Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Róża i cierń. Cykl Kroniki Riyrii. Tom 2 - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
6 lipca 2026
4559 pkt
punktów Virtualo

Róża i cierń. Cykl Kroniki Riyrii. Tom 2 - ebook

Dwóch złodziei chce poznać odpowiedzi.

Narodziny Riyrii…

Przez ponad rok Royce Melborn próbował zapomnieć o Gwen DeLancy, kobiecie, która uratował życie jemu i jego towarzyszowi Hadrianowi Blackwaterowi. Nie mogąc o przestać o niej myśleć, Royce wraca do Medfordu z Hadrianem, ale tym razem spotykają się z zupełnie innym powitaniem – Gwen nie chce ich widzieć. Ciężko pobita przez potężnego arystokratę podejrzewa, że Royce nie zważając na wszelkie niebezpieczeństwa postanowi się zemścić. Odprawiając złodziei ma nadzieję ich ochronić. Nie zdaje sobie jednak sprawy, do czego zdolna jest ta dwójka. Wkrótce się dowie.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68591-86-6
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1. BITWA NA MOŚCIE WJAZDOWYM

Roz­dział 1

_Bitwa na Moście Wjaz­do­wym_

Reu­ben powi­nien był uciec, kiedy tylko gierm­ko­wie wyszli z twier­dzy zam­ko­wej. Spo­koj­nie zdą­żyłby zna­leźć schro­nie­nie w stajni, ogra­ni­cza­jąc nęka­nie z ich strony do rzu­ca­nia jabł­kami i wyzwi­skami, ale zmy­liły go ich uśmie­chy. Spra­wiali wra­że­nie przy­ja­znych, nie­mal roz­sąd­nych.

– Reu­ben! Ej, Reu­ben!

Reu­ben? Nie Gno­jarz? Nie Troll?

Wszy­scy gierm­ko­wie go prze­zy­wali. Żadne z prze­zwisk nie było przy­jemne, ale on też miał prze­zwiska dla nich, przy­naj­mniej w myślach. „Pieśń Czło­wie­cza”, jeden z ulu­bio­nych poema­tów Reu­bena, wymie­niał sta­rość, cho­robę i głód jako Trzy Zmory Ludz­ko­ści. Gruby Horace był ewi­dent­nie gło­dem. Wil­lard o zie­mi­stej i dzio­ba­tej twa­rzy cho­robą, a sta­rość przy­pa­dła Dil­l­sowi, który jako sie­dem­na­sto­la­tek był z nich naj­star­szy.

Na widok Reu­bena skrę­cili w jego kie­runku jak stadko dra­pież­nych gęsi. Dills trzy­mał wgnie­ciony hełm rycer­ski; przy­łbica uno­siła się i opa­dała, kiedy nim koły­sał. Wil­lard niósł ochra­nia­cze do walki. Horace jadł jabłko – co za nie­spo­dzianka.

Na­dal mógł dotrzeć do stajni przed nimi. Tylko Dills miał jaką­kol­wiek szansę wygrać z nim w wyścigu. Reu­ben prze­niósł cię­żar ciała, ale się zawa­hał.

– To mój stary ekwi­pu­nek do tre­nin­gów – powie­dział przy­jaź­nie Dills, jakby ostat­nie trzy lata w ogóle się nie przy­da­rzyły, jakby był lisem, który zapo­mniał, co się robi z kró­li­kiem. – Ojciec przy­słał mi nowy zestaw, więc bawi­li­śmy się tro­chę z tym.

Pode­szli i teraz już było za późno na ucieczkę. Oto­czyli go, ale na­dal się uśmie­chali.

Dills wycią­gnął hełm, w któ­rym odbi­jało się jesienne słońce i z któ­rego zwi­sały skó­rzane paski.

– Nosi­łeś kie­dyś coś takiego? Przy­mierz.

Reu­ben spoj­rzał na Dil­lsa zbity z tropu.

To bar­dzo dziwne. Dla­czego są dla mnie mili?

– Chyba nie wie, co się z tym robi – powie­dział Horace.

– Śmiało! – Dills wepchnął mu hełm w ręce. – Nie­długo dołą­czysz do straży zam­ko­wych, prawda?

Roz­ma­wiają ze mną? Od kiedy?

Reu­ben nie odpo­wie­dział od razu.

– Ehm… No tak…

Dills uśmiech­nął się sze­rzej.

– Tak myśla­łem. Nie masz zbyt wielu oka­zji, żeby poćwi­czyć walkę, co?

– Kto by tre­no­wał ze sta­jen­nym? – Horace mówił nie­wy­raź­nie, bo prze­żu­wał.

– No wła­śnie – przy­tak­nął Dills i zer­k­nął na czy­ste niebo. – Piękny jesienny dzień. Szkoda sie­dzieć w czte­rech ścia­nach. Pomy­śla­łem, że chęt­nie nauczył­byś się paru manew­rów.

Każdy z nich miał drew­niany miecz do ćwi­czeń, a Horace przy­niósł też dodat­kowy.

To się dzieje naprawdę? Reu­ben przyj­rzał się ich twa­rzom, szu­ka­jąc pod­stępu. Dills spra­wiał wra­że­nie ura­żo­nego jego bra­kiem wiary, a Wil­lard prze­wró­cił oczami.

– Myśle­li­śmy, że chciał­byś przy­mie­rzyć rycer­ski hełm, zwłasz­cza że ni­gdy takiego nie będziesz nosił. Myśle­li­śmy, że doce­nisz taką oka­zję.

Za ich ple­cami star­szy gier­mek Elli­son wyszedł z zamku i usiadł na ocem­bro­wa­niu studni, żeby popa­trzeć.

– Będzie zabaw­nie. Będziemy się zmie­niać. – Dills znowu wepchnął hełm w ręce Reu­bena. – Dzięki ochra­nia­czom i heł­mowi nic ci się nie sta­nie.

Wil­lard się nachmu­rzył.

– Słu­chaj, sta­ramy się być mili. Nie bądź dup­kiem.

Cho­ciaż było to naprawdę dziwne, Reu­ben nie dostrzegł żad­nej zło­śli­wo­ści w ich oczach. Uśmie­chali się w spo­sób, w jaki zwy­kle uśmie­chali się do sie­bie – sze­roko i non­sza­lancko. Sytu­acja nabie­rała pew­nego sensu w gło­wie Reu­bena. Po trzech latach znę­ca­nie się nad nim prze­stało być nowo­ścią i atrak­cją. Ponie­waż jako jedyny był ich rówie­śni­kiem i nie nale­żał do ary­sto­kra­cji, w natu­ralny spo­sób stał się ich celem, ale czasy się zmie­niały i wszy­scy dora­stali. To był gest pojed­naw­czy, a zwa­żyw­szy, że Reu­ben nie zdo­był ani jed­nego przy­ja­ciela, odkąd tu przy­był, nie mógł sobie pozwo­lić na wybrzy­dza­nie.

Wziął wypchany szma­tami hełm i wsu­nął na głowę. Mimo szmat był za duży i wisiał luźno. Reu­ben podej­rze­wał, że coś jest nie tak, ale nie miał pew­no­ści. Ni­gdy nie nosił żad­nej zbroi. Ponie­waż miał zostać zam­ko­wym gwar­dzi­stą, ocze­ki­wano, że ojciec go wyszkoli, ale ni­gdy nie zna­lazł na to czasu. To spra­wiało, że oferta gierm­ków była nęcąca; pokusa prze­wa­żyła podej­rze­nia. Miał szansę nauczyć się cze­goś o walce i szer­mierce. Już za tydzień będą jego uro­dziny, a kiedy skoń­czy szes­na­ście lat, dołą­czy do sze­re­gów straży zam­ko­wej. Z racji nie­wiel­kich umie­jęt­no­ści w walce będzie wysy­łany do naj­gor­szych zadań. Jeśli gierm­ko­wie mówili poważ­nie, to może nauczy się cze­goś, cze­go­kol­wiek.

Trójka obwią­zała go cięż­kimi war­stwami ochra­nia­czy, które krę­po­wały jego ruchy; Horace dał mu zapa­sowy drew­niany miecz.

I wtedy zaczęło się lanie.

Bez słowa ostrze­że­nia wszy­scy trzej gierm­ko­wie ude­rzyli mie­czami w głowę Reu­bena. Metal i szmaty absor­bo­wały więk­szość siły ude­rze­nia, ale nie wszystko. Wnę­trze hełmu miało szorst­kie, odsło­nięte meta­lowe kra­wę­dzie, które roz­ci­nały skórę i dźgały w czoło, poli­czek, ucho. Reu­ben uniósł miecz w nie­udol­nej pró­bie obrony, ale nie­wiele widział przez przy­łbicę. Mając uszy zatkane szma­tami, led­wie sły­szał stłu­miony śmiech. Jedno ude­rze­nie wytrą­ciło mu miecz z rąk, a dru­gie tra­fiło go w plecy, powa­la­jąc na kolana. Potem już zaczęło się poważne bicie. Ciosy zasy­pały jego uwię­zioną w metalu głowę, kiedy Reu­ben zwi­nął się w kłę­bek.

Wresz­cie napast­nicy zaczęli zwal­niać i w końcu odstą­pili. Reu­ben usły­szał cięż­kie dysze­nie, sapa­nie i kolejne śmie­chy.

– Mia­łeś rację, Dills – powie­dział Wil­lard. – Gno­jarz jest o wiele lep­szy od mane­kina do ćwi­czeń.

– Przez chwilę, bo mane­kin nie zwija się w kłę­bek jak dzie­wu­cha. – W gło­sie Dil­lsa zadźwię­czała pogarda.

– Za to on pisz­czy przy każ­dym tra­fie­niu.

– Jesz­cze komuś chce się pić? – zapy­tał Horace, na­dal dysząc.

Sły­sząc, że się odsu­wają, Reu­ben ode­tchnął i roz­luź­nił mię­śnie. Szczęka mu zdrę­twiała od zaci­ska­nia zębów, całe ciało bolało go od bicia. Leżał jesz­cze chwilę, cze­ka­jąc i nasłu­chu­jąc. Przez hełm na gło­wie był odcięty od świata, ale bał się go zdjąć. Po kilku minu­tach uci­chły nawet stłu­mione śmie­chy i wyzwi­ska. Zer­k­nął przez szparę i zoba­czył tylko poma­rań­czowe i żółte korony drzew koły­szące się na popo­łu­dnio­wym wie­trze. Prze­krzy­wił głowę i zoba­czył Trzy Zmory pośrodku podwó­rza. Chłopcy napeł­nili kubki wodą ze studni i usie­dli na wozie z jabł­kami. Jeden roz­cie­rał rękę od mie­cza i zata­czał nią sze­ro­kie kręgi.

Zla­nie mnie do nie­przy­tom­no­ści musi być wyczer­pu­jące.

Reu­ben zdjął hełm i chłodne powie­trze musnęło jego spo­cone czoło. Zdał sobie sprawę, że to wcale nie był hełm Dil­lsa. Pew­nie walał się gdzieś po dzie­dzińcu, gdzie go zna­leźli. Reu­ben powi­nien był się domy­ślić, że Dills ni­gdy w życiu nie pozwo­liłby mu wło­żyć cze­goś swo­jego. Otarł twarz i nie zdzi­wił się, widząc krew.

Usły­szał, że ktoś pod­cho­dzi, uniósł więc ręce, żeby zasło­nić głowę.

– To było żało­sne. – Elli­son sta­nął nad Reu­be­nem, zaja­da­jąc jabłko, które ukradł z wozu kupca.

Nikt nie powie­działby mu złego słowa, a już z pew­no­ścią nie kupiec. Elli­son był star­szym gierm­kiem, chłop­cem, któ­rego ojciec miał naj­więk­sze wpływy. To on powi­nien zapo­bie­gać takiemu znę­ca­niu się.

Reu­ben nie odpo­wie­dział.

– Nie zawią­zano dosta­tecz­nie ści­śle ochra­nia­czy – cią­gnął Elli­son. – Oczy­wi­ście przede wszyst­kim cho­dzi o to, żeby w ogóle nie obe­rwać.

Znowu ugryzł jabłko i prze­żuł kęs z otwar­tymi ustami. Kawałki miąż­szu pole­ciały mu na pierś, pla­miąc tunikę. On i Zmory nosili takie same stroje, nie­bie­skie z bor­do­wymi dodat­kami i zło­tym soko­łem rodu Essen­don. Przez plamę od soku z jabłka wyda­wało się, że sokół pła­cze.

– Ciężko cokol­wiek zoba­czyć w tym heł­mie.

Reu­ben zauwa­żył, że kawa­łek zwi­nię­tego mate­riału, który wypadł na trawę, jest czer­wony od jego krwi.

– Myślisz, że ryce­rze widzą wię­cej? – zapy­tał Elli­son z ustami peł­nymi jabłka. – Wal­czą na koniach, a ty mia­łeś na sobie tylko hełm i tro­chę ochra­nia­czy. Ryce­rze noszą pięć­dzie­siąt fun­tów stali, więc się nie tłu­macz. Na tym polega pro­blem z ludźmi two­jego pokroju: zawsze znajdą jakąś wymówkę. Nie dość, że jako pazio­wie musimy zno­sić poni­że­nie, jakim jest praca ramię w ramię z wami, to jesz­cze musimy wysłu­chi­wać waszych wiecz­nych narze­kań. – Elli­son zaczął mówić wyż­szym gło­sem, uda­jąc dziew­czynę. – „Potrze­buję butów, żeby nosić wodę zimą. Nie dam rady sam porą­bać całego drzewa”. – I już wła­snym gło­sem dodał: – Powód, dla któ­rego na­dal upie­rają się, żeby szla­chet­nie uro­dzeni mło­dzieńcy musieli zno­sić upo­ko­rze­nie, jakim jest sprzą­ta­nie stajni, zanim staną się praw­dzi­wymi gierm­kami, cał­ko­wi­cie mnie prze­ra­sta, ale żeby jesz­cze zno­sić znie­wagę, jaką jest praca razem z kimś takim jak ty, zwy­kłym wie­śnia­kiem i bękar­tem, to już po pro­stu…

– Nie jestem bękar­tem – powie­dział Reu­ben. – Mam ojca. Mam nazwi­sko.

Elli­son roze­śmiał się i kawałki jabłka wyle­ciały mu z ust.

– Masz nawet dwa, jego i jej. Reu­ben Hil­fred, syn Rose Reu­ben i Richarda Hil­freda. Twoi rodzice ni­gdy się nie pobrali i to czyni cię bękar­tem. A kto wie, ilu żoł­nie­rzy zaba­wiała twoja matka przed śmier­cią. Wiesz, poko­jówki lubią się zaba­wić. To same dziwki. Twój ojciec był po pro­stu na tyle durny, żeby uwie­rzyć, kiedy mu powie­działa, że jesteś jego synem. To jasno uka­zuje głu­potę męż­czy­zny. Zakła­da­jąc więc, że nie kła­mała, jesteś synem idioty i…

Reu­ben ude­rzył w Elli­sona całym cia­łem, prze­wra­ca­jąc go na plecy. Usiadł i zamach­nął się, tra­fia­jąc star­szego chłopca w pierś i twarz. Kiedy Elli­son uwol­nił rękę, Reu­ben poczuł ból na policzku. Teraz on leżał na ple­cach i cały świat wiro­wał. Elli­son kop­nął go w bok z dosta­teczną siłą, żeby zła­mać mu żebro, ale Reu­ben pra­wie tego nie poczuł. Na­dal miał na sobie ochra­nia­cze.

Elli­son wycią­gnął miecz. Metal opu­ścił pochwę z gło­śnym brzęk­nię­ciem. Reu­ben led­wie zdą­żył chwy­cić miecz do ćwi­czeń, który zosta­wił na tra­wie. Uniósł go w samą porę, żeby uchro­nić się przed utratą głowy, ale stal Elli­sona prze­cięła drewno na pół.

Reu­ben uciekł.

To była jedyna prze­waga, jaką miał nad nimi. Wię­cej pra­co­wał i wszę­dzie bie­gał, pod­czas gdy oni robili nie­wiele. Nawet obcią­żony ochra­nia­czami był szyb­szy i bar­dziej wytrzy­mały od sfory oga­rów. Mógłby biec całymi dniami, gdyby zaszła taka potrzeba. Mimo to nie był dość szybki i Elli­son zdo­łał wymie­rzyć ostatni cios w jego plecy. Ude­rze­nie tylko pchnęło Reu­bena do przodu, ale kiedy już zna­lazł się w bez­piecz­nej odle­gło­ści, odkrył głę­bo­kie roz­cię­cie, które prze­szło przez wszyst­kie cztery war­stwy ochra­nia­czy, tunikę i nawet nieco skóry.

Elli­son pró­bo­wał go zabić.

* * *

Reu­ben przez resztę dnia ukry­wał się w staj­niach. Elli­son i pozo­stali ni­gdy tam nie przy­cho­dzili. Koniu­szy Hubert miał skłon­ność zaga­niać do pracy każ­dego chłopca z zamku, nie zwa­ża­jąc na róż­nicę mię­dzy synem hra­biego, barona czy sier­żanta straży. Pew­nego dnia może będą lor­dami, ale w tej chwili byli paziami i gierm­kami, a jeśli idzie o Huberta, byli tylko ple­cami i rękami do uno­sze­nia łopat. Zgod­nie z ocze­ki­wa­niami Reu­bena zago­niono go do uprzą­ta­nia łajna z bok­sów, co było lep­sze niż sta­wie­nie czoła ostrzu Elli­sona. Plecy go bolały, tak samo jak twarz i głowa, ale krwa­wie­nie ustało. O mały włos nie zgi­nął, nie zamie­rzał więc narze­kać.

Elli­son był po pro­stu wście­kły. Gdy już się uspo­koi, znaj­dzie inny spo­sób, żeby oka­zać swoje nie­za­do­wo­le­nie. Razem z innymi gierm­kami zasta­wią pułapkę i zbiją go, naj­pew­niej kijami, ale tym razem bez ochra­nia­czy i hełmu.

Reu­ben zatrzy­mał się, wrzu­ciw­szy łopatę gnoju na wóz i pocią­gnął nosem. Dym z palo­nego drewna. W kuchni palono drew­nem cały rok, ale jesie­nią dym pach­niał ina­czej, bar­dziej słodko. Reu­ben wbił łopatę, prze­cią­gnął się i spoj­rzał w górę na zamek. Pra­wie już skoń­czono deko­ro­wać go z oka­zji jesien­nej gali. Świą­teczne flagi i wstęgi powie­wały na masz­tach, kolo­rowe latar­nie zwie­szały się z drzew. Cho­ciaż galę urzą­dzano co roku, w tym świę­to­wano podwój­nie – dodat­kowo z oka­zji mia­no­wa­nia nowego kanc­le­rza. To zna­czyło, że obchody musiały być więk­sze i wspa­nial­sze, zatem ude­ko­ro­wano zamek wewnątrz i od zewnątrz dyniami, tykwami i wiąz­kami zbóż. Kiedy poja­wił się pro­blem zbyt małej liczby krze­seł, bele słomy wnie­siono do wszyst­kich sal. Przez ostatni tydzień far­me­rzy przy­wo­zili jej pełne wozy. Zamek wyglą­dał naprawdę świą­tecz­nie i cho­ciaż Reu­ben nie został zapro­szony, wie­dział, że to będzie wspa­niałe przy­ję­cie.

Jego spoj­rze­nie powę­dro­wało ku wyso­kiej wieży, która ostat­nio stała się jego obse­sją. Kró­lew­ska rodzina rezy­do­wała na wyż­szych pię­trach zamku, gdzie nie­wielu mogło wejść bez zapro­sze­nia. Naj­wyż­szy punkt zamku prze­wyż­szał resztę budowli rap­tem o kilka stóp, ale w wyobraźni Reu­bena wieża nie­mal dosię­gała nieba. Zmru­żył oczy, myśląc, że może dostrzeże jakiś ruch, kogoś prze­cho­dzą­cego obok okna. Niczego nie zoba­czył, ale z dru­giej strony nie­wiele działo się tam za dnia.

Z wes­tchnie­niem wró­cił do pół­mroku stajni. Wła­ści­wie lubił wygar­niać gnój z bok­sów. W chłodne dni latało nie­wiele much, a łajno było prze­waż­nie suche, wymie­szane ze słomą uzy­ski­wało kon­sy­sten­cję sta­rego chleba albo cia­sta i pra­wie nie śmier­działo. Pro­sta, nie­wy­ma­ga­jąca myśle­nia praca dawała mu poczu­cie speł­nie­nia. Poza tym lubił towa­rzy­stwo koni. Ich nie obcho­dziło, kim jest Reu­ben, jakiego koloru ma krew albo czy jego matka poślu­biła jego ojca. Zawsze witały go, rżąc, i pocie­rały chra­pami o jego pierś, kiedy zna­lazł się w pobliżu. Z nikim innym nie wolałby bar­dziej spę­dzić jesien­nego popo­łu­dnia – z jed­nym wyjąt­kiem. A wtedy, jakby wystar­czyło pomy­śleć, żeby speł­niło się marze­nie, bły­snęła mu bor­dowa suk­nia.

Widok księż­niczki w drzwiach stajni zaparł Reu­be­nowi dech w piersi. Zawsze zamie­rał na jej widok, a nawet jeśli był w sta­nie się poru­szać, poru­szał się nie­zgrab­nie – jego palce głu­piały, nie potra­fiły wyko­nać naj­prost­szego zada­nia. Na szczę­ście ni­gdy nie ocze­ki­wano, że ode­zwie się w jej obec­no­ści. Wyobra­żał sobie, że wtedy w porów­na­niu z języ­kiem jego palce wyda­łyby się nie­zwy­kle zwinne. Obser­wo­wał księż­niczkę od lat, widy­wał prze­lot­nie, kiedy wsia­dała do powozu albo witała gości. Polu­bił ją od pierw­szego wej­rze­nia. Było coś w spo­so­bie, w jaki się uśmie­chała, w śmie­chu, który pobrzmie­wał w jej gło­sie i czę­sto poważ­nym wyra­zie twa­rzy, co spra­wiało, że wyda­wała się star­sza, niż była w rze­czy­wi­sto­ści. Wyobra­żał sobie, że nie jest zwy­kłym czło­wie­kiem, lecz jakąś baśniową istotą, ucie­le­śnie­niem natu­ral­nej gra­cji i piękna. Rzadko mógł ją zoba­czyć, co czy­niło te oka­zje spe­cjal­nymi, eks­cy­tu­ją­cymi chwi­lami jak widok jelonka o świ­cie. Kiedy się poja­wiła, nie mógł ode­rwać od niej oczu. Miała pra­wie trzy­na­ście lat i była rów­nie wysoka jak matka. Jed­nakże coś w spo­so­bie cho­dze­nia i prze­su­wa­nia bio­der, kiedy za długo stała w jed­nym miej­scu wska­zy­wało, że jest już bar­dziej damą niż dziew­czynką. Na­dal była chuda i drobna, ale się zmie­niła. Reu­ben marzył, że pew­nego dnia będzie stał przy studni, kiedy ona pojawi się na dzie­dzińcu sama i spra­gniona. Oczami duszy widział, jak nabiera dla niej wody i nalewa jej do kubka. Uśmiech­nę­łaby się i być może podzię­ko­wa­łaby. Kiedy odda­wa­łaby pusty kubek, ich palce zetknę­łyby się prze­lot­nie; przez jedną chwilę czułby cie­pło jej skóry i po raz pierw­szy zaznałby rado­ści.

– Reu­ben! – Ian, sta­jenny, ude­rzył go w ramię szpi­crutą. Dość mocno, żeby ude­rze­nie zapie­kło i zosta­wiło ślad. – Prze­stań marzyć i bierz się do roboty.

Reu­ben bez słowa wró­cił do prze­rzu­ca­nia gnoju. Przy­swoił już sobie dzi­siej­szą lek­cję i trzy­mał spusz­czoną głowę, nabie­ra­jąc war­stwy zaschłego gnoju. Księż­niczka nie mogła go widzieć w bok­sie, ale za każ­dym razem, gdy wrzu­cał gnój na wóz, migała mu prze­lot­nie w drzwiach. Miała na sobie nową bor­dową suk­nię z cali­skiego jedwa­biu, którą dostała na uro­dziny wraz z koniem. Dla Reu­bena Calis był miej­scem mitycz­nym, kra­iną gdzieś daleko na połu­dniu wypeł­nioną dżun­glą, cho­chli­kami i pira­tami. Musiała być to magiczna zie­mia, ponie­waż mate­riał sukni mie­nił się, kiedy księż­niczka szła, a kolor pod­kre­ślał barwę jej wło­sów. Jako naj­now­sza suk­nia dosko­nale paso­wała. Co wię­cej, pozo­stałe sukienki uszyto dla dziew­czynki, a ta była prze­zna­czona dla kobiety.

– Wasza Wyso­kość weź­mie Tama­ryszka? – Głos Iana roz­legł się gdzieś w oko­li­cach głów­nego wej­ścia do stajni.

– Oczy­wi­ście. To piękny dzień na prze­jażdżkę, nie­praw­daż? Tama­ry­szek lubi chłodne dni. Może wtedy poga­lo­po­wać.

– Matka Waszej Wyso­kość pro­siła, żeby panienka nie galo­po­wała na Tama­ryszku.

– Trucht jest nie­wy­godny.

Ian spoj­rzał na nią pyta­jąco.

– Tama­ry­szek to rumak z Mara­nonu, Wasza Wyso­kość. On nie truchta, on kłu­suje.

– Lubię wiatr we wło­sach – mówiła z werwą, upo­rem, który wywo­łał uśmiech u Reu­bena.

– Matka Waszej Wyso­ko­ści wola­łaby…

– Jesteś kró­lew­skim sta­jen­nym czy pia­stunką? Bo może powin­nam powie­dzieć Norze, że jej usługi nie są już potrzebne.

– Pro­szę o wyba­cze­nie, Wasza Wyso­kość, ale matka panienki…

Księż­niczka minęła sta­jen­nego i weszła do stajni.

– Ty, tam…! Chłop­cze! – zawo­łała.

Reu­ben prze­rwał skro­ba­nie. Patrzyła pro­sto na niego.

– Potra­fisz osio­dłać konia?

Zdo­łał ski­nąć głową.

– To osio­dłaj dla mnie Tama­ryszka. Weź dam­skie sio­dło z zamszu. Wiesz które?

Reu­ben znowu ski­nął głową i rzu­cił się wyko­nać pole­ce­nie. Ręce mu się trzę­sły, kiedy zdej­mo­wał sio­dło z wie­szaka.

Tama­ry­szek był pięk­nym kasz­tan­kiem spro­wa­dzo­nym z kró­le­stwa Mara­nonu. Tam­tej­sze konie sły­nęły z dosko­na­łej krwi i nad­zwy­czaj­nego wyszko­le­nia, dzięki czemu wyjąt­kowo wygod­nie się na nich jeź­dziło. Reu­ben wyobra­żał sobie, że tak król opi­sał ten pre­zent swo­jej żonie. Wierz­chowce z Mara­nonu sły­nęły rów­nież z szyb­ko­ści, jak zapewne opi­sał poda­ru­nek swo­jej córce.

– Dokąd Wasza Wyso­kość się wybie­rze? – spy­tał Ian.

– Myśla­łam, że pojadę do Mostu Wjaz­do­wego.

– Wasza Wyso­kość nie może jechać sama tak daleko.

– Ojciec poda­ro­wał mi tego konia, żebym jeź­dziła, i to nie tylko po dzie­dzińcu.

– W takim razie będę towa­rzy­szył Waszej Wyso­ko­ści – uparł się sta­jenny.

– Nie! Twoje miej­sce jest tutaj. Poza tym, kto pod­nie­sie alarm, gdy­bym nie wró­ciła?

– Jeśli ja nie mogę, to niech Reu­ben jedzie z Waszą Wyso­ko­ścią.

– Kto?

Reu­ben zamarł.

– Reu­ben. Chło­pak, który sio­dła konia.

– Nie chcę żad­nego towa­rzy­stwa.

– Albo ja, albo on, bo ina­czej żaden koń nie zosta­nie osio­dłany, a ja pójdę od razu do matki Waszej Wyso­ko­ści.

– Dobrze. Wezmę… Mówi­łeś, że jak się nazywa?

– Reu­ben.

– Naprawdę? A ma jakieś nazwi­sko?

– Hil­fred.

Wes­tchnęła.

– Wezmę Hil­freda.

* * *

Reu­ben ni­gdy dotąd nie jechał konno, ale nie zamie­rzał żad­nemu z nich o tym mówić. Nie bał się niczego poza tym, że wygłupi się przy księż­niczce. Znał dobrze wszyst­kie konie i wybrał Melan­cho­lię, star­szawą karą klacz z białą gwiazdą na czole. Jej imię odpo­wia­dało tem­pe­ra­men­towi, a ten z kolei odzwier­cie­dlał jej wiek. Melan­cho­lię sio­dłano dla dzieci, które chciały prze­je­chać się na „praw­dzi­wym” koniu, bab­ciom i kor­pu­lent­nym ciot­kom. Mimo to serce mu waliło jak mło­tem, gdy klacz ruszyła za Tama­rysz­kiem, co zro­bi­łaby nawet, gdyby nie miała Reu­bena na grzbie­cie.

Minęli bramę zam­kową i wje­chali do Med­fordu, sto­licy kró­le­stwa Melen­garu. Reu­ben nie otrzy­mał szcze­gól­nej edu­ka­cji, ale uważ­nie słu­chał i wie­dział, że Melen­gar jest jed­nym z naj­mniej­szych ośmiu kró­lestw Avrynu – naj­więk­szego z czte­rech ludz­kich państw. Wszyst­kie cztery kraje – Trent, Avryn, Del­gos i Calis – two­rzyły kie­dyś jedno impe­rium, ale to było dawno temu i nie miało już żad­nego zna­cze­nia dla nikogo poza skry­bami i histo­ry­kami. Ważne zaś było to, że Melen­gar był sza­no­wany, zamożny i żył w pokoju od poko­le­nia albo i dłu­żej.

Zamek kró­lew­ski stał w cen­trum mia­sta. Oble­gały go ota­cza­jące fosę wozy stra­ga­nia­rzy, z któ­rych sprze­da­wano wszel­kiego rodzaju jesienne owoce, warzywa, pie­czywa, wędzone mięsa, wyroby skó­rzane i jabłecz­nik, poda­wany zarówno na zimno, jak i na cie­pło, mocny i słaby. Trzech skrzyp­ków wygry­wało wesołą melo­dię obok obró­co­nego kape­lu­sza poło­żo­nego na pniaku. Pomniejsi ary­sto­kraci w pele­ry­nach lub opoń­czach prze­cha­dzali się cegla­nymi uli­cami, doty­ka­jąc zręcz­nie zro­bio­nych bły­sko­tek. Ci zamoż­niejsi prze­jeż­dżali powo­zami.

Oni dwoje prze­je­chali pro­sto sze­roką ceglaną aleją, mija­jąc posąg Tolina Essen­dona. Rzeźba była więk­sza niż natu­ralne roz­miary, a pierw­szego króla Melen­garu uka­zano niczym boga na ogie­rze, cho­ciaż wieść gminna nio­sła, że nie był szcze­gól­nie dużym męż­czy­zną. Moż­liwe, że arty­sta chciał oddać wiel­kość Tolina, a nie tylko jego wygląd, ponie­waż bez wąt­pie­nia czło­wiek, który poko­nał Lotho­mada, władcę Trentu i pod­niósł Melen­gar z ruiny po woj­nie domo­wej, był nie­mal rów­nie wielki jak sam Novron.

Nikt nie zatrzy­my­wał ani nie zada­wał pytań Reu­be­nowi i Ari­ście, kiedy prze­jeż­dżali, ale wielu kła­niało się albo dygało. Kilka gło­śnych roz­mów uci­chło, kiedy nad­je­chali i wszy­scy się na nich gapili. Reu­ben był tym zakło­po­tany, ale księż­niczka spra­wiała wra­że­nie cał­ko­wi­cie nie­świa­do­mej. Podzi­wiał ją za to.

Kiedy już opu­ścili mia­sto i wyje­chali na drogę, Ari­sta przy­śpie­szyła do truchtu. W każ­dym razie jego koń truch­tał i był to nie­przy­jemny, pod­ska­ku­jący chód, przy któ­rym miecz od Iana ude­rzał Reu­bena w udo. Tak jak Ian wspo­mniał, koń księż­niczki nie truch­tał. Tama­ry­szek kłu­so­wał, jakby nie chciał pobru­dzić sobie kopyt zie­mią.

Jechali drogą i w miarę jak Reu­ben czuł się coraz pew­niej w sio­dle, coraz sze­rzej się uśmie­chał. Był sam na sam z nią, z dala od Elli­sona i Trzech Zmor, jechał konno i miał miecz. Tak powinno wyglą­dać życie męż­czy­zny. Tak mogło wyglą­dać jego życie, gdyby uro­dził się ary­sto­kratą.

Reu­be­nowi było pisane pójść w ślady ojca, Richarda, i słu­żyć kró­lowi jako zbrojny. Zacznie od służby na murach albo przy bra­mie i jeśli będzie miał szczę­ście, kie­dyś otrzyma bar­dziej pre­sti­żową pozy­cję, tak jak ojciec. Richard Hil­fred był sier­żan­tem w kró­lew­skiej gwar­dii i nale­żał do straży przy­bocz­nej króla i jego rodziny. Taka pozy­cja wią­zała się z przy­wi­le­jami, umoż­li­wiała na przy­kład zapew­nie­nie miej­sca synowi, który nie otrzy­mał żad­nego szko­le­nia. Reu­ben wie­dział, że powi­nien być wdzięczny za tę moż­li­wość. Żoł­nie­rze w kró­le­stwie, w któ­rym panuje pokój, pro­wa­dzili wygodne życie, ale na razie jego pobyt w zamku Essen­do­nów był jak naj­dal­szy od wygod­nego.

Za tydzień w swoje uro­dziny przy­wdzieje barwy ciem­nej czer­wieni i złota. Na­dal będzie naj­młod­szy i naj­słab­szy, ale nikt go już nie nazwie wyrzut­kiem. Odnaj­dzie swoje miej­sce. Tyle że tym miej­scem ni­gdy nie będzie koń­ski grzbiet pod­czas swo­bod­nej prze­jażdżki drogą z praw­dzi­wym mie­czem u pasa. Reu­ben wyobra­ził sobie życie błęd­nego ryce­rza prze­mie­rza­ją­cego bez­droża wedle wła­snego uzna­nia w poszu­ki­wa­niu przy­gód i sławy. To była przy­szłość gierm­ków, ich nagroda za pod­kra­da­nie jabłek i pobi­cie Reu­bena.

Ta jazda mogła być naj­wspa­nial­szym wyda­rze­niem w jego życiu. Było późne jesienne popo­łu­dnie, pogoda – ide­alna. Niebo miało nie­bie­ski kolor, jaki zwy­kle widuje się zimą, a drzewa – wiele z nich na­dal zacho­wało liście – były barwne, jakby las pło­nął, tylko zastygł w cza­sie. Stra­chy na wró­ble z gło­wami z dyń strze­gły brą­zo­wych łodyg kuku­ry­dzy i jesien­nych ogro­dów.

Ode­tchnął świe­żym powie­trzem; jakimś cudem wyda­wało się jesz­cze słod­sze.

Kiedy wyje­chali na drogę, księż­niczka się obej­rzała.

– Hil­fred? Myślisz, że widzą nas tutaj?

– Kto, Wasza Wyso­kość? – zapy­tał zdu­miony i wdzięczny, że głos mu się nie zała­mał.

– Och, sama nie wiem. Ktoś, kto mógłby nas obser­wo­wać… Straże na murach albo ktoś, kto na przy­kład odło­żył robótkę, żeby wspiąć się na wschod­nią wieżę i wyj­rzeć przez okno?

Reu­ben się obej­rzał. Wzgó­rze i drzewa prze­sło­niły mia­sto.

– Nie, Wasza Wyso­kość.

Księż­niczka się uśmiech­nęła.

– Cudow­nie.

Pochy­liła się moc­niej nad grzbie­tem Tama­ryszka i zacmo­kała. Koń zerwał się do galopu i popę­dził drogą.

Reu­ben nie miał wyj­ścia – musiał poje­chać za nią, trzy­ma­jąc się sio­dła obiema rękami. Melan­cho­lia dziel­nie pró­bo­wała dotrzy­mać kroku Tama­rysz­kowi, ale zwy­kła dzie­więt­na­sto­let­nia klacz nie miała szansy z sied­mio­let­nim ruma­kiem z Mara­nonu. Księż­niczka i jej wierz­cho­wiec szybko znik­nęli mu z oczu, a Melan­cho­lia prze­szła w kłus, a potem zaczęła iść stępa. Boki falo­wały jej ciężko i nic, co robił Reu­ben, nie było w sta­nie zmu­sić jej do przy­śpie­sze­nia. W końcu pod­dał się i wes­tchnął sfru­stro­wany.

Spoj­rzał na drogę bez­rad­nie. Zasta­na­wiał się, czy nie porzu­cić Melan­cho­lii i nie pobiec, ponie­waż w tej chwili byłby w sta­nie biec szyb­ciej, niż jechał konno. Nie wie­dział, co robić. A jeśli księż­niczka spa­dła? Gdyby tylko Melan­cho­lia potra­fiła galo­po­wać tak szybko, jak biło mu serce.

Gra­mo­ląc się na szczyt następ­nego wznie­sie­nia, dostrzegł księż­niczkę. Na­dal sie­działa w sio­dle. Zatrzy­mała się przy Moście Wjaz­do­wym, który zna­czył przej­ście mię­dzy kró­le­stwem Melen­garu i sąsied­nim kró­le­stwem War­ric. Dostrze­gła go, ale nie zamie­rzała ucie­kać.

Na jej widok jego panika znik­nęła. Księż­niczka była bez­pieczna. Kiedy Reu­ben zoba­czył ją na koniu nad rzeką, uznał, że to nie prze­jażdżka była naj­wspa­nial­szą chwilą jego życia, ale wła­śnie ten moment.

Ari­sta była piękna, ale ni­gdy nie wyglą­dała rów­nie pięk­nie jak w tej chwili. Sie­działa w sio­dle wypro­sto­wana, wiatr roz­ło­żył jej wspa­niałą suk­nię na boki i zad konia. Jej długi cień się­gał ku Reu­be­nowi, gdy zacho­dzące słońce oble­wało ich oboje świa­tłem, migo­cząc na grzy­wie Tama­ryszka i jedwab­nej sukni w taki sam spo­sób, w jaki łyskało na powierzchni rzeki. Ta chwila była darem, nie­wy­sło­wio­nym cudem, cudem nie do pomy­śle­nia. Prze­by­wa­nie sam na sam z Ari­stą Essen­don o zacho­dzie słońca, gdy ona była odziana w suk­nię doro­słej kobiety, a on był konno i uzbro­jony w miecz jak praw­dziwy męż­czy­zna, jak rycerz – to była ide­alna, wyma­rzona chwila.

I znisz­czył ją tętent kopyt.

Grupa jeźdź­ców wypa­dła spo­mię­dzy drzew na lewo od Reu­bena. Cała trójka popę­dziła ku niemu. Myślał, że zde­rzą się z nim, ale w ostat­niej chwili skrę­cili i śmi­gnęli obok niego, tylko pele­ryny zało­po­tały za nimi. Wystra­szyli Melan­cho­lię klacz z szarp­nię­ciem zbo­czyła z drogi. Nawet gdyby Reu­ben był świet­nym jeźdź­cem, miałby kło­pot z utrzy­ma­niem się w sio­dle. Zasko­czony i nie­za­zna­jo­miony z ruchami koni spadł i wylą­do­wał na płask na ple­cach.

Wstał, kiedy jeźdźcy pod­je­chali do księż­niczki i okrą­żyli ją, śmie­jąc się i pogwiz­du­jąc. Reu­ben nie nale­żał jesz­cze do straży zam­ko­wej, ale Ian nie bez powodu dał mu miecz. To, że było ich trzech, nie miało zna­cze­nia. Fakt, że jego umie­jęt­no­ści w posłu­gi­wa­niu się mie­czem można było w naj­lep­szym wypadku opi­sać – nawet gdyby sam miał je opi­sać – jako żenu­jące, w naj­mniej­szym stop­niu go nie powstrzy­mał.

Wycią­gnął ostrze i popę­dził w dół ze wznie­sie­nia, a kiedy dotarł do jeźdź­ców, krzyk­nął:

– Zostaw­cie ją!

Śmie­chy uci­chły.

Dwóch nie­zna­jo­mych zsia­dło z koni i wycią­gnęło mie­cze. Wypo­le­ro­wana stal zabły­sła w niskim słońcu. Kiedy tylko ich stopy ude­rzyły o zie­mię, Reu­ben zdał sobie sprawę, że to zale­d­wie chłopcy, trzy, może cztery lata młodsi od niego. Ich rysy były tak podobne, że musieli być braćmi. Ich broń nie przy­po­mi­nała sze­ro­kich tasa­ków straży zam­ko­wej ani krót­kich mie­czy gierm­ków. Była deli­katna, miała wąskie klingi i ozdobne gardy.

– Jest mój – oznaj­mił naj­więk­szy z chłop­ców i Reu­ben led­wie uwie­rzył w swoje szczę­ście, gdy pozo­stali dwaj nie włą­czyli się do walki.

Bro­nić księż­niczkę przed zbi­rami, nawet jeśli to tylko dzieci, na jej oczach sta­nąć w obro­nie jej czci, być tym, który ją ocali… Wielki Mari­bo­rze, nie mogę zawieść… Nie teraz!

Chło­piec pod­szedł zbyt non­sza­lancko, co zasta­no­wiło Reu­bena. Był niż­szy o dobre pięć cali i chudy jak łodyga kuku­ry­dzy. Wiatr wiał mu zza ple­ców, więc z tru­dem powstrzy­my­wał czarne włosy przed wpa­da­niem do oczu, kiedy pod­cho­dził do Reu­bena z sze­ro­kim uśmie­chem na twa­rzy.

Kiedy zna­lazł się na odle­głość mie­cza, przy­sta­nął i ku zdu­mie­niu Reu­bena ukło­nił się. Potem wypro­sto­wał się i prze­ciął klingą powie­trze w tę i z powro­tem. Ostrze zadźwię­czało. Wresz­cie sta­nął na przy­gię­tych nogach z drugą ręką za ple­cami.

A potem zaata­ko­wał.

Jego szyb­kość była nie­po­ko­jąca. Czu­bek wąskiej klingi tra­fił Reu­bena w pierś, nie roz­ci­na­jąc skóry, ale zosta­wia­jąc roz­cię­cie w koszuli. Reu­ben zato­czył się do tyłu. Chło­piec naparł, prze­su­wa­jąc stopy w prze­dziwny spo­sób, jakiego Reu­ben ni­gdy dotąd nie widział. Jego ruchy były płynne i pełne gra­cji, jakby tań­czył.

Reu­ben zamach­nął się mie­czem.

Chło­pak nawet nie drgnął. Nie uniósł broni, żeby spa­ro­wać cios. Zaśmiał się tylko, gdy miecz prze­ciął powie­trze o cal od niego.

– Myślę, że mógł­bym tu stać przy­wią­zany do pala i na­dal nie zdo­łał­byś mnie tra­fić. Dama powinna zna­leźć sobie lep­szego obrońcę.

– To nie jest jakaś tam dama. To księż­niczka Melen­garu! – krzyk­nął Reu­ben. – Nie pozwolę wam jej skrzyw­dzić.

– Doprawdy? – Chło­pak zer­k­nął przez ramię. – Sły­sze­li­ście? Poj­ma­li­śmy księż­niczkę.

Idiota ze mnie. Reu­ben miał ochotę prze­bić się mie­czem.

– Cóż, nie zamie­rzamy jej skrzyw­dzić. Ja i moi towa­rzy­sze roz­bój­nicy zbez­cze­ścimy ją, pode­rżniemy jej gar­dło i na koniec rzu­cimy dziewkę do rzeki!

– Prze­stań! – krzyk­nęła Ari­sta. – Jesteś okrutny!

– Nie, wcale nie jest – ode­zwał się ten, który nie zsiadł z konia. Miał na sobie opoń­czę z kap­tu­rem, a ponie­waż słońce zacho­dziło, Reu­ben nie widział jego twa­rzy. – Ale zacho­wuje się jak dureń. Moim zda­niem powin­ni­śmy zatrzy­mać ją dla okupu i zażą­dać jej wagi w zło­cie!

– Dosko­nały pomysł – uznał młod­szy z dwóch braci, który już scho­wał broń do pochwy, wyjął kawa­łek sera z torby i podał sie­dzą­cemu wierz­chem, ten zaś odgryzł kawa­łek.

– Po moim tru­pie – oznaj­mił Reu­ben i znowu roz­le­gły się śmie­chy.

Reu­ben jesz­cze raz zaata­ko­wał. Prze­ciw­nik zbił na bok cios, nie spusz­cza­jąc wzroku z jego twa­rzy.

– Tym razem było odro­binę lepiej. Przy­naj­mniej ist­niała szansa, że może mnie tra­fisz.

– Mau­vin, prze­stań! – krzyk­nęła księż­niczka. – On nie wie, kim jesteś.

– Wiem! – odkrzyk­nął chło­pak o potar­ga­nych wło­sach i zaśmiał się. – To dla­tego to taka pyszna zabawa.

– Powie­dzia­łam, żebyś prze­stał! – zażą­dała księż­niczka, pod­jeż­dża­jąc.

Chło­piec znowu się roze­śmiał i zaata­ko­wał nisko, celu­jąc w stopy Reu­bena. Tam­ten nie miał poję­cia, jak zablo­ko­wać taki cios. Opu­ścił miecz, a strach spra­wił, że odru­chowo cof­nął stopy. Stra­cił rów­no­wagę, padł na twarz i wbił miecz w zie­mię. Prze­tur­lał się na plecy i z tru­dem wstał, a wtedy zoba­czył, że chło­pak trzyma oba mie­cze. Znowu wszy­scy się roze­śmiali. Wszy­scy z wyjąt­kiem Ari­sty.

– Prze­stań! – krzyk­nęła. – Nie widzisz, że on nie potrafi posłu­gi­wać się mie­czem? Nie ma nawet poję­cia, jak jeź­dzić konno. To słu­żący. On tylko rąbie drewno i nosi wodę.

– Chcia­łem tylko tro­chę się zaba­wić.

– Może dla cie­bie to jest zabawne – wska­zała Reu­bena – a on naprawdę myśli, że chce­cie mnie skrzyw­dzić. On się nie bawi.

– Naprawdę? Bo jeśli to prawda, to jest żało­sny. Serio, jeśli tylko na tyle go stać, to czemu, na Mari­bora, Law­rence wysłał tę fajt­łapę jako twoją eskortę? Praw­dziwy roz­bój­nik zabiłby go pierw­szym ude­rze­niem, ty była­byś uwią­zana do jego konia, a list z żąda­niem okupu już zostałby wysłany do zamku.

Księż­niczka się skrzy­wiła.

– Gdy­by­ście byli praw­dzi­wymi roz­bój­ni­kami, Tama­ry­szek i ja zosta­wi­li­by­śmy was w chmu­rze kurzu. Kasz­le­li­by­ście i pluli pyłem, pod­czas gdy my poga­lo­po­wa­li­by­śmy w siną dal.

– Wąt­pię – odparł chło­pak na koniu.

– Tak? – Księż­niczka pochy­liła się i szep­nęła coś do ucha Tama­ryszka.

Rumak sko­czył chyżo jak łania i pocwa­ło­wał Połu­dniową Drogą z powro­tem do mia­sta.

– Łapać ją! – krzyk­nął chło­piec sie­dzący na koniu.

Pona­glił wierz­chowca i popę­dził za księż­niczką.

Potar­gany chło­pak rzu­cił Reu­be­nowi miecz. Potem razem z bra­tem dosiadł konia i poje­chał za ucie­ka­jącą księż­niczką, która zgod­nie z zapo­wie­dzią zosta­wiła ich wszyst­kich w chmu­rze kurzu.

W jed­nej chwili Reu­ben został sam. Jedyną jego pocie­chą była świa­do­mość, że księż­niczce nic nie grozi. Ari­sta naj­wy­raź­niej znała tę trójkę, co tylko pogłę­biło jego upo­ko­rze­nie. Jedyną gor­szą rze­czą od tego, że został poko­nany przez młod­szego chłopca i wyśmiany na oczach księż­niczki, był fakt, że to ona sta­nęła w jego obro­nie.

_Nie widzisz, że on nie potrafi posłu­gi­wać się mie­czem? Nie ma nawet poję­cia, jak jeź­dzić konno. To słu­żący. On tylko rąbie drewno i nosi wodę._

Reu­ben stał chwilę, patrząc na gasnące świa­tło i obser­wu­jąc czarne chmury prze­wa­la­jące się jak kur­tyna prze­sła­nia­jąca scenę. Łzy spły­nęły mu po policz­kach. Ni­gdy nie pła­kał, cho­ciaż wiele razy dostał lanie. Przy­wykł do bólu, wyzwisk, ale to było coś innego. Reu­ben zawsze podej­rze­wał, że jest do niczego. Teraz stra­cił wszel­kie wąt­pli­wo­ści. Kim­kol­wiek tamci byli, żało­wał, że go nie zabili, wtedy przy­naj­mniej nie musiałby żyć ze wsty­dem.

Otarł twarz brud­nymi rękami i rozej­rzał się znowu. Kiedy nade­szła noc, mgła unio­sła się nad rzeką, świa­tła zami­go­tały w odle­głych domach na far­mach. Melan­cho­lia znik­nęła. Albo pobie­gła za tam­tymi, albo po pro­stu wie­działa, że czas wra­cać do stajni.

Reu­ben Hil­fred wsu­nął poży­czony miecz do pochwy i wró­cił pie­chotą do domu.

* * *

Był zmę­czony, kiedy dotarł na miej­sce. Zaj­rzał do stajni i zoba­czył, że Melan­cho­lia i Tama­ry­szek stoją już bez­piecz­nie w swo­ich bok­sach. Zła­mano mu serce, pobito, zago­niono go do cięż­kiej pracy w stajni, a potem zmu­szono do przej­ścia kilku mil pie­chotą po zmroku – Reu­be­nowi zostało nie­wiele siły. Mimo to przy­sta­nął w poło­wie dzie­dzińca, żeby spoj­rzeć na zamek… I na wieżę.

Piękny jesienny dzień zamie­nił się w okropną jesienną noc. Wraz ze wscho­dem księ­życa, który prze­sło­niły ciemne chmury, zerwał się wiatr. Czarne wiedź­mo­wate palce drzew poru­szały się gwał­tow­nie na tle mrocz­nego nieba, liście odry­wane od ich człon­ków latały nad dzie­dziń­cem. Noc była zimna, pochod­nie migo­tały na wie­trze. W nocach w porze żniw było coś, co nie­po­ko­iło Reu­bena. Wra­że­nie bli­sko­ści śmierci prze­ni­kało wszyst­kie zaka­marki, a nie­długo spad­nie śnieg podobny do całunu okry­wa­ją­cego nie­bosz­czyka. Myśląc o tym, spoj­rzał na wieżę. Spo­dzie­wał się sygnału w jej oknie, jed­nak nie zapło­nęło w nim świa­tło.

Ogar­nęła go zna­joma mie­szanka uczuć – nie­wąt­pli­wie ulga, ale i roz­cza­ro­wa­nie.

Wszedł cicha­czem do koszar, gdzie powi­tało go chra­pa­nie kil­ku­dzie­się­ciu męż­czyzn. Noszone za dnia buty teraz wie­trzyły się, ich odór dołą­czył do smrodu potu i stę­chłego piwa. Reu­ben z ojcem zaj­mo­wali osobny pokój, ale nie były to żadne luk­susy. Kie­dyś był to scho­wek, led­wie zmie­ściły się tam dwa łóżka i stół. Zanim Reu­ben zja­wił się na zamku, był to przy­wi­lej, nagroda, jaką ojciec otrzy­mał za służbę u króla.

Lampa na­dal pło­nęła, kiedy wszedł.

– Chcesz kola­cję? – spy­tał ojciec.

Ani sło­wem nie spy­tał, gdzie był. Ojciec ni­gdy o to nie pytał i dopiero nie­dawno Reu­ben zaczął dostrze­gać, że to dziwne. Ojciec leżał na łóżku, buty już zdjął, pas z mie­czem, kol­czugę i tunikę schlud­nie odło­żył na półkę i wie­szaki. Pasek i trzy skó­rzane sakiewki, które zawsze przy nim nosił, leżały obok łóżka – nie­odmien­nie w zasięgu ręki. Reu­ben wie­dział, że w jed­nej ojciec nosił pie­nią­dze, a w dru­giej osełkę, ale nie wie­dział, co jest w trze­ciej. Richard Hil­fred leżał z jedną ręką ugiętą tak, by osła­niała oczy. Każ­dej nocy spał w tej samej pozy­cji. Nie golił się przez kilka ostat­nich dni i ciemny zarost, gęsty jak naje­żone futro, pokrył mu policzki i brodę. Włosy, kie­dyś czarne jak węgiel, pokryły się odro­biną sre­bra. Reu­ben był ciem­nym blon­dy­nem, co spra­wiło, że przy­po­mniał sobie w tej chwili słowa Elli­sona na temat jego matki.

– Nie jestem głodny.

Ojciec opu­ścił rękę i spoj­rzał na niego, mru­żąc oczy.

– Co się stało?

Pyta­nie? Od kiedy?

– Nic. – Reu­ben usiadł na łóżku świa­dom iro­nii, że kiedy raz ojciec zain­te­re­so­wał się nim, on nie chciał z nim roz­ma­wiać.

– Skąd masz ten miecz?

– Co? – Zapo­mniał o broni. – Ach, Ian kazał mi go wziąć.

– Dokąd?

Cztery pyta­nia z rzędu. Zain­te­re­so­wa­nie, tro­ska czy po pro­stu zbli­żają się moje uro­dziny?

Ojciec zawsze był ner­wowy o tej porze roku. Uro­dziny Reu­bena to był jedyny dzień, kiedy Richard odwie­dzał go, kiedy jesz­cze Reu­ben miesz­kał z ciotką – raz w roku, zawsze bez wyjątku. Ojciec ni­gdy go nie objął, zwy­kle na niego wrzesz­czał, a w jego odde­chu było czuć alko­hol. Gdy ciotka umarła i ojciec zabrał go na zamek, Reu­ben pła­kał. Nie­wiele mu bra­ko­wało do dwu­na­stych uro­dzin i Richard Hil­fred uznał, że syn jest za duży na łzy. Spu­ścił mu lanie. Reu­ben ni­gdy wię­cej nie zapła­kał, aż do tego wie­czoru, kiedy księż­niczka odje­chała, zabie­ra­jąc ze sobą jego nadzieje.

– Księż­niczka nale­gała na prze­jażdżkę – wyja­śnił Reu­ben. – Ian kazał mi ją eskor­to­wać.

Ojciec usiadł. Łóżko pod nim zatrzesz­czało. Przez dłuż­szą chwilę nic nie mówił, tylko patrzył i w końcu Reu­ben poczuł się nie­swojo.

– Trzy­maj się od niej z dala, sły­szysz?

– Nie mia­łem wyboru. Ona…

– Nie chcę sły­szeć żad­nych wymó­wek. Nie zbli­żają się do niej, jasne?

Reu­ben ski­nął głową. Już dawno temu nauczył się nie sprze­czać z ojcem. Sier­żant Richard Hil­fred przy­wykł do radze­nia sobie z nie­zdy­scy­pli­no­wa­nymi ludźmi. Wyda­wał roz­kaz i był on wypeł­niany albo sypały się zęby. Tak się dbało o dys­cy­plinę w sze­re­gach straży, w kosza­rach i w ich małym pokoju.

– Ary­sto­kraci są nie­bez­pieczni – cią­gnął ojciec. – Są jak dzi­kie zwie­rzęta i zwrócą się prze­ciwko tobie. Nie można im ufać. Dla nich jeste­śmy jak robac­two. Cza­sem mogą się z nami bawić, ale kiedy się znu­dzą, zmiaż­dżą nas.

– W takim razie czemu nale­żysz do straży przy­bocz­nej króla? Prze­by­wasz z nimi cały dzień.

Ojciec popa­trzył na niego dziw­nie, a Reu­ben zasta­na­wiał się, czy zbliża się lanie. Ojciec jed­nak skrzy­wił się w zamy­śle­niu, nie z gniewu.

– Bo chyba kie­dyś byłem taki jak ty. Wie­rzy­łem im, ufa­łem. Poza tym nie ma lep­szej pracy na tym zamku, może z wyjąt­kiem funk­cji oso­bi­stego straż­nika członka kró­lew­skiej rodziny. Wtedy uzy­sku­jesz dostęp do wszyst­kiego i jesteś trak­to­wany z sza­cun­kiem. Jed­nakże ni­gdy nie zosta­łem wybrany, więc sta­łem się zakli­na­czem węży. Wiem, jak sobie z nimi radzić, jak trzy­mać szla­chet­nie uro­dzo­nych tuż za łbem, żeby nie mogli uką­sić.

– Jak to robisz?

– Nie dając im ni­gdy powodu, żeby mnie zauwa­żyli. Jestem cie­niem. Jestem nie­wi­dzialny i cichy jak krze­sło albo drzwi. Jestem tam, żeby ich strzec, ale póki nie ma zagro­że­nia, moim zada­niem jest nie ist­nieć. Ty zaś dałeś się zauwa­żyć, i to przez samą księż­niczkę. Miło się z nią jeź­dziło? Wszy­scy w mie­ście widzieli, jak pod­ska­ku­jesz w sio­dle z bro­nią męż­czy­zny u pasa i piękną dziew­czyną u boku? Czu­łeś się jak jeden z nich?

Reu­ben nic nie powie­dział, wbił tylko wzrok w pod­łogę.

– Widzę, jak na nią patrzysz. Jest ładna i będzie jesz­cze ład­niej­sza, ale mądrzej byś postą­pił, gdy­byś już teraz wyłu­pił sobie oczy. Wyj­dzie za mąż za rok albo dwa. Amrath nie będzie długo cze­kał. Potrze­buje sprzy­mie­rzeń­ców i wyda ją, póki jest młoda i naj­cen­niej­sza. Zosta­nie wysłana do Alburnu albo Mara­nonu. Może dla­tego kupił jej konia, żeby poko­chała nowy dom. To nie ma zna­cze­nia. Ona nie jest osobą, jest walutą jak złoto czy sre­bro i król wyda ją, żeby zdo­być więk­szą wła­dzę lub zabez­pie­czyć gra­nice. Pamię­taj o tym, kiedy następ­nym razem na nią spoj­rzysz. Pra­gnąć jej to jak kraść z jego kufrów. Za to zabija się ludzi, nawet ary­sto­kra­tów.

Reu­be­nowi nie podo­bała się ta roz­mowa i wolał zmie­nić temat.

– Tego wie­czoru nie zapa­liło się świa­tło w wieży.

Ojciec patrzył na niego chwilę, żeby dać mu odczuć, że mówił poważ­nie, a potem zapy­tał:

– I co z tego?

Poło­żył się. Poru­szał się powoli, jakby był obo­lały. Sta­rzał się i to zaczy­nało rzu­cać się w oczy.

– Nic. Pomy­śla­łem, że to dobry znak, prawda?

– To tylko pokój w wieży, Rue. Ludzie cza­sem wno­szą do pokoi świece.

– Tyle że wcze­śniej zawsze było tam ciemno, oprócz tych nocy, kiedy spło­nęła lady Clare i potem, kiedy zmarł kanc­lerz. Widzia­łem.

– No i?

– Mówi się, że śmierć przy­cho­dzi trój­kami.

– Kto tak mówi?

– Ludzie. – Reu­ben odpiął miecz i powie­sił go obok broni ojca. Nie poczuł dumy, że wresz­cie może to zro­bić. – Zasta­na­wia­łem się, no wiesz, co tam działo się na górze, kiedy widzia­łem świa­tło.

Pochy­lił się, żeby zdjąć buty, a kiedy pod­niósł wzrok, ojciec znowu mu się przy­pa­try­wał.

– Nie zbli­żaj się do tej wieży, rozu­miesz?

– Tak jest, sir.

– Mówię poważ­nie, Rue. Jeśli usły­szę, że krę­ci­łeś się gdzieś w pobliżu, zleję cię gorzej niż gierm­ko­wie.

Reu­ben spu­ścił wzrok.

– Wiesz o tym?

– Masz ślady na twa­rzy, krwawą smugę na ple­cach tuniki i roz­cię­cie na koszuli. Kto inny? Nie martw się – dodał, gasząc lampę – w przy­szłym tygo­dniu zosta­niesz straż­ni­kiem na zamku.

– A w czym to pomoże?

– Dosta­niesz kol­czugę zamiast koszuli.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij