Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Ród Kantonów - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 maja 2026
20,19
2019 pkt
punktów Virtualo

Ród Kantonów - ebook

Ta książka to opowieść o ludziach prostych, zwyczajnych, którzy nie zapisali się na kartach podręczników historii, nie dowodzili armiami, nie tworzyli wielkich dzieł sztuki. A jednak ich życie, ich praca, ich codzienne zmagania z rzeczywistością składają się na autentyczną historię narodu — tę prawdziwą, pisaną nie przez królów i wodzów, lecz przez miliony anonimowych ludzi, którzy budowali Polskę swoimi mozolnymi wysiłkami. Książka została utworzona z pomocą AI.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8455-277-3
Rozmiar pliku: 11 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Przedmowa

Książka, którą Państwo trzymają w rękach, jest niezwykłym przedsięwzięciem — próbą opowiedzenia historii jednej rodziny na tle dwustu lat dziejów Polski i Warszawy. To opowieść o ludziach prostych, zwyczajnych, którzy nie zapisali się na kartach podręczników historii, nie dowodzili armiami, nie tworzyli wielkich dzieł sztuki. A jednak ich życie, ich praca, ich codzienne zmagania z rzeczywistością składają się na autentyczną historię narodu — tę prawdziwą, pisaną nie przez królów i wodzów, lecz przez miliony anonimowych ludzi, którzy budowali Polskę swoimi mozolnymi wysiłkami.

Saga rodu Karola Kanto rozpoczyna się w grudniu 1812 roku, gdy włoski żołnierz, wracający z katastrofalnej kampanii napoleońskiej w Rosji, zatrzymuje się w Warszawie i postanawia tu zostać. Ten pojedynczy akt decyzji, podjęty przez zmęczonego, wycieńczonego człowieka, dał początek rodzinie, która przez kolejne pokolenia będzie świadkiem i uczestnikiem najważniejszych wydarzeń polskiej historii — powstań narodowych, zaborów, odzyskania niepodległości, wojen światowych, przemian ustrojowych.

Niniejsza książka opowiada historię ośmiu pokoleń rodu Kantonów, śledząc losy rodziny od początku XIX wieku aż po czasy współczesne. To historia malowana szerokim pędzlem — obejmuje nie tylko bezpośrednich przodków i potomków Karola Kanto, ale również całe spektrum rodzin, które przez małżeństwa połączyły się z Kantonami, wnosząc do rodu swoje geny, tradycje, doświadczenia.

Szczególną wartość tej publikacji stanowią liczne skany autentycznych dokumentów — aktów urodzenia, małżeństwa i zgonu, wpisów metrykalnych z XIX i XX wieku, które stanowią solidny fundament źródłowy dla przedstawionej narracji. Każde nazwisko, każda data, każde miejsce zostały skrupulatnie zweryfikowane w oparciu o zachowane dokumenty archiwalne. Te żółte karty, zapisane starannym pismem parafialnych księży, urzędników stanu cywilnego, pruskich, rosyjskich i austriackich administratorów, przemawiają do nas głosem przeszłości, pozwalając odtworzyć życiorysy ludzi, którzy odeszli dawno temu, ale których krew płynie w żyłach współczesnych pokoleń.

Czytelnik znajdzie tu nie tylko suche daty i nazwiska, ale przede wszystkim opowieść — opowieść o tym, jak żyli nasi przodkowie, czym się zajmowali, w jakich warunkach pracowali, jak wyglądały ich domy, ulice, po których chodzili, warsztat rzemieślniczy, w którym spędzali większość życia. Autorzy starali się ożywić historię poprzez liczne dialogi, sceny rodzajowe, opisy codziennego życia — wszystko to oparte na solidnych fundamentach wiedzy historycznej o epoce.

Warszawa, główna bohaterka tej sagi, przedstawiona jest w całym swoim skomplikowanym pięknie — jako miasto, które przechodziło przez kolejne transformacje, od stolicy upadającej Rzeczypospolitej, przez prowincjonalny ośrodek w Cesarstwie Rosyjskim, aż po odrodzoną stolicę niepodległej Polski. Szczególną uwagę poświęcono życiu warszawskich rzemieślników — szewców, lakierników, krawców, malarzy pokojowych — którzy stanowili trzon miejskiej społeczności i których los najlepiej odzwierciedla dzieje polskiego mieszczaństwa.

Książka śledzi również fascynujące genealogie rodzin, które przez małżeństwa połączyły się z Kantonami. Tu znajdujemy korzenie sięgające mazowieckich wsi — Łagowa, Czarnowa, Płonki, Służewa, Wilgi — gdzie pokolenia chłopów uprawiały ziemię, budowały rodziny, przekazywały tradycję. Widzimy, jak w XIX wieku następował masowy exodus ze wsi do miasta, jak młodzi ludzie porzucali rodzinne gospodarstwa i udawali się do Warszawy w poszukiwaniu lepszego życia. Obserwujemy proces urbanizacji, industrializacji, modernizacji — procesy, które zmieniły oblicze Polski i ukształtowały współczesne społeczeństwo.

Należy jednak wyraźnie podkreślić, że niniejszy tom — choć obszerny i szczegółowy — nie wyczerpuje tematu. Świadoma decyzja autorów polegała na tym, by w pierwszym tomie skupić się przede wszystkim na starszych pokoleniach rodu, na korzeniach, na XIX-wiecznych i wczesno XX-wiecznych losach rodziny. Wiele osób, szczególnie z najmłodszych pokoleń, urodzonych w drugiej połowie XX wieku i w XXI wieku, nie zostało tu uwzględnionych lub zostało jedynie wspomnianych. Ich pełne historie, ich życiorysy, ich własne rodziny — to wszystko będzie przedmiotem drugiego tomu, który jest obecnie w trakcie opracowywania.

Drugi tom obejmie okres od połowy XX wieku po czasy współczesne. Opowie o tym, jak rodzina przeżyła II wojnę światową, jak radziła sobie w czasach PRL-u, jak uczestniczyła w przemianach ustrojowych po 1989 roku. Przedstawi losy współczesnych przedstawicieli rodu — ich kariery zawodowe, osiągnięcia, rodziny, marzenia. Będzie to kontynuacja sagi, prowadząca czytelnika aż do dnia dzisiejszego.

Taki podział wynikał z konieczności zachowania czytelności narracji oraz z ogromnego zakresu materiału. Kompletna saga rodu Kantonów to historia setek ludzi, tysięcy dat, niezliczonych wydarzeń. Próba zmieszczenia tego wszystkiego w jednym tomie byłaby skazana na niepowodzenie — książka stałaby się zbyt obszerna, zbyt chaotyczna, niemożliwa do przyswojenia. Dlatego zdecydowano się na podział chronologiczny, który pozwala czytelnikowi spokojnie podążać za narracją, poznawać kolejne pokolenia, oswajać się z nazwiskami i losami bohaterów.

Warto również wspomnieć o metodologii pracy nad tym dziełem. Autorzy wykorzystali nie tylko dokumenty archiwalne, ale również wspomnienia rodzinne, fotografie, listy, pamiątki przechowywane przez kolejne pokolenia. Przeprowadzono wywiady z najstarszymi żyjącymi członkami rodziny, którzy pamiętają jeszcze opowieści swoich dziadków i pradziadków. Skonfrontowano różne źródła, zweryfikowano daty, rozstrzygnięto wątpliwości. Tam, gdzie dokumenty milczały, a pamięć zawodziła, autorzy pozwolili sobie na uzupełnienie luk poprzez literacką rekonstrukcję — zawsze jednak sygnalizując, że mamy do czynienia z prawdopodobną, a nie pewną wersją wydarzeń.

Szczególnie cenne są przytoczone w książce fragmenty aktów metrykalnych, które pozwalają czytelnikowi zobaczyć, jak wyglądały oryginalne zapisy. Te dokumenty, pisane ręcznie przez księży parafialnych, często po łacinie lub po polsku, ale z rosyjskimi adnotacjami, są nie tylko źródłem informacji genealogicznych, ale również fascynującym świadectwem epoki. Widzimy w nich sposób pisania, formułowanie myśli, charakterystyczne zwroty językowe. Widzimy też błędy, pomyłki, nieścisłości — świadczące o tym, że ludzie tamtych czasów również się mylili, również nie wszystko wiedzieli, również musieli domniemywać i rekonstruować.

Historia rodu Kantonów to również historia Polski widzianej oddolnie, z perspektywy zwykłych ludzi. Powstanie listopadowe, powstanie styczniowe, I wojna światowa, odzyskanie niepodległości, II wojna światowa — wszystkie te wielkie wydarzenia dotykały bezpośrednio życia bohaterów tej sagi. Widzimy, jak wojny zabijały młodych mężczyzn, jak represje zsyłały ludzi na Syberię, jak okupacje zmuszały do życia w strachu. Ale widzimy też, jak ludzie potrafili się dostosować, przetrwać, zachować człowieczeństwo i godność nawet w najtrudniejszych okolicznościach.

Szczególnie poruszające są fragmenty dotyczące II wojny światowej i Holokaustu. Część rodzin, które połączyły się z Kantonami przez małżeństwa, miała żydowskie korzenie. Los tych ludzi w czasie niemieckiej okupacji był często tragiczny. Książka nie unika tych trudnych tematów, przedstawia je z należnym szacunkiem dla pamięci ofiar.

Ale to nie jest książka tylko o cierpieniu i trudach. To również opowieść o nadziei, o sile życia, o zdolności ludzi do odbudowywania się po katastrofach. Po każdej wojnie, po każdym powstaniu, po każdej tragedii — życie toczyło się dalej. Ludzie zawierali małżeństwa, rodzili dzieci, budowali domy, uczyli się zawodów, cieszyli się drobnymi radościami codzienności.

Autorzy mieli świadomość, że piszą nie tylko dla współczesnych, ale również dla przyszłych pokoleń. Ta książka ma służyć jako źródło wiedzy o korzeniach rodziny dla prawnuków, praprawnuków, prapraprawnuków dzisiejszych bohaterów. Ma im przypomnieć, skąd pochodzą, jakie wartości wyznawali ich przodkowie, przez co musieli przechodzić, by kolejne pokolenia mogły żyć w wolnej Polsce.

Dlatego też książka została wzbogacona nie tylko o skany dokumentów, ale również — w wydaniu rozszerzonym — o fotografie, mapy, plany Warszawy z różnych epok, reprodukcje obrazów przedstawiających życie XIX-wiecznego miasta. Wszystko to ma pomóc czytelnikowi lepiej wyobrazić sobie świat, w którym żyli bohaterowie tej sagi.

Na koniec pragnę zachęcić czytelnika do uważnej lektury. Ta książka zasługuje na to, by czytać ją powoli, smakować każdą stronę, odkrywać szczegóły. Warto mieć pod ręką mapę Warszawy, by móc odszukać miejsca, o których mowa w tekście. Warto też notować nazwiska, tworzyć własne drzewa genealogiczne, śledzić związki rodzinne — choć książka zawiera szczegółowe zestawienia genealogiczne, osobiste zaangażowanie w odtwarzanie struktury rodziny pogłębia doświadczenie lektury.

Mam nadzieję, że ta książka przyniesie czytelnikom nie tylko wiedzę, ale również refleksję nad własnym życiem, własnymi korzeniami, własnym miejscem w wielkiej rzece pokoleń. Że pozwoli spojrzeć na historię nie jako na abstrakcyjny zbiór dat i wydarzeń, ale jako na żywą, pulsującą tkankę ludzkich losów, w której każdy z nas ma swoje miejsce.

Zapraszam do lektury. Zapraszam w podróż przez dwieście lat historii jednej rodziny i jednego miasta. Zapraszam do poznania Karola Kanto i jego potomków.

TORUŃ, 2026Rozdział 1: Warszawa — miasto nadziei i próby

MIĘDZY DWOMA ŚWIATAMI

Mroźny poranek pierwszego dnia stycznia 1800 roku witał Warszawę w całkowitej ciszy. Miasto, które jeszcze pięć lat wcześniej straciło swą państwową podmiotowość, budziło się do życia w nowej, niepewnej rzeczywistości. Pruskie garnizony stacjonujące przy głównych traktach przypominały o niedawnym rozbiorze, lecz życie — jak to życie — toczyło się dalej swoim rytmem, obojętne na wykreślone granice i złamane traktaty.

Warszawa liczyła wówczas niespełna sześćdziesiąt tysięcy mieszkańców — była to liczba znacznie mniejsza od tej, którą mogła się poszczycić w czasach świetności Augusta III, kiedy to stolica Polski tętniła życiem dworskim i magnackim. Teraz, pod pruskim zarządem, miasto przypominało raczej prowincjonalny ośrodek niż dumną metropolię niegdysiejszej Rzeczypospolitej. Ulice były wąskie i błotniste, drewniane domy przylegały do siebie niebezpiecznie ciasno, a bruk — tam gdzie w ogóle istniał — znajdował się w opłakanym stanie.

„Patrzcie państwo na ten nowy wiek!” — wykrzykiwał na Krakowskim Przedmieściu jakiś pijany szlachcic, wymachując szablą i chwiejąc się na nogach. „Co nam przyniesie? Więcej nieszczęść czy może błogosławieństwo odzyskanej wolności?”

Nikt mu nie odpowiadał. Przechodnie śpieszyli do swoich domów, opatuleni w grube futra i kontusz, jeśli było ich na to stać, lub w łachmany, jeśli los nie był dla nich łaskawym. Warszawa roku 1800 była miastem kontrastów — okazałe pałace magnackie sąsiadowały z nędznym drewnianymi chatami, w których mieszkali najbiedniejsi mieszczanie i przybysze ze wsi.

PRUSKIE RZĄDY I NADZIEJE NA ZMIANĘ

Pruska administracja, która objęła miasto po trzecim rozbiorze w 1795 roku, starała się wprowadzić porządek na wzór berliński, lecz spotykała się z biernym oporem mieszkańców. Warszawiacy, dumni ze swojej stołecznej przeszłości, z trudem przystosowywali się do nowej rzeczywistości. Pruski gubernator miasta, generał Johann von Geist, człowiek surowy i metodyczny, wprowadził szereg reform administracyjnych, które miały uporządkować chaos panujący w mieście.

„Musimy zaprowadzić ład i porządek w tym chaotycznym gnieździe!” — mawiał von Geist do swoich podwładnych podczas porannych odpraw w pałacu Brühla, który pruskie władze zarekwirowały na swoje cele administracyjne. „Te wąskie ulice, te drewniane rudery, ten brak jakiejkolwiek kanalizacji — to wszystko musi się zmienić!”

Jednak plany pruskiego gubernatora pozostawały głównie na papierze. Brak funduszy, a przede wszystkim bierna rezystancja mieszkańców, skutecznie hamowały ambitne projekty modernizacyjne. Warszawa trwała w swoim nieładzie, w swoim specyficznym połączeniu elegancji i nędzy, kultury i zacofania.

Architektura miasta w pierwszych latach XIX wieku była niezwykle zróżnicowana. Przy głównych traktach — Krakowskim Przedmieściu, Nowym Świecie, ulicy Senatorskiej — stały wspaniałe pałace magnackie, dzieła wybitnych architektów epoki stanisławowskiej: Dominika Merliniego, Szymona Bogumiła Zuga, Jakuba Fontany. Pałac Radziwiłłów, pałac Kazanowskich, pałac Paca — to były budowle godne europejskich stolic, z eleganckimi fasadami, przepięknymi wnętrzami, przylegającymi ogrodami.

Ale wystarczyło zbiec z głównego traktu w boczną uliczkę, by znaleźć się w zupełnie innym świecie. Ulica Piwna, ulica Bugaj, Rybaki — to były dzielnice nędzy, gdzie drewniane domy chyliły się ku sobie, jakby szukając wzajemnego wsparcia, gdzie błoto sięgało po kostki, a smród wylewających się ścieków odbierał dech. Tu mieszkali najbiedniejsi rzemieślnicy, pomagierzy, drobni kramarze, tu rozbrzmiewały nocami krzyki pijanych awanturników, tu panował inny porządek — porządek przetrwania.

ŻYCIE RZEMIEŚLNICZE — TRZON MIEJSKIEJ SPOŁECZNOŚCI

Jeśli mieszczaństwo warszawskie miało swój trzon, swój fundament społeczny, to byli nim rzemieślnicy zrzeszeni w cechach. System cechowy, który wykształcił się w średniowieczu, nadal funkcjonował w Warszawie początku XIX wieku, choć jego znaczenie stopniowo malało pod wpływem nowych prądów ekonomicznych płynących z Zachodu.

Cechy warszawskie — a było ich kilkadziesiąt — organizowały życie zawodowe i społeczne tysięcy mieszkańców. Cech piekarzy, rzeźników, kuśnierzy, szewców, stolarzy, krawców, złotników — każdy z nich miał swoją siedzibę, swoje statuty, swoje przywileje i obowiązki. Starszyzna cechowa dbała zazdrośnie o przestrzeganie tradycji, o zachowanie monopolu na wykonywanie określonego rzemiosła, o wykluczanie partaczy i intruzów.

„Panowie mistrzowie!” — przemawiał starszy cechu szewskiego, Walenty Kołodziejski, podczas walnego zebrania w grudniu 1802 roku w izbie cechowej przy ulicy Długiej. „Dochodzą mnie słuchy, że pewni ludzie, nieposiadający żadnych uprawnień, śmią trudnić się szewstwem w naszym mieście! To zuchwałość, która godzi w nasze odwieczne prawa! Trzeba natychmiast złożyć skargę do magistratu!”

Zebrani mistrzowie szewscy hucznym okrzykiem poparli słowa swego przywódcy. Młodszy mistrz, Jan Wojciechowski, wstał ze swojego miejsca i dodał:

„Mało tego! Widziałem na targu żyda jakiegoś, co sprzedawał buty. Buty! Jakby to był towarzysz wyuczony, jakby przeszedł należyte próby! Taki jeden to nas wszystkich do nędzy może doprowadzić swoją tandetą i niskimi cenami!”

W cechach warszawskich panowała ścisła hierarchia. Na dole drabiny społecznej znajdowali się uczniowie — chłopcy, którzy wstępowali na naukę do mistrza, zazwyczaj w wieku dwunastu, trzynastu lat. Uczęszczali na służbę do mistrza za darmo, a często jeszcze ich rodzice musieli zapłacić tzw. wpisowe. Nauka trwała od trzech do pięciu lat, w zależności od cechu. Życie ucznia było ciężkie — pracował od świtu do zmroku, wykonywał najprostsze, najbardziej żmudne czynności, często znosił srogie traktowanie ze strony mistrza i jego domowników.

„Grzegorzu! Gdzie się podziewasz, leniwcze?!” — krzyczał mistrz stolarski Antoni Rogalski do swego ucznia, szczupłego piętnastoletniego chłopaka o nieśmiałych oczach. „Przecież mówiłem ci, żebyś ogień w piecu podtrzymywał! A tu zimno jak w psiarni! Weź no tę łatę i przyłóż się porządnie, bo dostaniesz kijem po grzbiecie!”

Grzegorz Malinowski, bo tak nazywał się ów uczeń, schylił głowę i bez słowa sprzeciwu pobiegł wykonać polecenie. Pochodził z ubogiej rodziny — ojciec jego był parobkiem u jakiegoś szlachcica pod Warszawą, a matka prała i prasowała u bogatych mieszczan. Rodzice z trudem zebrali pieniądze na wpisowe do cechu stolarskiego, licząc, że syn nauczy się porządnego fachu i będzie mógł samodzielnie zarobkować.

Po latach nauki, jeśli uczeń dał się poznać jako pracowity i zdolny, przechodził do stanu czeladników — towarzyszów. Czeladnik był już wykwalifikowanym rzemieślnikiem, ale nie miał prawa prowadzić własnej pracowni. Pracował najemnie u mistrzów, wędrując często z miasta do miasta, by zdobywać doświadczenie. Tradycja wędrowania czeladniczego, choć osłabiona, nadal funkcjonowała w wielu cechach.

„Słuchajcie, co wam powiem!” — opowiadał w karczmie „Pod Złotym Lwem” przy ulicy Freta starszy czeladnik krawiecki Józef Nowak, świeżo przybyły z wędrówki po Prusach i Saksonii. „Widziałem ja takie warsztaty w Berlinie i w Dreźnie, że aż oczy bolały! Wszystko ustrojone, uporządkowane, narzędzia najlepsze, materiały ze Francji i Anglii! A u nas? Patrzcie tylko na te nasze dziury, my kroimy i szyjemy w ciemności!”

„Hej, Józefie, nie narzekaj!” — odpowiedział mu siedzący naprzeciwko Feliks Dąbrowski, również czeladnik krawiecki, ale taki, co nigdy z Warszawy nie wyjeżdżał. „U nas też można dobrze zarobić, jak się człowiek przyłoży! A poza tym, w Warszawie przynajmniej swoi ludzie, po polsku gadają, a nie jak te pruskie świnie!”

Najwyżej w hierarchii cechowej stali mistrzowie — rzemieślnicy, którzy po latach nauki i praktyki, po zdaniu odpowiednich egzaminów i wykonaniu tzw. arcydzieła cechowego, otrzymywali prawo do prowadzenia własnego warsztatu i przyjmowania uczniów. Mistrzem zostawało się najczęściej około trzydziestego roku życia, choć zdarzały się przypadki wcześniejsze lub późniejsze.

Aby zostać mistrzem, czeladnik musiał wykonać specjalne dzieło — arcydzieło, które następnie oceniała komisja złożona ze starszych mistrzów. W cechu stolarskim mogła to być kunsztownie zrobiona szafa lub stół, w cechu szewskim — para eleganckich butów, w cechu piekarskim — określona liczba bochenków chleba o wymaganej jakości. Po akceptacji arcydzieła kandydat musiał jeszcze wnieść opłatę mistrzowską, która nierzadko była bardzo wysoka, oraz wydać tzw. poczestne — uroczystą ucztę dla całego cechu.

„Panowie mistrzowie!” — przemówił w 1807 roku Tomasz Zalewski, który właśnie otrzymał tytuł mistrza ślusarskiego. „Dziękuję wam za przyjęcie mnie w wasze dostojne grono! Na dowód mojej wdzięczności zapraszam wszystkich do karczmy »Pod Białym Orłem« na ucztę, której nie powstydziliby się sami królowie!”

Zebrani mistrzowie przyjęli zaproszenie z entuzjazmem. Tego wieczoru w karczmie płynęła wódka i piwo strumieniami, na stołach nie brakowało pieczeni, kiełbas i wszelkich przysmaków, a śpiewy i wiwaty rozbrzmiewały do późnej nocy.

WARSZAWA ZA CZASÓW KSIĘSTWA WARSZAWSKIEGO

Rok 1806 przyniósł dramatyczny zwrot w dziejach Warszawy. W październiku tegoż roku wojska francuskie pod dowództwem Napoleona Bonapartego rozgromiły armię pruską pod Jeną i Auerstedt. W listopadzie do Warszawy wkroczyły oddziały francuskie na czele z generałem Joachimem Muratem. Mieszkańcy witali Francuzów jako wyzwolicieli, jako tych, którzy przywrócą Polsce niepodległość.

„Żyją Francuzy! Niech żyje Napoleon!” — krzyczał tłum zgromadzony na Krakowskim Przedmieściu, gdy przez ulice miasta przechodziły kolumny francuskich żołnierzy w niebieskich mundurach. Kobiety rzucały im kwiaty, mężczyźni wymachiwali czapkami, dzieci biegały obok kolorowych regimentów, zachwycone widowiskiem wojskowej parady.

Napoleon sam przybył do Warszawy w grudniu 1806 roku i zatrzymał się w pałacu Radziwiłłów. Cesarz Francuzów spędził w mieście kilka tygodni, podczas których poznał piękną Marię Walewską, żonę starszego szlachcica, hrabiego Anastazego Walewskiego. Romans Napoleona z Marią stał się tematem gorących dyskusji w salonach warszawskich.

„Słyszeliście? Cesarz zakochał się w naszej pięknej Marii!” — szeptały ze sobą mieszczki na targu przy placu Żelaznej Bramy. „Podobno bywa u niej co wieczór, a hrabiemu nawet się sprzeciwiać nie śmie!”

„Oj, dziewuchy, nie wszystko złoto, co się świeci!” — odpowiadała jedna ze starszych kobiet, sprzedawczyni jaj. „Co z tego, że cesarz? Mąż ma zostać mężem, a zona zoną! Taka miłość to grzech i hańba!”

W lutym 1807 roku Napoleon opuścił Warszawę, by prowadzić dalsze kampanie przeciw Prusom i Rosji. Jednakże pozostawił po sobie ślad głęboki — w lipcu 1807 roku, po zwycięskiej bitwie pod Friedlandem i podpisaniu pokoju w Tylży, utworzono Księstwo Warszawskie. Było to państwo marionetkowe, zależne od Francji, lecz dla Polaków oznaczało przywrócenie chociaż namiastki niepodległości.

Warszawa została stolicą Księstwa Warszawskiego i jako stolica zaczęła się szybko rozwijać. Król saski Fryderyk August, który został księciem warszawskim, rzadko bywał w mieście, lecz książę Józef Poniatowski, minister wojny i faktyczny dowódca wojska polskiego, nadał ton życiu stolicy.

„Teraz wreszcie pokażemy, że naród polski żyje!” — mówił książę Józef podczas jednego z oficjalnych przyjęć w 1808 roku. „Stworzymy armię, która będzie walczyć u boku Francji i odzyska dla Polski należne jej miejsce wśród narodów Europy!”

Entuzjazm pierwszych lat Księstwa był rzeczywiście wielki. Młodzież warszawska garściami wstępowała do tworzonej armii księstwa. Na ulicach można było spotkać żołnierzy w polskich mundurach, co budziło dumę i nadzieję. Organizowano bale, przedstawienia teatralne, koncerty. Życie kulturalne miasta zaczęło rozkwitać.

Teatr Narodowy, którego budowę rozpoczęto jeszcze za czasów Stanisława Augusta, teraz pod kierunkiem Wojciecha Bogusławskiego, zwanego ojcem teatru polskiego, stał się centrum życia kulturalnego Warszawy. Bogusławski wystawiał polskie sztuki, opery, balety. Jego spektakle gromadziły tłumy widzów.

„Panie Wojciechu!” — zwracał się do Bogusławskiego Julian Ursyn Niemcewicz, poeta, dramatopisarz i działacz polityczny. „Wasza praca dla polskiej sceny jest nieoceniona! To pan sprawił, że polski teatr może się równać z teatrami europejskimi!”

„Dziękuję za miłe słowa, panie Julianie” — odpowiadał Bogusławski z charakterystyczną dla siebie skromnością. „Lecz to nie ja jeden. To wszyscy ci aktorzy, muzycy, dekoratorzy, którzy pracują z poświęceniem dla polskiej sztuki. To publiczność, która wypełnia widownię i nagradza nas brawami. To nasza wspólna sprawa!”

Społeczeństwo warszawskie czasów Księstwa było głęboko podzielone społecznie. Arystokracja i bogata szlachta prowadziły wystawny tryb życia, urządzając bale, przyjęcia, polowania. Magnaci posiadali pałace w mieście i rozległe dobra ziemskie poza Warszawą. Stanisław Kostka Potocki, prezes Rady Ministrów Księstwa, był jednym z najzamożniejszych ludzi w kraju, kolekcjonerem dzieł sztuki, mecenasem artystów.

Poniżej arystokracji znajdowała się średnia szlachta oraz zamożne mieszczaństwo — kupcy, bankierzy, właściciele manufaktur. To oni stanowili rozwijającą się klasę przedsiębiorców, którzy próbowali modernizować gospodarkę kraju.

Piotr Blank, bankier pochodzenia niemieckiego, prowadził w Warszawie jeden z największych domów bankowych. Jan Schuch, właściciel manufaktury sukienniczej, zatrudniał setki robotników. Leopold Kronenberg, choć pojawił się w Warszawie nieco później, był przedstawicielem nowej generacji przedsiębiorców, którzy widzieli w mieście miejsce do robienia interesów.

„Warszawa musi się stać nowoczesnym ośrodkiem handlowym!” — przekonywał Schuch podczas zebrania Towarzystwa Przyjaciół Nauk w 1810 roku. „Musimy budować manufaktury, rozwijać rzemiosło, sprowadzać nowoczesne maszyny z Anglii i Francji! Tylko wtedy gospodarka Księstwa będzie mogła konkurować z innymi krajami!”

Jednak zdecydowana większość mieszkańców Warszawy to ludzie prości — rzemieślnicy, kramarze, służba domowa, robotnicy najemni, żebracy. Dla nich życie było ciężkie i pełne trudów. Pracowali od świtu do zmierzchu za głodowe wynagrodzenie, mieszkali w ciasnych, wilgotnych izbach, cierpieli na rozmaite choroby wynikające z niedożywienia i złych warunków higienicznych.

„Panie, zlituj się!” — błagała żebraczka siedząca przy kościele Świętego Krzyża na Krakowskim Przedmieściu. „Dajcie jałmużnę biednej wdowie! Mam troje małych dzieci, a mąż zginął w wojsku pana Napoleona!”

Przechodnie rzadko się zatrzymywali. Żebraków było w Warszawie tysiące — kaleki, starcy, sieroty, kobiety z dziećmi. Miasto nie miało skutecznego systemu opieki społecznej, a te nieliczne instytucje charytatywne, które istniały — jak Towarzystwo Dobroczynności założone przez księcia Adama Jerzego Czartoryskiego — nie były w stanie pomóc wszystkim potrzebującym.

KATASTROFA I NADZIEJE STRACONE

Rok 1812 okazał się rokiem przełomowym w dziejach Napoleona i całej Europy. W czerwcu tegoż roku wielka armia francuska, licząca ponad pół miliona żołnierzy, w tym znaczące kontyngenty polskie, przekroczyła Niemen i ruszyła na Rosję. Warszawa żyła nastrojem patriotycznego uniesienia.

„Teraz albo nigdy!” — krzyczano na ulicach. „Napoleon pobije Rosjan, a my odzyskamy dawne granice Rzeczypospolitej! Wilno, Kijów, Mińsk — wszystko wróci do Polski!”

Książę Józef Poniatowski wyruszył na czele polskich oddziałów, by walczyć w armii napoleońskiej. Warszawiacy żegnali swoich bohaterów z łzami w oczach i kwiatami w dłoniach.

Ale nadzieje te miały się okazać złudnymi. Kampania rosyjska zakończyła się katastrofą. Z gigantycznej armii, która przekroczyła Niemen, powróciło zaledwie kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy. Napoleon, pokonany, musiał wycofać się z Rosji. W 1813 roku koalicja antyfrancuska odniosła decydujące zwycięstwo w bitwie pod Lipskiem, gdzie zginął książę Józef Poniatowski, próbując przeprawić się przez rzekę Elster.

„Książę Józef nie żyje!” — rozeszła się wieść po Warszawie w październiku 1813 roku. „Nasz bohater zginął, walcząc do końca!”

Żałoba ogarnęła miasto. Książę Józef był symbolem polskiego patriotyzmu i męstwa, jego śmierć oznaczała koniec wielkich nadziei, jakie wiązano z Napoleonem.

W styczniu 1814 roku wojska rosyjskie wkroczyły do Warszawy. Księstwo Warszawskie przestało istnieć. Car Aleksander I obiecywał, że Polska zachowa pewną autonomię, lecz obietnice te miały się okazać wyłącznie pustymi słowami.

KONGRESÓWKA — POZORY SAMODZIELNOŚCI

Kongres Wiedeński, który obradował w latach 1814—1815, zadecydował o losach Europy po upadku Napoleona. Polska nie odzyskała niepodległości. Większość ziem Księstwa Warszawskiego wcielono do Rosji, tworząc tzw. Królestwo Polskie, które miało być związane unią personalną z Cesarstwem Rosyjskim. Król rosyjski był jednocześnie królem polskim.

Warszawa pozostała stolicą Królestwa Kongresowego. Car Aleksander I nadał Królestwu konstytucję, która zapewniała pewną autonomię — własny sejm, własną armię, własny system sądowy i administracyjny. Wielu Polaków przyjęło te rozwiązania z ulgą, inni z goryczą.

„Przynajmniej mamy coś” — mówili optymiści. „Konstytucję, sejm, polską armię. To lepsze niż nic!”

„To wszystko pozory!” — odpowiadali pesymiści. „Prawdziwa władza należy do cara. On nas oszukuje, daje nam pozory wolności, a tak naprawdę jesteśmy rosyjską kolonią!”

Namiestnikiem Królestwa został generał Józef Zajączek, stary żołnierz, uczestnik wojen napoleońskich. Faktyczną władzę sprawował jednak brat cara, wielki książę Konstanty Romanow, który dowodził armią Królestwa i miał ogromne wpływy.

Konstanty był postacią kontrowersyjną — despotyczny, kapryśny, brutalny wobec podwładnych, ale jednocześnie — według niektórych świadectw — mający pewne sympatie dla Polaków. Ożenił się z Polką, Joanną Grudzińską, którą uczynił księżną łowicką.

„Widzieliście wczoraj wielkiego księcia na paradzie?” — rozmawiały ze sobą służące na targu Marywilskim. „Jak wrzeszczał na żołnierzy! Strach pomyśleć, co by z nami zrobił, gdybyśmy mu nie przypadły do gustu!”

„Ale podobno żonę swoją kocha” — odpowiadała druga. „Księżna łowicka to Polka, jedna z nas. Może ona go trochę uspokoi?”

W latach 1815—1825 Warszawa przeżywała okres względnej stabilizacji. Miasto rozwijało się, chociaż powoli. Ludność wzrosła do około stu tysięcy mieszkańców. Rozpoczęto pewne prace modernizacyjne — brukowanie ulic, budowę kanalizacji, oświetlenie latarniami olejowymi głównych traktów.

Powstały nowe instytucje. W 1816 roku utworzono Uniwersytet Warszawski, który szybko stał się ważnym ośrodkiem życia intelektualnego. Rektorem został Wojciech Anzelm Szweykowski, profesor prawa. Uniwersytet miał wydziały: teologiczny, prawny, filozoficzny, medyczny.

„Panowie studenci!” — przemawiał Szweykowski podczas inauguracji roku akademickiego 1817/1818. „Oto macie przed sobą wielkie zadanie! Musicie się uczyć, zdobywać wiedzę, abyście mogli służyć ojczyźnie! Naród potrzebuje wykształconych ludzi — prawników, lekarzy, inżynierów, nauczycieli!”

Młodzież warszawska chętnie wstępowała na uniwersytet. Studenci tworzyli bractwa, towarzystwa, dyskutowali o polityce, filozofii, literaturze. Powstawały tajne organizacje patriotyczne, które marzyły o odzyskaniu pełnej niepodległości.

Jedną z takich organizacji było Towarzystwo Filomatów i Filaretów, założone w Wilnie, ale mające swoich członków również w Warszawie. Do grona filomatów należeli młodzi ludzie, którzy później mieli odegrać ważną rolę w historii polskiej kultury — Adam Mickiewicz, Jan Czeczot, Tomasz Zan.

Życie kulturalne Warszawy kwitło. Teatr Narodowy nadal działał pod kierownictwem Wojciecha Bogusławskiego, a po jego śmierci w 1814 roku — pod kierownictwem Jana Nepomucena Kamińskiego i innych. Wystawiano polskie sztuki, opery, balety. Publiczność chętnie uczęszczała na przedstawienia.

Działało Towarzystwo Przyjaciół Nauk, założone jeszcze w 1800 roku przez Stanisława Kostkę Potockiego, Jana Albertandiego i Juliana Ursyna Niemcewicza. Towarzystwo gromadzono uczonych, pisarzy, artystów, którzy zajmowali się badaniem historii, języka, kultury polskiej.

„Nasza działalność ma fundamentalne znaczenie!” — mówił Niemcewicz podczas jednego z posiedzeń Towarzystwa w 1820 roku. „Musimy badać, opisywać, zachowywać naszą historię, naszą kulturę! To jest nasz obowiązek wobec przyszłych pokoleń! Nawet jeśli teraz nie mamy niepodległego państwa, musimy zachować naszą tożsamość narodową!”

W Warszawie powstawały pierwsze czasopisma i gazety. „Pamiętnik Warszawski”, wydawany od 1809 roku przez Franciszka Ksawerego Dmochowskiego, a później przez Kazimierza Brodzińskiego, był jednym z ważniejszych periodyków literackich. „Gazeta Warszawska”, „Gazeta Korespondenta Warszawskiego” — to były gazety, które informowały o wydarzeniach w kraju i zagranicą.

Rzemiosło w Warszawie nadal było domeną cechów, choć ich monopol coraz bardziej słabł. Konkurencję stanowiły powstające manufaktury, które zatrudniały wielu robotników i produkowały towary taniej i szybciej niż tradycyjni rzemieślnicy. Mistrzowie cechowi narzekali na trudne czasy.

„Jak my mamy konkurować z tymi manufakturami?” — skarżył się starszy cechu szewskiego podczas zebrania w 1822 roku. „Oni mają dziesiątki ludzi, maszyny, materiały sprowadzone z zagranicy! My jesteśmy małymi warsztatami, nie możemy im dorównać cenami!”

„Musimy się trzymać jakości!” — odpowiadał inny mistrz. „Nasze wyroby są lepsze, trwalsze! Klient, który ceni sobie dobrą robotę, zawsze przyjdzie do nas, a nie do jakiejś manufaktury!”

Ale rzeczywistość była brutalna. Coraz więcej klientów wybierało tańsze towary z manufaktur, a tradycyjne warsztaty cechowe traciły zlecenia. Niektóre cechy próbowały się dostosować, wprowadzając pewne nowości, ale większość trwała kurczowo przy starych zwyczajach, nie mogąc lub nie chcąc się zmienić.

Życie społeczne Warszawy lat 1815—1825 było głęboko rozwarstwione. Na szczycie społecznej drabiny znajdowała się arystokracja — magnaci, bogaci szlachcice, wysocy urzędnicy. Oni mieszkali w pałacach, urządzali bale i przyjęcia, jeździli karetami zaprzężonymi w konie pełnej krwi.

„Czy słyszałeś o balu u hrabiego Potockiego?” — pytał jeden kawaler drugiego w salonach przy Krakowskim Przedmieściu. „Podobno było ponad trzysta osób, orkiestra grała do rana, a kolacja jak na królewskim dworze!”

„Ach, gdybym tylko miał zaproszenie!” — wzdychał drugi. „Ale ja jestem zbyt małą rybką, by hrabia raczył mnie zauważyć!”

Poniżej arystokracji znajdowała się klasa średnia — kupcy, bankierzy, przedsiębiorcy, wyżsi urzędnicy, profesorowie uniwersyteccy, prawnicy, lekarze. To oni stanowili kręgosłup ekonomiczny i intelektualny miasta. Żyli skromniej niż arystokracja, ale znacznie lepiej niż biedota miejska.

Franciszek Szaniawski, kupiec sukienniczy, posiadał sklep przy ulicy Długiej i mały majątek ziemski pod Warszawą. Mieszkał z rodziną w wygodnej kamienicy, zatrudniał służbę, posyłał dzieci do dobrych szkół.

„Życie jest dobre dla tych, co pracują uczciwie i z głową” — mawiał Szaniawski do swojego syna Ignacego, którego przygotowywał do przejęcia interesu. „Pamiętaj, synu — uczciwa praca i oszczędność to podstawy powodzenia. Nie trwoń pieniędzy na głupstwa, nie pij, nie hazarduj, a będziesz miał dostatek!”

Zdecydowana większość mieszkańców Warszawy to ludzie prości — rzemieślnicy, kramarze, służba, robotnicy, chłopi ze wsi, którzy przybywali do miasta w poszukiwaniu zarobku. Dla nich życie było ciężkie. Pracowali długo i ciężko, zarabiali niewiele, mieszkali w ciasnych, często wilgotnych i ciemnych pomieszczeniach.

Antonina Kowalska, służąca w domu bogatego kupca, wstawała o piątej rano i pracowała do późnego wieczora. Sprzątała, gotowała, prała, prasowała, opiekowała się dziećmi. Zarabiała kilka złotych miesięcznie, mieszkała w małej komorze na poddaszu, jadła resztki z pańskiego stołu.

„Ciężko, ale trzeba wytrzymać” — mówiła do koleżanki, również służącej. „Przynajmniej mam dach nad głową i coś do jedzenia. W wiosce było jeszcze gorzej — tam to prawdziwa nędza!”

Warszawa lat 1815—1825 była miastem kontrastów. Obok wspaniałych pałaców stały drewniane ruderki. Obok eleganckich dam w jedwabnych sukniach szli żebracy w łachmanach. Obok karety magnackiej brnął przez błoto parobek prowadzący wóz z sianem. To wszystko było Warszawą — miastem nadziei i rozczarowań, miastem, które przetrwało rozbiory i wojny, miastem, które nie poddało się.

CODZIENNOŚĆ WARSZAWSKA

Jak wyglądał zwykły dzień w Warszawie roku 1825? O świcie, gdy pierwsze promienie słońca rozjaśniały niebo, miasto budziło się do życia. Z kominów zaczynał się unosić dym — gospodynie rozpalały ogień w piecach, by przygotować śniadanie. Ulice powoli zapełniały się ludźmi — rzemieślnicy szli do swoich warsztatów, służba spieszyła do pracy w bogatych domach, tragarze uwijali się wokół wozów przywożących towary na targi.

Warszawskie targi — na placu Żelaznej Bramy, na Marywilu, na Grzybowie — były miejscami tętniącymi życiem. Handlarze wykrzykiwali nazwy swoich towarów, klienci targowali się o ceny, dzieci biegały między straganami, złodzieje wypatrywali okazji do kradzieży.

„Kupujcie, kupujcie świeże jajka!” — krzyczała baba z Pragi, rozłożywszy swoje towary na grubym płótnie. „Jajka od moich kur, najlepsze w całej Warszawie!”

„A co za cena?” — pytała jakaś mieszczka, przyglądając się towarowi.

„Pięć groszy za tuzin!”

„Za dużo! Dam trzy grosze!”

„Trzy?! Pani co, chce mnie do nędzy doprowadzić? Cztery, i ani grosza mniej!”

„No dobrze, cztery. Ale niech pani dorzuci jeszcze parę jaj, bo są małe!”

Handel, targowanie się, krzyki, śmiechy — to wszystko było nieodłączną częścią warszawskiej codzienności.

O południu ulice znów zapełniały się. Urzędnicy wychodzili na obiad do karczem i restauracji. Studenci uniwersyteccy gromadzili się w kawiarniach, gdzie dyskutowali o polityce, literaturze, filozofii. Służba biegała po sprawunki dla swoich panów.

Wieczorem Warszawa zmieniała twarz. Główne trakt, oświetlone latarniami olejowymi, zapełniały się elegancką publicznością — szlachtą, oficerami, bogatymi kupcami. Jedni szli do teatru, inni do restauracji, jeszcze inni na prywatne przyjęcia.

W bocznych uliczkach, gdzie latarnie były rzadkością, panował mrok przerywany tylko światłem wydobywającym się z okien. Tu, po zmroku, lepiej było nie zapuszczać się samotnie — grasowały bandy złodziei, pijanych awanturników, ludzi, którzy nie mieli nic do stracenia.

„Hej, kolego, masz może parę groszy dla biedaka?” — zagadywał jakiś oberwaniec, wyłaniając się z cienia.

Mądry przechodzeń przyspieszał kroku i mocniej zaciskał dłoń na kiju, który niósł dla samoobrony.

Warszawa roku 1825 była miastem pełnym życia, miasta, które przetrwało zawieruchy dziejowe i patrzyło w przyszłość z nadzieją, choć też z niepokojem. Nikt wówczas nie wiedział, że zaledwie pięć lat później wybuchnie powstanie, które znów zmieni losy miasta i jego mieszkańców. Nikt nie przypuszczał, że Warszawa będzie jeszcze świadkiem tylu dramatycznych wydarzeń — powstań, wojen, okupacji, zniszczeń i odbudowy.

Ale to wszystko było jeszcze przyszłością. Roku 1825 Warszawa żyła swoim rytmem — rytmem pracy, handlu, modlitwy, rozrywki. Rzemieślnicy w swoich warsztatach wyrabiali buty, stoły, szafy, chleb. Kupcy w swoich sklepach sprzedawali sukno, jedwabie, przyprawy. Studenci na uniwersytecie chłonęli wiedzę. Aktorzy w teatrze grali sztuki, które wzruszały i bawiły publiczność.

A gdzieś w tym wielkim, głośnym, różnorodnym mieście, wśród tysięcy jego mieszkańców, żyli także ci, których potomkowie mieli odegrać ważną rolę w nadchodzących dziesięcioleciach. Żyli rzemieślnicy, których synowie staną się kupcami. Żyli urzędnicy, których córki wyjdą za mąż za przemysłowców. Żyli ludzie prości i nieznani, ale to właśnie z nich, z ich wysiłków, z ich marzeń i nadziei, składała się prawdziwa historia Warszawy.

To właśnie w tym mieście, w tych ulicach, w tych warsztatach, sklepach i domach, rozegra się historia rodu Karola Kanto — historia, która rozpocznie się wkrótce, wraz z nadchodzącymi latami, wraz z nowymi nadziejami i nowymi wyzwaniami. Ale to już będzie przedmiot kolejnych rozdziałów tej opowieści.

Słońce zachodziło nad Wisłą, rzucając złote refleksy na wodę. Nad miastem unosiły się kłęby dymu z tysięcy kominów. Warszawa zasypiała, by nazajutrz znów się obudzić i kontynuować swoje nieuchronne trwanie — trwanie, które nie zależało od woli carów, królów czy cesarzy, ale od tej głębokiej, nieuchwytnej siły, jaką stanowił duch samego miasta i jego mieszkańców.Rozdział 5: Dzieci Romana i Marianny

POKOLENIE WARSZAWSKICH RZEMIEŚLNIKÓW

RODZINA PRZY ULICY GĘSIEJ

Lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte XIX wieku były dla Romana Kanto i jego żony Marianny Wachowskiej czasem intensywnej pracy i rodzicielskich trosk. W ich małym mieszkaniu przy ulicy Gęsiej, w sercu żydowskiej dzielnicy Warszawy, rodziły się kolejne dzieci — każde z nich przynosiło radość, ale i dodatkowe obciążenie dla skromnego budżetu rodziny lakiernika.

Roman wracał do domu zmęczony po całym dniu pracy w warsztacie lakierniczym, z ubraniem przesiąkniętym ostrym zapachem terpentyny i lakieru. Marianna czekała na niego z kolacją — najczęściej skromną: chleb, czasem trochę sera lub kiełbasy, rzadziej coś ciepłego. Dzieci kręciły się wokół stołu, głośno domagając się uwagi ojca.

„Tatusiu, tatusiu, popatrz, co narysowałem!” — krzyczał jeden z synów, pokazując kartkę z bazgrołami.

„Bardzo ładnie, synku” — odpowiadał Roman, głaszcząc chłopca po głowie, choć oczy miał zmęczone, a w głowie roiło się od trosk o jutrzejszy dzień.

Marianna nosiła w sobie kolejne dziecko prawie co dwa lata. Każda ciąża była trudem — jej delikatne zdrowie nie było przystosowane do takiego obciążenia. Po każdym porodzie wyglądała jeszcze bladziej, jeszcze szczuplejsza, jakby życie powoli z niej uciekało.

„Marianno, może tym razem powinna odpocząć?” — mówił Roman z troską.

„Jak mam odpoczywać, Romanie? Dzieci potrzebują opieki, dom sam się nie utrzyma. A poza tym — Bóg dał, Bóg da siłę wynieść.”

Karol Kanto, akt chrztu Warszawa św. Jan 1852/696
KAROL — PIERWORODNY SYN, NADZIEJA RODZINY

Pierwsze dziecko Romana i Marianny przyszło na świat dwudziestego pierwszego października 1852 roku. Był to syn, którego nazwali Karol — na cześć dziadka, Karola Kanto, włoskiego przybysza, który założył ród w Warszawie.

„Będzie nosił imię mojego ojca” — powiedział Roman z dumą, trzymając niemowlę w ramionach. „Może odziedziczy jego przedsiębiorczość, może będzie miał lepsze życie niż ja.”

Chrzest odbył się drugiego listopada tego samego roku w kościele Świętego Jana. Rodzicami chrzestnymi byli Jan Nikofor i Józefa Karzbowska — sąsiedzi z kamienicy przy Gęsiej, ludzie prości, ale dobrzy, którzy obiecali troszczyć się o chłopca, gdyby rodzicom coś się stało.

„Obiecujecie wychować tego chłopca w wierze katolickiej i dbać o jego zbawienie?” — pytał ksiądz podczas ceremonii.

Katarzyna Marianna Kanton, chrzest Warszawa Nawiedzenie NMP, akt 1854/823
„Obiecujemy” — odpowiadali chrzestni, trzymając małego Karola opatulonego w białe płótno.

Mały Karol był dzieckiem żywym i ciekawym świata. Ledwo nauczył się chodzić, już włóczył się po podwórzu kamienicy, zaglądając do wszystkich zakamarków, brudząc się w błocie, zaczepiając sąsiadów.

Stefan Kanton, akt zgonu Warszawa Nawiedzenie NMP 1858/207
„Pani Marianno, pani syn znowu grzebie w moich skrzyniach!” — skarżyła się Nepomucena Gerszykiewicz, szwaczka z sąsiedztwa.

„Karolek! Chodź tu natychmiast!” — krzyczała Marianna, wychodząc na podwórze. „Ile razy mam ci mówić, żebyś nie chodził do cudzych rzeczy!”

Ale chłopiec miał w sobie coś z dziadka Karola — ciekawość, przedsiębiorczość, jakąś wewnętrzną siłę. Gdy dorósł, nauczył się czytać i pisać — co w rodzinie rzemieślniczej było osiągnięciem niemałym. Roman, choć sam ledwo znał litery, starał się zapewnić synowi wykształcenie.

„Karol pójdzie do szkoły parafialnej” — oznajmił Mariannie. „Będzie umiał więcej niż ja. Może zostanie urzędnikiem albo nauczycielem, nie będzie musiał pracować rękami jak ojciec.”

Ale los miał dla Karola inne plany. O tym jednak powiemy później, gdy dojdziemy do historii jego małżeństw.

KATARZYNA MARIANNA — DRUGIE DZIECKO

Katarzyna urodziła się 24 listopada 1854 roku. Żyła tylko trzy lata. Zmarła piątego grudnia 1857 roku w Warszawie.

Marcella Marianna Kanton, akt chrztu Warszawa-Praga MB Loretańska, 1860/377
STEFAN — KRÓTKIE ŻYCIE

Stefan przyszedł na świat drugiego września 1857 roku, a zmarł klika miesięcy później — 25 lutego 1858 roku.

MARCELLA MARIANNA — ŚMIERĆ DZIEWIĘTNASTOLATKI

Urodzona 23 października 1860 roku, odeszła z tego świata 17 stycznia 1880. Ale zanim to nastąpiło, jeszcze dwoje dzieci Romana zmarło we wczesnym dzieciństwie.

Ludwik Kanto, akt chrztu Warszawa-Praga MB Loretańska, 1863/325
LUDWIK — ŻYŁ DWA TYGODNIE

Życie Ludwika było jak błysk iskry z popielnika. Urodzony piątego sierpnia 1863, zmarł po szesnastu dniach.

MARIANNA JÓZEFA — KLĄTWA TRWA

Marianna, urodzona 4 sierpnia 1865 roku, dożyła zaledwie do dnia 24 września.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że nad życiem Romana i jego małżonki zawisło jakieś fatum. Tylko dwoje jego dzieci — Karol i Marcella Marianna dożyło wieku dojrzałego. Akty metrykalne zgonów nie ujawniają przyczyn zejścia. Nie wiadomo, czy przyczyną był konflikt serologiczny, czy choroby bakteryjne lub wirusowe. Ta sprawa czeka na swoje wyjaśnienie, chociaż szanse na to są niewielkie.

mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij