Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Rewind It Back - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
9 stycznia 2026
55,90
5590 pkt
punktów Virtualo

Rewind It Back - ebook

Hallie

Kiedy miałam jedenaście lat, moja rodzina przeprowadziła się do domu obok niego.

Kiedy miałam trzynaście lat, stał się moją pierwszą miłością.

Kiedy miałam szesnaście lat, zakochaliśmy się w sobie.

A kiedy miałam dziewiętnaście lat, złamaliśmy sobie serca.

Mija szósty rok od tamtych wydarzeń, a ja robię staż w studiu projektowym w nowym miejscu. Niestety, okazuje się, że ten facet mieszka w tym samym mieście i gra dla drużyny hokejowej Chicago.

I ku swojemu zaskoczeniu otrzymuję zlecenie na projekt renowacji. To wzbudza we mnie nadzieję, że zakończę staż z propozycją pracy na stałe w wymarzonym fachu… Ale ten projekt to remont jego domu.

Może kiedyś kochałam Rio DeLucę, ale ja nie jestem już tą samą dziewczyną co kiedyś.

Rio

Nigdy nie myślałem, że zostanę ostatnim singlem w grupie przyjaciół. Ale po latach prób odnalezienia drugiej połówki, stwierdzam, że nie ma jej dla mnie na tym świecie.

I wtedy przypadkowo zatrudniam Hallie Hart, a nasza pokręcona historia powoduje, że powracam do skrywanych od dawna wspomnień.

Moi przyjaciele nie mają pojęcia, że swoją miłość znalazłem w wieku dwunastu lat. A teraz jedyna dziewczyna, którą kiedykolwiek kochałem, wprowadza się do domu obok.

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.                    Opis pochodzi od Wydawcy.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8418-541-4
Rozmiar pliku: 1,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PLAYLISTA

Teddy Swims feat. GIVĒON – Are You Even Real

Kehlani feat. Ty Dolla $ign – Nights Like This

Aaron Page feat. Tone Stith – Asking For Too Much

Alicia Keys feat. USHER – My Boo

Rihanna feat. Ne-Yo – Hate That I Love You

Kiana Ledé feat. 6LACK – Second Chances

H.E.R. – Hold On

Arin Ray feat. Kehlani – Change

Gabriel Jacoby – hillside

SZA – Nobody Gets Me

Blxst – Reason

Madison Ryann Ward – A New Thing

Marques Houston – Favorite Girl

Ella Mai – One of These

Justin Bieber – Anyone

Coco Jones – ICU

Allen Stone – Brown Eyed Lover

Billie Eilish – Birds of a Feather

Pink Sweat$ – Run Through Fire

DaniLeigh – Easy (Unplugged)

Ella Mai – This Is

Lil’Mo feat. Fabolous – 4Ever1
RIO

– Ja wolę wykończenie szmaragdowe.

Trzymam w dłoniach widelec oraz nóż i rozcinam stek.

– Sam nie wiem. Ten stek porterhouse jest idealnie wysmażony.

– Diamenty, Rio. – Po głosie Chelsea słychać już brak cierpliwości. – Nie chodzi mi o mięso, lecz o diamenty.

Wiem o tym dobrze, do cholery. Mówi o diamentach, a ja w tym czasie próbuję zgrywać głupka, bo rozmowa na temat tego, jaki styl pierścionka ktoś woli, to ostatnie, o czym marzę na drugiej randce. Chciałbym się dowiedzieć, czy Chelsea to dobra osoba. Czy ma bliską relację ze swoją mamą. Czy lubi podróżować. Cholera, nawet nie wiem, czy ma na coś alergię.

– Nie toleruję laktozy.

Dziewczyna krzywi się w zdziwieniu na tę nagłą zmianę tematu.

– Co takiego?

– Nabiału. – Wsuwam kolejny kęs steka do ust. – Nie ma mowy, żebym mógł go zjeść bez problemu. Czasami przed spożyciem biorę leki, a czasami lecę z tematem bez zabezpieczenia i jakoś radzę sobie z konsekwencjami.

– Czy ty właśnie powiedziałeś, że lecisz z tematem bez zabezpieczenia w sprawie jedzenia nabiału?

– Ta. Jeśli mam okazję zjeść lody, a nie wziąłem ze sobą leków, to i tak nie ma mowy, żebym zrezygnował, no nie? A ty jesteś tą szczęściarą, której żołądek nie protestuje na laktozę?

– Pytałam cię przecież o to, jakie rodzaje pierścionków noszą żony twoich kolegów z drużyny – powraca natychmiast do tematu, którego nie chcę kontynuować. Jem dalej i nie odpowiadam. – Czy którakolwiek z nich musi pracować? – dopytuje, kiedy nic ze mnie nie wyciąga. – Pewnie nie.

– Niektóre pracują, tak. Jedna z moich najbliższych przyjaciółek poślubiła mojego kolegę z zespołu i teraz pracuje w fundacji na rzecz pomocy psom seniorom.

Chelsea marszczy nos, zaraz jednak ukrywa tę minę pod wymuszonym uśmiechem.

– To miłe. Tak myślę.

– A ty czym się zajmujesz zawodowo?

Nagle ogarnia mnie niepokój, bo może wcześniej mi to powiedziała, a o tym zapomniałem.

Kiedyś już wybraliśmy się na kolację, krótko przed moim wyjazdem wakacyjnym, ale minęło tyle czasu, że nie jestem w stanie sobie przypomnieć, czy w tej randce cokolwiek było nie tak. Dlatego gdy dziewczyna zapytała, czy jestem zainteresowany ponownym spotkaniem, pomyślałem, że może warto dać nam drugą szansę.

Cóż, nie do końca zapytała. Wysłała mi wiadomość, która brzmiała: „Kiedy zaprosisz mnie znów na randkę? Mam wolny piątek”. Ale to to samo, tak mi się wydaje.

– Tworzę treści – odpowiada od razu i pewnie. – Treści influencerskie. Głównie o modzie i stylu życia.

– Fajnie. Więc pracujesz dla siebie. Podoba ci się to, co robisz?

Chelsea wzrusza ramionami, a następnie wypija do końca Chardonnay z kieliszka. Natychmiast macha szkłem w powietrzu, by poprosić kelnera o kolejny trunek. Robi to z uniesioną brwią i wyczekującym wzrokiem.

Nie podoba mi się to, myślę sobie. Może nie wie, że to jest niegrzeczne, próbuję ją jakoś wytłumaczyć.

– Podobają mi się korzyści roboty – precyzuje. – Sama ustalam sobie godziny pracy. Dostaję darmowe produkty. To naprawdę fajne.

Prawie oczekuję, że zapyta w zamian, czym ja się zajmuję, ale wiedziała to, jeszcze zanim wybraliśmy się na pierwszą randkę.

– Masz zwierzęta? – pytam.

– Nie. To za duża odpowiedzialność.

– Jesteś blisko ze swoją rodziną?

– Nieszczególnie.

A czy ty jesteś blisko ze swoją rodziną, Rio?

Och tak, jestem. Właśnie wróciłem z trzymiesięcznego pobytu w Bostonie. Spędziłem dużo czasu z mamą w przerwie między rozgrywkami. Dzięki, że pytasz.

Kelner stawia przed Chelsea kolejny kieliszek z Chardonnay i zabiera puste talerze ze stołu. A ja zaczynam pragnąć, by ta randka się już skończyła.

Od razu ganię się za to w myślach.

Za to, że zawsze tak się czuję.

Nawet nie potrafię sobie przypomnieć, kiedy odbyłem z kimś drugą randkę, więc powinienem skupić się na tej małej wygranej. Tak mi się wydaje. Ale tak to mniej więcej zawsze wygląda. Bardzo chcę się z kimś spotkać, można nawet powiedzieć, że desperacko tego pragnę, więc w końcu wychodzimy na pierwszą randkę i wtedy czuję, że nie ma między nami chemii, a kontakt przepada.

Postaraj się bardziej.

– Co robisz dla zabawy? – zadaję kolejne pytanie.

– Prawie zawsze wychodzę gdzieś ze znajomymi. Jestem zapraszana na wiele wydarzeń, więc mam dużo zajęć. Lubię ćwiczyć. I chodzić do nowych restauracji…

– Ja też lubię chodzić do nowych restauracji! – Prostuję się natychmiast. Jestem aż nadto podekscytowany tym, że w końcu znalazłem coś, co nas łączy.

Chelsea przygląda mi się uważnie. Ani trochę nie podziela mojej ekscytacji.

– Spoko.

Cholera.

– Lubisz muzykę? – próbuję znowu.

– A są ludzie, którzy jej nie lubią?

– Powinniśmy wybrać jakąś piosenkę. – Wyciągam telefon i zaczynam przeglądać moją playlistę.

– Wybrać piosenkę?

– Ta, no wiesz, z racji tego, że to nasza druga randka. Powinniśmy wybrać piosenkę, by zapamiętać tę chwilę. W ten sposób, kiedy ją usłyszymy, przypomnimy sobie o… – Urywam na widok miny Chelsea.

Robi wielkie oczy. Dosłownie widzę po niej, że ma ochotę wykrzyczeć, iż uważa mnie za dziwadło. Już otwiera usta, by odpowiedzieć, lecz nie wydaje z siebie żadnego dźwięku i zaraz z powrotem zaciska wargi.

Bo to nie jest ona. Nikt nigdy jej nie dorówna.

– Albo i nie – stwierdzam.

Przybiera na twarz wymuszony uśmiech.

– Lepiej nie.

Rozgląda się po restauracji. Zakładam, że szuka drogi ucieczki, i nawet się nie dziwię.

– Chcesz zamówić deser? – proponuję.

Chwilę zajmuje jej podjęcie decyzji. W końcu jednak Chelsea zaskakuje mnie reakcją, bo pochyla się nad stolikiem i wsuwa swoją dłoń w moją.

– Tak naprawdę to – ścisza głos – pomyślałam sobie, że moglibyśmy wrócić na deser do ciebie.

Och.

Tego się… nie spodziewałem.

– Dzisiaj wróciłem z wakacji w Bostonie, więc nawet nie zdążyłem zrobić zakupów.

Uśmiecha się lekko i figlarnie.

– Nie o taki deser mi chodzi.

Ta, dokładnie zrozumiałem, że nie to miała na myśli, ale liczyłem na reakcję w stylu „za chuja się nie domyślił i nie potrafi flirtować, więc już nieważne”.

Okazuje się natomiast, że mam do czynienia z tą samą sytuacją co zawsze – bez względu na to, czy mówię wszystko nie tak, jak trzeba, czy w ogóle się nie odzywam. Koniec końców jestem przecież zawodowym hokeistą i przez to dostaję więcej propozycji randek i zaproszeń na wspólne noce, niż nawet otwarcie się do tego przyznaję.

Ale ja wiem, czego szukam, i to tutaj to nie to.

– Chelsea, ja…

– Będzie fajnie.

Śmieję się cicho.

– Chelsea.

– Naprawdę odmówisz? – Uśmiecha się zachęcająco. – Rio.

Wypowiada moje imię takim tonem, że równie dobrze mogłaby powiedzieć: „Chyba całkiem postradałeś zmysły, skoro mi odmawiasz”. Wstyd przyznać, od ilu kobiet już to słyszałem.

Jest piękna, tego nie można jej odmówić. I gdybym był takim typem, który zabiera dziewczynę do domu, mimo że nie widzi z nią wspólnej przyszłości, to pewnie zaprosiłbym ją do siebie.

Ale ja taki nie jestem.

Dyskretnie reguluję rachunek za kolację, gdy ten pojawia się na stoliku. Robię to bez słowa.

– Dziękuję za spotkanie.

I wtedy Chelsea zdaje sobie sprawę, że naprawdę kończę tę randkę. Lekko przewraca oczami. Nie pozwalam jednak, by to wpłynęło na moją decyzję.

Wyciąga telefon i pisze coś, nawet mi nie odpowiadając.

– Powinniśmy już wracać?

Nie unosi wzroku znad ekranu.

– Ja nie. Zamierzam spotkać się ze znajomymi na imprezie tuż za rogiem.

– Och, okej. Myślałem, że skoro po ciebie przyjechałem, to mogę cię też odwieźć…

Uśmiecha się z litością. Wstaje z krzesła i wkłada płaszcz.

– Miałam plan zapasowy, ale ty baw się dobrze sam, Rio. Dzięki za kolację. – Macha mi niedbale na odchodne i rusza do wyjścia; tego, którego wcześniej tak desperacko szukała wzrokiem.

Zostaję sam.

Może powinienem poczuć się zszokowany albo obrażony, lecz to nie jest pierwszy raz, kiedy kobieta zostawia mnie samego przy stoliku po tym, jak nie decyduję się zabrać jej do siebie. Jestem pewien, że to też nie jest ostatni raz.

Ale pieprzyć to. Czerwone wino, które popijałem przez cały wieczór z jednego kieliszka, jest naprawdę pyszne. Nie zamierzam się wstydzić i pozwolić, by się zmarnowało, dlatego znów zajmuję swoje miejsce przy stoliku i delektuję się smakiem alkoholu, jednocześnie wyciągając telefon. Odnajduję całą masę nowych wiadomości.

Zanders:

Rio, dojechałeś?

Indy:

Proszę, powiedz, że tak! Tęsknię za Tobą!

Stevie:

Taylor pytała przez całe wakacje, przy każdej niedzielnej kolacji, gdzie jest wujek Rio. Smutne to było, i to bardzo. Nie powinieneś już nigdy wyjeżdżać.

Kai:

Witamy z powrotem, stary!

Miller:

Bez Ciebie babskie wieczory nie były takie same!

Kennedy:

To pierwsza niedzielna kolacja od maja, na której będziemy wszyscy razem? Nie mogę się doczekać spotkania z każdym z Was.

Isaiah:

Ale czy Rio wrócił? Nie odpowiada.

Zanders:

Lepiej, żeby wrócił. Jutro mamy pierwszy trening tego sezonu.

Ja:

Nie odpowiem, bo czekam na jeszcze jedną konkretną osobę, aż zapyta, jak się mam…

Zanders:

*roześmiana buźka*

Kai:

Pewne rzeczy nigdy się nie zmienią.

Indy:

Kochanie, kolej na Ciebie.

Ryan:

Nie mam zamiaru tego robić.

Miller:

Może coś mu się stało, może się zgubił, może nie ma nic do jedzenia i picia, a my się nigdy nie dowiemy, ponieważ Ty, Ryanie, nie chcesz zadać mu prostego pytania.

Isaiah:

Nie wiedziałem, że grupowo zaadoptowaliśmy szczeniaka.

Stevie:

On jest naszym szczeniaczkiem.

Kennedy:

Naszym słodkim szczeniaczkiem, który chce tylko wiedzieć, czy Ryanowi na nim zależy.

Ja:



Ryan:

Dobra. Rio, wróciłeś czy jak?

Ja:

Twoja troska o mnie nie zna granic. Skarbie, wróciłem!

Ryan:

Nienawidzę tego.

Ja:

Wiem. Ja też źle zniosłem ten dystans między nami, Ryanie.

Ryan:

Opuszczam tę grupę.

I robi to, ale tylko na kilka sekund, bo jego żona znów dodaje go do czatu.

Indy:

Widzimy się wszyscy u nas w niedzielę!

Targają mną wyrzuty sumienia, bo po powrocie nie przywitałem się z żadnym z nich. Zamiast tego wpadłem do siebie na chwilę, właściwie tylko po to, by zostawić bagaże, i zaraz jechałem po Chelsea.

Po części myślę, że powinienem przestać się starać. Od lat bez ustanku kogoś szukam, od kiedy tylko przeprowadziłem się do Chicago. Zaczynam wierzyć, że prawdziwe uczucie już nie istnieje.

Ale potem pojawia się przypomnienie w postaci ośmiorga moich przyjaciół, którzy w trakcie ostatnich kilku lat znaleźli miłość, więc wiem, widzę to na własne oczy, że ona naprawdę istnieje.

Kończę wino, a potem piszę w osobnym oknie tylko do Indy.

Ja:

Wpadnę do Was w drodze powrotnej do domu.

Indy:

Tak, proszę! Tęskniłam. Nie wyjeżdżaj już nigdy więcej na tak długo.

– Pozwolę sobie stwierdzić, że randka nie poszła za dobrze, co? – dopytuje Indy, gdy siedzimy na kanapie w jej salonie.

Ryan przychodzi do nas po sprawdzeniu, jak mają się ich śpiące dwulatki. Trafia akurat na moje sprawozdanie z wieczornych wydarzeń.

– A czy one kiedykolwiek idą dobrze? – pytam w odpowiedzi.

– Dokąd ją zabrałeś?

– Do Sullivan na Ósmej.

Ryan nieruchomieje na swoim miejscu. Na ustach Indy pojawia się figlarny uśmiech.

– Och, uwielbiam to miejsce. Byłam tam na ra…

– Blue – przerywa jej ostro mąż, po czym wciąga ją sobie na kolana.

Uśmiechają się do siebie porozumiewawczo, jakby skrywali jakiś sekret, i pewnie mógłbym uznać to za przesadnie słodkie, gdybym sam nie pragnął tego aż tak bardzo.

Ale tak naprawdę to żaden sekret. Wszyscy byliśmy świadomi, że zanim zaczęli się spotykać, Ryan wyciągnął Indy z randki odbywającej się w tej samej restauracji, w której byłem dzisiaj.

Indy lata temu pracowała jako stewardesa w mojej drużynie hokejowej i od tamtej pory jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi. Poznała swojego obecnego męża, gdy siostra Ryana zaoferowała jej, żeby wprowadziła się do jego wolnego pokoju. Reszta to już historia. Ryan natomiast jest kapitanem drużyny koszykarskiej z Chicago. Długo byłem tylko fanem tego zawodnika, a później również stał się moim dobrym przyjacielem.

– Co poszło nie tak? – drąży Indy.

– Ona… – waham się. – Nie była zainteresowana. Znasz mnie. Albo sam się pakuję jedynie w przyjaźnie z laskami, albo całkiem je odstraszam.

To nie jest kłamstwo. Chelsea nie była zainteresowana tym, czego ja szukam.

Nie zdradzam im jednak, jak często zdarza mi się wystraszyć dziewczyny. Nie wyjawiam, jak często przechodzę z nimi na stopę przyjacielską i to nie działa. Pozwalam przyjaciołom wierzyć, że jestem beznadziejnym przypadkiem głupka, który w ogóle nie potrafi flirtować, ponieważ to wydaje się łatwiejsze niż przyznanie, że mam dwadzieścia siedem lat i ani razu nie spałem z kimś, z kim nie nawiązałem głębszej więzi.

Potrzebuję więcej czasu. Od zawsze tak było. Do cholery, dziewictwo straciłem w wieku dziewiętnastu lat, a i tak stało się to z dziewczyną, którą znałem od dwunastego roku życia.

– Przykro mi, stary – odzywa się Ryan. – Przyjdzie na ciebie czas, zobaczysz.

– Ta, może. – Wstaję i się rozciągam. – Będę leciał. Chciałem tylko wpaść i się przywitać. Kocham was, ludzie.

– Kochamy cię, Rio.

– Słyszałeś, Ryanie? – pytam, stojąc już przy drzwiach. – Słyszałeś, z jaką łatwością przyszło jej powiedzenie tego?

Przyjaciel kręci głową.

– To się nigdy nie wydarzy.

– Nigdy nie mów nigdy, Shay!

Kiedy dojeżdżam na swój podjazd, jest już późno. Nowe lampy w ogródku sąsiadki oświetlają budynek na tyle dobrze, że od razu zauważam, iż to nie jest ten sam dom co trzy miesiące temu.

– Czy twój dom zawsze wyglądał lepiej niż mój? – pytam, wysiadając z samochodu.

Wren się śmieje. Stoi przy skrzynce pocztowej i zerka przez ramię na posesję.

– Nie. Remontowałam go przez całe wakacje, ale faktycznie, dom biednej doktorantki wydaje się ładniejszy niż ten należący do zawodowego hokeisty, nieprawdaż?

Spotykamy się na chodniku w połowie drogi pomiędzy naszymi podwórkami. Pochylam się nieco i przytulam dziewczynę na powitanie.

– Jak ci minęło lato? W porządku?

– W porządku. Mniej więcej tak, jak to na ogół wyglądają wakacje przed obroną. Niemal mieszkałam w sali wykładowej, nie widziałam światła dziennego, a weekendy spędzałam, ucząc się wśród hałasu remontu. A jak twoje wakacje?

– Całkiem dobrze. Miło było spędzić czas z rodziną i posiedzieć przez kilka miesięcy w Bostonie.

Kiwa porozumiewawczo głową.

– Jak bardzo nie możesz znieść myśli, że znów zostawiasz za sobą jesienną aurę Północnego Wschodu?

– Nie rozmawiajmy o tym.

Wren wskazuje na mój dom.

– Zostawiłam ci pocztę na wyspie kuchennej. Otwierałam okna parę razy w tygodniu, żeby nie było zaduchu. Twoja jedyna roślina pięknie się rozrasta, ale nie musisz dziękować.

– Wren, to sukulent. Jedyne, co musiałaś, to zostawić go w spokoju.

Potakuje z aprobatą. Jest dumna z siebie i tego nie ukrywa.

– Cóż, czyli świetnie się spisałam.

Wren jest moją sąsiadką od lat. Jej brat kupił dom obok mojego, by mogła w nim mieszkać w czasie studiów. Szybko zostaliśmy dobrymi znajomymi, co znaczy, że od czasu do czasu pijemy piwo i narzekamy na naszych sąsiadów albo ratujemy się szklanką cukru, kiedy któremuś z nas go zabraknie. I tak, jak w tym przypadku, dbamy o swoje domy, kiedy jedno z nas wyjeżdża.

Jej bracia to zawodowi sportowcy, więc nigdy nie patrzy na mnie lub na moich kolegów w wyjątkowy sposób, gdy do niej wpadamy. I to od zawsze mi się w niej podobało.

Tylko my dwoje mieszkamy samotnie na tej ulicy. Pozostałe domy w większości należą do rodzin z dziećmi, co jest logiczne, ponieważ każda nieruchomość w okolicy jest wielka, posiada cztery sypialnie lub nawet pięć. W pobliżu znajduje się uniwersytet, więc reszta budynków przystosowana jest do wynajmu dla studentów, lecz ci są tak zajęci nauką, że nigdy ich nie spotykam.

Starszy brat Wren – Cruz Wilder to wielka postać w świecie baseballu. Jak wspomniałem, kupił dom obok mojego i planował wyremontować go tak, by w przyszłości – gdy siostra skończy studia – sprzedać go z zyskiem. Upiera się, że to inwestycja, ale znam Cruza i wiem, że po prostu nie chciał, żeby Wren stresowała się znalezieniem odpowiedniego mieszkania na wynajem.

Sam też lubię sobie powtarzać, że kupując nowy dom w wieku dwudziestu jeden lat, inwestowałem, a nie byłem pieprzonym idiotą. W pierwszym roku pracy nikt z drużyny nie żył poza centrum miasta. Większość zawodników miała swoje mieszkania w świetnej lokalizacji, a reszta, posiadająca mniejsze kontrakty, wynajmowała coś wspólnie, ale też wystarczyła im chwila jazdy, spacer lub uber i już docierali na lodowisko.

A ja, debil, pomyślałem, że świetnym pomysłem będzie zakup domu z czterema sypialniami, znajdującego się dwadzieścia minut drogi od centrum. Chyba wierzyłem, że się ustatkuję i założę rodzinę, a nie pozostanę singlem w wieku dwudziestu siedmiu lat.

Przynajmniej mam trochę miejsca. Fajny ogródek z jacuzzi. I muszę z dumą przyznać, że to właśnie mój dom stał się miejscem, do którego zjeżdża się cała drużyna, żeby wspólnie odpocząć, lecz to głównie dlatego, że tylko tu wszyscy się mieścimy.

I kto wie? Może moja inwestycja skończy się tym, że w przyszłym roku sprzedam nieruchomość z zyskiem.

Wskazuję znów na dom Wren.

– Więc pozmienialiście coś? W sensie… pomalowaliście ściany?

– Coś w ten deseń. Chcesz zobaczyć? – Sprawdza godzinę na telefonie. – Mam dokładnie pięć minut przerwy pomiędzy kolejnymi sesjami nauki.

– Zatem wykorzystajmy ten czas na szybkie zwiedzanie. – Podążam za nią. – Następnym razem, kiedy będziesz mieć przerwę od nauki, zorganizuję nam kolację. Zamówię na wynos jedzenie z tej greckiej restauracji, którą lubisz, a ty wprowadzisz mnie we wszystkie nowe plotki o sąsiadach.

Wren zerka przez ramię i unosi brew.

– Dwie kolacje? – poprawiam się szybko.

– Pilnowałam ci domu przez trzy miesiące, jesteś do tego obrzydliwie bogaty.

– Dobra. Trzy kolacje z jedzeniem na wynos, a do tego będę wystawiał twój kubeł ze śmieciami na ulicę co tydzień przez kolejny miesiąc.

– I właśnie dlatego jesteś moim ulubionym sąsiadem.

Tym tylko dla siebie od zawsze byliśmy – czymś platonicznym, sąsiadami. Nie chcę, by ktokolwiek źle to zrozumiał, Wren jest świetna, lecz nigdy nie patrzyłem na nią jak na kogoś więcej niż znajomą. Wiem też, że ona ma podobne odczucia w stosunku do mnie. Mam wiele koleżanek i ona jest jedną z nich.

Dziewczyna otwiera drzwi wejściowe – świeżo pomalowane. Są ciemnobrązowe, ładnie kontrastują z wyremontowaną elewacją w kolorze szałwiowej zieleni i idealnie białymi elementami dekoracyjnymi.

Pierwsze, co widzę, to podłoga. Całkiem nowy parkiet w jasnym i ciepłym odcieniu. Następnie ściany – niektóre pokryte nowoczesną tapetą, inne pomalowane subtelnymi, ale przyjemnymi kolorami. Schody zyskały inną balustradę, szafki kuchenne – świeżą warstwę farby, a blaty musiały zostać zrobione na zamówienie. Nawet lampy są nowiutkie i błyszczące. Wydają się nadawać całej tej przestrzeni spójności.

– Jezu – mówię na wydechu. Obracam się powoli i przyglądam uważnie wszystkiemu. – Ledwo co rozpoznaję to miejsce.

– Świetnie się spisała.

– A kim ona jest?

Zazwyczaj zadaję to pytanie przyjaciołom i da się w nim wyczuć podtekst: „Jest singielką? Jest miła? Byłaby zainteresowana kimś takim jak ja?”.

Ale w tej chwili, wyjątkowo, moje myśli zaprząta coś innego – kto zamienił tę zwyczajną przestrzeń w coś, co mogłoby się znaleźć na okładce magazynu o wnętrzach, i czy ta kobieta ma czas, by zrobić to samo z moim domem.

Nieruchomość, na którą właśnie patrzę, nie przypomina tej, którą kiedyś, w stanie prosto od dewelopera, kupił Cruz. I jeśli zamierzam wystawić swój dom na sprzedaż w tym samym czasie co on, czyli w przyszłe wakacje, to będę miał przerąbane. Nikt nawet nie spojrzy na moją ofertę, jeśli jego wygląda właśnie tak.

Wren oprowadza mnie po piętrze. Duży hol może stać się zarówno pokojem gier, jak i bawialnią, zależnie od potrzeby kupującego. Każde znajdujące się tu pomieszczenie ma swój unikalny styl, lecz wszystkie są luksusowe i pasują do reszty domu.

Dziewczyna idzie dalej, ale ja zatrzymuję się nagle na widok łóżka w jednej z sypialni. Pokoje na górze do tej pory stały puste, w odróżnieniu od tych na dole, przeznaczonych dla gości, gdzie nocują jej bracia, gdy są w mieście.

Wskazuję na goły materac osadzony w ramie łóżka.

– Będziesz mieć współlokatora, Wilder?

– Tak. W październiku, kiedy wygaśnie jej aktualna umowa najmu.

Dziwi mnie to, ponieważ dotąd tylko my dwoje żyliśmy sami w tych aż niedorzecznie wielkich domach. Ale powody, dlaczego tak było, nie mogłyby okazać się już bardziej różne.

Wren bardzo dużo się uczy i nigdy nie chciała mieć współlokatora. Jej brat jest wystarczająco dziany, żeby nie musiała się o to martwić. Ja natomiast jestem pieprzonym samotnikiem, który czeka na kogoś, lecz ten ktoś uparcie się nie zjawia.

– Dlaczego? – Tylko tyle jestem w stanie powiedzieć.

– Dlaczego teraz znalazłam współlokatorkę? Ponieważ ona potrzebowała miejsca, na które byłoby ją stać, a poza tym dobrze się dogadujemy. Zresztą to właśnie ona jest główną projektantką tego domu. Wpadała tu każdego dnia przez całe lato, zaprzyjaźniłyśmy się. Do tego cały czas pracuje, więc tak naprawdę będzie tu tylko nocować. – Wskazuje ruchem głowy na korytarz. – Chodź. Pokażę ci resztę.

Łazienki zyskały nowe kafelki oraz nowoczesne udogodnienia. Nad oprawionymi zdjęciami w korytarzu wiszą wymyślne lampy. Nawet pieprzona pralnia wygląda super w tych ciemnych i nastrojowych kolorach.

– No to mam przejebane – oświadczam bez ogródek. – Mój dom nigdy się nie sprzeda, jeśli będzie konkurować z tym tutaj.

– Cruz nie żartował, mówiąc, że chce, by jego inwestycja się zwróciła. – Wren klepie mnie w ramię. – Mógłbyś zrobić dokładnie to samo, wiesz. Wynajmij projektanta i wyremontuj ten hokejowy akademik, jeśli na poważnie myślisz o sprzedaży.

Czy myślę o tym na poważnie? Nie jestem jeszcze pewien, ale nie bez powodu w zeszłym sezonie nie zdecydowałem się na podpisanie wcześniejszego przedłużenia kontraktu z drużyną Raptors. Nie wiedziałem, czy jestem gotowy pisać się na sześć kolejnych lat życia z dala od Bostonu. Z dala od rodzinnego miasta. Z dala od rodziny.

To prawdopodobnie mój ostatni duży kontrakt w karierze, a znalazłem się na rozdrożu. Muszę zdecydować, czy chcę spędzić lata świetności w drużynie z Chicago, czy wolę przyjąć oferty innych drużyn, dzięki czemu może spełniłbym swoje marzenie z lat dziecięcych i zagrał dla Boston Bobcats.

Mama cholernie pragnie, żebym wrócił, a gdyby to zależało od niej, sprzedałbym dom i przeprowadził się już w dniu zakończenia sezonu oraz wygaśnięcia umowy z klubem.

Wren jako jedyna wie o moich planach, ponieważ sama chce zrobić to samo – kiedy tylko ukończy wiosną studia, wróci w rodzinne strony, do bliskich.

– Jak ją znalazłaś? Chodzi mi o projektantkę.

– Słyszałeś kiedykolwiek o Tylerze Bradenie? To znany projektant wnętrz. Stąd, z Chicago.

Posyłam jej prześmiewcze spojrzenie.

– No tylko pytam. Stworzył kolekcję dla Targetu, prowadzi własny program w HGTV. Masz matkę i z milion przyjaciółek, dlatego pomyślałam, że może o nim słyszałeś.

– Czekaj, to jednak jego zatrudniłaś, a nie jakąś dziewczynę? Cruz wydał tyle kasy na tego flipa?

– Cóż, chciałam, bo mam bzika na punkcie Tylera Brandena i to byłoby spełnienie moich marzeń, lecz budżet narzucony mi przez brata zdecydowanie nie wystarczył. Ale i tak mam satysfakcję, bo zatrudniłam jedną z jego stażystek i okazało się, że jest świetna w tym, co robi. Do tego zyskałam też przyjaciółkę, którą bez problemu przekonam, żeby zabrała mnie na przyjęcie świąteczne firmy Tyler Braden Interiors w tym roku. Więc wszyscy są zadowoleni.

Śmieję się.

– A jak mnie uda się ją zatrudnić?

– Podeślę ci numer do biura projektowego. – Wyciąga telefon, żeby wysłać mi wiadomość. – Cholera, przerwa od nauki się skończyła.

– Już ci nie przeszkadzam. Dobrze było cię zobaczyć, Wren. Dzięki za przypilnowanie mojego domu przez lato.

– Żaden problem. Zrobisz to? Wynajmiesz tę samą projektantkę?

– Zobaczę.

Zostają mi dwie opcje: wystawić dom na sprzedaż w przyszłe wakacje lub zapuścić tu korzenie na stałe. Tak czy inaczej, dom nie jest gotowy na sprzedaż, a tym bardziej nie jest jeszcze miejscem, do którego chciałbym zaprosić swoją ewentualną partnerkę.

– O, hej! – Wren paca mnie w rękę. – A jak było na randce?

I to jest to, co nie daje mi spokoju. Przypomnienie, że jestem w Chicago od sześciu lat i istnieje duże ryzyko, że „mojej osoby” tu nie ma.2
HALLIE

– I pamiętasz, gdzie znajduje się pralnia?

– Wren. – Śmieję się. – Skończyłam pracę nad twoim domem zaledwie kilka miesięcy temu. Oczywiście, że wiem, gdzie ona się znajduje.

– Racja. Nie rozumiem, dlaczego zachowuję się tak dziwnie. Po prostu nie mieszkałam z nikim od bardzo dawna i chcę mieć pewność, że czujesz się komfortowo.

Gdyby zobaczyła stan mieszkania, z którego się wyprowadzam, nie przejmowałaby się aż tak moim komfortem. Już przed renowacją ten dom byłby dla mnie naprawdę dużą zmianą na plus, a teraz, gdy wszystko się zmieniło… cóż, brat Wren zdecydowanie za mało liczy sobie za czynsz.

– A czy dla ciebie to będzie okej? – Odkładam torbę na nowe łóżko. – Wiem, że nie potrzebujesz i pewnie nie chcesz współlokatora, więc jeśli czujesz się…

– Cieszę się, że tu jesteś. Naprawdę, będzie fajnie.

Posyłam jej pełen wdzięczności uśmiech i zaczynam rozpakowywać ubrania.

– Też tak uważam. Cholerka, jeśli ostatecznie znienawidzimy siebie nawzajem, to pocieszający jest fakt, że to sytuacja tymczasowa. Z nastaniem maja możesz całkiem zapomnieć, że kiedykolwiek istniałam.

Wren się śmieje.

– Nie wydaje mi się, żeby tak było. Poza tym potrzebuję, by ktoś zapoznał mnie z Tylerem Bradenem, więc nawet jeśli dojdzie do najgorszego, będę po prostu udawać, że cię lubię.

– Mnie to odpowiada. Coś czuję, że staniesz się najlepszą udawaną przyjaciółką i współlokatorką, jaką kiedykolwiek miałam.

Tak naprawdę w niej nie ma niczego sztucznego czy udawanego. Jest szczerze miła i uczynna. Zawsze przynosiła kawę i domowej roboty desery dla budowlańców, którzy remontowali dom. Oferowała, że mnie podwiezie, gdy auto nie chciało mi ruszyć, co początkowo było aż wstydliwe, bo przecież pracuję dla luksusowego biura projektowego, a mój samochód ani trochę nie wygląda na ekstrawagancki i stylowy. A kiedy Wren dowiedziała się o mojej drugiej pracy i czasie poświęconym, żeby związać koniec z końcem, zaproponowała mi pokój z czynszem, który jest dla mnie bardziej osiągalny w porównaniu do tego, co płaciłam, mieszkając w centrum.

W trakcie tych kilku miesięcy dowiedziałyśmy się o sobie nawzajem całkiem wiele: obie mamy braci – ona trzech, ja jednego. Połączyło nas to, że jesteśmy nowe w Chicago. Wren przeprowadziła się z Zachodniego Wybrzeża, a ja ze Wschodniego lub ze Środkowego Zachodu, zależy jak na to spojrzeć. Szybko też zrozumiałyśmy, że skoro ona uczy się tak dużo, a ja również dużo pracuję, wspólne mieszkanie będzie pewnie wyglądać tak, jakbyśmy nadal żyły same.

Więc nie, w tej znajomości nie ma niczego sztucznego. Wręcz pozytywnie podziałała na moją pewność siebie, ponieważ udało mi się nawiązać przyjaźń w nowym mieście. Kiedy byłam młodsza, nie miałam problemu z poznawaniem ludzi, ale w wieku dwudziestu pięciu lat to wcale nie przychodzi tak łatwo.

I chociaż Wren zamierza wyprowadzić się do rodzinnego miasta zaraz po zakończeniu studiów, to ja planuję pozostać w Chicago. Liczę, że ona jest pierwsza na długiej liście bliskich osób, które jeszcze mam nadzieję tu spotkać.

– Hej, czy mój sąsiad kontaktował się z waszym biurem w sprawie remontu swojego domu?

– Tak! Dziękuję ci za polecenie. Potrzebuję jeszcze jednego dużego projektu przed zakończeniem stażu. A że teraz mieszkam obok, to wydaje się idealne zlecenie.

– Cieszę się. Jego dom urządzony jak dla wiecznego kawalera zdecydowanie potrzebuje zmian. Kiedy zaczynasz?

– Liczę, że niedługo. W poniedziałek na spotkaniu zespołu mam otrzymać ogólny zarys i założenia projektu.

Wren wskazuje na torbę na łóżku.

– Mogę ci jakoś pomóc?

– Dam sobie radę. Muszę przywieźć jeszcze kilka pudeł ze starego mieszkania, bo i tak wybieram się do centrum.

– Och, masz zmianę w barze?

– Niestety nie. Próbowałam, ale menadżer mi odmówił. Powiedział, że miałabym już za dużo nadgodzin, jeśli przepracowałabym jeszcze dzisiaj. Za to umówiłam się na randkę, więc po niej zgarnę ostatnie rzeczy z mieszkania.

Wren się ożywia. Opiera się o framugę drzwi.

– Randkę? Hallie Hart, ty naprawdę wiesz, jak umniejszyć tak ważnej wiadomości.

– Nie ciesz się aż tak.

– Kto to?

– Nowy klient Tylera. Niedawno kupił mieszkanie, a mój szef je dla niego zaprojektował. Wpadliśmy na siebie w biurze parę tygodni temu.

– I gdzie to szczęście w głosie, że bogaty koleś o świetnym guście zabiera cię na randkę?

Śmieję się.

– Sama nie wiem. To miłe, jednak już jakiś czas temu przestałam randkować i tak szczerze, wolałabym się wyspać, niż gdzieś wyjść. Ale Tyler poprosił, żebym poszła, a ja próbuję mu się przypodobać, by mnie zatrudnił, gdy pod koniec wiosny skończy się mój staż.

– Całkiem logiczne. W najgorszym wypadku poznasz kogoś nowego i zyskasz darmową kolację. Dokąd się wybieracie?

– Nie wiem, ale kazał mi się ciepło ubrać. Na początek mamy spotkać się w biurze.

– Dziwne. – Wren odpycha się od drzwi i tym razem już zamierza wyjść. – Daj mi znać, jeśli to twoje gówniane auto się zepsuje i będziesz potrzebowała podwózki do domu. Chętnie przyjadę i cię odbiorę.

– Hej, żadnego hejtu w kierunku mojego samochodu! Ma się świetnie, dziękuję bardzo. Nie potrzebuję, żeby wysłuchiwało, jak je obgadujesz.

– Hallie, już stąd jestem w stanie wyczuć wyciek oleju. Obiecaj mi, że gdy dostaniesz pracę na pełen etat, to pierwszym, co zrobisz, będzie zakup nowego auta.

Zostawiłam swoje „gówniane” auto na najdalszym miejscu parkingu dla pracowników. Wszystko z nadzieją, że nikt go nie zauważy. Wren ma trochę racji. Jest już gratem i zdecydowanie wycieka z niego olej.

A tak szczerze, to wycieka z niego wszystko.

Zaproponowałam Brianowi, że sama dotrę do restauracji, ale bardzo nalegał, żebyśmy pojechali jednym autem. Zaoferował, że odbierze mnie z domu, lecz przecież to pierwsza randka, a ja nie znam człowieka, więc nie ma mowy, bym podała mu swój adres.

Biuro projektowe wydaje mi się bezpiecznym i neutralnym miejscem, żeby stąd wspólnie ruszyć dalej.

Brian wydaje się normalny. Jest przystojny, odrobinę nieśmiały i nerwowy, jednak to w porządku, tak myślę.

Tak naprawdę sama nie wiem, jaki jest mój typ faceta i czy w ogóle go mam. Minęło dużo czasu, od kiedy szczerze się kimś zainteresowałam, dlatego odnoszę wrażenie, jakbym dopiero zaczynała randkować i odkrywać, co lubię. Przez ostatnie lata byłam zbyt zajęta, by myśleć o tych sprawach.

I muszę też przyznać, że już sama myśl o poznaniu się z kimś bliżej jest przerażająca. Może właśnie dlatego tak długo uciekałam w pracę i traktowałam ją jako wymówkę.

Zatem to, że Brian jest nieco nieśmiały i skrępowany, ostatecznie przekonało mnie do spotkania i w jakiś sposób zapewniło, że będę bezpieczna.

– Przeprowadzasz się do Chicago? – W końcu przerywam milczenie, gdy mężczyzna w ciszy kieruje. – Tyler mówił, że kupiłeś mieszkanie.

– Nie zamieszkam tu na stałe. Mam mieszkanie na południu Florydy i dom w Arizonie, ale planuję wpadać tu co parę miesięcy.

– To naprawdę sporo nieruchomości do ogarniania.

Brian śmieje się sam do siebie. Odrobina jego zdenerwowania odpuszcza.

– Mam kogoś, kto się nimi zajmuje, kiedy wyjeżdżam.

– I kto to taki? – wypalam po przedłużającej się chwili ciszy.

Nie odpowiada. Od razu przenoszę spojrzenie na jego lewą dłoń. Szukam śladu po obrączce lub różnicy w odcieniu skóry w miejscu, gdzie by ją nosił. Nie znajduję ani tego, ani tego. A jednak kobieca intuicja nie daje mi spokoju.

Właśnie tego nienawidzę w randkowaniu – prób dowiedzenia się wszystkiego, czego się da, na temat drugiej osoby, nie tylko z wsłuchiwania się w to, co mówi, lecz także z rozczytywania tego, co tkwi pomiędzy słowami. Jest o wiele łatwiej, kiedy zna się kogoś od dziecka i jego prawdziwe oblicze nie pozostaje tajemnicą.

Brian skręca w prawo w kolejną przecznicę. Tę samą drogę pokonuję, gdy jadę z biura do baru, w którym pracuję.

– Gdzie zjemy kolację?

– To niespodzianka. – Zerka na mnie i uśmiecha się figlarnie, następnie nieco odchyla się w fotelu i prowadzi bardzo drogie auto jedną ręką. – Tak w ogóle, ładnie dzisiaj wyglądasz.

Jego nieśmiałość szybko ustąpiła miejsca kokieterii.

Odwracam spojrzenie w kierunku okna po mojej stronie.

– Dziękuję. Ty też.

– Lubisz sport?

– Grać czy oglądać?

– W tym przypadku oglądać.

– Czasami. – Znów zerkam na niego podejrzliwie. – Dlaczego pytasz?

Uśmiecha się dumnie i już nie ma w nim ani śladu skrępowania.

– Po prostu jestem ciekawy.

Brian zwalnia, bo zbliżamy się do zatłoczonej ulicy. Patrzę na przechodniów, wszyscy udają się w tę samą stronę co my. Mijane przez nas restauracje i bary są pełne klientów. Nawet z samochodu jestem w stanie wyczuć panującą tam ekscytację.

Skądś dobiega do mnie głośna muzyka. Rozglądam się i dostrzegam, że budynki zostały oświetlone na czerwono, a w ich oknach wiszą flagi drużyny z Chicago. Przed nami chodzą ludzie w kamizelkach odblaskowych i przekazują kierowcom informacje, gdzie mogą zaparkować.

Czuję niepokój. Intuicja, o której mówiłam wcześniej, teraz aż ryczy niczym syrena alarmowa.

– Brianie, dlaczego kazałeś mi się ciepło ubrać?

Śmieje się, ale nie odpowiada. Zamiast tego opuszcza szybę i zwraca się do pracownika parkingu. Tym razem, gdy patrzę przez okno po swojej stronie, zdaję sobie sprawę, że wszyscy przechodnie są ubrani w trzy kolory: czerwony, czarny i biały.

I wszyscy zmierzają w kierunku stadionu United Center, znajdującego się na kolejnej ulicy.

Nie, nie, nie. Nie możemy tam iść.

– Zabierasz mnie do United Center? – Nie potrafię ukryć zdenerwowania w głosie.

Brian i tym razem nie odpowiada. Uśmiecha się dumnie, jakby się spodziewał, że będę naprawdę pod wrażeniem. Ale tak nie jest. Jestem przerażona.

Pozostaje mi się modlić, żeby to się okazał mecz koszykówki drużyny Devils… To byłoby w porządku.

– Mój znajomy wykupił bilety na cały sezon, ale dziś nie mógł się tu pojawić – tłumaczy w końcu. – Liczę, że lubisz hokej.

Ja pierdolę.

Przyglądam się uważniej tłumowi zgromadzonemu wokół stadionu. Większość osób ma na sobie koszulki dżersejowe drużyny Raptors. Jego drużyny.

Czuję suchość w ustach.

– Mogliśmy przyjść tu z biura na piechotę.

I gdybym tylko się zorientowała, dokąd się wybieramy, od razu uciekłabym w przeciwną stronę.

– Chciałem dać ci możliwość przejechania się takim autem. – Brian zjeżdża na prywatny parking. – Fajne jest, no nie?

Nieśmiałość już dawno wyparowała. Teraz mężczyzna jest wręcz arogancki.

Mówi do mnie, kiedy przechodzimy przez kontrolę bezpieczeństwa i skanujemy nasze bilety, ale go nie słucham. Po części winię za to rozszalały tłum. Gdy wchodzimy na stadion, jedyne, co do mnie dociera, to pisk.

Całe moje ciało wydaje się świadome tego, gdzie jestem. Zdecydowanie nie powinnam tu być. Unikałam tego budynku od chwili przeprowadzki do Chicago, czyli od sześciu miesięcy. Nawet nie odważyłam się przejść po ulicy, przy której znajduje się stadion, a teraz jestem tu. W środku.

Brian prowadzi nas do części, w której znajduje się wejście na naszą trybunę, a ja idę za nim. Nerwowo rozglądam się dookoła. Stadion jest potężny. Pewnie pomieści z dwadzieścia tysięcy osób? Nie ma szans, żeby on zobaczył mnie w takim tłumie.

Ale to nie jest tylko jakiś tam tłum. To fani… ubrani w jego koszulkę.

Wychodzimy zza rogu, a wtedy moje serce przestaje bić. Nieruchomieję, bo staję twarzą w twarz z nim.

Cóż, właściwie z jego około sześciometrową podobizną, powieszoną przy suficie tak, by widzieli ją wszyscy fani. Kolejna znajduje się na ścianie, przedstawia go w innej pozie. Do tego na końcu korytarza stoi tekturowa postać rzeczywistych rozmiarów, przy której dzieciaki robią sobie zdjęcia.

Krew dudni mi w uszach, gdy przyglądam się znajomej twarzy. Tym zielonym oczom. Temu uśmieszkowi.

Widziałam to wszystko zbyt wiele razy, by móc zliczyć.

– Hallie. – Dźwięk mojego imienia wyrywa mnie z amoku. Odnajduję wzrokiem Briana. Czeka obok starszego pana, trzyma wyciągnięty telefon i ponownie pokazuje nasze bilety. – Chodź. Nie chcemy, żeby ominęło nas pierwsze wyrzucenie krążka na lód.

Tak, ja tego chcę. Szczerze mówiąc, chciałabym, by ominął mnie cały mecz.

Wielka aksamitna kurtyna blokuje przejście do trybun.

– Bawcie się dobrze! – woła pracownik, przytrzymując zasłonę tak, żebyśmy mogli wejść.

Lód aż oślepia bielą. Muzyka dudni głośno. Niespodziewanie dopada nas zimno tego miejsca.

Brian kładzie mi dłoń na krzyżu i zachęca, żebym szła przed nim. I to właśnie robię. Trzymam się barierki schodów i szybko wspinam, oddalając od lodowiska.

Mężczyzna śmieje się i kieruje mną tak, bym poszła w przeciwną stronę.

– Nasze miejsca są tutaj, na dole, Hallie.

Oczywiście, kurwa.

Spuszczam głowę, nie patrzę na lodowisko i podążam za Brianem. Przyglądam się jego stopom. Pragnę, żeby skręcił w jeden z mijanych rzędów, lecz tego nie robi. Schodzi jeszcze niżej.

Czuję na nas wzrok wiernych fanów drużyny. Ani ja, ani Brian nie mamy na sobie niczego w barwach Raptors, a pomimo to zbliżamy się do najbardziej pożądanych miejsc.

Gdybym tylko mogła, oddałabym je pierwszej lepszej osobie.

Im niżej jesteśmy, tym zimniej się robi. Jesteśmy już zbyt blisko lodowiska. O wiele za blisko, a pomimo to Brian się nie zatrzymuje.

– Jesteś pewien, że nie minęliśmy naszego rzędu?

– Tak.

Ryzykuję i zerkam spode łba przed siebie. Boże, czuję, jakbym praktycznie stała tam, na lodzie. Zawodnicy jeszcze nie wyszli, więc pozwalam sobie rozejrzeć się dokładniej.

Jest wszędzie.

Od prezentacji zawodników wyświetlanej na wielkich ekranach po koszulki dookoła mnie. Kiedyś nosił inny numer, ale wiem, że zmienił go, kiedy został powołany do ligi.

– To tutaj – oznajmia Brian.

Przechodzi obok fanów, którzy dosłownie przyciskają dłonie i nosy do szyb z nadzieją, że choć na chwilę zobaczą z bliska jednego ze swoich ulubionych zawodników, gdy ten wjedzie na lód.

I tam właśnie siadamy. Przy samej szybie. W pierwszym rzędzie.

– Chicago broni po tej stronie przez większość meczu – mówi dalej, jakby to, że będziemy siedzieć za ich bramkarzem przez dwie z trzech tercji, stanowiło coś najwspanialszego na świecie.

Ale to on gra w obronie.

Muszę się stąd wydostać. Udać, że źle się poczułam. Skłamać, że wydarzyła się jakaś nagła sytuacja. A jeśli serce nadal będzie mi walić tak mocno jak teraz, to nawet nie wiem, czy udawanie okaże się konieczne.

– Dziękuję, że się ze mną wybrałaś – zwraca się do mnie Brian i kładzie dłoń na moim kolanie. – Ucieszyłem się, gdy Tyler powiedział, że się zgodziłaś.

Boże, jestem okropna. Facet próbuje mi zaimponować, a ja siedzę tu i przeżywam kryzys egzystencjalny.

Zanim mogę zdecydować, czy zostać, czy jednak wyjść, światła gasną i rozbrzmiewa tym razem cicha muzyka. Spiker zagrzewa tłum kibiców. Ostatni fani zasiadają na swoich miejscach, a w tym czasie drużyna wyskakuje z szatni i wjeżdża na lód. Czerwone koszulki przelatują jedna po drugiej przed szybą.

Nawet nie ośmielam się na niego spojrzeć. Wbijam wzrok w kolana.

Minęło tyle czasu.

Ma mecz, w którym musi dobrze zagrać. Będzie skupiony na lodowisku. Przecież nie przyjdzie tu i nie zacznie przyglądać się tłumowi. Do tego noszę teraz o wiele krótsze włosy niż kiedyś, więc nawet jeśli poświęciłby chwilę, żeby spojrzeć w tę stronę, na pewno by mnie nie rozpoznał.

Nigdy się nie dowie, że tu jestem.

Wszystko jest w porządku.

– Dziękuję za zaproszenie – odzywam się do Briana. – Wybacz, jeśli wydaję się jakaś dziwna. Minęło trochę czasu, od kiedy byłam ostatnio na randce.

– Nie przejmuj się. Mam podobnie. – Uśmiecha się miło, a potem wskazuje ruchem głowy na lód. – A więc tak, mecz hokejowy składa się z trzech tercji. Ofensywa podzielona jest na cztery linie. Będziesz widziała, jak się wymieniają przy ławce. To przypomina istny chaos.

Nadal tłumaczy mi zasady, a ja odwracam się w jego stronę i potakuję co chwilę, jakbym nie wiedziała, na czym polega ten sport, a przecież byłam na bardzo wielu meczach pewnego zawodnika.

W kieszeni Briana dzwoni telefon, lecz on go ignoruje i mówi dalej:

– Zanders jest teraz kapitanem. Nosi numer jedenaście. Jest obrońcą. Cholernie pewny siebie dupek, ale jest nieziemsko dobrym zawodnikiem. Jego kolega z linii defensywnej to DeLuca. On…

– Woda! – krzyczy ktoś tuż nad moim uchem. – Zimna woda!

Facet od przekąsek nadal coś wrzeszczy i na szczęście zagłusza słowa Briana, dzięki czemu nie muszę słuchać o zawodniku, o którym wiem więcej niż to, co ktokolwiek mógłby powiedzieć na temat jego statystyk.

Po hymnie i tradycyjnym upuszczeniu krążka mecz się rozpoczyna, lecz ja ledwo co się czemukolwiek przyglądam. Najczęściej wpatruję się w swoje kolana albo w tłum. Dosłownie patrzę wszędzie, tylko nie na lodowisko.

Pierwsza tercja trwa tak długo. Słyszę, jak ludzie zakrzykują jego imię, i to o wiele za często. Wiem, że jest gdzieś po tej stronie lodowiska. I jedyne, co mogę, to modlić się, że w drugiej tercji w końcu zamienią się stronami.

Czy byłoby to niemiłe, gdybym zmyła się po dwóch tercjach? Może uda mi się przekonać Briana, że nie czuję się za dobrze i że powinniśmy umówić się kiedy indziej?

Jego telefon znów się odzywa, ale on ponownie go ignoruje.

– Nie mogę uwierzyć, że nie widziałaś ani jednej sekundy z tej akcji! – krzyczy tuż przy mnie.

– Nie czuję się za dobrze.

Właśnie tak. Zacznij tworzyć tę historyjkę.

Brian jednak tego nie rejestruje. Tak jak nie słyszy dźwięku telefonu.

Drużyna Raptors jest na obronie. To powoduje, że tłum jeszcze głośniej wiwatuje.

A mimo to ja nadal słyszę ten telefon.

– Ktoś usilnie próbuje się do ciebie dodzwonić. – Tym razem podnoszę głos.

Nadal wpatruje się w lód, bo akcja dzieje się tuż przed nami, lecz wyciąga telefon z kieszeni i go wycisza. Mnie udaje się jednak dostrzec ekran. Widnieje na nim bezmiar wiadomości i nieodebranych połączeń od jednej osoby. Nie wiem, co jest w tych SMS-ach, ale kontakt zapisany jest tylko jedną emotką. Pierścionkiem z diamentem.

Brian również zerka na ekran i szybko próbuje schować komórkę do kieszeni, jednak już za późno.

Widziałam to.

– Mówiłeś, że dawno nie byłeś na randce… – brzmię oskarżycielsko.

Nawet na mnie nie patrzy.

– Bo nie byłem.

– Jesteś żonaty?

Znowu wkurzająco mi nie odpowiada. Zaczyna do mnie docierać, że cała wcześniejsza nieśmiałość Briana wzięła się jedynie z tego, że wybrał się na randkę z kimś, kto nie jest jego żoną.

Śmieję się z niedowierzaniem, brzmię jak wariatka. Ale właśnie tak czuję się w tej chwili.

– Wychodzę.

Wstaję, żeby to zrobić, ale mecz nadal trwa, dlatego znowu zajmuję miejsce i czekam na gwizdek.

– Hallie, to nie tak, jak myślisz. Jesteśmy w otwartym związku, tylko że umówiliśmy się na to niedawno, więc dlatego nie za dużo dotychczas randkowałem.

– I nie uważasz, że powinieneś był powiedzieć mi o tym, że jesteś żonaty? Daj spokój. Pieprz się, człowieku.

Nagle rozbrzmiewa niewyobrażalnie głośny huk. Przenoszę wzrok w stronę, z której dobiegł dźwięk, i widzę zawodnika drużyny Tampy, przygwożdżonego do bandy po bolesnym zderzeniu. Sportowiec osuwa się na lód i tym samym zyskuję idealny widok na mężczyznę, który rzucił przeciwnikiem. Widzę, że to on.

Rio DeLuca.

Zawodnik z numerem trzydzieści osiem patrzy gniewnie w dół na przeciwnika. Tłum w tym czasie uderza pięściami o bandy, potrząsa barierkami i świętuje to zagranie.

Rio porusza się, już ma odjechać, ale jeszcze unosi spojrzenie.

Na mnie.

Staje jak zamurowany. Poznaje mnie i chyba nie dowierza własnym oczom. Rozchyla lekko usta. Błądzi wzrokiem po każdym milimetrze mojej twarzy. Staram się uciec spojrzeniem, ale nie mogę. Jestem zbyt pochłonięta, zbyt skupiona na mężczyźnie przede mną. Ledwo co przypomina tego chłopaka, którego kiedyś znałam.

Jest tak blisko. Oddziela nas jedynie bariera z pleksiglasu. Chcę uciec.

Rio mruga szybko, ściąga ciemne brwi ze zdziwieniem, a potem przerzuca wzrok na Briana. Tylko na sekundę, bo zaraz znów skupia uwagę na mnie. Próbuje zrozumieć. Bada.

Stadion opustoszał.

Jest całkiem cicho. Jesteśmy tylko on i ja.

Pamiętam, kiedy ujrzałam go po raz pierwszy. Już wtedy trenował hokej, lecz tak wiele zmieniło się od tego czasu.

Jest tą osobą, którą naprawdę starałam się unikać od momentu przeprowadzki do Chicago. Tą, przez którą prawie nie przyjęłam stażu, bo wiedziałam, że on tu mieszka.

Serce mi łomocze jak kiedyś, ale szybko przypominam sobie wszystko, co się wydarzyło.

Bo może i kochałam Rio DeLucę, ale to było kiedyś.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij