Rozbite lustra - ebook
Józef Palasz — autobiografia, psychoterapeuty od uzależnień. Wspomnienia z życia prywatnego, terapii własnej, oraz prowadzenia prywatnego gabinetu terapeutrycznego, oraz ciekawostki o zabytkowej dzielnicy Katowic — Nikiszowcu. Książka przeznaczona dla osób pełnoletnich! (+18)
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8455-398-5 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Rok temu napisałem i wydałem swoją pierwszą książkę. Jej odbiór bardzo mnie zaskoczył, ponieważ okazał się niezmiernie pozytywny. Dlatego też zdecydowałem się na napisanie kontynuacji moich wspomnień. Chciałbym podzielić się z Wami jeszcze wieloma rzeczami. Wiele wątków mi umknęło, o wielu wstydziłem się pisać lub po prostu zapomniałem. Chciałbym też część tej książki poświęcić dzielnicy, w której mieszkam i jej mieszkańcom. Nikiszowiec jest dla mnie bardzo ważny i ma specjalne miejsce w moim sercu. Kolejny ważny powód — jak wspomniałem — to pozytywne recenzje mojej pierwszej książki, która została przyjęta przez czytelników wręcz z entuzjazmem. Wiele opinii bardzo mnie wzruszyło! Oczywiście nie wszystkie były takie, ale
„_De gustibus non est disputandum”._
Druga książka jest więc niejako efektem namowy moich czytelników, abym kontynuował swoje pisarskie talenty. Duży udział w tym ma moja mama i żona. One także namawiały mnie do pisania. Tak więc dla Was moi kochani czytelnicy, kolejna część moich wspomnień, mojego życia. No i z życia moich pacjentów i przyjaciół.BEZSILNOŚĆ WOBEC ALKOHOLU
Z moją żoną rozmawiam dość często o mojej alkoholowej przeszłości, zwłaszcza teraz, gdy piszę drugą już książkę. Opowiadałem jej pewną sytuację dotyczącą mojej babci. Zastanawiając się nad tym, przy okazji doszedłem do wniosku, że wciąż tkwi ona we mnie jak zadra bez mała z trzydzieści lat. Nawet terapeuta i „sponsor” AA sugerowali mi, abym poszedł na grób babci, przeczytał jej list, jaki napisałem i ją przeprosił. Zrobiłem to. Jednak nadal przychodzą takie chwile, kiedy demony przeszłości wracają do mnie jak zły szeląg. I nie chodzi o tę konkretną sytuację, którą zaraz opiszę, ale także o wiele innych.
Wracając do babci i sprawy z nią związanej. Niestety wciąż obawiam się nie tylko niezrozumienia, ale także, a może przede wszystkim, potępienia i pogardy, głównie ze strony bliskich mi osób. Poczucie winy wywołuje u mnie dylemat czy fakt, iż byłem na ogromnym kacu i bardzo chciałem się napić, jest wystarczającym usprawiedliwieniem? Ogromnie mi wstyd! Myślę jednak, że opisanie tego w książce, w jakiś sposób pomoże mi uprać się z tym zdarzeniem i zamknąć ten rozdział.
To był koniec lat ‘80 lub początek ‘90. Nie pamiętam. Piłem cały tydzień, a na pewno kilka dni z rzędu. Aby jakoś wytłumaczyć moją nieobecność w pracy — pracowałem wtedy w KWK „Staszic” — pociąłem sobie dłoń żyletką. Między palcem wskazującym a kciukiem. Rzecz jasna skończyło się na pogotowiu. Zaszyli mi dłoń i dali prawie dwutygodniowe zwolnienie lekarskie. Tak długie wolne zawsze „hołdowałem” nieustającym piciem. Dłuższych „ciągów alkoholowych” mój organizm już powoli nie dawał rady znieść. Byłem tak bardzo wycieńczony piciem alkoholu, że gdyby trwało to dłużej, pewnie nie dałbym rady i może nawet przeniósł się na „tamten świat”! Mniej więcej w połowie tego okresu, a więc po jakimś tygodniu, zabrakło mi funduszy na wódkę. W knajpie miałem dług za pięć setek wódki i kilka piw. Na melinie, za litr wódki, miałem zastawioną książeczkę zdrowia i dowód. Za kolejne pół litra pewnie sprzedałbym duszę diabłu! W starej pralce na strychu miałem schowaną wódkę, odlaną do słoiczka, zaledwie ze sto gram. Gdy to wypiłem, przestałem się wreszcie trząść i zyskałem odwagę, aby wyjść z domu. Oczywiście po to, żeby pić dalej. Zdawało mi się, że gdy w nim zostanę, to zwariuję!
Podszedłem na Janów, pod bar „Karlik” ale tam nie było nikogo, kto postawiłby mi kieliszek wódki lub aby piwo. Na dodatek za barem stała nowa bufetowa i nie było szans, aby za dobry „bajer” nalała mi alkoholu bez zapłacenia za niego. Pomyślałem o dziadkach. Może dziadek pożyczy? A może babcia, która często „ratowała” mnie kasą na jedno lub dwa piwa. Dziadka niestety nie było, a babcia dała mi jakieś pięć złotych na piwo, o które to prosiłem ją niemal kilkanaście minut. Byłem na takim głodzie, że to nie wystarczyło, aby ugasić „cug” i zaspokoić moje pragnienie na alkohol oraz opanować stany lękowe, jakie „na głodzie” nie raz mnie nachodziły. Zacząłem błagać babcię na kolanach, aby się zlitowała. Była zła, że się tak poniżam i upokarzam. Z tej desperacji otworzyłem więc drzwi na balkon znajdujący się na czwartym piętrze. Na balkonie zawsze było przeciągniętych kilka drutów do suszenia prania. Była jednak zima. Jeden z takich drutów owinąłem sobie wokół szyi i przeskoczyłem przez barierkę balkonu. Niestety poślizgnąłem się, bo był oblodzony i prawie zawisłem na zewnątrz. Pamiętam zaledwie fragmenty, bo zacząłem się dusić i straciłem przytomność. Ocknąłem się jakieś dwadzieścia minut potem, na wersalce, a babcia stała przy mnie, ze szklanką wody, pytała mnie, jak się czuję i czy ma wezwać pogotowie.
Mimo stanu upojenia, powoli dotarło do mnie, co takiego zrobiłem. Było mi ogromnie wstyd. A jeszcze bardziej, gdy babcia wyjęła z „bojtlika” pięćdziesiąt złotych i powiedziała, że daje mi te pieniądze, ale żebym już nie robił takich rzeczy. Uświadomiłem sobie, że przed chwilą mało co bym się zabił! Nie wziąłem tych pieniędzy, tak bardzo było mi wstyd.
Tamta sytuacja do dziś dla mnie jest koszmarem. Przez lata nawiedzała mnie w snach, a ja budziłem się spocony. Niestety, kiedy wracało to wspomnienie, zwykle znów sięgałem po alkohol. Gównie po to, aby nic już nie bolało, nic nie czuć i o tym nie myśleć. Babciu! Moje trzeźwe życie jest hołdem także dla Ciebie i Twojej miłości do mnie! Bardzo Cię przepraszam! Jeśli istnieje niebo, to Ty tam jesteś.
***
Na początku lat ’90 byłem związany z Lilką. Zaproszono nas oboje na wesele. Zadeklarowałem się, że na weselu nie tknę alkoholu. I tak też się stało. Kamerzysta rejestrujący tą imprezę mógł to śmiało potwierdzić! Toasty wznosiłem wodą mineralną lub _Coca-colą_.
Do godziny czwartej nad ranem nie wypiłem ani kropli wódki czy innego trunku, ale pod stołem miałem schowane trzy butelki weselnej gorzałki. Nie chciałem, aby mi goście weselni wszystko wypili. Nikt tego nawet nie zauważył, że schowałem alkohol.
Wytrzymałem do czwartej trzydzieści, a potem zrobiłem sobie drinka — tak ze 150 gram czystej — i wypiłem po kryjomu w magazynku, gdzie przechowywali żywność. Dało mi to niezłego „kopa” więc od razu poprawiłem kolejną porcją, już nieco większą. Nieźle mi odbiło, a świat zaczął wirować. Byłem nawalony do tego stopnia, że podrywałem kuzynkę mojej partnerki, co skrzętnie zarejestrował pan od wideo. Piłem dalej i coraz więcej. Film mi się urwał. Spałem gdzieś, nie wiem, gdzie, na działkach i wróciłem do domu po kilku dniach w fatalnym stanie. Boso, bez butów, obrzygana koszula i zakrwawione spodnie, nawet marynarkę gdzieś zgubiłem.
Lilka nie wpuściła mnie do mieszkania i znów wylądowałem u mamy, która — jak zawsze — mnie przygarnęła bez słowa. Pić jednak nie przestałem i ten maraton trwał przez kilka następnych tygodni, aż organizm się zbuntował. Nie dawałem rady przyjąć już nawet kropli alkoholu. Co wypiłem to zwracałem, miałem wrażenie, że wyrzygam z siebie żołądek wraz z innymi wnętrznościami. Musiałem się zatrzymać, aby na własne życzenie nie przenieść się na „tamten świat”!
Zrobiłem więc sobie przerwę i nie piłem kilka tygodni. Czasami tylko jedno a czasami trzy piwa maksymalnie, w weekend. Wracałem powoli do normalnego trybu życia. Praca, telewizja, książki czasami kino.
Zajmowałem się wtedy handlem, sprzedając kasety magnetofonowe. Niestety wytrzymałem tak zaledwie do kolejnego ciągu alkoholowego. Jeden-dwa-trzy tygodnie picia, po których zazwyczaj ratowałem się detoksem w szpitalu na ul. Korczaka w Katowicach. Tam było lepiej niż w domu! Opieka lekarzy i pielęgniarek sprawiała, że czułem się po prostu dobrze.
Po rozstaniu z partnerką moje ciągi alkoholowe były coraz bardziej destrukcyjne. Piłem naprawdę dużo, często na pusty żołądek. Zwykle to, co wpadało mi w ręce. Mało spałem. Łączyłem alkohol z lekami, głównie benzodiazepinami, i z tego powodu dwa razy wylądowałem w szpitalu. Piłem codziennie, od dwóch tygodni, często u Wieśka. Jak byłem bardzo pijany, sypiałem tam. Włączył mi się tzw. „szwendacz” czyli chodziłem od baru do baru, by znów skończyć u Wieśka i tam kontynuować picie. To, o czym chciałbym teraz napisać, wiem z opowiadania innych osób, z którymi wtedy piłem.
Wraz z Krystianem i Siwym piliśmy w „Bilardzie”. A potem poszliśmy do „Karlika”, aby kogoś „ustrzelić”. Co to znaczyło? Ano staraliśmy się namówić kogoś czy tak zbajerować, aby postawił nam wódkę lub piwo. Czasami delikwenta okradaliśmy. Niestety, tak to się zdarzało i nie tłumaczy mnie fakt, iż byłem pijany od kilku dni. Miałem już też serdecznie dość! Wielotygodniowy ciąg alkoholowy zrobił swoje. Nie chciało mi się żyć. Alkohol jako taki ma działanie depresyjne. Wstałem więc od stolika, na którym znajdowały się jeszcze resztki niedopitego piwa i obwieściłem wszystkim, że idę do lasu, aby się powiesić. Oczywiście wzięli to za żart. Poza tym całe towarzystwo było mocno schlane.
Po drodze do lasu zdjąłem pasek od spodni, bo to na nim chciałem się powiesić. Próbowałem wspiąć się na drzewo i gałąź się ułamała. Spadłem tak niefortunnie, że złamałem nogę. W stopie pękła kość śródstopia i złamana była kość piętowa. Dobrze, że nieopodal kilku znajomych piło wódkę i pomogli mi jakoś się pozbierać oraz doczłapać z powrotem do baru. Noga puchła i siniała w zastraszającym tempie, więc bufetowa zadzwoniła po karetkę. Całą nogę mi zagipsowali! Pamiętam z tego, że mój pasek od spodni po kilku dniach przyniósł mi Krystian. Podobno leżał pod tamtym drzewem. Co dalej wyprawiałem, trudno nazwać inaczej niż debilizmem. Chodziłem o kulach, ale pić nie przestałem.
Grałem w barze w bilard, skacząc na jednej nodze. Biłem się pod barem, zamiast pięści używając kul. Uciekałem przed policją i „latałem” na melinę po gorzałę. Dwa razy zwinęli mnie do „suki” mundurowi. Noga puchła i siniała, gips się kruszył. Opamiętanie przyszło, gdy zorientowałem się, że skończyło mi się zwolnienie lekarskie. Od tygodnia nie byłem u lekarza na konsultacji ortopedycznej. Oczywiście, żeby iść do lekarza, musiałem przestać pić, aby na chwilę. Gdy wreszcie udałem się na wizytę, zdjęli mi resztki gipsu, to aż się przestraszyłem. Noga była prawie czarna! Kiedy lekarz to zobaczył, prawie mnie wyrzucił z gabinetu. Dostałem burę, że przecież miałem oszczędzać nogę, mało chodzić i trzymać ją na poduszce, bez ruchu. A ja w tym gipsie nie tylko chodziłem za dużo, ale i biegałem.
Dochodzę do wniosku — chociaż może to tylko takie moje wytłumaczenie — że to destrukcyjne picie wtedy, było spowodowane rozstaniem z partnerką. Chociaż nie raz się pokłóciliśmy, a potem godziliśmy, to tym razem było inaczej. Moja ówczesna partnerka, po wyrzuceniu mnie z domu, poznała innego mężczyznę. To mnie tak zabolało! Dziś uważam, że miała do tego prawo po tym, co jej zrobiłem. Po tych wszystkich moich wyskokach i ciągach alkoholowych. Jednak mocno zarył mi się w pamięci jeden szczegół.
Przechodziłem raz pod oknami niegdyś naszego mieszkania w Szopienicach. Zobaczyłem w oknie obcego faceta w moim szlafroku i koszulce. Zabolało i to bardzo! Miałem ochotę mu przypierdzielić, jednak zamiast tego poszedłem się upić. Zresztą każdy powód do picia zawsze jest dobry!Sponsor w AA to doświadczony członek wspólnoty Anonimowych Alkoholików, który bezinteresownie pomaga innej osobie w trzeźwieniu.
Ciąg alkoholowy (cug) to trwające minimum 48 godzin, często wielodniowe, niekontrolowane spożywanie alkoholu, charakterystyczne dla zaawansowanej choroby alkoholowej.
Janów — dzielnica Katowic
Bojtlik (lub bajtlik) w gwarze śląskiej oznacza portfel, sakiewkę lub mały woreczek na pieniądze.
Benzodiazepiny to grupa silnych leków psychotropowych działających na ośrodkowy układ nerwowy, które wykazują działanie przeciwlękowe, uspokajające, nasenne, przeciwdrgawkowe i rozluźniające mięśnie.
Szopienice — dzielnica KatowicAREK
Z Arkiem znamy się od kilkunastu lat. Pamiętam, jak był pacjentem na Oddziale Stacjonarnym w szpitalu na ul. Korczaka w Katowicach. Miał w tym czasie około dwadzieścia osiem lat. Już wtedy miałem wrażenie, że doskonale wie, po co tam właściwie jest. Prace z Przewodnika Samopoznania pisał uczciwie i szczerze. Nie przeszedł tylko zaliczyć odwyku, a był autentycznie w terapii! Był pacjentem uważnym i wglądowym.
Zapisał się potem u mnie na grupę pogłębionej terapii, która trwała dwa lata.
Jego początki alkoholizmu sięgają dzieciństwa. Miał zaledwie dziesięć lat, gdy pierwszy raz sięgnął po alkohol. Odkrył wtedy, że po alkoholu nabiera ochoty na wygłupy i staje się odważniejszy. Sam o sobie wspomina, iż był bardzo skrytym i nieśmiałym chłopcem. Pod koniec szkoły podstawowej — siódma, ósma klasa — życie towarzyskie uczniów to były obozy sportowe, dyskoteki, spotkania z kumplami. Na tych spotkaniach było coraz więcej piwa. Mama robiła mu awantury i niezbyt chętnie wracał do domu.
Wspomina jeszcze, że w tamtych czasach brakowało mu szczerej rozmowy. Wszystko dusił sobie. W szkole średniej wpadł w towarzystwo kolegów, którzy palili marihuanę. Dla niego była to alternatywa alkoholu, bo trudniej w domu było to dostrzec. Alkohol od razu widać, a jeszcze bardziej czuć. Powoli popadał w rutynę palenia zioła. Gdzieś w trzeciej klasie szkoły średniej pojechał na wycieczkę do Chorwacji. Już wtedy nie wyobrażał sobie dwóch tygodni bez palenia! Jechał więc upalony i dopalał w tajemnicy, bo służby celne chodziły i sprawdzały paszporty. Wychowawcy bawili się razem z młodzieżą, a opiekun grupy jarał na równi z nimi. Na wakacjach miał się uczyć, aby zaliczyć egzaminy. Nie zdał, bo nie był przygotowany. Powtarzał więc rok.
Z amfetaminą pierwszy raz zetknął się w_ KFC_ na ul. Stawowej w Katowicach. Kumpel w toalecie wysypał mu na deskę mniejszą „krechę”, aby zobaczył, jak to jest. Wciągnął wszystko! Pierwsza reakcja: łzy w oczach, oko całe czerwone, myślał, że mu eksploduje. Jednak, kiedy już wyszli na zewnątrz i zapalili papierosa, poczuł się lepiej. Po plecach rozchodziło się przyjemne mrowienie. Gdy kolega zapytał go o to, jak się czuje stwierdził, że zajebiście. Nagle wszystkie zmartwienia znikły. Nic mu nie przeszkadzało, cieszył się chwilą i mógł szczerze rozmawiać godzinami o wszystkim. Całą noc spędził na klatce schodowej, wciągając kolejne krechy i rozmawiając do rana.
Wrócił do domu, a rodzice nie zorientowali się, że brał narkotyki. Wrażenie, że wszystkie problemy zniknęły i wreszcie ma kogoś z kim bardzo dobrze się rozumie powoli mijało. Dopóki amfetamina nie zaczęła z niego schodzić. Zjazd narkotykowy jest kilkakrotnie razy gorszy niż kac alkoholowy. Nie chodzi tylko o bóle fizyczne, ale głównie o kac moralny. W głowie pojawia się tak ogromny smutek, że odbiera chęci do życia! Możliwość zakupu amfetaminy dość szybko znalazł nawet na swoim osiedlu. Gdy brał nie liczyło się nic i nikt. Puszczały wszystkie hamulce. Zero zasad i wartości! Na początek ciągi trwały po kilka dni, chyba tylko z tego powodu, że brakowało mu kasy. Gdyby mógł, chodziłby naćpany cały czas.
Raz w szkole na lekcji WF-u wyszedł niby to do toalety, a tak na serio do szatni, aby kraść. Przeszukał kolegom kurtki, torby czy plecaki. Liczył na jakąś gotówkę. Znalazł dwa telefony, które zaniósł do lombardu. Miał za co ćpać! Koledzy jednak podejrzewali kto ich okradł. Nawet na haju ciężko było zagłuszyć to, co czuł i widział. Pomysł z kradzieżą powtarzał nieraz w miejscu, gdzie trenował. W szkole regularnie okradał kolegów. Nie wracał do domu, ćpał po klatkach schodowych w blokach na osiedlu. Czasem u sąsiada. Przez dwa tygodnie potrafił nie jeść, nie spać, chudł w oczach, wyglądał coraz gorzej. Zapadnięte policzki, podkrążone oczy.
Między ciągami przesiadywał w domu, głównie dlatego, że nie miał pieniędzy. Raz, pod dłuższej –wymuszonej brakiem kasy — przerwie, zapukała do drzwi mieszkania sąsiadka. Starsza kobieta przyszła oddać pieniądze mamie. Rodziców nie było. Pieniądze zostawił na blacie w kuchni, ale wytrzymał tylko kilka minut. Zabrał je i poszedł ćpać. Potem przy konfrontacji mamy z sąsiadką wszystkiego się wyparł. Stwierdził, że żadnych pieniędzy nie było. Wyrzuty sumienia skutkowały unikaniem sąsiadki. Do dziś jej nie przeprosił ani nie wyjaśnił tej sytuacji. Ostatnio, po niemal dwudziestu latach, mu się przyśniła.
W tamtym okresie wszystko, co było w domu cenne, rodzice chowali, aby nie wyniósł i nie sprzedał. Wreszcie padło ultimatum: „albo będzie się leczyć albo się wynosi z domu”. Był rok 2002, czwartego grudnia. Miał osiemnaście lat i za sobą dwa tygodnie detoksu w szpitalu na ul. Korczaka w Katowicach. Potem w Gliwicach w CLUGS „Familia”, był tam półtorej roku.
Po kilku latach trzeźwości w roku 2014, w moim gabinecie, poznał Dorotę. Pracował i mieszkał z mamą, i regularnie uczęszczał na grupę terapeutyczną. Dzieliło ich 2300 km. On z Sosnowca — ona ze Świdnicy, ale relacja się rozwijała.
Przekonany był, że to była miłość. Lubił jeździć do niej. To była odskocznia od rutyny codzienności. Zwykle widywali się w weekendy. Dorota znała go tylko trzeźwego. Gdzieś po półtorej roku takiej relacji dała mu klucze do mieszkania. A po dwóch latach postanowili zamieszkać razem. Nie było łatwo, ale się dogadywali. Niestety, to był okres, gdy nie miał kontraktu z terapią ani z mityngami AN. To było w siódmym roku jego trzeźwości. Trudności w związku przyszły wraz z brakiem zaufania. Dorota zaczęła podejrzewać go — niesłusznie zresztą — o zdradę. Rzucała oskarżenia, zaczęły się kłótnie, napięcia, awantury. Coraz mniej miał ochotę, aby wracać do domu. Zostawał w pracy coraz dłużej.
Młodszy kolega z pracy, poproszony, miał mu załatwił amfetaminę. Czekał na nią tydzień. Tydzień czasu na zastanowienie się i reakcję! Tydzień czasu na decyzję: przetrzymać kryzys, zadzwonić do terapeuty, iść na mityng? Jednak miał już otwartą furtkę, by powrócić do ćpania. Z tej karuzeli ciężko wyskoczyć! Zanim skończył te pięć gram, kupił kolejne dziesięć i wpadł wciąg na trzy miesiące. Dawał jednak radę pracować zawodowo. Pewnego razu zastawił w lombardzie szlifierkę do betonu. Oczywiście pewien był, że szybko ją wykupi. Niestety po miesiącu szlifierka przepadła, szef się dowiedział i zwolnił go z pracy. Dorota także się zorientowała, bo znikał na całe noce. Znalazła nawet woreczek z amfetaminą.
Groziła, że go wyrzuci z domu, ale dla niej to była naprawdę trudna decyzja. Być może wciąż go kochała? Kiedy stracił pracę, doszło do tego, że ukradł jej kilka stów i zniknął na trzy dni. Nie odbierał nawet telefonów. Ponieważ miał już za sobą kilka terapii, to miał tę bolesną świadomość, jak źle zrobił. Do tego doszło poczucie winy. Po prostu przećpał swój związek z kobietą, którą naprawdę kochał. Oczywiście — koniec końców — wyrzuciła go z domu.
Przyjechał więc do mamy, do Sosnowca. Nie miał tam żadnych kontaktów do dilerów, więc wrócił do picia alkoholu. Często jeździł też do Świdnicy, ale nie po to, aby zobaczyć się z Dorotą, a po dragi. Nawet nie dawał jej znać, że przyjedzie. Miłość do kobiety zamienił na narkotyki. Na Śląsku dostał pracę, służbowe auto, miał klientów i pieniądze. Jednak trwało to krótko, a sytuacja się powtórzyła. Ukradł kilka tysięcy z pieniędzy służbowych od klienta i zniknął na tydzień. Szef odwiedził go w domu, odebrał samochód, groził policją. On jednak się ukrywał i wciąż był na haju. To był już ten czas, gdy nie potrafił pracować. Liczyły się tylko narkotyki! Gdyby nie mama, nie miałby gdzie mieszkać i co jeść.
W końcu — na początku grudnia 2018 roku — napisał do mnie, że chce się leczyć.
Dwudziestego pierwszego grudnia stawił się w szpitalu na OTU i do dziś jest wolny od nałogów.
Założył własną firmę, w której pracuje także jego ojciec. Mieszka z córką i jest troskliwym oraz opiekuńczym tatą. Od siedmiu lat nie pije i nie bierze narkotyków.POCZUCIE WŁASNEJ WARTOŚCI
Całe życie czułem się inny — tak zaczyna się moja pierwsza książka — i tak naprawdę było! Wstydziłem się dosłownie wszystkiego. Od zawsze byłem chorobliwe nieśmiały. Ta nieśmiałość wręcz mnie pożerała. Wstydziłem się jej, ukrywałem pod maską ironii, żartu, cynizmu.
W szkole podstawowej bywało jeszcze jakoś znośnie. Bardzo dobrze grałem w piłkę, byłem wielokrotnym mistrzem Śląska w pływaniu. Jednak im byłem starszy, tym było gorzej. Kompleksy, niskie poczucie własnej wartości, wstyd, wręcz chorobliwa nieśmiałość — wszystko to zapijałem alkoholem. Odkryłem bowiem, że pijąc alkohol, jestem taki, jak zawsze chciałem być. Pewny siebie, bez grama wstydu i nieśmiałości. Zawsze imponowali mi właśnie tacy mężczyźni. W domu niestety takiego wzorca nie miałem. Taty nie było, bo pracował, a jak nie pracował to pił lub spał. Starszym bratem tak na dobre, to ja musiałem się opiekować i mu pomagać.
Wracając jednak do mojej osoby i mojego poczucia własnej wartości. Kiedy przez dwadzieścia lat swojego życia piłem alkohol, sypało mi się wszystko, za co się zabrałem lub co próbowałem stworzyć. Traciłem nie tylko kolejne kobiety, kolejne stanowiska pracy, a przede wszystkim szacunek bliskich.
Na zewnątrz grałem bohatera, miałem różne twarze, dobrze się maskowałem z moimi emocjami. Oczywiście to wszystko, o czym piszę, wyszło dopiero po latach terapii. Wówczas nie zdawałem sobie z tego sprawy.
Kilka przykładów, jak to wyglądało w konkretnych zachowaniach. Na przykład: wychodząc z domu brałem ze sobą książki Władysława Tatarkiewicza czy Czesława Miłosza, szczególnie po tym, jak dostał Nagrodę Nobla. Nosiłem je w taki sposób, aby moi koledzy widzieli, że czytam tak poważną literaturę. Oni pili gdzieś tam w po krzakach, a ja z tymi książkami i zwykle słyszałam wtedy: „Kurwa, Kogut jaki to z ciebie alkoholik, jak ty taką literaturę czytasz?”. Tak po prawdzie, to wtedy nie czytałem tych książek, ale ponieważ moja mama była i nadal jest bibliofilem, i kocha książki wszelkiego rodzaju, u nas w domu zawsze szafy i regały były ich pełne.
Czy inna sytuacja: gazet zwykle czytałem bardzo dużo. Zdarzało się jednak, iż celowo kupowałem pewne tytuły takie, jak: „Kultura”, „Polityka”, „Kulisy”, do tego paczka _Marlboro_ i pijąc kawę w barze piwnym, czytałem te gazety tak, aby wszyscy widzieli. Oczywiście przy tym nie piłem żadnego alkoholu, chociaż przychodzący tam koledzy gorąco mnie do tego zachęcali. Kiedy odmawiałem, klepali mnie po plecach mówiąc: „Ty to masz silną wolę! Po co ty byłeś na tych odwykach? Ty nie jesteś żaden alkoholik!”. Miałem wtedy jakże fałszywe poczucie „mocy” i dumy z własnego ego. Po całotygodniowej pokazówce zaczynałem pić, ale w domu lub u kolegi, gdzie nikt mnie nie widział.
Jeśli zaś chodzi o poczucie własnej wartości, kamieniem milowym była najpierw terapia stacjonarna, a potem dwuletni udział w grupie terapeutycznej. Odrodziłem się na nowo! Stawałem się zupełnie innym człowiekiem. Udział w wspólnocie AA też zrobił swoje. Prowadząc mitingi, odzyskiwałem wiarę we własne możliwości, nabierałem pewności siebie. PRO w Warszawie odmieniło mnie już na zawsze. Pozwoliło myśleć zupełnie inaczej i inaczej postrzegać siebie, a także otaczający mnie świat. Do tego praca w zawodzie terapeuty w szpitalu i w prywatnym gabinecie, dokonała mojej przemiany. Ciągle się jednak uczę. Mam otwarty umysł. Potrafię przyznać się do błędu i powiedzieć, że się pomyliłem. Wciąż podróżuje w głąb siebie i odkrywam coś nowego — nie zawsze pozytywnego.
Warto tu przypomnieć mądre słowa kolejnej naszej noblistki, Wisławy Szymborskiej:
_„Tyle znamy siebie, na ile nas sprawdzono”._
Warto więc odkrywać w sobie wciąż coś nowego!MACIEJ
Mam na imię Maciej i mam czterdzieści trzy lata. Od dziewięciu lat jestem trzeźwym alkoholikiem i hazardzistą. Jednak nie zawsze tak było!
Jako dziecko marzyłem, aby zostać piłkarzem. Jedno wydarzenie — brutalna napaść, która zabrała mi poczucie bezpieczeństwa — na zawsze odmieniło moje życie. Do dziś dobrze pamiętam słowa mojego ojca, który był dla mnie autorytetem: „Napij się piwa, to zapomnisz”. Uciekałem ze szkoły, żeby grać w bilard. Patrzyłem, jak piją inni i sam z czasem sięgnąłem po alkohol. Mimo iż po pierwszym spożyciu źle się poczułem, to jednak już wiedziałem, że alkohol daje mi poczucie mocy, że mogę wszystko.
Uciekałem ze szkoły, wagarowałem, nadal jednak grałem w piłkę. Zdarzały się imprezy z alkoholem w piątek, a w sobotę mecz na kacu. Ponadto treningi i mecze stały się dobrym pretekstem, aby pójść do knajpy pić z innymi zawodnikami. A potem już samemu, szukając kompanów do kieliszka. Niedziela — kolejny dzień, kiedy zamiast pójść do kościoła, poszedłem do baru i grałem na maszynach, za dziesięć złotych na jednym kredycie. Wracałam do domu w czasie skończonej mszy. Było jednak jeszcze gorzej! Piłem po klatkach schodowych, pod wpływem alkoholu włamałem się do sklepu.
Początkiem wieloletniego uzależnienia od hazardu stała się moja pierwsza wygrana, która dała mi poczucie, że będę i mogę wygrywać zawsze. Wygrana to największe nieszczęście dla hazardzisty!
Gdy podjąłem się pracy zarobkowej, którą załatwili mi bracia, wreszcie miałem źródło finansowania swego hazardu. Wszystko przeznaczałem na grę, nie dokładając się do gospodarstwa domowego. Gdy straciłem pracę, a co za tym idzie — dochód — zacząłem kraść. Okradałem mamę ze wszystkich pieniędzy. Dokonywałem oszust finansowych. Mama i bracia spłacali moje długi, więc nie ponosiłem żadnych konsekwencji swoich działań.
Moja ówczesna partnerka zabrała mnie na mityng AA. Po tym spotkaniu doszedłem do wniosku, że to, co tam usłyszałem, jest mi bliskie i że postępuję podobnie. To był czas, gdy zdecydowałem się pierwszy raz na terapię, której niestety nie ukończyłem. Potem poznałem moją obecną żonę. Od razu wiedziała, jaki mam problem. Zaczęliśmy się spotykać i dość szybko zamieszkaliśmy razem. Starałem się kontrolować swój alkoholizmu i uzależnienie od hazardu. Kiedy urodził mi się syn — poszedłem pić i grać.
Podjąłem pracę w sklepie komputerowym i uwierzyłem, że jak też mogę mieć firmę. Postanowiłem więc założyć własną, która — zamiast być źródłem dochodu — stała się pretekstem do grania.
Byłem na swoim, ale to była tylko wymówka, żeby mieć czas dla siebie, na hazard. Firmę zamknąłem po pół roku. Piłem i grałem w trybie weekendowym. I tak przez sześć, siedem lat.
Pracowałem wtedy w serwisie internetowym. Drugi raz zostałem ojcem — urodziła mi się córka. Niestety grałem nadal. Większość wypłat przegrywałem, więc zacząłem brać pożyczki w różnych bankach i parabankach. Wpadłem w pętlę kredytową, a konsekwencje tego ponoszę po dziś dzień. Poszedłem na kolejną terapię. Nie stosowałem się jednak do zaleceń i znów wróciłem do picia i hazardu. Zmieniłem pracę i zostałem windykatorem terenowym. Ludzkie problemy jednak bardzo mnie zdołowały. Zrozumiałem, że przez uzależnienie od hazardu nie zdobędę pieniędzy na spłatę zadłużenia i na granie. Błędne koło!
Znów każdy weekend spędzałem na piciu i graniu. Nie interesowało mnie jak żyjemy, ja i moja rodzina. W pięć osób mieszkaliśmy na trzydziestu metrach kwadratowych. Jak skończyły mi się możliwości pożyczania pieniędzy, przychodziłem do domu i potrafiłem przez kilka godzin prosić żonę czy jej grozić, aby dała mi pieniądze. Często robiła to dla świętego spokoju. Grałem też w domu, przez Internet, żeby żona miała poczucie, iż wszystko jest OK. A i tak po czasie zabierałem pieniądze z domu i szedłem grać. Grałem coraz częściej już także i w tygodniu.
Pomimo przemożnego poczucia, że muszę grać, psychicznie nie dawałem już rady i próbowałem targnąć się na swoje życie. To był kluczowy moment dla podjęcia decyzji o kolejnej terapii. Potem psychiatra, skierowanie na OTU w Katowicach na ul. Korczaka i osiem tygodni terapii na oddziale. Tam dowiedziałem się, że Józek prowadzi terapię pogłębioną. Po wyjściu z oddziału, pojechałem na obóz z KST „Dwójka” i tam zapadła decyzja o dalszej terapii u Józka. Pomimo braku funduszy, Józek mnie przyjął, wspierał, a nawet dostałem od niego zestaw kina domowego — co bardzo pozytywnie na mnie wpłynęło. I utwierdziło w przekonaniu, że nie mogę go zawieść, bo na początku swej terapii trzeźwiałem dla innych, nie dla siebie.
Z żoną podjęliśmy decyzję, że jednak będziemy razem. Założyłem kanał na YouTube, który wypełnił mi lukę po piciu i graniu. Dostaliśmy mieszkanie. Trzeźwiałem. Podjąłem pracę z Hucie Ołowiu, zapewniając sobie tym samym stabilizację finansową. Jednak w roku 2021 problemy ze zdrowiem — dwa zawały serca i zator płucny — przewartościowały moje życie.
Żona została prezesem KST „Dwójka”, a ja — pomimo obaw związanych ze zdrowiem — sekretarzem.
Skupiłem się na samorozwoju, skończyłem PRO i gdyby nie mój ośli upór, już dawno byłbym terapeutą. Jak to na początku mówił mi Józek. Dziś jestem zastępcą prezesa KST „Dwójki””, w maju podchodzę do matury. Pomagam innym, ale też i sobie. Plany na przyszłość? Może studia i psychoterapia, ale są też inne opcje. Czas pokaże!
***
Do zwierzeń Maćka, chciałbym dodać jeszcze coś od siebie. Maciej to taki buntownik z wyboru, zawsze własną drogą. Jednak nie zawsze się to opłaca. Ponieważ, kiedy chodził do mnie na terapię, to zachęcałem go, aby poszedł tą drogą, którą idzie dziś! Gdyby mnie posłuchał i zrobił tak wcześniej, to byłby już terapeutą od uzależnień w szpitalu na ul. Korczaka w Katowicach, pewnie od kilku lat. Mam nadzieję, że kiedyś to nastąpi!RÓŻNOŚCI
Pod koniec lat ‘80 pracowałem w KWK „Staszic”, chyba na płuczce. Miałem nocną zmianę. Poszedłem więc wcześniej do sztygara z prośbą o wolne. Bardzo mi zależało. Zaproponowałem, że odrobię ten dzień w sobotę lub w niedzielę, bo często tak robiłem. Zapytał, czy znów mam imprezę suto zakrapianą alkoholem, bo zwykle z tego powodu brałem wolne. Nawet kilka razy zostałem wyrzucony z pracy do domu, bo przyszedłem pod wpływem. Oczywiście wtedy zdawało mi się, że jestem trzeźwy, a sztygar po prostu się na mnie uwziął.
Wracając do tematu: wolnego niestety nie dostałem, chociaż tym razem to nie o alkohol chodziło. Chodziło o film, który nadawano w TV. W tamtych czasach w Telewizji Polskiej były tylko dwa programy: pierwszy i drugi. Nie miałem wideo ani żadnych innych możliwości, aby nagrać film, na którym mi zależało. To był „Doktor Żywago” z Omarem Sharifem. Pierwszy raz nadawano go w TV. Była to adaptacja książki Borysa Pasternaka — autora, który za ten właśnie tytuł otrzymał Nagrodę Nobla. Niestety nigdy jej nie odebrał, bo ówczesne władze ZSRR nie pozwoliły mu na podróż i wyjazd z kraju.
Kino i filmy to od zawsze była znaczna i ważna część mojego życia! Chodziłem na tak zwane „konfrontacje” do kina „Rialto” w Katowicach.
A gdy już miałem wideo i zacząłem sobie nagrywać filmy na kasety, to nazbierało się ich ze dwa czy nawet trzy tysiące tytułów.
Chciałem więc tylko zobaczyć film w TV, a wszyscy od razu podejrzewali mnie o picie. Takie były skutki opinii, na którą niestety przez lata zasłużyłem sobie swoim alkoholizmem.
***
Taka mała konkluzja: co łączy film „Vabank 2”, piosenkę Jacka Kaczmarskiego „Nasza klasa” i film Janusza Morgensterna „Żółty szalik”? Chociaż chodzi raczej o jedną konkretną scenę z tego wspaniałego filmu.
Te trzy pozornie niezwiązane rzeczy łączy coś bardzo dla mnie ważnego — moje emocje! Ponieważ to ma u mnie wymiar wręcz cykliczny, opowiem o czym mowa. Film Jana Machulskiego — „Vabank 2” i jeden z jego bohaterów: Nuta — notoryczny pijak, wrak człowieka, oraz pamiętna scena, kiedy Kwinto z Maksem przychodzą do niego, żeby im założył podsłuch. Zawsze, gdy to oglądam, chce mi się płakać! Przez ponad kilkanaście lat mojego pijanego życia, czułem się dokładnie tak, jak Nuta w tej scenie. Wrakiem człowieka, pijaczyną upadłym na samo dno, zapijaczonym menelem. Wszystko czego w życiu się dotknąłem, to spieprzyłem! Użalałem się nad sobą, uciekając w alkoholizm.
I podobnie jak w tej scenie — bywałem w totalnym dołku. Mocno więc się z Nutą utożsamiałem. Zdarzało się, że w takich właśnie chwilach ktoś mnie odwiedził, czy to w domu na Nikiszowcu, czy spotkałem kogoś na ulicy, kogo dawno nie wiedziałem — np. profesora z liceum w Katowicach czy jakiegoś kolegę — bardzo się wstydziłem. Nie tylko tego, w jakim byłem stanie — pijany czy na kacu — ale także tego, iż nic sobą nie reprezentowałem. Nic nie udało mi się w życiu osiągnąć, do niczego dojść, może poza kolejnym detoksem czy odwykiem w szpitalu.
Kolejny film „Żółty szalik” i scena, gdy bohater grany przez Janusza Gajosa — prezes firmy, nałogowy alkoholik, wchodzi do restauracji, aby wypić kieliszek wódki. Przy stoliku obok siedzi pijak z typowymi objawami abstynencji — trzęsą mu się ręce i tylko czeka, aż ktoś mu postawi wódkę. To jestem ja, z mojego dawnego życia. Często bez kasy, na kacu, czekałem, aż ktoś się ulituje i kupi mi alkohol. I tak bardzo się tego wstydziłem. Do dziś nie potrafię w spokoju oglądać tego filmu!
I wreszcie piosenka Jacka Kaczmarskiego „Nasza klasa”, to najboleśniejsza z trzech wymienionych tu rzeczy. Jest tam taki fragment:
_„Janusz, ten co zawiść budził, że go każda fala niesie_
_Jest chirurgiem, leczy ludzi, ale brat mu się powiesił”_
Zawsze, gdy tego słucham, serce ściska mi ogromny żal! Nawet, gdy mój brat jeszcze żył i nie mogłem wiedzieć, co się stanie. Moja podświadomość jakby wiedziała, choć rozsadek zaprzeczał, że to przecież nie o mnie, nie mogło mnie dotyczyć! Do dziś nie potrafię sobie tego wytłumaczyć. Piosenka powstała w roku 1986, a mój brat — Marek — powiesił się wiele lat później. Dziś już nie potrafię słuchać tego utworu. Zbyt wiele emocji, a i mamy mi bardzo szkoda.OLA
Ola ma czterdzieści osiem lat i już od ponad roku chodzi do mnie na terapię grupową. Gdy na początku opowiadała o sobie, to wierzyć się nie chciało, że można tyle czasu pić, praktycznie codziennie wiele lat, a do tego normalnie funkcjonować. Chodzić do pracy, gotować, sprzątać, być matką i na dodatek nie ponosić żadnych konsekwencji swojego uzależnienia. Z dwudziestu lat picia codziennie! Wcześniejsze dziesięć lat picia, nieco mniej.
_„Nazywam się Olka, mam 48 lat, jestem alkoholiczką.”_
Nie pamięta swego pierwszego łyku alkoholu, za to pamięta, że jak była dzieckiem zarzekała się, iż nigdy nie spróbuje nawet alkoholu. Mówiła to swojej mamie, bo zbyt dobrze miała w pamięci, co nałóg zrobił z jej ojcem. Z fajnego, opiekuńczego, zabawnego faceta potrafił w jednej chwili przeobrazić się w kogoś zupełnie innego, agresywnego, nieodpowiedzialnego, a czasami śmiesznego. Nie rozumiała tego! Bardzo go kochała, jednak, mimo iż nigdy nie podniósł na nie ręki, razem z siostrą nie wiedziały, wracając do domu ze szkoły, w jakim ojciec będzie humorze. Czy będzie normalnie, czy też trzeba będzie chodzić na palcach, aby nie zbudzić złego wilka.
Mama robiła wszystko, aby córki miały normalne dzieciństwo. Ola uważa, że nawet jej się to udawało. Jej ojciec się powiesił, gdy Ola miała osiem lat. Płakały razem z siostrą. A siostra cieszyła się, że ich dwuletni brat nie będzie tego pamiętał. Mama wreszcie odetchnęła z ulgą.
Ola wspomina, że po alkohol sięgnęła gdzieś w wieku siedemnastu lat. W każdym razie chodziła jeszcze do liceum. Nie pamiętam nawet, czy to było wino, a może piwo? Wino polubiła. Pracowała, więc mogła sobie pozwolić na odkrywanie różnych smaków i gatunków. Ani się obejrzała i już była w momencie, gdy bardzo dobrze wiedziała, ile może wypić, aby się nie upić. Wiedziała, że nie może mieszać, bo ma potem kaca. Pokochała wina wytrawne, nie przepadała za słodkimi. Wódka była nie dla niej. Wino natomiast piła codziennie wieczorem, do kolacji, czasem zamiast kolacji. Początkowo lampka — dwie, nie licząc imprez w weekendy, na których alkoholu było znacznie więcej. Lubiła ten stan. Czekała na to cały dzień. To była jej nagroda, relaks, remedium na stres. Do głowy jej nie przyszło, że robi coś nie tak, że się uzależnia. Przecież nie chodziła pijana, była zorganizowana, zadbana, miała pracę, dobre relacje z chłopakiem. Uwielbiała wracać do domu, spędzać z nim czas, zjeść coś dobrego, obejrzeć film i … napić się dobrego wina. Było fajnie, lata mijały, zmieniali się mężczyźni i miejsca, ale rytuał picia pozostał.
Zmieniało się także to, że aby coś poczuć, musiała pić coraz więcej. W wieku trzydziestu jeden lat zaszła w ciążę. To był powód do rzucenia, nie tylko papierosów, ale i alkoholu. Udało się bez problemu. No może z papierosami było trudniej.
Niestety nie wyłapała chwili, gdy aby ruszyć z dniem, potrzebowała się napić. Niewiele, tylko trochę, by móc działać, się uśmiechnąć, pokonywać problemy dnia codziennego. Żeby ręce się nie trzęsły, żeby nie budzić się w nocy z niepokojem. Przegapiła też czas od kiedy picie przed pracą już jej nie wystarczało. Musiała przez osiem godzin w pracy, popijać po trochu. Wino też już nie wystarczało. Pojawiła się wódka. Ilość kupowanych małpek malinowej „Soplicy” przekroczyło już pięć — sześć butelek dziennie. Unikała imprez, towarzystwa, wolała napić się sama, w domu, ile chciała, kiedy chciała, co chciała. Wmawiała sobie, że od jutra przestanie, że aby jeden dzień bez alkoholu, to przecież musi się udać. Nie udawało! Z czasem przestała już oszukiwać sama siebie. Wiedziała, że to się nie uda. Coś mówiło jej w głowie, że bez tego alkoholu to już nie da rady, że będzie tak zawsze.
W grudniu 2024 roku straciła pracę. To było dno! Do dziś nie potrafi opisać wstydu ani strachu, jaki wtedy czuła. Potem już wszystko potoczyło się bardzo szybko. Trzeba było powiedzieć i mężowi, i mamie. Bardzo się bała, jednak dostała ogromne wsparcie, którego nawet się nie spodziewała.
Mama miała wyrzuty sumienia, że nie zauważyła, nie zareagowała wcześniej, a nawet jak córka wpadała z winem, piła razem z nią. Bolesna prawda była taka, że wszyscy lubili z nią pić. To mama skierowała ją na detoks i namówiła na terapię. Ola była świadoma tego, iż sama nie dałaby rady.
Dziś jest trzeźwa od ponad roku i nadal ciężko jej w to uwierzyć. Przez większość swojego dorosłego życia nie było dnia bez alkoholu. Rok 2025 był przełomowy. Był rokiem trzeźwienia, szarpaniny samej z sobą, bitwy silnej woli z chorym, uzależnionym umysłem. Naprawdę trudny, ciężki rok. Przed nią jeszcze sporo pracy, z czego doskonale zdaje sobie sprawę. Jeszcze tego nie czuje, że zwyciężyła samą siebie. Jednak dzięki wsparciu rodziny, prawdziwych przyjaciół, a przede wszystkim dzięki terapii wie, że idzie w dobrą stronę. Czuje się silniejsza, zaczyna rozumieć swoje błędy. Zaczyna wreszcie żyć.
Ola po dwudziestu latach codziennego picia, potrafiła wreszcie przestać. Zatrzymać tę obsesję, rozpocząć terapię i pracę nad sobą. Dała radę bez potrzeby leczenia w ośrodku stacjonarnym typu zamkniętego. Ze wsparciem tylko w moim gabinecie, pokazała, że ma w sobie ogromną siłę, że ma moc. Wielki dla niej za to szacunek! Ola ukończyła polonistykę na Uniwersytecie Śląskim, jednak nie pracuje w swoim zawodzie. Dziś idzie całkiem nową drogą!Nikisz — skrót nazwy Nikiszowiec — dzielnicy Katowic
Palimpsest alkoholowy, potocznie zwany „urwanym filmem”, to rodzaj tymczasowej amnezji następczej (brak pamięci świeżej) występującej po spożyciu dużej ilości alkoholu, mimo zachowania przytomności
Anticol to dostępny na receptę lek wspomagający leczenie uzależnienia od alkoholu, zawierający substancję czynną disulfiram.
Ajncla w gwarze śląskiej oznacza małe, zazwyczaj jednopokojowe mieszkanie, kanciapę lub kawalerkę.
Mendy (rzadziej mendoweszki) to potoczne określenie wszy łonowych (Pthirus pubis), pasożytów wywołujących wszawicę okolic intymnych.
Program HALT to prosta, akronimiczna metoda terapeutyczna stosowana w leczeniu uzależnień (głównie alkoholizmu) oraz w profilaktyce nawrotów.
ORMO (Ochotnicza Rezerwa Milicji Obywatelskiej) to utworzona w 1946 roku paramilitarna organizacja w PRL, podporządkowana PZPR, która wspomagała milicję w utrzymywaniu porządku.
Jabol to potoczne, pejoratywne określenie taniego, niskiej jakości wina owocowego (głównie jabłkowego).
Wodzionka (śląska wodzianka, sznelka) to tradycyjna, prosta zupa z kuchni śląskiej, nazywana „biedazupą”. Przygotowuje się ją z czerstwego chleba, czosnku, smalcu lub masła oraz wrzątku. Tuste — po śląsku, inaczej smalec lub wysmażona słonia.
Polska marka dostawczych samochodów.