-
nowość
Remind me of this love - ebook
Remind me of this love - ebook
Scarlett myśli, że przeżyła już wszystko. Wielkie, niespełnione uczucie, komfortowe i szczęśliwe małżeństwo, rodzicielską miłość i olbrzymią tragedię. Czy jednak rzeczywiście w jej życiu nic więcej nie może się już wydarzyć? Po latach walki o bezpieczną przystań dla siebie i swoich córek, jej świat chwieje się w posadach przez powrót mężczyzny, który dawno temu roztrzaskał jej serce na kawałki. Czy tych dwoje będzie w stanie przezwyciężyć strach, wyjaśnić nieporozumienia i wreszcie otworzyć się na niewątpliwie tlącą się w nich jeszcze miłość? Poruszająca, zabawna i pełna pasji małomiasteczkowa opowieść o tym, że istnieje wiele rodzajów miłości. I o tym, że wcale nie trzeba między nimi wybierać, trzeba o nie wszystkie walczyć. Bo tylko życie w miłości ma sens.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788397797925 |
| Rozmiar pliku: | 5,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Cieszymy się, że trzymacie w rękach naszą opowieść. Ta książka powstała dzięki świeżej przyjaźni. Z potrzeby serca, miłości do małych miasteczek, czerwcowego słońca i wspomnień, które zostają z nami na zawsze. Chciałyśmy stworzyć historię o przyjaźni, o powrotach i o drobnych gestach, które czasem znaczą więcej niż słowa.
Mamy nadzieję, że podczas lektury poczujecie ciepło naszych bohaterów i może przypomnicie sobie swoje własne pierwsze przyjaźnie, miłości oraz chwile, które na zawsze zapisały się w pamięci.
Z wdzięcznością,
Rozdział 1
– Mamo!!! – Z łazienki na górze dochodzi krzyk Olivii. – Ava znów kradnie moje kosmetyki.
– To są NASZE kosmetyki, krasnalu! I przesuń się, bo zasłaniasz całe lustro – odpowiada jej siostra.
Scarlett naciąga mocniej poduszkę na głowę i udaje, że jej nie ma. Przecież mówili, że jak dzieci będą starsze, to w końcu zacznie się wysypiać. Tymczasem jest sobota, ósma rano, a dziewczyny już zdążyły zrobić awanturę.
– Mamo, no powiedz jej coś! Ona nie chce oddać mi szczotki – nie odpuszcza Olivia.
– Dziewczyny, błagam, wytłumaczcie mi, dlaczego postanowiłyście w weekend wstać skoro świt i wydzierać się na cały dom? Poza tym druga szczotka leży w szufladzie – odkrzykuje Scarlett, wiedząc, że i tak już nie zaśnie.
Na schodach rozlega się tupot stóp i do sypialni wpadają jej córki.
– Jak ty możesz jeszcze spać? Zapomniałaś, że dziś impreza halloweenowa?! Mamy jeszcze tyle do zrobienia – ekscytuje się Ava.
No tak, impreza halloweenowa, którą od kilku tygodni żyje niemal całe miasto. To największe wydarzenie roku w Asheville. Wszyscy mieszkańcy dosłownie dostają kręćka na samą myśl o nim, a z okolicznych miejscowości zjeżdżają się tłumy, traktując to wydarzenie jako ciekawą atrakcję turystyczną. Główny plac miasta na kilka dni zmienia się w lunapark z prawdziwego zdarzenia, z kilkoma kolejkami, diabelskim młynem i obowiązkowo domem strachów.
Każdy może wykupić jeden ze straganów i sprzedawać na nim to, co mu tylko przyjdzie do głowy. A trzeba zaznaczyć, że mieszkańcy Asheville mają bardzo wybujałą wyobraźnię. Dlatego wśród asortymentu znajdziemy dosłownie wszystko: od standardowej lemoniady, hot-dogów, nachosów czy grzanego wina, przez słodkości w nietypowych kształtach i smakach, po wyroby rzemieślnicze, a nawet pokazy zwierząt. Jednego roku właściciel pobliskiej farmy sprowadził strusie. Tak właśnie wygląda Halloween w Asheville.
Co roku miasto organizuje też loterię charytatywną oraz koncert na zakończenie imprezy. Tym razem burmistrz przeszła samą siebie, udało jej się ściągnąć do miasta super popularną gwiazdę pop Emmę Maronne. Właśnie to jest głównym powodem tak wielkiej ekscytacji dziewczynek.
– No dobrze, co tak ważnego mamy dziś do zrobienia, co wymaga wstania o tak barbarzyńskiej godzinie? – pyta Scarlett, ziewając.
– Oj mamo, musisz pomóc nam wybrać ubrania i ułożyć włosy, a wiesz, że z tymi naszymi kudłami nie jest łatwo – jęczy Olivia.
No tak. Dziewczyny odziedziczyły po niej kręcone włosy, które potrzebują naprawdę sporo pracy, żeby nie wyglądały, jakby w nie piorun strzelił. Ale Scarlett od zawsze uwielbiała pomagać im w ich układaniu. Cieszyła się, że mimo że córki są już nastolatkami i mają swoje sprawy, nadal jej potrzebują. Dzięki temu nie traciła nadziei, że może nie jest jeszcze taka stara i nie zmieni się w zrzędliwą matkę.
– Dobra, ale wiecie, że to zajmie nam maksymalnie dwie godziny, więc mamy jeszcze sporo czasu, żeby się poprzytulać? – stwierdza, po czym rzuca się na córki, przewalając je na łóżko i mocno przytulając.
Choć ciągle powtarza, jaka jest zmęczona i niewyspana, za nic w świecie nie oddałaby tych chwil, które może spędzić z nimi w sobotnie poranki.
W trakcie śniadania Scarlett słyszy, że ktoś próbuje się do niej dodzwonić. To pewnie Daisy, jej najlepsza i zarazem jedyna przyjaciółka. Kiedy odbiera, ta bez zbędnych wstępów zarzuca ją pytaniami.
– O której u mnie będziesz? Wiesz, że stoisko samo się nie przygotuje? Ja mam jeszcze z milion ciastek do upieczenia.
– Cześć, Daisy, moja najlepsza przyjaciółko. Dziękuję, że pytasz. U mnie wszystko dobrze, a tobie jak mija poranek? – odpowiada żartobliwie Scarlett.
– Oj, już nie próbuj być taka zabawna, bo wiesz, że i tak nic z tego. Powiedz lepiej, kiedy ruszysz swój chudy tyłek do cukierni i mi wreszcie pomożesz.
– A co z Markiem? Czy nie on miał pomagać ci rano?
Mark to mąż Daisy. Są razem od zawsze i świata poza sobą nie widzą, choć Scarlett do tej pory nie rozumie, jak on z nią wytrzymuje. Kiedyś – dawno temu, byli „nierozłączną czwórką”, teraz – po wielu latach, zostało ich tylko troje, ale nadal trzymają się razem.
– Tak, miał. Ale zadzwoniła burmistrz. Jest jakiś problem ze sceną na wieczorny koncert, a wiesz, że jej nie da się odmówić. I tym sposobem zostałam sama z górą roboty – żali się przyjaciółka i chyba rzeczywiście ma masę pracy, bo w tle słychać brzdęk naczyń.
– Okej, pomogę ci, ale mogę być najwcześniej za jakieś dwie godziny. Dziewczyny poprosiły mnie o pomoc przy włosach.
– Ach, no tak. Krasnale muszą zrobić się na bóstwo. W końcu nie wiadomo, kogo spotkają. Może jakichś przystojniaków ze szkoły w Jacksonville. Nie spiesz się w takim razie. Wolę nie narażać się na ich gniew – śmieje się Daisy, bo wie, że takie uwagi wytrącają Scarlett z równowagi, po czym rozłącza się bez pożegnania.
Cała ona. Jest szalona, roztrzepana i głośna, ale nie ma na świecie drugiej osoby o tak wielkim sercu. Scarlett nie wyobraża sobie, co by bez niej zrobiła.
– Mamo!!!
Jeszcze raz usłyszę mamo, a strzelę sobie między oczy – myśli Scarlett.
– Co tam, skarbie? – odpowiada najspokojniej, jak umie. – Myślałam, że już wszystko ustalone, włosy ułożone, przebrania wybrane. Naprawdę wyglądacie przepięknie jako Atomówki. Nie każcie mi oceniać kolejnej stylizacji.
– Nasze tak, ale jeszcze nie zdecydowałyśmy, w czym ty pójdziesz – odpowiadają chórem dziewczyny.
– Ja? Ubiorę się zwyczajnie, przecież i tak cały wieczór spędzę z ciocią Daisy przy stoisku. Wujek Mark nie będzie mógł jej pomóc, bo jeden z techników Emmy się rozchorował i brakuje ludzi do obsługi sceny.
– Coś ty, mamo. Przecież jest Halloween. W zeszłym roku ci odpuściłyśmy, ale tym razem mamy coś idealnego – mówi Ava, pokazując jej czarną sukienkę z frędzlami.
– Wystylizujemy cię na lata dwudzieste – dodaje Olivia, zerkając na siostrę z szerokim uśmiechem i błyskiem w oku.
Scarlett nigdy nie potrafi im odmówić, kiedy widzi je tak szczęśliwe. Oddałaby wszystko, żeby zawsze tak się czuły. W zasadzie to czemu nie miałaby się zgodzić? Przecież to tylko sukienka.Rozdział 2
Po dwóch i pół godzinie ujarzmiania dzikich loków i dopieszczania stylówek Scarlett w pośpiechu zbiera się do cukierni, obiecując córkom, że zabierze ze sobą strój, który dla niej przygotowały, ale założy go już na miejscu. Nie ma wątpliwości, że czeka tam na nią rozżalona przyjaciółka, więc przygotowuje sobie żart na rozładowanie napięcia, choć wie, że nie potrafi już być zabawna.
Kiedyś było zupełnie inaczej. Uważano ją za szkolną piękność, ale jej największym atutem zdecydowanie była błyskotliwość. Potrafiła zripostować każdą uwagę posłaną w jej stronę i zawstydzić najbardziej odważnych chłopców próbujących się z nią umówić. Tak właśnie poznała Paula – podrywacza z sąsiedztwa. Dziewczyny ustawiały się do niego w kolejce, bo każda chciała zwrócić na siebie jego uwagę. Te odważniejsze snuły opowieści o jego czułych dłoniach i pieszczotliwych pocałunkach, pozostałe chichotały po kątach, gdy przechodził korytarzem i mało brakowało, by wielbiły podłogę, po której stąpał.
Scarlett natomiast strasznie irytowało jego poczucie pewności siebie. Drażniło ją, że uważał się za przystojniaka, ale – choć bardzo się opierała – nie mogła pozbyć się wrażenia, że coś ją w nim pociąga. Fakt, był cholernie przystojny, a jego lekko zachrypnięty głos drażnił struny, o których nie miała wcześniej pojęcia.
Przewrotny los sprawił, że coraz częściej mieli ze sobą do czynienia, a on jakby powoli przestawał jej przeszkadzać. Nikogo nie zdziwiło, gdy kilka tygodni później zaczęli się ze sobą pokazywać, a potem już oficjalnie umawiać. Zazdrosne dziewczyny plotkowały tylko za ich plecami, ale żadne z nich się tym nie przejmowało. Byli w swojej szczęśliwej bańce i nie wiedzieć kiedy, stali się nierozłączni, przekonani o tym, że to uczucie, które jest w stanie przetrwać najgorsze.
Po latach nie pamiętała już nawet dokładnie, jak doszło do tego, że ich kontakt się urwał. Na pewno miała na to wpływ rozłąka spowodowana wyjazdem Paula do sąsiedniego stanu, by zdobyć praktykę.
Ona została na miejscu. Pewnego dnia na jej drodze stanął Lucas – stateczny mężczyzna z gotowym planem na przyszłość. Uczucie nie przyszło tak gwałtownie jak w przypadku Paula. W którymś momencie po prostu uznali, że miłość będzie im na rękę i faktycznie się w sobie zakochali. Bez fajerwerków, za to ze spokojem i pewnością. Kilka lat później urodziła się Ava, a potem Olivia. Było im razem dobrze, a Scarlett każdego dnia czuła się spełniona.
Plan jej męża nie przewidział niestety, że pokona go choroba. Jedynym pocieszeniem było to, że zmarł szybko i nie cierpiał. Wyrzucała sobie jednak, że nie nakłaniała go bardziej stanowczo do badań. Nie robił tego od lat, twierdząc, że prowadzenie zdrowego trybu życia wystarczy, by dożyć setki. Z początku czuła złość i żal, że zostawił ją i dziewczynki, ale potem została już tylko tęsknota. Tak wielka, że rozdzierała serce za każdym razem, gdy po przebudzeniu szukała go ręką po drugiej stronie łóżka.
Scarlett opuszcza dom z przekonaniem, że o czymś zapomniała, ale macha na to ręką i rusza do auta zaparkowanego na podjeździe. Z drogi – używając zestawu głośnomówiącego – dzwoni do córek, by przypomnieć im o dyniach, które mają zabrać ze sobą na wieczorny konkurs. Chwilę później dociera na miejsce. Parkuje przy krawężniku i zgarnia torbę z rzeczami, po czym wparowuje do lokalu opatrzonego szyldem „u Daisy”.
– No nareszcie! – rzuca jej przyjaciółka, gdy zauważa ją w progu. – Już myślałam, że zostawisz mnie z tym samą!
– Przepraszam, ale zeszło się nam z przygotowaniami. – Scarlett zdejmuje cienki płaszcz i umieszcza go na wieszaku przy drzwiach, a torebkę rzuca na stojące przy ladzie krzesło.
– No dobra – mówi, kiedy zajmuje stołek i opiera ręce na blacie. – To co mamy jeszcze do zrobienia?
Daisy patrzy na piętrzące się wokół niej pudełka ze słodką zawartością.
– To wszystko trzeba będzie zanieść do samochodu, ale jeszcze nie teraz, żeby się nie rozpłynęły. Myślałam, że Mark nam w tym pomoże, ale jak widać, utknął na dłużej.
Wzrusza ramionami i wyciera dłonie w papierowy ręcznik.
– Zajmiesz się muffinami? – pyta z nadzieją w głosie.
– Jasne.
Scarlett wstaje i łapie fartuszek z logo cukierni, po czym okrąża kontuar i ustawia się obok przyjaciółki, zerkając na wytyczne co do wypieków.
– Co nowego? – pyta.
Każdego roku Daisy zaskakuje swoich klientów nowościami. Czasem jest to nadzienie-niespodzianka, innym razem rozpływające się w ustach ozdoby z dodatkiem belgijskiej czekolady.
– Tym razem stawiam na twoją inwencję – mówi.
Scarlett patrzy na nią z mieszanką przerażenia i zaintrygowania w oczach.
– No co? – dziwi się tamta. – Nie miałam czasu się przygotować.
– Wszystko w porządku?
– Jasne! – zapewnia ją przyjaciółka. – Po prostu… staramy się z Markiem o dziecko – wyznaje odrobinę zawstydzona.
– Co ty mówisz!? To cudownie! – Scarlett nie kryje radości. Wie, jak długą drogę przeszła ta dwójka i jak trudno było im zaakceptować to, że nigdy nie zostaną rodzicami. Zwłaszcza kiedy mieli obok siebie szczęśliwą rodzinę.
– Nie chciałam zapeszać, więc nic nie mówiłam, ale czuję, że wreszcie się uda – mówi Daisy, pociągając nosem.
– Musi się udać! – wykrzykuje Scarlett, po czym zamyka przyjaciółkę w uścisku.
Każdą z nich od zawsze cechowała niespotykana pewność siebie. Do czasu aż Scarlett nieco spokorniała, kiedy założyła rodzinę i doświadczyła problemów codzienności.
Po śmierci Lucasa to właśnie Daisy wspierała Scarlett i jej córki, pozwalając na przetrwanie żałoby i powrót do rzeczywistości w odpowiednim czasie. Zdawała sobie sprawę z tego, że jej przyjaciółka nie będzie już taka sama, bo coś w niej zgasło i już nigdy nie wróci, ale nie sądziła, że ta straci siły do tego stopnia, że codzienne wstawanie z łóżka będzie dla niej udręką. Ostatecznie udało się przemówić jej do rozumu, używając argumentu w postaci jej dwóch córek, które potrzebowały matki bardziej niż kiedykolwiek. Wciąż jednak starała się przywrócić w niej chęć do życia – wydobyć z otchłani tę część Scarlett, która gnała za marzeniami i nosiła przy sobie słońce nawet w najpochmurniejsze dni.
Gdy emocje opadły, a wszystkie wypieki były już gotowe, postanowiły zabrać się za szykowanie ich do transportu. Niespodziewanie do cukierni wpadła zdyszana Olivia, krzycząc coś o zniszczonej dyni i wymachując rękoma we wszystkie strony.
– Spokojnie, skarbie. – Scarlett próbowała ujarzmić temperament córki. – Co się stało?
– Do Avy przyjechała Sophia – rzuciła zdyszana – i śmiała się z mojej dyni.
Scarlett czekała na ciąg dalszy, ale ten nie nadchodził. Czuła, że coś się za tym kryje.
– I? – ponagliła ją delikatnie.
– I rzuciłam w nią swoją dynią, bo mnie wkurzyła!
Scarlett westchnęła, a Daisy zachichotała z zaplecza.
– I co ja mam teraz zrobić? – zapytała bezradnie dziewczyna. – Przecież nie mogę pozwolić, żeby znów wygrała!
– Prawie skończyłyśmy – rzuciła Daisy, wyłaniając się zza drzwi.
– Cześć, ciociu – szepnęła smutno Olivia.
– Mam tu coś. – Daisy zajrzała pod kontuar i wyciągnęła pokaźnych rozmiarów dynię. – Miała służyć jako dekoracja, ale bardziej przyda się tobie. – Mrugnęła i położyła ją na blat.
– Dziękuję. – Scarlett złożyła dłonie jak do modlitwy i przymknęła oczy.
– Zabieramy się do pracy – zarządziła Daisy. – Twoja mama zajmie się wynoszeniem babeczek do samochodu, a my – zatarła ręce – stworzymy najstraszniejszą dynię tego Halloween.Rozdział 3
– Ciociu, jesteś najlepsza! – piszczy Olivia i całuje Daisy w policzek. Dynia z profesjonalnie wyciętym kształtem czarownicy stoi dumnie na kontuarze. – Ta małpa, Sophia, tym razem na pewno nie wygra.
– Olivia! Nie nazywaj tak najlepszej przyjaciółki swojej siostry – beszta ją Scarlett.
– Wszyscy wiedzą, że jest wredna. Nikt nie rozumie, dlaczego Ava nadal się z nią przyjaźni – stwierdza hardo, unosząc podbródek, jakby chciała dodać sobie powagi.
– Ona ma rację – szepcze Daisy do ucha przyjaciółki, mijając ją w drodze do samochodu z ostatnimi pudełkami słodkości.
Scarlett rzuca jej karcące spojrzenie, ale wstrzymuje się od komentarza, nie mogąc zaprzeczyć. Sama nie rozumie, dlaczego jej starsza córka nadal trzyma się z tą dziewczyną. Notuje sobie w pamięci, żeby z nią o tym porozmawiać, kiedy tylko nadarzy się okazja.
– Dobrze, już dobrze. Olivio, zabieraj dynię i zmykaj już, bo się spóźnisz – pośpiesza córkę Scarlett. – My z ciocią też musimy się spieszyć, żeby zdążyć z rozstawieniem straganu.
– Jak tylko dostarczę dynię na jarmark, postaram się wpaść i wam pomóc – odpowiada Olivia i wychodzi, dumnie trzymając przed sobą ozdobę.
– Nie ma co, córki to ci się udały. Szkoda, że Lucas nie może zobaczyć, na jakie dzielne kobiety wyrosły – rzuca Daisy z dziwnym wyrazem twarzy.
Zerkają na siebie w niemym porozumieniu. Scarlett zdaje sobie sprawę, że nie tylko ona kogoś straciła. Daisy też tęskni za Lucasem i choć bardzo rzadko o tym rozmawiają, wie, że cierpiała po jego śmierci i nadal bardzo jej brakuje najlepszego przyjaciela. Tym bardziej docenia to, co wówczas dla niej zrobiła. Miała świadomość, że bez niej i bez dziewczynek nie uwolniłaby się od tej ciemności, która wtedy całkowicie ją pochłonęła. Mimo to czasem ma wyrzuty sumienia i żałuje, że nie potrafiła być dość silna, żeby też – choć minimalnie – wesprzeć przyjaciółkę i Marka. Każde z nich przeżyło tę żałobę inaczej, ale nadal potrafili trzymać się razem.
Podchodzi do Daisy, przytula ją krótko i mówi:
– Wiem. Dziewczynki, ty i Mark to najlepsze, co mam.
Ta uśmiecha się i szybko otrząsa z melancholii.
– No pewnie, że tak. Pamiętaj, jaka z ciebie szczęściara – żartuje Daisy i dodaje: – Wskakuj lepiej szybko w tę oszałamiającą kieckę, którą przygotowały dla ciebie dziewczyny. Ja też raz-dwa założę mój koci strój i lecimy, bo to miasto już nie może się doczekać naszych słodkości.
Przebrane – Scarlett za damę z lat dwudziestych, Daisy za kobietę-kota – przyjaciółki docierają na miejsce festynu i od razu zabierają się do rozkładania smakołyków, widząc, że większość stoisk już jest gotowa.
– Kogo my tu mamy! – Jak spod ziemi wyrasta przed nimi Jack, właściciel sklepu z narzędziami. – Kobieta-kot i dama w opałach. Widzę, Scarlett, że krasnale nie odpuściły i zmusiły cię do przebrania się w tym roku.
– Jak widać, tym razem skapitulowałam. A ty jak zawsze nie zawodzisz – komentuje Scarlett ze śmiechem, widząc, że Jack postawił na strój hot-doga.
– Prawda, że gorąca ze mnie bułeczka? – śmieje się mężczyzna. – A propos bułeczek. Daisy, jakie pyszności przygotowałaś w tym roku?
Daisy jednak nie odpowiada, patrząc gdzieś ponad jego ramieniem z groźną miną. Widząc to, Scarlett i Jack od razu zwracają wzrok w tym samym kierunki i dostrzegają zbliżającego się do nich Marka w stroju Supermana.
– Mark, co ty masz na sobie?! – wrzeszczy na męża Daisy.
Skonsternowany przystaje w pół kroku i spogląda w dół.
– No jak to co? Przecież sama kazałaś mi przebrać się za Supermana – broni się.
– Jakiego Supermana? Mówiłam BATMANA. Widziałeś kiedyś, żeby Superman obściskiwał się z kobietą-kotem – pyta wściekła Daisy, zapominając, że ma do przygotowania cały stragan.
– Ooo, to chcesz mi powiedzieć, że będziemy się obściskiwać? – Uśmiecha się słodko, podchodząc do żony, po czym składa na jej ustach teatralny pocałunek. – Co powiesz w takim razie na diabelski młyn?
– Osioł z ciebie – odpyskuje Daisy, ale w jej oczach błyszczy czysta miłość i widać, że cała złość już całkowicie z niej wyparowała. – Może później uda mi się wymknąć – szepcze mężowi do ucha, po czym uwalnia się z uścisku i wraca do pracy.
– Hej, Scarlett, nieźle wyglądasz – mówi z uznaniem Mark, witając się z przyjaciółką i daje jej buziaka w policzek.
– Ty też niczego sobie – odpowiada kobieta, nie przerywając układania babeczek na wielkiej paterze.
Mark rzeczywiście wygląda dobrze, nie tylko w stroju Supermana. Jest mierzącym prawie dwa metry blondynem o niebieskich oczach i anielskiej twarzy. Niejedna kobieta w mieście wzdycha na jego widok, choć każda wie, że nie ma najmniejszych szans choćby na krztę zainteresowania z jego strony. Na kilometr widać, że dla niego liczy się tylko jedna. Mimo tylu lat związku wręcz nie może oderwać wzroku od swojej żony, wielbiąc ziemię, po której stąpa.
– Dobra, dziewczyny, wpadłem się tylko przywitać, bo kryzys ze sceną jeszcze nie do końca zażegnany – mówi Mark, po czym zwraca się do Jacka: – Chodź, Panie Buło, znajdę ci jakąś robotę na scenie.
– Do zobaczenia na diabelskim młynie! – krzyczy za mężem Daisy.
Po kilkunastu minutach całe stoisko aż ugina się od pyszności z cukierni Daisy. W tym roku również, mimo wielu innych spraw na głowie, nie zawiodła. Na ozdobnych paterach piętrzą się eklery z kremem cytrynowym, donuty z malinami i białą czekoladą czy nadzieniem jagodowym, ale też nieoczywiste ciasto mandarynkowe z tymiankiem i chlebek bananowy z pietruszką. Daisy jest wielbicielką foodpairingu i każdy w mieście wie, że spróbuje u niej czegoś nieoczywistego. Niektórzy robią nawet zakłady o to, na jakie nowe, szalone połączenia postawi tym razem ich ulubiona cukierniczka.
Z boku, na piętrowej tortownicy stoją równiutko ustawione babeczki upieczone przez Scarlett.
– Na jaki smak postawiłaś? – pyta ją przyjaciółka. – Mam nadzieję, że wybrałaś coś szalonego.
– Tak, ja i szaleństwo – burczy w odpowiedzi Scarlett. – Babeczki kokosowe z miodem. Pani kierowniczka zadowolona? – pyta z przekąsem.
– Babeczki kokosowe z miodem, powiadasz? – Upewnia się z chytrym uśmieszkiem – Może być. Zawsze mogło być nudniej. I tak jestem ci wdzięczna za pomoc. A co do twojego szaleństwa, to coś czuję, że jeszcze nas wszystkich zaskoczysz – odpowiada przyjaciółka, puszczając do niej oko.
– Skoro już wszystko gotowe, pójdę poszukać dziewczynek. Ciekawe, jak poszedł im konkurs. Stąd nic nie widać. Poza tym Olivia obiecała, że pomoże w przygotowaniach i nawet się nie pokazała – zmienia temat Scarlett, odwiązując fartuszek z logo cukierni i odkładając go na bok. – Wrócę za jakieś piętnaście minut.
Odnajduje córki w kolejce do jednego z rollercoasterów. Widząc ją, Olivia aż podskakuje z ekscytacji.
– Wygrałam!!! Moja dynia była najpiękniejsza. Mogę jeździć na wszystkich karuzelach bez limitu! – ekscytuje się dziewczyna, ale po chwili pochmurnieje. – Oj, zapomniałam, że obiecałam wam pomóc. Nie gniewasz się?
– Nie gniewam się, nic a nic. Zrobisz mi jutro śniadanie i będziemy kwita. – Mruga do córki i dodaje: – Gratuluję, córeńko. Musisz podziękować cioci za pomoc. Ja będę cały wieczór przy stoisku, jeśli będziecie mnie potrzebowały. Bawcie się dobrze i do zobaczenia po koncercie.
Scarlett zostawia córki z przyjaciółmi i powoli wraca do stoiska, rozglądając się po tegorocznych atrakcjach. Trzeba przyznać, że robią one niemałe wrażenie. Wszyscy stanęli na wysokości zadania i nie sposób dostrzec kogoś, kto nie byłby przebrany. Scarlett w duchu dziękuje córkom za namówienie jej do założenia kostiumu.
Wokół głównego placu rozstawiono dwa dość spore rollercoastery, diabelski młyn i mniejszą karuzelę dla dzieci. Nieco dalej widać urządzony w sporym namiocie dom strachów, z którego, mimo głośno grającej muzyki, słuchać krzyki zwiedzających. Po prawej stronie stoi rząd budek, gdzie nastoletni chłopcy, chcąc popisać się przed koleżankami, próbują ustrzelić jak największą ilość kaczek i wygrać choć mały upominek.
Scarlett wpatruje się chwilę w grupkę roześmianych nastolatków i uderza ją wspomnienie jej samej, śmiejącej się beztrosko dawno temu. Ona też kiedyś była tak szczęśliwa i pogodna. Teraz pamięta to jak przez mgłę.
Szybko otrząsa się ze wspomnień i rusza dalej. Zewsząd dobiegają ją śmiechy i okrzyki ekscytacji. Uśmiecha się pod nosem, chłonąc tę cudowną atmosferę, i stara się cieszyć chwilą. Jeszcze niedawno, mimo że na zewnątrz pogodna, w środku czuła się całkiem pusta. Jakby przez jej duszę przetoczyła się pożoga i pozostawiła za sobą jedynie zgliszcza.
Teraz zaczyna znów dostrzegać piękno otaczającego ją świata, choć czasem wymaga to od niej wiele pracy, ale robi, co może, żeby już nigdy nie czuć się jak wydmuszka.
Zbliżając się do stoisk z jedzeniem, widzi, że kręci się wokół nich coraz więcej ludzi, więc przyspiesza kroku, żeby pomóc przyjaciółce. Przy ich straganie stoi trzech mężczyzn, którzy gawędzą wesoło z roześmianą Daisy. Dwóch z nich Scarlett rozpoznaje od razu. Liam i Noah to starzy znajomi, jeszcze z czasów szkolnych, z którymi od czasu do czasu spotykają się w piątkowe wieczory w miejscowym barze. Trzeci z mężczyzn też wydaje się jej znajomy, ale nie może go skojarzyć. Jakby na zawołanie, mężczyzna odwraca się i jego oczy od razu odnajdują oczy Scarlett, a ta, jakby rażona piorunem, staje jak wryta, niezdolna do wykonania choćby najmniejszego ruchu.Rozdział 4
Przyglądają się sobie przez dłuższą chwilę, jakby nic poza nimi nie istniało. Mężczyzna niemal rozbiera ją wzrokiem. Początkowo gani się za to w myślach, ale nie może nic poradzić na to, że jego była z czasów szkolnych wygląda dziś jak milion dolarów. Do tego jej kostium pozostawiający pole do popisu męskiej wyobraźni…
Tymczasem on, w stroju Aquamana, z trójzębem, który przed chwilą oparł o stragan, wygląda co najmniej komicznie.
– Cześć – rzuca jak gdyby nigdy nic i wkłada ręce do kieszeni.
Scarlett nie wie natomiast, co w tej chwili ze sobą zrobić i zamiast wyrzucić z siebie nawet najgłupsze „hej”, stoi jak słup z rozdziawioną buzią.
Daisy przychodzi jej na ratunek i chrząka głośno, udając, że się krztusi. Nie wiadomo, czy się śmieje, czy to wyraz rozpaczy spowodowany zachowaniem przyjaciółki, ale nie dba o to.
– Wszystko gra? – pyta mężczyzna, a na jego twarzy maluje się troska.
„Wszystko gra”, serio? – myśli Scarlett i ma ochotę roześmiać mu się w twarz. Nic nie gra, nic nie jest okej. Ale on nie może tego wiedzieć, bo zostawił ją i wyjechał, nie interesując się niczym. Jest zszokowana tym, jak wielka ogarnia ją złość, jak bardzo ma ochotę zrobić mu krzywdę, by doświadczył choć odrobiny tego cierpienia, którego niegdyś przysporzyło jej ich rozstanie. Obiecał, że wróci, że wyjedzie tylko na trochę, a tymczasem…
– Paul – mówi, gdy jej serce znów zaczyna bić.
Mężczyzna się uśmiecha. Najpierw delikatnie unosi oba kąciki ust, a potem szczerzy się w pełnym wdzięku uśmiechu. Błyska nienagannym uzębieniem, aż Scarlett ma ochotę zmrużyć oczy. Nic się nie zmienił. Ma wrażenie, że zaraz do niej podejdzie, przygarnie do siebie i złoży pełen czułości pocałunek na jej włosach, które zawsze tak bardzo mu się podobały. Teraz nie są już tak ognistorude jak kiedyś, jakby zgasły razem z nią, ale wciąż przykuwają wzrok.
– Próbowałeś już babeczek? – pyta go, bo nic innego nie przychodzi jej do głowy.
Paul nabiera powietrza, zdając sobie sprawę, jak wielki dystans jest między nimi.
– Jeszcze nie. – Posyła jej już mniej pewny uśmiech.
– To musisz to nadrobić – rzuca mechanicznie Scarlett i spogląda na przyjaciółkę, szukając ratunku.
– Ekhm, tak – mówi Daisy i w popłochu szykuje porcję słodkości dla Paula. – Mamy tu takie specjalne – dodaje, nakładając na talerzyk kokosową babeczkę. – Miód i kokos – oznajmia. – To chyba twoje ulubione smaki, dobrze pamiętam? – pyta podejrzliwie, zerkając ukradkiem na Scarlett.
Ta piorunuje ją wzrokiem, zaraz jednak przywołuje na twarz tak obojętny wyraz, na jaki może się w tej chwili zdobyć.
– Dawno przyjechałeś? – pyta Paula Mark, który chwilę wcześniej pojawił się przy stoisku, oświadczając, że wieczorny koncert jest już dopięty na ostatni guzik.
– Jakieś dwa tygodnie temu, ale musiałem pozałatwiać wszystkie papiery, nie było mnie w mieście.
– A więc zostajesz na stałe? – Mark zerka na żonę wymownie.
Paul kiwa głową.
– Na to wygląda. Choć nie wiem, co mam ze sobą zrobić. – Śmieje się, lecz w jego oczach widać smutek.
– Przyjechałeś z kimś? – do rozmowy włącza się Daisy.
– Nie – ucina krótko mężczyzna.
Na twarzy Daisy można dostrzec cień satysfakcji, choć ona sama jeszcze nie wie, co z tym faktem zrobić.
– Uuu, no to będziesz miał wzięcie. – Mark klepie go po plecach. – Tyle panienek, którym złamałeś serce, wciąż czeka – rechocze.
Daisy, wściekła na paplaninę męża, lustruje wzrokiem przyjaciółkę. Ta siłuje się właśnie ze sznurkiem podtrzymującym markizę nad stoiskiem.
– Zostaw – mówi spokojnie, odsuwając jej dłoń. – On nie jest niczemu winien.
– Nie?! – warczy Scarlett.
– Mówiłam o sznurku – wyjaśnia Daisy, zaplatając supeł.
– Będę ci jeszcze potrzebna? – pyta ze zrezygnowaniem Scarlett.
– Nie żartuj sobie nawet, że ulotnisz się przed zmrokiem, bo jakiś… – szuka odpowiednich słów – buc! – wyrzuca z siebie, a Scarlett parska tak głośno, że zwraca tym uwagę rozmawiających ze sobą mężczyzn. – Bo jakiś buc postanowił pojawić się w najmniej oczekiwanym momencie – kończy Daisy.
– Nie chodzi o niego… – szepcze Scarlett.
– Nie? – Daisy zaplata ręce na piersi i z uniesioną brwią spogląda na przyjaciółkę.
– Sama nie wiem… – wyznaje.
Daisy chce już odpowiedzieć coś podnoszącego na duchu, ale w tym momencie Liam woła je obie i proponuje wspólną przygodę w domu strachów. Pozostali patrzą na nie wyczekująco.
– Daisy jest chętna – odzywa się Scarlett. – Ja przypilnuję dobytku – dodaje i lekko popycha przyjaciółkę w stronę towarzystwa.
– Pomogę Scarlett – wyrywa się Paulowi, na co ona reaguje niemym jękiem.
– Jak ci tam było? – pyta z grzeczności, gdy zostają sami.
Wydaje jej się, że klienci omijają stoisko szerokim łukiem. Czyżby wyczuwali napięcie, które się wokół nich zgromadziło?
Paul wzdycha.
– Wielki świat to chyba nie moja bajka – wyznaje szczerze.
Spodziewała się jakiejś błyskotliwej uwagi, więc dziwi ją ten melancholijny ton.
– Kiedyś wydawało ci się inaczej – podtrzymuje rozmowę, dokładając papierowe talerzyki i łyżeczki.
– Kiedyś wydawało mi się wiele rzeczy – szepcze tajemniczo, a ona spogląda na niego i oblewa się rumieńcem, choć nie wie do końca, co miał na myśli.
Czuje się trochę jak nastolatka podczas swojej pierwszej randki. Denerwuje się przy każdej wypowiedzi i trzęsie się na myśl, że mógłby zapytać o coś intymnego.
Chrząka, widząc nadchodzącego sąsiada, spragnionego wypieków Daisy.
– Co podać? – pyta życzliwie.
Pakuje dwa kawałki wskazanego ciasta i dokłada babeczkę gratis.
– Zawsze byłaś taka dobra – komentuje jej zachowanie Paul, gdy klient się oddala.
Scarlett już ma odpowiedzieć coś zgryźliwego, ale się powstrzymuje. Zamiast tego pyta, gdzie zamieszkał. Jego matka zmarła chwilę przed jego wyjazdem, a on w zasadzie nie miał tu już nikogo bliskiego. Poza paczką znajomych. I Scarlett.
– Wynająłem dom od pani Randle – wyjaśnia.
– Wyjechała do córki, tak?
– Tak. I nawet ucieszyła się, że ktoś będzie miał oko na jej hortensje.
– A co potem? – wyrywa się jej, choć nie chce wyjść na dociekliwą.
– Nie mam pojęcia.
Patrzy na nią i chce coś jeszcze dodać, ale w porę gryzie się w język. Słyszał co nieco o tragedii, która dotknęła Scarlett i jej rodzinę. Nie wie jednak, jak powinien się zachować, na ile rany już zdążyły się zagoić.
– Czaaad! – słyszą nagle krzyk Daisy. – Musicie tam iść! – Wskazuje palcem ich dwoje.
Liam, Noah i Mark kroczą tuż za nią.
– Co? Tobie się nie podobało? – nabija się Paul, widząc przerażoną minę Noah.
– Byłoby spoko – mówi tamten – gdyby nie ci debile!
Daisy nie wytrzymuje i zgina się w pół, zanosząc się śmiechem, a Mark i Liam robią niewinne miny.
– Kobra w wagoniku? – domyśla się Paul.
– A jak! – potwierdza z dumą Liam i przybija piątkę kumplowi.
– Jak dzieci – kręci głową Scarlett.
– Tęsknię za tymi czasami, gdy nikt nie wymagał od nas dojrzałości – wyznaje Paul, a cała reszta zerka w jego stronę.Rozdział 5
Miło jest spędzić trochę czasu z przyjaciółmi, chociaż Scarlett stara się skupiać przede wszystkim na obsłudze klientów stoiska. A musi przyznać, że tych jest więcej, niż się spodziewała. Nie mogła nie zauważyć, że słodkości cieszą się dużym zainteresowaniem wśród kobiet, które na co dzień nie zaglądają do cukierni. Nie ma wątpliwości, kto je przyciąga.
Gdy kończy pakować babeczki dla starszego małżeństwa mieszkającego na obrzeżach miasteczka, spostrzega, że zbliża się do nich nie kto inny, jak Mia, przywódczyni harpii z Asheville. Ten przydomek, który nadały jej dawno temu z Daisy, okazał się ponadczasowy. Od lat mają ze sobą na pieńku. Mia to typowa szkolna gwiazda, zawsze idealna, zadbana i pewna siebie. Na przestrzeni lat nic się nie zmieniło. Nadal robi wrażenie, choć jej charakter pozostawia wiele do życzenia.
Podchodzi do nich, oczywiście w przebraniu cheerleaderki, odrzuca długie blond włosy na plecy i uśmiecha się szeroko.
– Kogo my tu mamy – szczebiocze, zwracając się bezpośrednio do Paula. – Właśnie usłyszałam, że wróciłeś do miasta i musiałam przekonać się na własne oczy, czy to prawda.
Uśmiecha się tak słodko, że Scarlett aż mdli. Odwraca się w kierunku Daisy i udaje, że wkłada sobie palec do buzi. Obie przyjaciółki wybuchają śmiechem, czym zwracają na siebie uwagę całej grupy.
– O, to wy – mówi lekceważąco Mia, jakby nie wiedziała, do czyjego stoiska podeszła. – Nie zauważyłam was.
– No pewnie, że nie. Może czas na zmianę stylistki rzęs? Bo spod tych rzeczywiście ciężko coś dostrzec – dogryza jej Daisy, a Scarlett tłumi kolejny wybuch śmiechu.
Mia mruga szybko, unosi tylko podbródek i zwraca się z powrotem do Paula.
– Dobrze cię widzieć. Nic się nie zmieniłeś. – Mruga do niego figlarnie. – Może uda nam się wyskoczyć na kawę któregoś dnia?
– Tak, może. Któregoś dnia – odpowiada wymijająco Paul, ale uśmiecha się do niej.
– Dobra, to ja będę zmykać. Jesteśmy w kontakcie, Paul. – Scarlett słyszy za plecami słodki głosik Mii i odwraca się akurat, żeby zobaczyć, jak ta oddala się, nienaturalnie kręcąc biodrami w kusej spódnicy. Oczywiście oczy wszystkich facetów w pobliżu wlepione są w jej sylwetkę. Daisy chrząka głośno, patrząc znacząco na męża, który czym prędzej odwraca się do żony z niewinnym uśmieszkiem. Ta jednak ani myśli być zazdrosna. Wie, że byle Mia nie jest w stanie jej zaszkodzić. Reszta mężczyzn nie ma skrupułów i bez skrępowania podziwia widoki.
Scarlett kręci tylko głową z politowaniem i wraca do pracy. No tak, widzę, że niektórzy nigdy się nie zmienią – myśli.
– No, chłopie – ekscytuje się Liam. – Masz przechlapane. Jak Mia się na kogoś uweźmie, to nie ma zmiłuj.
– Wiesz, że nigdy mnie nie interesowała – odpowiada tamten.
– Nie wyglądało na to, kiedy umawiałeś się z nią na kawę – dodaje Noah.
– A co miałem odpowiedzieć? Nie chciałem jej sprawić przykrości. Poza tym z jej strony to była tylko luźna propozycja – upiera się Paul.
– Tak, nie chciałeś sprawić jej przykrości – śmieje się Liam. – Bo z ciebie taki dobry chłopak. – Klepie kumpla po plecach. – Poza tym, jak Mia rzuca „tylko luźną propozycję”, to wiedz, że już po tobie.