw­nął na mnie głową, więc pa­dłem na ko­lana, by po­zbie­rać mo­nety. „Ze trzy ka­mie­nice można by za to ku­pić”, po­my­śla­łem.

– Wszystko nie­ważne! Nic już nie ma! – po­wta­rzał mło­dzie­niec jak obłą­kany.

– Dziecko jest pań­skie. – Mój pan wska­zał na za­wi­niątko, które trzy­mała ko­bieta. – Pań­ska córka.

– A, to… – Chło­pak po­pa­trzył nie­przy­tom­nym wzro­kiem. – Ach tak… – Pod­szedł do chu­dej ko­biety i wziął od niej dziecko, na które na­wet nie spoj­rzał. – Przy­rze­ka­łem jej – burk­nął pod no­sem.

– Do­kąd pan je za­biera?

– Do jej brata.

– Gdzie to?

– Se­dan, chyba.

– Aha, Strze­szyn. A do­kład­nie gdzie?

– Jest le­śni­kiem. Gdzieś pod ol­szyną ma dom...

– Ol­chy, tak? – za­py­tał spo­koj­nie dok­tor, pod­cho­dząc do chło­paka. – Zdrowe drzewa. Niech mi pan ją jesz­cze po­każe – po­pro­sił, wy­cią­ga­jąc ręce po dziecko. – Zdaje się, jedną piękną, zdrową ol­chę już pan tu ma.

Młody czło­wiek pa­trzył na niego bez­ro­zum­nym wzro­kiem.

– Pro­szę mi ją dać. Obie­cuję, ju­tro udo­stęp­nię panu po­wóz. Za­wie­zie pana pod wska­zany ad­res. Te­raz jest noc… Bu­rza nie ode­szła da­leko… – Ła­god­ność w gło­sie za­dzia­łała.

Mło­dzie­niec po­ło­żył za­wi­niątko na ręce mo­jego pana, a ten prze­ka­zał je na­tych­miast ko­bie­cie.

– Trzeba ją na­kar­mić – przy­ka­zał.

Ko­bieta kiw­nęła głową.

– A i pana trzeba by prze­ba­dać…

– Mnie już nic nie po­może – od­rzekł chło­pak i za­czął kasz­leć tak mocno, że w końcu zmę­czony, osu­nął się po ścia­nie.

– Dziś dam panu kro­ple, a ju­tro się pa­nem zajmę. Zgoda?

Mło­dzian sie­dział pod ścianą z twa­rzą ukrytą w dło­niach. Trząsł się.

Na­za­jutrz dok­tor po­noć go prze­ba­dał. Rów­nież pie­nią­dze po­gu­bione wrę­czył i długo z nim roz­ma­wiał, a po­tem pod­sta­wił obie­cany po­wóz. Ale ja, choć do­sko­nale mło­dzieńca za­pa­mię­ta­łem, ni­gdy wię­cej już go nie zo­ba­czy­łem. Cóż, śmierć ła­koma, która dziew­czę jesz­cze młode za­brała, po­chy­lała się też nad nim. Wia­domo, ona za­wsze pa­rami lu­dzi do grobu pę­dzi. Ha! Wy­dar­łaby i nie­mowlę, ale mój pan do ży­cia je przy­wo­łał. I dla­tego dane mi było jesz­cze zo­ba­czyć tę istotę, na­ro­dzoną owej burz­li­wej ma­jo­wej nocy.– „A Wil­hel­mek my­ślał, że mu bę­dziem słu­żyć…”. A Wil­hel­mek?! Co to jest? – Ka­ro­lina Ro­sada otwo­rzyła za­spane oczy, zdzi­wiona, że nu­ciła przez sen. – Aaa… – ziew­nęła mocno i do­śpie­wała, zwle­ka­jąc się z ma­te­raca roz­ło­żo­nego na pod­ło­dze. – „Pój­dziemy na Ber­lin, pój­dziemy na Ber­lin, aż się bę­dzie ku­rzyć. Ku­rzyć” – do­dała pod no­sem, roz­glą­da­jąc się po po­koju.

Na pod­ło­dze wciąż stały mniej­sze i więk­sze nie­roz­pa­ko­wane kar­tony, które ze­brały cały kurz z cięża­rówki ba­ga­żo­wej i wszyst­kiego in­nego, co spo­tkały na swo­jej dro­dze pod­czas prze­pro­wadzki. Trwała ona kilka dni, wczo­raj do­piero wnie­śli ostat­nie sprzęty. Max zdał stare klu­cze i tym sa­mym osta­tecz­nie wpro­wa­dzili się na trze­cie pię­tro ka­mie­nicy przy Mic­kie­wi­cza. Prze­piękne, prze­stronne miesz­ka­nie. Cztery duże po­koje, je­den więk­szy od dru­giego, wszyst­kie wy­so­kie, w sa­lo­nie okna od ziemi pra­wie do su­fitu, za nimi po­tężne drzewa. Nie my­ślała, że bę­dzie ich stać na wy­na­jem cze­goś ta­kiego przez na­stęp­nych dzie­sięć lat, co naj­mniej! A tu taka nie­spo­dzianka. Mąż Max spi­sał się do­sko­nale, co zdą­żył pod­kre­ślić już mi­ni­mum ze sto razy.

– Wo­jenko, wo­jenko – nu­ciło się jej da­lej, bo też wszystko do­okoła rze­czy­wi­ście wy­glą­dało jak kra­jo­braz po bi­twie. Ale na do­brze wy­sprzą­ta­nym polu bi­tew­nym! Mu­siała to przy­znać. Kurz może jesz­cze się uno­sił, ale tylko ze świeżo wnie­sio­nych rze­czy. W sa­mych wnę­trzach za­stała od­ma­lo­wane ściany i wy­cy­kli­no­waną pod­łogę. Tego też się nie spo­dzie­wała. Max miał ten­den­cję do sprzą­ta­nia je­dy­nie ry­neczku, na­pra­wia­nia rze­czy wi­docz­nych i ma­lo­wa­nia ścian wo­kół re­gału, bez od­su­wa­nia me­bli, je­śli go nie pil­no­wała. A nie pil­no­wała, po­nie­waż na­wet nie wie­działa, że będą się prze­pro­wa­dzać. Gnieź­dzili się wcze­śniej w cia­snej klitce, ale i tak za­miana miesz­ka­nia na lep­sze po­zo­sta­wała w sfe­rze ma­rzeń. Max za­jął się re­mon­tem gdzieś na zle­ce­nie i po­in­for­mo­wał ją na­wet, że za­mie­rza się re­mon­tami za­jąć na po­waż­nie. Ale nie za­in­te­re­so­wała się tym zbyt­nio, bo w jego przy­padku po­ważne plany na­le­żało oce­niać na ja­kieś góra trzy, cztery mie­siące. Poza tym miała to być spółka z Wik­to­rem. Wik­tora lu­biła, ale on rów­nież nie był ty­ta­nem pracy. Tak czy ina­czej, po­chwa­liła zdaw­kowo ich plany i nie za­mie­rzała się wtrą­cać. Tym bar­dziej że z po­czątku Max wra­cał do domu po­de­ner­wo­wany. Jak twier­dził, wy­ma­ga­nia zle­ce­nio­daw­ców były duże, ter­miny na­pięte, a nowy sa­mo­chód Wik­tora, czyli stare BMW, co drugi dzień trzeba było ho­lo­wać. Z cza­sem jed­nak mu­siało iść mu co­raz le­piej, bo przy­cho­dził we­sel­szy i ze szcze­gó­łami opo­wia­dał o cy­kli­no­wa­niu. Słu­chała go jed­nym uchem i przy­ta­ki­wała.

– Ach, tak – mruk­nęła też bez głęb­szego za­sta­no­wie­nia, gdy za­ko­mu­ni­ko­wał jej ra­do­śnie, że wła­śnie wy­re­mon­to­wał im więk­sze i ład­niej­sze gniazdko.

– Nie cie­szysz się? – za­py­tał pod­ła­many.

Już chwilę póź­niej ska­kała z ra­do­ści, gdy się oka­zało, że ro­bota Maxa na tyle spodo­bała się wła­ści­cie­lom miesz­ka­nia, że pierw­szemu za­pro­po­no­wali mu wy­na­jem.

– Max, czyli wszystko na maksa! – wy­krzy­czał jej, dumny z sie­bie, wpro­wa­dza­jąc ją na po­koje.

Roz­glą­dała się przez do­brą go­dzinę, nie mo­gąc w to wszystko uwie­rzyć. Za cenę, którą usta­lili, na mie­ście mo­gli mieć co naj­wy­żej po­łowę tego me­trażu. Albo wy­na­jąć lo­kum nie wia­domo gdzie. A nie w cen­trum, na Je­ży­cach! A poza tym ściany były po­ma­lo­wane od góry do dołu, a pod­łoga czy­sta i świeżo wy­cy­kli­no­wana. Ka­ro­lina wciąż wy­czu­wała ten che­miczny za­pach, który trudno było wy­wie­trzyć.

– Wo­jenko, wo­jenko – nu­ciła więc pod no­sem, przy­my­ka­jąc piękne drew­niane okno. Już jej nie dzi­wiło, że jest, gdzie jest, i że jest taka za­do­wo­lona. Ani też to, że wstała z po­wstań­czą pio­senką na ustach.

Przy­po­mniała so­bie. Próba chóru skoń­czyła się wy­jąt­kowo późno. Z po­wodu tej prze­pro­wadzki nie po­winna w ogóle na nią iść, ale li­sto­pad miał się lada mo­ment za­cząć, a wraz z nim huczne ob­chody stu­leci prze­róż­nych. Stu­le­cie od­zy­ska­nia nie­pod­le­gło­ści, stu­le­cie po­wsta­nia wiel­ko­pol­skiego, wkrótce stu­le­cie uczelni i nie wia­domo czego jesz­cze. Chór uni­wer­sy­tecki miał uświet­niać to wszystko ra­zem i z osobna, więc prób było wię­cej i prze­cią­gały się do późna.

Max od dawna mó­wił, żeby dała so­bie z tym spo­kój. Stu­dia prze­cież skoń­czyła już parę lat temu. Ale co z tego! Cią­gle jesz­cze nie mo­gła się z tym chó­rem roz­stać, za dużo wspo­mnień, za do­bry czas. Do tego rok był szcze­gólny. Poza tym pra­co­wała w uni­wer­sy­tec­kim ar­chi­wum, więc wciąż była zwią­zana z uczel­nią, choć te­raz nie było to już tak za­bawne jak daw­niej.

– …có­żeś ty za pani… – śpie­wała da­lej w dro­dze do ła­zienki. Po mał­żonku zo­stał tylko mo­kry ręcz­nik, no i od­bite ze ściany płytki, bo tego nie zdą­żył po­pra­wić. Tak samo jak wnęki na końcu ko­ry­ta­rza, za­bu­do­wa­nej do po­łowy. Osta­tecz­nie po­sta­no­wił jej nie koń­czyć, tylko za­dzia­łać w swoim stylu i za­mó­wić szafę, która bę­dzie tam ide­al­nie pa­so­wała. Szaf ni­gdy nie za wiele, więc Ka­ro­li­nie było to na rękę. Go­rzej z gla­zurą w ła­zience, za­le­ga­jącą w pacz­kach na pod­ło­dze. „Tak. Te­raz już się nie do­cze­kam”, wie­działa, że w przy­padku jej męża rzecz raz odło­żona na po­tem da­lej już od­kłada się sama.

W domu już go nie było. Mu­siał wyjść znacz­nie wcze­śniej. Kie­dyś spał do późna, ale te­raz Wik­tor sku­tecz­nie zmu­szał go do wcze­snego wsta­wa­nia. Tak po­dej­rze­wała i tym ra­zem. Miała ra­cję. Na ku­chen­nym bla­cie le­żała spora kartka z dość zgrab­nym ry­sun­kiem ma­łego auta, wiel­kim zna­kiem do­da­wa­nia i pę­katą sa­kiewką ozna­czoną do­la­rem. Po­wy­żej wid­niało kilka ser­du­szek. Ręczny do­pi­sek gło­sił: „Ko­cha­nie, po­je­cha­łem za­ra­biać”.

– Przy­szło nowe – skwi­to­wała pod no­sem, pa­trząc na sza­rugę za oknem. Mia­rowo ko­ły­sały się gołe ga­łę­zie drzewa, z któ­rego ostat­nie li­ście opa­dały na czarny, ele­gancki sa­mo­chód za­par­ko­wany na chod­niku. – Te­raz tak za­cznę to śpie­wać: „For­tuno, for­tuno có­żeś ty za pani, że za tobą lecą, że za tobą lecą chłopcy ma­lo­wani…”. No tak, te­raz będę miała to w gło­wie przez cały dzień – stwier­dziła, wy­cią­ga­jąc z kar­tonu naj­mniej po­gnie­cione ubra­nia.

Nie my­liła się. Jesz­cze gdy za­my­kała drzwi do miesz­ka­nia, nu­ciła ko­lejną zwrotkę, prze­ro­bioną na wła­sny uży­tek.

– „For­tuno, for­tuno, co za moc jest w to­bie? Kogo ty po­ko­chasz, kogo ty po­ko­chasz, w zim­nym leży gro­bie”. – Rany, co ja śpie­wam! – Stuk­nęła się pal­cem w głowę i za­trzy­mała na pół­pię­trze.

Jej uwagę przy­kuły wiel­kie, drew­niane, ob­dra­pane drzwi. Były nie­do­mknięte. Scho­dziła da­lej, ale co­raz wol­niej, mocno wy­krę­ca­jąc głowę. W końcu się za­trzy­mała.

Miesz­kali tu od wczo­raj, ni­kogo jesz­cze nie spo­tkała. Od praw­ni­ków z kan­ce­la­rii na dole, któ­rzy za­rzą­dzali tą nie­ru­cho­mo­ścią, wie­działa tylko tyle, że pod nimi mieszka przy­głu­cha bab­cia. Naj­waż­niej­szą in­for­ma­cją było więc to, że nie mu­sieli się za­cho­wy­wać prze­sad­nie ci­cho. Co było im na rękę, bo na swoje dru­gie pię­tro wtar­gali pia­nino. Max cie­szył się też jak dziecko, że bę­dzie grał na swo­jej uko­cha­nej gi­ta­rze aku­stycz­nej, a za chwilę kupi so­bie jesz­cze elek­tryczną i dwa piece. Jed­nym sło­wem mo­gli ha­ła­so­wać, a ko­bie­cina z dołu miała nic nie sły­szeć. Jak na iro­nię wła­śnie to te­raz sta­no­wiło pro­blem, bo Ka­ro­lina nie wie­działa, co zro­bić. Pa­trzyła i pa­trzyła, a drzwi po­zo­stawały nie­do­mknięte. Nie wie­działa, czy ma krzyk­nąć coś z progu, czy od razu wejść.

Po­de­szła bli­żej i nad­sta­wiła ucha. Ci­sza. Za­pu­kała gło­śno. Ci­sza. Spe­szona, ze­szła kilka scho­dów, ale wró­ciła. Oparta o fu­trynę, za­sta­na­wiała się, czy nie naj­pro­ściej by­łoby je po pro­stu do­mknąć i odejść. Ale je­śli ktoś po­trze­bo­wał po­mocy?

– Dzień do­bry! – krzyk­nęła przez szparę. Tak jak się spo­dzie­wała, nikt nie od­po­wie­dział. Przez taką wą­ską szcze­linę sama mo­głaby nie do­sły­szeć. Lekko więc pchnęła drzwi. Cięż­kie za­wiasy za­skrzy­piały tak, że sama się prze­stra­szyła

– Halo! Dzień do­bry! – po­no­wiła próbę po chwili. Po­tem jesz­cze raz. Ci­sza. – Daj so­bie spo­kój – burk­nęła pod no­sem – ktoś w końcu za­re­aguje. – Za­częła scho­dzić na dół. – A je­śli nikt? – We­szła z po­wro­tem i za­pu­kała naj­gło­śniej, jak się da. – Halo! Ma pani nie­za­mknięte drzwi! – krzy­czała wręcz, wcho­dząc do środka. – Jest tu kto?

Nikt jej nie od­po­wie­dział. Zo­sta­wiła za sobą sze­roko otwarte wej­ście. Wą­skim ko­ry­ta­rzem prze­szła do środka. W po­koju pa­no­wały za­duch i pół­mrok. Nie z po­wodu mar­nej je­sien­nej po­gody, ale gru­bych we­lu­ro­wych ko­tar, szczel­nie za­sła­nia­ją­cych wy­so­kie okna. Ka­ro­lina stą­pała po­woli po skrzy­pią­cej pod­ło­dze i miała wra­że­nie, że od­dy­cha ku­rzem na­nie­sio­nym tu przez po­przed­nie po­ko­le­nia.

– Halo – po­wta­rzała, roz­glą­da­jąc się.

Na­tra­fiła na stare za­śnie­działe lu­stro i szybko przy­gła­dziła po­wy­krę­cane we wszyst­kie strony krót­kie brą­zowe włosy. Zro­biła to od­ru­chowo, jakby chciała wy­glą­dać grzecz­niej, skoro już we­szła nie­pro­szona do cu­dzego miesz­ka­nia.

– Dzień do­bry! – krzyk­nęła, prze­cho­dząc do sa­lonu. – A to co? – za­py­tała na­gle sama sie­bie.

Pa­trzyła na wiel­kie drew­niane śmi­gło. Wi­siało na ścia­nie mię­dzy pół­kami, na któ­rych stały lor­netki i le­żały ja­kieś go­gle i inne sta­ro­cia. Po­de­szłaby bli­żej, ale w sa­lo­nie nie było ni­kogo. Nie chciała więc po nim cho­dzić. Je­dyne, co sto­jąc w progu, mo­gła wy­raź­nie zo­ba­czyć, to duże, opra­wione w ramy, czarno-białe zdję­cia. Na jed­nym z naj­więk­szych na tle dwu­pła­towca stała ko­bieta w stroju lot­nika.

– Ach tak – po­wie­działa do sie­bie Ka­ro­lina, jakby coś od­ga­dła, choć nie do końca wie­działa co. – Jest tu kto?! – za­wo­łała znowu, za­glą­da­jąc do kuchni. Ni­kogo nie było ani tam, ani w są­sia­du­ją­cej z kuch­nią ma­łej sy­pialni z wą­skim łóż­kiem i wielką koł­drą. Chwy­ciła ją w dwa palce z lek­kim obrzy­dze­niem i od­chy­liła po­woli. Bar­dzo nie chciała tam ni­czego zna­leźć. Na szczę­ście pod pier­na­tami ni­kogo nie było. Ode­tchnęła, ale co­fa­jąc się, za­cze­piła stopą o bam­bosz z żół­tym pom­po­nem. Prze­stra­szyła się i od­sko­czyła, pisz­cząc i ma­cha­jąc rę­kami.

– Rany, nie! Wy­cho­dzę – po­sta­no­wiła.

I pra­wie by wy­szła, gdyby w ostat­niej chwili nie do­strze­gła jesz­cze jed­nych drzwi w ko­ry­ta­rzu. Otwo­rzyła je. W ciem­no­ści wi­dać było tylko że­liwną wannę. Za­pa­liła świa­tło. Naj­pierw na ran­cie wanny zo­ba­czyła ja­kieś bru­natne plamy, ale gdy zro­biła krok, uj­rzała… ją. Krzyk­nęła i znie­ru­cho­miała. Na po­sadzce mię­dzy wanną a se­de­sem le­żała sta­ruszka. Nie­dziwne, że Ka­ro­lina nie doj­rzała jej od razu. Ko­bieta le­żała bez ru­chu na wie­ko­wej nie­bie­skiej te­ra­ko­cie i wy­glą­dała jak po­marsz­czone chu­chro. Jak dziecko, które za szybko prze­nio­sło się w cza­sie. Cią­gle miało na so­bie za duże włócz­kowe skar­pety i za sze­roką fla­ne­lową ko­szulę. I bar­dzo nie­wiele wło­sów na gło­wie. Do­piero gdy Ka­ro­lina na­chy­liła się nad star­szą pa­nią, do­strze­gła, że na czole miała ona roz­ciętą skórę, wo­kół któ­rej za­krze­pła już krew.

– Ożeż! Co ja te­raz mam zro­bić? Prze­wró­ciła się, biedna. Pro­szę pani? – Lekko dźgnęła ją pal­cem.

„A je­śli do­ty­kam trupa?”, po­my­ślała i od­sko­czyła.

„A je­śli jest tru­pem, to jak zo­sta­wiła otwarte drzwi?”. Zmar­twiała. „Może wcze­śniej? Za­nim się prze­wró­ciła”, po­cie­szała się, roz­glą­da­jąc do­okoła. „Mu­szę za­dzwo­nić po po­go­to­wie. Ale co po­wiem? Żyje? Nie żyje?”. Jej wzrok padł na umy­walkę i le­żące na niej małe pod­ręczne lu­sterko. Gdzieś na fil­mie zo­ba­czyła, że po­winno za­pa­ro­wać od cie­pła od­de­chu, przy­ło­żyła je więc do na wpół otwar­tych ust sta­ruszki. Od­cze­kała, ale nic na nim nie zo­ba­czyła. Przy­sta­wiła bli­żej. Nic. Wy­jęła z kie­szeni ko­mórkę i trzę­są­cymi się pal­cami wy­brała nu­mer. Gdy tylko usły­szała sy­gnał ocze­ki­wa­nia na po­łą­cze­nie, na ziemi przed nią roz­legł się coś jakby char­kot.

– Po­go­to­wie ra­tun­kowe, słu­cham.

– Ona się ru­sza! – wrza­snęła do słu­chawki na cały głos.

A po­tem zo­ba­czyła, jak le­żąca na ziemi stara, pra­wie łysa ko­bieta otwiera jedno oko.Ka­ro­lina krę­ciła się w łóżku. Wy­da­wało jej się o dwa roz­miary za duże. Już od dawna nie lu­biła za­sy­piać sama. Max po­wie­dział, że wróci jesz­cze póź­niej niż zwy­kle. Wy­bie­rał się z Wik­to­rem na ja­kiś mecz. Za­pra­szał ją, ale nie była za­in­te­re­so­wana piłką nożną. Jak zwy­kle zresztą. Drę­czyła ją rów­nież wi­zyta w miesz­ka­niu babci. To, że ktoś tam gmera pod jej nie­obec­ność, mo­gła prze­ka­zać do­piero rano, bo na wi­zytę w szpi­talu było już za późno. Bała się też jej re­ak­cji, tym bar­dziej od­kła­dała sprawę na póź­niej. Je­dyne, co spra­wiało jej przy­jem­ność, to się­ga­nie do łu­pów, które wła­śnie zdo­była. Kilka razy wy­cią­gała i cho­wała ko­pertę. Re­wol­wer skrzęt­nie ukryła w kar­to­nie pod łóż­kiem i tam nie się­gała. Chciała się go ra­czej jak naj­szyb­ciej po­zbyć. W ko­per­cie za to oprócz wy­cin­ków ze sta­rych ga­zet było jedno od­ręczne pi­smo.

Ka­ro­lina prze­glą­dała wszyst­kie te pa­pierki. Jej uwagę przy­kuła mię­dzy in­nymi mała re­klama:

Od­na­la­zła na­wet zdję­cie ele­ganc­kiego, prze­stron­nego lo­kalu z wy­so­kimi ko­lum­nami i trzema rzę­dami sto­li­ków po­na­kry­wa­nych bia­łymi ob­ru­sami, z kwia­tami w dłu­gich wa­zo­nach. Z tego, co wy­czy­tała w in­ter­ne­cie, dziś już nie ist­nieje tamta czte­ro­pię­trowa ka­mie­nica przy Placu Wol­no­ści 17, z windą i trzy­na­stoma oknami od strony ulicy. Szkoda, bo swego czasu mu­siała być nie­zwy­kle re­pre­zen­ta­cyjna. Sie­dzibę miały tam biura mły­nów Her­manna, pla­cówka ob­rotu zie­mio­pło­dami, To­wa­rzy­stwo Han­dlowe dla Prze­my­słu Kok­sow­ni­czego, Cen­trala Oliw Mi­ne­ral­nych. Gdzieś z tyłu mie­ściły się Fa­bryka Farb, a na­wet se­kre­ta­riat Wiel­ko­pol­skiego Związku Kół Śpie­wa­czych.

Ar­ty­ku­łów do­ty­czą­cych tego, co się wy­da­rzyło w Carl­to­nie, było kilka. Wszyst­kie wy­cięte, ale duża czcionka wska­zy­wała na to, że przez ja­kiś czas mu­siały być na pierw­szych stro­nach ga­zet. Ten był naj­więk­szy:

KRWAWA TRA­GE­DIA

Wczo­raj w „Carl­to­nie” do­szło do strze­la­niny!

Wczo­raj w go­dzi­nach ran­nych w „Carl­to­nie” do­szło do strze­la­niny. Na­zwi­ska osób za­mie­sza­nych w to tra­giczne wy­da­rze­nie nie mogą jesz­cze zo­stać ujaw­nione szer­szej pu­blicz­no­ści. Prze­bieg wy­padku po­da­jemy na pod­sta­wie świa­dectw pra­cow­ni­ków wi­niarni.

Zda­niem na­ocz­nych świad­ków sprawa się miała, jak nastę­puje. Ofi­cer X przy­szedł do wi­niarni sam. Po chwili do­łą­czyli do niego dwaj kom­pani, za­cho­wu­jący się podej­rza­nie, co stwier­dził sam wła­ści­ciel lo­kalu. Po pewnym cza­sie do ich sto­lika udał się inny ofi­cer i z miejsca, wzbu­rzony, wy­cią­gnął re­wol­wer marki Na­gant. Nie wia­domo, co było źró­dłem nie­po­ro­zu­mie­nia, świadkowie sły­szeli jed­nak, jak oświad­czył on bar­dzo wy­raź­nie, że kom­pani ofi­cera X po­winni się wsty­dzić prze­by­wa­nia w jego to­wa­rzy­stwie. Wła­ści­ciel, po­dej­rze­wa­jąc, co się szy­kuje, na­tych­miast we­zwał po­li­cję, ta jed­nak przy­była za późno, by udało się za­ra­dzić kłótni. Wy­wią­zała się sza­mo­ta­nina, po któ­rej padł strzał.

Tu tekst się ury­wał.

Nic więc dziw­nego, że ów­cze­sna prasa za­in­te­re­so­wała się taką zbrod­nią!

------------------------------------------------------------------------

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij