Rozbierz mnie z emocji - ebook
To mroczna opowieść dark romance i thrillera mafijnego. Opowieść o ludziach, którzy nie proszą o wybaczenie i o uczuciach, które nie pytają o pozwolenie. Wydanie pierwsze. Wszelkie prawa zastrzeżone. Książka przeznaczona dla czytelników dorosłych (+18). Książka napisana w całości przez autorkę — wspomagana dwoma kolorowymi ilustracjami w środku na podstawie zdjęcia autorki — stworzone przez AI.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8440-572-7 |
| Rozmiar pliku: | 2,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
_Z EMOCJI_
_TOM PIERWSZY TRYLOGII „»MARCHETTI«”_
_Kamila Lisek_
_Nie każda kobieta pragnie być ratowana._
_Niektóre budują imperia._
_UWAGA _— _TREŚCI WRAŻLIWE_
Ta książka zawiera sceny przemocy psychicznej, fizycznej i seksualnej. Niektóre fragmenty mogą być trudne dla osób po doświadczeniach traumy. Tylko dla dorosłych czytelników (18+).
Pisząc tę historię, starałam się oddać prawdę emocji — __ bez cenzury, ale z szacunkiem.
Jeśli czytając ją, poczujesz, że musisz się zatrzymać — __ zrób to.
Twoje granice są ważniejsze niż fikcja.
Wszystkie postacie, wydarzenia i miejsca przedstawione w tej książce są fikcyjne i stworzone wyłącznie na potrzeby fabuły.
Choć ta historia osadzona jest w świecie mafii, pamiętaj: prawdziwa mafia nie jest romantyczna ani piękna. Jej działalność obejmuje m.in. handel ludźmi, przemoc, sutenerstwo i porwania — __ realne zbrodnie, które każdego dnia ranią niewinnych ludzi.Od Autorki
Piszę tą książkę dla tych,
którzy wciąż czują ogień tam, gdzie inni pragną ciszy.
Dla tych, którzy z pęknięć potrafili uczynić ostrze.
Dla kobiet, które przeżyły piekło — i nie wróciły z niego takie same, bo właśnie tam zbudowały swój tron.
Ta książka nie prosi o zrozumienie.
Oddycha gniewem, miłością i krwią.
Nie będzie grzeczna. Nie musi.
Bo każda kobieta, która przetrwała,
zasługuje, by stanąć w ogniu i się nie spalić.
_Dziękuje, że tu jesteś._
_Nie jesteś sama._
ROZDZIAŁ 1
_NIEBO MIAŁO JEGO KOLOR..……1_
ROZDZIAŁ 2
_POCZĄTEK KOŃCA…18_
ROZDZIAŁ 3
_DOTYK CIEMNOŚCI…36_
ROZDZIAŁ 4
_BRACIA BEZ KRWI…52_
ROZDZIAŁ 5
_WITAMY W KRÓLESTWIE…63_
ROZDZIAŁ 6
_NIEZNANA ZMIENNA…79_
ROZDZIAŁ 7
_„»ZOSTANIESZ TU?«”… 93_
ROZDZIAŁ 8
_MAM NA IMIĘ LIVLIA… 103_
ROZDZIAŁ 9
_„»NA ZAWSZE«”…115_
ROZDZIAŁ 10
_NIE POWINNAM TU BYĆ…132_
ROZDZIAŁ 11
_CISZA POMIĘDZY…147_
ROZDZIAŁ 12
_NIE ZDĄŻYŁEM CIĘ STRACIĆ…158_
ROZDZIAŁ 13
_WSPOMNIENIA…167_
ROZDZIAŁ 14
_UPADEK I KAPITULACJA…190_
ROZDZIAŁ 15
_ROZBIERZ MNIE Z EMOCJI…198_
_ROZDZIAŁ 16_
_PRAGNĘ CIĘ, MATRIOSZKO… 222_
ROZDZIAŁ 17
_UKŁAD ZOSTAŁ ZERWANY………………….…….238_
ROZDZIAŁ 18
_MARCHETTI……………………………….…………252_
TO NIE JEST SAGA, KTÓRA WYBUCHA OD PIERWSZEJ STRONY. TOM PIERWSZY JEST TO PRELUDIUM — _OSTRZEŻENIEM._ _BO PRAWDZIWE PIEKŁO ZACZYNA SIĘ_
_W TOMIE DRUGIM…_
Prolog
Drzwi się otworzyły.
Zapach uderzył jako pierwszy.
Żelazo.
Krew.
Strach.
Potem widok.
— Matteo jest… Wybitny. — Odezwał się z dumą.
— Czternaście ciał. Zrobił to sam. Bez świadków. Bez hałasu. — Podszedł kilka kroków, stanął przede mną
i uśmiechnął się łagodnie. Zbyt łagodnie.
— Nie lubię brudzić sobie butów krwią, Livlio. Ale dla Ciebie… Zrobię wyjątek. — Zamarłam w miejscu.
— Co to za teatr? — Zapytałam cicho.
— To nie teatr. — Powiedział, odwracając się.
— To scena. A my jesteśmy postaciami. (…)Niebo miało jego kolor
_LIVLIA_
Uważam, że miałam cudowne dzieciństwo,
które z czasem przerodziło się w przeklęte dorastanie. Ten moment, gdy jako dziecko szukasz oparcia, wzorców do naśladowania, gdy jeszcze nie wiesz,
kim jesteś — a już każą Ci podejmować decyzje, niby łatwe, ale tylko dla tych, którzy nie muszą ich naprawdę przeżywać.
_Dla mnie były cholernie trudne._
Właśnie wtedy mój świat wywrócił się do góry nogami. Mieszanka wybuchowa, która zakiełkowała gorzkimi owocami. Tak się czułam — zniszczona, uszczerbiona, bez życia. A przecież to były te piękne, kolorowe „_nastoletnie dni” _— przebarwione smakiem alkoholu, zapachem wolności i dymem używek.
_Czas chaosu, burzy hormonów, zmiany szkoły,_
_ludzi i zasad. Czas samozniszczenia._
Kryształowa bajka, która jeszcze przed chwilą błyszczała śmiechem, śpiewem, miłością… Nagle pękła. Roztrzaskała się na tysiące kawałków.
Nie do uratowania. Zamieciona do szufelki i wyrzucona.
_Tak w skrócie wyglądało moje dzieciństwo._
Wspomnienia, które z początku grzeją serce, a chwilę później przeszywa je chłód.
Bo gdy próbuję coś sobie przypomnieć, widzę pustkę. Jakby ktoś zapiął wspomnienia w kajdany i wrzucił na dno ciemności. Czuję ich ciężar, ale nie potrafię ich dosięgnąć.
To niesamowite, jak bardzo ludzki umysł potrafi bronić się przed cierpieniem. Jak łatwo zapomnieć piętnaście lat życia. I jak boleśnie niemożliwe staje się ich odzyskanie.
_Czy samobójcy to tchórze?_ Czy raczej silni ludzie, którzy po prostu nie mogli już dłużej grać roli w sztuce zwanej życiem? Przez wiele lat zadawałam sobie to pytanie. I przez tyle samo próbowałam zrozumieć, ile jeszcze wytrzyma moja psychika. _Gdzie jest granica?_
Czy życie nie powinno być usłane różami, czy może
po prostu…
_Egzystencja jest tylko czymiś scenariuszem?_
A może… Gdy już nie będę miała siły grać, po prostu zejdę ze sceny?
Z biegiem lat — po kolejnych wydarzeniach, które obróciły moje życie o następne 180 stopni — coraz częściej wracam myślami do tej nastoletniej dziewczyny.
Tej, która dzień przed podjęciem decyzji…
_Spotkała swojego anioła._
_Jedno uderzenie, drugie uderzenie._
Cholera, muszę się przedrzeć.
Rozgrzewka już za mną — pora pokazać pazura.
Uśmiechnęłam się.
— Wiesz, że nie dam się łatwo! — Krzyknęłam
i ruszyłam do przodu.
Zwód w prawo, szybki obrót wokół własnej osi. Wiedziałam, że nie przejdę. Ale nienawidziłam przegrywać. Uśmiechnęłam się cwanie. _Nie przegram_. Odbiłam do tyłu. _Teraz._
Rzut za trzy.
— Ładna trójka! — Krzyknął Ivar, przecierając czoło.
— Cholera, za szybko się dla mnie ruszasz!
— Za bardzo skupiasz się na wsadach! — Zawołałam, wycierając pot z twarzy. Popołudniowe słońce dawało znaki, a brak drzew dookoła boiska tylko pogarszał sprawę.
— Dobra, zróbmy tak: kto przegra, sprząta i robi obiad!
Uśmiechnęłam się chytrze. Dzieliło nas tylko sześć punktów — dwie trójki. Wystarczyło się postarać.
Ivar podszedł do mnie z szybkim, zadziornym uśmiechem, stając naprzeciwko w pełnej obronie.
— To teraz się postaram. — Rzucił z iskrą w oku.
_Cholera, nie wygram tego._ Przecież nie dam rady przejść przez niego.
— Dawaj, dawaj! Mówiłaś, że twoje trójki są lepsze!
Zwód w prawo, szykowałam się do kolejnego, gdy Ivar mnie objął i przyciągnął do siebie.
— Dobra koniec. Widzę tę zaciekłą minę i od razu kapituluję. — Powiedział, z szerokim uśmiechem.
— Jakbyś grała z dziewczyną, już dawno nie nadążyłaby za twoimi punktami. Jesteś świetna!
— No ale…
— Nie ma _„ale_”. Chodź. Zabiorę cię na kolację.
A potem posprzątam w domu. — Mówiąc to, złapał za piłkę, całując mnie w czoło.
— To na co masz dziś ochotę?
Uwielbiałam nasze wspólne treningi koszykówki.
Chwile, w których zapomniałam o wszystkim.
Liczyła się tylko gra, obserwacja, taktyka, spryt.
Nic więcej. No może… Był jeszcze on_. Ivar._
Mężczyzna, który pojawił się w odpowiednim czasie. Który po prostu został. Został na tyle lat.. Nigdy nie dowiedział się, że gdyby nie on, już by mnie tu nie było.
_Był moim zbawieniem. Moją obsesją._
Miłością tak prawdziwą, że aż chorą. Chorą, bo zbyt magiczną. Był ostoją w najciemniejszych chwilach. Ciepłym światłem, które przebijało się przez mrok moich myśli. Cierpliwym, wyrozumiałym, obecnym — nawet wtedy, gdy odpychałam cały świat.
Czasem patrzył na mnie w taki sposób, jakby naprawdę widział wszystko. Jakby znał każdą ranę, każdy cień mojej duszy — i mimo to nie odchodził.
A może właśnie dlatego zostawał.
_Z nim mogłam oddychać. Tylko z nim._
— Jak myślisz, które by pasowały? — Zapytałam, pokazując mu w telefonie zdjęcia białego stołu zdobionego mchem.
— Kochanie, naprawdę...Jest mi wszystko jedno. Wybierz takie, jakie ci się podobają. — Odpowiedział bez namysłu, nawet na mnie nie spoglądając. Zaczynało we mnie wrzeć.
— Dobrze, ale nie chcę potem słyszeć żadnego _„ale_”. Możesz mi w końcu podać listę gości? Muszę wiedzieć, jaki budżet przeznaczyć na salę.
— Umówię się z mamą jutro i dam ci znać. — Rzucił obojętnie. Zacisnęłam zęby. Ivar był idealny…
_Ale każdy ma swoje wady._
— Ale to jest nasze wesele, a nie twojej mamy!
Krzyknęłam, oburzona absurdem tej sytuacji. Od kilku dni, odkąd postanowiliśmy się pobrać, między nami wisiało napięcie. Kochaliśmy się, ale patrzyliśmy na świat zupełnie inaczej. Ja żyłam dla niego. Nie miałam nic — tylko jego. On miał wszystko: dużą rodzinę, hałaśliwe zjazdy, ludzi, których nie znałam i których uśmiechy wydawały się fałszywe. Każdy odgrywa jakąś rolę w scenariuszu, którego nie rozumiałam.
A ja? Ja tego nienawidziłam — tej sztuczności,
tej presji. I w samym środku tego wszystkiego był Ivar — _mój Ivar._ Chłopak, którego poznałam sześć lat temu.
Wtedy stał z boku, cichy, nieśmiały. Ale kiedy mnie zobaczył, uśmiechnął się. _Tak prawdziwie._
Ten moment związał nasze losy na zawsze. Przeciwieństwa, które zamiast się odpychać, przyciągały się coraz mocniej. Otoczył mnie miłością.
I choć był ideałem w moich oczach, czasem nie potrafił mnie zrozumieć. _Musiałam odpuścić._
Nie chciałam się z nim kłócić — nie o coś takiego.
— Dobrze… Ale niech twoja mama nie przesadzi. Nie chcę więcej niż sto gości.
— Sto? Przecież wiesz, że mam dużą rodzinę.
— Kochanie, ja tam będę sama… — Powiedziałam cicho, niemal szeptem. Ivar odwrócił się do mnie, odłożył konsolę i spojrzał uważnie.
— Kochanie… — Powiedział łagodnym głosem, podchodząc do mnie.
— Przecież wiesz, że moja rodzina już dawno traktuje cię jak swoją. Oni cię kochają. — Wstał i delikatnie podniósł moją twarz palcami, patrząc mi prosto w oczy.
— Przepraszam. Wiesz, że ja sam najchętniej pominąłbym całe to wesele. Ale musimy je zrobić. Wiem, jacy są. Ale rodzina to rodzina. A ty jesteś jej częścią. — Pocałował mnie lekko w usta.
— Prawie wszyscy cię znają. Nikt nie będzie głupio pytał… — Westchnęłam ciężko.
— Nie o to chodzi… Po prostu wolę coś mniejszego. Intymnego. — Ivar przewrócił oczami, ale zaraz się uśmiechnął — tym swoim uśmiechem, który ogrzewał moje serce.
Jego spojrzenie miało głębię, której nie potrafiłam się oprzeć. A dźwięk jego śmiechu była jak melodia, która niosła mnie przez życie.
— Nie! Nie zaczynaj mnie tu czarować! — Odwróciłam się plecami. Ale Ivar nie pozwolił mi uciec. Przytulił mnie mocno do siebie.
— No weź, kochanie, nie gniewaj się już…
Pocałował mnie w czubek głowy.
— Zobaczysz, po pierwszym toaście będą tak zajęci sobą, że jak znikniemy na pół wesela, nawet nie zauważą.
— Ale wesele trwa z dziesięć godzin… — Jęknęłam zrezygnowana. Roześmiał się.
— Coś wymyślimy. Mogę udawać, że za dużo wypiłem… Chociaż pewnie wtedy będą gadać jeszcze więcej. — Dodał z ironicznym śmiechem. Spojrzałam na niego z przekąsem.
— Nigdy nie zrozumiem twojej więzi z rodziną.
Dwa tygodnie przed ślubem wszystko było już prawie gotowe. Została tylko suknia i obrączki — do odebrania we wtorek. Usiadłam ciężko przy stole, zmęczona tymi wszystkimi dyskusjami, ustaleniami, wiecznym trzymaniem uśmiechu przy rodzinnych spotkaniach.
Czułam się wyczerpana, jakby z każdym dniem traciła się jakaś cząstka mnie.
— Nie wyglądasz jak szczęśliwa przyszła panna młoda.
Powiedział z przekąsem Ivar, zbliżając się do mnie
z rękami pełnymi słodyczy.
— Co dziś oglądamy?
— Dziś potrzebuję krwi i chaosu.
— Oho, czyżby mama znów dała popalić?
— „_Popalić_” to za mało powiedziane. Ona mnie chyba wykończy zanim wejdę do kościoła.
— Dzisiaj pokłóciła się z księdzem, bo nie zgodził się na konfetti po przysiędze… — Nie dokończyłam, jego usta objęły moje.
— Nieważne. Liczy się tylko to, że ty tam będziesz ze mną. — Nie miałam już siły. Potrzebowałam ciszy. Potrzebowałam jego ramion. _Tylko tyle._
— Chodź. — Powiedział cicho, pociągając mnie
w stronę kanapy. Siedząc wtulona w jego bok, patrzyłam na ekran bez większego zainteresowania.
To był nasz reset — filmy, wygłupy, wspólne wymyślanie dialogów, alternatywne zakończenia.
Nasz własny świat, zbudowany tylko dla nas. Może właśnie dlatego uchodziliśmy za idealną parę. Rzadko się kłóciliśmy, zawsze szukaliśmy kompromisów.
Byliśmy jak dwa różne dźwięki, które z czasem stworzyły harmonię. Na początku byłam cicha. Milcząca. Dziewczyna bez zdania. Ivar mnie otworzył. Pokazał mi światło tam, gdzie ja widziałam tylko cień. Był moją ostoją. Osłonił mnie przed światem — i przed samą sobą. Może wiedział. Widział blizny: te na udzie, i tę jedną — pierwszą, najgłębszą — na nadgarstku.
Tę, po której obiecałam sobie, że następnym razem się uda. Ale nigdy nie zapytał. Nigdy nie naciskał. Szanował moje przeszłe piekło. Nie chciał dołożyć cegiełki. Chciał zrzucić ze mnie cały ciężar.
— Hej, wróć do mnie. — Zamachał ręką przed moją twarzą.
— Jesteś najpiękniejszym skarbem, jaki dało mi życie.
Wyszeptał, całując mnie delikatnie.
— Potrzebujesz czegoś?
Zawsze, gdy widział, że odpływam w myślach, jego głos miękł jeszcze bardziej. Bał się, że rozsypię się od wspomnień.
— Nie, nic… — Szepnęłam z ledwo zauważalnym uśmiechem. Przysunął mnie bliżej, otulił ramieniem,
a jego dłoń powoli głaskała moje włosy.
— Mój skarbie. — Powiedział, całując mnie w czoło.
Rozpływałam się w jego cieple. Tak prawdziwym,
tak czułym. Nasze życie było zwyczajne, ale w tym właśnie tkwiła magia. Śniadania w piżamach, przekomarzania się o to, kto dziś robi kawę, wspólne zakupy, podczas których zawsze przynosił mi coś słodkiego _„na osłodę życia”_. Wieczory z planszówkami, jego śmiech, który niósł się po całym mieszkaniu, i mój uśmiech, który pojawiał się, gdy tylko słyszałam jego kroki za drzwiami. Nie byliśmy doskonali.
Czasem milczeliśmy przez zbyt długi czas, czasem nie rozumieliśmy się od razu. Ale byliśmy. Dla siebie. Prawdziwi. Bliscy.
Z każdym dniem budowaliśmy wspólny dom — nie
z cegieł, lecz z czułości i uważności.
_Wiedziałam, że cokolwiek się wydarzy — będę miała wspomnienia, które ogrzeją mnie w najzimniejszą noc._
W tamtej chwili, wtulona w niego, z jego ciepłą dłonią na mojej głowie, czułam, że świat nie musi być idealny.
Bo miałam jego.
Ivar spoważniał i lekko się wyprostował.
— Jest coś, co chciałbym Ci dać. — Sięgnął za plecy, stając przede mną niemal w pozycji bacznej.
— Gdy pierwszy raz cię zobaczyłem, zapragnąłem cię chronić przed całym światem. — Uśmiechnął się promiennie. _Brakowało mu tylko aureoli._ Wyciągnął dłoń ku mnie a na jego palcach zwisała maleńka zawieszka.
— Cieszę się, że cię poznałem. Że pozwoliłaś mi dotknąć nie tylko twojego ciała, ale i umysłu. Jesteś wyjątkowa. Do końca życia chcę robić wszystko, byś była szczęśliwa. Żebyś już nigdy więcej nie cierpiała. Jestem twoim domem. — Zbliżył się do mnie i spojrzał głęboko w oczy.
— Kocham cię. — Wyszeptał w usta po czym pocałował
z czułością. Objął mnie, delikatnie obracając.
— Chciałem, żebyś założyła go jutro. — Zapięcie zawieszki zajęło mu chwilę.
— Martwię się o to, że zostaniesz sama. Powiedz tylko słowo a zostanę.
— Dam radę. Przecież to tylko jeden dzień.
Uśmiechnęłam się _szczerze_. Włożyłam w to cały wysiłek. Nie chciałam, żeby się martwił. Przeszył mnie wzrokiem. Tym swoim błękitem, który zdawał się mieć
w sobie wszystkie kolory nieba. Kolor jego oczu był…
Moim ulubionym miejscem, wspomnieniem, życiem.
To, jak na mnie patrzył — z czułością, spokojem, pewnością — zostawało pod powiekami na długo. Trwaliśmy tak w bezruchu, smakując każdej sekundy. Jego oddech owiewał mi ramiona. Cisza między nami nie była ciężarem. Była spokojem, w którym można było się schować. Dotknęłam zawieszki.
— Dziękuję. — Szepnęłam. Objął mnie drugą ręką, przyciskając do siebie.
— Ech… Jak ja nie mam ochoty tam iść. Słuchać tego wszystkiego, jakby nie wiadomo co się działo. — Rzucił żartobliwie. Puszczając zawieszkę, spojrzałam na Ivara.
— No tak… Patrząc, jaka będzie hucznie, będzie
o czym mówić. — Odpowiedziałam pół-żartem, z lekkim sarkazmem. Jak zawsze próbował odczytać moje myśli
i uratować dla mnie świat. Był taki dobry. Taki czysty.
Spojrzałam znów na zawieszkę — maleńką, ale pełną znaczenia. Była połączeniem delikatnych anielskich skrzydeł i drobnej kotwicy splecionych subtelnym pierścieniem.
— Skrzydło symbolizuje ochronę, obecność. A kotwica — stabilność. Bez względu na okoliczności, zawsze będę przy tobie. — Powiedział cicho. Dotykając zawieszki, czułam jego obietnicę przy sobie — teraz
i zawsze.
_Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że czas potrafi łamać nawet najpiękniejsze przysięgi._
Gdybym mogła — nigdy bym go nie wypuściła tego dnia z domu. Przy nim nie potrzebowałam reszty świata.
To przez niego żyłam. A Ivar? Miał wszystko — _a chciał tylko mnie_ — reszty nie potrzebował.
— Idź, spóźnisz się. Ja też muszę jeszcze podjechać po kilka rzeczy. — Powiedziałam cicho, żałując, że ta chwila musi zejść na ziemię.
— Jeśli będziesz mnie potrzebować, zadzwoń.
— Dobrze. — Pocałowałam go delikatnie. Poczochrał mi włosy — coś, czego nienawidziłam i jednocześnie kochałam.
— To do jutra, moja żonko. — Puścił oczko, akcentując słowo _„żonka_”. I to była nasza ostatnia chwila.
Ludzie są stworzeni do życia w stadach. Miłość to narkotyk — wciąga, uzależnia, daje nadzieję. Gdy kochasz, pragniesz z tą osobą stworzyć dom, rodzinę. Rodzina to poczucie bezpieczeństwa, to wspólne poranki i zapach obiadu. To ciepło ogniska, które tli się mimo wichrów życia. Ale życie… Nie pyta o nasze plany. Toczy się własnym torem. Uczy nas przyjmować ciosy, czuć ból, mierzyć się z samotnością.
Słyszymy: „_Trzeba żyć dalej”, „Czas leczy rany”._
Ale nikt nie mówi, ile to potrwa.
I że nie każda rana naprawdę się zabliźni.
Moim marzeniem zawsze była rodzina. A jednak tak bardzo się jej bałam. Nie bałam się ciąży, nie bałam się opieki nad dzieckiem. Bałam się stabilności, tego że ktoś będzie — i może odejść. Pamiętam swoje dzieciństwo jak bajkę, w której pierwsze strony były kolorowe. Potem jednak zaczęły blaknąć.
Wspomnienia są jak szkło — połamane i ostre.
Byłam cichym dzieckiem, zamkniętym w swoim świecie, zbyt delikatnym na zewnętrzne hałasy.
Widziałam więcej, niż powinnam. Czułam napięcie, zanim wybuchło. Pamiętam krzyki rodziców, które odbijały się echem po ścianach, i ciszę, która bolała jeszcze bardziej.
Miałam 13 lat, gdy rodzice zaprowadzili mnie do psychologa. Zauważyli, że coś się ze mną dzieje.
_Depresja. Tak to nazwali._
Starali się pomóc — a ja miałam wrażenie, że wszystko się jeszcze bardziej sypie. Ich troska bolała, bo nie była już pełna miłości, tylko obowiązku.
Pewnego dnia jechaliśmy do szpitala — do babci od strony taty jedynej rodzinny jaką znałam. Była ciężko chora. Atmosfera między rodzicami już od rana była napięta. W samochodzie wybuchła kolejna kłótnia.
Czułam to zanim się zaczęło.
A potem… Świat się zatrzymał.
Wypadek. Samochód. Krzyk. _Ciemność_.
Tego samego dnia babcia zmarła na zawał serca, zaraz po tym, jak usłyszała wiadomość o śmierci swojego syna i synowej. Nie zdążyła nawet dowiedzieć się,
że ja… _Przeżyłam_.
Nie była to wina mojego taty. Ale może… Może łatwiej byłoby mi go obwiniać niż żyć z tą świadomością, że to nie on. Że to ktoś obcy. Pijany kierowca, odebrał mi wszystko. Człowiek, którego nigdy nie znałam, zniszczył moje życie jednym zakrętem.
On dostał 14 lat więzienia. A ja? Ja dostałam dom dziecka. Ciszę w miejscu, gdzie powinien być dom. Pustkę przy stole. Strach zamiast kołysanki.
Wiesz, żałoba nie krzyczy. Ona siada obok ciebie rano
i nie znika nawet wtedy, gdy pijesz herbatę. Żałoba to twoje odbicie w lustrze, którego nie rozpoznajesz. To twarz dziecka, które już wie, że bajki się kończą, zanim zdążą się na dobre zacząć.
Nie płakałam pierwszej nocy. Leżałam w obcym łóżku, pod kocem, który pachniał płynem do prania i czymś… Czego nie znałam. _To nie był dom_. Tu nikt nie mówił szeptem na dobranoc, nikt nie przykrywał mnie po uszy. Nikt nie czekał, aż zasnę. Rano nie było śniadania
z uśmiechem. Były kubki z numerami i głosy, które krzyczały przez korytarze, jakby uczucia były czymś, czego trzeba się wstydzić. Wszyscy tu coś stracili.
Każde z tych dzieci nosiło w sobie demony.
Nie chciałam się bawić, nie chciałam rozmawiać. Patrzyłam w ścianę i zadawałam sobie pytanie, którego nikt nie chciał słyszeć: _Po co jeszcze jestem?_
Zaczęłam nienawidzić dni. Bo przynosiły godziny,
w których trzeba było oddychać, udawać, że się istnieje.
Czasem siedziałam pod oknem i wyobrażałam sobie,
że znikam — po prostu. Bez bólu, bez hałasu.
Tylko… Niknę.
Aż któregoś dnia, wracając z terapii, przeszłam obok placu zabaw. Było pusto. Prawie. Dwoje dzieci ganiało się po placu. Nieco dalej siedział chłopak, który obserwował mnie uważnie, niemal przeszywająco. Przystanęłam, zatracając się w jego spojrzeniu.
Od sześciu lat leczyłam rany. _A jutro… Jutro chciałam stworzyć całkiem nową przyszłość._
— Czeka pani na kogoś? — Wyrwałam się z amoku wspomnień.
— Słucham? — Zapytałam zdezorientowana.
— Gorączka przygotowań? — Uśmiechnęła się uprzejmie ekspedientka, stojąca naprzeciwko mnie.
— W czym mogę pomóc? Czy może czeka pani jeszcze na kogoś?
— Nie. Przyszłam dziś odebrać suknię.
— Och, przepraszam, nie skojarzyłam pani. Jaka to suknia? Chce pani jeszcze raz ją przymierzyć? Pokazać się?
— Nie, dziękuję. Może pani ją od razu zapakować. Zapłacę resztę kartą.
Ekspedientka zniknęła na zapleczu. Oparłam się jedną ręką o ladę i spojrzałam na suknie wiszące wokół. Pomyślałam, jakby to było, gdyby była tu mama. A może przyjaciółki? Przez twarz przemknął cień. A może wtedy… Nie poznałabym Ivara? Może wszystko to było zaplanowane gdzieś tam, na górze?
— Suknia została wyprasowana. Jeśli dowiezie ją pani szybko do domu i od razu powiesi, nie będzie trzeba jej jutro prasować. — Powiedziała, wracając. Przystanęła na moment, lekko opuszczając kąciki ust, choć nadal się uśmiechała.
— Odbiera pani sama suknię?
— Tak. Nie chciałam, by narzeczony zobaczył ją wcześniej. — Uśmiechnęłam się niepewnie. Może dlatego mnie nie zapamiętała? Podczas przymiarek chciałam jak najszybciej znaleźć tę jedyną i zniknąć.
Nie znosiłam spojrzeń kobiet siedzących w grupach
z matkami, siostrami czy druhnami. Ich ciekawość, współczucie, czasem politowanie.
— Nie chcę pani stresować. — Dodała ekspedientka ostrożnie.
— Ale jest taki przesąd, że panna młoda nie powinna sama nieść sukni ślubnej do domu. Może chce pani zadzwonić po kogoś? Narzeczony nie zobaczy sukni, jeśli jest schowana w pokrowcu. — Zawahałam się. Przez ułamek sekundy przemknęła mi myśl, by zadzwonić po Ivara. Ale wiedziałam, że gdyby przyjechał, nie chciałabym, żeby już odjeżdżał.
_Nigdy też nie byłam przesądna._
— Nie. — Powiedziałam cicho.
— Chciałabym już zapłacić. — Dodałam, widząc iskrę zaciekawienia w jej oczach.
— Oczywiście. Już sprawdzę, ile zostało do zapłaty.
Odeszła w stronę kasy, a ja ruszyłam za nią pospiesznie. Pięć minut później wyszłam z salonu sukien — nieco zmieszana, ale z ulgą. Słońce powoli chowało się za horyzontem. Powietrze pachniało chłodem i kurzem majowego miasta. Pokrowiec z suknią ciążył mi na ramieniu, ale bardziej ciążyły myśli.
_Czy naprawdę jestem gotowa?_
Zatrzymałam się przed przejściem. Zanim zapaliło się zielone światło, spojrzałam w niebo. Było czyste, spokojne, jakby kłamało. Moje życie było jak ta suknia — wyprasowane, idealne… Na zewnątrz. Ale w środku wciąż były zagniecenia, których nikt nie widział.
Nie wiedziałam, czy ślub to zamknięcie rozdziału…
Czy jego początek. Ale jedno było pewne.
Nie byłoby mnie tu — ani tej sukni — gdyby nie on.
Ivar.
Nagle zapragnęłam go zobaczyć.
Choćby na chwilę.
Jeszcze przed jutrem.Początek końca
_LIVLIA_
Wieczór był jak z definicji — spokojny, cichy, zwykły.
A jednak coś było nie tak. Niepokój chodził za mną krok w krok, jak cień, którego nie mogłam się pozbyć.
Przechadzałam się po mieszkaniu, nie mogąc znaleźć sobie miejsca, jakby moja dusza przeczuwała, że coś nadchodzi. Coś nieodwracalnego.
Usiadłam w końcu na kanapie i zerknęłam na telefon. _Cisza_. Nie pisałam, nie dzwoniłam — przecież miał spędzać czas z rodziną. Napisał, że bezpiecznie dojechał do domu. Więc czym się martwię? Czemu mam to dziwne uczucie?
Po gorącej kąpieli ułożyłam się w łóżku, z kieliszkiem wina w dłoni wpatrywałam się w zdjęcia na ścianie. Nasze wspólne chwile. Nasza codzienność.
Zastanawiałam się, czy mam prawo być częścią jego życia. Czy to fair, że wprowadziłam go do mojego świata — _świata chaosu, diagnoz, walki z samą sobą._
Ivar był jak promień światła w moim pogrążonym
w mroku wnętrzu. Pchał ten rozpadający się wózek pod górę, z nadzieją, że uda się dotrzeć na szczyt.
_Ale ja wiedziałam, że nie jestem łatwym bagażem._
Ivar zasługiwał na więcej — na kobietę, która nosi
w sobie lekkość, szczęście, jasność. Na kobietę, która chce mu dać rodzinę, która nie drży każdego dnia od lęku i niepewności. A ja? Byłam zlepkiem traum, lęków
i niewyjaśnionych emocji.
Budzik wyrwał mnie z niespokojnego snu. _Ósma_.
Czas się szykować. Zerknęłam na telefon — żadnej wiadomości. _Znowu to uczucie_. Ciało weszło w tryb przetrwania. __ Może po prostu wariuję…
Wstałam, ruszyłam do łazienki. Za pół godziny miałam być u makijażystki. Pośpiesznie ogarniałam kuchnię, nastawiałam kawę. Poranne zamieszanie — moje ADHD dawało o sobie znać. Biegałam po domu, gubiąc rzeczy i siebie. Zawsze się z tego śmiał. Zadzwonił telefon.
_„Ivar_” — ucieszyłam się. Pędem rzuciłam się do sypialni. Z uśmiechem chwyciłam telefon z łóżka…
I zamarłam.
„_Julia _— _matka Ivara.”_
Ona nigdy do mnie nie dzwoniła. Przez sześć lat tolerowała mnie tylko przy nim. _Teraz dzwoniła?_ Przesunęłam palcem po ekranie. Dłoń zaczęła mi drżeć.
— Dzień… — Zaczęłam, ale nie zdążyłam.
W słuchawce rozległ się szloch. Mokry oddech. Cichy jęk bólu.
— On… — Próbowała coś powiedzieć, ale zawisła
w bezdechu.
— Żyje?! — Zapytałam rozpaczliwie, podnosząc się gwałtownie.
Szukałam kluczy, chciałam już jechać, być tam, wiedzieć.
_Cisza_.
Tylko szloch.
— NIE ŻYJE! — Krzyk przebił się przez słuchawkę
i rozdarł moje wnętrze. Upuściłam telefon.
Padł na podłogę z hukiem, jakby oznajmiał koniec świata. Stałam w miejscu, ciało drżało, serce dusiło mnie od środka. Umierałam.
_Rozpadałam się._
To nie mogła być prawda. Nie Ivar. Nie on.
Krzyczałam, biłam się po twarzy, próbując obudzić.
To musiał być sen.
— To jest sen! — Wrzeszczałam, podnosząc telefon
i ciskając nim o ścianę.
— DLACZEGO NIE JA?! — Krzyknęłam do nikogo.
Do Boga. Do świata. Do pustki. Nie miałam już siły. Kolana ugięły się pode mną. Chciałam umrzeć. Po prostu zniknąć.
Ciemność objęła mnie jak znajoma dłoń.
— _Obiecuję że nawet jeśli mnie kiedyś zabraknie, nie przestanę cię kochać. Będę tam… W tej ciszy. _— _Nie odpowiedziałam. Po prostu przyłożyłam głowę do jego klatki piersiowej, słuchając bicia serca. Tak kojącego._
Leżałam na podłodze. Policzek miałam przyklejony do paneli, otworzyłam usta, ale nie byłam w stanie wydać
z siebie głosu. Całe ciało drżało. Mięśnie były sztywne, zdrętwiałe od zbyt długiego snu w niewygodnej pozycji. W głowie szumiało, czułam się pusta, jakby coś ze mnie brutalnie wyrwano i zostawiło tylko pustkę. Usiadłam powoli, opierając się o ścianę. Każdy ruch był walką
z grawitacją. Spojrzałam przed siebie — zgaszony ekran telefonu leżał kilka kroków dalej.
Wszystko było takie same…
I jednocześnie już nic nie było na swoim miejscu.
Przyszła myśl — ta przerażająca, zimna, bezlitosna — _On naprawdę nie żyje._ Ślub. Plany. Może dziecko.
Dałabym mu je, na pewno. Byłam na dobrej drodze, naprawdę się zmieniałam. Leki ujarzmiły moje wahania nastrojów, uczyłam się cieszyć życiem. Po raz pierwszy miałam ku temu powód. _Ivar_.. Pustym wzrokiem wpatrywałam się w pęknięty ekran.
_Znowu. Znowu zostałam sama._
_Ivar_…
Tylko ten niemy krzyk i chłód, który przenikał aż do kości. _Co teraz?_ Gdzieś w oddali przebiegła myśl — może to nie on? Przecież miał być u rodziców… To nie możliwe. Nie powinno. Rozejrzałam się po mieszkaniu — tym samym co zawsze, niezmienionym.
A jednak bez niego. Sama. Pokręciłam głową, wbijając wzrok w podłogę. Jak to się stało? Kiedy? Dlaczego?
Znów szepnęłam jego imię bezgłośnie, ponownie ten głuchy ból. Muszę go zobaczyć. Muszę się pożegnać. Uniosłam głowę. Kluczyki. Gdzie są?
Leżały na stosie moich książek, tych, które czytałam przed snem. Tam zawsze je odkładał. Chciałam wstać. W jednej chwili pociemniało mi przed oczami i osunęłam się na podłogę. Syknęłam cicho, zaskoczona. Nogi ciągle drżały. Dalej byłam w szoku, nie wiedziałam, jak długo nieprzytomność trzymała mnie w objęciach.
Spojrzałam na kluczyki. Nie dam rady. Sama nie dam. Ale… Nie miałam nikogo. Nikogo, kto mógłby mnie tam zawieźć. Jeśli on w ogóle tam był. A raczej był, bo już go nie ma. Przyciągnęłam kolana do piersi, próbując się uspokoić. Muszę go zobaczyć.
_Po raz ostatni._
Nie jestem pewna ile tak siedziałam, bujając się na podłodze. Myśli odpływały, wracały, znikały. Potem przestałam się kołysać. Usiadłam po turecku. Przygarbiona, patrzyłam w drzwi. Trwałam.
_Czy to była egzystencja?_
_Czy to było jeszcze życie?_
Cisza dźwięczy w uszach.
Uderzała. Bolała.
Spojrzałam na okna. Popołudnie.
Rano… Przecież to miał być mój dzień.
Wybawienie.
_To moja wina. To ja powinnam odejść._
_Nie trwać przy nim._
Zatrzymałam wzrok na kluczykach — muszę go pożegnać. Muszę. Wciągnęłam powietrze przez nos, zacisnęłam usta. Podniosłam się powoli, najpierw na kolana. Ciało bolało. Umysł wył. Ale wstałam. Zdeterminowana. Podeszłam do kluczy. Ścisnęłam je
w dłoni tak mocno, aż zabolało. Spojrzałam na drzwi. Czy dam radę? _Co mi pozostało?_
Szłam krok za krokiem, drugą ręką wspierając się
o ścianę. Głęboki wdech. Muszę dostać się do szpitala. Chwyciłam klamkę. Przekroczyłam próg, otwierając tym samym drzwi do nowej, brutalnej rzeczywistości.
Kolejny cios. Chociaż… Czy to wciąż był cios?
Czy po tylu mogłam jeszcze coś czuć?
Stałam pod szpitalem. Najbliższym. Jak tu dojechałam? Jaką drogą? Czy pędziłam? Mózg działał mechanicznie.
Prowadził mnie do niego.
Spojrzałam na recepcję i podbiegłam do niej.
Mężczyzna tam siedzący podskoczył, spoglądając na mnie. Jego twarz wyrażała zaskoczenie, potem strach.
— Ivar. — Wydusiłam. To jedno imię. _Tylko to mi zostało._ Spojrzałam na niego błagalnie. Prosiłam wzrokiem, by cofnął czas. Mężczyzna zamilkł. Spojrzał na kobietę obok. Ta patrzyła na mnie z troską.
— Ja… — Zająknął się. Odchrząknął.
— Zaprowadzę panią. Proszę tędy.
Skinęłam głową. Tyle zdołałam. Pozwoliłam się prowadzić korytarzem. Długim. Cichym. Obcym. Stanęliśmy przed drzwiami. Spojrzałam w jego plecy.
— To tutaj… Proszę… — Przesunął się w bok.
— Zawiadomić kogoś z rodziny, by po panią przyjechał?
_Rodzina_…
Czy mu odpowiedziałam?
Nie jestem pewna.
Dotknęłam klamki. Chłodnej.
Popchnęłam drzwi.
W środku było zimno.
Śmierć była tutaj codziennością.
Miłość — nie istniała.
Zostałam tylko ja. Wydrążona. Z bólu. Z nadziei. Z życia.
Zerknęłam na jego dłoń, wystającą spod materiału. Znałam ją. Dotykałam tysiące razy. Teraz była nieruchoma. Po chwili… Bez pożegnania, bez słowa, bez łzy — odwróciłam się i wyszłam.
Usiadłam na krześle. Patrzyłam w ścianę. Umarłam.
To mnie przerosło, ile czasu minęło? Ktoś coś mówił. Czy pomóc? Machnęłam głową. Godzina? Toast?
Przecież właśnie dziś miało się wszystko zacząć. Znowu mnie zostawiło. Życie. Wstałam, zachwiałam się. Czyjeś ręce mnie złapały.
— Proszę ze mną pójść… — Uniosłam wzrok. Mężczyzna? Kobieta? Nie widziałam wyraźnie.
Tylko ciemność. Może właśnie tam powinnam pójść.
Do niej.
_Piekło nie ma ognia. Ma ciszę. I pustkę._
Dni przestały mieć znaczenie.
Noc? Dzień?
Który miesiąc?
Jaka pora roku?
Nie wiem.
Nie chcę wiedzieć.
Zresztą…
Kogo to obchodzi?
Po pogrzebie spakowałam się w jedną noc.
Rzuciłam wszystko. Miasto. Pracę. Mieszkanie.
Wszystko, co jeszcze pachniało nim. I jego śmiercią.
Wsiadłam w pierwszy lepszy pociąg. Albo autobus. Może nawet jechałam stopem? Nie pamiętam.
Wiem tylko, że uciekłam. Daleko. Od wspomnień.
Od samej siebie. Po miesiącu… Może dwóch?
Nie mam pojęcia. Dni po prostu mijały. Ludzie wokół żyli, spieszyli się do pracy, wracali do swoich rodzin. A ja?
Siedziałam w obskurnym pokoju, lekko pijana.
Mój wzrok padł na stolik. Leżały na nim rozsypane tabletki, przewrócona butelka po winie, niedopałki papierosów — nigdy nie potrafiłam palić. Gorzki uśmiech uniósł mi kąciki ust. Nawet teraz nie potrafię się porządnie nauczyć. Nawet w tym jestem beznadziejna.
Zaśmiałam się — sucho, bez życia — odrzuciłam głowę do tyłu, wpatrując się w obskurny sufit.
_Trwałam._
_W zawieszeniu._
Czasem się zastanawiam… Tak bardzo chciałam porzucić ten ból. Zasnąć. I się nie obudzić. Ale wtedy zawsze pojawiał się on. _Ivar_. Patrzył na mnie tymi oczami. Tymi samymi, które widziały świeże cięcie na mojej nodze, pierwszy raz. Pamiętam ten ból w jego spojrzeniu. Tamten dzień…
— Kurwa! — Wykrzyczałam z nagłym wybuchem, zrywając się do siadu. Sięgnęłam po skręta leżącego na stole. Musiałam się uspokoić. Musiałam.
Jeśli miałam żyć — a musiałam — a to tylko dlatego, że za każdym razem, gdy próbowałam odejść, widziałam jego twarz. Tę cholernie zatroskaną minę, która rozrywała mnie od środka i budziła wstyd.
Musiałam dziś być trzeźwa. Choć trochę. Na tyle,
by wyglądać i mówić normalnie. Dziś miałam sprzedać nasze mieszkanie. Nasze wspomnienia. Nie byłam tam od tamtego poranka. Nie potrafiłam.
Zapach uderzył mnie pierwszy. Nie było tu stęchlizny, wilgoci ani kurzu — nie. Był zapach nas. Ten sam, który zawsze czułam, gdy wracaliśmy razem — po pracy,
po imprezie, po zwykłym spacerze. Zapach jego perfum, mojego kremu do rąk, kawy, którą zapomniałam sprzątać z blatu. Zrobiło mi się niedobrze.
Zsunęłam buty, jak zawsze. Automatyzm. Sztywnym krokiem przeszłam przez przedpokój. Zegar wisiał tam, gdzie zawsze, wskazówki pokazywały godzinie 9:17.
W salonie wszystko było dokładnie tak, jak zostawiliśmy. Pled zarzucony na oparcie. Nasze dwa kubki na stoliku — jego z logo zespołu, mój z kotami. Zamarłam. Moje gardło ścięło się jak sznur. Podniosłam wzrok.
Na kanapie leżała jego bluza. Ta czarna, z miękkiego materiału, którą nosił, gdy było mu zimno. Podniosłam ją. Przytuliłam do twarzy. Zamknęłam oczy. Poczułam wszystko naraz. Ciepło jego ciała. Jego głos. Śmiech. Wspomnienie poranka, gdy wyciągał mnie z łóżka na spacer, bo „_życie nie będzie czekać”._
Minuty, może godziny stałam z jego bluzą w objęciach. Chciałam odpłynąć. Choćby na chwilę. W końcu się ruszyłam. Przeszłam przez mieszkanie jak duch. Zatrzymałam się przy drzwiach łazienki. Zlustrowałam swoje odbicie w lustrze. Nie poznałam się.
Podkrążone oczy, wychudzona twarz, poszarzała skóra. Zaciśnięte usta. Podniosłam dłoń, dotknęłam szkła. Chwilę wpatrywałam się w te puste oczy. Prawie czarne, martwe. Zniżyłam dłoń i otworzyłam szafkę. Leżały tam wszystkie nasze kosmetyki. Jego szczoteczka. Moja pasta. Wyrzuciłam wszystko do śmieci. Wracając do salonu, zatrzymałam się przy stole. Oparłam dłonie
o blat. Spojrzałam na dokumenty przygotowane do podpisania. _Umowa sprzedaży._ Kończyłam ten rozdział.
Wyrwałam go z siebie jak rozdarte serce.
Usiadłam i podpisałam. Każdą kartkę. Każdą linijkę, która krzyczała koniec. Kiedy wstałam, poczułam coś dziwnego. Nie ulgę. Nie smutek. Pustkę. Wyszłam, trzaskając drzwiami. Za mną zostało wszystko.
Ivar. Nasza historia.
Tego wieczoru, wsiadłam do pociągu. Przysypiałam stacje, budziłam się tylko po to, by zapalić skręta i popić tanim piwem. Patrzyłam w szybę, ale nic nie widziałam. Nic nie czułam.
Trzeciego dnia zdecydowałam — zostaję tu.
Nie wiem, co to za miasto. Nie interesowało mnie. Weszłam do pierwszego lepszego motelu
i zarezerwowałam pokój. Śmierdziało wilgocią
i przeterminowanymi marzeniami. Ale miał łóżko i drzwi, które można zamknąć. Tyle wystarczyło.
Usiadłam na krześle i spojrzałam na walizkę. Jedyna rzecz, jaką zabrałam z domu. Nie zdjęcia, nie pamiątki. Nawet ubrania kupiłam w pierwszym lepszym sklepie. Ale tę walizkę zostawiłam. Była symbolem.
Pamiętałam, jak kupiliśmy ją z Ivarem na lotnisku, tuż przed wakacjami. Była nowa, wtedy.
Teraz była jak ja — zniszczona, poobijana, zmęczona.
Odchyliłam głowę, dotykając zawieszki na szyi.
Jedyna rzecz, która przypominała mi o miłości.
Prezent od Ivara — dostałam ją dzień przed ślubem.
Miałam ją oddać, ale nie potrafiłam. Może to było moje przeklęte kotwiczysko. Rozejrzałam się po pokoju. Standard jak z horroru klasy B.
Łóżko, szafa, mała łazienka, aneks kuchenny z zepsutą mikrofalówką. Ale to było moje.
_Mój nowy scenariusz. Mój pieprzony teatr._
Zawiesiłam wzrok na łóżku. Znienawidziłam sen. Zasnęłam tylko wtedy, gdy byłam zbyt naćpana,
by walczyć z myślami. Puściłam muzykę z telefonu, żeby zabić ciszę. Ta cholera koiła i raniła jednocześnie.
Wyciągnęłam z walizki butelkę taniego wina i paczkę skrętów. Odpaliłam jednego, podchodząc do okna.
Zaciągnęłam się głęboko, licząc do dziesięciu.
_Wydech. Wdech._
Patrzyłam na ulice, ale nie widziałam ludzi. Widziałam tylko siebie — rozbitą, pijaną, zagubioną.
— Co mam robić? — Zapytałam pusto pokój.
— Żyć? Pracować? _Umrzeć ze starości i cieszyć się, że w końcu koniec?_
Zgasiłam skręta w popielniczce i sięgnęłam po łyk wina. Jego kwaśny smak przypominał mi życie — tanie, nieprzyjemne, a jednak nieuniknione. Czułam się, jakby ktoś mnie wcisnął w ciało, którego nie chciałam.
Niszczyłam się, imprezowałam, ćpałam tylko po to,
by móc zasnąć sama w łóżku bez myśli o nim. Chciałam umrzeć. A on mi na to nie pozwalał.
Wciąż go widziałam jego oczy, jego twarz, jego troskę. Nawet teraz, gdy był martwy, kontrolował moje pieprzone decyzje.
Przewijałam beznamiętnie ogłoszenia o pracę.
— I co? Mam zostać kelnerką? — Wyplułam z pogardą. Uśmiechać się sztucznie, znosić ludzi, chodzić czysta
i schludna, jakby to coś znaczyło?
Roześmiałam się, pusta w środku, jakby śmiech mógł przykryć ciszę. Spojrzałam jeszcze raz na ogłoszenia
o pracę. Cokolwiek… Muszę coś znaleźć, czy mi się to podoba, czy nie. Nie przełknę myśli o spaniu na ulicy, nie teraz. Przymknęłam oczy.
— Jutro. Jutro to ogarnę. — Rzuciłam cicho.
Ostatnio coraz częściej mówiłam do siebie. Może to był znak, że już naprawdę odpływam. Przeniosłam wzrok na kieliszek z winem. _Jak ja mam to wszystko ogarnąć?_
Jestem na dnie. Głębiej się nie da. Westchnęłam ciężko i odstawiłam kieliszek na blat. Wstałam, chwiejnym krokiem podeszłam do walizki — tej samej, której uparcie nie wypakowywałam. Wyciągnęłam z bocznej kieszeni zamykaną saszetkę z białym proszkiem.
Chwilę grzebałam jeszcze dalej, aż natrafiłam na kolejną — z tabletkami. Zacisnęłam dłoń. Stałam tak chwilę, w milczeniu, prowadząc w głowie zażartą dyskusję. Z jednej strony głos Ivara. Z drugiej — cisza, ta bezlitosna, która kusiła końcem. Zamknęłam oczy. Odetchnęłam. Potem otworzyłam je znowu, mocno
i pewnie, jakby właśnie podjęłam decyzję. Podeszłam do łazienki, uklękłam przy sedesie. Spojrzałam jeszcze raz na saszetki.
Muszę skończyć z tym.
Naprawdę muszę.
Ale zanim spuściłam zawartość do muszli, zastygłam.
Jeszcze dziś. Tylko dziś. Ostatni raz wezmę kokainę.
Popiję winem. I wytańczę całą tę złość, ból i rozpacz.
W klubie. W rytmie muzyki. W ciemności, gdzie nikt
nie widzi, jak bardzo krzyczę w środku.
Kochałam tańczyć. Uwielbiałam chodzić z Ivarem do klubów. Zabawa była naszą wspólną religią. Potrafiliśmy tańczyć tak, że ludzie robili nam miejsce na parkiecie.
Byliśmy jak jedno ciało, jeden oddech, jedno tempo.
Czasem piliśmy, czasem paliliśmy. Ale zawsze tańczyliśmy z pasją.
Wyjęłam tabletkę i bez zawahania włożyłam ją do ust. Przełknęłam. Resztę — bez wahania — spuściłam
w sedesie. Pociągnęłam za spłuczkę. Dźwięk jak rytualne pożegnanie. Odwróciłam się, prostując ramiona. Podeszłam do walizki i sięgnęłam po kosmetyczkę, której nie otwierałam od dnia wyjazdu.
Z nadzieją, że znajdę tam cokolwiek — coś, co pozwoli mi znowu wyglądać jak kobieta. Musiałam wyglądać dobrze. Skoro miałam żyć dla niego — przez niego.
Ale dziś… Dziś pozwolę sobie na ostatnie zatracenie.
Ostatni raz pozwolę ciału mówić zamiast mnie. Po godzinie przygotowań, malowania, próby ogarnięcia tego, czym się stałam — czułam się gotowa.
Patrząc w lustro, dalej widziałam niedosyt. Skóra wciąż miała ten szarawy odcień zmęczenia. Nie miałam przy sobie zbyt wielu kosmetyków — tylko szminka, tusz — ale wystarczyło, by zakryć to, co bolało najbardziej.
Założyłam sukienkę, którą kupiłam pod wpływem impulsu. Zobaczyłam ją wczoraj na wystawie w galerii.
Coś mnie do niej przyciągnęło. Czerwona, zwiewna, dopasowana w talii, z luźnymi rękawami i rozciętymi plecami. Na cienkich ramiączkach, które zdobiły delikatne, złote kuleczki. Była elegancka i seksowna jednocześnie — idealna na noc, której jeszcze nie rozumiałam. Spojrzałam za okno. Zaczęło się ściemniać. Pora się zbierać.
Zeszłam na dół i zamówiłam Ubera. Gdy wsiadłam do samochodu, kierowca — młody mężczyzna — przyjrzał mi się w lusterku, po czym odwrócił i uśmiechnął szeroko.
— Czemu taka ładna pani ma taką posępna minę?
Jego uśmiech tylko mnie zirytował. Uniosłam wzrok, lodowaty.
— Zabierz mnie do najbliższego klubu. I już się więcej do mnie nie odzywaj.
Po chwili rzucił cicho.
— To osiem minut drogi. — Zignorowałam go, odwracając głowę w stronę szyby. Zawsze lubiłam ten stan, który dawały narkotyki. Nawet nie chodziło tylko
o ekstazę. Chodziło o to, co zrobiły z moim umysłem. Byłam cicha, ostrożna. Zawsze flirtowałam myśli, zanim wypowiedziałam słowo.
Ale z nimi… Miałam w sobie wersję siebie, której nikt wcześniej nie znał. Pewną. Ostrą. Wyzwoloną.
_Miałam wtedy wyjebane — na wszystko i wszystkich._
W klubie było tłoczno i głośno. Ciała mieszały się
w pulsującym świetle jak bezkształtna masa. Nie zatrzymałam się. Ruszyłam prosto w stronę baru.
— Co podać?! — Wykrzyczała w moją stronę młoda barmanka.
— Coś mocnego i słodkiego! — Wykrzyczałam zachrypniętym głosem. Głosem który nie należał do mnie, a do tej przepitej dziewczyny za którą osłoną się schowałam. Dziewczyna zaczęła szukać likierów, wymijała sprawnie resztę obsługi które jak mrówki pracowali przy oblężonym barze. Odwróciłam się
w stronę parkietu, patrząc od niechcenia na ludzi ocierających się o siebie. Mimowolnie ściągnęłam brwi — uwielbiałam tańczyć w klubach, jednak będąc tu sama już na sama myśl odrzucania tych końskich zalotów pijanych mężczyzn — chciało mi się rzygać.
Barmanka krzyknęła coś w moją stronę — kątem oka zauważyłam że położyła drinka na szklanym blacie.
Odwróciłam się przodem do niej by móc zapłacić, po czym szybko złapałam kieliszek. Przystawiając go do ust. Drink był mocny, było czuć wódkę jak i słodycz poziomki. Nagle ktoś dotknął moją dłoń która spoczywała na barze, podskoczyłam nie spodziewając się tego. Spojrzałam na mężczyznę który stał blisko mnie z dumnym uśmiechem.
— Pomogę ci zapomnieć. — Ale co? Okrzyki, pijackie awantury odbijające się wieczorem po domu, śmierć rodziców?
A może pomoże zapomnieć mi o depresji, napadach lękowych o nim?…
Jego usta się poruszały, coś jeszcze do mnie mówił, jego dłoń powędrowała na moje przedramię.
— Spierdalaj. — Powiedziałam głośno, wyraźnie tak żeby dobrze zrozumiał. Jego dłoń znieruchomiała na mnie, chciał coś jeszcze powiedzieć.
— Spierdalaj, nie rozumiesz?! — Wykrzyczałam z całym jadem. Zabrał swoją dłoń, przyglądał mi się jeszcze chwilę, jednak ja już go nie wiedziałam. Wypiłam kolejny łyk drinka skupiając swój wzrok z powrotem na parkiecie. Gdy go wypiłam, lekko chwiejnym krokiem ruszyłam ku parkiecie.
Było duszno, migające światła rozcinały ciemność, mieszając się z potem i zapachem alkoholu. Ludzie na parkiecie poruszali się jak jedna bezkształtna masa — wirujący, ocierający się o siebie chaos. Kolorowe światła przebiegały po mojej czerwonej sukience, oplatały ciało, maskując prawdę.
Tutaj mogłam nie trzeźwieć. Nie myśleć. Nie czuć.
W tym przyciemnionym świetle nikt nie widział łez, które spływały mi po policzku. Po jakimś czasie poczułam, że muszę iść do toalety. Zeszłam z parkietu, zahaczając wzrokiem o bar — teraz już mniej oblężony.
Zgarnęłam największego drinka z karty. Nie miałam ochoty znowu stać w kolejce. Z półlitrowym, kolorowym koktajlem ruszyłam do łazienki. Ku mojemu zaskoczeniu, kolejka była krótka. Kilka dziewczyn stało przed kabinami, inne poprawiały makijaż przy lustrze.
W rogu wypatrzyłam dwie roześmiane dziewczyny.
Co chwile pochylały się ku sobie i wybuchały śmiechem. Jedna z nich coś wkładała do ust.
Podeszłam z uśmiechem, starając się, by mój ton zabrzmiał przyjaźnie.
— Cześć. Za tego drinka i prawie pełną paczkę papierosów — poczęstujecie mnie?
Nie obchodziło mnie, co mają.
Chciałam tylko dalej płynąć z tą nocą.
Spojrzały po sobie. Jedna z nich pokiwała głową, uśmiechając się lekko. Dyskretnie położyła mi na dłoni różową tabletkę.
— Ekstazy. — Powiedziała wysokim głosem, pochylając się bliżej.