Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Rowerem na Wschód 1937 - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
30 grudnia 2025
E-book: EPUB, MOBI
44,99 zł
Audiobook
54,99 zł
44,99
4499 pkt
punktów Virtualo

Rowerem na Wschód 1937 - ebook

Do jakiego miejsca w Europie można się wybrać rowerem, by móc powiedzieć, że to niebywale trudny wyczyn?

Od niemal stu lat odpowiedź się nie zmieniła. Do Rosji.

Angielski dżentelmen i szpieg, pisarz o niezwykłym poczuciu humoru przyprawionym ujmującą, iście lordowską wyniosłością, po raz kolejny wsiada na rower imieniem George. Tym razem jego podróż będzie wiodła przez Holandię i nazistowskie Niemcy. Dalej przez Czechosłowację, nad którą już zaczynają zbierać się wojenne chmury. Stamtąd nasz podróżnik przez Rumunię dotrze do Rosji Sowieckiej, by poznać i opisać ten przedziwny kraj. Tak oto spełnia się wielki projekt Bernarda Newmana – odwiedzić wszystkie kraje Europy.

By posmakować prawdziwego życia, stawia sobie warunek: Gdybym mógł wydawać pięć funtów dziennie, z całą pewnością bym je wydał – wątpliwe jednak, by podróż od hotelu do hotelu z kosmopolityczną obsługą oraz ciepłą i zimną wodą w każdym pokoju dostarczyła mi pamiętnych wrażeń. Pięć szylingów dziennie każe mi ograniczyć się do chłopskich chat i wiejskich gospód – i to mnie cieszy.

Po raz pierwszy i my możemy zobaczyć wszystkich naszych przedwojennych sąsiadów z perspektywy rowerowego siodełka. Już wkrótce dwaj najwięksi z nich rzucą się na Polskę, by ją unicestwić. Od południa wspierać ich będzie Słowacja. Rumunia okaże się jedynym państwem, do którego polskie władze i armia będą mogły się ewakuować. Teraz tego świata nie naznaczyła jeszcze wojna. Można go posmakować, zanim zmieni się bezpowrotnie.

2000 mil rowerowej podróży po Europie na dwa lata przed wybuchem II wojny światowej.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura faktu
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8427-520-7
Rozmiar pliku: 9,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WPROWADZENIE

Paru przyjaciół zazdrość ogarnie na wieść o tym, że zawarłem umowę z wydawcą, a wszystko, co muszę zrobić, to przejechać rowerem przez Europę – i, oczywiście, napisać książkę o tej wyprawie. Ich zazdrość zmaleje, kiedy się dowiedzą, że zgodnie z tą umową moje wydatki nie mogą przekroczyć pięciu szylingów dziennie. Ten limit nie oznacza, że wydawcy są skąpi. Chodzi o to, że powinienem podróżować skromnie, żyjąc tak jak ludzie w odwiedzanych przeze mnie krajach. Gdybym mógł wydawać pięć funtów dziennie, z całą pewnością bym je wydał – wątpliwe jednak, by podróż od hotelu do hotelu z kosmopolityczną obsługą oraz ciepłą i zimną wodą w każdym pokoju dostarczyła mi pamiętnych wrażeń. Pięć szylingów dziennie każe mi ograniczyć się do chłopskich chat i wiejskich gospód – i to mnie cieszy.

Pewien korespondent ostatnio się na mnie zdenerwował, gdyż uznał mój list za niepoważny. Po wysłuchaniu odczytu dotyczącego jednej z moich wypraw napisał do mnie z pytaniem, jak dojechać rowerem do Konstantynopola¹. Odpowiedziałem: „Proszę się wybrać do Calais lub Ostendy, ustawić się nosem na południowy wschód, wsiąść na rower i zacząć pedałować. Kiedy się pan zmęczy, niech pan zsiądzie i poszuka noclegu. I tak dalej”. Mówiłem zresztą zupełnie poważnie. Wyprawa zaplanowana krok po kroku by mnie przeraziła. Pewne przygotowania są oczywiście niezbędne. Podróżnik powinien zaznajomić się w jakimś stopniu z państwami, które odwiedza, zwłaszcza z ich historią. W tych zbłąkanych czasach paszport i niekiedy wizy są konieczne, przystoi też zgłębić komiczne ograniczenia walutowe w niektórych krajach. Trzeba załatwić papiery pozwalające na wwiezienie tam roweru, inaczej porzucimy go na pierwszej granicy. Te powody ograniczają nieco swobodę ruchów. Normalnie gdybym postanowił ruszyć do Rosji, to przeprawiłbym się na kontynent, ustawił nosem na wschód i zaczął pedałować. Ale z uwagi na owe względy praktyczne musiałem z góry podjąć decyzję, przez które państwa będę przejeżdżał.

Poza tym trasy nie planowałem. O szczegółach rozstrzygał kaprys chwili: jeśli usłyszałem o czymś ciekawym sto mil dalej, skręcałem we wskazanym kierunku, jeśli ktoś powiedział: „Jedź ze mną!”, jechałem. Na moją drogę wpływ miały nawet wiatry, które akurat przeważały. Nie mam powodów, by narzekać na swój los, gdyż zwykle towarzyszyła mi dobra gwiazda wędrowców. Pozbawiona precyzyjnego planu podróż nie gwarantuje wprawdzie wrażeń, które można by opisać jako typowe, ale gdy podróżujemy tak jak ja, na żywioł, na pewno wszędzie znajdziemy coś interesującego. Rzućmy okiem na mapę – czy już to nie wystarcza, by się zaciekawić? Przez Holandię, Niemcy, Czechosłowację i Ru­munię do Rosji – z jednego krańca Europy na drugi.

Była to jedna z moich najambitniejszych wypraw. Przejechałem tylko około dwóch tysięcy mil, ale druga połowa szlaku dała mi się ostro we znaki – czego świadectwem niech będą zdjęcia. Moim jedynym kompanem był George, serdeczny przyjaciel. Mogłoby się wydawać, że to zwyczajny rower, ale maszyna, która zdolna jest przewieźć mój ciężar po rumuńskich drogach, z całą pewnością nie jest zwyczajna. George jest moim przyjacielem nie tylko z uwagi na swoją niezawodność i oparcie, jakie mi daje. Gdy dotarłem do wschodniej Europy, był jedyną cząstką Anglii w zasięgu ręki – mogłem z nim rozmawiać i czułem, że mnie rozumie.

(Czytelników wcześniejszych relacji z moich wypraw może zainteresować fakt, że właściwy George zażywa obecnie zasłużonej emerytury. Jednakże George II okazał się ze wszech miar godnym jego następcą).

Z góry przewidywałem trudności w podróżowaniu po Rosji i – jak zobaczymy – nie pomyliłem się. To pod wieloma względami niesamowity kraj. Można tam robić rzeczy, które byłyby niemożliwe gdzie indziej, ale jest też parę bardzo prostych spraw, które najwyraźniej w Rosji są niemożliwe. Cierpliwy czytelnik dowie się, jak zdołałem dokonać niebywale trudnego wyczynu, jakim jest w tym państwie jazda rowerem.

Co roku z nabożną skrupulatnością powiadamiam wy­dawców, że to moja ostatnia długa wyprawa. Właśnie obcho­dziłem czterdzieste urodziny, a rumuńskie drogi sprawiły, że poczułem się bardzo stary – upieram się, że to zadanie dla młodego mężczyzny, lecz wydawcy twierdzą niebezzasadnie, że do odbycia podróży podobnych do moich i zdania z nich relacji niezbędna jest nie tylko energia, lecz także doświadczenie. Tak więc w czasie, gdy ta książka idzie do druku, my z George’em planujemy trasę ni mniej, ni więcej, tylko wokół Bałtyku². Nie mamy ambicji bicia rekordów, lecz jeśli dotrzemy do Finlandii, będzie to oznaczało, że przejechaliśmy przez wszystkie kraje w Europie.I

Pamiętam, jak kiedyś płynąłem z Dover z uroczą starszą damą, która po przybyciu do Francji niespokojnie pytała każdego człowieka w mundurze, czy to Calais – trwożąc się najwyraźniej, że przez pomyłkę wysiadła w Marsylii. W przypadku Hoek van Holland przynajmniej ten błąd nam nie grozi, ponieważ dobrze widoczna tablica zaświadcza o jego tożsamości. Praktyczna to konstrukcja, jak też, jeśli już o tym mowa, sama miejscowość. Nawet najlepsi jej przyjaciele nigdy nie przypisywali jej wybitnej urody lub świetności architektury – to po prostu dogodny punkt przesiadkowy, jeśli chcemy dotrzeć na kontynent.

Poprzednie popołudnie stanowiło wspaniały przykład słonecznego lata i kiedy toczyliśmy się z George’em w stronę Broadcasting House³, zewsząd otwierały się przyjemne widoki i nawet ludzkość była sympatyczna. Mój występ w audycji Children’s Hour⁴ miał być w zamierzeniu zabawny, ale najwyraźniej przygnębił Ministra Pogody⁵, który ronił wielkie, rzęsiste łzy, gdy wyłoniłem się z budynku. W Holandii nadal był ponury – wprawdzie już nie płakał, jednakże pochlipywał. W efekcie dalej było mokro, gdy jechaliśmy przez niskie poldery do Rotterdamu. Etap przejściowy, przekonywałem sam siebie, chwilowe potknięcie. Ale przez całą Holandię gonił nas lub gnał nam naprzeciw uporczywy deszcz, z którego to powodu holenderski rozdział będzie bardzo krótki, bo inaczej popsułby nastrój książki, która powinna być wesoła.

Rotterdam to mój stary przyjaciel, ale w wilgotnej mgle poranka powitanie wypadło chłodno. Pominąłem standardowe atrakcje – to nie był ranek na oglądanie posępnych holenderskich wnętrz: gdy pada, wolę Turnera od Rembrandta. Podjechałem więc do biurowca mieszczącego firmy handlowe – podczas wojny stanowił on przykrywkę dla potężnego niemieckiego systemu szpiegowskiego⁶. Nadal tam był.

Rotterdam przypomniał mi się kilka tygodni później. Jest tam parę ładnych nowych bloków z mieszkaniami dla robotników, niedaleko zaś spory obszar zajmują ogródki działkowe. Kiedy mówię, że rotterdamskie szopy na działkach, używane wyłącznie do przechowywania narzędzi ogrodniczych, są o wiele wystawniejsze i okazalsze niż niejedna rumuńska lub rosyjska chata, którą zamieszkuje cała rodzina, dobitnie to świadczy o odmiennym standardzie życia w zachodniej i wschodniej Europie.

Dordrecht był podobnie mokry, a za sprawą ostrego wiatru wiejącego prosto w twarz delikatna mżawka skapywała mi nieprzyjemnie za kołnierz. Miasto jednak ma swój klimat – Rotterdam to po prostu wielki port, nie tyle holenderski, co kosmopolityczny. Godzinami mogę się błąkać po jego ulicach, tak wiernie uchwyconych na płótnie przez niezliczonych malarzy, wystawać na mostach nad kanałami i wyobrażać sobie, że jestem w Wenecji. Tym razem moja wyobraźnia poddana została srogiej próbie, ponieważ żaden wysiłek woli nie był zdolny wyczarować południowego słońca. Ostatecznie wszedłem do Grote Kerk⁷, ale nie żeby podziwiać świątynię lub się w niej modlić, lecz by znaleźć schronienie.

Znam rowerzystów, którzy nie zamierzają wybrać się do Holandii, ponieważ jest taka płaska – lubią dreszcz emocji i trudy jazdy pod górę. Nigdy jednak nie jechali pod holenderski wiatr, który zmienia ten kraj w jeden długi podjazd. Brak może emocji, ale trudów jest pod dostatkiem. W Gorinchem dotarłem do punktu, w którym zacząłem sumować przejechane mile, co zawsze jest złym znakiem. Zamierzałem minąć to miasteczko w drodze do s‘Hertogenbosch. Ale dlaczego, przemyśliwałem, miałbym jechać do miejsca o takiej nazwie? Byłem tam lata temu i nigdy jeszcze nie udało mi się zapisać jej prawidłowo⁸.

Dordrecht, 1934 – w tle świątynia Grote Kerk

Nie wyglądało na to, by wschodni wiatr miał ustać. Wręcz przeciwnie, stosował taktykę godną Napoleona – gdy słab­łem, wzmagał szaleńczą furię. W porządku, ja też wiedziałem co nieco o metodach toczenia wojny. Nie mogłem zawrócić, gdyż widziałem już tego dnia Hoek van Holland, a to całkowicie wystarcza, ale mogłem skręcić na północ lub na południe i tym sposobem wystawiać mniejszą powierzchnię ciała na ataki wiatru. Rzut oka na mapę – pod ociekającym deszczem drzewem – i podjąłem decyzję: nigdy nie widziałem Utrechtu.

Zanim ruszyłem na północ, w pobliżu wiekowego mias­teczka Woudrichem natknąłem się na holenderskie więzienie państwowe w zamku Loevestein. Przypuszczam, że dla tej instytucji zalety architektury nie mają znaczenia, jednak Loevestein to jedna z najpaskudniejszych maszkar zrodzonych w ludzkim umyśle. Zbudowali go ponoć normańscy piraci, którzy docenili wartość lokalizacji u styku Renu i Mozy.

Taksując wzrokiem grube mury Loevestein, doszedłem do wniosku, że musiało to być więzienie pierwszej klasy. Mimo to opowieść kustosza zaskakiwała, bo chyba niemal wszystkim więźniom udało się uciec. Wymieniał długą listę sławnych nazwisk – mężczyzn, którzy spędzili tam całe lata w odosobnieniu, ale nieodmiennie kończył tę wyliczankę stwierdzeniem: „Uciekł”.

W jednej z historii dźwięczała nutka romantyzmu. Niejaki Arnoldus Geersteranus padł ofiarą dominującej ówcześnie doktryny religijnej i został wtrącony do Loevestein. Jego ukochana postanowiła dzielić z nim niewolę i pobrali się w więziennej kaplicy. W odpowiednim czasie uciekli. Podejrzewam okazjonalną pomoc w tych sztuczkach ze znikaniem. W jednym przypadku naczelnik zastrzelił stróżującego psa, gdyż ten ukradł kawał mięsa. Godzinę później otumanił straże, a w panującym chaosie cała grupa skazanych duchownych uciekła.

Za najbardziej romantyczną uchodzi ucieczka Grocjusza – Hugona de Groota, „wyroczni delftyckiej”⁹. W 1619 roku osadzono go w Loevestein, gdzie miał spędzić resztę życia. Przyjaciele mogli przysyłać mu książki, bo bez czerpanej z nich pociechy jego umysł umarłby z nudów. Pewnego dnia przyjechał ogromny kufer z książkami od jego żony – służący czekali na zwrot skrzyni z przeczytanymi dziełami. Byli to silni mężczyźni, więc z łatwością dźwigali ją na ramionach. Otworzyli ją dopiero po dotarciu do Gorinchem – i wypuścili ze środka Grocjusza. Naczelnik twierdzy wpadł oczywiście w furię i chciał uwięzić w zamian żonę uciekiniera, jednak pomysł ukrycia więźnia w skrzyni z książkami okazał się taką nowością, że przemówił do wyobraźni wyższych instancji.

Był też człowiek, który nie uciekł z Loevestein. Gozewijna de Wildego oskarżono o obrazę moralności, ale nigdy nie dowiedziono mu winy. Nadszedł dzień, kiedy wyprowadzono go z zamku i dano mu wybór między stosem a udaniem się po czerwonym dywanie prosto na ścięcie.

– Musisz umrzeć – rzekł naczelnik więzienia. – Ale rozwiej przynajmniej nasze wątpliwości. Możesz wybrać rodzaj śmierci, jaką zginiesz. Jeśli się przyznasz, zostaniesz ścięty, lecz jeśli nadal będziesz zaprzeczał swej winie, zostaniesz spalony na stosie.

Naturalnie de Wilde natychmiast się przyznał. Czuję, że zrobiłbym to samo. Warto odnotować, że „logikę” tych postępowań wskrzeszono w „rozwiniętych” krajach dzisiejszej Europy.

