Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Rok raka - ebook

Format:
EPUB
Data wydania:
30 września 2026
3099 pkt
punktów Virtualo

Rok raka - ebook

30 września nakładem RASP ukaże się książka ROK RAKA. Moja onkohistoria. Podróż bez planu, mapy i przewodnika

Miałam 45 lat. Byłam w świetnej formie. Zdrowa, aktywna, szczęśliwa, przekonana, że nowotwór dotyczy innych. A potem usłyszałam diagnozę: rak piersi. Ta książka jest zapisem roku, który zmienił wszystko. Roku pełnego strachu, niepewności i pytań bez odpowiedzi. Pokazuje drogę od pierwszego szoku, przez leczenie i zwątpienie, aż po odzyskiwanie poczucia sprawczości i wiary w przyszłość. To opowieść o chorobie, ale jeszcze bardziej o życiu. O zwykłych dniach, które nagle stają się bezcenne. O ludziach, którzy dają siłę. O odwadze, która pojawia się wtedy, gdy wydaje się, że już jej nie mamy. Napisałam tę książkę dla siebie sprzed diagnozy. I dla Ciebie – jeśli potrzebujesz odrobiny wsparcia, zrozumienia i nadziei. Wierzę, że dzięki niej ktoś poczuje się mniej samotny, mniej zagubiony i po prostu mniej przestraszony.

„Rok raka” Aleksandry Wysockiej to intymny zapis onkodrogi, który wymyka się ramom literatury faktu i porywa stylem niczym wciągająca powieść. Wysocka odczarowuje dotychczasowy sposób opowiadania o chorobie nowotworowej, oddając w ręce czytelników książkę, jakiej brakowało na polskim rynku: literacki debiut o znakomitej narracji, z wyrazistym językiem i mocnym głosem autorki, podejmującym niezwykle ważny społecznie temat.

O autorce:

Aleksandra Wysocka – rocznik 1979, z wykształcenia socjolożka, z zamiłowania podróżniczka, z zawodu wiceprezeska Fundacji K.I.D.S. Klub Innowatorów Dziecięcych Szpitali. Ma na swoim koncie kilka gościnnych tekstów dla tygodnika Polityka. Mieszka w Warszawie z mężem, dwójką dzieci i dwoma kotami, ale gdy tylko może rusza ku słońcu, zwykle bez planu. Lubi las, czarny humor i białe wino i ma niepokojącą skłonność do kupowania biletów lotniczych. Wraz z mężem hobbystycznie prowadziła blog podróżniczy 8 stóp, który otrzymał nominację do „Travelerów” w kategorii „Blog roku”. Z rodzinnej onkohistorii i własnego raka piersi „ulepiła” książkę, jaką sama chciałaby przeczytać po usłyszeniu diagnozy.

Kategoria: Biografie
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8250-682-2
Rozmiar pliku: 1,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Pomyśl o kobietach, które znasz. Koleżanki z pracy, przyjaciółki, krewne. Jedna na osiem z nich zachoruje na raka piersi. Teraz pomyśl o znajomych facetach. Jeden na ośmiu usłyszy diagnozę raka prostaty. Szacuje się, że przynajmniej co trzecia osoba zachoruje na raka. Co czwarta umrze. Tylko od pięciu do dziesięciu procent nowotworów jest uwarunkowanych genetycznie. Reszta to wiek, styl życia, czynniki środowiskowe. Pech.

Taki pech spotkał mnie. Miałam czterdzieści pięć lat, byłam w życiowej formie. Gdy usłyszałam diagnozę, nie wiedziałam, co mnie czeka.

Mówi się, że rak to nie wyrok, ale nie wiem, czy jest na tym świecie ktoś, kto nie bał się, usłyszawszy słowo „nowotwór”. A strach i niepewność nie są najlepszymi towarzyszami na drodze do zdrowia.

Dlatego piszę tę książkę. Chciałabym móc ją przeczytać na początku mojej onkodrogi. Chciałabym, by przeczytali ją moi bliscy. Może tak bardzo byśmy się wtedy nie bali.Na coś trzeba umrzeć – mawiał mój ojciec, odpalając kolejnego papierosa. Gdy byłam mała, przywoziłam mu z kolonii kiczowate popielniczki z wymalowanym błagalnym hasłem: „Tato, nie pal”. Było to równie nieskuteczne, co późniejsze nastoletnie metody: awantury i wywalanie fajek przez okno. Wprawdzie statystyki były nieubłagane – w jego rodzinie, gdy ktoś był palaczem, należało w okolicach pięćdziesiątki zacząć pisać testament albo chociaż wspomnienia – ale on nie podejmował się zadań z góry skazanych na porażkę. Na przykład rzucenia palenia. Na coś trzeba umrzeć.

Majątku do podziału niestety nie miał, więc zamiast ostatniej woli tuż po pięćdziesiątych urodzinach zaczął pisać instrukcje. Był zodiakalną Panną, poukładany i do bólu pragmatyczny. Na list pożegnalny poświęcił zaledwie piętnaście linijek. Pozostałe dwanaście stron zawierało szczegółowe informacje dotyczące tak istotnych kwestii, jak formalności w ZUS-ie, w banku i administracji, przerejestrowanie i ubezpieczenie samochodu, a także wskazówki, do kogo należy dzwonić, kiedy zepsuje się pralka.

Rak dopadł go niby znienacka, ale jednak nie. Trafił do szpitala na początku wakacji z perforacją żołądka. Wypisywali go i znów przyjmowali, przez całe lato szukając przyczyny jego zdrowotnego rollercoastera, bo że to nie wrzody są jego głównym problemem, jakoś wszyscy przeczuwali. Z kolejnych rentgenów nic nie wynikało, aż w końcu, gdy przestał ruszać ręką, wysłali go na tomografię. Zamiast wyników dostaliśmy informację, że trzeba powtórzyć badanie, ponieważ wyszedł jakiś obrzęk. Rodzice wysłali mnie, żebym dopytała o szczegóły, i pamiętam dokładnie, jak piętnastego sierpnia roku pańskiego dwa tysiące ósmego, w święto matki boskiej rakoskiej, lekarka złapana przy wyjściu z kibla ze wzruszeniem ramion objawiła mi, naiwnie wierzącej w potęgę medycyny, że „nie wie, czy to do leczenia, czy od razu do hospicjum”, po czym odwróciła się na pięcie i odeszła, zostawiając mnie, trzymającą się kurczowo parapetu, bo nagle zrobiło mi się biało przed oczami i ledwo łapałam pion.

Drobnokomórkowy rak płuc, przerzut do mózgu – tak brzmiał wyrok.

Kilka dni później zadzwonił do mnie przerażony, bo spuchły mu stopy, a w naszej rodzinie stopy puchną dzień przed śmiercią. Wtedy nagle się okazało, że może i na coś trzeba umrzeć, ale on by wolał jednak na coś innego albo przynajmniej jeszcze nie teraz.

Umarł dwa tygodnie po diagnozie spod toalety, dwa dni po moim ślubie. Widzieliśmy się w niedzielę. Przywieźliśmy jedzenie, które zostało z wesela, wypiliśmy herbatę i pożegnaliśmy się. W poniedziałek rano mieliśmy z Pawłem, moim świeżo upieczonym mężem, lecieć do Hiszpanii w podróż poślubną, a on był umówiony na pierwszą wizytę u onkologa. Niedługo po naszym wyjściu zabolała go głowa. Mama zadzwoniła po pogotowie. Ratownicy powiedzieli, że na wszelki wypadek wezmą go na obserwację do szpitala. Do karetki zszedł o własnych siłach, godzinę później już nie żył.

Moja matka nie miała tyle szczęścia. U niej od diagnozy do śmierci minęły trzy pełne cierpienia lata.

Jako że oboje umarli pod koniec szóstej dekady życia, ja również nie planowałam dłuższej przygody na tym łez padole. Mimo to starałam się żyć choć trochę zdrowiej niż oni, a przynajmniej regularnie się badać i nie palić. A jednak, gdy tylko skończyłam czterdzieści pięć lat, coś zaczęło szwankować. Najpierw, jeszcze jesienią, zaczęło mnie boleć biodro _slash_ pośladek. Ból z dnia na dzień robił się coraz bardziej nie do zniesienia, nie pozwalał siedzieć ani leżeć, wybudzał w nocy i doprowadzał do czarnej rozpaczy. Jedyne, co pomagało, to chodzenie, ale nie da się spać, chodząc. Sprawdzałam.

Przestałam biegać i zrezygnowałam z basenu, zaczęłam tour po specjalistach, wśród których byli ortopedzi, trenerzy, masażyści, fizjoterapeuci i osteopaci, neurochirurżka i reumatolożka. Zrobiłam rentgen, dwa rezonanse i liczne badania krwi, testowałam kolejne leki, wykluczyłam choroby reumatologiczne, zdiagnozowałam przepuklinę w kręgosłupie. Dostałam skierowanie na operację, z którego za radą większości odwiedzonych specjalistów nie skorzystałam. Zaliczyłam cztery tygodnie rehabilitacji zleconej na _cito_ na NFZ (czasem warto popłakać się u lekarza). Zakumplowałam się z fizjoterapeutą, zaczęłam chodzić na długie spacery i bywać prawie codziennie na jodze, pilatesie i zajęciach „Zdrowy kręgosłup”, raz w tygodniu grałam w siatkę.

I jednocześnie łykałam garściami silne środki przeciwbólowe, które w ilościach hurtowych przepisywali mi kolejni lekarze, a które niestety nie działały, i spałam po cztery godziny na dobę. Ból nie pozwalał na więcej.

Równolegle, jak to w życiu bywa, nazbierało się trochę gruzu. W normalnych warunkach pewnie byłby do udźwignięcia, ale przy notorycznym niedospaniu okazał się ponad moje siły. I nawet nie chodzi o bycie matką dwojga nastolatków.

Na bliską mi osobę spadło ogromne nieszczęście, a ja, nie mogąc patrzeć na jej cierpienie, próbowałam ją ratować, pogrążając się coraz głębiej w nie swoim dramacie. Przerosła mnie moja empatia i bezradność, wciągnęła lodowata, ciemna otchłań.

W styczniu zaliczyłam wyjazd, na który cieszyłam się od listopada. Zmiana szaroburej zimowej Polski na słoneczną Andaluzję jest czymś, o czym marzę co roku, a jednak tym razem wyprawa skończyła się całkowitą porażką i była początkiem końca wieloletniej przyjaźni. Nie będę wchodzić w szczegóły, na pewne rzeczy lepiej spuścić zasłonę milczenia.

Dość powiedzieć, że z Hiszpanii wróciłam w kompletnej rozsypce. Potem było już tylko gorzej.

Jakoś w lutym uświadomiłam sobie, że zlekceważyłam wszystkie przypominajki w kalendarzu. Zwykle coroczne przeglądy zdrowotne robiłam w styczniu. Resztką sił dowlekłam się na kontrolę do ginekolożki, u której jak zwykle usłyszałam, że wszystko działa jak w zegarku, ale już gdy próbowałam umówić się na USG piersi, okazało się, że facet, do którego chodziłam od dziesięciu lat, przestał przyjmować. A ja nie byłam w stanie umówić się gdziekolwiek indziej. Podjęcie jakiejkolwiek decyzji kompletnie mnie przerastało.

Odpuściłam.

Płynęły miesiące, a ja osuwałam się w czarną dziurę. Źle spałam. Wszystko smakowało jak tektura. Darłam się na dzieci. Płakałam po kątach.

I w ten sposób przygnieciona życiem tuż przed wakacjami doczołgałam się do przemiłej psychiatrki, która wypisała mi receptę na antydepresanty i leki nasenne. W sumie to najpierw poszedł do niej Paweł. Po powrocie znalazł w internecie test, który kazała mu zrobić, a z którego, jak opowiadał mi podekscytowany, wyszła mu lekka depresja.

Mnie wyszła ciężka.

Kilka tygodni później kręgosłup nadal bolał, ale świat stał się nieco bardziej przyjazny, a ja przestałam płakać. W sierpniu pojechaliśmy kamperem do Rumunii. Chodziliśmy po górach, zwiedzaliśmy drewniane cerkwie, wieczorami popijaliśmy białe wino, wpatrując się w niebo gęsto usiane gwiazdami. Właśnie tam, gdzieś na przełęczy Prislop, znowu poczułam, że żyję.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij