Romans Teresy Hennert - ebook
Nieśmiertelny klasyk literatury w nowoczesnej formie ebooka. Pobierz go już dziś na swój podręczny czytnik i ciesz się lekturą!
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Klasyka |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-7991-612-2 |
| Rozmiar pliku: | 445 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
1
Julian Gondziłł, dobrze już siwiejący porucznik piechoty, nie był w swym życiu rodzinnym szczęśliwy. Może po prostu nie miał powołania do stanu małżeńskiego. Wystarczyło mu przekroczyć próg domu, aby odchodził go wszelki humor. Był jednak sprawiedliwy i przyznawał, że trochę winy jest i po jego stronie.
Ale kobieta, która go tam witała — mój Boże, czyż to właściwie była żona?
To była panna służąca, kucharka, praczka — wszelka niewolnica, tym jedynie zatroskana, by obiad się nie przestał.
Obiad przestawał się zresztą zawsze.
W ogóle do mieszkania — całkiem realnie rzecz biorąc — wchodziło się przez kuchnię. Więc sprawa jadła i jego zapach narzucały się od pierwszej chwili same przez się.
Ponadto, w poprzek tej kuchni przeciągnięte były dwa sznurki, na których o każdej porze dnia i nocy suszyła się jakaś bielizna. Wilgotne płachty, zwisające różne rękawy, nogawice i tasiemki, muskały porucznika po twarzy, chociaż pochylał głowę, by tego uniknąć.
Z dwóch małych chłopców, jeżeli zdrowy był starszy, Konrad, to już na pewno chorował młodszy, Wituś. Tak przynajmniej wydawało się żonie, która zaraz kładła dziecko do łóżka. Często zdarzało się, że w łóżkach leżeli obaj. Oto jakie były słodycze ojcostwa.
Żona, niestety, nie próżnowała nigdy. Kiedy już nie miała nic do roboty, to zawsze jeszcze coś robiła. Były to mianowicie jakieś _filety_ albo, co gorsza, _teneryfy_.
Porucznik mówił o niej czasami:
— Horyzoncik… Taki!
I zakreślał palcem kółko na swej własnej dłoni. Oznaczało to, że sfera zainteresowań jego żony jest równie szczupła jak rozmiary tego kółka.
Istotnie: wietrzenie, trzepanie, łatanie, szorowanie wszystkiego — były to zadania życia, przesłaniające cały świat.
Porucznik Gondziłł miał kiedyś co do swej żony poważne złudzenia, poślubił ją był bowiem z gorącej miłości. Wystarczyło przecież kilka lat, by się rozwiały bez śladu. Skrzydła jej ducha służyły, jak u kury, nie do latania, tylko do okrywania piskląt.
Dzisiaj porucznik wierzył tylko w przyjaźń, cenił towarzystwo serdecznych kolegów, przepadał za dobrą kompanią.
Twierdził też, że jego los został właściwie zwichnięty. Dziedziczne zamiłowanie skłaniało go do pracy na roli, wojna zaś oderwała go od studiów rolniczych, którym się był poświęcił ostatecznie po innych nieudanych próbach. Przeminione lata oraz małżeństwo i związane z tym obowiązki udaremniały teraz powrót na dawniej obraną drogę.
Porucznik był to człowiek dużego wzrostu, już nabierający tuszy. Twarz swą — pełną, płaską i, mimo życiowych przeciwności, pogodną — golił niedbale, a rzadkie wąsy nosił dłuższe nieco, niż zalecała moda. Jego mundur — za krótki i za ciasny — był całkowicie wypełniony miękkim ciałem. Gdy siadał, wówczas sukno, nie pierwszego gatunku, naciągało się i marszczyło. Gdy wstawał, fałdki pozostawały już na dłużej. Nawet gruby zimowy płaszcz nie oparł się tym przemianom. I czapka wojskowa zatraciła swój przyrodzony kształt, miękką fałdą opadając aż do karku.
Tak odziany, porucznik Gondziłł szedł z pracy szeroką, zalaną słońcem, ulicą miasta. Z czarnych wskazówek zegarów, zawisłych po drodze nad chodnikiem, czytał jasno, że obiad znów się przestaje. Ale nie przyspieszał kroku.
Ludzie wokoło niego wymijali się tłumnie i jakoś bezradnie. Silny, gorący wiatr przedwczesnego dnia wiosennego podrywał kapelusze i szamotał połami zimowego jeszcze odzienia. Paliło słońce, pachniał kurz miejski, na czarnych drzewach krótkie, nagie gałęzie ruszały się prędko. Wiosna zaskoczyła świat zupełnie jeszcze nieprzygotowany. Gotowe, jak zawsze, było tylko niebo ciemnoniebieskie i żywe, wesołe powietrze.
Idąc z tym tłumem, oddawał porucznik ukłony wojskowe różnej jakości.
Wysoko bowiem cenił kryteria wojskowej hierarchii, jej nieubłaganą i mądrą architekturę. Własny, zbyt niski wobec lat, stopień oficerski poił go, jak źródło zatrute, napojem tajonej goryczy. Dawał mu przecież jednocześnie doświadczać wyszukanej, subtelnie skomplikowanej rozkoszy, w której przenikało się i zazębiało poczucie zwierzchnictwa i subordynacji, uległości i panowania, surowej łaskawości i czci pełnego, skwapliwego posłuchu.
Stopień porucznika był dla niego miejscem geometrycznym przełamania się świata na dół i górę, rodzajem zera na termometrze losu. Był też żelaznym punktem pośród płynności zjawisk, bazą wszelkiej orientacji.
Gondziłł, podnosząc raz po raz dwa palce do czapki, czujny był szczególniej na ciepły, dyszący tętent samochodów, unoszących wysokie osobistości wojskowe, tępe i znieruchomiałe w tym mknieniu.
Doznawał zawodu, gdy byli to tylko dygnitarze państwowi lub nieznane, obojętne osobniki cywilne.
W jednym z samochodów ujrzał, powracającego również z ministerium, znanego sobie pana Józefa Hennerta. Zdażył oddać i odebrać ukłon. W przelocie melon matowy tamtego uniósł się lekko od ujęcia palców, okrytych ciemną, nieposzlakowaną rękawiczką.
— Mój Boże — mruknął do siebie Gondziłł — oto prawie wiceminister. Kto by pomyślał…
Spotkanie to przypomniało porucznikowi, że pan Nutka, teść owego Hennerta, stary smakosz i kompan doskonały, na pewno znajduje się o tej chwili w Edenie na obiedzie. Pan Nutka — a z nim może i Laterna, filozof, obieżyświat, dziwak, ale jak mało kto rozumiejący się na dobrych trunkach. Ostatnio zaczął tam bywać nawet generał Chwościk.
Westchnął i pomyślał o pewnych jedynych grzybkach solonych i pasztecikach w kruchym cieście. Ponadto był właśnie dzień kołdunów. Nie. Porucznik westchnął jeszcze raz i zawrócił z drogi.
Szedł teraz szybciej. Po całym jego ciele rozlała się radość powziętej decyzji.
Chociaż poniekąd skrzywdzony przez los, Gondziłł nie miał zupełnie rozwiniętego zmysłu zawiści. Otarcie się choćby z dala o cudze szczęście czy powodzenie pokrzepiało go raczej, umacniało w podziwie dla niezwykłych zdarzeń świata. Wystarczał mu idący od nich powiew fantazji, usprawiedliwiający lekkomyślność i nieodpowiedzialność. Oddychał przez chwilę atmosferą, w której nagle wszystko wydawało się możliwe, a nic nie było konieczne, atmosferą tak pociągającą.
I teraz jedynie spotkaniu z Hennertem zawdzięczał, że oto w najlepszym humorze idzie na obiad do Edenu.
O tym Hennercie i jego małżeństwie Gondziłł, gdyby chciał, mógłby ciekawe opowiedzieć rzeczy. Panią Teresę znał jeszcze za jej czasów pensjonarskich, gdy, wysyłana przez matkę, zachodziła często do Laternów pożyczyć parę groszy na obiad. A teraz — wielcy państwo, wysokie progi… Gondziłł rozmyślał o tym dobrodusznie i bez cienia żalu. Nie narzucał się ze swą przyjaźnią. Żył blisko tylko ze starym panem Nutką, którego odmiana losu nie zrobiła dumnym ani niedostępnym.
„Sam nie byłby uwierzył, że tak wysoko zajdzie”, myślał o Hennercie. „Czymże był, kiedy żenił się z Terenią — i na jaką przystał rolę… Właściwy wiceminister — nic naprawdę nie znaczy, robi politykę. Każdy wie, że wszystkim jest tam Hennert. Wszystko od niego zależy…”.
Porucznik nagle stanął i wyprężył się w nowym ukłonie. Nie był to jednak ukłon zwykły. Po chwilowym zesztywnieniu wojskowym Gondziłł przeobraził się w jednej chwili: oddawszy wojskowości, co jej było, rozwarł grube wargi do serdecznego okrzyku i niedźwiedzie ramiona do objęć.
— Kogoż to ja widzę! Sługa pułkownika! — witał młodego, eleganckiego oficera z takim wylaniem, jakby spotkał rodaka na obczyźnie.
Uradował się z całej duszy, rozpromienił po prostu naiwną uciechą „zacnego chłopa”, która każdego rozbraja.
Toteż pułkownik, szczupły i sztywny w przeciwieństwie do Gondziłła, ciasno stroczony wpół i przez ramię świeżym rzemieniem pasa, rozjaśnił się wyraźnie. W jego uśmiechu, ukazującym zbyt długie, lecz piękne zęby, w uśmiechu prawie czarującym, zaigrał jednak odcień pobłażliwej wyższości.
We wzajemnym objęciu zeszli obaj na skraj chodnika i tu Gondziłł oznajmił zupełnie stanowczo, że mianowicie już tym razem pułkownik mu się nie wymknie i obaj idą na kołduny do Edenu.
Stosunek Gondziłła do pułkownika Omskiego był dość szczególny. Gondziłł poszukiwał jego towarzystwa, tęsknił za nim i w pewnej mierze nawet go uwielbiał. W adoracji tej grały oczywiście rolę wybitne zasługi wojskowe pułkownika, wysokie odznaczenia, piękne stosunki w świecie, zadziwiająca w tak młodym wieku kariera.
Ale naprawdę czym innym imponował Gondziłłowi pułkownik. Mógł on mianowicie, jak każdy oficer, wiele wypić, ale miał ten swój jakiś pewien kieliszek, poza który — nie bacząc na żadne okoliczności, sytuacje i namowy — nie przeszedł nigdy.
Gondziłł znał ludzi o tęższej głowie, dawał rady kompanom najbardziej nieustraszonym, pułkownika jednak nigdy nie mógł pokonać. Niejeden raz wydawało mu się, że oto już, już ma go w ręku — gdy w pewnej dowolnej chwili pułkownik stawał się znów niezdobyty, tajemniczy, niezłomny — wówczas, gdy inni wokoło pogrążali się bez pamięci w odmęt pijatyki. Gondziłł wiele myślał o tym, rozważał tę dziwną sprawę. Marzył o pułkowniku jak o niezdobytej kobiecie.
Złożyło się pomyślnie, że dnia tego pułkownik Omski nie był nigdzie na obiad proszony. Przystał więc na zaproszenie Gondziłła, zwłaszcza że był mu już przedtem parokrotnie odmówił.
Drogę mieli niedaleką. Skręcili teraz w ulicę mniej ludną.
— Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ta gotówka — mówił teraz Gondziłł. — Pókiśmy byli potrzebni… A, proszę bardzo! Obietnice, cacanki, kwiaty, bohaterowie et cetera… Wdzięczność ojczyzny, osadnictwo wojskowe. Bóg wie nie co! A dziś, kiedy już skóra rodakom na grzbiecie nie cierpnie, ratuj się, kaczka! Nędza, co tu gadać, błyszcząca nędza.
Mówiąc tak, Gondziłł nie znajdował w słuchaczu rezonansu. Twarz pułkownika — długa i wąska, o sępim profilu, wysuniętej cokolwiek dolnej szczęce i brwiach pochmurnie ściągniętych — zamknęła się już bez śladu nad poprzednim uśmiechem.
— Wypłacono chyba dodatki — powiedział niedbale, jakby sam niedokładnie pamiętał.
Do znanej biedy życia oficerskiego odnosił się jak do sprawy nieprzyzwoitej, żenującej. Uczuwał wprost skrępowanie, gdy o tym mówiono.
Gondziłł, ze swym krzepiącym wyglądem jowialnego poczciwca, lubił utyskiwać, krytykować i biadać. Pochmurny pułkownik natomiast uważał lojalnie, że wszystko jest jak najlepiej, a zresztą kto inny jest powołany, by to rozważać.
— Dodatki? — oburzył się zaraz Gondziłł. — Dodatki! Były one małe, spóźnione i wiele jakichś innych posiadały braków.
Gondziłł bowiem ze swej strony wprost pieścił się tym tematem. Nie był niczym gorszym od innych, troska i upokorzenie nie jego tylko były udziałem. Uczuwał się w swym upośledzeniu podobny do najwyższych zarówno, jak do najniższych — i to go krzepiło. Był podniesiony przez pobratymstwo losu z dostojnymi. Pułkownik ukłonił się teraz pięknej, młodej kobiecie. Było pusto na ulicy i wyminięcie trwało pewną chwilę. Gondziłł zamilkł i chłonął oczami to zjawisko. Rumieńce na twarzy, wielkie, czarne spojrzenie. Kostium popielaty z kortu angielskiego. Mały czerwony kapelusz.
— Panie pułkowniku, toż to jedwabna kobieta — wołał z entuzjazmem Gondziłł, nie bacząc, że mógł być słyszany.
Twarz pułkownika była jak kamień.
— Jaki szczęśliwy! — nie ustępował porucznik. — Cóż to za oczy, co za proporcje! Postawa, nóżki, szyk, Jezus Maria!
Obejrzał się jeszcze raz, prawie przystanął.
— Któż to jest, do licha?
— Nawet nie pamiętam, jak się nazywa.
— Mój Boże. — Gondziłł kręcił głową w nabożnym zachwyceniu. — Aktorka chyba czy w ogóle coś takiego.
— Nie, gdzież tam, nie aktorka. Po prostu urzędniczka. Wszystkie panny pracują teraz po ministeriach… Mam już, nazywa się Sasinówna, Elżbieta.
Gondziłł jeszcze się oglądał — nie wiadomo nawet, czy bardziej zachwycony czy bardziej zaciekawiony.
Była już daleko — doskonale widzialna w polu jasnej, pustej ulicy. Wiatr gorący miotał fałdami sukni. Widać było cienkie przeguby nóg, obciągnięte popielatym połyskiem pończoch ponad popielatym matem pantofelków z irchy. Miała chód lekko się chwiejący. Oscylowanie stanu w biodrach ruchem prawie tanecznym. Szła, jakby godziła się na to, że ją ponosi wiatr.
Ona także pasowała do dzisiejszej wiosny — nie tylko niebo i powietrze.
— Urzędniczka — rozczulał się Gondziłł. — Nie wygląda! Ach, pułkowniku drogi, gdybym ja mógł ją gdzieś spotkać!
Pułkownik nawet trochę się zdziwił, ale nie zdawał się oburzony.
— Cóż pan znowu. Ona nie jest tak zupełnie, żeby już całkiem bez ceremonii… Z kresów, z przyzwoitej bądź co bądź, chociaż zbiedniałej rodziny. Sam zresztą znam ją tak mało…
Gondziłł zamilkł. Doprawdy był zbyt natarczywy. Nie mógł wiedzieć, do diabła, jaki rodzaj znajomości łączył pułkownika z tą osobą.
Popatrzył na suchy profil Omskiego jakby z innej strony, z nowym odcieniem szacunku: istotnie on właśnie godzien był takiej kobiety, któż mógł zaprzeczyć.
„Może to właśnie ta”, pomyślał i prawie się ucieszył.
Tak, dusza Gondziłła pozbawiona była wszelkiej zawiści. Samo pobliże, sama możliwość triumfu i szczęścia cudzego była dla niego radością.2
Weszli do lokalu po kilku drewnianych schodkach, okrytych zniszczonym dywanem. Zdjęte płaszcze zawierzyli służbie poważnej, siwowłosej i brudnej. Pułkownik zatrzymał się na sekundę przed mętnym zwierciadłem i przygładził włosy.
Ledwie stanęli w progu, uniosło się na ich widok od stołu w głębi wielkie ciało Laterny. Gondziłł też dojrzał go od razu. Wyminęli szybko stoły z biesiadnikami i porucznik przedstawił nieznajomych. Czynił to tak, jakby odprawiał jakiś obrzęd triumfalny.
— Ależ, panie profesorze — powiedział do Laterny pułkownik z grzeczną swobodą — my chyba jesteśmy sąsiadami. Jakże się cieszę.
— Któż wie o tym lepiej niż ja — zaśmiał się Gondziłł, promieniejąc radością.
Kojarzenie przyjaciół, tworzenie zacnej, wesołej kompanii stanowiło namiętność jego życia.
Profesor Laterna wyznał, że również rad jest bardzo, i wielką swą prawicą mocno uścisnął rękę pułkownika.
Rozmiarami ciała górował nad innymi. Gruby i miękki, łatwy do śmiechu, miał wielką twarz, oczy żywe i młode, a głowę porosłą krótkim, siwym puszkiem. Pomimo lat poważnych był ciekawy zarówno spraw, jak ludzi, i wszystko wydawało mu się interesujące.
Istotnie, pułkownik zajmował od niedawna pokój, przylegający do jego małego mieszkania, i zdążył już przyciągnąć uwagę profesora swoją osobą.
Czwartym z grona był nikły, suchy staruszek, pan Seweryn Tarnawa Nutka, „teść Hennerta”, jak zdążył poinformować dyskretnie pułkownika promieniejący Gondziłł.
Okazało się, że przybyli nie przeszkadzają w najmniejszym stopniu. Przeciwnie.
— Zaczynamy właśnie w tej chwili — gościnnie mówił pan Nutka, zapraszając do stołu, na którym Gondziłł już przedtem był zauważył stojące ulubione grzybki.
Spotykali się tu często na śniadaniu — w starym, ciemnym, brudnawym, ale pełnym tradycji, lokalu, zwabieni wypróbowaną z dawna jakością firmowych dań, sławą tęgiej starki i w ogóle solidną, rodzinną atmosferą.
Słońce dalekiego południa wchodziło tu jak do podziemi. Powietrze ciężkie było od zapachu jadła i starego, przywarłego do grubych murów tytoniowego dymu.
W paru niewielkich salach siedzieli za stołami wyłącznie mężczyźni, starsi przeważnie, koneserzy i smakosze, niedowierzający taniemu blichtrowi wielkich nowoczesnych restauracji.
Gdy obaj oficerowie już zasiedli i wyrazili niezmiernie życzliwej służbie swe chęci, pan Nutka zwrócił się do Gondziłła:
— Wczoraj zięć mój pytał mię o pana — komunikował z bliska, konfidencjonalnie. — Ja tam w interesy jego nie mieszam się, uchowaj Boże, ale myślę, że musi coś dla pana mieć.
Dla Gondziłła wiadomość ta była wprost sensacyjna. Oto, czego nie oczekiwał!
— A właśnie widziałem przed chwilą pana dyrektora — powiedział. — Nie, tylko w samochodzie.
Pan Nutka ciągnął:
— Hennert — tak mawiał o zięciu — zna pana przecież bardzo mało, ale on ma węch do ludzi. Nie chcę go chwalić, w gruncie jest to jednak człowiek dobry, uczynny. I gdyby chciał coś dla pana zrobić… On dużo może.
Gondziłł nie wątpił. Był ucieszony prawdziwie i nie starał się ukrywać zaciekawienia.
— Hennert chciał z panem w tych dniach się zobaczyć — przeszedł nagle Nutka od uogólnień do konkretu. — Jaki jest pański numer telefonu w biurze?
— Zawsze jestem gotów, z całą chęcią — gorliwie zapewniał Gondziłł.
W tym czasie wezwany kelner pochylił się ku Nutce i z przymkniętymi powiekami łowił uchem słowa jego poleceń. W całej postawie zasłuchanego sługi przebijała jedyna troska, aby oto pojąć dokładnie, przeniknąć do dna i w całej mierze dogodzić.
Tymczasem Gondziłł zbierał myśli. Przypomniał sobie teraz, że spotkanie z Hennertem zrobiło na nim dzisiaj szczególnie miłe wrażenie, że jego ukłon w przelocie wydał mu się jakiś ożywiony, skwapliwy, bardzo grzeczny. Coś nawet, jakby chęć zatrzymania szofera — czy tak? Nie dowierzał wtedy sam sobie, myślał, że roi. A oto wszystko naraz stało się zrozumiałe. Zrozumiałe? Przecież właśnie w tej chwili dopiero nic nie rozumiał… Co bowiem mógł „mieć dla niego” Hennert? Czymże mógł mu być użyteczny on, znaczący tak mało?
No tak, dziś znaczy mało, a jutro znaczyć może więcej. Nic nie wiadomo, wszystko jest możliwe.
Na kartce z bloku napisał numer żądany, szczegółowo oznaczył godziny. Czekał bliższych wyjaśnień, wskazówek — na próżno. Pan Nutka nic nie wiedział i nie chciał wiedzieć. Do interesów zięcia swego nigdy się nie mieszał i w ogóle umywał ręce. Gondziłł tedy powstrzymał się od zadawania pytań. Był cierpliwy i pogodny.
Na obrusie pojawiły się już miłe barwy wszelkich sałat, mięs i ryb zimnych, wędlin, marynat i zakąsek.
Najprostsze wśród nich, jak i najbardziej wyszukane, zarówno uradowały męskie oczy.
Gondziłł nalał kieliszki. Panowie wychylili je jednocześnie — i spojrzeli po sobie z nagłym uśmiechem niedowierzania. Czyżby? Wszakże spodziewali się pić zupełnie co innego… Gondziłł wziął do ręki butelkę, spojrzał na etykietę i chciał pokazać ją pozostałym. Ale już Laterna uspokoił go gestem wielkiej i tłustej swej dłoni.
— Nie trzeba, Julku. Tu nie ma żadnej wątpliwości: oryginalny, stary Marcelain.
Tak było, jak mówił. Profesor Laterna nie popełniał w tych razach omyłek.
Teraz obejrzeli się po sobie jeszcze raz — tym razem w poszukiwaniu winowajcy.
Pan Nutka był tym, który w tej chwili uśmiechał się skromnie i wejrzeniem rozbrajającym prosił o przebaczenie.
— Panowie nie wezmą mi przecież za złe, że pozwoliłem sobie jakoś uczcić…
Nie, nie wzięli mu za złe. Przeciwnie.
Ale uwaga ich zwrócona już była całkowicie na pośpieszny, niecierpiący zwłoki, wybór najpierwszej przekąski. Małe widelce, jak dzioby, spadały na różowe mięso łososia i bladofioletowe dzwonka tłustego jak wałek śledzia.
Zaraz potem zawaliły się misterne, strojne piramidki krajanych w kostkę jarzyn i pękły kremowe polewy sosu majonezowego na zimnych jesiotrach i homarach. A Gondziłł pomyślał, że to dzisiaj na pewno skończy się wesoło.
Wokół czuwała służba — pieczołowita, baczna, celebrująca. Nikt nie zdążył uczuć braku ani niedogody. Naczynia zmieniały się niepostrzeżenie i cicho. Na boku mokły już w letniej wodzie dwie butelki Chambertina.
Laterna tymczasem ciągnął dalej rozpoczętą przedtem rozmowę z pułkownikiem.
Okazało się bowiem, że dziś w biurze pułkownik odebrał nieopublikowane dotąd szczegóły ostatniego wrogiego napadu na pograniczu północnym. Profesor wykazał zaciekawienie. Tak — to już nie było kilkunastu uzbrojonych bandytów, siejących postrach i wymykających się pogoni. To było regularne wojsko, oddział liczący paruset ludzi, łupiący, mordujący, palący po drodze. Wymiana strzałów trwała parę godzin, są straty.
Bezkarność tych zbrodni, szczególna bierność, z jaką je tutaj cierpiano, wydawała się pułkownikowi czymś niezrozumiałym.
Nie powiedział nic więcej. Lojalność oficera nie pozwoliła mu wyjawić wszystkiego, co czuł.
Zasłyszawszy, o co chodzi, Gondziłł poparł go skwapliwie:
— Właśnie! Wystosują jeszcze jedną notę dyplomatyczną i po krzyku.
Laterna powiedział z rozwagą:
— Trudno, nie zawsze może być wojna.
Pułkownik hamował wewnętrzne wzburzenie. Pochmurny i nieufny, milczał teraz, zajęty wyłącznie kołdunami, które właśnie podano w wazach.
— Niestety, wojsko nie znaczy już nic — mówił Gondziłł. — Teraz rządzą dyplomaci.
Gondziłł nie nosił mankietów — więc gdy sięgał po potrawę albo ujmował za kieliszek, wówczas z rękawów jego munduru wychodziły daleko ręce tłuste, bujnie okryte złotawym włosem.
Profesor kończył jeszcze duszone w maśle, świeże, pachnące pieczarki. Jedząc ze smakiem, zarazem mówił łagodnie — jakby tonem perswazji:
— No tak, bo teraz jest pokój. Jest rozczarowanie i nuda, to prawda, ale wojna się skończyła. Doświadczyliście panowie wszystkiego. Minęły lata bohaterstwa i zasługi, zagoiły się zaszczytne rany, a teraz są ordery na piersiach, bezpieczna praca po urzędach. Jednak oczekiwało się tak wiele… A tu zawarto umowy, podpisano traktaty; wielkie fale wróciły w brudne łożysko. Świat cały zamienił się w „tyły”.
Przed pułkownikiem stał niewypity kieliszek. Nie dawało to spokoju panu Nutce, który zawstydzał młodych i siebie stawiał za przykład.
Pił istotnie w sposób budzący podziwienie, za każdym kieliszkiem nabierając tylko humoru i miłego zadowolenia z siebie.
Pułkownik uległ zachętom staruszka i wychylił spóźnioną kolejkę. Na jego chudych, smagłych policzkach pociemniały rumieńce.
Tak — uczuwał to znów silniej dziś od rana, w tym dniu powracającej wiosny. Życie jego było męką. Stał w miejscu z powstrzymanym oddechem, z dygocącymi nozdrzami — przykuty cudzą tępą wolą do wielkiego więzienia, pełnego wojskowych papierów.
Myślał, że to właśnie musi czuć wyżeł, gdy zwęszy stado kuropatw, podejdzie blisko i wystawia z łapą podniesioną, skamieniały z niepokoju, subordynacji i męki. Nie wolno mu drgnąć, nie wolno wcale ruszyć się z miejsca. I myśliwy nie podchodzi, i strzał czekany nie pada. A chwila mija, mija…
Słychać czasami głuchy chrobot oręża — to ze wschodu, to z zachodu. Ach, pretekstów nie braknie! To obelżywa nota, to niedotrzymana umowa, skrytobójstwo polityczne, szajki uzbrojone. Każda rzecz sama jedna byłaby już wystarczającym casus belli.
I nic! I nic! Umiera się powoli z beztroski, z bezpieczeństwa, ze — spokoju.
Tam, wówczas — rozmach wiary w siebie, pewność decyzji, uparta wola — niosły go naprzód ku upojeniom i zwycięstwu. Jeszcze rok, dwa lata wojny — i oto ambicja jego nie widzi kresu. Ma najlepszą opinię we wszystkich sferach, we wszystkich koteriach wojskowych. Na cienkim kamgarnie jego munduru, poniżej i wzdłuż lewego obojczyka, wiszą szeregiem na metalowych pałeczkach barwne strzępki wstęg orderowych, w tym dwie cudzoziemskie pierwszej jakości.
Tam, wówczas, wśród niewygód i czarnego mozołu wojny, był młody, wesoły, rześki. Męczeńskie marsze w noce jesiennych słot, ponurą emocją odpowiedzialności bijące serce, wiosenne wichry ciężkie od ołowiu kul, słońca czarne od dymu — to było szczęście!
Dziś dławił w sobie mękę nudy, gryzł się, chudł i czerniał. Węszył proch — i przymykał oczy.
— Doskonaleś to, profesorze kochany, powiedział — cieszył się Gondziłł. — „Świat cały zamienił się w »tyły«”.
I roześmiał się głośno — jak wielkie dziecko.3
— Wdzięczność rodaków! — wykrzykiwał teraz Gondziłł z oburzeniem. — Proszę panów, to są niesłychane rzeczy. Generał Chwościk przez całą zimę nigdzie nie pokazywał się z żoną. Dlaczego? Po prostu nie miał za co kupić jej palta. Major Bielski powoli wyprzedaje meble, żeby móc posyłać swych chłopców do szkoły. A biedna generałowa Uniska! — Gondziłł obracał się tylko w wysokich sferach wojskowych. — Umiera generał i nie zostawia jej nic poza wspaniałym umeblowaniem. No, srebra, kryształy, obrazy; wszystko w ogóle, co mu sama wniosła w posagu, pochodząc z rodziny magnackiej, a dziś naturalnie zrujnowanej. I co się dzieje?! Intercyzy nie było, a meble uważane są za własność męża i traktowane jako spadek krociowy… Nieszczęśliwa, młoda jeszcze kobieta zostaje oto zupełnie sama z małymi dziećmi na głowie i musi teraz płacić olbrzymi podatek od spadku.
— Temperatura dobra — padło ważko kompetentne słowo Laterny.
Wychylił właśnie łyk pierwszy z kielicha burgunda — i dawał wyraz uznaniu.
Gondziłł opowiadał jeszcze historię — na ten raz tylko kapitanowej, niejakiej pani Wygienackiej, która przez cały rok od śmierci męża, zabitego na froncie, nie odebrała ani grosza emerytury. Na szczęście i ta była z rodziny zamożnej — a niezrujnowanej — i znalazła ucieczkę przed nędzą pod dachem rodzinnego domu.
W głosie opowiadającego drgało ciepło prawdziwego uczucia. Była to niejako solidarność, ale niedopuszczająca poufałości, moderowana najgłębszym szacunkiem.
Pan Nutka grą swego zaschłego, pociętego zmarszczkami, oblicza wyrażał zainteresowanie i wzruszenie. Niektóre z osób, o których była mowa, znał osobiście i darzył sympatią. Los ich nie był mu obojętny.
Opowiadanie Gondziłła poruszało w nim ponadto struny własnych przeżyć: chociaż „teść Hennerta”, pan Nutka miał zawsze jakieś drobne kłopoty pieniężne i nie zwykł był tego ukrywać. Wciąż o coś zabiegał, czymś się troskał, nie zaznawał spokoju. Gondziłłowi zdarzało się z pewnym nawet zdziwieniem słyszeć, że pan Nutka po prostu „skręca się” w potrzebie głupiej jakiejś sumy i — rzecz szczególna — często nawet wcale nie dla siebie. Pan Nutka z całą szczerością wyznawał, że nic nie posiada, ale też nic nikomu nie potrzebuje zawdzięczać.
Zadowolenie z siebie, wzrastające w miarę wychylanych kieliszków, zdawało się być rysem dominującym charakteru staruszka.
Na jego zapytania Gondziłł wyliczył bez zająknienia wysokość uposażeń, przypadających oficerom różnych stopni.
— No nie, to nie do wiary! — pan Nutka wprost załamywał ręce.
Ale Laterna dobił go po prostu, wymieniając miesięczną płacę, jaką pobierał w charakterze profesora wszechnicy.
— Czasy! Czasy!
I wszyscy zgodzili się, że dziś lepiej być zamiataczem ulic niż ministrem.
Było oczywiste, że wokół tego suto zastawionego stołu zasiadają sami nędzarze.
Bo i pułkownik, niebiorący udziału w licytacji, niechętny przechwałkom panów — lub raczej nimi zażenowany — i ten piękny, wyświeżony, błyszczący oficer, ani słowem niezdradzający swych trosk, wcale nie był od nich wolny.
Laterna z sympatią obserwował hardego, zamkniętego w sobie młodzieńca.
Wiedział o nim, że pomimo manier światowych i nawyknień pańskich, pochodzi z jakichś sfer półinteligenckich, z rodziny ubogiej i nieprzynoszącej zaszczytu. Ojciec jego, zamieszkały, na szczęście, w dalekim mieście prowincjonalnym, utracił miejsce z powodu wykrytych nadużyć i robił teraz interesy na własną rękę, nie ciesząc się niczyim zaufaniem. Z tych ciemnych źródeł utrzymywał chorą żonę i młodsze dzieci, a w chwilach krytycznych pułkownik obowiązany był do niesienia pomocy rodzinie.
Jako bliskiemu sąsiadowi, Laternie było wiadomo, że pokój, który zamieszkiwał, miał okno od podwórza, był mały, ciemny i nędznie umeblowany.
Poza tym pułkownik nie palił, pił bez namiętności, w karty nie grał, kokot nie lubił. W ogóle w sprawach pieniężnych był bardzo skrupulatny, nie robił długów, sam też niełatwo pożyczał.
Nie umiał tylko odmówić sobie luksusu czystości. Na bieliznę, kosmetyki i rękawiczki wydawał połowę pensji. Zwykł też był posyłać znajomym paniom na imieniny duże kosze kwiatów.
Wszystko to wiedział profesor od Julka Gondziłła, swego szwagra.
Pułkownikiem Omskim interesował się nie od dziś. On — miłośnik ludzi, jak określał sam siebie — w swej wiecznej chęci poznawania innych nie gardził bynajmniej plotką. Cóż może być ciekawszego dla człowieka niż los i dusza drugiego człowieka? Cóż może być bardziej pouczającego?
Słuchał z przyjemnością małych, niedyskretnych wiadomości o ludziach. Cenił w plotce jej wartość dokumentu. Dziwił się wstydliwości, z jaką ludzie delikatni mówią o sobie nawzajem.
Dogmat tajemnicy osobistej nie miał w nim wyznawcy: tajemnica istniała dla niego po to, by ją poznać, nie zaś, by ją szanować. Życie intymne człowieka wówczas tylko miałoby prawo do nietykalności, gdyby było izolowane i nie wywierało wpływu na życie innych. Dla Laterny sieć plotek, rozsnuta między ludźmi, była właśnie regulatorem tych oddziaływań. Uważał ją za objaw zorganizowania życia zbiorowego, za ważny czynnik socjalny.
Dalej idąc, Laterna twierdził, że słuchanie plotek wynika z tej samej potrzeby, co czytanie powieści, pisanie ich zaś — tylko z bardziej wyrafinowanej chęci ich powtarzania. Podobnie teatr zaspokaja wrodzoną człowiekowi, a nieuwłaczającą mu wcale, skłonność do podsłuchiwania i podglądania. Albowiem niedyskrecja wobec bliźnich to nakazana przez instynkt samozachowawczy konieczność poznania medium, w którym żyjemy i działamy, prześwietlenia otaczających nas ciemności. Plotka zgodna z rzeczywistym stanem rzeczy — „dokument ludzki” — jest rudymentem romansu obyczajowego, a z plotki kłamliwej wywodzi się twórcza fikcja, wszelki mit i legenda.
Laterna uważał siebie za moralistę w sensie odwróconym: miłując człowieka, nie starał się go wywyższyć i uszlachetnić, tylko ułomności jego rehabilitował.
Z tak pojętych, od Gondziłła czerpanych, informacji, profesor starał się poznać życie osobiste pułkownika. Jego stosunek do kobiet też zasługiwał na uwagę.
Nie dając się pociągnąć zepsuciu wielkomiejskiemu, pułkownik unikał zarazem i panien z towarzystwa — może w obawie, żeby nie tłumaczyły sobie fałszywie jego względów. Bywał natomiast w domach rodzinnych, grzał się w cieple wnętrz dostatnich i zasobnych, pieścił dzieci i psy domowe, stawał się przyjacielem pani domu, zaufanym doradcą, ozdobą przyjęć i zebrań — nigdy czymś więcej.
Chociaż tak wobec pokus odporny — tańczył namiętnie. Całe noce spędzał na przesuwaniu biernych, sytych ciał kobiecych po posadzce sali balowej. Gdy inni oficerowie gromadą szli do bufetu, on pozostawał między tańczącymi. Gondziłł przypuszczał, że może po prostu żałował pieniędzy. Bo mimo pozorów rozrzutności był oszczędny i zawsze do pierwszego dowlókł parę ostatnich groszy poprzedniej pensji. Zły i głodny, tańczył do rana, budząc zachwyt muzycznym wdziękiem gestu i postaci. Czarujący, miły, gorzkawo ironiczny, o oczach płomiennych i chłodnym temperamencie, zdawał się coś przemilczać i taić, coś knuć w udręczeniu i powściąganym gniewie.
Kobiety przepadały za jego towarzystwem, ale się w nim nie kochały. Jego chłód erotyczny zniechęcał i dziwił.
Gondziłł nie umiał wykryć kobiety w życiu pułkownika Omskiego — mimo żywego zaciekawienia, przenikliwości i usiłowań. Każde podejrzenie okazywało się bezpodstawne, każda była nie tą.
Miło tak było rozważać, pić dobre wino, patrzyć na pięknego człowieka. Dla Laterny nie było spraw błahych ani ludzi nieciekawych. Kochał życie i cieszył się nim bez wytchnienia.
Czas mijał. Chwile przeobrażały się w godziny. Pito wciąż. Nutka na żółtej, pomarszczonej twarzyczce miał teraz krwiste rumieńce, ale nie dawał za wygraną.
— Zdrowie profesora!
— Zdrowie pułkownika!
— Zdrowie porucznika!
Wznosząc w kółko te zdrowia, zagrzewał wciąż do picia. A gdy dopiął swego, uspokajał się na chwilę, popadał w zadumę i cichym, starczym, głosem nucił:
Lekko tańczyła i taki śpiew…
Wtedy zaraz odzywał się Gondziłł:
— Zdrowie kochanego pana Seweryna — wznosił z zapałem i to zaklęcie magiczne wystarczało, by pobudzić zamierającą ochotę.
Kielichy podnosiły się znowu do warg. A pan Nutka, do głębi wzruszony, natychmiast wstawał z miejsca i z kieliszkiem obchodził szczupłe grono. Całował się z każdym po kolei i dziękował z całego serca, jak ktoś obdarzony ponad zasługi i wszelkie oczekiwanie.
Pułkownik osiągnął w pewnej chwili swój kieliszek krytyczny i więcej pić nie chciał.
— O, widzicie — triumfował nie wiadomo czemu Gondziłł. — Mówiłem wam, nieprawda?
Ale pan Nutka nie umiał się z tym pogodzić. Upór pułkownika dotykał go osobiście, zasmucał głęboko. Mówił, że nie wie, czym sobie na to zasłużył, że nikt zarzucić mu nie może, by komuś w czymkolwiek uchybił…
Pułkownik przecież był niewzruszony. Słuchany już tylko przez Laternę, mówił z cicha, że od dawna marzy o polowaniu w dżungli na tygrysy albo o wycieczce w głąb Afryki. Wyznał, że pragnąłby gorąco — gdzieś, w jakichś koloniach wziąć udział w poskromieniu buntu dzikich tubylców… Ale wszystko jest niedostępne, wszystko jest niemożliwe. Wszystko jest niemożliwe.
Profesor z upodobaniem słuchał tych wynurzeń, z rzadka tylko wymawiając tonem kojącym, prawie pieszczotliwym, jakieś niewinne prawdy pacyfizmu. Nazbyt pociągająca była dla niego ta śmiertelna gorączka młodości, by na serio pragnął ją uśmierzyć.
Przyszła przecież chwila, gdy należało powstać. Zmrok zapadł, rozbłysło światło elektryczne.
Panowie zażądali rachunku — i pewien chłód powiał po obecnych. Ale oto okazało się, że wszystko już zapłacił był cichaczem pan Nutka.
— Pan Seweryn? Co za podstęp! — oburzenie było powszechne.
Laterna protestował, Gondziłł nie dawał się uspokoić. Pułkownik zgodził się dopiero po dłuższej chwili i podziękował chłodno milczącym ukłonem. A Gondziłł przystał wreszcie pod warunkiem, że wszyscy pójdą teraz do Lamusa, gdzie on prosi „tylko na czarną kawę” — zapewniał błagalnie.
Nastały krótkie wahania. Wątpliwości jednak dały się usunąć rychło i bez śladu.
Gdy już mieli się ku wyjściu, na progu sąsiedniej sali stanął w pełnym blasku szlifów i orderów niewysoki, tęgi generał o bardzo czerwonej twarzy i małych, ospałych oczach za binoklami. Na jego widok obaj oficerowie znieruchomieli w miejscu jednocześnie, jakby jednym rażeni olśnieniem.
Był to generał Chwościk — ten sam, który przez całą zimę nigdzie nie pokazywał się z żoną, gdyż nie miał za co kupić jej palta. Istotnie, i tym razem pokazał się zupełnie sam.
Nastąpiło powitanie. Gondziłł, złożywszy nieposzlakowany ukłon regulaminowy, przeszedł momentalnie w stan najwyższego entuzjazmu. To już było prawdziwie najwyższe zrządzenie, że się tak oto wszyscy z generałem spotkali, właśnie idąc do Lamusa „na czarną kawę, tylko na skromną czarną kawę” — że oto tak doskonale się składa. Śmiał mniemać, że generał im wszystkim nie odmówi. Błagał o wyświadczenie mu tej łaski jak o darowanie życia.
Inaczej Omski. Poczucie dystansu, zmysł subordynacji, który u Gondziłła przybierał formę rozanielenia, w pułkowniku miał charakter jakiejś kamiennej zaciętości. Gondziłł cały tajał w ciepłym blasku władzy, tak po prostu wcielonej w żywego człowieka. Pułkownik stał jak wyznawca wobec dogmatu — urzeczony grozą kultu, w swej czci dla symbolu nieprzejednany.
Generał nie odmówił istotnie i przyłączył się do towarzystwa, ujęty gorącymi słowami profesora i pana Nutki, którzy Gondziłła poparli. Uczynił to z całą swą znaną, miłą i miękką popularnością, która nie umiała rozchmurzyć młodej twarzy Omskiego.
Wszyscy w najlepszych humorach opuszczali lokal, a Gondziłł w przedpokoju rozdawał sumy lokajom za podanie płaszcza i pasa, za odszukanie czapki.
W tym gronie pili ową czarną kawę przez całą noc. A gdy o brzasku przyszło do rachunku, okazało się znowu, że wszystko zapłacone już było przez pana Nutkę.
_Koniec wersji demonstracyjnej._
Julian Gondziłł, dobrze już siwiejący porucznik piechoty, nie był w swym życiu rodzinnym szczęśliwy. Może po prostu nie miał powołania do stanu małżeńskiego. Wystarczyło mu przekroczyć próg domu, aby odchodził go wszelki humor. Był jednak sprawiedliwy i przyznawał, że trochę winy jest i po jego stronie.
Ale kobieta, która go tam witała — mój Boże, czyż to właściwie była żona?
To była panna służąca, kucharka, praczka — wszelka niewolnica, tym jedynie zatroskana, by obiad się nie przestał.
Obiad przestawał się zresztą zawsze.
W ogóle do mieszkania — całkiem realnie rzecz biorąc — wchodziło się przez kuchnię. Więc sprawa jadła i jego zapach narzucały się od pierwszej chwili same przez się.
Ponadto, w poprzek tej kuchni przeciągnięte były dwa sznurki, na których o każdej porze dnia i nocy suszyła się jakaś bielizna. Wilgotne płachty, zwisające różne rękawy, nogawice i tasiemki, muskały porucznika po twarzy, chociaż pochylał głowę, by tego uniknąć.
Z dwóch małych chłopców, jeżeli zdrowy był starszy, Konrad, to już na pewno chorował młodszy, Wituś. Tak przynajmniej wydawało się żonie, która zaraz kładła dziecko do łóżka. Często zdarzało się, że w łóżkach leżeli obaj. Oto jakie były słodycze ojcostwa.
Żona, niestety, nie próżnowała nigdy. Kiedy już nie miała nic do roboty, to zawsze jeszcze coś robiła. Były to mianowicie jakieś _filety_ albo, co gorsza, _teneryfy_.
Porucznik mówił o niej czasami:
— Horyzoncik… Taki!
I zakreślał palcem kółko na swej własnej dłoni. Oznaczało to, że sfera zainteresowań jego żony jest równie szczupła jak rozmiary tego kółka.
Istotnie: wietrzenie, trzepanie, łatanie, szorowanie wszystkiego — były to zadania życia, przesłaniające cały świat.
Porucznik Gondziłł miał kiedyś co do swej żony poważne złudzenia, poślubił ją był bowiem z gorącej miłości. Wystarczyło przecież kilka lat, by się rozwiały bez śladu. Skrzydła jej ducha służyły, jak u kury, nie do latania, tylko do okrywania piskląt.
Dzisiaj porucznik wierzył tylko w przyjaźń, cenił towarzystwo serdecznych kolegów, przepadał za dobrą kompanią.
Twierdził też, że jego los został właściwie zwichnięty. Dziedziczne zamiłowanie skłaniało go do pracy na roli, wojna zaś oderwała go od studiów rolniczych, którym się był poświęcił ostatecznie po innych nieudanych próbach. Przeminione lata oraz małżeństwo i związane z tym obowiązki udaremniały teraz powrót na dawniej obraną drogę.
Porucznik był to człowiek dużego wzrostu, już nabierający tuszy. Twarz swą — pełną, płaską i, mimo życiowych przeciwności, pogodną — golił niedbale, a rzadkie wąsy nosił dłuższe nieco, niż zalecała moda. Jego mundur — za krótki i za ciasny — był całkowicie wypełniony miękkim ciałem. Gdy siadał, wówczas sukno, nie pierwszego gatunku, naciągało się i marszczyło. Gdy wstawał, fałdki pozostawały już na dłużej. Nawet gruby zimowy płaszcz nie oparł się tym przemianom. I czapka wojskowa zatraciła swój przyrodzony kształt, miękką fałdą opadając aż do karku.
Tak odziany, porucznik Gondziłł szedł z pracy szeroką, zalaną słońcem, ulicą miasta. Z czarnych wskazówek zegarów, zawisłych po drodze nad chodnikiem, czytał jasno, że obiad znów się przestaje. Ale nie przyspieszał kroku.
Ludzie wokoło niego wymijali się tłumnie i jakoś bezradnie. Silny, gorący wiatr przedwczesnego dnia wiosennego podrywał kapelusze i szamotał połami zimowego jeszcze odzienia. Paliło słońce, pachniał kurz miejski, na czarnych drzewach krótkie, nagie gałęzie ruszały się prędko. Wiosna zaskoczyła świat zupełnie jeszcze nieprzygotowany. Gotowe, jak zawsze, było tylko niebo ciemnoniebieskie i żywe, wesołe powietrze.
Idąc z tym tłumem, oddawał porucznik ukłony wojskowe różnej jakości.
Wysoko bowiem cenił kryteria wojskowej hierarchii, jej nieubłaganą i mądrą architekturę. Własny, zbyt niski wobec lat, stopień oficerski poił go, jak źródło zatrute, napojem tajonej goryczy. Dawał mu przecież jednocześnie doświadczać wyszukanej, subtelnie skomplikowanej rozkoszy, w której przenikało się i zazębiało poczucie zwierzchnictwa i subordynacji, uległości i panowania, surowej łaskawości i czci pełnego, skwapliwego posłuchu.
Stopień porucznika był dla niego miejscem geometrycznym przełamania się świata na dół i górę, rodzajem zera na termometrze losu. Był też żelaznym punktem pośród płynności zjawisk, bazą wszelkiej orientacji.
Gondziłł, podnosząc raz po raz dwa palce do czapki, czujny był szczególniej na ciepły, dyszący tętent samochodów, unoszących wysokie osobistości wojskowe, tępe i znieruchomiałe w tym mknieniu.
Doznawał zawodu, gdy byli to tylko dygnitarze państwowi lub nieznane, obojętne osobniki cywilne.
W jednym z samochodów ujrzał, powracającego również z ministerium, znanego sobie pana Józefa Hennerta. Zdażył oddać i odebrać ukłon. W przelocie melon matowy tamtego uniósł się lekko od ujęcia palców, okrytych ciemną, nieposzlakowaną rękawiczką.
— Mój Boże — mruknął do siebie Gondziłł — oto prawie wiceminister. Kto by pomyślał…
Spotkanie to przypomniało porucznikowi, że pan Nutka, teść owego Hennerta, stary smakosz i kompan doskonały, na pewno znajduje się o tej chwili w Edenie na obiedzie. Pan Nutka — a z nim może i Laterna, filozof, obieżyświat, dziwak, ale jak mało kto rozumiejący się na dobrych trunkach. Ostatnio zaczął tam bywać nawet generał Chwościk.
Westchnął i pomyślał o pewnych jedynych grzybkach solonych i pasztecikach w kruchym cieście. Ponadto był właśnie dzień kołdunów. Nie. Porucznik westchnął jeszcze raz i zawrócił z drogi.
Szedł teraz szybciej. Po całym jego ciele rozlała się radość powziętej decyzji.
Chociaż poniekąd skrzywdzony przez los, Gondziłł nie miał zupełnie rozwiniętego zmysłu zawiści. Otarcie się choćby z dala o cudze szczęście czy powodzenie pokrzepiało go raczej, umacniało w podziwie dla niezwykłych zdarzeń świata. Wystarczał mu idący od nich powiew fantazji, usprawiedliwiający lekkomyślność i nieodpowiedzialność. Oddychał przez chwilę atmosferą, w której nagle wszystko wydawało się możliwe, a nic nie było konieczne, atmosferą tak pociągającą.
I teraz jedynie spotkaniu z Hennertem zawdzięczał, że oto w najlepszym humorze idzie na obiad do Edenu.
O tym Hennercie i jego małżeństwie Gondziłł, gdyby chciał, mógłby ciekawe opowiedzieć rzeczy. Panią Teresę znał jeszcze za jej czasów pensjonarskich, gdy, wysyłana przez matkę, zachodziła często do Laternów pożyczyć parę groszy na obiad. A teraz — wielcy państwo, wysokie progi… Gondziłł rozmyślał o tym dobrodusznie i bez cienia żalu. Nie narzucał się ze swą przyjaźnią. Żył blisko tylko ze starym panem Nutką, którego odmiana losu nie zrobiła dumnym ani niedostępnym.
„Sam nie byłby uwierzył, że tak wysoko zajdzie”, myślał o Hennercie. „Czymże był, kiedy żenił się z Terenią — i na jaką przystał rolę… Właściwy wiceminister — nic naprawdę nie znaczy, robi politykę. Każdy wie, że wszystkim jest tam Hennert. Wszystko od niego zależy…”.
Porucznik nagle stanął i wyprężył się w nowym ukłonie. Nie był to jednak ukłon zwykły. Po chwilowym zesztywnieniu wojskowym Gondziłł przeobraził się w jednej chwili: oddawszy wojskowości, co jej było, rozwarł grube wargi do serdecznego okrzyku i niedźwiedzie ramiona do objęć.
— Kogoż to ja widzę! Sługa pułkownika! — witał młodego, eleganckiego oficera z takim wylaniem, jakby spotkał rodaka na obczyźnie.
Uradował się z całej duszy, rozpromienił po prostu naiwną uciechą „zacnego chłopa”, która każdego rozbraja.
Toteż pułkownik, szczupły i sztywny w przeciwieństwie do Gondziłła, ciasno stroczony wpół i przez ramię świeżym rzemieniem pasa, rozjaśnił się wyraźnie. W jego uśmiechu, ukazującym zbyt długie, lecz piękne zęby, w uśmiechu prawie czarującym, zaigrał jednak odcień pobłażliwej wyższości.
We wzajemnym objęciu zeszli obaj na skraj chodnika i tu Gondziłł oznajmił zupełnie stanowczo, że mianowicie już tym razem pułkownik mu się nie wymknie i obaj idą na kołduny do Edenu.
Stosunek Gondziłła do pułkownika Omskiego był dość szczególny. Gondziłł poszukiwał jego towarzystwa, tęsknił za nim i w pewnej mierze nawet go uwielbiał. W adoracji tej grały oczywiście rolę wybitne zasługi wojskowe pułkownika, wysokie odznaczenia, piękne stosunki w świecie, zadziwiająca w tak młodym wieku kariera.
Ale naprawdę czym innym imponował Gondziłłowi pułkownik. Mógł on mianowicie, jak każdy oficer, wiele wypić, ale miał ten swój jakiś pewien kieliszek, poza który — nie bacząc na żadne okoliczności, sytuacje i namowy — nie przeszedł nigdy.
Gondziłł znał ludzi o tęższej głowie, dawał rady kompanom najbardziej nieustraszonym, pułkownika jednak nigdy nie mógł pokonać. Niejeden raz wydawało mu się, że oto już, już ma go w ręku — gdy w pewnej dowolnej chwili pułkownik stawał się znów niezdobyty, tajemniczy, niezłomny — wówczas, gdy inni wokoło pogrążali się bez pamięci w odmęt pijatyki. Gondziłł wiele myślał o tym, rozważał tę dziwną sprawę. Marzył o pułkowniku jak o niezdobytej kobiecie.
Złożyło się pomyślnie, że dnia tego pułkownik Omski nie był nigdzie na obiad proszony. Przystał więc na zaproszenie Gondziłła, zwłaszcza że był mu już przedtem parokrotnie odmówił.
Drogę mieli niedaleką. Skręcili teraz w ulicę mniej ludną.
— Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ta gotówka — mówił teraz Gondziłł. — Pókiśmy byli potrzebni… A, proszę bardzo! Obietnice, cacanki, kwiaty, bohaterowie et cetera… Wdzięczność ojczyzny, osadnictwo wojskowe. Bóg wie nie co! A dziś, kiedy już skóra rodakom na grzbiecie nie cierpnie, ratuj się, kaczka! Nędza, co tu gadać, błyszcząca nędza.
Mówiąc tak, Gondziłł nie znajdował w słuchaczu rezonansu. Twarz pułkownika — długa i wąska, o sępim profilu, wysuniętej cokolwiek dolnej szczęce i brwiach pochmurnie ściągniętych — zamknęła się już bez śladu nad poprzednim uśmiechem.
— Wypłacono chyba dodatki — powiedział niedbale, jakby sam niedokładnie pamiętał.
Do znanej biedy życia oficerskiego odnosił się jak do sprawy nieprzyzwoitej, żenującej. Uczuwał wprost skrępowanie, gdy o tym mówiono.
Gondziłł, ze swym krzepiącym wyglądem jowialnego poczciwca, lubił utyskiwać, krytykować i biadać. Pochmurny pułkownik natomiast uważał lojalnie, że wszystko jest jak najlepiej, a zresztą kto inny jest powołany, by to rozważać.
— Dodatki? — oburzył się zaraz Gondziłł. — Dodatki! Były one małe, spóźnione i wiele jakichś innych posiadały braków.
Gondziłł bowiem ze swej strony wprost pieścił się tym tematem. Nie był niczym gorszym od innych, troska i upokorzenie nie jego tylko były udziałem. Uczuwał się w swym upośledzeniu podobny do najwyższych zarówno, jak do najniższych — i to go krzepiło. Był podniesiony przez pobratymstwo losu z dostojnymi. Pułkownik ukłonił się teraz pięknej, młodej kobiecie. Było pusto na ulicy i wyminięcie trwało pewną chwilę. Gondziłł zamilkł i chłonął oczami to zjawisko. Rumieńce na twarzy, wielkie, czarne spojrzenie. Kostium popielaty z kortu angielskiego. Mały czerwony kapelusz.
— Panie pułkowniku, toż to jedwabna kobieta — wołał z entuzjazmem Gondziłł, nie bacząc, że mógł być słyszany.
Twarz pułkownika była jak kamień.
— Jaki szczęśliwy! — nie ustępował porucznik. — Cóż to za oczy, co za proporcje! Postawa, nóżki, szyk, Jezus Maria!
Obejrzał się jeszcze raz, prawie przystanął.
— Któż to jest, do licha?
— Nawet nie pamiętam, jak się nazywa.
— Mój Boże. — Gondziłł kręcił głową w nabożnym zachwyceniu. — Aktorka chyba czy w ogóle coś takiego.
— Nie, gdzież tam, nie aktorka. Po prostu urzędniczka. Wszystkie panny pracują teraz po ministeriach… Mam już, nazywa się Sasinówna, Elżbieta.
Gondziłł jeszcze się oglądał — nie wiadomo nawet, czy bardziej zachwycony czy bardziej zaciekawiony.
Była już daleko — doskonale widzialna w polu jasnej, pustej ulicy. Wiatr gorący miotał fałdami sukni. Widać było cienkie przeguby nóg, obciągnięte popielatym połyskiem pończoch ponad popielatym matem pantofelków z irchy. Miała chód lekko się chwiejący. Oscylowanie stanu w biodrach ruchem prawie tanecznym. Szła, jakby godziła się na to, że ją ponosi wiatr.
Ona także pasowała do dzisiejszej wiosny — nie tylko niebo i powietrze.
— Urzędniczka — rozczulał się Gondziłł. — Nie wygląda! Ach, pułkowniku drogi, gdybym ja mógł ją gdzieś spotkać!
Pułkownik nawet trochę się zdziwił, ale nie zdawał się oburzony.
— Cóż pan znowu. Ona nie jest tak zupełnie, żeby już całkiem bez ceremonii… Z kresów, z przyzwoitej bądź co bądź, chociaż zbiedniałej rodziny. Sam zresztą znam ją tak mało…
Gondziłł zamilkł. Doprawdy był zbyt natarczywy. Nie mógł wiedzieć, do diabła, jaki rodzaj znajomości łączył pułkownika z tą osobą.
Popatrzył na suchy profil Omskiego jakby z innej strony, z nowym odcieniem szacunku: istotnie on właśnie godzien był takiej kobiety, któż mógł zaprzeczyć.
„Może to właśnie ta”, pomyślał i prawie się ucieszył.
Tak, dusza Gondziłła pozbawiona była wszelkiej zawiści. Samo pobliże, sama możliwość triumfu i szczęścia cudzego była dla niego radością.2
Weszli do lokalu po kilku drewnianych schodkach, okrytych zniszczonym dywanem. Zdjęte płaszcze zawierzyli służbie poważnej, siwowłosej i brudnej. Pułkownik zatrzymał się na sekundę przed mętnym zwierciadłem i przygładził włosy.
Ledwie stanęli w progu, uniosło się na ich widok od stołu w głębi wielkie ciało Laterny. Gondziłł też dojrzał go od razu. Wyminęli szybko stoły z biesiadnikami i porucznik przedstawił nieznajomych. Czynił to tak, jakby odprawiał jakiś obrzęd triumfalny.
— Ależ, panie profesorze — powiedział do Laterny pułkownik z grzeczną swobodą — my chyba jesteśmy sąsiadami. Jakże się cieszę.
— Któż wie o tym lepiej niż ja — zaśmiał się Gondziłł, promieniejąc radością.
Kojarzenie przyjaciół, tworzenie zacnej, wesołej kompanii stanowiło namiętność jego życia.
Profesor Laterna wyznał, że również rad jest bardzo, i wielką swą prawicą mocno uścisnął rękę pułkownika.
Rozmiarami ciała górował nad innymi. Gruby i miękki, łatwy do śmiechu, miał wielką twarz, oczy żywe i młode, a głowę porosłą krótkim, siwym puszkiem. Pomimo lat poważnych był ciekawy zarówno spraw, jak ludzi, i wszystko wydawało mu się interesujące.
Istotnie, pułkownik zajmował od niedawna pokój, przylegający do jego małego mieszkania, i zdążył już przyciągnąć uwagę profesora swoją osobą.
Czwartym z grona był nikły, suchy staruszek, pan Seweryn Tarnawa Nutka, „teść Hennerta”, jak zdążył poinformować dyskretnie pułkownika promieniejący Gondziłł.
Okazało się, że przybyli nie przeszkadzają w najmniejszym stopniu. Przeciwnie.
— Zaczynamy właśnie w tej chwili — gościnnie mówił pan Nutka, zapraszając do stołu, na którym Gondziłł już przedtem był zauważył stojące ulubione grzybki.
Spotykali się tu często na śniadaniu — w starym, ciemnym, brudnawym, ale pełnym tradycji, lokalu, zwabieni wypróbowaną z dawna jakością firmowych dań, sławą tęgiej starki i w ogóle solidną, rodzinną atmosferą.
Słońce dalekiego południa wchodziło tu jak do podziemi. Powietrze ciężkie było od zapachu jadła i starego, przywarłego do grubych murów tytoniowego dymu.
W paru niewielkich salach siedzieli za stołami wyłącznie mężczyźni, starsi przeważnie, koneserzy i smakosze, niedowierzający taniemu blichtrowi wielkich nowoczesnych restauracji.
Gdy obaj oficerowie już zasiedli i wyrazili niezmiernie życzliwej służbie swe chęci, pan Nutka zwrócił się do Gondziłła:
— Wczoraj zięć mój pytał mię o pana — komunikował z bliska, konfidencjonalnie. — Ja tam w interesy jego nie mieszam się, uchowaj Boże, ale myślę, że musi coś dla pana mieć.
Dla Gondziłła wiadomość ta była wprost sensacyjna. Oto, czego nie oczekiwał!
— A właśnie widziałem przed chwilą pana dyrektora — powiedział. — Nie, tylko w samochodzie.
Pan Nutka ciągnął:
— Hennert — tak mawiał o zięciu — zna pana przecież bardzo mało, ale on ma węch do ludzi. Nie chcę go chwalić, w gruncie jest to jednak człowiek dobry, uczynny. I gdyby chciał coś dla pana zrobić… On dużo może.
Gondziłł nie wątpił. Był ucieszony prawdziwie i nie starał się ukrywać zaciekawienia.
— Hennert chciał z panem w tych dniach się zobaczyć — przeszedł nagle Nutka od uogólnień do konkretu. — Jaki jest pański numer telefonu w biurze?
— Zawsze jestem gotów, z całą chęcią — gorliwie zapewniał Gondziłł.
W tym czasie wezwany kelner pochylił się ku Nutce i z przymkniętymi powiekami łowił uchem słowa jego poleceń. W całej postawie zasłuchanego sługi przebijała jedyna troska, aby oto pojąć dokładnie, przeniknąć do dna i w całej mierze dogodzić.
Tymczasem Gondziłł zbierał myśli. Przypomniał sobie teraz, że spotkanie z Hennertem zrobiło na nim dzisiaj szczególnie miłe wrażenie, że jego ukłon w przelocie wydał mu się jakiś ożywiony, skwapliwy, bardzo grzeczny. Coś nawet, jakby chęć zatrzymania szofera — czy tak? Nie dowierzał wtedy sam sobie, myślał, że roi. A oto wszystko naraz stało się zrozumiałe. Zrozumiałe? Przecież właśnie w tej chwili dopiero nic nie rozumiał… Co bowiem mógł „mieć dla niego” Hennert? Czymże mógł mu być użyteczny on, znaczący tak mało?
No tak, dziś znaczy mało, a jutro znaczyć może więcej. Nic nie wiadomo, wszystko jest możliwe.
Na kartce z bloku napisał numer żądany, szczegółowo oznaczył godziny. Czekał bliższych wyjaśnień, wskazówek — na próżno. Pan Nutka nic nie wiedział i nie chciał wiedzieć. Do interesów zięcia swego nigdy się nie mieszał i w ogóle umywał ręce. Gondziłł tedy powstrzymał się od zadawania pytań. Był cierpliwy i pogodny.
Na obrusie pojawiły się już miłe barwy wszelkich sałat, mięs i ryb zimnych, wędlin, marynat i zakąsek.
Najprostsze wśród nich, jak i najbardziej wyszukane, zarówno uradowały męskie oczy.
Gondziłł nalał kieliszki. Panowie wychylili je jednocześnie — i spojrzeli po sobie z nagłym uśmiechem niedowierzania. Czyżby? Wszakże spodziewali się pić zupełnie co innego… Gondziłł wziął do ręki butelkę, spojrzał na etykietę i chciał pokazać ją pozostałym. Ale już Laterna uspokoił go gestem wielkiej i tłustej swej dłoni.
— Nie trzeba, Julku. Tu nie ma żadnej wątpliwości: oryginalny, stary Marcelain.
Tak było, jak mówił. Profesor Laterna nie popełniał w tych razach omyłek.
Teraz obejrzeli się po sobie jeszcze raz — tym razem w poszukiwaniu winowajcy.
Pan Nutka był tym, który w tej chwili uśmiechał się skromnie i wejrzeniem rozbrajającym prosił o przebaczenie.
— Panowie nie wezmą mi przecież za złe, że pozwoliłem sobie jakoś uczcić…
Nie, nie wzięli mu za złe. Przeciwnie.
Ale uwaga ich zwrócona już była całkowicie na pośpieszny, niecierpiący zwłoki, wybór najpierwszej przekąski. Małe widelce, jak dzioby, spadały na różowe mięso łososia i bladofioletowe dzwonka tłustego jak wałek śledzia.
Zaraz potem zawaliły się misterne, strojne piramidki krajanych w kostkę jarzyn i pękły kremowe polewy sosu majonezowego na zimnych jesiotrach i homarach. A Gondziłł pomyślał, że to dzisiaj na pewno skończy się wesoło.
Wokół czuwała służba — pieczołowita, baczna, celebrująca. Nikt nie zdążył uczuć braku ani niedogody. Naczynia zmieniały się niepostrzeżenie i cicho. Na boku mokły już w letniej wodzie dwie butelki Chambertina.
Laterna tymczasem ciągnął dalej rozpoczętą przedtem rozmowę z pułkownikiem.
Okazało się bowiem, że dziś w biurze pułkownik odebrał nieopublikowane dotąd szczegóły ostatniego wrogiego napadu na pograniczu północnym. Profesor wykazał zaciekawienie. Tak — to już nie było kilkunastu uzbrojonych bandytów, siejących postrach i wymykających się pogoni. To było regularne wojsko, oddział liczący paruset ludzi, łupiący, mordujący, palący po drodze. Wymiana strzałów trwała parę godzin, są straty.
Bezkarność tych zbrodni, szczególna bierność, z jaką je tutaj cierpiano, wydawała się pułkownikowi czymś niezrozumiałym.
Nie powiedział nic więcej. Lojalność oficera nie pozwoliła mu wyjawić wszystkiego, co czuł.
Zasłyszawszy, o co chodzi, Gondziłł poparł go skwapliwie:
— Właśnie! Wystosują jeszcze jedną notę dyplomatyczną i po krzyku.
Laterna powiedział z rozwagą:
— Trudno, nie zawsze może być wojna.
Pułkownik hamował wewnętrzne wzburzenie. Pochmurny i nieufny, milczał teraz, zajęty wyłącznie kołdunami, które właśnie podano w wazach.
— Niestety, wojsko nie znaczy już nic — mówił Gondziłł. — Teraz rządzą dyplomaci.
Gondziłł nie nosił mankietów — więc gdy sięgał po potrawę albo ujmował za kieliszek, wówczas z rękawów jego munduru wychodziły daleko ręce tłuste, bujnie okryte złotawym włosem.
Profesor kończył jeszcze duszone w maśle, świeże, pachnące pieczarki. Jedząc ze smakiem, zarazem mówił łagodnie — jakby tonem perswazji:
— No tak, bo teraz jest pokój. Jest rozczarowanie i nuda, to prawda, ale wojna się skończyła. Doświadczyliście panowie wszystkiego. Minęły lata bohaterstwa i zasługi, zagoiły się zaszczytne rany, a teraz są ordery na piersiach, bezpieczna praca po urzędach. Jednak oczekiwało się tak wiele… A tu zawarto umowy, podpisano traktaty; wielkie fale wróciły w brudne łożysko. Świat cały zamienił się w „tyły”.
Przed pułkownikiem stał niewypity kieliszek. Nie dawało to spokoju panu Nutce, który zawstydzał młodych i siebie stawiał za przykład.
Pił istotnie w sposób budzący podziwienie, za każdym kieliszkiem nabierając tylko humoru i miłego zadowolenia z siebie.
Pułkownik uległ zachętom staruszka i wychylił spóźnioną kolejkę. Na jego chudych, smagłych policzkach pociemniały rumieńce.
Tak — uczuwał to znów silniej dziś od rana, w tym dniu powracającej wiosny. Życie jego było męką. Stał w miejscu z powstrzymanym oddechem, z dygocącymi nozdrzami — przykuty cudzą tępą wolą do wielkiego więzienia, pełnego wojskowych papierów.
Myślał, że to właśnie musi czuć wyżeł, gdy zwęszy stado kuropatw, podejdzie blisko i wystawia z łapą podniesioną, skamieniały z niepokoju, subordynacji i męki. Nie wolno mu drgnąć, nie wolno wcale ruszyć się z miejsca. I myśliwy nie podchodzi, i strzał czekany nie pada. A chwila mija, mija…
Słychać czasami głuchy chrobot oręża — to ze wschodu, to z zachodu. Ach, pretekstów nie braknie! To obelżywa nota, to niedotrzymana umowa, skrytobójstwo polityczne, szajki uzbrojone. Każda rzecz sama jedna byłaby już wystarczającym casus belli.
I nic! I nic! Umiera się powoli z beztroski, z bezpieczeństwa, ze — spokoju.
Tam, wówczas — rozmach wiary w siebie, pewność decyzji, uparta wola — niosły go naprzód ku upojeniom i zwycięstwu. Jeszcze rok, dwa lata wojny — i oto ambicja jego nie widzi kresu. Ma najlepszą opinię we wszystkich sferach, we wszystkich koteriach wojskowych. Na cienkim kamgarnie jego munduru, poniżej i wzdłuż lewego obojczyka, wiszą szeregiem na metalowych pałeczkach barwne strzępki wstęg orderowych, w tym dwie cudzoziemskie pierwszej jakości.
Tam, wówczas, wśród niewygód i czarnego mozołu wojny, był młody, wesoły, rześki. Męczeńskie marsze w noce jesiennych słot, ponurą emocją odpowiedzialności bijące serce, wiosenne wichry ciężkie od ołowiu kul, słońca czarne od dymu — to było szczęście!
Dziś dławił w sobie mękę nudy, gryzł się, chudł i czerniał. Węszył proch — i przymykał oczy.
— Doskonaleś to, profesorze kochany, powiedział — cieszył się Gondziłł. — „Świat cały zamienił się w »tyły«”.
I roześmiał się głośno — jak wielkie dziecko.3
— Wdzięczność rodaków! — wykrzykiwał teraz Gondziłł z oburzeniem. — Proszę panów, to są niesłychane rzeczy. Generał Chwościk przez całą zimę nigdzie nie pokazywał się z żoną. Dlaczego? Po prostu nie miał za co kupić jej palta. Major Bielski powoli wyprzedaje meble, żeby móc posyłać swych chłopców do szkoły. A biedna generałowa Uniska! — Gondziłł obracał się tylko w wysokich sferach wojskowych. — Umiera generał i nie zostawia jej nic poza wspaniałym umeblowaniem. No, srebra, kryształy, obrazy; wszystko w ogóle, co mu sama wniosła w posagu, pochodząc z rodziny magnackiej, a dziś naturalnie zrujnowanej. I co się dzieje?! Intercyzy nie było, a meble uważane są za własność męża i traktowane jako spadek krociowy… Nieszczęśliwa, młoda jeszcze kobieta zostaje oto zupełnie sama z małymi dziećmi na głowie i musi teraz płacić olbrzymi podatek od spadku.
— Temperatura dobra — padło ważko kompetentne słowo Laterny.
Wychylił właśnie łyk pierwszy z kielicha burgunda — i dawał wyraz uznaniu.
Gondziłł opowiadał jeszcze historię — na ten raz tylko kapitanowej, niejakiej pani Wygienackiej, która przez cały rok od śmierci męża, zabitego na froncie, nie odebrała ani grosza emerytury. Na szczęście i ta była z rodziny zamożnej — a niezrujnowanej — i znalazła ucieczkę przed nędzą pod dachem rodzinnego domu.
W głosie opowiadającego drgało ciepło prawdziwego uczucia. Była to niejako solidarność, ale niedopuszczająca poufałości, moderowana najgłębszym szacunkiem.
Pan Nutka grą swego zaschłego, pociętego zmarszczkami, oblicza wyrażał zainteresowanie i wzruszenie. Niektóre z osób, o których była mowa, znał osobiście i darzył sympatią. Los ich nie był mu obojętny.
Opowiadanie Gondziłła poruszało w nim ponadto struny własnych przeżyć: chociaż „teść Hennerta”, pan Nutka miał zawsze jakieś drobne kłopoty pieniężne i nie zwykł był tego ukrywać. Wciąż o coś zabiegał, czymś się troskał, nie zaznawał spokoju. Gondziłłowi zdarzało się z pewnym nawet zdziwieniem słyszeć, że pan Nutka po prostu „skręca się” w potrzebie głupiej jakiejś sumy i — rzecz szczególna — często nawet wcale nie dla siebie. Pan Nutka z całą szczerością wyznawał, że nic nie posiada, ale też nic nikomu nie potrzebuje zawdzięczać.
Zadowolenie z siebie, wzrastające w miarę wychylanych kieliszków, zdawało się być rysem dominującym charakteru staruszka.
Na jego zapytania Gondziłł wyliczył bez zająknienia wysokość uposażeń, przypadających oficerom różnych stopni.
— No nie, to nie do wiary! — pan Nutka wprost załamywał ręce.
Ale Laterna dobił go po prostu, wymieniając miesięczną płacę, jaką pobierał w charakterze profesora wszechnicy.
— Czasy! Czasy!
I wszyscy zgodzili się, że dziś lepiej być zamiataczem ulic niż ministrem.
Było oczywiste, że wokół tego suto zastawionego stołu zasiadają sami nędzarze.
Bo i pułkownik, niebiorący udziału w licytacji, niechętny przechwałkom panów — lub raczej nimi zażenowany — i ten piękny, wyświeżony, błyszczący oficer, ani słowem niezdradzający swych trosk, wcale nie był od nich wolny.
Laterna z sympatią obserwował hardego, zamkniętego w sobie młodzieńca.
Wiedział o nim, że pomimo manier światowych i nawyknień pańskich, pochodzi z jakichś sfer półinteligenckich, z rodziny ubogiej i nieprzynoszącej zaszczytu. Ojciec jego, zamieszkały, na szczęście, w dalekim mieście prowincjonalnym, utracił miejsce z powodu wykrytych nadużyć i robił teraz interesy na własną rękę, nie ciesząc się niczyim zaufaniem. Z tych ciemnych źródeł utrzymywał chorą żonę i młodsze dzieci, a w chwilach krytycznych pułkownik obowiązany był do niesienia pomocy rodzinie.
Jako bliskiemu sąsiadowi, Laternie było wiadomo, że pokój, który zamieszkiwał, miał okno od podwórza, był mały, ciemny i nędznie umeblowany.
Poza tym pułkownik nie palił, pił bez namiętności, w karty nie grał, kokot nie lubił. W ogóle w sprawach pieniężnych był bardzo skrupulatny, nie robił długów, sam też niełatwo pożyczał.
Nie umiał tylko odmówić sobie luksusu czystości. Na bieliznę, kosmetyki i rękawiczki wydawał połowę pensji. Zwykł też był posyłać znajomym paniom na imieniny duże kosze kwiatów.
Wszystko to wiedział profesor od Julka Gondziłła, swego szwagra.
Pułkownikiem Omskim interesował się nie od dziś. On — miłośnik ludzi, jak określał sam siebie — w swej wiecznej chęci poznawania innych nie gardził bynajmniej plotką. Cóż może być ciekawszego dla człowieka niż los i dusza drugiego człowieka? Cóż może być bardziej pouczającego?
Słuchał z przyjemnością małych, niedyskretnych wiadomości o ludziach. Cenił w plotce jej wartość dokumentu. Dziwił się wstydliwości, z jaką ludzie delikatni mówią o sobie nawzajem.
Dogmat tajemnicy osobistej nie miał w nim wyznawcy: tajemnica istniała dla niego po to, by ją poznać, nie zaś, by ją szanować. Życie intymne człowieka wówczas tylko miałoby prawo do nietykalności, gdyby było izolowane i nie wywierało wpływu na życie innych. Dla Laterny sieć plotek, rozsnuta między ludźmi, była właśnie regulatorem tych oddziaływań. Uważał ją za objaw zorganizowania życia zbiorowego, za ważny czynnik socjalny.
Dalej idąc, Laterna twierdził, że słuchanie plotek wynika z tej samej potrzeby, co czytanie powieści, pisanie ich zaś — tylko z bardziej wyrafinowanej chęci ich powtarzania. Podobnie teatr zaspokaja wrodzoną człowiekowi, a nieuwłaczającą mu wcale, skłonność do podsłuchiwania i podglądania. Albowiem niedyskrecja wobec bliźnich to nakazana przez instynkt samozachowawczy konieczność poznania medium, w którym żyjemy i działamy, prześwietlenia otaczających nas ciemności. Plotka zgodna z rzeczywistym stanem rzeczy — „dokument ludzki” — jest rudymentem romansu obyczajowego, a z plotki kłamliwej wywodzi się twórcza fikcja, wszelki mit i legenda.
Laterna uważał siebie za moralistę w sensie odwróconym: miłując człowieka, nie starał się go wywyższyć i uszlachetnić, tylko ułomności jego rehabilitował.
Z tak pojętych, od Gondziłła czerpanych, informacji, profesor starał się poznać życie osobiste pułkownika. Jego stosunek do kobiet też zasługiwał na uwagę.
Nie dając się pociągnąć zepsuciu wielkomiejskiemu, pułkownik unikał zarazem i panien z towarzystwa — może w obawie, żeby nie tłumaczyły sobie fałszywie jego względów. Bywał natomiast w domach rodzinnych, grzał się w cieple wnętrz dostatnich i zasobnych, pieścił dzieci i psy domowe, stawał się przyjacielem pani domu, zaufanym doradcą, ozdobą przyjęć i zebrań — nigdy czymś więcej.
Chociaż tak wobec pokus odporny — tańczył namiętnie. Całe noce spędzał na przesuwaniu biernych, sytych ciał kobiecych po posadzce sali balowej. Gdy inni oficerowie gromadą szli do bufetu, on pozostawał między tańczącymi. Gondziłł przypuszczał, że może po prostu żałował pieniędzy. Bo mimo pozorów rozrzutności był oszczędny i zawsze do pierwszego dowlókł parę ostatnich groszy poprzedniej pensji. Zły i głodny, tańczył do rana, budząc zachwyt muzycznym wdziękiem gestu i postaci. Czarujący, miły, gorzkawo ironiczny, o oczach płomiennych i chłodnym temperamencie, zdawał się coś przemilczać i taić, coś knuć w udręczeniu i powściąganym gniewie.
Kobiety przepadały za jego towarzystwem, ale się w nim nie kochały. Jego chłód erotyczny zniechęcał i dziwił.
Gondziłł nie umiał wykryć kobiety w życiu pułkownika Omskiego — mimo żywego zaciekawienia, przenikliwości i usiłowań. Każde podejrzenie okazywało się bezpodstawne, każda była nie tą.
Miło tak było rozważać, pić dobre wino, patrzyć na pięknego człowieka. Dla Laterny nie było spraw błahych ani ludzi nieciekawych. Kochał życie i cieszył się nim bez wytchnienia.
Czas mijał. Chwile przeobrażały się w godziny. Pito wciąż. Nutka na żółtej, pomarszczonej twarzyczce miał teraz krwiste rumieńce, ale nie dawał za wygraną.
— Zdrowie profesora!
— Zdrowie pułkownika!
— Zdrowie porucznika!
Wznosząc w kółko te zdrowia, zagrzewał wciąż do picia. A gdy dopiął swego, uspokajał się na chwilę, popadał w zadumę i cichym, starczym, głosem nucił:
Lekko tańczyła i taki śpiew…
Wtedy zaraz odzywał się Gondziłł:
— Zdrowie kochanego pana Seweryna — wznosił z zapałem i to zaklęcie magiczne wystarczało, by pobudzić zamierającą ochotę.
Kielichy podnosiły się znowu do warg. A pan Nutka, do głębi wzruszony, natychmiast wstawał z miejsca i z kieliszkiem obchodził szczupłe grono. Całował się z każdym po kolei i dziękował z całego serca, jak ktoś obdarzony ponad zasługi i wszelkie oczekiwanie.
Pułkownik osiągnął w pewnej chwili swój kieliszek krytyczny i więcej pić nie chciał.
— O, widzicie — triumfował nie wiadomo czemu Gondziłł. — Mówiłem wam, nieprawda?
Ale pan Nutka nie umiał się z tym pogodzić. Upór pułkownika dotykał go osobiście, zasmucał głęboko. Mówił, że nie wie, czym sobie na to zasłużył, że nikt zarzucić mu nie może, by komuś w czymkolwiek uchybił…
Pułkownik przecież był niewzruszony. Słuchany już tylko przez Laternę, mówił z cicha, że od dawna marzy o polowaniu w dżungli na tygrysy albo o wycieczce w głąb Afryki. Wyznał, że pragnąłby gorąco — gdzieś, w jakichś koloniach wziąć udział w poskromieniu buntu dzikich tubylców… Ale wszystko jest niedostępne, wszystko jest niemożliwe. Wszystko jest niemożliwe.
Profesor z upodobaniem słuchał tych wynurzeń, z rzadka tylko wymawiając tonem kojącym, prawie pieszczotliwym, jakieś niewinne prawdy pacyfizmu. Nazbyt pociągająca była dla niego ta śmiertelna gorączka młodości, by na serio pragnął ją uśmierzyć.
Przyszła przecież chwila, gdy należało powstać. Zmrok zapadł, rozbłysło światło elektryczne.
Panowie zażądali rachunku — i pewien chłód powiał po obecnych. Ale oto okazało się, że wszystko już zapłacił był cichaczem pan Nutka.
— Pan Seweryn? Co za podstęp! — oburzenie było powszechne.
Laterna protestował, Gondziłł nie dawał się uspokoić. Pułkownik zgodził się dopiero po dłuższej chwili i podziękował chłodno milczącym ukłonem. A Gondziłł przystał wreszcie pod warunkiem, że wszyscy pójdą teraz do Lamusa, gdzie on prosi „tylko na czarną kawę” — zapewniał błagalnie.
Nastały krótkie wahania. Wątpliwości jednak dały się usunąć rychło i bez śladu.
Gdy już mieli się ku wyjściu, na progu sąsiedniej sali stanął w pełnym blasku szlifów i orderów niewysoki, tęgi generał o bardzo czerwonej twarzy i małych, ospałych oczach za binoklami. Na jego widok obaj oficerowie znieruchomieli w miejscu jednocześnie, jakby jednym rażeni olśnieniem.
Był to generał Chwościk — ten sam, który przez całą zimę nigdzie nie pokazywał się z żoną, gdyż nie miał za co kupić jej palta. Istotnie, i tym razem pokazał się zupełnie sam.
Nastąpiło powitanie. Gondziłł, złożywszy nieposzlakowany ukłon regulaminowy, przeszedł momentalnie w stan najwyższego entuzjazmu. To już było prawdziwie najwyższe zrządzenie, że się tak oto wszyscy z generałem spotkali, właśnie idąc do Lamusa „na czarną kawę, tylko na skromną czarną kawę” — że oto tak doskonale się składa. Śmiał mniemać, że generał im wszystkim nie odmówi. Błagał o wyświadczenie mu tej łaski jak o darowanie życia.
Inaczej Omski. Poczucie dystansu, zmysł subordynacji, który u Gondziłła przybierał formę rozanielenia, w pułkowniku miał charakter jakiejś kamiennej zaciętości. Gondziłł cały tajał w ciepłym blasku władzy, tak po prostu wcielonej w żywego człowieka. Pułkownik stał jak wyznawca wobec dogmatu — urzeczony grozą kultu, w swej czci dla symbolu nieprzejednany.
Generał nie odmówił istotnie i przyłączył się do towarzystwa, ujęty gorącymi słowami profesora i pana Nutki, którzy Gondziłła poparli. Uczynił to z całą swą znaną, miłą i miękką popularnością, która nie umiała rozchmurzyć młodej twarzy Omskiego.
Wszyscy w najlepszych humorach opuszczali lokal, a Gondziłł w przedpokoju rozdawał sumy lokajom za podanie płaszcza i pasa, za odszukanie czapki.
W tym gronie pili ową czarną kawę przez całą noc. A gdy o brzasku przyszło do rachunku, okazało się znowu, że wszystko zapłacone już było przez pana Nutkę.
_Koniec wersji demonstracyjnej._
więcej..