II

Utrecht jest niewątpliwie pięknym, starym miastem i wrócę tu jeszcze, by się co do tego upewnić. Przyjechałem późnym popołudniem, przemoczony do nitki, przebrałem się, wyszedłem na spacer i znów zmokłem. Holenderski deszcz ma w sobie coś wyjątkowego. Holendrzy są tego świadomi, a popularne tutaj leciusieńkie płaszcze przeciwdeszczowe dowodzą, że nie próbują oni ignorować tej prawdy. Holenderskie kurtki są wzorowane na murach twierdzy Loevestein.

Dzień był ciężki przez walkę z wiatrem, ale tylko mnie to dotknęło. W Holandii lubią, jak wieje. Holender o poranku wystawia głowę z okna, ale nie sprawdza, czy pada, lecz czy nie duje. Jeśli tak, wyskakuje z domu w nocnym stroju, łapie dyszel wiatraka i odpowiednio go obraca, by poryw tego, co nadejdzie, uderzył weń z pełną siłą. Pewien mężczyzna okreś­lił wiejący w ciągu dnia wiatr mianem „przyjemnej bryzy”, co powoduje, że nie miałbym ochoty stanąć twarzą w twarz z holenderskim huraganem.

W Utrechcie jest mnóstwo rzeczy wartych obejrzenia – piękne, stare budynki, pałace arystokracji, kanały poniżej poziomu ulic, dziesiątki mostów, potężne, choć posępne wiekowe kościoły, imponujące dzwonnice i muzea z wieloma obrazami przedstawiającymi holenderskie wnętrza. Holendrzy są znani ze swojej wrażliwości na wnętrza. Posiłek, jaki dali mi w Utrechcie, usatysfakcjonowałby ogra, chociaż poprosiłem jedynie o pół porcji.

Człowiek musi być ostrożny, zabierając się do jedzenia w Holandii – zawsze bowiem istnieje niebezpieczeństwo, że pójdzie spać owładnięty stuporem z przejedzenia. Pamiętam kolejny wieczór, kiedy to głodny dotarłem do wiejskiej gospody. Gospodyni obiecała mi kolację, przebrałem się więc, a kiedy zszedłem, zobaczyłem potężny płat świeżego łososia w otoczeniu dodatków. Ogarnął mnie zachwyt. Niezły to był posiłek jak na szybką przekąskę we wsi, przygotowaną w dziesięć minut – z wdzięcznością wgryzłem się w łososia.

Kilka minut później gospodyni wniosła największy befsztyk, jaki w życiu widziałem. Rozejrzałem się za towarzystwem, ale odkryłem, że sam miałem go zjeść. Zrobiłem, co w mojej mocy. W istocie był tak dobry, że żałowałem, że nie potraktowałem łagodniej łososia. Ale kiedy gospodyni weszła ponownie, rzuciła mi surowe spojrzenie:

– Nie zjadł pan! – oburzyła się. – Nie smakował panu?

– Ależ był pyszny – odparłem spiesznie. – Ale raczej duży…

– Duży! Powinien pan zobaczyć, jak mój chłopak rozprawia się z takim befsztykiem! No dobrze, tu ma pan parę kotletów cielęcych – i nie chcę tu wrócić i przekonać się, że połowę pan zostawił!

Nie śmiałem. Była to dorodna kobieta o władczej osobowości. Jednak moje wnętrzności buntowały się na samą myśl o dodatkowym obciążeniu. Musiałem oszukiwać – nie wydaje mi się, bym miał inną możliwość. Za oknem siedział kot, a ja daremnie usiłowałem go po kryjomu nakarmić. W końcu musiałem wsadzić kotlety do kieszeni. Nieźle ją sobie zapaprałem, ale przynajmniej miałem solidny lancz na jutrzejszy dzień. Resztki spożył przechodzący pies – i szybko zasnął.

Zasłużyłem jednak na uznanie w oczach gospodyni. Kiedy zobaczyła pusty talerz, poklepała mnie po głowie niczym nauczycielka chwaląca bardzo małego chłopczyka.

– Tak lepiej! – rozpromieniła się. – A teraz porządna porcja puddingu, nieco owoców i aż do rana nie będzie pan sobie krzywdował.

III

Jeździłem niegdyś po drogach rowerowych. Jeśli kiedykolwiek poczulibyście przypływ brawury, wspomnijcie o nich i o tylnych światłach jakiemuś rowerzyście, a potem zmiatajcie, jeśli wam życie miłe. Próbowałem jazdy na kilku takich rzekomych drogach rowerowych w Anglii i umknąłem na relatywnie bezpieczną szosę. Ścieżynka tak wąska, że gdy widzimy innego rowerzystę, to nieuchronnie zderzamy się z nim czołowo, nie jest drogą rowerową, nie jest też nią szlak, na którym studzienki i inne przeszkody wprawiają rower w niebezpieczne kołysanie lub gną mu koła i gdzie każda boczna dróżka wystawia rowerzystę na gniew niczego niepodejrzewających kierowców.

Do tego problemu zabrano się z niewłaściwej strony. W Anglii panuje przekonanie (tak przynajmniej wierzą rowerzyści), że cykliści są tak dokuczliwi, że najlepiej zepchnąć ich z dróg. W Holandii sądzą zaś, że cykliści są tak ważni, że muszą mieć dla siebie specjalne trasy – na wzór niemieckich autostrad. W Holandii wszyscy jeżdżą na rowerze – królowa, premier i rząd. Jedno z najbardziej znanych zdjęć ukazuje księżniczkę Julianę z mężem na tandemie, z księżniczką w roli kapitana na przednim siodełku. Nietrudno przewidzieć, kiedy wsiądzie na rower będąca jeszcze niemowlęciem księżniczka Beatrycze – mniej więcej dwa lata od chwili, gdy zacznie chodzić¹⁰.

Do kwestii dróg rowerowych można podejść jeszcze w inny sposób. Brytyjczycy są urodzonymi buntownikami i wszelka próba przymusu rodzi w nich automatycznie opór. Gdyby zarząd dróg zbudował specjalne drogi i pobierał opłaty za przejazd, rowerzyści ruszyliby na nie hurmem.

Po zjedzeniu jednego z podstawowych posiłków typowy Holender potrzebuje porządnego pojazdu. Rowery są zazwyczaj wagi ciężkiej, z potężnymi oponami balonowymi, wsparte na żelaznych stojakach. W każdym mieście znajdują się – o wiele ważniejsze od samochodowych – parkingi dla rowerów. Na niektórych działają przemyślne urządzenia: w blokowanej szczelinie mocujemy przednie koło i za pensa bierzemy kluczyk. Gdy zatrzymałem się na dziesięć minut na holenderskiej ulicy, naliczyłem sto siedemdziesiąt sześć rowerów. Jechali nimi rośli robociarze i szykowne biuralistki, korpulentne matrony i dzieci – czasami na tym samym rowerze. Holenderski rower jest wystarczająco solidny, by unieść dwie osoby, do rzadkości nie należy też mocowany na bagażniku specjalny fotelik dla małego dziecka. W ciągu wspomnianych dziesięciu minut poza rowerami pojawił się jedynie tramwaj, dziesięciu przechodniów oraz wózek, pchany przez starszą kobietę i ciągnięty przez pełnego zapału, energicznego psa.

Holenderski rząd, finansujący drogi rowerowe w rodzaju tych, które biegną wzdłuż Great West Road¹¹, upadłby z hukiem, okryty sromotą. W Holandii ścieżki dla rowerów są szerokie i kryte porządną nawierzchnią – niekiedy oddalają się od szosy i meandrują w otwartym terenie niczym polne dróżki. Zazwyczaj otaczają je drzewa i – co o wiele istotniejsze – te drogi są wszędzie. To nie są przypadkowe odcinki z niebezpiecznym dojazdem do głównej szosy. Rowerzysta może dosłownie przejechać przeznaczoną dla siebie trasą z jednego krańca Holandii na drugi.

Jej system komunikacyjny jest naprawdę niesamowity. Zauważyłem, że wzdłuż drogi z Utrechtu do Amersfoort biegną obok siebie autostrada, zwykła szosa, zamknięte torowisko dla dalekobieżnych kolejek elektrycznych, droga rowerowa, szlak konny, dróżka dla pieszych, tory kolejowe i kanał. A nad głową ryczało mi stado samolotów! Z jakiegoś jednak niewytłumaczalnego powodu władze zaniedbały budowy metra.

George’a szalenie intrygowały wszechobecne w Holandii kanały. Oświadczył, że w oczywisty sposób mają one związek z doświadczaną przez nas złą pogodą – bo żeby je napełnić, trzeba mnóstwo deszczówki.

IV

Wspiąłem się na szczyt Amersfoortse Berg, który wieńczy pomnik wzniesiony przez wdzięcznych belgijskich uchodźców¹². Samo wzgórze mierzy jedynie sto pięćdziesiąt stóp nad poziomem morza, ale ma to swoją wagę w kraju, którego setki mil kwadratowych znajdują się na poziomie morza lub poniżej. W zasadzie wierzę, że w pogodny dzień roztacza się stamtąd niezwykły widok. Z uwagi na mżawkę spowijającą okolicę widoczność była ograniczona do dwudziestu jardów.

W każdym holenderskim miasteczku można znaleźć coś ciekawego, a większość z nich jest dobrze zaopatrzona w pamiątki historii. Kilka śluz jest wyjątkowej urody, chociaż akurat piękno trudno uznać za motyw przewodni dawnej holenderskiej architektury – cechuje ją raczej surowa solidność i siła. Szara aura przydawała posępnym bastionom i wieżom szczególnej srogości.

W Amersfoort padało, a w Apeldoorn lało jak z cebra. Ulewa wprawiła mnie w takie przygnębienie, że źle skręci­łem i zamiast w Zutphen wylądowałem w Deventer. Nie miało to znaczenia – zastanawiałem się, czy odwiedzić pole bitwy, gdzie Philip Sidney podał manierkę z wodą umierającemu żołnierzowi¹³, lecz czułem, że wyobraźni mi nie dostaje, by odczuć emocje historycznej narracji. Któż doceniłby manierkę, gdy z każdą minutą lały się z nieba kolejne wiadra wody?

W Deventer rozmawiałem z policjantem. Zapewne z natury był potężnej budowy, ale w obszernym sztormiaku przypominał ludzki balon. Krzywym okiem spoglądał na moją lichą pelerynę i gołe kolana.

– To nie jest strój na tę pogodę – oznajmił. – Deszcz pada.

– Tak, zauważyłem. – I zaczęliśmy omawiać kwestię odzieży ochronnej, najlepszy temat do rozmowy zaraz po pogodzie.

– Cieszę się, że dostrzegłem jedną rzecz – powiedziałem, ruszając w dalszą drogę. – Kiedy wiele lat temu przyjechałem po raz pierwszy do Holandii, wiele osób śmiało się z moich gołych kolan. Dziś już tego nie robią.

– Łatwo to wytłumaczyć – odparł. – Skauci!

– A chłopcy śmiali się z moich okularów w rogowych oprawkach – narzekałem. – Dziś już tego nie robią.

– Też łatwizna – Harold Lloyd¹⁴!

Najwyraźniej cywilizacyjne wpływy skautingu i Hollywood są większe, niż przypuszczamy.

Za Deventer płaska okolica płynnie przeszła w łagodne wzniesienia, tak niepodobne do holenderskiego pejzażu, że poczuliśmy, iż zbliżamy się do granicy. Przyspieszyliśmy. Wiemy, że to śmieszne, ale mętnie nam się zdaje, jakby pogoda żywiła respekt wobec granic. W Niemczech mogło być piękne słońce. Nie mogliśmy sobie wyobrazić, by nawet niesforne chmury przepływały do Niemiec bez paszportu.

Zdaję sobie sprawę, że ten rozdział jest przygnębiający i żałośnie ubogi w informacje o Holandii. Szczęśliwym trafem mnóstwo jest znakomitych książek, które naprawią moje braki. Ja zaś zaklinam czytelnika, by wytrwał w lekturze.

Zapewniam, że nadeszła taka chwila podczas mojej wyprawy, kiedy deszcz ustał i błysnęło słońce, a od tego momentu ta opowieść staje się adekwatnie radosna.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij