Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Restitution - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
2 kwietnia 2026
55,90
5590 pkt
punktów Virtualo

Restitution - ebook

Sami stworzyli broń, która przyniesie im zgubę.

Gdy Kade dąży do zemsty na ludziach winnych zniszczenia mu życia, rozmywa się granica pomiędzy rozsądkiem a szaleństwem.

Grozili jego rodzinie, pozbawili go zdrowych zmysłów, do tego uprowadzili mu dziewczynę.

Poświęci wszystko, żeby ratować najbliższych, nawet jeżeli to oznacza wojnę.

Stacey Rhodes przeszła przez piekło na ziemi, a teraz utknęła w sidłach potwora, przez którego niegdyś straciła Kade’a. Ale nie cofnie się przed niczym, żeby odzyskać ukochanego. Cena nie gra roli.

Czy zdoła uwolnić siebie i swojego mężczyznę ze szponów Bernadette, zanim wojna pochłonie wszystko, na czym im zależy?

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.

Opis pochodzi od Wydawcy.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8418-684-8
Rozmiar pliku: 2,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

OSTRZEŻENIE DOTYCZĄCE TREŚCI

To kontynuacja Insatiable i Voracious, więc gorąco polecam przeczytać najpierw poprzednie tomy, aby uniknąć większego zamieszania. Ta historia porusza mroczne wątki, które mogą być dla niektórych czytelników trudne. Jeśli którykolwiek z poniżej wymienionych tematów jest dla Ciebie drażliwy, zadbaj o siebie i swoje zdrowie psychiczne, zanim zdecydujesz się przeczytać finałową część trylogii „The Edge of Darkness”.

Dysocjacja, zażywanie narkotyków i ich odstawienie, próba samobójcza, przypadkowa somnofilia, wymuszony kanibalizm, przemoc i szczegółowe opisy makabry, tortury, śmierć postaci, psychogenne napady niepadaczkowe, wspomniane (ale nieopisane szczegółowo) wykorzystanie seksualne nieletnich, destrukcja umysłu, skrajna trauma i jej psychiczne konsekwencje, napaść seksualna i fizyczna.ROZDZIAŁ 1

Kade

Uciskam ranę postrzałową w piersi swojego najlepszego przyjaciela, jego ciepła krew przecieka mi przez palce. Base wygina plecy, zaciska zęby z bólu, a przez prochy, które w niego wmusili, nadal ma rozszerzone źrenice. Mnie też nimi naszprycowali. Mój wzrok nie działa normalnie, ale widzę tę całą krew i jego bladą twarz, gdy walczy o każdy haust powietrza.

Nikt z ochrony mi nie pomaga. I nie pomoże. Bo nie mają zgody. Wszyscy więc tylko patrzą, jak się nad nim pochylam i próbuję spowolnić krwawienie. Base żyje – jeszcze – co znaczy, że kula ominęła serce. Ale płynie tak cholernie dużo krwi. Gdyby Dez tu był, zemdlałby na sam jej widok.

Mój drugi najlepszy kumpel właśnie opala się na wakacjach ze swoją dziewczyną, podczas gdy my musimy walczyć o życie. Ale to dobrze, im mniej osób jest w tym ubabranych, tym lepiej. Dobrze, że chociaż on ma normalność, o której reszta z nas może tylko marzyć.

Gotuję się, bo Base został w to wciągnięty i teraz leży w kałuży krwi. Jestem nadopiekuńczym kutasem, a Bernadette o tym wie i sprawnie wykorzystuje ten fakt przeciwko mnie. Musiała się wpieprzyć między moją rodzinę i moich przyjaciół. Jeżeli Base umrze, a potem nie odnajdę siostry i Stacey, to radzę jej spierdalać na inną planetę, bo nic, ale to nic mnie nie powstrzyma przed rozerwaniem tej zgniłej suki na strzępy.

Niestety – albo stety – przetrąciłem kark chujowi, który postrzelił Base’a, i zakatowałem krzesłem jeszcze kogoś. Ich zwłoki leżą teraz obok, jedne na drugich. Do tego z jakiegoś powodu, choć nadmiar prochów w organizmie rozpuszcza mój mózg, nic mi się nie stało, nikt mnie nawet nie drasnął.

Powieki leżącego pode mną kumpla zaczynają opadać i aż czuję ssanie w piersi.

– Nie! – Łapię go za podbródek. – Base, nie waż się, kurwa, zamknąć oczu!

Ale on je zamyka i moje serce przechodzi w paniczny cwał.

– Patrz na mnie! Patrz, kurwa, na mnie!

Wymierzam mu siarczysty policzek, zabarwiając jego twarz na karmazynowo. Mruga, otwiera powieki i mamrocze sennie:

– Czy ty… mnie… właśnie… spoliczkowałeś?

Gada, to dobry znak. Przepełnia mnie ulga, opadam na niego niemal bezwładnie, stykamy się czołami, cały czas uciskam jego ranę.

– Musisz mi pomóc odnaleźć dziewczyny – szepczę rozemocjonowany, nie mogę trzeźwo myśleć. Wszystko wokół ciągle wiruje, obraz przeskakuje mi przed oczami. Czy to w ogóle się dzieje naprawdę? – Zostań ze mną, proszę cię.

Mają Stacey. I moją siostrę. Sprzedali je.

Żółć podchodzi mi do gardła… Bez powodzenia próbuję kontrolować chrapliwy oddech przez nozdrza.

Base wyciąga rękę i słabo łapie mnie za kołnierz.

– Lu… Luci… ella…

– Znajdę ją. Obiecuję – cedzę przez zaciśnięte zęby.

Do pomieszczenia wpadają ochroniarze, a zaraz za nimi ratownicy medyczni. Odsuwam się, by ich do niego dopuścić, a gdy oceniają obrażenia, cały czas trzymam rękę przed jego twarzą, żeby nie odpłynął. Znaleźli na plecach ranę wylotową – to kolejny dobry znak, ale Base jest słaby i stracił sporo krwi.

Wyciągną go z tego, o ile dostanie pomoc natychmiast.

Słyszę, jak się naradzają, czy zabrać go do szpitala, czy do jednego z szemranych doktorków, którzy pracują na pasku Bernadette tu, w Londynie. Ktoś podaje mu morfinę i podpina go do jakiegoś ustrojstwa sprawdzającego parametry życiowe. Prochy zaczynają działać i Base zamyka oczy.

Siadam na piętach i rozglądam się po miejscu, w którym zaledwie kilka minut temu na moich oczach rozegrał się koszmar. Ten strach w ich spojrzeniach… To pierdolone, koszmarne przeczucie, które z żołądka przerzuca się na mózg. Muszę się zbierać, zanim będzie gorzej. Muszę spierdalać od tych skurwieli i szukać dziewczyny i siostry.

Nie jesteśmy razem już od jakiegoś czasu, ale Stacey to nadal moja dziewczyna.

Moja.

A ludzie nie mają prawa rozpierdalać tego, co należy do mnie. Uległem Bernadette, gdy dowiedziała się, kim jest Stacey, oddałem jej pełną kontrolę nad swoim życiem, więc dlaczego nagle wycofała się z danego słowa? Robiłem wszystko, co mi kazała. Wszystko, kurwa.

Nie myślę na tyle trzeźwo, żeby ustalić, co zrobiłem źle.

Handlowali ludźmi na aukcji w sali balowej Bernadette. Mnie i Base’a też sprzedali. Jednak biorąc pod uwagę to, w jakim stanie jest mój kumpel, wątpię, żeby w najbliższym czasie dał radę spełniać zachcianki swojego nabywcy. Niestety, mój wezwie mnie w ciągu kilku dni. W porządku. Zabiję go tak samo jak poprzedniego człowieka, który mnie kupił… ale najpierw powieszę męża Bernadette i każę jej na to patrzeć.

W końcu osiągnąłem limit.

– Dokąd zabrali te dziewczyny? – pytam jednego z ochroniarzy, który, jak wiem, nienawidzi tej roboty. Wskazuję na ekran drżącym, pokrytym krwią palcem. – Te dwie ostatnie, zanim transmisja została przerwana.

Mam pewne przeczucie… Sam nigdy nie trafiłem na inicjację, bo zostałem zaklasyfikowany jako „wyszkolony” do wykonywania poleceń i do należytego rżnięcia, ale słyszałem przerażające opowieści o tym procesie.

Facet zerka czujnie na kolegów i ścisza głos:

– Do ładowni na powołanie. Zostaną tam z nowymi właścicielami jakieś pięć dni, zanim wyjadą.

Nie mogę powstrzymać nieodpartej żądzy skręcenia mu karku, tak jak skręciłem kark jego koledze, więc zaciskam pięści przy ciele.

– Dlaczego aukcja odbywała się w posiadłości Sawyerów, a nie w Edynburgu, jak zazwyczaj?

Jego wzrok wędruje po sali, zatrzymuje się na ludziach podnoszących z podłogi jego martwych kolegów.

– Zadajesz za dużo pytań – cedzi przez zęby.

Drga mi prawe oko, bo do pomieszczenia wkracza szef ochrony.

– Mamy rozkaz, żeby cię zamknąć, młody – mówi, a ja już wyobrażam go sobie martwego na podłodze, obok tamtych dwóch. – Zostaniesz wypuszczony dopiero po powołaniu.

Kładą Base’a na noszach i wyprowadzają, spoglądam nerwowo to na niego, to na ochroniarzy. Nie pozwolą mi z nim iść – celują do mnie z broni – ale przynajmniej już wiem, że nie umrze.

Nie mam telefonu, zerkam więc z ukosa na szefa ochrony i mówię:

– Chcę się połączyć z Bernadette. Pójdę grzecznie do celi, ale najpierw chcę z nią pomówić.

Jesteśmy w jednym z domów Archiego na przedmieściach Londynu. Lubią przenosić się do takich miejsc, gdy robi się trochę za gorąco i chcą się przyczaić.

Szef ochrony prycha pod nosem, ale wyciąga telefon, stuka w ekran i przykłada go do ucha.

– Tu Polner. Tak, u nas wszystko gra. Jest szefowa? – Polner chowa broń do kabury i odwraca się do mnie plecami, ale pozostali dalej trzymają mnie na muszce. – Ten pyskaty chce z nią pomówić. Nie, nie Rusek. Syn Mitchella.

Następuje krótka pauza, a potem słyszę cichy szum głosu, którym tak gardzę.

– Dobry wieczór, pani Sawyer. Mam tutaj Kade’a. Nie, przepraszam, nie siedzi jeszcze w celi, ale powiedział, że pójdzie po dobroci, jeśli najpierw będzie mógł z panią porozmawiać. Tak, Rosjanin żyje… wyliże się z tej rany.

Odwraca się i czerwony na twarzy wyciąga rękę. Wyrywam mu z niej komórkę, a mieszanka wszystkich uczuć wprawia całe moje ciało w drżenie.

– Unieważnij ich transakcje – żądam.

Po drugiej stronie panuje cisza, słyszę jednak, jak Bernie stuka pazurami o biurko.

– Mojej siostry i Stacey – dodaję. – Unieważnij. Albo ja mogę je spłacić. Zrób cokolwiek.

Bernadette mruczy pod nosem, wiem, że się uśmiecha.

– A czemu miałabym to zrobić?

– Ludzie, na których mi zależy, to jedyne, co na mnie masz. Nigdy nie miałaś niczego poza moimi bliskimi. Latami srałaś w życie mojego ojca, a teraz postanowiłaś nasrać w życie mojej siostry i… – urywam, zaciskam mocniej telefon w ręce – zdecydowałaś się na bardzo niebezpieczną rozgrywkę.

– Kade, czy ja słyszę groźbę? – Wybucha śmiechem.

– Obietnicę. Jeżeli przejdą powołanie i wyjadą ze skurwielami, którzy je kupili, to cię rozpierdolę. Nie zostanie ci nic, czym mogłabyś mnie szantażować. Sprzedaj je, a zadbam o to, żeby zamienić ostatni dzień twojego życia w koszmar. Twoja córeczka? Nagram, jak wrzeszczy, obdzierana ze skóry, i wyślę ci jej kości. Będziesz patrzeć, jak cierpi Archie, a ciebie zostawię sobie na koniec. Jeżeli tym dziewczynom coś się stanie, to lepiej dobrze się ukryj, ty kupo gówna.

– Drogi chłopcze, jaki jesteś zadziorny.

Połączenie zostaje przerwane. Rzucam telefonem o ścianę, rozwalając go na kawałki.

– Nieźle, palancie. Wisisz mi nową komórkę. A teraz rób, co powiedziałeś, dawaj łapy do kajdanek.

Podnoszę wzrok i widzę, jak ten cwaniaczek, szef ochrony, ponownie wyciąga broń. Jest ode mnie znacznie większy, zbudowany jak jakiś jebany czołg. Wbijam mu pięść w ryj z taką siłą, że słyszę pęknięcie. Gniew tak mnie zaślepia, że nawet nie wiem, czy to nie mi pękło coś w ręce. Po chwili jednak widzę Polnera klęczącego na podłodze i wyjącego z bólu, jego szczęka wisi bezwładnie. Wzdycham, daję im się zakuć i odprowadzić do celi.ROZDZIAŁ 2

Stacey

W pomieszczeniu jest ciemno i zimno… lodowate powietrze kąsa moją obnażoną skórę. W porównaniu z przepychem na górze to tu, na dole, jest jak w jednej z części Piły.

Czy ja umrę? Gdzie jest Luciella?

Winda za moimi plecami pika i rusza w górę, zostawiając mnie rozedrganą z przerażenia. Przy drzwiach widzę cień wartownika, ma na piersi kaburę z bronią, skądś dobiega czyjś szloch. Z przewodów wentylacyjnych?

– Mamy jeszcze jedną! – woła strażnik, aż się wzdrygam. – Wysłać ją? Załatwiłeś już z tamtą?

Nie mam pojęcia, co odpowiada tamten drugi, słyszę tylko jakieś mamrotanie. Słabe echo. Płacz w przewodach znika. A może tylko cichnie albo może tylko go sobie wyobraziłam, będąc w szoku.

Muszę znaleźć Luciellę. Musimy się stąd wydostać.

– Stacey Fields – szepczę, nie mogąc opanować drżenia. Pojedyncza łza spływa po moim policzku. – Pro… proszę.

Nagle zaciskam usta i milknę, bo strażnik przelotnie świeci mi latarką w twarz.

– Młoda, może po dwudziestce. Chyba nie ma żadnych ran – mówi i zanosi się śmiechem. – Przynajmniej na razie. Za ile poszła?

Gwiżdże i znowu się śmieje. Zerka na mnie przez ramię, nieruchomieje i dodaje wrednym tonem:

– Ale jest skalana tatuażami. Obrzydliwy widok. Jesteś już tam na nią gotowy? Mam ją też rozebrać?

Rozebrać…?

O Boże.

Jeśli znajdą słuchawkę w moim uchu i kabel ukryty między piersiami, to mogą ukarać mnie jeszcze dotkliwiej. Gdy strażnik spuszcza głowę, próbując dosłyszeć, co mówi kolega, wyciągam słuchawkę i staram się wyszarpnąć cienki przewód. Trzyma się na kleju, więc muszę naprawdę mocno pociągnąć, ale się udaje. Łkając, rzucam go na ziemię.

Mężczyzna spogląda na mnie w ciemności i kończy rozmowę. Kiedy się zbliża, kopię kabel za jakieś pudło i otulam się rękami. Staje nade mną i rechocze na widok plam krwi Bernadette, które mam na sobie, a jego broń jeszcze bardziej wytrąca mnie z równowagi.

– Podobno rozwaliłaś szefowej twarz? Każe ci za to zapłacić. Ze mną też będziesz się biła jak ta mała blondyneczka?

Podbródek mi drży.

– Skrzywdziłeś ją?

– Ma szczęście, że nie – mówi, chwyta mnie za rękę i szarpie w stronę drzwi. – Nie martw się o nią… i tak się już nie zobaczycie. – Wypycha mnie na korytarz, wzdłuż którego ścian ciągną się jakieś rury, a pod sufitem wiszą migające lampy. – Zabierz ją do szóstki.

Przejmuje mnie inny strażnik. Szarpią mną tak mocno, że już czuję siniaki na rękach. Próbuję się wyrwać, ale on przykłada mi do podstawy kręgosłupa coś zimnego i twardego. Broń?

– Idź albo zadbam o to, żebyś już nigdy więcej nie mogła przebierać tymi ślicznymi nóżkami.

Kiedy mijam kolejne drzwi, słyszę zza nich płacze, wrzaski i… jęki. Ale nie jęki przyjemności, tylko takie jakby wymuszone – jęki wskazujące na to, że ciała zdradzają swoich właścicieli, którzy woleliby wołać o pomoc. A błagają tu o nią zarówno kobiety, jak i mężczyźni… Proszą napastników, żeby przestali.

Wykręca mi żołądek.

Chyba zwymiotuję. Czy Lu jest w jednym z tych pokoi?

– Z moją przyjaciółką wszystko okej? – pytam błagalnie. – Proszę, po prostu powiedz.

Zatrzymujemy się przed drzwiami na końcu korytarza.

– Powinnaś bardziej martwić się o siebie.

Przeciąga kartą przez skaner i drzwi pikają, czerwone światełko na górze zmienia się na zielone. Zostaję wepchnięta do środka, światła włączają się automatycznie, otwieram szerzej oczy, zaskoczona widokiem.

– Sugeruję, żebyś wzięła prysznic. Twój nowy pan nie byłby zadowolony, gdyby zobaczył na tobie cudzą krew. Zostaw sukienkę przy drzwiach.

– On tu przyjdzie? – pytam, odwracając się w kierunku mężczyzny, by na niego spojrzeć.

– Myślałaś, że tak łatwo ci odpuści? Nie, musisz przejść powołanie. Zostaniecie razem w tym pokoju, dopóki nie będzie zadowolony z poziomu twojej uległości.

Strażnik zatrzaskuje drzwi, zostawia mnie samą w tej sali tortur. Na samym środku stoi wielkie łóżko ze skórzanymi kajdankami przyczepionymi do każdego z czterech słupków. Stoi tam regał pełen… Na widok kuli do kneblowania na smyczy z łańcucha robi mi się niedobrze. Jest tam też mnóstwo tubek z nawilżaczami, inne urządzenia seksualne i stojak z najróżniejszymi ostrzami.

Biegnę do nich i zamieram, wyciągam rękę po najmniejsze, ale się rozmyślam i chwytam największe, przypominające małą maczetę. Chowam je za plecami. Następnie przyklejam się do ściany naprzeciwko drzwi. Kiedy ten ktoś już przyjdzie, to nie dam się dotknąć. Raz już użyłam noża, i to znacznie mniejszego, gdy Chris sprzedał mnie kolegom. Nie zawaham się zrobić tego ponownie.

Nawet jeżeli moją aukcję wygrał jakiś gigant.

Nie zbliży się do mnie.

Przełykam gulę rosnącą w gardle i czekam.

I czekam, czekam, i czekam. Aż nogi zaczynają mi się trząść, a po twarzy i piersi spływają strugi potu. Chyba przez bitą godzinę tkwię we własnej głowie, myśląc o Lucielli. Czy Kade zmusi Bernadette, żeby o nią zadbała? Tak. Dla siostry zrobi wszystko, więc jestem spokojna, że dołoży wszelkich starań, by ją ratować. Base został postrzelony. I to w pierś… Możliwe, że już nie żyje.

Oczy zachodzą mi łzami. Jak to się stało, że moje życie tak się potoczyło?

Gdzie jest, kurwa, Chris? To psychopata, ale w tej chwili nie miałabym nic przeciwko temu, by ten odklejniec mnie stąd wyciągnął.

Głosy w głowie na moment milkną, ściskam mocniej rękojeść noża. Drzwi pikają, do środka wchodzi dwóch strażników, a za nimi – jakaś większa postać. Ma białą, gładką maskę i szerokie barki, jest bardzo wysoka. Mój „pan” wkracza do pomieszczenia w białej koszuli i marynarce.

Gdy wychodzi zza strażników i staje na środku pokoju, oddech zamiera mi w piersi. Widzę tylko jego oczy, które bacznie mnie obserwują. Przechyla głowę w bok. Żadnych słów. Żadnych działań. Nic.

– Dostarczymy panu kartę klucz, za której pomocą pan i tylko pan będzie mógł wchodzić do tego pokoju i z niego wychodzić. Ładownia to jedyny poziom, po którym może się pan swobodnie poruszać. Posiłki będą tu dostarczane trzy razy dziennie. Ona ma nosić tylko białe sukienki z komody, ale pan może bez ograniczeń korzystać z systemu pralni. Czy ma pan jakieś pytania?

Mężczyzna nie odpowiada, stoi z rękami w kieszeniach i świdruje mnie wzrokiem.

Strażnicy zerkają po sobie, a potem jeden z nich mruży oczy.

– Zabierzemy twoją sukienkę.

Sukienka ma wycięty tył, przez co czuję na plecach chłód ostrza. Może powinnam przestać liczyć na to, że się z tego wyrwę, i po prostu poderżnąć sobie gardło. Może tak byłoby lepiej, przynajmniej nie dałabym się zgwałcić, tym razem w pełni przytomna.

Jeden krok potężnej postaci wystarczy, by stanęło mi serce. Rzucam się naprzód, próbuję dźgnąć go w serce, ale on łapie mnie za nadgarstek, zanim strażnicy w ogóle zdążą zareagować, ściska mocno, zmuszając, bym puściła broń, cmoka z niezadowoleniem i kręci głową.

– Pieprzona wariatka – mówi jeden ze strażników.

Otwory do patrzenia w masce są zasłonięte siatką, więc nie widzę zbyt dobrze jego oczu. Na pewno są niebieskie. To jedyna znana mi cecha mojego oprawcy. Jeżeli nigdy nie pokaże mi twarzy, to jak go zidentyfikuję i zgłoszę, jeśli kiedykolwiek się uwolnię?

Przechodzi mnie dreszcz, bo czuję, jak rozcinają mi z tyłu sukienkę, a potem ją ze mnie ściągają. Muszę stanąć przed przybyszem w samej bieliźnie, w tej, do której założenia zmusił mnie Chris. I bez stanika.

Ale ten człowiek i tak nie patrzy na moje ciało. Jego wzrok przenika wprost do duszy.

– Pierwszy sprawdzian, proszę pana. Potem zejdziemy już panu z drogi.

– Niegrzeczna z ciebie dziewczyna… – szepcze głębokim, chrapliwym i stłumionym przez maskę głosem. Puszcza mój nadgarstek i chwyta mnie za szczękę, a obaj strażnicy się cofają. – Klękaj.

Stoję twardo, nie zamierzam ugiąć przed nim kolan. Strażnicy się przyglądają, czekają, czy pomyślnie przejdę pierwszy krok powołania. Jeżeli odmówię, to mogą kazać siedzieć mi tu dłużej. Chcą, żebym była posłuszna… żebym okazała się grzeczną, uległą zabaweczką nowego pana.

Ale ja i tak już jestem martwa.

Próbuję trafić go kolanem w krocze, ale on wykonuje unik i z siłą pcha mnie na podłogę, tak że moje kolana same się o nią rozbijają, a ból wyciska z mojego gardła krzyk.

Przesuwa rękę ze szczęki na moje włosy i szarpie je, zmuszając mnie, bym na niego spojrzała.

– Zdejmij panu pasek – warczy jeden ze strażników. – Już!

Zamykam oczy, gdy podnoszę ręce do sprzączki, po policzkach płyną kolejne łzy. Moje palce drżą tak, że dopiero po którejś próbie udaje mi się wyciągnąć grubą skórę z metalowej obręczy. Mężczyzna wyrywa mi pasek z rąk, zanim zdążę go upuścić, i całkowicie mnie zaskakuje, bo błyskawicznie owija nim moją szyję, a potem zaciska go na gardle.

Dusi mocniej, odcina mi dopływ powietrza. Moje płuca płoną, a ciśnienie napiera na oczy.

Strażnicy chyba są zadowoleni. Poklepują go po plecach i życzą udanej pierwszej nocy. Drzwi się za nimi zamykają, słyszę piknięcie. Mężczyzna rozluźnia ucisk, a ja z trudem łapię powietrze.

Padam do przodu, podpieram się na rękach, kaszlę i równocześnie płaczę, żałuję, że Chris zmusił mnie do tego, bym przyjechała na tę głupią, udającą przyjęcie urodzinowe aukcję. Lecz gdy maska opada na posadzkę, a mężczyzna klęka obok mnie, zamieram w oczekiwaniu na cios lub kolejny rozkaz.

Nowy pan ujmuje moją twarz i zmusza, bym spojrzała mu w oczy.

Tobias Mitchell.

Opada mi szczęka, cały strach nagle się rozpływa.

– To… Tobias?

Ojciec Kade’a chwyta leżący obok koc i mnie nim owija, potem bierze mnie w objęcia. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo tego potrzebowałam.

– Przepraszam. Przepraszam. Wszystko dobrze. Jesteś przy mnie bezpieczna – mówi łagodnie i głaszcząc mnie po głowie, pozwala mi się wypłakać w swoją pierś. – Znalazłem cię, dziewczynko.ROZDZIAŁ 3

Stacey

Tobias odsuwa się i z niepokojem patrzy mi w twarz, nie pozwala wzrokowi zjechać niżej, mimo że osłania mnie już koc.

– Zrobili ci coś?

Zaprzeczam ruchem głowy.

– To ty wygrałeś moją aukcję?

– Tak. Barry odkrył, co planuje Bernadette, gdy wysłała temu twojemu zasranemu, nieznośnemu braciszkowi zaproszenie i warunki umowy. Byliśmy w połowie drogi do Londynu, po Kade’a, ale zawróciliśmy. Na pewno nic ci nie zrobili?

Oczy mnie szczypią, bo z całych sił powstrzymuję wodospady łez. Obawiam się, że jeśli zacznę teraz beczeć, to już nie przestanę.

– Z Barrym wszystko okej?

Tobias kiwa głową.

– Jest upierdliwy, ale skutecznie mnie ukrywa. Jego żona i dziecko są w kryjówce w Aberdeen.

Na mój policzek spływa łza. Tobias zauważa ją i wyciera kciukiem.

– Wyciągnę cię stąd – zapewnia.

– A co z Luci…

– Jej aukcję wygrał wujek Sebastiana Prince’a. Wywiozą ją do Moskwy i ukryją, dopóki nie załatwimy Bernadette. Tak się umówiłem z jego dziadkiem. Obiecałem mu, że zabiję ludzi, którzy maltretowali jego wnuka, jeśli w zamian ukryje moją córkę. Rosjanie otaczają właśnie budynek.

– Wiedzą, że Bernadette ma Base’a?

– Przestępcze podziemie to bezwzględne środowisko. Wojna pomiędzy szkockimi organami ścigania i innymi służbami, które Bernadette trzyma na smyczy, a rosyjską mafią byłaby naprawdę paskudna. Zginęłoby wiele istnień. Zaoferowałem więc, że sam zabiję ją i jej męża. – Chcę się odezwać, ale Tobias wchodzi mi w słowo: – Musimy cię stąd wydostać, zanim każą mi przejść do następnego etapu. Jeżeli odmówię, to zastrzelą mnie na miejscu i przejmie cię ktoś inny.

Przeciąga kartą przez czytnik, a gdy drzwi się otwierają, wystawia głowę na zewnątrz, ale natychmiast cofa się do środka. Rzuca „kurwą” pod nosem, wyławia z kieszeni telefon i przystawia go do ucha.

Zaczyna maszerować po pokoju, fukając pod nosem, bo dzwoni, dzwoni i dzwoni… W końcu jednak ktoś odbiera.

– Dupku, kiedy do ciebie dzwonię, to masz odbierać, kurwa, od razu. Mam ją. Tak, jest cała, nic jej się nie stało. Na zewnątrz pilnuje czterech strażników. Widzisz na monitoringu najbezpieczniejszą drogę, którą mógłbym ją stąd wyprowadzić tak, żeby nie ryzykować jej życia?

Przygryzam dolną wargę, gdy Tobias odwraca się i wwierca we mnie spojrzenie. Podchodzi do komody i wyciąga coś białego. To sukienka. Krótka. Na cienkich ramiączkach. Aksamitna, w sumie uznałabym ją za całkiem ładną, gdybym tylko nie tkwiła w samym środku ośrodka handlu ludźmi i nie szykowała się do ucieczki z ojcem swojego chłop… byłego chłopaka. Na dodatek ten ojciec niedawno zbiegł z zakładu.

– Jak uciekłeś? – pytam, biorąc od niego sukienkę. – Jestem za to na ciebie wściekła, żebyś wiedział.

Tobias prycha pod nosem i odwraca się do mnie tyłem, żebym mogła zsunąć koc i się ubrać.

– Nie przyjechałaś na wizytę, więc się nudziłem.

– Nudziłeś…

– Jestem odrobinę nieracjonalny i impulsywny. Poza tym miałem wrażenie, że coś nie gra… Nazwijmy to szóstym zmysłem.

Kiecka sięga do połowy uda, fatalnie. Wszystko jest tu fatalne.

– Kade’a i Base’a też wylicytowali – mówię, po czym znajduję na szafce gumkę do włosów, więc upinam włosy w kok na czubku głowy. – Pomożesz im?

– Tak, gdy tylko będę wiedział, że jesteś bezpieczna – mówi i odwraca się w moją stronę.

Staję na środku pokoju i robię głęboki wdech. Jestem taka przytłoczona. Zaledwie kilka minut temu myślałam, że będę atakowana, że obcy mężczyzna weźmie mnie siłą. Myślałam, że skończę tu martwa, ale nie.

– Dziękuję – mówię cicho.

Tobias marszczy czoło, opiera się bokiem o komodę, krzyżuje ręce i nogi i czeka, aż Barry zadzwoni z informacją, że na zewnątrz jest czysto.

– Za co ty mi dziękujesz?

– Pogodziłam się z tym, że umrę – mówię z przejęciem. – Myślałam… – urywam i prawie się krztuszę. – Po prostu przyjmij moją wdzięczność. Wiem, że dzieci są dla ciebie priorytetem, ale doceniam, że tu po mnie przyjechałeś.

– Ty też jesteś priorytetem. Dziewczynko, szukałbym cię do końca jebanego świata. Wiem, że miałaś kiepskie relacje z ojcem, twoi bracia to bezużyteczne chujki, a mój syn jest przykuty do jakiejś pizdy, której się wydaje, że rządzi wszystkimi naokoło, ale masz jeszcze mnie.

Wpadam na niego z takim impetem, że prawie się przewraca.

Tata nigdy mnie nie chronił. Kochał mnie, ale gdy tylko na scenie pojawiła się Nora, to ja zeszłam na dalszy plan. Tęsknię za nim i też go kocham, ale Tobias traktuje mnie lepiej. Nie sądziłam, że kiedyś to powiem, i musisz mi wybaczyć, Ario Miller, ale bezpieczeństwo w ramionach Tobiasa Mitchella jest niczym sen, z którego wolałabym się nie budzić. Nie chcę go puszczać.

Co, jeśli się od niego odkleję i on zniknie? Co, jeśli to tylko jakiś narkotyczny sen? Co, jeśli tylko wyobrażam sobie ten scenariusz, a tak naprawdę leżę przykuta do łóżka i zaraz weźmie mnie jakiś stary, spocony facet z nadwagą?

– Nie wstrzymuj tego – szepcze Tobias. – Jeżeli potrzebujesz się wypłakać, to, kurwa, płacz, dziewczynko. Wyrzuć to z siebie tutaj, od razu.

To jest rzeczywistość, ojciec Kade’a naprawdę oplata mnie ramionami i pokrzepia nieśpiesznym głaskaniem po głowie i mocnym uściskiem, w którym drżę i daję upust emocjom.

Powinnam dostać szału, że uciekł z zakładu i uruchomił ogólnoświatową obławę, o której mówią w radiu i telewizji, ale jestem w stanie jedynie go przytulać i wchłaniać jego zapach. Nie czuć od niego woni potu starszego mężczyzny. Nie – on pachnie cynamonem. Intensywną wodą kolońską, którą zawsze pachną też ubrania jego syna.

Dawniej, leżąc i czekając na kolejne ciosy przyszywanego brata, podsuwałam sobie bluzę Kade’a pod nos. Zawsze zwlekałam z tym, by wrócić do domu, bo wiedziałam, co mnie w nim czeka.

Przy Kadzie naprawdę żyłam. Teraz żyję dzięki jego ojcu, i to dosłownie.

Tobias odwzajemnia uścisk, trzyma mnie pewnie przy sobie za kark.

– Jestem przy tobie – zapewnia głębokim tonem.

Pod wpływem tych trzech słów moje ciało drży przy jego ciele, a łzy radości i wycieńczenia sprawiają, że zaczynam się spazmatycznie trząść, Tobias jednak unosi mnie nad podłogę.

– Spokojnie, jestem przy tobie.

Kładzie dłoń na moim ramieniu i odsuwa mnie na tyle, by spojrzeć mi w twarz.

– Powiedz, że wszystko gra, bo kiedy tylko Barry da nam zielone światło, to musimy ruszać. Jesteś w stanie opanować emocje, dopóki się stąd nie wydostaniemy?

– Kazałeś mi wszystko z siebie wyrzucić.

Przechyla głowę w bok, ewidentnie jest lekko zdziwiony.

– Czyli masz tego więcej?

Parskam śmiechem i wycieram oczy.

– Czasami zapominam, że jesteś wyzutym z emocji kretynem.

– Nie odpowiedziałaś na pytanie – prycha, stawiając mnie na podłodze, i odsuwa się o krok.

– Wszystko okej – odpowiadam, wzruszając niepewnie ramieniem.

Po mojej odrętwiałej twarzy muszą dalej płynąć łzy, bo Tobias unosi brew i wyciera mi policzki.

– Nie marnuj na nich więcej łez. Już to z siebie wyrzuciłaś. Wytrzyj oczy i głowa do góry. Nie zasługują na twoje łzy. – Uśmiecha się lekko, przez co w jego policzku pojawia się dołeczek. – Nikt nie zasługuje.

Robię głęboki wdech przez nos, a potem wypuszczam powietrze ustami.

– Tak, okej. Już dobrze, naprawdę. Nadal nie mogę uwierzyć, że tu jesteś. Uciekłeś i…

Przerywa mi dzwonek jego komórki. Tobias ją wycisza i mówi:

– Później się na mnie wydrzesz. Zrobiłem dla swojej rodziny i dla ciebie to, co musiałem. – Pstryka mnie palcem w nos. – Ty też jesteś jej częścią.

Uśmiecham się i obejmuję rękami. Od lat nie byłam częścią żadnej rodziny.

Przyjemnie.

Tobias schyla się i sięga po maskę, zza poły jego marynarki wystaje broń.

Znika obraz Tobiasa grającego sobie w gry planszowe i czytającego książki historyczne z małą Evą, która siedzi mu na torsie i bawi się jego twarzą.

Drzwi za jego plecami pikają dokładnie w chwili, w której zakłada maskę. Oboje nieruchomiejemy, bo do środka wracają ci sami strażnicy, którzy wyszli ledwie kwadrans temu.

– Mamy rozkaz zabrać dziewczynę. W dwadzieścia cztery godziny otrzyma pan zwrot pieniędzy, a na dziś może pan sobie wybrać kogoś niesprzedanego na aukcji i spędzić z nim noc w innym pokoju.

Obaj odstępują w bok, robiąc Tobiasowi miejsce, by mógł swobodnie wyjść.

– Proszę za nami.

Wyrwanie broni spod marynarki i rozwalenie jednemu głowy zajmuje ojcu Kade’a całe dwie sekundy. Wystrzał jest tak nagły, że krzywię się i odruchowo odskakuję, tymczasem drugi strażnik wytrąca Tobiasowi pistolet i trafia go pięścią w twarz.

Facet jest na tyle potężny, że gdybym ja tak oberwała, to właśnie kuliłabym się na podłodze i próbowała zebrać własną szczękę. Ale Tobias tylko się śmieje i wali go z byka, a potem, gdy strażnik traci orientację i próbuje się złapać za złamany nos, chwyta go za kark w śmiertelnym uścisku. Patrzę z grozą, jak Tobias ciągnie mężczyznę w stronę stojaka z nożami i szybkim ruchem nabija jego twarz na ostrza, krew bryzga na wszystkie strony. Przy okazji Tobias sam też robi sobie krzywdę.

Facet wyje jak zarzynane zwierzę, aż w końcu jedno z ostrzy podrzyna mu gardło, więc wydawane przez niego odgłosy przechodzą w charkot, później świszczenie, a na końcu milkną.

Tobias puszcza strażnika i patrzy, jak jego ciało ląduje na podłodze w kałuży krwi. Zgrzyta zębami, bo zauważa drobne nacięcia na palcach i dłoni, strząsa z ręki krople krwi.

– Cóż za marnotrawstwo życia – wzdycha i podwija białe rękawy do łokci. – Nie możemy dłużej czekać. Chuj z planem Barry’ego.

Kiwam głową i rozcieram nagie ramiona, z przodu białej sukienki też pojawiły się smugi krwi.

– Włożyłbym na ciebie swoją marynarkę, ale muszę udawać palanta, który właśnie zapłacił grube miliony za nową zabawkę. Niektórzy po drodze będą się chełpili zdobyczami. Jestem nowym kupującym, bez przeszłości w tym ich pojebanym świecie, musiałem więc przystać na pięciodniowe powołanie, dopiero potem mieli wypuścić mnie za ochronę. Kiedy tam wyjdziemy, nie mogę przykuwać uwagi. Musimy się wtopić. Nawet jeżeli doliczyć naszych ludzi w posiadłości na górze, to oni mają nad nami zdecydowaną przewagę liczebną.

– Rozumiem. – Przygryzam wargę. – Chris i Kyle też byli na zewnątrz. Złapał ich ktoś?

– Nie, a co oni tam robili? Dość, chuj z tym. Możemy najpierw skupić się na tobie?

Po raz kolejny dzwoni jego telefon i nam przerywa.

– Teraz? – rzuca do komórki Tobias. – Barry, chuju złamany, słuchaj mnie, kurwa. Mam tu już dwóch martwych strażników i to tylko kwestia czasu, kiedy zlecą się następni. Znajdź nam bezpieczną drogę albo sam to zrobię. Muszę. Ją. Stąd. Wydostać.

Obejmuję się rękami, stawiam krok w tył i prawie przewracam się o jednego z trupów. Ślizgam się na czerwonej posoce, strząsam ją ze stopy, w tym czasie Tobias omawia nowy plan ucieczki – którędy mamy pójść i ilu strażników musimy minąć po drodze.

Rozłącza się, łapie mnie za rękę i bez zbędnego namysłu wyprowadza z pokoju.

– Musimy ruszać. Jeśli się na kogoś natkniemy, udawaj, że się boisz. Muszę trzymać cię tak, jakbym chciał zerżnąć cię we wszystkich znanych ludzkości pozycjach, i to bez twojej zgody.

– Jezu, Tobias.ROZDZIAŁ 4

Stacey

Gdy tylko wychodzimy zza rogu i wspinamy się po schodach, dochodzą do nas skomlenia. Jęki. Zwalniam, ale Tobias przeklina i przyciąga mnie do swojego boku.

– Nie możesz uciekać, jeśli się czegoś przestraszysz. Masz być posłuszną zdobyczą i trzymać się mojego boku, okej?

Prostuję plecy i przytakuję.

– Okej.

– Muszę cię bardzo źle traktować.

– Wiem… – odpowiadam, zerkając w bok, skąd dobiega śmiech jakiegoś mężczyzny.

– Z góry przepraszam.

Wygląda na szczerze przerażonego tą perspektywą, odpowiadam więc uspokajająco:

– Tobias, w porządku, tylko się pospiesz.

Łapie mnie za przedramię i ciągnie korytarzem, staram się za nim nadążyć.

Wybiegamy zza zakrętu i zanim nawet zdążę jęknąć, uderzam plecami o ścianę. Tobias przykleja się do mnie i wciska głowę w zagłębienie mojej szyi.

– Przepraszam… – szepcze przez dziurę w masce. – Przepraszam, przepraszam, przepraszam… – powtarza, łapiąc mnie za udo, i unosi je wyżej. Gra swoją rolę. – Wybacz mi.

Mija nas Archie z trzema ochroniarzami. Rozmawia przez telefon, zupełnie nie zwraca na nas uwagi. Wrzeszczy na rozmówcę, który ma nad czymś zapanować. Gdy tylko znikają, Tobias puszcza moją nogę i odskakuje do tyłu, jakbym parzyła.

– Przepraszam. – Stawia mnie prosto i się rozgląda.

– Myślisz, że mówił o Kadzie?

Tobias lekko drży. Wiem, że buzuje w nim gniew, który z wysiłkiem stara się kontrolować.

– Prawdopodobnie – cedzi, wodząc wzrokiem za Archiem. – Muszę naprawdę się starać, żeby nie skręcić śmieciowi karku, ale nie mogę ryzykować twojego bezpieczeństwa. Chodź. Dopilnuję, żeby spłonął razem z całą posiadłością.

Chwyta mnie za nadgarstek i ciągnie korytarzem dalej. Niestety szybko napotykamy kolejną przeszkodę, bo w naszą stronę idzie mężczyzna z cygarem i tabliczkami do licytacji w ręce. Tobias chwyta mnie za udo i kiwa mu głową, próbuje się wtopić.

Jego dłoń pali.

Gdy tylko mężczyzna znika, gwałtownie ją odrywa.

Podążam za nim w kolejny korytarz, ciemny i wilgotny, wzdłuż jego ścian ciągną się zamknięte drzwi, zza których słychać kolejne jęki. Przyjmuję rękę Tobiasa i delikatne głaskanie kciukiem po skórze mające zapewnić mnie, że jestem z nim bezpieczna.

Kiedy jedne drzwi się otwierają i widzę czekającą w środku dziewczynę, która posłusznie trzyma rękę na kolanie, piszczę pod nosem i spuszczam głowę.

– A co z resztą?

– Po tym, jak cię stąd wyprowadzę, Barry, jego ludzie i Rosjanie przeprowadzą szturm na to miejsce. Wyprowadzą pozostałych, a potem wszystko spalą. Rosjanie chcieli uderzyć od razu, ale nie mogłem ryzykować twojego zdrowia. Tak będzie najbezpieczniej.

Ponownie chwyta mnie za rękę, wspinamy się po schodach, a gdy jesteśmy wyżej, do moich uszu dobiega muzyka instrumentalna – to Alexandre Desplat. Zazwyczaj lubię go słuchać, kiedy tańczę lub czytam, ale teraz tylko wszystko pogarsza. Im jesteśmy wyżej, tym dźwięk staje się głośniejszy. Kiedy wchodzimy do głównego foyer, melodia przechodzi w utwór Statues.

Na otwartej przestrzeni Tobias puszcza moją dłoń i znów chwyta mnie za przedramię, wywleka lub wypycha zza kolejnych rogów. Wiem, że sprawia mu to przykrość, ale nie możemy pozwolić, żeby ktoś go rozpoznał albo zorientował się, co robimy.

Wokół nas kręci się trochę innych kupców, paradują ze swoimi najnowszymi nabytkami ubranymi w takie same białe sukienki jak moja. Niektóre niewolnice wyglądają na nieco młodsze, inne – na starsze, jeszcze inne są bezbrzeżnie przerażone i płaczą.

Zamiast wyjść głównymi drzwiami, skręcamy w prawo i mijamy salę aukcyjną, w której teraz roi się od sprzątaczy. Tobias kroczy wolno, żebym nadążała za nim na bosaka. Choć mam ślady krwi na całej twarzy i sukience, nikt nawet nie zerka w moją stronę.

Jakby to było dla nich normalne.

Z boku stoi wartownik z bronią przewieszoną przez klatkę piersiową. Kiwa Tobiasowi głową.

– Korzysta pan ze swojej wygranej? Przypadła panu do gustu?

Cała tężeję, bo Tobias nagle stawia mnie przed sobą i udaje, że szepcze mi na ucho napastliwe słowa, łapiąc mnie pod pierś, podczas gdy w rzeczywistości ostrzega, żebym nie nawiązywała z nim kontaktu wzrokowego i jeszcze raz przeprasza.

– Och, to mało powiedziane. Piękna, prawda?

– Dołączy pan do pozostałych w sali konferencyjnej?

– Może następnym razem – odpowiada, po czym łapie moje włosy w garść i ciągnie w kolejny korytarz.

Kiedy jesteśmy już sami, daję mu kuksańca łokciem.

– Nie musisz mnie ciągnąć za włosy.

– Lubię ciągać za włosy.

– Jakżeby inaczej – rzucam, przewracając oczami.

Puszcza do mnie oko i wyciąga telefon.

– Zbliżamy się. Przygotuj ludzi. – Rozłącza się i patrzy na mnie. – Na tym piętrze już nie ma strażników. Prawie jesteśmy, dziewczynko.

Zatrzymujemy się w ciasnej wnęce w lobby, Tobias zrzuca maskę i marszczy brwi. Pozbywa się też marynarki, a pistolet oraz nóż wtyka sobie za pasek.

– Proszę – mówi, okrywając mnie marynarką. Pomaga mi trafić rękami w rękawy i zapina wszystkie guziki, żeby osłonić mnie, jak tylko się da. – Cóż, mogło pójść znacznie gorzej. Szczerze mówiąc, było raczej łatwo. Poza tym, że musiałem cię dotykać. Bez urazy, ale mam przez to ochotę cię obrzygać.

Najchętniej zwyzywałabym go od psychopatów, ale nie ma sensu stwierdzać oczywistego. Tobias odczuwa inaczej niż ja. Jego emocje są wyuczone i zupełnie inne niż moje.

– Myślę, że trochę za bardzo ci się podobało pomiatanie mną. To zemsta za te wszystkie porażki w szachach?

– Nie wmawiaj sobie, że odnalazłem w tym choćby odrobinę przyjemności – obrusza się. – Wolałbym popomiatać sobie Arią, najlepiej, gdyby miała na sobie…

– Dość! Idioto, niektórych rzeczy lepiej nie wyciągać na wierzch. Jeśli dziś nie zginiesz, to Aria zabije cię za tę ucieczkę – mówię. – Widziałeś się z nią?

– Obserwowałem ją, ale nie miałem jaj, żeby podejść. Kurwa, nie mogę. Odesłałaby moje dupsko z powrotem do Stanów. Boję się, że może mnie po tym całkiem odciąć.

– A ja myślę, że zrozumie… – mówię, ale nagle wzdycham zaskoczona, bo Tobias ciągnie za marynarkę, przykleja mnie do siebie, odchyla mi głowę, ciągnąc za włosy, i udaje, że gryzie mnie w szyję, bo mija nas strażnik.

Po chwili odpycha mnie, jakbym była trująca.

– Skurwysyn. Barry miał być ponoć dobry w tym fachu. I bez urazy, ale jeżeli jeszcze ktoś się napatoczy, to chyba będę musiał pozwolić, żeby nas złapali.

– Dlaczego?

– Bo… czuję się w tej roli bardzo niekomfortowo – mówi, rozglądając się i chowając ręce do kieszeni. – Mam wrażenie, że zdradzam syna i Arię.

– Przecież tylko udajesz.

– Wiem o tym – syczy. – Ale i tak czuję się niekomfortowo.

Znowu dzwoni jego komórka, Tobias beszta Barry’ego przez dobrą minutę, a Barry próbuje wytłumaczyć, że są już prawie gotowi. Nakierowuje nas na okno, którym mamy wyskoczyć, a potem uciec przez ogród, w którym nikogo nie ma.

– Szczerze mówiąc, nie sądzę, by Aria mi to wybaczyła. Prawdopodobnie straciłem ją na dobre. Znienawidzi mnie tak samo jak reszta świata – wzdycha ponownie i łapie się za nasadę nosa. – Ale nie miałem wyjścia. Nie przyjechałaś na wizytę. Musiałem uciec.

Wydaję z siebie odgłos zbliżony do śmiechu niedowierzania i patrzę na tatę Kade’a, na obecne w jego oczach zmęczenie wynikające z tego, że musi nieustannie walczyć sam ze sobą.

– Świat nie ma pojęcia, kim naprawdę jesteś. Jasne, trochę ci odwala, ale bardzo troszczysz się o rodzinę. Nauczyłeś się, jak kochać… Owszem, na własny sposób, ale już samo to przeczy opinii ogółu. Tobias, wcale nie jesteś bez serca. Zresztą, komu zależy na tym, co myślą inni?

Krzywi się, bo nie znosi komplementów ani takiej tkliwości.

– Zamknij się już, bo odprowadzę cię z powrotem.

– Tęskniłam za tobą – chichoczę.

– Skończyłaś?

Przewracam oczami, a on znów łapie mnie za rękę i ciągnie korytarzem. Skręcamy w lewo i się zatrzymujemy.

Dwaj mężczyźni przyciskają do ściany dziewczynę, która błaga, żeby przestali. To nie strażnicy. Są ubrani w garnitury. Kupujący. Jeden próbuje zadrzeć jej sukienkę, a drugi przemocą otwiera jej usta i stara się wepchnąć jej palce do ust.

Nie widzę twarzy Tobiasa, ale czuję mroczną energię, gdy powoli ciągnie mnie za sobą i bezszelestnie dobywa noża.

Dziewczyna się wykręca, żeby uniknąć języka napastnika, i wtedy prawie się przewracam, bo to przecież Cassie Sawyer, córka Bernadette.

Tobias zaciska palce na rękojeści i cicho, choć tak energicznie, że aż odrzuca mnie na drugą ścianę, łapie bliższego faceta za włosy, odchyla mu głowę i podrzyna gardło.

Korytarz wypełnia się zwierzęcym bulgotem. Na twarz Tobiasa, który na wszelki wypadek dziurawi jeszcze nożem czaszkę ofiary, tryska krew. Pozbawione życia ciało zwala się na podłogę, a nóż sterczy mu z oka.

Kumpel ofiary puszcza obryzganą krwią Cassie. Dziewczyna powoli opada na podłogę i kuli się, przygryzając wargi, ma zaszklone oczy, zerwany jeden paznokieć i zmasakrowaną skórę, jakby walczyła o wolność paznokciami.

Podbiegam do niej, padam na kolana i staram się ją odciągnąć, bo drugi mężczyzna bierze zamach na Tobiasa, ale bez powodzenia, bo on chwyta jego nadgarstek i łamie go z głośnym chrupnięciem, a na koniec zadaje mu cios głową.

Nos mężczyzny pęka tak samo jak nadgarstek.

Tobias odtrąca jego ręce na boki i uderza go w twarz tak mocno, że faceta rzuca na ścianę. Nie jest w stanie już zareagować, bo Tobias łapie go i bez końca wali jego głową o ścianę. Katuje go bezlitośnie, aż krew tryska jak z fontanny, i po chwili skurwysyn jest nie do poznania.

Tobias przebił mu twarz na drugą stronę.

Cassie jest przytomna, ale bełkocze, na jej policzkach zasycha krew. Sukienka przywiera do jej spoconego ciała, ma na przedramieniu sporą ranę. Podnosi na mnie wzrok, ale nie wiem, czy mnie widzi… Po chwili oczy uciekają jej w tył głowy i opada bezwładnie w moje ramiona.

Tobias zaciska usta.

– Cóż, niefart. Ona jest od wroga. – Pomaga mi wstać i przerzuca ją sobie przez ramię. – Dobrze, że już prawie wyszliśmy. Bierz jej telefon… Tam jest, na podłodze.

Podnoszę go, podaję mu, a on chowa go do tylnej kieszeni spodni.

– Dokąd ją zabieramy?

– To przynęta. Albo szantaż. Jedno dziecko w zamian za inne. O ile oczywiście ktoś tu przetrwa pożar.

Ponownie łączy nasze dłonie i trzymając Cassie na ramieniu, prowadzi nas do końca lobby, a tam otwiera okno. Oddycham z ulgą, bo po drugiej stronie ukazuje mi się twarz Barry’ego.

Uśmiecham się, a on w odpowiedzi szczerzy zęby.

– Dzień dobry, panienko.

– Przestań mnie tak nazywać – rechoczę.

– Zamknijcie się już oboje – burczy ojciec Kade’a. – Bierz to – mówi i w zasadzie rzuca mu Cassie.

Barry chwyta w locie jej bezwładne ciało i przekazuje je jednemu ze swoich ludzi, który ma zanieść ją do samochodu.

Tobias pomaga mi się wspiąć na parapet, a człowiek od Barry’ego – zejść. Gdy tylko moje stopy lądują na miękkiej trawie, Barry bierze mnie w ramiona… Kolejne przytulenie, którego bardzo potrzebowałam, choć nie miałam o tym pojęcia.

– Tak się cieszę, że nic ci się nie stało. Martwiłem się. Nigdy bym sobie nie wybaczył, gdyby spotkała cię jakaś krzywda, to znaczy panno… Stacey.

Tobias posyła nam wredne spojrzenie, a potem mruży oczy na Barry’ego.

– Puszczaj ją i ruchy. Bo zaraz nas ktoś zobaczy.

Skradamy się razem z Barrym przez obszar wokół domu i docieramy na niewielki spłachetek porośnięty drzewami. Bolą mnie stopy i trochę się krzywię, ale się nie skarżę. Mamy poważniejsze zmartwienia niż moje nogi.

Przypadkiem zapomniałam przytrzymać gałęzi – pacnęła Tobiasa w twarz.

„Ups”, rzucam przez ramię i krzywię się przepraszająco.

Wygląda, jakby chciał mnie zasztyletować.

Przemykamy przez las, a gdy mijamy stajnie, muzyka za naszymi plecami zupełnie cichnie. W stajniach nie ma żadnych koni, nie wyobrażam sobie, żeby Bernadette była w stanie dbać o żywe stworzenia.

Opuszczamy teren posiadłości nieużywanym tylnym wyjściem, metalowe wrota skrzypią cierpiętniczo, ale nie na tyle głośno, by w ciemności przykuć czyjąś uwagę.

Boję się poczuć ulgę, bo przecież nadal coś może pójść nie tak.

Barry kiwa mi delikatnie głową i otwiera drzwi jednego z czekających samochodów.

– Dobrze znowu cię widzieć – mówię. – Mam nadzieję, że u Lisy i Evy wszystko dobrze.

– Są w kryjówce, bezpieczne. Ciebie też naprawdę dobrze znów widzieć. Choć muszę przyznać, że spokojnie się bez ciebie żyło.

– Rumienisz się, gdy kłamiesz – stwierdzam, kręcąc głową.

Kiedy samochód rusza, Barry informuje, że Rosjanie szykują się do szturmu i w ciągu godziny posiadłość stanie w ogniu.

Oby Sawyerowie spłonęli.

Nawet jeśli mamy w bagażniku ich córkę.

Gdy docieramy do domku w górach, słońce zaczyna już wschodzić, a ja jestem wyczerpana. Prawie zasnęłam na ramieniu Tobiasa, ale strząsnął mnie ze wstrętem. Dłubie w tablecie, próbuje ustalić lokalizację Kade’a poprzez system bezpieczeństwa, do którego włamał się Barry.

Obserwuję, jak usilnie stara się nad sobą panować. Kiedy gasi tablet, patrzy za okno niewidzącym wzrokiem, mruga częściej niż zwykle, później znów sprawdza na ekranie, czy coś się zmieniło, a potem wraca do patrzenia za okno i tak w kółko.

Jego skorupa pęka, gdy wysiadamy z samochodu. Drzwi do domku się otwierają i wylatuje przez nie Aria. Ma czerwone oczy, dosłownie wpada w Tobiasa i pozwala sobie na dłuższy szloch.

– Nasze dzieci – płacze. – Musimy im pomóc. Proszę, pomóż im.

Tobias głaszcze ją po głowie i obejmuje ramieniem.

– Pomożemy. Odzyskamy dzieciaki, obiecuję.

Drzwi ponownie się otwierają i moim oczom ukazuje się Jason.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij