Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Rodzina z domu obok - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
22 września 2026
3499 pkt
punktów Virtualo

Rodzina z domu obok - ebook

14 stycznia 2018 roku siedemnastoletnia dziewczyna wydostała się przez okno rodzinnego domu w Perris w Kalifornii i drżącymi palcami wybrała numer alarmowy 911. Próbując zachować spokój, powiedziała dyspozytorowi, że ona i jej dwanaścioro rodzeństwa w wieku od dwóch do dwudziestu dziewięciu lat są maltretowani przez rodziców. Kiedy poproszono ją o podanie adresu, zawahała się. „Nigdy nie wychodziłam z domu”, wyjąkała.
W oczach krewnych, sąsiadów i internetowych znajomych Louise i David Turpinowie byli uosobieniem rodzinnego szczęścia. Ubierali dzieci w jednakowe stroje, kupowali im drogie prezenty i chętnie dzielili się zdjęciami szczęśliwej rodziny. Jednak to, co policjanci odkryli po wejściu do ich domu, okazało się jednym z najbardziej wstrząsających przypadków znęcania się nad dziećmi w historii Stanów Zjednoczonych.
W pierwszej obszernej książce poświęconej tej sprawie dziennikarz śledczy i autor John Glatt odsłania przerażające szczegóły życia rodziny Turpinów, a zarazem opowiada o niezwykłej odwadze trzynaściorga rodzeństwa, które przez lata mierzyło się z niewyobrażalnym koszmarem.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura faktu
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9789181538052
Rozmiar pliku: 4,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WSTĘP

Strasz­liwe czyny, któ­rych do­pu­ścili się Da­vid i Lo­uise Tur­pi­no­wie wo­bec trzy­na­ściorga swo­ich dzieci, i za które po­sta­wiono im za­rzuty, bu­dzą ogólne prze­ra­że­nie. Kiedy pro­ku­ra­tor okrę­gowy hrab­stwa Ri­ver­side Mike He­strin po raz pierw­szy na kon­fe­ren­cji pra­so­wej po­wia­do­mił o de­pra­wa­cji, do któ­rej po­su­nęła się owa para, dech w pier­siach za­parło na­wet naj­bar­dziej za­twar­dzia­łym dzien­ni­ka­rzom.

Tur­pi­no­wie, któ­rzy ka­zali swoim dzie­ciom zwra­cać się do sie­bie „Matko” i „Oj­cze”, naj­wy­raź­niej nie uświa­da­miali so­bie wiel­ko­ści ura­zów psy­chicz­nych i fi­zycz­nych, które za­da­wali. Zgod­nie z do­ku­men­ta­cją sprawy Lo­uise fi­zycz­nie mal­tre­to­wała dzieci i przy­ku­wała je do łó­żek na całe mie­siące. Kiedy one cier­piały z głodu, ko­bieta wraz z Da­vi­dem ja­dała w do­brych re­stau­ra­cjach.

Mimo że Lo­uise wy­cho­wy­wała się w spo­łecz­no­ści Ko­ścioła zie­lo­no­świąt­kow­ców, wciąż po­zo­staje ta­jem­nicą, w jaki spo­sób na­uki wspól­noty mo­gły pchnąć ją w ra­miona obłędu. Naj­bar­dziej prze­ra­ża­jący jest fakt, że Tur­pi­no­wie przez cały ten czas się nie wy­chy­lali, miesz­kali w przy­zwo­itej dziel­nicy oto­czeni tak samo przy­zwo­itymi są­sia­dami. Nikt ni­gdy nie zgło­sił ni­czego nie­po­ko­ją­cego.

Da­vid Tur­pin zło­żył ofi­cjal­nie do­ku­menty do De­par­ta­mentu Edu­ka­cji Ka­li­for­nii, aby móc pro­wa­dzić za­ję­cia szkolne w domu. Ża­den z przed­sta­wi­cieli or­ga­nów wła­dzy ni­gdy jed­nak nie spraw­dził, czy ów sa­mo­zwań­czy na­uczy­ciel rze­czy­wi­ście zaj­muje się na­uką do­mową.

Kil­ka­na­ście lat temu na­pi­sa­łem książkę Sprawa Jo­sefa Frit­zla, prze­ra­ża­jącą opo­wieść o au­striac­kim po­two­rze, który wię­ził swoją córkę Eli­za­beth przez po­nad dwa­dzie­ścia lat. W tym cza­sie córka uro­dziła mu sied­mioro dzieci. W 2010 roku w książce Lost and Fo­und opi­sa­łem, jak Phil­lip Gar­rido i jego żona Nancy po­rwali je­de­na­sto­let­nią Jay­cee Lee Du­gard i prze­trzy­my­wali ją przez osiem­na­ście lat w An­tioch w Ka­li­for­nii, nie da­lej niż czter­dzie­ści ki­lo­me­trów od peł­nego cier­pie­nia domu Tur­pi­nów.

Na­stęp­nie w 2013 roku w re­por­tażu Za­gi­nione dziew­czyny, opi­sa­łem tak zwane po­rwa­nia z Cle­ve­land, gdzie nie­jaki Ariel Ca­stro upro­wa­dził z ulicy trzy dziew­czynki i zmie­nił je w sek­su­alne nie­wol­nice na po­nad dzie­sięć lat. Po­dob­nie jak Jor­dan Tur­pin pięć lat póź­niej, Amanda Berry za­ry­zy­ko­wała ży­ciem, ucie­ka­jąc, by we­zwać po­moc i ura­to­wać po­zo­stałe dziew­częta.

Za­ło­ży­ciel In­sty­tutu Ba­dań nad Sek­tami Rick Ross po­wie­dział mi kie­dyś: „Kto wie, z iloma tego typu przy­pad­kami mamy do czy­nie­nia w Sta­nach Zjed­no­czo­nych? Wbrew po­zo­rom ta­kie sprawy nie są rzad­kie, ale do­wia­du­jemy się o nich do­piero wtedy, gdy wy­da­rzy się coś strasz­nego”.

Ni­niej­sza książka jest owo­cem wie­lo­mie­sięcz­nych ba­dań nad ży­ciem Da­vida i Lo­uise Tur­pi­nów. Pracę nad nią roz­po­czą­łem w Prin­ce­ton w Wir­gi­nii Za­chod­niej, po­dą­ża­jąc ich śla­dami od sa­mego po­czątku. Na­stęp­nie uda­łem się za nimi na Za­chód do Fort Worth i Rio Vi­sta w Tek­sa­sie, gdzie prze­by­wali z pra­wie całą gro­madką swo­ich dzieci. Osta­tecz­nie osie­dli w Per­ris w Ka­li­for­nii.PRO­LOG

Około go­dziny 5:30 nad ra­nem, w chłodny, nie­dzielny po­ra­nek sie­dem­na­sto­let­nia Jor­dan Tur­pin i jej trzy­na­sto­let­nia sio­stra Jo­linda wy­mknęły się na dwór przez okno sy­pialni na par­te­rze. Kiedy prze­cho­dziły na pal­cach przez po­dwó­rze w kie­runku Muir Wo­ods Road w Per­ris w Ka­li­for­nii, na ze­wnątrz wciąż pa­no­wał mrok.

Oba­wia­jące się o swoje ży­cie dwie za­błą­kane dziew­czynki mi­nęły domy są­sia­dów i skrę­ciły w Pre­si­dio Lane. Nie­spo­dzie­wa­nie mała Jo­linda stra­ciła pew­ność sie­bie i nie zna­la­zła w so­bie tyle od­wagi, żeby pójść da­lej. Ucie­kła z po­wro­tem do domu i przez okno wró­ciła do sy­pialni. Jor­dan zo­stała sama.

Od mo­mentu prze­pro­wadzki do Per­ris, trzy i pół roku wcze­śniej, Jor­dan rzadko prze­by­wała na ze­wnątrz i nie znała naj­bliż­szej oko­licy. Wraz z dwa­na­ścior­giem ro­dzeń­stwa przez całe swoje ży­cie była w domu więź­niem. Straż­ni­kami wię­zien­nymi byli dla nich ro­dzice, któ­rzy utrzy­my­wali dys­cy­plinę w domu, sto­su­jąc wo­bec swo­ich „po­ciech” tor­tury i prze­moc.

Dzieci wal­czyły z po­twor­nym gło­dem, po­zwa­lano im na tylko jedną ką­piel w ciągu roku, mu­siały no­sić mie­sią­cami te same cuch­nące ubra­nia. Choć ofi­cjal­nie pod­le­gali do­mo­wemu obo­wiąz­kowi szkol­nemu, wiele spo­śród ro­dzeń­stwa Jor­dan w wieku od dwóch do dwu­dzie­stu dzie­wię­ciu lat le­d­wie uzy­skało edu­ka­cję na po­zio­mie pierw­szej klasy pod­sta­wówki i dys­po­no­wało tylko ele­men­tar­nymi umie­jęt­no­ściami.

Jor­dan pla­no­wała swoją ucieczkę od po­nad dwóch lat. Kilka mie­sięcy wcze­śniej Oj­ciec, który pra­co­wał na sta­no­wi­sku in­ży­niera, zo­stał prze­nie­siony do Okla­homy. W stycz­niu 2018 roku ro­dzina była już spa­ko­wana i go­towa do prze­pro­wadzki. Dziew­czyna uznała, że lep­szej oka­zji już nie bę­dzie. W końcu udało się jej zna­leźć nie­zbędny sprzęt do re­ali­za­cji planu: stary, nie­ak­tywny te­le­fon ko­mór­kowy, który kie­dyś dał jej brat. Na­sto­latka usły­szała nie­gdyś o moż­li­wo­ści we­zwa­nia po­mocy z ze­wnątrz. Mo­dliła się, żeby urzą­dze­nie wciąż było w sta­nie na­wią­zać po­łą­cze­nie ze służ­bami ra­tun­ko­wymi.

O 5:51, drżąc ze stra­chu, Jor­dan wy­brała nu­mer 911 i skon­tak­to­wała się ze świa­tem ze­wnętrz­nym.

Po­ło­żone sto dzie­sięć ki­lo­me­trów na po­łu­dniowy wschód od Los An­ge­les mia­steczko Per­ris sły­nie ze swo­jej ro­dzin­nej spo­łecz­no­ści, a także z do­stępu do do­brych szkół i bez­piecz­nych ulic. Muir Wo­ods Road to ulica oto­czona rzę­dami do­mów z wy­pie­lę­gno­wa­nymi traw­ni­kami peł­nymi kra­snali ogro­do­wych. Ich miesz­kańcy wprost puchną z dumy na myśl, że mogą miesz­kać w ta­kim miej­scu.

Nie­ru­cho­mość ozna­czona nu­me­rem 160 nie róż­niła się ab­so­lut­nie ni­czym od po­zo­sta­łych bu­dyn­ków w są­siedz­twie. Był to wów­czas ide­alny dom w no­wej, mod­nej dziel­nicy Mo­nu­ment Park, kiedy Da­vid i Lo­uise Tur­pi­no­wie wraz z ich dwa­na­ścior­giem dzieci przy­je­chali tam po raz pierw­szy w maju 2014 roku. Byli jedną z pierw­szych ro­dzin, które wpro­wa­dziły się do tej oko­licy.

Przez na­stępne cztery lata Tur­pi­no­wie rzadko wy­cho­dzili z domu, nie li­cząc wy­pa­dów po od­biór poczty z lo­kal­nej skrzynki. Trzy­mali się ra­czej na ubo­czu.

– Nikt nie wie­dział, że mają dwa­na­ścioro dzieci – po­wie­działa Lind­say Ga­tlin miesz­ka­jąca kilka nu­me­rów da­lej. – My­śla­łam, że jedno, góra dwoje.

Pięć­dzie­się­cio­sied­mio­letni Da­vid Tur­pin w isto­cie wy­róż­niał się na tle po­zo­sta­łych miesz­kań­ców ze swo­imi far­bo­wa­nymi blond wło­sami w stylu Ka­pi­tana Kan­ga­roo. Są­sie­dzi wie­dzieli, że pra­co­wał jako in­ży­nier lot­nic­twa w Nor­th­rop Grum­man oraz że za­ra­biał rocz­nie sze­ścio­cy­frową kwotę. Świad­czyła o tym lśniąca flota, skła­da­jąca się z trzech sa­mo­cho­dów i pięt­na­sto­oso­bo­wego busa na pod­jeź­dzie.

Za za­mknię­tymi drzwiami ist­niał jed­nak zu­peł­nie inny świat. Da­vid i jego czter­dzie­sto­dzie­wię­cio­let­nia żona Lo­uise zmie­nili dom w brudny, cuch­nący loch, w któ­rym prze­trzy­my­wali swoje dzieci. Na­le­gali, żeby zwra­cano się do nich per „Matko” i „Oj­cze”, jak w bi­blij­nych cza­sach.

Dzie­ciom przy­słu­gi­wał je­den po­kój na cztery osoby. Były po­waż­nie nie­do­ży­wione, czę­sto bite i przy­pi­nane łań­cu­chami do me­bli, cza­sami na całe mie­siące. Czyn­no­ści pod­le­ga­jące ka­rze obej­mo­wały my­cie się po­wy­żej nad­garst­ków (tak zwana za­bawa wodą), kra­dzież je­dze­nia, ba­wie­nie się za­baw­kami czy na­wet wy­glą­da­nie na ze­wnątrz przez ża­lu­zje.

Dzieci żyły w świe­cie mroku, śpiąc w trak­cie dnia i czu­wa­jąc w nocy. Ich je­dyny po­si­łek w ciągu dnia był za­wsze taki sam. Skła­dał się z ka­na­pek z ma­słem orze­cho­wym lub kieł­basą oraz bur­rito. Naj­star­sza z ro­dzeń­stwa, do­bie­ga­jąca trzy­dziestki Jen­ni­fer, wa­żyła za­le­d­wie trzy­dzie­ści sześć ki­lo­gra­mów.

Na święta Bo­żego Na­ro­dze­nia dwu­dzie­sto­pię­cio­letni Jo­shua do­stał nowy te­le­fon ko­mór­kowy, co spra­wiło, że swój stary, już nie­ak­tywny, od­dał swo­jej sio­strze Jor­dan. Przy­ja­ciółka, z którą dziew­czyna roz­ma­wiała przez in­ter­net, po­wie­działa jej, że mimo tego może za­dzwo­nić na nu­mer alar­mowy.

Aby udo­wod­nić okru­cień­stwo, które miało miej­sce w domu, Jor­dan w ta­jem­nicy zro­biła te­le­fo­nem dwa zdję­cia swo­ich młod­szych sio­strzy­czek przy­ku­tych do łó­żek i sie­dzą­cych we wła­snych od­cho­dach. Za­brała rów­nież ka­wa­łek ko­perty z na­dru­ko­wa­nym ad­re­sem ich domu, po­nie­waż go nie znała.

– 911, w czym mogę po­móc? – za­py­tała ope­ra­torka nu­meru alar­mo­wego Kelly Ec­kley.

– Pro­szę po­słu­chać – po­wie­działa Jor­dan, le­d­wie ła­piąc dech z wra­że­nia. – Miesz­kam z pięt­na­sto­oso­bową ro­dziną, a ro­dzice sto­sują wo­bec nas prze­moc. Ro­bią nam krzywdę, a moje dwie młod­sze sio­stry są w tej chwili przy­kute łań­cu­chami. Za­ku­wają nas w nie za każ­dym ra­zem, kiedy za­cho­wamy się nie­wła­ści­wie.

Wy­so­kim gło­sem dziecka Jor­dan opo­wie­działa ko­bie­cie, że nie mo­gła już dłu­żej słu­chać, jak jej sio­strzyczki pła­czą przez całą noc z bólu, cia­sno przy­kute przez ro­dzi­ców do łó­żek.

– Bu­dzą się w nocy, za­czy­nają pła­kać i pro­szą mnie, że­bym ko­goś we­zwała – do­dała. – Chcia­łam za­dzwo­nić do was wszyst­kich i pro­sić o po­moc dla mo­ich sióstr.

Wstrzą­śnięta ope­ra­torka, która za­ło­żyła, że ma na li­nii małe dziecko, za­py­tała ją o na­zwi­sko.

– T-U-R-P-E-N – prze­li­te­ro­wała Jor­dan, po­peł­nia­jąc przy tym błąd.

Za­py­tana o ad­res, dziew­czyna od­czy­tała liczby z za­bra­nego skrawka ko­perty: 925707774, kod pocz­towy oraz trzy­cy­frowy nu­mer ozna­cza­jący ich kon­kretny dom.

Ec­kley za­py­tała ją, czy prze­bywa w po­bliżu domu.

– Chyba tak – od­parła. – Ni­gdy stam­tąd nie wy­cho­dzi­łam. Nie­czę­sto mam taką oka­zję, więc nie wiem nic na te­mat ulic czy cze­go­kol­wiek.

Przez na­stępne dwa­dzie­ścia mi­nut Jor­dan spo­koj­nie opi­sy­wała nie­ludz­kie okru­cień­stwo, któ­rego do­pu­ścili się wzglę­dem nich ro­dzice.

– Mój tata ma chyba broń – po­wie­działa w pew­nym mo­men­cie, do­da­jąc, że jej nie wi­działa, ale sły­szała, jak ro­dzice o niej roz­ma­wiali.

Kiedy ope­ra­torka spy­tała, czy dzieci cho­dzą do szkoły, Jor­dan za­prze­czyła.

– Na­sza matka mówi lu­dziom, że mamy pry­watne na­ucza­nie w domu – wy­ja­śniła. – Ale tak na­prawdę wcale się nie uczymy. Nie skoń­czy­łam pierw­szej klasy, a mam sie­dem­na­ście lat.

Ec­kley za­py­tała, czy w domu są do­stępne ja­kie­kol­wiek me­dy­ka­menty. Jor­dan od­po­wie­działa jej, że nie ma po­ję­cia, co to są me­dy­ka­menty.

Prze­ra­żona tym wszyst­kim, co usły­szała, Ec­kley spy­tała o miej­sce, w któ­rym prze­bywa jej matka, ale Jor­dan wy­ja­śniła, że nie wie zbyt wiele na jej te­mat.

– Ona nas nie lubi – oznaj­miła drżą­cym gło­sem. – W ogóle nie spę­dza z nami czasu. Zaj­muje się tylko sobą. Moja matka je­dy­nie daje nam je­dze­nie, ale ni­gdy nie roz­ma­wiamy.

Po­dała wiek swo­jego ro­dzeń­stwa, do­da­jąc przy tym, że je­dyne dziecko, któ­rym matka się zaj­muje to dwu­latka.

Jor­dan po­wie­działa ope­ra­torce, że w domu jest taki ba­ła­gan, że kiedy się bu­dzi, trudno jest jej od­dy­chać z po­wodu smrodu. Chcąc zła­pać odro­binę świe­żego po­wie­trza, uchyla okno, choć ry­zy­kuje tym po­bi­cie, gdyby zo­stała przy­ła­pana.

– W ogóle się nie ką­piemy – wy­ja­śniła rze­czowo Jor­dan. – Nie wiem, czy nie po­win­ni­śmy pójść do le­ka­rza.

Za­py­tana o to, kiedy ką­pała się po raz ostatni, dziew­czyna za­wa­hała się.

– Ech, nie wiem – od­parła. – Pra­wie rok temu. Cza­sami czuję się taka brudna, że myję twarz i włosy w zle­wie.

Jor­dan wy­ja­śniła ope­ra­torce, że jej ro­dzeń­stwo zo­stało uwię­zione w domu przez Matkę i Ojca.

– Oni nie po­zwa­lają się nam wy­pro­wa­dzić – do­dała. – Nie­któ­rzy z nas są go­towi pod­jąć pracę, ale usły­sze­li­śmy, że nie ma na to żad­nych szans.

Po za­koń­cze­niu roz­mowy na nu­me­rze alar­mo­wym funk­cjo­na­riu­sze z Biura Sze­ryfa w hrab­stwie Ri­ver­side po­spiesz­nie udali się na miej­sce, gdzie cze­kała już na nich po­li­cja z De­par­ta­mentu Po­li­cji w Per­ris.

Kiedy zo­ba­czyli po raz pierw­szy Jor­dan, po­my­śleli, że mają do czy­nie­nia z dzie­się­cio­latką. Na­wet do­świad­czeni stróże prawa byli wstrzą­śnięci, czu­jąc od niej fe­tor i wi­dząc war­stwę czar­nego brudu na jej skó­rze. Kiedy po­ka­zała im zdję­cia z te­le­fonu ko­mór­ko­wego przed­sta­wia­jące jej dwie przy­kute do łó­żek sio­stry, bez wa­ha­nia po­je­chali pro­sto na Muir Wo­ods Road pod nu­mer 160.

Kiedy Lo­uise Tur­pin usły­szała gło­śne pu­ka­nie do drzwi i zo­ba­czyła mi­ga­jące świa­tła po­li­cyj­nych ra­dio­wo­zów, na­tych­miast na­ka­zała roz­kuć obie dziew­czynki. Star­sza sio­stra po­bie­gła do ich sy­pialni, otwo­rzyła kłódki i wrzu­ciła łań­cu­chy do szafy.

Je­de­na­sto­let­nia Ju­lissa, która była przy­kuta do łóżka, po­wie­działa póź­niej śled­czym, że kiedy usły­szała pu­ka­nie i zo­ba­czyła bły­ska­jące świa­tła, na­tych­miast po­my­ślała, że Jor­dan się po­wio­dło i że wkrótce będą wolne.

Kiedy w końcu zo­stały otwarte drzwi wej­ściowe, funk­cjo­na­riu­sze wpa­dli do środka. Odór był przy­tła­cza­jący, w ogóle nie byli przy­go­to­wani na hor­ror, który za­staną we­wnątrz. Je­den z po­li­cjan­tów miał za­ło­żoną ka­merę, którą re­je­stro­wał całą ak­cję.

W jed­nym z po­koi zna­leźli Jo­na­thana Tur­pina, wciąż przy­ku­tego łań­cu­chem. Kiedy go uwol­nili, za­czął się za­cho­wy­wać tak, jakby zu­peł­nie nic się nie wy­da­rzyło. Jego dwie młod­sze sio­stry, które wła­śnie zo­stały uwol­nione, miały na brud­nej skó­rze wy­raźne, białe ślady w miej­scach, gdzie znaj­do­wały się łań­cu­chy.

Po­zo­stała dzie­wiątka, cuch­nąca ludz­kimi od­cho­dami, sie­działa stło­czona w in­nych po­ko­jach. Wszyst­kie dzieci były strasz­li­wie za­nie­dbane, śmier­dzące i wy­cień­czone.

– Było tam nie­zwy­kle brudno – po­twier­dził ka­pi­tan Greg Fel­lows z Biura Sze­ryfa – a wa­runki były nie­ludz­kie.

Całe to za­mie­sza­nie wy­bu­dziło ze snu Ara­celi Olo­za­ga­ste, która miesz­kała po prze­ciw­nej stro­nie ulicy. Wyj­rzała przez za­słony i zo­ba­czyła po­li­cjan­tów wy­pro­wa­dza­ją­cych Da­vida i Lo­uise Tur­pi­nów z ich domu. Jej są­sie­dzi byli za­kuci w kaj­danki. Da­vid wy­krzy­ki­wał coś cha­otycz­nie, a na twa­rzy Lo­uise nie ma­lo­wały się żadne emo­cje.

– Kasz­lała tylko – po­wie­działa Olo­za­ga­ste. – Za­cho­wy­wała się dość dziw­nie, kiedy roz­ma­wiał z nią po­li­cjant. Uśmie­chała się do niego iro­nicz­nie. Po­tem dwu­krot­nie splu­nęła na zie­mię.1

KING TUR­PIN

Zgod­nie z pa­nu­jącą w ro­dzi­nie wie­dzą, Da­vid Tur­pin za­du­rzył się po raz pierw­szy w Lo­uise Ro­bi­nette, kiedy miała dzie­sięć lat. On skoń­czył wtedy sie­dem­na­ście. Chu­der­lawy, mie­rzący sto osiem­dzie­siąt cen­ty­me­trów chło­pak oka­zy­wał nie­śmia­łej dziew­czy­nie spore za­in­te­re­so­wa­nie. Ich za­loty spro­wa­dzały się do po­ta­jem­nego trzy­ma­nia się za ręce pod­czas burz­li­wych mszy zie­lo­no­świąt­kow­ców w Ko­ściele Bo­żym w Prin­ce­ton w Wir­gi­nii Za­chod­niej, w któ­rych uczest­ni­czyły ich ro­dziny.

Dwa lata póź­niej drobna siód­mo­kla­sistka oznaj­miła swo­jej babce, że pew­nego dnia wyj­dzie za Da­vida i że uro­dzi mu dwa­na­ścioro dzieci.

Nie­mal pół wieku wcze­śniej dzia­dek Da­vida, wie­lebny King Tur­pin Ju­nior, rów­nież za­ko­chał się w szes­na­sto­latce, od któ­rej był nie­mal dwu­krot­nie star­szy. Za­le­d­wie dwa mie­siące po tym jak Nel­lie, po­słuszna i obo­wiąz­kowa matka jego ośmiorga po­tom­ków, zmarła w trak­cie po­rodu bliź­niąt, Tur­pin oże­nił się z opie­kunką ich dzieci, Ber­thą Lee Church.

Dzień po Bo­żym Na­ro­dze­niu w 1932 roku cha­ry­zma­tyczny pa­stor zie­lo­no­świąt­kow­ców za­warł umowę z oj­cem opie­kunki: po­sta­no­wił za­mie­nić Ber­thę na jego no­wego Stu­de­ba­kera Big Six.

– Oj­ciec wy­mie­nił mnie na sa­mo­chód – przy­znała po la­tach. – King po­wie­dział, że gdyby nie dał mo­jemu ojcu auta, nie miałby mnie.

W ciągu na­stęp­nych osiem­na­stu lat Ber­tha uro­dziła mu jesz­cze je­de­na­ścioro dzieci. Łącz­nie było ich więc dzie­więt­na­ścioro, choć pię­cioro zmarło w okre­sie nie­mow­lę­cym.

Nie­wielki fi­zycz­nie wie­lebny King Tur­pin Ju­nior był nie­zwy­kłą ikoną fa­mi­lii Tur­pi­nów. Star­szy brat Da­vida, wie­lebny Ran­dolph „Randy” Tur­pin, był ro­dzin­nym ge­ne­alo­giem, który w 2010 roku na­pi­sał i sa­mo­dziel­nie wy­dał bio­gra­fię ich dziadka A Man Cal­led King. Miała ona stać się in­spi­ra­cją dla wszyst­kich przy­szłych po­ko­leń Tur­pi­nów.

Uro­dzony w 1903 roku w Chat­ta­no­oga w sta­nie Ten­nes­see „Lit­tle King”, jak go na­zy­wano, do­ra­stał w ubo­gim domu, w któ­rym nie stro­niono od prze­mocy. Jego by­stry oj­ciec King Tur­pin Se­nior utrzy­my­wał su­rową dys­cy­plinę i wpa­dał we wście­kłość w re­ak­cji na naj­mniej­szą pro­wo­ka­cję. Ga­niał psot­nego chło­paka i jego młod­szą sio­strę Min­nie wo­kół domu, wy­ma­chu­jąc roz­grza­nym do bia­ło­ści po­grze­ba­czem lub rzu­ca­jąc w nich ka­mie­niami. Kiedy uda­wało mu się ich zła­pać, sto­so­wał wo­bec nich bru­talne kary.

Pew­nego razu uka­rał ich, za­bie­ra­jąc im je­dyną parę bu­tów i tym sa­mym zmu­sza­jąc dzieci do cho­dze­nia na boso po wiej­skiej oko­licy. W nie­dziele od­da­wał im je na czas mszy, by unik­nąć plo­tek wśród są­sia­dów. Jed­nak tuż po po­wro­cie do domu kon­fi­sko­wał je po­now­nie na cały ty­dzień, tłu­ma­cząc, że mogą od­zy­skać obu­wie wtedy, kiedy na­uczą się po­słu­szeń­stwa.

King Tur­pin Se­nior czę­sto zo­sta­wiał dwoje swo­ich dzieci w domu na całe ty­go­dnie, pod­czas gdy on wa­łę­sał się po ca­łym Ten­nes­see, ima­jąc się róż­nych za­jęć, żeby za­ro­bić na ży­cie.

– Ży­li­śmy prak­tycz­nie sami – stwier­dziła wiele lat póź­niej Min­nie. – Ja­koś uda­wało się nam prze­trwać, ale było to bar­dzo cięż­kie ży­cie.

Po jed­nym z wy­jąt­kowo do­tkli­wych po­bić Lit­tle King i Min­nie ucie­kli od agre­syw­nego ojca. Pod dach przy­jął ich przy­ja­ciel ro­dziny, który nie­długo póź­niej za­dzwo­nił do Kinga Se­niora, żeby mógł ode­brać swoje dzieci.

W 1915 roku, kiedy Lit­tle King skoń­czył dwa­na­ście lat, do­szło do in­ter­wen­cji ze strony opieki spo­łecz­nej stanu Ten­nes­see. Pra­cow­nicy tej in­sty­tu­cji za­stali dwoje dzieci Tur­pina mocno za­nie­dba­nych, w związku z czym za­pa­dła de­cy­zja o umiesz­cze­niu ich w od­dziel­nych sie­ro­ciń­cach w Chat­ta­no­oga. Lit­tle Kinga wkrótce prze­ka­zano pod opiekę wuja, jed­nak Min­nie nie miała tyle szczę­ścia. Spę­dziła w sie­ro­cińcu dwa lata, po czym tra­fiła do in­nego bli­skiego członka ro­dziny i za­szła w ciążę w wieku trzy­na­stu lat.

Po ukoń­cze­niu osiem­na­stego roku ży­cia King Tur­pin Ju­nior prze­pro­wa­dził się do Kno­xville, gdzie zna­lazł pracę na plan­ta­cji ba­wełny. W sierp­niu 1921 roku oże­nił się z Nel­lie Griggs, która wkrótce uro­dziła mu córkę Agnes. King Ju­nior prze­niósł się z całą ro­dziną do Lynch w sta­nie Ken­tucky i prze­bran­żo­wił się na gór­nika. Nie­długo póź­niej Agnes zmarła nie­spo­dzie­wa­nie, po­ły­ka­jąc przez przy­pa­dek kar­bid, któ­rego jej oj­ciec uży­wał jako pa­liwa do swo­jej gór­ni­czej lampki na ka­sku.

Jak głosi ro­dzinna le­genda, King Tur­pin Ju­nior w cu­downy spo­sób do­łą­czył do wy­znaw­ców Ko­ścioła zie­lo­no­świąt­ko­wego, co miało miej­sce w trak­cie spo­tka­nia mo­dli­tew­nego w Lynch. Usły­szał na­gle do­no­śny głos z nie­bios, który za­wo­łał: „Nad­cho­dzi! Nad­cho­dzi! Nad­cho­dzi!”.

– W tym mo­men­cie – jak wy­znał jego wnuk Randy – moc Du­cha Świę­tego spły­nęła na niego od stóp do głów, dzięki czemu za­czął mó­wić róż­nymi ję­zy­kami.

Po owym ob­ja­wie­niu King Ju­nior zo­stał la­ic­kim ka­zno­dzieją, który scho­dził w głąb ko­palni w to­wa­rzy­stwie Nel­lie i swo­jego banjo, by gło­sić prawdę ewan­ge­lii zie­lo­no­świąt­ko­wej.

Para do­cze­kała się jesz­cze dwóch sy­nów, Ja­mesa Jack­sona i Ro­berta, któ­rzy uro­dzili się rok po roku. W 1927 roku Nel­lie uro­dziła Kin­gowi czwarte dziecko, Wil­liego, który dwa­na­ście mie­sięcy póź­niej zmarł na za­pa­le­nie żo­łąd­ko­wo­je­li­towe. Na świa­dec­twie śmierci dziecka le­karz za­mie­ścił na­stę­pu­jącą ad­no­ta­cję: „Ro­dzice ni­gdy nie po­da­wali dziecku żad­nych le­ków, po­nie­waż wie­rzyli w siłę bo­skiego uzdro­wie­nia”.

King Ju­nior za­brał swoją cią­gle ro­snącą ro­dzinę do Ari­zony, gdzie zo­stał pa­sto­rem Ko­ścioła Bo­żego, ra­dy­kal­nej sekty zie­lo­no­świąt­kow­ców, która wie­rzy, że Bi­blia jest bez­po­śred­nim za­pi­sem słów Boga. Wy­znawcy tejże in­sty­tu­cji, za­ło­żo­nej w 1886 roku, wie­rzyli w chrzest od Du­cha Świę­tego, który ma­ni­fe­sto­wał się umie­jęt­no­ścią mó­wie­nia w wielu ję­zy­kach. King Ju­nior czę­sto re­zy­gno­wał z pro­wa­dze­nia na­bo­żeństw po an­giel­sku, wie­rząc, że robi to dzięki na­masz­cze­niu przez Du­cha Świę­tego.

– Dar ję­zy­ków i dar tłu­ma­cze­nia były czę­sto ma­ni­fe­sto­wane – po­wie­dział Randy, który zo­stał wy­świę­cony na bi­skupa w Ko­ściele Bo­żym.

W swo­jej książce Randy wspo­mina wcze­sne na­bo­żeń­stwa ko­ścielne, w trak­cie któ­rych jego dzia­dek mó­wił w da­nym ję­zyku, a na­stęp­nie prze­cho­dził na zu­peł­nie inny, po czym tłu­ma­czył oba na an­giel­ski. Je­den z po­li­glo­tów na­le­żą­cych do kon­gre­ga­cji wstał i oświad­czył, że wie­lebny Tur­pin do­sko­nale po­słu­guje się hisz­pań­skim i greką, ję­zy­kami, któ­rych aku­rat nie znał.

W 1932 roku wie­lebny King Tur­pin Ju­nior znów prze­pro­wa­dził się ze swoją liczną ro­dziną. Tym ra­zem o trzy ty­siące dwie­ście ki­lo­me­trów na wschód, do Rock Ho­use Mo­un­tain w po­łu­dnio­wej czę­ści Wir­gi­nii Za­chod­niej. Nie­długo po przy­by­ciu na miej­sce Nel­lie zmarła w po­łogu, a Tur­pin bez­zwłocz­nie po­ślu­bił szes­na­sto­let­nią Ber­thę Lee Church.

Trzy­na­ście mie­sięcy póź­niej nowa żona uro­dziła mu syna, Ja­mesa „Jima” Ran­dol­pha Tur­pina – ojca Da­vida i Randy’ego.

W ciągu kilku ko­lej­nych lat King Ju­nior prze­no­sił się z ro­dziną do róż­nych miejsc w Wir­gi­nii Za­chod­niej, da­lej pro­wa­dził na­bo­żeń­stwa w wielu Ko­ścio­łach zie­lo­no­świąt­ko­wych i pra­co­wał jako gór­nik. W swoim domu w McDo­well urzą­dził coś na kształt do­mo­wej ka­plicy, do któ­rej za­pra­szał na spo­tka­nia mo­dli­tewne wszyst­kich są­sia­dów.

– Wszy­scy klę­kali, by się po­mo­dlić – na­pi­sał Randy w swo­jej bio­gra­fii. – King i Ber­tha bar­dzo czę­sto mó­wili w róż­nych ję­zy­kach, tłu­ma­czyli je, a pro­roc­twa… de­mon­stra­cje bo­skiej mocy sta­no­wiły część ich co­dzien­nego ży­cia.

Jim Tur­pin wy­cho­wał się w oto­cze­niu wy­znaw­ców re­li­gii zie­lo­no­świąt­ko­wej, którą prak­ty­kuje do dziś.

– Jak tylko się­gam pa­mię­cią – po­wie­dział – za­wsze ko­cha­łem Je­zusa.

Przez całe swoje dzie­ciń­stwo Jim brał udział w na­bo­żeń­stwach or­ga­ni­zo­wa­nych przez swo­ich ro­dzi­ców. W wieku dwu­dzie­stu lat usły­szał, jak jego oj­ciec wy­gła­sza wia­do­mość w róż­nych ję­zy­kach. Za­raz po tym do­dał tłu­ma­cze­nie wraz ze spe­cjal­nym prze­ka­zem dla Jima: „Wkrótce uj­rzysz wspa­nia­łość bo­skich osią­gnięć”.

Nie­długo po­tem ewan­ge­li­sta Ko­ścioła Bo­żego zor­ga­ni­zo­wał se­rię se­sji od­nowy re­li­gij­nej w na­mio­tach roz­sta­wio­nych w ca­łej oko­licy. King i Ber­tha za­brali Jima na jedną z nich.

– Ogło­szono we­zwa­nie oł­ta­rzowe – na­pi­sał Randy – a Jim na­tych­miast za­re­ago­wał. Po­czuł w so­bie bo­skiego du­cha. Wie­dział w tam­tej chwili, że zo­stał wy­ba­wiony. To wła­śnie dzięki mo­dli­twom Kinga i Ber­thy oca­lały wszyst­kie ich dzieci.

W czerwcu 1955 roku Jim po­brał się z sie­dem­na­sto­let­nią Betty Jean Rose, z którą za­miesz­kał w skrom­nym domu przy New Hope Road w Prin­ce­ton w Wir­gi­nii Za­chod­niej. To nie­wiel­kie mia­steczko, po­ło­żone głę­boko w sercu wiej­skiej czę­ści Ap­pa­la­chów, miało za­le­d­wie 6400 miesz­kań­ców i zwane było „Klej­no­tem Po­łu­dnia”. Pod ko­niec XIX wieku roz­wój gór­nic­twa wę­gla i nowo wy­bu­do­wa­nych ko­lei po­zwo­lił na stwo­rze­nie no­wej, lu­kra­tyw­nej branży prze­my­słu, która za­pew­niła bo­gac­two Prin­ce­ton.

– Prin­ce­ton wznie­siono dzięki oko­licz­nym bran­żom wy­do­byw­czej i ko­le­jo­wej – wy­ja­śnił Greg Jor­dan, dzien­ni­karz z „Blu­efield Da­ily Te­le­graph”. – To je­den z ob­sza­rów, w któ­rych po­ważną dzia­łal­ność roz­po­częło wiele spółek wy­do­byw­czych w Sta­nach Zjed­no­czo­nych.

W maju 1958 roku Ji­mowi i Betty Jean uro­dził się chło­piec, któ­remu dali na imię Ja­mes Ran­dolph, ale zwra­cali się do niego wy­łącz­nie „Randy”. Trzy lata póź­niej, 17 paź­dzier­nika 1961 roku, na świat przy­szło ich dru­gie i ostat­nie już dziecko, Da­vid Al­len.

Każ­dego lata Da­vid i Randy od­wie­dzali swo­ich dziad­ków w Ohio, gdzie miesz­kają do dziś. Wie­lebny King Tur­pin Ju­nior ode­grał ważną rolę we wcze­snym ży­ciu Da­vida i Randy’ego, za­szcze­pia­jąc w nich mi­łość do Ko­ścioła zie­lo­no­świąt­ko­wego i jego nauk.

– King ofe­ro­wał nam znacz­nie wię­cej niż tylko za­bawę – wspo­mniał Randy. – Znaj­do­wał czas, żeby prze­ka­zy­wać nam du­chowe dary. Nie­kiedy w jego oczach lśniły łzy, jego twarz pro­mie­niała i wtedy mó­wił w róż­nych ję­zy­kach.

Pod­czas dłu­gich let­nich wie­czo­rów sta­rze­jący się ka­zno­dzieja śpie­wał im pio­senki, któ­rych na­uczył się w la­tach dwu­dzie­stych, brzdą­ka­jąc przy tym na banjo. Jed­nym z ulu­bio­nych utwo­rów Da­vida był Long Boy.

– Pa­mię­tam, że na­zy­wał mnie cza­sami „dłu­gim, wy­so­kim wnu­kiem” – po­wie­dział Randy. – Mam mnó­stwo wspa­nia­łych wspo­mnień zwią­za­nych z dziad­kiem.

Pew­nego lata dziad­ko­wie Da­vida prze­nie­śli się do jego domu w Prin­ce­ton. Ber­tha prze­cho­dziła w tym cza­sie dwie ope­ra­cje bio­dra w po­bli­skim szpi­talu. W trak­cie swo­jego dłu­giego po­bytu King Ju­nior ka­zał dwóm mło­dym wnu­kom na­uczyć się na pa­mięć swo­ich ulu­bio­nych frag­men­tów z Bi­blii, a na­stęp­nie je przed nim re­cy­to­wać.

Każ­dej nie­dzieli ro­dzina Tur­pi­nów cho­dziła do Ko­ścioła Bo­żego przy Oli­ver Ave­nue w Prin­ce­ton, gdzie za­przy­jaź­nili się z Al­le­nem „Wayne’em” Ro­bi­net­tem, jego żoną Phyl­lis oraz trzema cór­kami: Lo­uise, Eli­za­beth i Te­resą.

– By­li­śmy wielką, ko­ścielną ro­dziną – po­wie­działa Te­resa. – Mój tata był pa­sto­rem i wszy­scy do­ra­sta­li­śmy tam ra­zem. Lo­uise i Da­vid znali się za­tem przez całe swoje ży­cie.2

ON JEST TAKI PRZE­RA­ŻA­JĄCY

Ro­dzina Lo­uise Ro­bi­nette miesz­kała w Pri­n2ce­ton od po­nad stu lat. Jej dzia­dek od strony matki, John Tho­mas Tay­lor, był wy­soce od­zna­czo­nym we­te­ra­nem wo­jen­nym, który słu­żył w Eu­ro­pie i Afryce. Jako strze­lec pierw­szej klasy w Trze­ciej Dy­wi­zji Pan­cer­nej U.S. Army otrzy­mał Srebrną Gwiazdę, pięć Brą­zo­wych Gwiazd, Pur­pu­rowe Serce oraz Me­dal za Do­bre Za­cho­wa­nie.

W grud­niu 1945 roku przy­stojny dwu­dzie­sto­jed­no­la­tek wró­cił do Prin­ce­ton jako bo­ha­ter wo­jenny. Nie­długo póź­niej zo­stał gór­ni­kiem, ale oka­zał się na tyle am­bitny, że po­sta­no­wił nie zo­sta­wać zbyt długo pod zie­mią. Tay­lor na­le­żał do Ko­ścioła Bo­żego i słu­żył jako jego ka­pe­lan w trak­cie woj­sko­wych po­grze­bów. To wła­śnie dzięki ko­ścio­łowi po­znał i wkrótce po­ślu­bił Mary Lo­uise Har­mon, córkę pa­stora zie­lo­no­świąt­ko­wego. Para do­cze­kała się czworga dzieci: Eu­gene’a, Glenna, Phy­lis i Ja­mesa.

Sze­roki, lśniący uśmiech Johna Tay­lora krył jed­nak bez­względną am­bi­cję. Ko­rzy­sta­jąc ze swo­ich he­ro­icz­nych, wo­jen­nych do­ko­nań, zo­stał wkrótce wpły­wo­wym gra­czem w świe­cie po­li­tyki w Prin­ce­ton jako lob­by­sta sto­wa­rzy­sze­nia we­te­ra­nów pod na­zwą Ame­ri­can Le­gion. W krót­kim cza­sie zgro­ma­dził for­tunę, po­ma­ga­jąc de­we­lo­pe­rom oba­lić nowo usta­no­wiony pro­gram za­kwa­te­ro­wa­nia za­stęp­czego dla we­te­ra­nów.

W 1945 roku Stany Zjed­no­czone do­świad­czyły po­waż­nego nie­do­boru na rynku miesz­ka­nio­wym na sku­tek dra­stycz­nego ogra­ni­cze­nia liczby bu­do­wa­nych nie­ru­cho­mo­ści. Po­wra­ca­jący z wojny we­te­rani od­czuli to naj­moc­niej, a za­kup no­wych do­mów nie wcho­dził w ra­chubę.

Aby roz­wią­zać ten pro­blem, pre­zy­dent Harry S. Tru­man mia­no­wał Wil­sona W. Wy­atta, by­łego bur­mi­strza Lo­uisville w sta­nie Ken­tucky, na nowo utwo­rzone sta­no­wi­sko fe­de­ral­nego ko­or­dy­na­tora do spraw miesz­kal­nic­twa. Ce­lem było za­pew­nie­nie wszyst­kim we­te­ra­nom przy­stęp­nych ce­nowo do­mów. Wy­att pla­no­wał także wpro­wa­dzić dla po­wra­ca­ją­cych we­te­ra­nów pre­fe­ren­cyjne stawki, dzięki któ­rym mo­gliby wró­cić do nor­mal­nego ży­cia.

– Nie mo­żemy wi­tać na­szych we­te­ra­nów na ame­ry­kań­skiej ziemi szcząt­kowo opra­co­wa­nym pro­gra­mem miesz­ka­nio­wym – wy­ja­śnił Wy­att. – Na tę chwilę nie po­zo­staje nic prócz zni­we­czo­nych na­dziei bez­dom­nych bo­ha­te­rów wo­jen­nych.

Jed­nakże roz­wi­ja­ją­cemu się spraw­nie pla­nowi sprze­ci­wiła się branża de­we­lo­per­ska, po­nie­waż uciął ich zy­ski. W hrab­stwie Mer­cer John Tay­lor wal­czył za­cie­kle, po­nie­waż stał się cał­ko­wi­cie lo­jalny wo­bec ma­gna­tów rynku miesz­ka­nio­wego.

Pod ko­niec stycz­nia 1949 roku zna­lazł się na okładce „Blu­efield Da­ily Te­le­graph” po tym, jak wy­rzu­cił siłą przed­sta­wi­ciela Ve­te­rans of Fo­re­ign Wars* ze spo­tka­nia Ame­ri­can Le­gion w ho­telu Sta­tler w Blu­efield.

„Wszyst­kie or­ga­ni­za­cje we­te­ra­nów po­winny in­te­re­so­wać się pro­ble­mem miesz­ka­nio­wym”, na­pi­sano w ar­ty­kule. „Po­ja­wiła się jed­nak ostat­nio in­te­re­su­jąca in­for­ma­cja na te­mat Ame­ri­can Le­gion. Lob­by­sta or­ga­ni­za­cji John Tho­mas Tay­lor wy­rzu­cił ze spo­tka­nia przed­sta­wi­ciela Ve­te­ran of Fo­re­ign Wars (VFW)”.

W trak­cie zgro­ma­dze­nia Tay­lo­rowi pu­ściły nerwy, kiedy przed­sta­wi­ciel VFW wstał, by wy­gło­sić prze­mó­wie­nie na te­mat no­wej fe­de­ral­nej po­li­tyki miesz­kal­nic­twa dla we­te­ra­nów.

„John Tho­mas Tay­lor wska­zy­wał go pal­cem i wy­krzy­ki­wał coś emo­cjo­nal­nie. »Wy­rzu­cić go stąd!«, za­wo­łał”.

Inny przed­sta­wi­ciel Le­gionu pró­bo­wał go uspo­koić.

„»Nic mnie to nie ob­cho­dzi!«, krzy­czał. »To ja pro­wa­dzę to zgro­ma­dze­nie i ży­czę so­bie, żeby go stąd wy­rzu­cono!«”.

Przed­sta­wi­ciel VFW opu­ścił salę, a spo­tka­nie kon­ty­nu­owano za za­mknię­tymi drzwiami w obec­no­ści kilku wpły­wo­wych lob­by­stów po­wią­za­nych z nie­ru­cho­mo­ściami, ta­kich jak pre­zes Kra­jo­wego Sto­wa­rzy­sze­nia Bu­dow­ni­czych Do­mów.

„Le­gion od dawna oskar­żano o bli­ską współ­pracę z ludźmi od nie­ru­cho­mo­ści. Szcze­gól­nie gdy w grę wcho­dzi sa­bo­to­wa­nie da­le­ko­wzrocz­nego pro­gramu miesz­ka­nio­wego Wil­sona Wy­atta”.

Kilka mie­sięcy póź­niej wpły­wowe lobby miesz­ka­niowe wy­mu­siło za­wie­sze­nie pro­gramu re­gu­la­cji ce­no­wej nie­ru­cho­mo­ści, a Wil­son Wy­att ustą­pił ze sta­no­wi­ska.

W ciągu kilku ko­lej­nych lat John Tay­lor bu­do­wał domy i par­kingi w ca­łym re­jo­nie Prin­ce­ton. Otwo­rzył pierw­szą sta­cję ben­zy­nową Shella w hrab­stwie Mer­cer, co było god­nym uwagi suk­ce­sem.

– Był bar­dzo za­możny – po­wie­działa jego wnuczka Eli­za­beth Ro­bi­nette Flo­res. – Wła­snymi rę­kami zbu­do­wał swój dom i sta­cję Shella.

Jego sta­cja pa­liw na Athens Road stała się zna­nym punk­tem orien­ta­cyj­nym i je­dy­nym miej­scem, w któ­rym w pro­mie­niu wielu ki­lo­me­trów można było za­tan­ko­wać sa­mo­chód. Tay­lor był bar­dzo dumny, że oso­bi­ście ob­słu­gi­wał swo­ich klien­tów.

– Biz­nes krę­cił się fan­ta­stycz­nie – stwier­dziła Lois Mil­ler, która jako mała dziew­czynka to­wa­rzy­szyła matce i ciotce pod­czas tan­ko­wa­nia pa­liwa. – Kiedy pod­jeż­dżało się na sta­no­wi­sko, John Tay­lor czy­ścił ci szyby, a kiedy do zbior­nika pły­nęło pa­liwo, spraw­dzał jesz­cze po­ziom oleju. Pa­mię­tam, że pła­ci­ły­śmy tam dzie­więt­na­ście cen­tów za ga­lon.

Po­wszech­nie było wia­domo jed­nak, że Tay­lor był lu­bież­ni­kiem.

– On był bar­dzo prze­ra­ża­jący – przy­znała Mil­ler, która pro­wa­dzi obec­nie To­wa­rzy­stwo Hi­sto­ryczne Hrab­stwa Mer­cer. – Kiedy pła­ci­łam, ba­wił się moją dło­nią. Po­cie­rał ją i pa­trzył w dziwny spo­sób, kiedy pró­bo­wa­łam się wy­co­fać.

Pod­czas każ­dej wi­zyty na sta­cji Shella matka Mil­ler da­wała córce pie­nią­dze dla Tay­lora.

– To samo przy­da­rzyło się mo­jej ciotce, kiedy pła­ciła za pa­liwo. Ale można je było ku­pić tylko tam, nie mie­li­śmy więc żad­nego wy­boru.

Kilka lat póź­niej przy­ja­ciółka Lois pod­jęła let­nią pracę na na­le­żą­cej do Tay­lora sta­cji Shella.

– Przy­znała się, że mo­le­sto­wał ją w pracy – po­wie­działa Mil­ler. – Stwier­dziła: „Nie chcę na­wet o nim roz­ma­wiać. On jest taki prze­ra­ża­jący!”.

W po­nie­dzia­łek 3 stycz­nia 1966 roku Jo­seph Ma­xfield roz­ła­do­wy­wał pa­liwo na sta­cji Shella. Wy­buchł po­żar, w wy­niku któ­rego zmie­nił się on w pło­nącą po­chod­nię. Trzy­dzie­sto­ośmio­letni kie­rowca cy­sterny do­znał po­pa­rzeń pierw­szego, dru­giego i trze­ciego stop­nia na po­nad 85 pro­cen­tach po­wierzchni ciała. W kry­tycz­nym sta­nie prze­wie­ziono go do szpi­tala Prin­ce­ton Me­mo­rial.

Hi­sto­ria tra­fiła na pierw­szą stronę „Blu­efield Da­ily Te­le­graph”, a John Tay­lor, ów­cze­śnie czter­dzie­sto­dwu­letni, po­wie­dział dzien­ni­ka­rzowi, że do­stawca roz­ła­do­wy­wał pa­liwo przez mniej wię­cej dwa­dzie­ścia mi­nut, po czym zro­bił so­bie prze­rwę, praw­do­po­dob­nie na pa­pie­rosa.

„Tay­lor oświad­czył, że pło­mie­nie bu­chały na wy­so­kość od sze­ściu do dzie­wię­ciu me­trów z otwar­tego otworu pro­wa­dzą­cego do pod­ziem­nych zbior­ni­ków sta­cji”, na­pi­sano w ar­ty­kule. „Nie po­tra­fił wy­ja­śnić przy­czyny po­żaru, ale wy­snuł teo­rię o za­pło­nie opa­rów wo­kół cię­ża­rówki”.

Tay­lor wy­ja­śnił, że w prze­ci­wień­stwie do po­szko­do­wa­nego kie­rowcy ani on, ani jego pra­cow­nicy nie pa­lili pa­pie­ro­sów.

Kilka dni póź­niej Jo­seph Ma­xfield, żo­naty męż­czy­zna z czwórką dzieci, zmarł w szpi­talu Prin­ce­ton Me­mo­rial z po­wodu od­nie­sio­nych ob­ra­żeń.

Dla świata ze­wnętrz­nego John Tay­lor był do­brym, po­boż­nym fi­la­rem spo­łecz­no­ści Prin­ce­ton. Za za­mknię­tymi drzwiami mo­le­sto­wał jed­nak swoją córkę Phyl­lis. Była to mroczna, ro­dzinna ta­jem­nica, która miała po­zo­stać ukryta przez ko­lej­nych sześć­dzie­siąt pięć lat.

Przez całe swoje dzie­ciń­stwo Phyl­lis Tay­lor była wy­ko­rzy­sty­wana sek­su­al­nie przez ojca i nie mo­gła ni­komu o tym po­wie­dzieć. Matka nie miała po­ję­cia, co się wo­kół niej działo. Młoda dziew­czyna czuła się uwię­ziona w ro­dzin­nym domu i roz­pacz­li­wie szu­kała drogi ucieczki.

W wieku sie­dem­na­stu lat Phyl­lis za­częła się spo­ty­kać z Al­le­nem „Wayne’em” Ro­bi­net­tem, ko­ści­stym dzie­więt­na­sto­lat­kiem, który ukoń­czył nie­dawno szkołę śred­nią w Prin­ce­ton. Uta­len­to­wany ma­te­ma­tycz­nie Ro­bi­nette, który wy­cho­wał się na osie­dlu przy­czep miesz­kal­nych Green Val­ley i pra­co­wał jako la­icki pa­stor, ob­no­sił się z krótko ostrzy­żoną głową i no­sił modne, ro­gowe oku­lary. Był to wy­jąt­kowo burz­liwy ro­mans. Po­pro­szona o rękę Phyl­lis zgo­dziła się bez wa­ha­nia.

20 lipca 1967 roku młoda para zło­żyła wnio­sek o za­war­cie mał­żeń­stwa w są­dzie hrab­stwa Mer­cer. Dzie­więć dni póź­niej po­brali się w trak­cie tra­dy­cyj­nej po­dwój­nej ce­re­mo­nii w Ko­ściele Bo­żym w Prin­ce­ton, do któ­rego re­gu­lar­nie cho­dzili i w któ­rym Al­len oka­zjo­nal­nie wy­gła­szał ka­za­nia.

John Tay­lor z dumą po­pro­wa­dził swoją córkę do oł­ta­rza. Atrak­cyjna, brą­zo­wo­włosa panna młoda miała na so­bie się­ga­jącą pod­łogi białą suk­nię z sa­tyny, wzbo­ga­coną o de­li­katne ko­ron­kowe wstawki na gor­se­cie i tre­nie. Ca­łość uzu­peł­niały biały, kwia­towy we­lon z opa­da­jącą ka­ska­dowo wo­alką oraz wią­zankę z mar­ga­re­tek. Pan młody za­ło­żył czarny gar­ni­tur i kra­wat w pa­ski z białą, ró­żaną bu­to­nierką.

Po za­koń­cze­niu ce­re­mo­nii go­ście udali się na przy­ję­cie do domu Johna Tay­lora, gdzie cze­kał na nich trzy­po­zio­mowy tort ślubny ozdo­biony na szczy­cie parą la­le­czek. Re­la­cja ze ślubu je­dy­nej córki za­moż­nego męż­czy­zny tra­fiła na stronę we­selną „Blu­efield Da­ily Te­le­graph”.

Do­kład­nie dzie­więć mie­sięcy póź­niej, 24 maja 1968 roku, Phyl­lis i Al­le­nowi uro­dziła się córka, któ­rej po babce nadali imię Lo­uise Ann. Che­ru­bi­nowe ma­leń­stwo ochrzczono w Ko­ściele Bo­żym.

------------------------------------------------------------------------

1.

* Or­ga­ni­za­cja we­te­ra­nów wo­jen­nych Sta­nów Zjed­no­czo­nych, któ­rzy w ra­mach służby woj­sko­wej brali udział w woj­nach, kam­pa­niach i eks­pe­dy­cjach na ob­cych lą­dach, wo­dach lub w prze­strzeni po­wietrz­nej (przyp. tłum.).5

MY­ŚLA­ŁEM, ŻE ICH ŻY­CIE JEST IDE­ALNE

Je­sie­nią 1987 roku Lo­uise Tur­pin za­szła w ciążę. Para była tym fak­tem za­chwy­cona. Lo­uise za­wsze po­wta­rzała ro­dzi­nie, że chce uro­dzić dwa­na­ścioro dzieci. Te­raz wresz­cie mo­gła roz­po­cząć re­ali­za­cję swo­jego planu. Na­stęp­nego lata Da­vid sfo­to­gra­fo­wał swoją dwu­dzie­sto­let­nią żonę w kra­cia­stej ko­szuli, dum­nie pre­zen­tu­jącą swój ośmio­mie­sięczny cią­żowy brzuch. Wy­słała tę fo­to­gra­fię do domu w Prin­ce­ton, na któ­rej jej dumny oj­ciec za­pi­sał u dołu: „Lo­uise Ann Ro­bi­nette Turp, li­piec 1988”.

Kilka dni póź­niej, 28 lipca Lo­uise uro­dziła dziew­czynkę, któ­rej nadali imię Jen­ni­fer Dawn. Przez ko­lejne ty­go­dnie młoda matka wy­sy­łała dzie­siątki zdjęć, na któ­rych wid­niała wraz z Da­vi­dem i dziec­kiem w Di­sney­lan­dzie i in­nych ma­low­ni­czych miej­scach w Po­łu­dnio­wej Ka­li­for­nii.

W święta Bo­żego Na­ro­dze­nia, zgod­nie z obiet­nicą, Lo­uise opła­ciła matce i sio­strom wy­cieczkę do Ka­li­for­nii, żeby mo­gły po­znać jej ma­leń­stwo. Ro­dzina wsia­dła do po­ciągu li­nii Am­trak z Prin­ce­ton do Brea, gdzie Da­vid i Lo­uise ode­brali ją z dworca.

– Było su­per – wspo­mniała Te­resa, wów­czas sze­ścio­let­nia. – Za­brała nas do swo­jego domu. Było tam bar­dzo czy­sto i ele­gancko.

Przez na­stępne trzy ty­go­dnie ro­dzina Ro­bi­nette’ów spę­dzała czas z ro­dziną Tur­pi­nów. Jeź­dzili na wy­cieczki do Di­sney­landu, Uni­ver­sal Stu­dios i Mu­zeum Fi­gur Wo­sko­wych Mo­vie­land.

– Wi­dzia­ły­śmy na­pis „Hol­ly­wood” – po­wie­działa Te­resa – i naj­więk­sze na świe­cie drzewo z wy­cię­tym w środku tu­ne­lem. To była wy­prawa, któ­rej ni­gdy nie za­po­mnę.

Na po­czątku lat 90. Da­vid Tur­pin zo­stał prze­nie­siony przez Ge­ne­ral Dy­na­mics z po­wro­tem do Fort Worth. Firma zo­stała nie­długo po­tem prze­jęta przez ogromną spółkę z sek­tora obron­nego, Loc­kheed Mar­tin. Wraz z Lo­uise i osiem­na­sto­mie­sięczną có­reczką prze­pro­wa­dził się na 3225 Roddy Drive do prze­stron­nego, no­wo­cze­snego domu z czte­rema sy­pial­niami i dwiema ła­zien­kami, po­ło­żo­nego w mod­nej dziel­nicy Me­adow­creek na przed­mie­ściach Fort Worth. W Ka­li­for­nii zo­sta­wili ma­ga­zyn pe­łen ich rze­czy oso­bi­stych, które zo­stały póź­niej zli­cy­to­wane w związku z nie­opła­ca­niem czyn­szu.

Lo­uise i Da­vid byli w końcu go­towi przed­sta­wić swoją có­reczkę Jen­ni­fer mia­steczku Prin­ce­ton. 6 sierp­nia 1990 roku w „Blu­efield Da­ily Te­le­graph”, na stro­nie Styl ży­cia: bądźmy w kon­tak­cie, za­miesz­czono fo­to­gra­fię uro­dzi­nową dziew­czynki.

Pod zdję­ciem wid­niał pod­pis: „Jen­ni­fer Dawn Tur­pin świę­tuje swoje dru­gie uro­dziny 28 lipca. Jest to có­reczka Da­vida i Lo­uise Tur­pi­nów z Fort Worth w Tek­sa­sie, któ­rzy wy­cho­wali się w Prin­ce­ton. Dziad­kami dziew­czynki są Wayne Ro­bi­nette, pan i pani Tur­pin oraz Phyl­lis Ro­bi­nette, wszy­scy po­cho­dzący z Prin­ce­ton. Pra­dziad­kami są John i Lo­uise Tay­lor z Athens Road”.

Da­vid Tur­pin za­ra­biał w tym cza­sie sze­ścio­cy­frową sumę na swoim wy­spe­cja­li­zo­wa­nym sta­no­wi­sku in­ży­niera. Nie­długo po prze­pro­wadzce Lo­uise za­pro­siła do sie­bie matkę i ro­dzeń­stwo. Był to po­czą­tek mocno ocze­ki­wa­nych, co­rocz­nych wy­jaz­dów ro­dziny Ro­bi­nette’ów do Tek­sasu, które od­by­wały się przez na­stępną de­kadę. Lo­uise i Da­vid za­wsze za wszystko pła­cili.

Kiedy przy­jeż­dżała ro­dzina, sta­wali się parą nie­zwy­kle hoj­nych go­spo­da­rzy, za­bie­rali ich do Fort Worth Stoc­ky­ards, do parku roz­rywki Six Flags over Te­xas oraz do naj­lep­szych re­stau­ra­cji.

– To były naj­wspa­nial­sze dni w ciągu roku – po­wie­działa Te­resa. – Za­wsze wtedy działo się bar­dzo wiele faj­nych rze­czy.

Ni­gdy jed­nak nie po­znała do­brze swo­jego szwa­gra Da­vida, który za­wsze w trak­cie tych wi­zyt wy­da­wał się bar­dzo od­osob­niony.

– Nie­wiele się od­zy­wał – wspo­mniała Te­resa. – Za­wsze sie­dział i tylko wszyst­kich ob­ser­wo­wał. Był bar­dzo in­te­li­gentny. Sporo czy­tał i spra­wiał wra­że­nie na­ukowca.

W Prin­ce­ton Al­len Ro­bi­nette skoń­czył z ka­zno­dziej­stwem i zo­stał mia­no­wany rze­czo­znawcą hrab­stwa Mer­cer, dzięki czemu za­czął pro­wa­dzić wła­sne biuro w są­dzie przy Main Street. Oprócz tego był bar­dzo ak­tyw­nym człon­kiem par­tii de­mo­kra­tycz­nej Wir­gi­nii Za­chod­niej.

– Wszy­scy lu­bili Al­lena – po­wie­dział jego przy­ja­ciel Ver­lin Moye, je­den z urzęd­ni­ków. – Zaj­mo­wał się bar­dzo skom­pli­ko­wa­nymi for­mu­łami po­dat­ko­wymi do­ty­czą­cymi grun­tów i tego typu rze­czami. Spe­cja­li­zo­wał się w wy­ce­nach w biu­rze rze­czo­znawcy.

Ro­bi­nette z dumą wy­po­wia­dał się na te­mat swo­jego zię­cia Da­vida i za­zna­czał, że za­ra­bia on duże pie­nią­dze w spółce z branży obron­nej. Ni­gdy jed­nak nie wspo­mi­nał o tym, jak jego córka Lo­uise ucie­kła w wieku szes­na­stu lat, co przy­czy­niło się do roz­padu jego mał­żeń­stwa.

– W ogóle nie mia­łem po­ję­cia, że oni się przez coś ta­kiego roz­stali – po­wie­dział Moye. – Al­len ni­gdy nie mó­wił przy mnie o swoim ży­ciu oso­bi­stym.

Wciąż głę­boko re­li­gijny i ak­tyw­nie dzia­ła­jący w Ko­ściele Bo­żym w Pri­ce­ton Al­len roz­po­czy­nał każde ze­bra­nie ko­mi­sji hrab­stwa od mo­dli­twy. Kiedy nie był za­jęty wy­li­cza­niem po­dat­ków, zbie­rał au­to­grafy gwiazd i pa­miątki z wy­ści­gów NA­SCAR. Jego cenna ko­lek­cja obej­mo­wała wszyst­kich ame­ry­kań­skich astro­nau­tów oraz wielu pre­zy­den­tów i waż­nych po­staci z ca­łego świata.

Kilka lat póź­niej w „Blu­efield Da­ily Te­le­graph” za­miesz­czono ar­ty­kuł na te­mat im­po­nu­ją­cej ko­lek­cji au­to­gra­fów Al­lena Ro­bi­nette’a. Pod na­głów­kiem „praw­dziwi zbie­ra­cze nie wie­dzą, kiedy po­wie­dzieć dość” wy­dru­ko­wano zdję­cie ojca Lo­uise, na któ­rym ubrany w kra­cia­stą ko­szulę i kom­bi­ne­zon, stoi przy swo­ich zbio­rach.

W ar­ty­kule Ro­bi­nette prze­chwa­lał się zgro­ma­dze­niem po­nad trzech ty­sięcy au­to­gra­fów, włącz­nie z pod­pi­sami wszyst­kich ame­ry­kań­skich astro­nau­tów. Przy­znał, że pierw­szy au­to­graf na­le­żał do re­pu­bli­kań­skiego kan­dy­data na pre­zy­denta Barry’ego Gol­dwa­tera, który w 1964 roku prze­grał walkę o urząd z Lyn­do­nem John­so­nem.

– By­łem uczniem szkoły śred­niej i po­dzi­wia­łem Gol­dwa­tera – wy­ja­śnił Ro­bi­nette. – Na­pi­sa­łem do niego, a on mi od­po­wie­dział. W ten spo­sób za­czą­łem gro­ma­dzić ko­lek­cję.

Dzięki cen­nym au­to­gra­fom pre­zy­den­tów, od Johna F. Ken­nedy’ego po Geo­rge’a Bu­sha, Ro­bi­nette wy­ro­bił so­bie su­rową opi­nię na te­mat każ­dego, kto pró­bo­wał za­ra­biać na sprze­daży po­dob­nych pa­mią­tek.

– Dys­po­no­wał wielką, wręcz im­po­nu­jącą ko­lek­cją – po­wie­dział Moye. – Były tam pod­pisy Matki Te­resy, Gan­dhiego i księż­nej Diany. Po pro­stu wszyst­kich. To było coś nie­sa­mo­wi­tego.

Mimo że Al­len Ro­bi­nette pia­sto­wał jedno z naj­waż­niej­szych sta­no­wisk w hrab­stwie Mer­cer, jego była żona i dwie naj­młod­sze córki zo­stały po­zba­wione środ­ków do ży­cia i miesz­kały w ośrodku dla bez­dom­nych w sta­nie Ten­nes­see.

3 lu­tego 1992 roku Lo­uise Tur­pin uro­dziła chłopca. Ro­dzice nadali mu imię Jo­shua Da­vid. Od tam­tej pory wszyst­kie chrze­ści­jań­skie imiona ich dzieci za­czy­nały się na li­terę „J”.

Nie­długo po na­ro­dzi­nach Jo­shui Da­vid i Lo­uise Tur­pi­no­wie zban­kru­to­wali. Choć Da­vid sporo za­ra­biał, para żyła po­nad stan i cał­ko­wi­cie wy­czer­pała li­mit kart kre­dy­to­wych. Wpa­dli w po­ważne długi. Na do­miar złego Lo­uise od­kryła w so­bie pa­sję do ha­zardu i tra­ciła w ten spo­sób spore kwoty.

Ni­gdy jed­nak nie przy­znała się przed ro­dziną do pro­ble­mów fi­nan­so­wych i za­wsze uda­wała, że wszystko jest w naj­lep­szym po­rządku. Pod­czas co­rocz­nej wi­zyty sióstr i matki była hojna, po­dob­nie jak wcze­śniej.

– To była kwe­stia dumy – wy­ja­śniła Te­resa. – Była je­dyną spo­śród nas, która wy­ru­szyła w wielki świat. My­ślę, że po pro­stu się wsty­dziła, że wy­da­rzyło się tak wiele złych rze­czy.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij