Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Reporter - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
5 maja 2026
40,99
4099 pkt
punktów Virtualo

Reporter - ebook

Za każdym szokującym zdjęciem stoi człowiek, który widział wszystko na własne oczy.

Zaczynał od kompaktowego Lumixa kupionego na kredyt. Z czasem aparat stał się przedłużeniem jego ręki.

Michał Adamowski przez lata dokumentował niemal wszystko: od tragicznych wypadków i pożarów, aż po najbardziej spektakularne pokazy lotnicze. Po dwóch dekadach w zawodzie postanowił opowiedzieć, jak naprawdę wygląda życie reportera – pełne adrenaliny i trudnych wyborów.

W swojej biografii wraca do pierwszych zleceń w lokalnej gazecie i przełomowych momentów kariery, ale dzieli się też wewnętrznymi rozterkami oraz ciężarem, jaki niesie śmierć oglądana z bliska.

„Reporter” to nie tylko szczera relacja człowieka, który bez reszty oddał się misji fotografowania świata. To także refleksja nad odpowiedzialnością mediów, ceną, jaką płaci się za uchwycenie prawdy, i tym, co dziś znaczy bycie świadkiem wydarzeń.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Biografie
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-297-2
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WSTĘP

Dwadzieścia lat kariery fotograficznej za mną. Tysiące godzin poświęciłem na gapienie się w wizjer, polując na momenty, które mogłyby stać się czymś więcej – dokumentem rzeczywistości, ale też kolejną cegłą w fundamencie mojego życia, efektem mojej pracy. Na początku nie sądziłem oczywiście, że będę żyć z fotografii. Los jednak sprawił, że niosące radość hobby udało mi się przekuć w zawodowy sukces. I tak zgromadziłem bagaż doświadczeń – wspaniałych i trudnych, osobistych i profesjonalnych, w różnych dziedzinach. W niektórych czułem się jak ryba w wodzie, w innych – jakbym wciąż gubił się z mapą w dłoni.

Często zastanawiam się, jak fotoreporterska profesja ukształtowała mnie jako człowieka, jakie ślady zostawiła. O niektórych reportażach chciałbym po prostu zapomnieć, tak wielki jest ich emocjonalny ciężar. Inne wracają, w momentach refleksji lub nagle, w codziennych chwilach. I niosą ze sobą burzę emocji.

Chciałbym się tym podzielić. Pokazać na własnym przykładzie, jak wygląda praca fotoreportera, jak zmieniała się z biegiem lat. Opowiedzieć, co dawało mi siłę, a co ją odbierało. Czy miałem chwile zwątpienia? Kiedy uświadomiłem sobie, że fotografia tak mocno zwiąże się z moim życiem? Ta myśl o wydaniu książki towarzyszyła mi przez długie miesiące, a może i lata.

Długo rozważałem, jak poprowadzić tę publikację. Czy wyjaśnienie umieścić we wstępie? A może przedstawić się na samym końcu, by dopiero tam Czytelnik poznał znaczenie opowiedzianej historii? Początkowo chciałem, żeby tę książkę wypełniały moje zdjęcia – te, które przez lata poruszały innych, ale także takie, którym sam przypisuję szczególne znaczenie. Z czasem zrozumiałem jednak, że to nie fotografie są głównymi bohaterami opowieści, jaką w sobie noszę. Zdecydowałem, że to słowa staną się narzędziem w moich rękach – nośnikiem doświadczeń, tym razem moich własnych. Każdy, kto zechce zobaczyć obrazy, jakie wiążą się z tą historią, może odwiedzić stronę www.adamowski.com.pl, gdzie znajduje się mój dorobek.

Większość kariery fotograficznej, jaką tu opisuję, spędziłem, pracując dla lokalnego portalu. Fotografowałem absolutnie i dosłownie wszystko: relacjonowałem wydarzenia społeczne i sportowe, tragiczne wypadki i piękne uroczystości, tworzyłem zdjęcia reklamowe czy portrety. Tam nauczyłem się, jak dostrzegać wyjątkowe momenty w codziennym życiu. Z każdej sesji, z każdego reportażu wyciągałem lekcje, które poszerzały moje umiejętności fotograficzne, ale i spojrzenie na ludzi, ich historie i emocje.

Minęło osiemnaście lat, nim odszedłem, by realizować się na innej drodze. Dlaczego? Coraz mocniej czułem, że moje życie powinno zwrócić się w kierunku kolejnej fascynującej pasji – ku lotnictwie. Nadal jednak wiernie towarzyszy mi aparat, za jego pomocą wciąż utrwalam własne spojrzenie na rzeczywistość. Ta książka dokumentuje dwadzieścia lat tej fascynującej przygody.2004 – 2008

DWADZIEŚCIA LAT WCZEŚNIEJ

Za każdym razem, kiedy kończył się licealny rok szkolny, zamiast – jak większość rówieśników – cieszyć się wakacjami, rozpoczynałem pracę. Nie przeszkadzało mi to ani trochę – wręcz przeciwnie, już od dawana za naturalne uznawałem, że lato to czas zarabiania. Czułem, że pieniądze zdobyte samodzielnie mają zupełnie inną wartość niż te, które dostaje się od rodziców. Poza tym miałem konkretne plany, marzenia, na które chciałem odkładać – a nic nie motywowało mnie bardziej niż wizja zdobycia upragnionego sprzętu elektronicznego.

Pracowałem w lokalnej firmie produkującej pokrowce i odzież roboczą. Moim głównym zadaniem było pakowanie towaru do wysyłki. Z czasem jednak stałem się „człowiekiem do wszystkiego”. Szybko wskakiwałem na stanowisko kogoś, kto akurat szedł na urlop, dzięki czemu przez kilka lat miałem okazję sprawdzić się w różnych rolach. Przez chwilę zarządzałem magazynem, innym razem zajmowałem się logistyką, a nawet pomagałem w księgowości, porządkując dokumenty. Była to szkoła życia – nauczyłem się pracy zespołowej i organizacji, ale też zrozumiałem, jak wygląda funkcjonowanie firmy od środka. Żadna praca mi nie przeszkadzała. Wiedziałem, że każda godzina to kolejny krok do celu.

Każde wakacje miały jakiś konkretny cel finansowy. Uwielbiałem gadżety elektroniczne – to zamiłowanie zostało mi do dzisiaj. Po jednym wakacyjnym sezonie postanowiłem kupić sobie nagrywarkę płyt CD. Dzisiaj brzmi to absurdalnie, ale wtedy był to prawdziwy technologiczny luksus. Trzeba było solidnie przepracować miesiąc, żeby pozwolić sobie na taki sprzęt. Możliwość wypalania własnych płyt, przegrywania muzyki czy filmów wydawała mi wówczas się czymś niesamowitym. A teraz? Kto jeszcze pamięta czasy, gdy nagrywarki symbolizowały technologiczną niezależność właściciela? Dzisiaj niewiele urządzeń ma choćby zwykły czytnik płyt, o nagrywarkach dawno zapomniano. Muzykę czy filmy ogląda się on-line, a gry pobiera bezpośrednio na konsolę czy komputer. I często trwa to szybciej niż wtedy przegranie krążka.

Największym z moich ówczesnych celów był jednak aparat cyfrowy. Po maturze postanowiłem, że muszę go mieć. I to było prawdziwe szaleństwo. Cena? Kosmiczna. Nie było opcji, żeby zebrać ją w dwa miesiące, nawet gdybym odkładał absolutnie całą wypłatę. Ale się nie poddawałem – gdzieś z tyłu głowy przyświecała mi wizja. Wiedziałem, że zrobię wszystko, żeby posiadać ten sprzęt, bo czułem, że może to zmienić moje życie.

Nie pamiętam już dokładnej kwoty, ale podejrzewam, że 20 lat temu można było za te pieniądze kupić jeżdżący samochód. Może nie luksusowy, ale taki, który odpala i jest w stanie bezpiecznie przetransportować człowieka z punktu A do punktu B.

Co ciekawe, nigdy nie podzielałem zamiłowania do samochodów. Robiłem wtedy kurs prawa jazdy, ale wiedziałem, że rodzice raczej nie podarują mi auta, a dla mnie samego na tym etapie życia nie był to priorytet. Poza tym doskonale zdawałem sobie sprawę, że auto, zwłaszcza używane, to studnia bez dna. Wystarczyło posłuchać rozmów kolegów z pracy, którzy każdego dnia przy śniadaniu narzekali na kolejne naprawy, wymiany części i koszty utrzymania pojazdów. Ja miałem inne priorytety – samochód mógł poczekać, aparat nie.

Dwadzieścia lat temu byłem już szczęśliwym posiadaczem internetu, co dawało mi niesamowite możliwości. Śledziłem nowinki technologiczne, miałem dostęp do muzyki, filmów i pierwszych programów, które – jak na tamte czasy – już trochę ułatwiały życie. To właśnie w sieci znalazłem wymarzony aparat. Wtedy jeszcze nie znałem nikogo, kto zajmowałby się fotografią i mógłby mi coś doradzić. Czasem ktoś posiadał analogowy aparat, ale fotografia cyfrowa dla większości stanowiła totalną abstrakcję. Mało kto rozumiał, jak to działa, a jeszcze mniej osób wierzyło, że cyfrowe zdjęcia kiedykolwiek zastąpią klisze. Na rynku dopiero zaczynały pojawiać się pierwsze modele lustrzanek cyfrowych, lecz jedyną reakcją na ich ceny mogło być uniesienie brwi i rezygnacja.

Mimo wszystko postanowiłem, że taki aparat będzie mój. I choć wymagało to ogromnego wysiłku, oszczędności i determinacji, spełniłem to marzenie. Wtedy wszystko się zmieniło – postawiłem pierwszy krok w świecie fotografii, który przez kolejne lata stał się nie tylko moją pasją, ale i sposobem na życie.

Internet zasugerował mi, że będzie mnie stać na model Panasonic Lumix. Był to niewielki, kompaktowy aparat cyfrowy z matrycą o zawrotnej rozdzielczości trzech megapikseli i aż trzykrotnym zoomem optycznym. Do tego dochodziła karta pamięci, chyba 32 MB, mogąca pomieścić całe kilkadziesiąt zdjęć w najlepszej jakości. Brzmi absurdalnie, patrząc z dzisiejszej perspektywy, ale w tamtym czasie to było coś.

Dlaczego akurat Panasonic, a nie Canon czy Nikon? Odpowiedź jest prosta – cena. Nie miałem bladego pojęcia, czym tak naprawdę różnią się aparaty, jak wpływa na zdjęcia optyka, matryca czy oprogramowanie. Nie wiedziałem, że jakość obrazu może zależeć od profili kolorystycznych, że w słabszych warunkach oświetleniowych zdjęcia mogą tonąć w cyfrowym szumie, że aparat może nie obsługiwać RAW-ów ani że może to być kluczowe w pracy profesjonalnego fotografa. Wtedy były to dla mnie terminy zupełnie obce.

Nie oszukujmy się – od kompaktowych aparatów cyfrowych nie wymagało się wtedy cudów. To miały być urządzenia poręczne, mieszczące się w kieszeni, idealne na wakacje, koncerty czy rodzinne uroczystości. Świetne dla amatorów, ale kompletnie nieprzystosowane do pracy zarobkowej. Tyle że ja tego nie wiedziałem. Najważniejsze było dla mnie, żeby po prostu mieć aparat.

Decyzja zapadła! Napalony jak szczerbaty na suchary, czułem, że musze mieć ten właśnie model. Znalazłem go w jednym ze sklepów w Nowym Targu.

Na drodze pojawił się tylko jeden problem – po dwóch miesiącach pracy wciąż brakowało mi sporej sumy. Zacząłem kombinować, skąd wziąć brakujące pieniądze. Opcja dofinansowania przez rodziców odpadała od razu. Mama na samą myśl o takim wydatku wygłosiłaby mi wielogodzinny wykład o tym, że aparat fotograficzny jest do niczego niepotrzebny, że pieniądze powinienem oszczędzać albo przeznaczyć na coś „rozsądniejszego”. Na przykład na studia, bo tak wyglądała według niej jedyna słuszna droga. Ja myślałem inaczej.

Postanowiłem spróbować sił w banku. Pierwsza wizyta w nieistniejącym już Dominet Banku była jak zimny prysznic, pierwsze brutalne zderzenie z dorosłym światem. Okazało się, że jako osoba pracująca na umowę zlecenie od zaledwie dwóch miesięcy nie mam najmniejszych szans na kredyt. Pracowniczka banku delikatnie zasugerowała, że próba wzięcia pożyczki w innym miejscu prawdopodobnie skończy się tak samo. W ciągu kilku minut moje marzenia o aparacie się rozsypały.

Została jeszcze jedna możliwość – kredyt na rodziców. Wiedziałem, że z mamą nawet nie ma co rozmawiać. W tamtym okresie naszego życia nie było opcji, żeby wzięła na mnie jakąkolwiek pożyczkę. Wciąż liczyła, że pójdę na studia, moje pomysły o fotografii traktowała jak chwilową zachciankę.

Pozostał ojciec. I tu czekało mnie ogromne zaskoczenie. Spodziewałem się długiej rozmowy, wielu pytań i prób perswazji, tymczasem tata tylko zapytał, czy będę miał z czego spłacać raty. Bez większych dyskusji poszedł ze mną do banku i wziął kredyt na siebie.

Ten moment zapoczątkował wszystko. Nie wiedziałem jeszcze, dokąd zaprowadzi mnie ta decyzja, ale jedno było pewne – postawiłem pierwszy krok na bardzo ważnej drodze.

Z kieszenią wypchaną forsą czułem się jak zdobywca. Nie zwlekałem ani chwili – od razu udałem się do sklepu, gdzie czekał wymarzony Panasonic Lumix. Aparat stał na półce, błyszcząc nowością, jakby wołał właśnie mnie. Chwila, w której kasjer podał mi pudełko, była czymś na kształt ceremonii – oto w moim posiadaniu znalazło się pierwsze poważne technologiczne trofeum.

Zapłaciłem, zgarnąłem rachunek i niemal biegiem wróciłem do domu. Ręce aż mi drżały z ekscytacji, gdy rozrywałem karton, wyciągałem wszystkie elementy – aparat, ładowarkę, niewielką kartę pamięci. Nie mogłem się doczekać, kiedy w końcu zrobię pierwsze zdjęcia. Poczułem, że coś osiągnąłem – udało mi się zarobić i zdobyć to, czego pragnąłem. Kompletnie nie myślałem o tym, że aparat został kupiony na kredyt i że przez kolejne miesiące będę musiał spłacać raty. Nie czułem ciężaru, nie wiązał się z żadnym stresem. Wiedziałem, że sobie poradzę, i faktycznie – spłaciłem dług szybciej, niż zakładałem. Ojciec nie musiał się martwić, a ja mogłem w pełni cieszyć się nowym nabytkiem.

Od tej chwili aparat stał się moją codziennością. Był niemal przedłużeniem ręki – zabierałem go wszędzie: na koncerty, wydarzenia sportowe, do lasu, w plener, na zwykłe spacery po mieście. Fotografowałem wszystko, co mnie otaczało, choć wtedy jeszcze nie do końca wiedziałem, co tak naprawdę chcę uwieczniać ani w jakim kierunku iść. Eksperymentowałem, bawiłem się światłem, kadrowałem intuicyjnie, zupełnie nieświadomie.

Od samego początku czułem jednak, że fotografowanie ludzi to nie moja bajka. Owszem, wykonałem różne sesje, zarówno lepsze, jak i gorsze, ale nigdy nie czułem się w tym dobrze. Portrety, fotografia studyjna, modeling – te tematy mnie nie fascynowały. Po latach mogę śmiało powiedzieć, że gdybym musiał, tobym sobie poradził. Ale życie nauczyło mnie, że nie warto wchodzić w paradę tym, którzy po prostu są w czymś lepsi i czują to bardziej.

Fotografia szybko stała się moim głównym hobby, poświęcałem jej każdą wolną chwilę. Zacząłem chodzić na imprezy, wydarzenia sportowe, włóczyć się po mieście z aparatem w dłoni, polować na ciekawe ujęcia w naturze.

Pamiętam dokładnie dzień, w którym po raz pierwszy pojawiłem się z aparatem na meczu hokejowym. Dopiero wtedy dowiedziałem się, że żeby robić zdjęcia z poziomu lodowiska, potrzebna jest akredytacja prasowa. Ale jako że od dawna kręciłem się w środowisku sportowym, nikt nawet nie zadał mi zbędnych pytań – akredytację dostałem bez problemu. Tak oto stałem się częścią świata, o którym nie miałem wtedy pojęcia.

Pierwszy mecz oglądany z poziomu lodu to było spore przeżycie, ale także niemały szok. To właśnie wtedy poznałem Piotrka Rayskiego-Pawlika, który pracował wówczas w „Gazecie Krakowskiej” czy RMF FM, oraz Grześka Momota, fotografa Polskiej Agencji Prasowej, który od lat dokumentował sport na południu Polski. Obaj pojawili się na meczu z potężnym sprzętem – pierwszymi lustrzankami cyfrowymi, obiektywami, które w moich oczach wyglądały jak armaty. A ja? Dziewiętnastolatek z małym Lumixem, na ich tle wyglądałem jak dziecko bawiące się zabawkowym aparatem. Pamiętam, jak stojąc obok mnie, wymieniali uwagi, sprawdzali ustawienia aparatów. Pewnie zastanawiali się, co ja tam w ogóle robię. Prawdę mówiąc, ja sam się zastanawiałem. Ale ku mojemu zdziwieniu obaj nie mieli najmniejszego problemu, żeby dzielić się swoimi doświadczeniami – a była to kopalnia wiedzy. Zadawałem masę pytań – podejrzewam, że część z nich wydawała się im absurdalna, ale nie dali mi tego odczuć.

To był przełomowy moment. W ciągu jednego meczu uświadomiłem sobie, że o fotografii wiem tyle co nic. Mimo że czułem się pewnie z aparatem w dłoni, w porównaniu do profesjonalistów byłem kompletnym amatorem. Ale zamiast zniechęcić, jeszcze bardziej mnie to zmotywowało.

Hokej był dla mnie jak niesamowita szkoła fotografii. Mecze odbywały się na tyle często, że mogłem regularnie ćwiczyć, podpatrywać profesjonalistów, uczyć się kadrowania, łapania odpowiednich momentów. Po powrocie z każdego meczu siadałem przed komputerem i godzinami analizowałem zdjęcia. Obrabiałem je, wyciągałem wnioski, publikowałem na swojej stronie internetowej. To były początki – pełne błędów, ale i niesamowitego zaangażowania. Wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, że ta pasja wpłynie na całe moje życie. (Co ciekawe, stronę internetową prowadzę do dzisiaj. I choć teraz reportaży publikuję znacznie mniej niż przez ostatnie kilkanaście lat, ciągle coś wrzucam, i przede wszystkim znajduje się tam archiwum moich prac, prowadzone praktycznie od samego początku. Brakuje tylko części zdjęć z tego nieszczęsnego Lumixa, ale one leżą sobie spokojnie na dysku, może jeszcze kiedyś się do nich dokopię).

Panasonic szybko przestał być wystarczający. Czułem, że potrzebuję czegoś bardziej zaawansowanego, dającego nowe możliwości. Gdy tylko spłaciłem pierwszy aparat, sprzedałem go i zainwestowałem w większy sprzęt – Fuji. Oferował lepszy zoom i nieco większą rozdzielczość, jego matryca miała już imponujące – jak na tamte czasy – pięć milionów pikseli.

Szybko jednak się przekonałem, z czym związana jest zmiana aparatu. Większa rozdzielczość oznaczała większe pliki, a to z kolei prowadziło do problemów z pamięcią na komputerze. Dysk twardy wypełniał się ekspresowo, a ja z dnia na dzień zacząłem rozumieć, że fotografia cyfrowa to niekończąca się inwestycja. Trzeba było dokupić dyski, lepszy komputer, szybszy internet – wszystko po to, żeby nadążyć za rosnącymi wymaganiami technologii. Ale nie narzekałem. Wciągnąłem się całkowicie i czerpałem z tego ogromną radość.

Świetnie wspominam tamte czasy. Fotografia cyfrowa była wciąż stosunkowo nowa i w pewnym sensie ekskluzywna. Wiele osób nie mogło uwierzyć, że zdjęcia da się niemal natychmiast przenieść na ekran komputera, a potem wrzucić do sieci. Dziś wydaje się to banalne. Z perspektywy czasu trudno pojąć, jak wielki postęp technologiczny nastąpił w tak krótkim czasie. Rozwój cyfrowej fotografii i internetu postępował szybciej niż kiedykolwiek wcześniej – i szybciej niż obecnie.

***

Jednym z najbardziej pamiętnych momentów z tamtych lat jest dla mnie wyjazd na koncert As I Lay Dying do Wiednia. Wybraliśmy się ekipą ze szkoły średniej, pełni entuzjazmu. To prawdopodobnie pierwsza tak długa trasa moim w życiu – z Nowego Targu do stolicy Austrii jechaliśmy ponad 12 godzin.

Podróż miała być czystą przyjemnością, ale szybko zamieniła się w małą katastrofę. Po drodze rozbiliśmy samochód. Pamiętam ten moment doskonale – wrak, zamieszanie, szybkie decyzje. Miałem przy sobie aparat, ale nawet nie pomyślałem, żeby udokumentować całą sytuację. Nie dlatego, że nie była warta uwiecznienia, ale po prostu myśleliśmy tylko o jednym – żeby jak najszybciej dotrzeć na koncert. W końcu, po licznych perypetiach i przesiadce na pociąg, udało nam się dotrzeć do Wiednia. Zdążyliśmy.

Na miejscu czekała nagroda – niesamowity koncert. As I Lay Dying nie byli jedyną gwiazdą wieczoru. Na scenie wystąpił również Heaven Shall Burn. Mam to nawet na zdjęciach – mimo że w fatalnej jakości. Wtedy na koncerty chodziło się, żeby słuchać muzyki i dobrze się bawić. Nikt nie stał w tłumie z telefonem, by nagrywać. Smartfony z dobrymi aparatami nie istniały, a sprzęt fotograficzny posiadali nieliczni.

Co ciekawe, wówczas nie potrzebowałem żadnej akredytacji. Wystarczyło po prostu wdrapać się na scenę i fotografować. Nikt mnie nie zatrzymywał, nikt nie przejmował się regulaminami ani ograniczeniami. To było coś pięknego – pełna swoboda, bez walki o miejsce, bez przepychanek i bez presji, że po trzech piosenkach muszę się wynosić, jak to wygląda dzisiaj. Mogłem robić zdjęcia, jak długo chciałem, a potem po prostu cieszyć się koncertem.

Tak wyglądał magiczny 2004 rok, kiedy świat nie był tak cyfrowy jak dzisiaj. Internet dopiero raczkował, media społecznościowe nie zawładnęły jeszcze naszym życiem. Czuję ogromną nostalgię za tym czasem.

Zarówno As I Lay Dying, jak i Heaven Shall Burn istnieją do dziś. Pierwsi zdobyli międzynarodową sławę i grają dla dziesiątek tysięcy ludzi na całym świecie, drudzy, choć nieco mniej popularni, wciąż są aktywni i uwielbiani przez fanów. Przez lata próbowałem ponownie zobaczyć As I Lay Dying na żywo. Trzy razy miałem być na koncercie – dwa koncerty zostały odwołane, a za trzecim razem brakło biletów, bo odwlekałem zakup do ostatniego momentu. Ale nie poddaję się – czekam dalej. Może los kolejny raz się do mnie uśmiechnie.

ROZWÓJ

Wraz z rozwojem fotograficznego hobby zaczynałem szukać nowych możliwości zarobkowych. Coraz więcej czasu spędzałem na obróbce zdjęć w Photoshopie, w tamtych latach znałem ten program niemal na wylot. Nie ograniczałem się jednak do edytowania – szybko zacząłem interesować się również projektowaniem graficznym. Początkowo były to drobne rzeczy: plakaty, ulotki, proste reklamy. Wkrótce przekonałem się, że umiejętność pracy z grafiką komputerową może mi otworzyć kolejne drzwi.

Na jakiś czas zaczepiłem się w firmie handlującej urządzeniami gastronomicznymi. Moja rola polegała głównie na tworzeniu materiałów marketingowych: katalogów, banerów, grafik do reklam. To była świetna okazja do nauki – ale jeszcze nie to. Chciałem czegoś więcej, bardziej wymagających projektów, możliwości rozwoju.

W końcu trafiłem na pana Marcina Ozorowskiego. Muszę o nim wspomnieć, bo to właśnie dzięki niemu dzisiaj zajmuję się tym, co kocham – projektowaniem graficznym i fotografią. Przyznam też uczciwie, że dostałem pracę u niego po znajomości – rodzice załatwili mi kontakt. Ale nie oznaczało to żadnych ulg. Wręcz przeciwnie – zostałem od razu rzucony na głęboką wodę, bez taryfy ulowej. Pan Marcin zlecił mi pierwsze zadania i oczekiwał konkretów.

Trafiłem do firmy w dość gorącym okresie – trwała samorządowa kampania wyborcza. Projekty pochłaniały nas do późnych godzin nocnych, a ja musiałem błyskawicznie opanować nowe umiejętności. Wycinałem „główki” do plakatów, kadrowałem zdjęcia, układałem teksty i składałem ulotki wyborcze. Praca była intensywna, ale niesamowicie rozwijająca. Po raz pierwszy zderzyłem się z Corelem. Przesiadka z narzędzi Adobe była dla mnie drogą przez mękę – program miał zupełnie inny interfejs, wiele funkcji wymagało odmiennego podejścia. Na początku frustrowałem się niemiłosiernie, ale krok po kroku zacząłem się wdrażać.

Jedną z największych zalet tej pracy okazał się dostęp do sprzętu, o którym wcześniej mogłem tylko marzyć. Pan Marcin posiadał lustrzankę Canon Rebel XT – europejski odpowiednik modelu 350D. Dla mnie, posiadacza aparatu Fuji, przesiadka na prawdziwą lustrzankę cyfrową była jak wymiana dużego Fiata na Mercedesa. Korzystałem z tej możliwości tak często, jak się dało. To wtedy zacząłem regularnie dokumentować lokalne wydarzenia. Moje zdjęcia trafiały później na stronę internetową, a ja coraz mocniej czułem, że fotografia to coś dla mnie.

Dzięki stałej pracy mogłem zacząć inwestować w sprzęt. Pierwszy krok stanowiło kupno własnej lustrzanki – wybór padł oczywiście na Canona 350D, czyli dokładnie ten sam model, którego używałem w pracy. Tym razem jednak aparat kupiłem już za własne, zapracowane pieniądze. Napawał mnie dumą, ale jednocześnie szybko odkryłem jego ograniczenia. By fotografować sport, a szczególnie hokej, potrzebowałem czegoś szybszego.

Fotografowanie akcji na lodowisku było bowiem nie lada wyzwaniem. Aparat nie nadążał, miałem wrażenie, że chwytam nie moment, ale samą jego końcówkę. Zdjęcia wyglądały dobrze, lecz brakowało im sportowej dynamiki. Wiedziałem, że jeśli chcę iść dalej, muszę wymienić sprzęt.

Gdy tylko odłożyłem wystarczającą sumę, sprzedałem 350D i kupiłem upragnionego Canona 7D. To był już zupełnie inny poziom – model, z którego korzystali zarówno ambitni amatorzy, jak i profesjonaliści. Szybki, solidny, potrafiący zrobić aż osiem zdjęć na sekundę. W tamtym czasie to było coś niesamowitego.

Żeby jeszcze bardziej podnieść jakość zdjęć, zacząłem rozglądać się za porządnym obiektywem. W Polsce ceny sprzętu fotograficznego były horrendalne, ale miałem szczęście. Podczas podróży do USA udało mi się kupić Canona 70–200mm f/2.8L w okazyjnej cenie, dolar stał wtedy po dwa złote. Obiektyw okazał się tak dobry, że używałem go przez kilkanaście kolejnych lat, a gdy w końcu postanowiłem go sprzedać, zrobiłem to z zyskiem.

Miałem wreszcie wszystko, czego potrzebowałem, by na poważnie zająć się fotografią. Lepszy aparat, profesjonalny obiektyw, zdobywane metodą prób i błędów doświadczenie. Byłem gotowy, by wejść na wyższy poziom.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij