Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Religa. Człowiek z sercem w dłoni - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
19 maja 2026
32,99
3299 pkt
punktów Virtualo

Religa. Człowiek z sercem w dłoni - ebook

Historia spisana przez Jana Osieckiego pomogła stworzyć scenariusz filmu Bogowie opowiadającego historię profesora Zbigniewa Religi.

Zbigniew Religa w jedynej tak długiej i szczerej rozmowie  z dziennikarzem opowiedział o swoim życiu. O obfitujących w momentami dramatyczne zwroty akcji przygotowaniach do pierwszego udanego przeszczepu serca w Polsce. Zdradził, jak wpadł w politykę. A także szczerze wyznał o swoich nałogach. Mówił również o walce z chorobą  i nieuchronnej śmierci.

To opowieść o człowieku, który na przekór wszystkiemu postanowił spełnić swoje marzenie. Mógł wygodnie żyć w Stanach Zjednoczonych, ale wrócił  ze stażu do kraju. Doprowadził do pierwszego przeszczepu, pomógł  stworzyć sztuczne komory serca i zbudował zespół, który pracuje nad realizacją jego największego marzenia: sztucznym sercem.Historia spisana przez Jana Osieckiego pomogła stworzyć scenariusz filmu Bogowie opowiadającego historię profesora Zbigniewa Religi.

Zbigniew Religa (1938–2009) – nauczyciel co najmniej połowy kardiochirurgów w Polsce. Człowiek o życiorysie, którego starczyłoby dla kilku osób. Lekarz, autor pierwszego udanego przeszczepu serca, spiritus movens polskiego sztucznego serca, a także polityk, kandydat na prezydenta, minister zdrowia. Naukowiec, który z motyką rzuca się na słońce i wbrew wszystkim przeszkodom realizuje postawione sobie cele – w bankrutującym PRL-u stworzył najbardziej znaną w kraju Klinikę Kardiochirurgiczną w Zabrzu. Człowiek o wielkim sercu i pogodzie ducha.

Jan Osiecki – z wykształcenia socjolog, z zawodu i pasji dziennikarz. Przez piętnaście lat odsłaniał kulisy pracy polityków, przygotowując materiały dla „Newsweeka”, Radia PiN, Programu III Polskiego Radia oraz innych redakcji. Jest również współautorem serii książek Ostatni lot,  dziennikarskiego śledztwa dotyczącego przyczyn i przebiegu katastrofy smoleńskiej.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Biografie
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8444-652-2
Rozmiar pliku: 7,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Oczarowanie chirurgią

Co się czuje, mając ludzkie serce w ręku?

. Chłód! To serce jest zimne, bo podczas przygotowania do przeszczepu zostaje schłodzone do temperatury czterech– ośmiu stopni Celsjusza. Po prostu to jest kawałek mięsa. To, co najpiękniejsze, zaczyna się dziać później, gdy puści się krew.

To znaczy?

Ono zaczyna bić. Dla mnie to cud natury, kiedy serce w pustej klatce piersiowej zaczyna bić i utrzymywać krążenie.

Co jest pana największym osiągnięciem?

Ludzie łączą moje nazwisko z pierwszą transplantacją serca w Polsce. Ale wiem, że gdybym ja nie spróbował, to może cztery, a może pięć lat później inni zrobiliby tę operację. Jestem natomiast przekonany, że nikt nie zająłby się tworzeniem polskiego sztucznego serca.

Gdybym nie walczył o stworzenie tego urządzenia, dziś kilkaset osób już by nie żyło, bo nie byłoby sztucznych komór, które uratowały im życie i zdrowie.

A trzeba było walczyć?

Tak, i to ze środowiskiem medycznym.

Dlaczego? Chodziło o pieniądze?

Nie tylko. Część osób uważała, że jestem idiotą, bo rzucam się na rzecz, która ich zdaniem była niewykonalna w polskich warunkach. Ale powtarzam, warto było o to walczyć. Warto było pokonywać te trudności techniczne.

W moim życiu jest tak, że na początku spotyka mnie sporo porażek i wszystko wygląda na to, że działanie skończy się spektakularną katastrofą. Jednak z biegiem czasu przychodzą sukcesy. Ale gdyby nie przeszczep serca, nigdy nie zdobyłbym takiej pozycji, aby zebrać ludzi i fundusze potrzebne na budowę sztucznych komór i sztucznego serca.

Zacznijmy jednak od początku. O jakiej pracy marzył pan w młodości?

W szkole średniej myślałem o studiowaniu filozofii. Zastanawiałem się także nad dziennikarstwem. Takie plany snułem w dziesiątej albo jedenastej klasie.

To dlaczego został pan lekarzem?

Moi rodzice patrzyli na życie dosyć praktycznie. Wydaje mi się, że ich zdaniem zawód filozofa nie był zbyt użyteczny i nie rokował nadziei na karierę. Uznali natomiast, że profesja, w której zawsze można znaleźć pracę, to medycyna. Poza tym w owym czasie lekarz cieszył się ogromnym szacunkiem i uznaniem społecznym. W klasie maturalnej, po wielu rozmowach, przekonali mnie do zdawania na medycynę. Myślę, że uległem, bo nie byłem w stu procentach przekonany do filozofii.

A do medycyny?

Chyba też nie. Na pewno nie wierzyłem, że dostanę się na akademię medyczną. Było wielu chętnych. Nie wiem, jak to się stało, pewnie dużo w tym przypadku czy, jak kto woli, szczęścia, ale udało mi się zdać za pierwszym razem.

Chirurgia była pana świadomym wyborem czy znowu dziełem przypadku?

Zdecydowanie to drugie. W trakcie pierwszych dwóch lat studiów uczyliśmy się przedmiotów ogólnych, to znaczy biologii, chemii… Na początku byłem pewien tylko jednego: że na pewno nie będę chirurgiem. Wtedy ta praca kojarzyła mi się ze strasznie nudnym rzemiosłem. Po prostu trzeba coś wyciąć, dociąć, ale nie ma w tym żadnego wyzwania, powiedziałbym, intelektualnego.

Co zmieniło pańskie nastawienie?

Na trzecim roku rozpoczęliśmy zajęcia kliniczne. Zafascynowałem się interną. Tym ogromem wiedzy i intuicji, które są potrzebne, by bardzo szybko zdiagnozować pacjenta. Diagnostyka jest teraz zupełnie inna – wtedy lekarz musiał przede wszystkim umieć biegle posługiwać się stetoskopem oraz właściwie rozmawiać z chorym. W ten sposób stawiał diagnozę. Dodatkowe badania były niesłychanie prymitywne: ot, pobranie i analiza krwi, rentgen, i nic więcej. Trafne odgadnięcie, co dolega pacjentowi, jawiło się wówczas jako wspaniała, niemal magiczna sztuka. Sądziłem, że tym właśnie będę się zajmował. Ale mój kolega z roku Wiesiek Kilian chodził jako wolontariusz na ostry dyżur do III Kliniki Akademii Medycznej w Warszawie. W końcu zaproponował, żebym wybrał się tam z nim.

I to zaproszenie stało się początkiem przygody z chirurgią?

Przyszedłem kiedyś po południu. Zacząłem obserwować, co się dzieje. Spędziłem na oddziale całą noc. I od razu zafascynowałem się pracą chirurga.

Co w niej było tak pociągającego?

Do kliniki trafiali ludzie z wypadków. Chirurdzy operowali nieraz przez całą noc. To wyglądało niesłychanie romantycznie.

Romantycznie?

Tak. Pogotowie przywoziło pacjenta, który umierał, ale chirurdzy – dzięki szybkim decyzjom i niesamowitym umiejętnościom – dawali mu szansę na dalsze życie. To było naprawdę oszałamiające. Wtedy zakochałem się w chirurgii. Zacząłem chodzić na wszystkie dyżury w tej klinice. Gdyby nie ta pierwsza noc, pewnie nigdy nie zostałbym chirurgiem.

Od czego pan zaczynał?

Na początku nasza rola ograniczała się do przewożenia chorych ze stołu operacyjnego na łóżko. Pełniliśmy funkcję salowych. Ale nasza pomoc została nagrodzona. Pozwolono nam przyglądać się pracy chirurgów podczas operacji. Potem mogliśmy już znieczulać pacjentów przed operacją. Bo wówczas nie było jeszcze specjalizacji anestezjologicznej i chirurdzy najpierw sami znieczulali, a potem operowali.

To była już odpowiedzialna praca.

Szczerze mówiąc – i patrząc z perspektywy czasu – chyba nie zdawałem sobie sprawy, jak niebezpieczne było dla operowanych to, co robiliśmy. Wtedy pacjenta usypiało się eterem. Chory leżał na stole, zakładało mu się maskę, prosiło, by głęboko oddychał, i dawało eter na maskę. Teraz z przerażeniem myślę, że można było w ten sposób wyrządzić wiele krzywdy. Na szczęście obyło się bez żadnego wypadku. Odporność chorych ratowała ich przed naszą niewiedzą i błędami . W końcu lekarze, z którymi się zaprzyjaźniliśmy, dali nam szansę „umyć się na haki” – jak określa się przygotowanie do operacji. To była kolejna nagroda za naszą pomoc.

Jaka operacja była „tą pierwszą”?

Wycięcie wyrostka robaczkowego.

Co się czuje, mając po raz pierwszy w życiu skalpel w rękach?

Strach.

?

Poważnie, przez cały czas towarzyszył mi straszny lęk, żeby nie zrobić pacjentowi krzywdy. Obawiałem się, że mi ręka zadrży i coś pójdzie nie tak. Oczywiście bez przerwy czuwał obok mnie chirurg, który podpowiadał, co zrobić, jak naciąć, gdzie założyć szew itp. Nie było żadnego zagrożenia dla chorego. A jednak czułem strach.

Czy w pana oczach ten pierwszy zabieg nie odarł fachu chirurga z owego romantyzmu, który tak pana wcześniej zachwycił?

Nie, ani ta operacja, ani żadna inna w moim odczuciu nie pozbawiła tej pracy magii. W chirurgii fantastyczne jest to, że nigdy nie zdarza się dwa razy taki sam przypadek. Nawet z wyrostkiem robaczkowym: z powodu różnic w budowie pacjentów wyrostek zawsze leży troszkę inaczej, za każdym razem inny jest też stopień zaawansowania choroby. I choć wycięcie wyrostka jest traktowane jako jedna z najłatwiejszych operacji, czasem może być z różnych powodów bardzo ciężka pod względem technicznym. Zdarza się na przykład tak zwany wyrostek zakątniczy, który dosłownie trudno znaleźć. I jeśli używa się skalpela nieostrożnie, można wyrządzić pacjentowi dużą krzywdę.

Jaki był ten pierwszy operowany przez pana przypadek?

Na szczęście łatwy. Zresztą gdyby było inaczej, natychmiast zastąpiłby mnie chirurg, pod którego nadzorem operowałem. Ale i tak te proste zabiegi dawały mi ogromną satysfakcję. Czułem, że jestem już prawdziwym chirurgiem .

Ale od wycięcia wyrostka do leczenia serca wiodła jeszcze bardzo długa droga?

Rzeczywiście. W tamtych czasach kliniki akademii medycznych charakteryzowały się jedną wspólną cechą: tam było strasznie dużo asystentów oraz lekarzy. Tak naprawdę – za dużo wykwalifikowanego personelu medycznego w stosunku do liczby przeprowadzanych operacji. Ci lekarze dosłownie walczyli między sobą o pacjentów, a nagroda w postaci możliwości przeprowadzenia operacji była rzadkością. Moi koledzy należeli do kółka chirurgicznego. Ja się tam nie zapisałem, ponieważ widziałem, że ich opiekun daje im do zrobienia zadania polegające na napisaniu opracowania na podstawie jakiejś książki. Powielanie wydawnictw wydawało mi się bezsensowne. Chciałem operować, a nie pisać pseudonaukowe prace.

Jak udało się panu to zrobić?

Znowu trochę przypadkiem. Gdy byłem na piątym roku, jeden z asystentów z kliniki chirurgicznej przeszedł do nowo powstającego szpitala miejskiego, gdzie otwierano także duży oddział chirurgiczny. Pacjentów było sporo, za to zdecydowanie mniej asystentów. Wręcz brakowało rąk do pracy. Ten naukowiec został tam asystentem ordynatora i zaproponował mi, żebym zaczął do nich przychodzić jako wolontariusz. Zatrudnieni tam lekarze tworzyli świetny zespół – nie tylko doskonałych fachowców, ale także bardzo miłych ludzi. Niezwykle szybko zaczęli mnie traktować jak swojego kolegę, mimo że nie skończyłem jeszcze studiów. Dostałem możliwość prowadzenia chorych. Miałem pod swoją opieką salę. Referowałem przypadki pacjentów podczas obchodów, diagnozowałem ich. W miarę upływającego czasu dostałem także możliwość operowania moich podopiecznych. Jak na osobę bez dyplomu, operowałem wtedy naprawdę bardzo dużo.

Ilu ludzi trafiło w tamtym okresie na pana stół?

Kończąc studia i przy okazji staż w tym szpitalu, miałem na koncie ponad sto trzydzieści operacji przeprowadzonych jako operator. Żaden kolega z roku nie miał takiego wyniku. Zresztą wielu chirurgów przystępujących do pierwszego stopnia tej specjalizacji nie miało za sobą tak wielu przeprowadzonych operacji jak ja jeszcze jako student. W szpitalu na Stępińskiej, oprócz chirurgii ogólnej, były jeszcze pododdziały ortopedii oraz urologii. Mogłem się uczyć jednocześnie wszystkich trzech specjalności. Ordynatorem pododdziału urologii był doktor Józef Dackiewicz – to on miał ogromny wpływ na moje losy zawodowe.

Bo dał panu później pierwszą pracę?

Po studiach od razu trafiłem do wojska. Przez rok byłem w batalionie saperów w Sandomierzu. Po roku wróciłem do Warszawy na Bemowo, do jednostki lotniczej. Wówczas doktor Dackiewicz poprosił przez znajomych, żebym się z nim skontaktował. Objął właśnie samodzielny oddział urologii w warszawskim Szpitalu Wolskim na Kasprzaka. To było po drodze na lotnisko, gdzie służyłem. Doktor zaproponował mi, żebym przyszedł do niego na wolontariat. Co prawda w szpitalu nie było chirurgii, ale w perspektywie miała się pojawić. Obiecywał, że załatwi tam dla mnie etat.

I wojsko pozwoliło panu na pracę w trakcie służby?

Nie było z tym specjalnego problemu. Dostałem zgodę dowódcy na to, żeby przez kilka godzin dziennie pracować na urologii, a po południu musiałem wracać na lotnisko i meldować się w jednostce. To była niesamowita frajda, zdecydowanie wolałem pracować jako lekarz, niż siedzieć w koszarach i nic nie robić. W 1966 roku zakończyłem służbę i wtedy profesor Dackiewicz, zgodnie z obietnicą, załatwił mi etat na oddziale chirurgicznym. Tyle że… tego oddziału w tym szpitalu wciąż nie było. Pracowałem więc na urologii. To był znakomity okres w moim życiu. Profesor Dackiewicz wymarzył sobie, że będę jego następcą. Normalnie osoba w moim wieku nie miała szans na wykonywanie operacji, które on mi dawał. Dostawałem naprawdę wszystkie najcięższe przypadki. Stałem się dobrym urologiem.

Ale to chyba nie była pana pasja?

Nigdy nie oszukiwałem profesora. Zawsze podkreślałem: „Niech pan pamięta – ja na urologii nigdy nie zostanę, ja chcę być chirurgiem”. W 1969 roku skończył się remont pawilonu chirurgii w Szpitalu Wolskim. Oddział objął docent Wacław Sitkowski, uczeń profesora Leona Manteuffla, jednego z najwybitniejszych polskich chirurgów i pionierów kardiochirurgii.

Sitkowski wprowadził kardiochirurgię do tego szpitala, zaczęliśmy operować serca. Gdyby nie on, zapewne dziś byłbym specjalistą chirurgii brzusznej.

Czy to były trudne operacje?

Kardiochi rurgia, którą wówczas uprawialiśmy, była straszna. Proszę pamiętać, że mówimy o początkach tej dyscypliny w Polsce. Początkach makabrycznych, z ogromną śmiertelnością, po wikłaniami, wymagających od lekarza niezwykłej odpor ności psychicznej. Najpierw przeprowadzaliśmy operacje bez użycia krążenia pozaustrojowego – między innymi naprawę zwężonej zastawki mitralnej. Zabieg polegał na tym, że zakładało się szew na uszko lewego przedsionka, nacinało się to uszko, wkładało palec i usiłowało rozedrzeć sklejoną zastawkę. Jeśli nie dało się tego zrobić ręką, trzeba było użyć specjalnego narzędzia. I takich operacji robiliśmy bardzo dużo.

To chyba nic skomplikowanego?

Tego rodzaju operacja jest uznawana obecnie za jedną z najprostszych, ale wtedy strasznie się jej bałem. Dopóki mogłem wszystko zrobić palcem, nie było problemu. Gdy natomiast trzeba było użyć narzędzia, pojawiał się u mnie dziki strach. Nie potrafię pracować, jeśli czegoś nie widzę albo nie czuję. Na oddziale urologii robiłem wielokrotnie operacje „na ślepo”, na przykład wycięcie gruczołu krokowego, ale palcem. Miałem wyczucie tkanek, wiedziałem, gdzie ten palec jest. Podczas operacji zastawki mitralnej, jak wkładałem narzędzie, nie wiedziałem do końca, gdzie ono jest, i bałem się, że rozerwę serce.

Jakie jeszcze zabiegi były wykonywane?

Jako pierwsi – jeśli nie w Polsce, to na pewno w Warszawie – wszczepialiśmy nowe jak na owe czasy urządzenie: stymulator serca. W końcu zaczęliśmy robić pierwsze operacje na otwartym sercu, ale bez użycia krążenia pozaustrojowego, bo nie mieliśmy płucoserca.

To w jaki sposób przeprowadzano te operacje?

W tak zwanej hipotermii powierzchniowej.

Brzmi bardzo skomplikowanie, ale zważając na dawne czasy i wyposażenie tego szpitala, podejrzewam, że musiała to być raczej metoda, która wymagała świetnych lekarzy, a nie sprzętu…

Operacją, którą dało się przeprowadzić w ten sposób, było zamknięcie ubytku w przegrodzie międzyprzedsionkowej. Celem tego zabiegu jest albo właśnie zamknięcie ubytku, albo wszycie specjalnej łaty. Cała praca polegała na otwarciu przedsionka, co jednak groziło tym, że przy pracującym sercu z pacjenta w pół minuty wyleje się cała krew. Jedynym sposobem, żeby operowany się nie „skrwawił” i przeżył, było zaciśnięcie górnej żyły głównej, odprowadzającej krew z górnej połowy ciała, oraz żyły dolnej. Wtedy serce robi się puste, ale za to mózg jest pozbawiony tlenu...

…a po chwili pacjent umiera. Jak rozwiązano ten problem, nie mając specjalistycznego sprzętu?

Chory był znieczulany i natychmiast wieziono go do łazienki. Tam wkładano go do wanny z zimną wodą i lodem. Gdy temperatura ciała spadała do trzydziestu stopni, brało się go na salę operacyjną. Lekarze natychmiast otwierali klatkę piersiową, zaciskali żyły. Potem przecinało się przedsionek. I od tego momentu chirurg miał pięć minut na zaszycie przedsionka lub wszycie łaty. Taka presja czasu to niewiarygodny stres. Kiedyś zrobiłem sobie po takiej operacji pomiar tętna.

I jaki był wynik?

Sto siedemdziesiąt–sto osiemdziesiąt na minutę.

A jaka była przeżywalność operowanych?

Naprawdę duża.

Jak pan jako młody lekarz przyjmował porażki? Podobno chirurdzy dopiero z upływem czasu coraz lepiej radzą sobie ze śmiercią pacjenta na stole – stają się odporniejsi na pewne wydarzenia…

Absolutnie nie. Śmierć pacjenta to zawsze dla lekarza dramat. Operując, robiliśmy wszystko, co potrafiliśmy, ale śmierć bywała nieustępliwa. Znaliśmy wyniki leczenia, unikaliśmy więc wchodzenia w bliższe kontakty z pacjentami. Przed operacją wy konywaliśmy przy chorych tylko to, co bezwzględnie należało do na szych obowiązków, czyli wywiad, zbadanie, opisanie. Nie chcieliśmy na tomiast rozmawiać z nimi, poznawać ich, zbliżać się z nimi.

Dlaczego?

Z jednej strony człowiek wiedział, że chorego należy bezwzględnie operować, ponieważ tylko w ten sposób można dać mu szansę przeżycia, ale z drugiej strony z góry wiadomo było, jak mała jest ta szansa. Musieliśmy być twardzi w walce ze śmiercią, z po wikłaniami, z najróżniejszymi przeciwnościami. Tylko żelazna kon sekwencja stwarzała nadzieję na sukces. I w tym sensie kardiochirurgia była dla mnie wyzwaniem, fascynu jącym i niezwykłym. Na szczęście w końcu, po jakichś dwóch latach takiej walki o życie każdego pacjenta, zaczęliśmy przeprowadzać bardziej skomplikowane operacje.

Władza dała więcej pieniędzy na szpital?

Nie, profesor Sitkowski miał znajomych inżynierów, którzy metodami chałupniczymi zrobili nam pompy do krążenia pozaustrojowego.

Na świecie takie urządzenia były już chyba szpitalnym standardem?

Tak, ale proszę pamiętać, jaka była wówczas sytuacja w Polsce. Na wszystko brakowało dewiz. A poza tym my byliśmy szpitalem miejskim, więc uznano, że nie potrzeba nam takiego sprzętu. Gdy pojawiło się „nasze” urządzenie, zaczęliśmy pierwsze operacje na otwartym sercu. Nie mieliśmy jednak z kolei możliwości monitorowania stanu pacjenta.

Bo takiego sprzętu już się nie dało zrobić chałupniczo?

Robiliśmy sami inne niesamowite i zarazem banalnie proste patenty. Podstawowym parametrem dla kardiochirurga jest ośrodkowe ciśnienie żylne. Ono musi być non stop monitorowane. Zakładaliśmy więc plastikową rurkę do żyły, potem przyklejaliśmy ją do ramy, na której leżały prześcieradła oddzielające pole operacyjne od anestezjologa, i za pomocą linijki mierzyliśmy, jak się waha ciśnienie krwi.

Kiedy opowiada pan o tych trudnościach, z którymi musieli się mierzyć lekarze, to włosy stają dęba. To były wręcz amatorskie czasy chirurgii w Polsce!

Zdecydowanie tak. Połowa rzeczy, które wówczas robiliśmy, dziś byłaby dla lekarzy nie do pomyślenia. Plastikowe dreny, które odprowadzają krew do pompy i utleniacza, powinny być używane tylko raz. My korzystaliśmy z nich trzydzieści, a nawet czterdzieści razy – granicą „zużycia” był moment, gdy zaczynały pękać. To było dramatyczne, bo śmiertelność przy tych operacjach była gigantyczna, przeszło czterdzieści procent. Z drugiej jednak strony, to było niesamowite wyzwanie, na pewno coś innego niż ta „klasyczna” chirurgia.

Jakimi cechami powinien odznaczać się dobry chirurg? Musi mieć zimną krew, pewną rękę? A może wiedzę albo żyłkę eksperymentatora?

Na pewno te dwie ostatnie cechy. Ale tak naprawdę prawdziwą siłą chirurga stojącego przy stole jest przekonanie, że podoła wszystkim spodziewanym i niespodziewanym problemom. Tylko taki lekarz będzie walczyć do końca o życie chorego. W czasie operacji zawsze można mieć wszystkiego dosyć, rzucić wszystko i stwierdzić: „Zrobiłem, co się dało! Nie wychodzi, no trudno. To ja już sobie idę!”. Jednak dobry chirurg tak łatwo się nie podda, on będzie walczył do końca.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij