Rozdziobią nas Loki, wrony. Kroniki Żelaznego Druida 9 - ebook
Rozdziobią nas Loki, wrony. Kroniki Żelaznego Druida 9 - ebook
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8062-695-9 |
| Rozmiar pliku: | 1,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Wskazówki dotyczące wymowy
Tak jak w poprzednich tomach podaję je tylko dla tych, którzy by chcieli wsparcia przy wymawianiu niektórych nazw. Oczywiście można je sobie wymawiać, jak się komu podoba – nie będzie na końcu sprawdzianu i przede wszystkim chodzi tu o dobrą zabawę. Ale na wypadek, gdyby ktoś miał taką słabość do nazw i słów jak ja, podaję kilka nowych wyrazów i kilka starych dla przypomnienia:
Irlandzkie słowa:
Creidhne: Krejnia
Emhain Ablach: Iwan Ablah. Jedna z irlandzkich krain, wyspa jabłek.
Flidais: Flidisz
Goibhniu: Gawnju
Scáthmhaide: Skaładże. Kij Granuaile.
Tuatha Dé Danann: Tuah De DonanW poprzednich tomach
Atticus O’Sullivan, urodzony w 83 r. p.n.e. jako Siodhachan Ó Suileabháin, większość długiego druidzkiego życia spędził na uciekaniu przed jednym z bogów Tuatha Dé Danann – Aenghusem Ógiem, który chciał odebrać mu Fragaracha, magiczny miecz ukradziony przez Atticusa w II w. n.e. To, iż Żelazny Druid posiadł sztukę utrzymywania wiecznej młodości i nijak jakoś nie chciał umrzeć, doprowadzało irlandzkiego boga do szału.
Kiedy Aenghus Óg znalazł Atticusa w jego kryjówce w Tempe w Arizonie, druid podjął przełomową decyzję – postanowił walczyć i w ten sposób nieświadomie uruchomił całą lawinę następstw, które spadają na niego mimo jego najszczerszych chęci, by siedzieć cicho i nikomu nie wchodzić w drogę.
W pierwszym tomie pod tytułem Na psa urok Atticus zyskał uczennicę – Granuaile MacTiernan, a ponadto: wyłowił naszyjnik, w którym skryła się indiańska wiedźma Laksha Kulasekaran, oraz odkrył, że jego zimne żelazo w aurze stanowi całkiem skuteczną ochronę na ogień piekielny. W końcu udało mu się też pokonać Aenghusa Óga (choć nie bez pomocy Morrigan, Brighid i okolicznej watahy wilkołaków). Przy okazji jednak spowodował poważne szkody wśród grupy czarownic, które nie były może szczególnie sympatyczne, ale jednak chroniły Phoenix i okolicę przed jeszcze gorszymi drapieżnikami.
Raz wiedźmie śmierć, drugi tom serii, opisuje zmagania Atticusa z tą sytuacją – konkurencyjny i zarazem o wiele bardziej niebezpieczny sabat próbuje przejąć terytorium Sióstr Trzech Zórz, a do tego w Scottsdale zalęgły się bachantki. Atticus decyduje się na pakt z Lakshą Kulasekaran i wampirem Leifem Helgarsonem, żeby z ich pomocą uwolnić jakoś miasto od tych zagrożeń.
W tomie trzecim – Między młotem a piorunem – nadchodzi czas, by zapłacić za te przysługi. Laksha i Leif chcą, żeby Atticus wybrał się na wyprawę do Asgardu i wystrychnął na dudka skandynawskich bogów. Atticus organizuje więc ekipę twardzieli i napada na nordyckie zaświaty – w sumie aż dwa razy – ignorując przy tym rady Morrigan i Jezusa Chrystusa, którzy ostrzegają go, że jest to bardzo zły pomysł i lepiej byłoby już nie dotrzymać słowa. Wszystko to kończy się epickich rozmiarów jatką i poważnymi stratami po stronie Azów, w tym śmiercią Norn i Thora oraz kalectwem Odyna. Wraz z wyeliminowaniem z gry Norn, które były dotąd odpowiedzialne za przeznaczenie, diabli biorą wszystkie stare przepowiednie – również te dotyczące Ragnaröku, który nagle może zacząć się już w każdej chwili, bo Azowie niewiele mogą teraz zrobić, by powstrzymać niecne plany Hel. W dodatku fiński bohater Väinämöinen nieświadomie przypomina Atticusowi o jeszcze innej przepowiedni – tym razem padającej z ust syren w rozmowie z Odyseuszem – i druida ogarnia złe przeczucie, że za trzynaście lat świat spłonie, co być może oznacza jakąś nową wersję Ragnaröku.
W obawie przed skutkami swoich błędów, a zarazem potrzebując czasu na dokończenie szkolenia uczennicy, Atticus pozoruje swoją śmierć. Pomaga mu w tym Kojot – w tomie czwartym pod tytułem Zbrodnia i Kojot. Zgodnie z najgorszymi obawami druida rzeczywiście pojawia się Hel i co gorsza, proponuje Atticusowi przejście na ciemną stronę mocy, bo przecież i tak zabił już tylu Azów. Druid pozbawia ją wszelkich złudzeń w tej kwestii, ale zaraz potem sam zostaje wykiwany przez Leifa Helgarsona i ledwo udaje mu się uniknąć śmierci z rąk prastarego wampira imieniem Zdenik. W zakończeniu książki pojawia się przynajmniej nikła nadzieja, że Atticusowi uda się dokończyć nauczanie Granuaile w spokoju, jaki daje im anonimowość.
W opowiadaniu Dwa kruki i jedna wrona z długiego snu budzi się Odyn, który doprowadza do rozejmu z Atticusem, wymuszając na nim zobowiązanie, że podczas ewentualnego Ragnaröku przejmie on obowiązki Thora, a przedtem jeszcze załatwi kilka spraw niecierpiących zwłok.
Po dwunastu latach nauki Granuaile jest gotowa do splecenia z ziemią, ale wszystko wskazuje na to, że wrogowie druida tylko czekali, żeby wreszcie wyszedł z ukrycia. W tomie piątym – Kijem i mieczem – Atticus musi się użerać z wampirami, mrocznymi elfami, faeriami i rzymskim bogiem Bachusem, aż w tym zamieszaniu ściąga na siebie uwagę jednego z najstarszych i najpotężniejszych panteonów tego świata.
Gdy Granuaile jest już pełnoprawną druidką, muszą z Atticusem uciekać przez całą Europę przed strzałami Diany i Artemidy, które obraziły się na nich śmiertelnie za złe potraktowanie Bachusa i kilku driad z Olimpu. Morrigan poświęca się, by dać Atticusowi szansę ucieczki, i tak zaczyna się tom szósty – Kronika wykrakanej śmierci. Biegnąc i walcząc z wszystkimi mocami, które zmówiły się przeciwko niemu, Atticus dociera wreszcie do Anglii, gdzie udaje mu się zyskać pomoc Herna Myśliwego oraz irlandzkiej bogini łowów Flidais. W końcu wspólnie dają radę pokonać Olimpijczyków i wynegocjować niepewny sojusz przeciwko Hel i Lokiemu. Pod koniec tego tomu Atticus odkrywa również, że przez wszystkie te stulecia jego archdruid tkwił na jednej z Wysp Czasu w Tír na nÓg, a gdy go stamtąd wyciąga, jego stary nauczyciel jest jak zawsze we wszawym nastroju.
W tomie siódmym, Nóż w lodzie, archdruid Owen Kennedy zaprzyjaźnia się z wilkołakami z Tempe i pomaga Atticusowi i Granuaile zdusić zamach stanu w Tír na nÓg. Granuaile przechodzi ciężką próbę w starciu z Lokim w Indiach, co zmienia ją raz na zawsze, a wysłannik antycznego wampira Theophilusa atakuje jednego z najstarszych przyjaciół Atticusa.
W opowiadaniu Preludium wojny Atticus konsultuje się w Etiopii z wybitną tyromantką, która ma mu doradzić, jak najlepiej odpowiedzieć na ataki wampirów, a Granuaile znów spotyka Lokiego, ale tym razem to ona zastawia na niego pułapkę.
Chcąc raz na zawsze pokonać Theophilusa i pozbyć się pradawnego źródła zła, w tomie ósmym, Kołek na dachu, Atticus wchodzi w sojusz z Leifem Helgarsonem. Granuaile tymczasem odkrywa, że Loki sprzymierza się z ciemnymi mocami z całego świata oraz w dość nietypowy sposób próbuje przewidzieć, kiedy najlepiej byłoby rozpocząć Ragnarök. Perun pomaga Granuaile pokonać starego wroga, a zarazem odebrać Lokiemu możliwość przewidywania przyszłości. Owen natomiast zakłada we Flagstaffie zupełnie nowy gaj druidzki, a Creidhne podarowuje mu nawet magiczne kastety. Dochodzi też do starcia między Owenem a pewnym trollem, co kiepsko się kończy dla nich obu. Zostaje zawarty Układ Rzymski – zgodnie z jego postanowieniami wampiry zobowiązują się do ewakuacji z terenów Polski oraz Ameryki Północnej na zachód od Gór Skalistych.
Po wydarzeniach opisanych w Kołku na dachu Atticus i jego wierny wilczarz Oberon rozwiązują kilka zagadek w okolicach Portlandu, co opisane zostało w tak zwanych „Mięsnych Tajemnicach Oberona”, czyli opowiadaniach pt. The Purloined Poodle oraz The Squirrel on the Train . Zaprzyjaźniają się przy tym z niejakim Earnestem Gogginsem-Smythe’em, który zobowiązuje się pilnować psów pod nieobecność Atticusa i Granuaile. W wyniku dochodzenia adoptują też nowego pieska, boston teriera imieniem Starbuck.
Ze zbioru opowiadań pt. Besieged dowiadujemy się o kilku wydarzeniach, które mają bezpośredni wpływ na niniejszą historię. Flidais popełnia sromotny błąd, zabierając Peruna do znajdujących się w Edynburgu „Tulaśnych lochów”. W Krakowie Granuaile musi wyegzekwować postanowienia Układu Rzymskiego na pewnych wampirzych szubrawcach, którzy działają pod dowództwem Kacpra Głowy. Druidzi zostają wezwani do Tasmanii, żeby ratować diabły tasmańskie przed wyginięciem, i na tę misję ruszają również uczniowie Owena. Atticus natomiast dowiaduje się od Morrigan, że Loki już zaraz rozpocznie Ragnarök, i przez to opowiada w końcu Oberonowi o tym, co się stało wiele wieków temu z jego przyjacielem rosomakiem.
I gdzieś tam po drodze była też chyba mowa o pudlicach i kiełbasie.Rozdział 1
Strzeliliśmy sobie kiedyś po kieliszku wina z Galileuszem, który pozostaje dla mnie jednym z największych geniuszy ludzkości, jakich miałem okazję poznać przez te moje dwadzieścia jeden wieków życia. I jednym z najodważniejszych. Pomyśleć tylko, jakimi się musiał wykazać potężnymi, włochatymi cojones, żeby tak się postawić Kościołowi katolickiemu w czasach, gdy instytucja ta rutynowo obalała monarchów i zabijała ludzi ku chwale swego boga (który swoją drogą pozwolił mi kiedyś postawić sobie whisky w Arizonie i stwierdził wówczas, że ogromnie nie lubi, jak ktoś go próbuje gloryfikować za pomocą morderstw, i te popełniane w jego imieniu bynajmniej nie stanowią tu wyjątku). A jednak Galileusz przeciwstawił się całemu chrześcijańskiemu światu i wyśmiał jego gówniany geocentryzm, nie bacząc na pogróżki – trzeba mieć żelazne nerwy, żeby dokonać czegoś takiego. I w ogóle się nie przejmował, że z początku nikt mu nie chciał wierzyć.
– Mam przecież matematykę – tłumaczył mi, sącząc wino. Po czym wskazał kubek i dodał: – A liczby są jak ten wyśmienity trunek, którym właśnie cieszymy nasze zmysły. Weryfikowalne, widoczne, istniejące niezależnie od nas i nieprzejmujące się zupełnie ludzką wiarą.
Taki był z tego Galileusza kosmiczny typek! Ha! Moje żarciki to są jednak beznadziejne, ale nic to.
W końcu Kościół musiał przyznać, że Galileusz miał rację – a do tego także, choć wiele lat po jego śmierci, że jego życie i praca stały się dosłownie punktem podparcia, na którym kręci się cały ten nasz świat. Rozwój nauk, które wykorzystywały jego metodę, przyniósł ludzkości wiele cudów. Ale i wiele zła.
Zaczynam się nawet ostatnio zastanawiać, czy sam nie jestem takim właśnie punktem podparcia dla dobra i zła – i to mimo że robię, co mogę, żeby zachować anonimowość. Zawsze starałem się trzymać z dala od historii, a tymczasem wciąż mi jej przybywało. Przez większość życia zdawało mi się, że nie prowadzi ono do żadnego specjalnego punktu kulminacyjnego ani oszałamiającego osiągnięcia, poza moim przetrwaniem, ale wydarzenia ostatnich lat sprawiły, że już sam nie wiem, co o tym wszystkim myśleć.
Zgodnie z tym, co zapowiedziała Morrigan podczas swojej koszmarnej wizyty, Ragnarök rozpocznie się już za kilka dni, a to nie wróży nikomu nic dobrego, bo apokalipsy z definicji nie kończą się happy endem. Być może uda mi się zrobić jeszcze coś, co zminimalizuje zniszczenia, ale choćbym nie wiem jak się starał, nie wymażę już tego drobnego faktu, że w ogóle by się to wszystko nie działo, gdybym nie zabił Norn i nie zmienił losu nordyckiego panteonu. To w zasadzie całkowicie moja wina i czuję się z tym mniej więcej tak, jakbym miał na karku dziewięciotonowego albatrosa. I obawiam się, że nie wywinę się z tego z taką łatwością jak stary marynarz Coleridge’a. Opowiadanie swojej historii przygodnym gościom weselnym to naprawdę dość łagodna kara i pewnie obowiązuje tylko przy zawaleniu pomniejszych spraw.
Całe szczęście, że mam przyjaciela, który potrafi udźwignąć takie ciężary i pomaga mi na chwilę o nich zapomnieć.
poprosił Oberon, kładąc łapy na splecionym drzewie w Tasmanii, bo zamierzaliśmy właśnie wracać do domu, który od jakiegoś czasu mieliśmy w Oregonie. Mój wilczarz irlandzki miał chrapkę na prawdziwą ucztę, nim wybiorę się na walkę z bogami, potworami i rozmaitymi demonami z różnych panteonów. Rzucił mi wyzwanie polegające na tym, żebym zorganizował jemu, Orlaith i naszemu nowemu boston terierowi Starbuckowi wspaniałą ucztę mięsną w stylu barów sałatkowych. Starbucka adoptowaliśmy podczas naszej próby walki z przestępczością w Portlandzie (tę naszą historię Oberon zatytułował nieco pompatycznie: „Sprawa porwanego pudla”). .
– Znajdzie się przedstawiciel każdej z pięciu kategorii mięsa – zapewniłem go.
.
– Oczywiście. Nie miałeś przypadkiem jakiejś maksymy na ten temat?
.
– Hm… Wydaje mi się, że coś ci się pomieszało z tym cytatem, Oberonie. Przede wszystkim miało być „każdemu według jego potrzeb”…
.
Analizy Oberona stanowiły dla mnie zawsze źródło niekończącej się uciechy.
– Świetna robota. Z pewnością nie da się tego inaczej rozumieć. I już jesteśmy na miejscu.
Przeniosłem nas do naszego domku nad rzeką McKenzie w Willamette National Forest. Oberon natychmiast zaczął krzyczeć mentalnie do pozostałych dwóch psów.
.
zawtórował wysokim głosikiem Starbuck, używając swojego dość ograniczonego jeszcze słownictwa.
ucieszyła się Orlaith i oboje wypadli na dwór przez klapę dla psów, Orlaith trochę z tyłu, bo była w ciąży i zbliżał się już termin porodu.
Dałem się porządnie oblizać. Głaskałem trzy psy tylko dwiema rękoma, a one wypytywały mnie o szczegóły mojego projektu baru mięsno-sosowego. Musiałem się im przyznać, że nie znam jeszcze szczegółów.
Oberon był święcie oburzony.
.
– Całe mięso? Przecież to niemożliwe, Oberonie.
.
– Naprawdę. Przynajmniej w tym czasie, który mogę na to przeznaczyć. Może mógłby to być nasz cel na przyszłość. Ale na razie musimy się ograniczyć do tego, co uda się kupić w Eugene. Earnest w domu?
Earnest Goggins-Smythe został niedawno naszym niańkiem do psów i naprawdę ratował nas bardzo od kilku tygodni, szczególnie że zbliżał się przecież termin porodu Orlaith. Miał pudla Jacka i boksera zwanego Algernonem, w skrócie Algy. Teraz oba psy zostały z nim w środku.
powiedziała Orlaith.
– Powinienem się pewnie przywitać i upewnić, że nie ma nic przeciwko temu, żeby Jack i Algy uczestniczyły w tym mięsnym stole szwedzkim. A potem chcielibyście pojechać ze mną do Eugene, żeby kupić mięso? Moglibyście mi doradzić, co wybrać.
zachwyciła się Orlaith.
krzyknął Starbuck.
dorzucił swoje Oberon.
– To chcesz jechać czy nie?
.
– Dobra, to poczekajcie tu, a ja pogadam z Earnestem.
Upewniwszy się, że Jack i Algy też mogą wziąć udział w naszej mięsnej biesiadzie, zapakowałem moje psy do niebieskiego pikapa – chevroleta rocznik 1954, którego nabyłem podczas naszej eskapady zatytułowanej przez Oberona Wiewiórka z pociągu. Oberon wyjrzał przez tylną szybę kabiny na skrzynię ładunkową i krytycznie stwierdził:
.
– Z pewnością starczy, Oberonie.
– A co z resztkami, Atticusie? Co z resztkami, które miały nam zostać na ten czas, gdy wyjedziesz?!>.
– Nie obiecuję nic ponad ucztę skomponowaną z mięs i sosów. I może jeszcze jakąś historyjkę o sławnym psie, którą mogę ci opowiedzieć w drodze do mięsnego, żebyś się trochę uspokoił.
Orlaith od razu nastawiła uszu.
– Może raczej o piesku, bo w sumie był to beagle.
powiedział Oberon. .
zapytała Orlaith.
– Bingo.
.
– Otóż to. Mogę wam opowiedzieć prawdziwą historię psa Bingo, o którym mowa w tej piosence.
Orlaith przekrzywiła z zaciekawieniem łeb. Wyjechaliśmy już na drogę i trochę nam było ciasno, bo wilczarze ledwo się mieściły, a Starbuck musiał mi siedzieć na kolanach. Aż drżał z ekscytacji. .
– Tak, ale są też wcześniejsze wersje tej piosenki, w których pojawiały się wzmianki o jego bohaterskich czynach. I tak się składa, że znam szczegóły tychże czynów.
Oberon aż przestał się wpatrywać w skrzynię i wyobrażać sobie, jak będzie wyglądała załadowana mięsiwem.
.
W osiemnastym wieku, tuż przed rewolucją agrarną i przemysłową, żył sobie wśród główek kapusty na wyżynie południowoszkockiej, czyli tuż przy granicy z Brytami, pewien chłop, który zwał się po gaelicku Dúghlas Mac Támhais, po angielsku Douglas McTavish. Poza polem kapusty i pastwiskiem miał jeszcze oborę, gdzie trzymał krowę i konia, a do tego, co najważniejsze, kurnik. Bo kurczaki – skromni potomkowie dinozaurów – są tak pyszne, że należy je koniecznie chronić przed lisami. A ponieważ kapusta też jest, zdaniem niektórych zwierząt, smakowita, ona również wymaga ochrony – przed królikami i tym podobnymi. I tu właśnie pojawia się w naszej historii Bingo: połowa jego zadania polegała na tym, żeby chronić gospodarstwo, a druga, żeby być uroczym. Bingo wykonywał całe to zadanie celująco.
A jednak martwił się o swojego człowieka. Otóż Dúghlas pił coraz więcej piwa, a zaczął po tym, gdy nastąpiła tragedia – stracił żonę przy porodzie ich pierwszego dziecka, a potem jeszcze także dziecko zmarło od gorączki. Dúghlas zupełnie się załamał i pogrążył w alkoholizmie, a Bingo zaczynał się obawiać, że jego człowiek nigdy już nie dojdzie do siebie.
Pewnej nocy, gdy Dúghlas wpatrywał się właśnie z wściekłością w zapiekankę z ziemniaków i kapusty – potrawę zwaną rumbledethumps – Bingo wyskoczył jak z procy na dwór i Dúghlas słusznie założył, że mają nieproszonego gościa. Był już nieźle wcięty, gdy chwycił za muszkiet, który trzymał zresztą naładowany z myślą o tego typu nagłych sytuacjach. Do kurnika właśnie zakradał się lis. Bingo w pogoni za nim skierował się w stronę sąsiedniego gospodarstwa. Jako że byli to bardzo dobrzy sąsiedzi, w płocie oddzielającym te dwa obejścia był przełaz i sprytny lis przeszedł po nim. Bingo skoczył za lisem i o tym właśnie opowiada pierwszy wers oryginalnej wersji tej piosenki: „Pies gospodarza skoczył przez płot, na imię miał on Bingo”. Druga zwrotka opowiada natomiast o skłonności tegoż gospodarza do alkoholu, a fakt ten zasługiwał na uwiecznienie w pieśni, ponieważ biedaczyna tak się już zalał, że zdecydowanie nie powinien był się gramolić na strome schodki przełazu. Nawet udało mu się po nich wejść, ale zaraz potem nastąpiła katastrofa. Potknął się, niechcący nacisnął spust i wypalił, po czym runął na ziemię, uderzając głową o dolny stopień. Stracił przytomność i w dodatku krwawił. Gdy tylko Bingo usłyszał wystrzał i uświadomił sobie, że jego człowiek raptem przestał złorzeczyć, natychmiast poniechał gonitwy za lisem. Pomknął z powrotem do Dúghlasa i próbował go obudzić, nawet oblizał mu nos, ale wszystko na nic. Popędził więc co sił w łapach do sąsiadów i szczekał tak długo, aż z domu wyszli ludzie, a potem biegał w tę i z powrotem, żeby się domyślili, że chce im coś pokazać. Poszli w końcu za Bingiem, zobaczyli Dúghlasa, przynieśli go do domu, obmyli i zabandażowali mu głowę. Była wtedy u nich w odwiedzinach ich kuzynka, młoda Kimberly Mayfield. Uznała, że Dúghlas jest przystojny, a Bingo uroczy. Nawet dała mu kiełbaskę z sosem za to, że jest takim dobrym pieskiem. A gdy Dúghlas się ocknął, ujrzał czułą i piękną Kimberly, którą wyraźnie lubił jego pies, właściwie więc sprawa była już przesądzona – znów się zakochał. Dlatego właśnie kolejna zwrotka tej starej piosenki brzmi: „Gospodarz kochał piękną pannę, więc dał jej swój pierścionek”. I na tym właściwie kończy się piosenka, ale dodam jeszcze, że Dúghlas przestał pić i znów stał się sobą. I dlatego właśnie Bingo został uwieczniony w piosence. Uratował pyszne kury przed pożarciem przez lisa, a swojego człowieka przed śmiercią. I w dodatku pomógł mu znów odnaleźć miłość. Tylko że wszystko to jakoś uległo zapomnieniu i została tylko ta dość prosta piosenka dla dzieci.
spytała Orlaith. .
– Nie, ale poznałem jego syna… Tego, którego miał z Kimberly. Spotkałem go wiele lat później w Ameryce. Wielu chłopów przypłynęło tu wtedy zza oceanu na skutek brutalnych wysiedleń, jak to się teraz nazywa.
oświadczył Oberon.
– Tak?
.
.
.
– Może. Jak by brzmiała?
który uwielbiał sosik!
S-o-o-o-sik! S-o-o-o-sik!
S-o-o-o-sik!
Jak on uwielbiał sosik!>.
dorzucił Starbuck w ramach aplauzu.
Dłuższą chwilę wymyślali kolejne zwrotki, a potem przez resztę drogi po kolei wystawiali łby za okno.
Kiedy dotarliśmy do miasta, psy zostały na skrzyni pikapa, a ja wszedłem po mięso i składniki na sosy. Wysłałem im mentalny obraz dostępnych mięs, a one wybrały, co który chciał – udało mi się je przekonać, że mają się zdecydować na jakieś jednak konkretne, bo nie będziemy kupować wszystkiego. Powody były praktyczne – nie miałem tyle czasu ani tyle miejsca w kuchni, żeby im przyrządzić wszystko. Chciałem jednak poświęcić chwilę, żeby ten posiłek był naprawdę wart zapamiętania, bo nie wiedziałem przecież, kiedy znów będę w domu. Zagapiłem się przez moment na szczelnie zapakowane upiorne czerwone fale mielonej wołowiny, bo dotarło do mnie, że może już nigdy nie wrócę do domu, tylko skończę gdzieś jako pożywienie dla robaków opakowane jedynie w skórę miast styropianu i celofanu, ale poza tym jakże podobne do tej chudej wołowiny w mięsnym. I na niewiele zda się wtedy mój duszołap. Oberon postawił sprawę jasno – chciał iść ze mną bez względu na niebezpieczeństwo, ale powiedziałem mu, że nie zniósłbym myśli, że mu się coś stało. Potrzebowałem domu, do którego mógłbym wrócić. Starałem się nie myśleć, jak wyglądałoby jego życie beze mnie albo moje życie bez niego; każdy z nas czułby się wtedy jak zbity pies, że tak powiem. I żaden nawet by nie miał ochoty na taką ucztę, jaką dziś planowaliśmy. Pewnie w ogóle nie mielibyśmy chęci jeść, gdybyśmy nie mieli siebie nawzajem do towarzystwa.
ostrzegł mnie lojalnie Oberon, wyrywając mnie z otchłani czarnej melancholii. .
dodała znacząco Orlaith.
Moje ukochane pieski.
Gdy dotarliśmy do domu, Earnest zaczął mi pomagać w kuchni, ale z pięcioma pałętającymi się pod nogami czworonogami nie było łatwo, musiałem więc je wyprosić. Mogły się ślinić i komentować do woli, ale z bezpiecznej odległości. W planie była duszona wołowina, pieczony kurczak (ale nie byle jaki, tylko bojowiec indyjski), kiełbasa suszona dojrzewająca, żeberka z grilla oraz pięć różnych sosów. Do tego zalaliśmy już rybę sokiem z cytryny, żeby zrobić ceviche, na grillu obok żeberek leżały steki z włócznika, a na deskach z cedru ułożyłem cienko pokrojoną wędlinę.
Gdy wszystko było w końcu gotowe, rozłożyliśmy mięsiwa na stole w jadalni – jako że nie mieliśmy prawdziwego baru – a sosy przelaliśmy do sosjerek. Usadziliśmy z Earnestem psy przy stole i strzeliliśmy parę fotek ich głodnych i podekscytowanych pysków. Potem daliśmy każdemu psu po talerzu i spytaliśmy, na co mają ochotę, choć i tak doskonale wiedzieliśmy, że popróbują wszystkiego, a potem dopiero wezmą dokładkę tego, co im będzie najbardziej smakowało.
powiedziała Orlaith.
.
dorzucił swoje Starbuck.
Sprzątanie było nie lada wyzwaniem, ale daliśmy z Earnestem radę, a potem udało mi się jeszcze zdrzemnąć parę godzin, nim nad ranem pogłaskałem je wszystkie po brzuchach, ucałowałem łebki i zapewniłem, że je kocham. Wymknąłem się tylnymi drzwiami, z ulgą myśląc, że będą tu bezpieczne, gdy ja będę musiał się zabrać do sprzątania swojego bałaganu. Najwyższy czas pozbyć się tego dziewięciotonowego albatrosa z karku.
Morrigan bynajmniej nie zniżyła się podczas swojej ostatniej wizyty do podania mi konkretnych szczegółów. Powiedziała tylko, że Loki wkrótce zacznie działać, ale nie uściśliła ani kiedy, ani gdzie. Żeby skutecznie zapobiec katastrofie, musiałem zdobyć więcej informacji i doskonale wiedziałem, skąd je wziąć. Moje rzucanie różdżkami byłoby w tej sytuacji do niczego. Potrzebowałem pomocy wybitnego jasnowidza, który naprawdę potrafiłby dojrzeć szczegóły przyszłości. Tyromantka Mekera nieraz mi już pomagała w takich sprawach i liczyłem na to, że i tym razem mi nie odmówi.
Od niedawna mieszkała na wyspie Emhain Ablach. Była to jedna z dziewięciu irlandzkich krain i teoretycznie władał nią Manannán Mac Lir, ale dla Mekery najważniejsze było to, że można się tam dobrze ukryć przed wampirami.
Teraz jednak zagrożenie to minęło, bo rzeczone wampiry spotkała ostateczna śmierć, Mekera mogła więc wrócić na Ziemię, jeśli tylko miała na to ochotę.
Okazało się, że owszem, ma. Właściwie to gdy ją spotkałem, jakby się nieco spieszyła.
– Co się dzieje? – zaniepokoiłem się.
– Tu są duchy. Pojawiły się całkiem niedawno. Bardzo to dziwne.
– Atakowały cię?
– Nie, ale nie muszą mnie atakować, żeby mnie nastraszyć.
– Hmm, być może to dlatego, że Manannán Mac Lir przestał być psychopompem. I Morrigan też. W rezultacie umarli leżą, gdzie chcą, zamiast tam, gdzie powinni.
– Ja w każdym razie chcę się stąd wydostać.
– Właśnie to chciałem ci zaproponować. I poprosić o ser.
Ręce jej opadły.
– Mogłam się domyślić. Czego tym razem chciałbyś się dowiedzieć?
– Podobno niedługo ma się zacząć Ragnarök. Chciałbym wiedzieć, gdzie i kiedy konkretnie nastąpi pierwszy atak.
– Dobrze – powiedziała z rezygnacją. – Czyli jak zwykle zadanie łatwe i przyjemne. To gdzie w dzisiejszych czasach robi się dobre sery?
Wzruszyłem ramionami.
– W różnych miejscach. Co powiesz na Francję? Byłaś tam kiedyś?
Mekera natychmiast się ożywiła.
– A! Le fromage! Do Francji zatem. Nawet chętnie się czegoś od nich nauczę, a może i ich warto by czegoś nauczyć.
Pomogłem jej zebrać dobytek i przenieśliśmy się do niewielkiego zagajnika pod Poitiers w rejonie kozich serów. Mekera może sobie potem wybrać inną okolicę, ale moim zdaniem ta ma dużo uroku i uznałem, że powinniśmy znaleźć tu wszystko, czego jej trzeba, unikając przy tym pakowania się w paryski zgiełk. Przez wszystkie te lata Mekera z pewnością przyzwyczaiła się do pustelniczego życia i nawet stosunkowo zaciszne Poitiers może wywołać u niej szok.
– Dawno nie mówiłam po francusku. Nie wiem, czy w ogóle jeszcze potrafię.
– Przypomnisz sobie. A na razie zawsze możesz się dogadywać po angielsku.
– Tak myślisz? – Rozejrzała się po ulicach z powątpiewaniem. Szliśmy już do supermarketu, żeby mogła sobie kupić składniki na ser. – Nie widzę tu nikogo, kto by wyglądał tak jak ja. Może to jednak nie był najlepszy pomysł.
Uśmiechnąłem się, bo tak właśnie myślałem, że będzie miała wątpliwości.
– Wejdźmy przynajmniej do sklepu i zróbmy ten ser. Jeśli do tego czasu nie poczujesz się tu lepiej, zabiorę cię gdzie indziej.
Mekera przystała na to, ale rozglądała się czujnie i lekko kuliła. A jednak, gdy tylko weszliśmy do sklepu i chwyciła koszyk, jej lęk społeczny ustąpił zawodowej fascynacji i skupiła się na poszukiwaniu składników. Poza tym zauważyła szybko, że nie wszystkie twarze innych klientów są białe, i już po chwili kiwała zdawkowo głową i uśmiechała się uprzejmie do nieznajomych. A przy lodówce z nabiałem zmieniła się nie do poznania. Wyciągała z niej właśnie kozie mleko, gdy odwróciła się nagle i ujrzała kobietę w bardzo podobnym stroju. Była to szata w stylu erytrejskim: lekka tunika z czarno-złotym wyszywanym pasem, który zdobił dekolt i ciągnął się w dół aż na wysokość brzucha. Zdobny pas Mekery był wyszywany niebieskimi i czarnymi nićmi, ale poza tym te dwie kobiety wyglądały niemal identycznie. Spojrzały na siebie z ciekawością. Nieznajoma, której skóra, zupełnie jak u Mekery, była w odcieniu głębokiej, zimnej umbry, odezwała się pierwsza:
– Jest pani z Erytrei? – spytała po francusku.
– Oui – odpowiedziała Mekera. – Vous?
Nieznajoma przytaknęła i uśmiechnęła się olśniewająco, po czym natychmiast zaczęły mówić w swoim ojczystym języku, którego nie znałem. Odsunąłem się tak, żeby Mekera nie czuła, że powinna mnie przedstawić. Udało mi się to bardzo skutecznie, bo kompletnie o mnie zapomniała z tej ekscytacji, że tak daleko od domu spotkała kogoś z Erytrei.
Ich rozmowa trwała i trwała, a ja udawałem, że wczytuję się w składniki stojących niedaleko puszek krakersów. Nawet zacząłem się zastanawiać, czy nie wyczuwam w ich głosach czegoś nowego. Zaryzykowałem i rzuciłem magicznym okiem na ich aury. I rzeczywiście – ujrzałem blask podniecenia. Zaiskrzyło między nimi. No i fajnie.
Nagle nieznajoma zadała Mekerze jakieś pytanie, które sprawiło, że tyromantka przypomniała sobie, że nie przyszła tu sama. Rozejrzała się i machnęła na mnie. Lekko speszona przedstawiła mnie jako Connora Molloya. Jej nowa znajoma powiedziała, że na imię jej Fiyori.
– Bardzo mi miło – zapewniłem ją po francusku. – Nie przeszkadzajcie sobie. Nigdzie mi się nie spieszy.
Wycofałem się i wróciłem do jeszcze głębszej analizy składników krakersów.
Po jakimś czasie Mekera sama do mnie przyszła. Promieniała.
– Fiyori dała mi swój numer telefonu! Wiesz, co to oznacza?
– Że cię polubiła.
– Nie! Znaczy tak, ale to przede wszystkim oznacza, że muszę sobie kupić telefon!
– Też prawda. To chodźmy to załatwić.
Zabraliśmy nasze zakupy do hotelu apartamentowego, gdzie wynajęliśmy jej na miesiąc pokój z kuchnią. Milcząca umowa była taka, że w zamian za tyromancję pomogę Mekerze zacząć tu – albo gdziekolwiek zechce – nowe życie. W ten sposób będzie miała czas, żeby przenieść tu swój majątek i zorganizować sobie coś bardziej na stałe.
Starałem się jak mogłem jej nie pospieszać, gdy zabrała się do robienia koziego sera. Była najlepszą na świecie tyromantką i umiała w szczegółach procesu ścinania się sera dojrzeć przyszłość o wiele dokładniej, niż ja bym potrafił jakąkolwiek inną metodą wróżenia. Zapisałem jedno pytanie, choć prawdę powiedziawszy, miało wiele części. Kiedy była już gotowa, przeczytała na głos: „Kiedy i gdzie pojawią się Loki, Hel i Jörmungandr, żeby rozpocząć Ragnarök?”. Skinęła mi tylko głową i westchnęła.
– Dobra, zaczynamy. – Wpatrywała się w pojemnik z nierdzewnej stali, w którym znajdowało się kozie mleko. Dodała podpuszczkę i rozpoczęła się koagulacja.
Przygotowałem sobie hotelowy notesik i długopis.
– Najpierw Jörmungandr. Przy małym półwyspie na południe od Skibbereen. Przy jednym z tych irlandzkich fortów.
– Kiedy?
– W czwartek rano, nic dokładniejszego nie potrafię powiedzieć.
W czwartek. Torsdag, Thursday, czyli dzień Thora. Oczywiście, że Loki będzie chciał wtedy właśnie zacząć. Zatem zostały już tylko trzy dni.
– A pozostali?
– Loki i Hel pojawią się razem tego samego dnia, ale po południu. Gdzieś w Szwecji. Na północnym skraju jakiegoś jeziora?
– Już wiem gdzie. To tam spleciony jest korzeń Yggdrasilu. Cholera. Muszę podzwonić po ludziach.
– A ja muszę mieć telefon – przypomniała mi Mekera. – Żebym też mogła do kogoś zadzwonić.
– Jasne. Załatwię ci telefon na kartę. Zaraz wracam.
Bez trudu znalazłem jakiś sklepik, w którym sprzedawano komórki. Kupiłem jedną, aktywowałem i dałem jej, jeszcze raz dziękując i życząc szczęścia.
– Ale pospiesz się z tym telefonem do Fiyori – dodałem jeszcze.
– Dlaczego?
– Dlatego, że wpadłaś jej w oko. A czwartek tuż-tuż. Zrobię, co w mojej mocy, Mekero, ale może mi się nie udać. Nie zaczynaj żadnych serów, które długo dojrzewają.
– To w ogóle nie jest śmieszne, Atticusie.
– Nie, nie jest. Ani trochę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Tak jak w poprzednich tomach podaję je tylko dla tych, którzy by chcieli wsparcia przy wymawianiu niektórych nazw. Oczywiście można je sobie wymawiać, jak się komu podoba – nie będzie na końcu sprawdzianu i przede wszystkim chodzi tu o dobrą zabawę. Ale na wypadek, gdyby ktoś miał taką słabość do nazw i słów jak ja, podaję kilka nowych wyrazów i kilka starych dla przypomnienia:
Irlandzkie słowa:
Creidhne: Krejnia
Emhain Ablach: Iwan Ablah. Jedna z irlandzkich krain, wyspa jabłek.
Flidais: Flidisz
Goibhniu: Gawnju
Scáthmhaide: Skaładże. Kij Granuaile.
Tuatha Dé Danann: Tuah De DonanW poprzednich tomach
Atticus O’Sullivan, urodzony w 83 r. p.n.e. jako Siodhachan Ó Suileabháin, większość długiego druidzkiego życia spędził na uciekaniu przed jednym z bogów Tuatha Dé Danann – Aenghusem Ógiem, który chciał odebrać mu Fragaracha, magiczny miecz ukradziony przez Atticusa w II w. n.e. To, iż Żelazny Druid posiadł sztukę utrzymywania wiecznej młodości i nijak jakoś nie chciał umrzeć, doprowadzało irlandzkiego boga do szału.
Kiedy Aenghus Óg znalazł Atticusa w jego kryjówce w Tempe w Arizonie, druid podjął przełomową decyzję – postanowił walczyć i w ten sposób nieświadomie uruchomił całą lawinę następstw, które spadają na niego mimo jego najszczerszych chęci, by siedzieć cicho i nikomu nie wchodzić w drogę.
W pierwszym tomie pod tytułem Na psa urok Atticus zyskał uczennicę – Granuaile MacTiernan, a ponadto: wyłowił naszyjnik, w którym skryła się indiańska wiedźma Laksha Kulasekaran, oraz odkrył, że jego zimne żelazo w aurze stanowi całkiem skuteczną ochronę na ogień piekielny. W końcu udało mu się też pokonać Aenghusa Óga (choć nie bez pomocy Morrigan, Brighid i okolicznej watahy wilkołaków). Przy okazji jednak spowodował poważne szkody wśród grupy czarownic, które nie były może szczególnie sympatyczne, ale jednak chroniły Phoenix i okolicę przed jeszcze gorszymi drapieżnikami.
Raz wiedźmie śmierć, drugi tom serii, opisuje zmagania Atticusa z tą sytuacją – konkurencyjny i zarazem o wiele bardziej niebezpieczny sabat próbuje przejąć terytorium Sióstr Trzech Zórz, a do tego w Scottsdale zalęgły się bachantki. Atticus decyduje się na pakt z Lakshą Kulasekaran i wampirem Leifem Helgarsonem, żeby z ich pomocą uwolnić jakoś miasto od tych zagrożeń.
W tomie trzecim – Między młotem a piorunem – nadchodzi czas, by zapłacić za te przysługi. Laksha i Leif chcą, żeby Atticus wybrał się na wyprawę do Asgardu i wystrychnął na dudka skandynawskich bogów. Atticus organizuje więc ekipę twardzieli i napada na nordyckie zaświaty – w sumie aż dwa razy – ignorując przy tym rady Morrigan i Jezusa Chrystusa, którzy ostrzegają go, że jest to bardzo zły pomysł i lepiej byłoby już nie dotrzymać słowa. Wszystko to kończy się epickich rozmiarów jatką i poważnymi stratami po stronie Azów, w tym śmiercią Norn i Thora oraz kalectwem Odyna. Wraz z wyeliminowaniem z gry Norn, które były dotąd odpowiedzialne za przeznaczenie, diabli biorą wszystkie stare przepowiednie – również te dotyczące Ragnaröku, który nagle może zacząć się już w każdej chwili, bo Azowie niewiele mogą teraz zrobić, by powstrzymać niecne plany Hel. W dodatku fiński bohater Väinämöinen nieświadomie przypomina Atticusowi o jeszcze innej przepowiedni – tym razem padającej z ust syren w rozmowie z Odyseuszem – i druida ogarnia złe przeczucie, że za trzynaście lat świat spłonie, co być może oznacza jakąś nową wersję Ragnaröku.
W obawie przed skutkami swoich błędów, a zarazem potrzebując czasu na dokończenie szkolenia uczennicy, Atticus pozoruje swoją śmierć. Pomaga mu w tym Kojot – w tomie czwartym pod tytułem Zbrodnia i Kojot. Zgodnie z najgorszymi obawami druida rzeczywiście pojawia się Hel i co gorsza, proponuje Atticusowi przejście na ciemną stronę mocy, bo przecież i tak zabił już tylu Azów. Druid pozbawia ją wszelkich złudzeń w tej kwestii, ale zaraz potem sam zostaje wykiwany przez Leifa Helgarsona i ledwo udaje mu się uniknąć śmierci z rąk prastarego wampira imieniem Zdenik. W zakończeniu książki pojawia się przynajmniej nikła nadzieja, że Atticusowi uda się dokończyć nauczanie Granuaile w spokoju, jaki daje im anonimowość.
W opowiadaniu Dwa kruki i jedna wrona z długiego snu budzi się Odyn, który doprowadza do rozejmu z Atticusem, wymuszając na nim zobowiązanie, że podczas ewentualnego Ragnaröku przejmie on obowiązki Thora, a przedtem jeszcze załatwi kilka spraw niecierpiących zwłok.
Po dwunastu latach nauki Granuaile jest gotowa do splecenia z ziemią, ale wszystko wskazuje na to, że wrogowie druida tylko czekali, żeby wreszcie wyszedł z ukrycia. W tomie piątym – Kijem i mieczem – Atticus musi się użerać z wampirami, mrocznymi elfami, faeriami i rzymskim bogiem Bachusem, aż w tym zamieszaniu ściąga na siebie uwagę jednego z najstarszych i najpotężniejszych panteonów tego świata.
Gdy Granuaile jest już pełnoprawną druidką, muszą z Atticusem uciekać przez całą Europę przed strzałami Diany i Artemidy, które obraziły się na nich śmiertelnie za złe potraktowanie Bachusa i kilku driad z Olimpu. Morrigan poświęca się, by dać Atticusowi szansę ucieczki, i tak zaczyna się tom szósty – Kronika wykrakanej śmierci. Biegnąc i walcząc z wszystkimi mocami, które zmówiły się przeciwko niemu, Atticus dociera wreszcie do Anglii, gdzie udaje mu się zyskać pomoc Herna Myśliwego oraz irlandzkiej bogini łowów Flidais. W końcu wspólnie dają radę pokonać Olimpijczyków i wynegocjować niepewny sojusz przeciwko Hel i Lokiemu. Pod koniec tego tomu Atticus odkrywa również, że przez wszystkie te stulecia jego archdruid tkwił na jednej z Wysp Czasu w Tír na nÓg, a gdy go stamtąd wyciąga, jego stary nauczyciel jest jak zawsze we wszawym nastroju.
W tomie siódmym, Nóż w lodzie, archdruid Owen Kennedy zaprzyjaźnia się z wilkołakami z Tempe i pomaga Atticusowi i Granuaile zdusić zamach stanu w Tír na nÓg. Granuaile przechodzi ciężką próbę w starciu z Lokim w Indiach, co zmienia ją raz na zawsze, a wysłannik antycznego wampira Theophilusa atakuje jednego z najstarszych przyjaciół Atticusa.
W opowiadaniu Preludium wojny Atticus konsultuje się w Etiopii z wybitną tyromantką, która ma mu doradzić, jak najlepiej odpowiedzieć na ataki wampirów, a Granuaile znów spotyka Lokiego, ale tym razem to ona zastawia na niego pułapkę.
Chcąc raz na zawsze pokonać Theophilusa i pozbyć się pradawnego źródła zła, w tomie ósmym, Kołek na dachu, Atticus wchodzi w sojusz z Leifem Helgarsonem. Granuaile tymczasem odkrywa, że Loki sprzymierza się z ciemnymi mocami z całego świata oraz w dość nietypowy sposób próbuje przewidzieć, kiedy najlepiej byłoby rozpocząć Ragnarök. Perun pomaga Granuaile pokonać starego wroga, a zarazem odebrać Lokiemu możliwość przewidywania przyszłości. Owen natomiast zakłada we Flagstaffie zupełnie nowy gaj druidzki, a Creidhne podarowuje mu nawet magiczne kastety. Dochodzi też do starcia między Owenem a pewnym trollem, co kiepsko się kończy dla nich obu. Zostaje zawarty Układ Rzymski – zgodnie z jego postanowieniami wampiry zobowiązują się do ewakuacji z terenów Polski oraz Ameryki Północnej na zachód od Gór Skalistych.
Po wydarzeniach opisanych w Kołku na dachu Atticus i jego wierny wilczarz Oberon rozwiązują kilka zagadek w okolicach Portlandu, co opisane zostało w tak zwanych „Mięsnych Tajemnicach Oberona”, czyli opowiadaniach pt. The Purloined Poodle oraz The Squirrel on the Train . Zaprzyjaźniają się przy tym z niejakim Earnestem Gogginsem-Smythe’em, który zobowiązuje się pilnować psów pod nieobecność Atticusa i Granuaile. W wyniku dochodzenia adoptują też nowego pieska, boston teriera imieniem Starbuck.
Ze zbioru opowiadań pt. Besieged dowiadujemy się o kilku wydarzeniach, które mają bezpośredni wpływ na niniejszą historię. Flidais popełnia sromotny błąd, zabierając Peruna do znajdujących się w Edynburgu „Tulaśnych lochów”. W Krakowie Granuaile musi wyegzekwować postanowienia Układu Rzymskiego na pewnych wampirzych szubrawcach, którzy działają pod dowództwem Kacpra Głowy. Druidzi zostają wezwani do Tasmanii, żeby ratować diabły tasmańskie przed wyginięciem, i na tę misję ruszają również uczniowie Owena. Atticus natomiast dowiaduje się od Morrigan, że Loki już zaraz rozpocznie Ragnarök, i przez to opowiada w końcu Oberonowi o tym, co się stało wiele wieków temu z jego przyjacielem rosomakiem.
I gdzieś tam po drodze była też chyba mowa o pudlicach i kiełbasie.Rozdział 1
Strzeliliśmy sobie kiedyś po kieliszku wina z Galileuszem, który pozostaje dla mnie jednym z największych geniuszy ludzkości, jakich miałem okazję poznać przez te moje dwadzieścia jeden wieków życia. I jednym z najodważniejszych. Pomyśleć tylko, jakimi się musiał wykazać potężnymi, włochatymi cojones, żeby tak się postawić Kościołowi katolickiemu w czasach, gdy instytucja ta rutynowo obalała monarchów i zabijała ludzi ku chwale swego boga (który swoją drogą pozwolił mi kiedyś postawić sobie whisky w Arizonie i stwierdził wówczas, że ogromnie nie lubi, jak ktoś go próbuje gloryfikować za pomocą morderstw, i te popełniane w jego imieniu bynajmniej nie stanowią tu wyjątku). A jednak Galileusz przeciwstawił się całemu chrześcijańskiemu światu i wyśmiał jego gówniany geocentryzm, nie bacząc na pogróżki – trzeba mieć żelazne nerwy, żeby dokonać czegoś takiego. I w ogóle się nie przejmował, że z początku nikt mu nie chciał wierzyć.
– Mam przecież matematykę – tłumaczył mi, sącząc wino. Po czym wskazał kubek i dodał: – A liczby są jak ten wyśmienity trunek, którym właśnie cieszymy nasze zmysły. Weryfikowalne, widoczne, istniejące niezależnie od nas i nieprzejmujące się zupełnie ludzką wiarą.
Taki był z tego Galileusza kosmiczny typek! Ha! Moje żarciki to są jednak beznadziejne, ale nic to.
W końcu Kościół musiał przyznać, że Galileusz miał rację – a do tego także, choć wiele lat po jego śmierci, że jego życie i praca stały się dosłownie punktem podparcia, na którym kręci się cały ten nasz świat. Rozwój nauk, które wykorzystywały jego metodę, przyniósł ludzkości wiele cudów. Ale i wiele zła.
Zaczynam się nawet ostatnio zastanawiać, czy sam nie jestem takim właśnie punktem podparcia dla dobra i zła – i to mimo że robię, co mogę, żeby zachować anonimowość. Zawsze starałem się trzymać z dala od historii, a tymczasem wciąż mi jej przybywało. Przez większość życia zdawało mi się, że nie prowadzi ono do żadnego specjalnego punktu kulminacyjnego ani oszałamiającego osiągnięcia, poza moim przetrwaniem, ale wydarzenia ostatnich lat sprawiły, że już sam nie wiem, co o tym wszystkim myśleć.
Zgodnie z tym, co zapowiedziała Morrigan podczas swojej koszmarnej wizyty, Ragnarök rozpocznie się już za kilka dni, a to nie wróży nikomu nic dobrego, bo apokalipsy z definicji nie kończą się happy endem. Być może uda mi się zrobić jeszcze coś, co zminimalizuje zniszczenia, ale choćbym nie wiem jak się starał, nie wymażę już tego drobnego faktu, że w ogóle by się to wszystko nie działo, gdybym nie zabił Norn i nie zmienił losu nordyckiego panteonu. To w zasadzie całkowicie moja wina i czuję się z tym mniej więcej tak, jakbym miał na karku dziewięciotonowego albatrosa. I obawiam się, że nie wywinę się z tego z taką łatwością jak stary marynarz Coleridge’a. Opowiadanie swojej historii przygodnym gościom weselnym to naprawdę dość łagodna kara i pewnie obowiązuje tylko przy zawaleniu pomniejszych spraw.
Całe szczęście, że mam przyjaciela, który potrafi udźwignąć takie ciężary i pomaga mi na chwilę o nich zapomnieć.
– Znajdzie się przedstawiciel każdej z pięciu kategorii mięsa – zapewniłem go.
.
– Oczywiście. Nie miałeś przypadkiem jakiejś maksymy na ten temat?
– Hm… Wydaje mi się, że coś ci się pomieszało z tym cytatem, Oberonie. Przede wszystkim miało być „każdemu według jego potrzeb”…
Analizy Oberona stanowiły dla mnie zawsze źródło niekończącej się uciechy.
– Świetna robota. Z pewnością nie da się tego inaczej rozumieć. I już jesteśmy na miejscu.
Przeniosłem nas do naszego domku nad rzeką McKenzie w Willamette National Forest. Oberon natychmiast zaczął krzyczeć mentalnie do pozostałych dwóch psów.
Dałem się porządnie oblizać. Głaskałem trzy psy tylko dwiema rękoma, a one wypytywały mnie o szczegóły mojego projektu baru mięsno-sosowego. Musiałem się im przyznać, że nie znam jeszcze szczegółów.
Oberon był święcie oburzony.
– Całe mięso? Przecież to niemożliwe, Oberonie.
– Naprawdę. Przynajmniej w tym czasie, który mogę na to przeznaczyć. Może mógłby to być nasz cel na przyszłość. Ale na razie musimy się ograniczyć do tego, co uda się kupić w Eugene. Earnest w domu?
Earnest Goggins-Smythe został niedawno naszym niańkiem do psów i naprawdę ratował nas bardzo od kilku tygodni, szczególnie że zbliżał się przecież termin porodu Orlaith. Miał pudla Jacka i boksera zwanego Algernonem, w skrócie Algy. Teraz oba psy zostały z nim w środku.
– Powinienem się pewnie przywitać i upewnić, że nie ma nic przeciwko temu, żeby Jack i Algy uczestniczyły w tym mięsnym stole szwedzkim. A potem chcielibyście pojechać ze mną do Eugene, żeby kupić mięso? Moglibyście mi doradzić, co wybrać.
– To chcesz jechać czy nie?
– Dobra, to poczekajcie tu, a ja pogadam z Earnestem.
Upewniwszy się, że Jack i Algy też mogą wziąć udział w naszej mięsnej biesiadzie, zapakowałem moje psy do niebieskiego pikapa – chevroleta rocznik 1954, którego nabyłem podczas naszej eskapady zatytułowanej przez Oberona Wiewiórka z pociągu. Oberon wyjrzał przez tylną szybę kabiny na skrzynię ładunkową i krytycznie stwierdził:
– Z pewnością starczy, Oberonie.
– A co z resztkami, Atticusie? Co z resztkami, które miały nam zostać na ten czas, gdy wyjedziesz?!>.
– Nie obiecuję nic ponad ucztę skomponowaną z mięs i sosów. I może jeszcze jakąś historyjkę o sławnym psie, którą mogę ci opowiedzieć w drodze do mięsnego, żebyś się trochę uspokoił.
– Może raczej o piesku, bo w sumie był to beagle.
– Bingo.
– Otóż to. Mogę wam opowiedzieć prawdziwą historię psa Bingo, o którym mowa w tej piosence.
– Tak, ale są też wcześniejsze wersje tej piosenki, w których pojawiały się wzmianki o jego bohaterskich czynach. I tak się składa, że znam szczegóły tychże czynów.
Oberon aż przestał się wpatrywać w skrzynię i wyobrażać sobie, jak będzie wyglądała załadowana mięsiwem.
W osiemnastym wieku, tuż przed rewolucją agrarną i przemysłową, żył sobie wśród główek kapusty na wyżynie południowoszkockiej, czyli tuż przy granicy z Brytami, pewien chłop, który zwał się po gaelicku Dúghlas Mac Támhais, po angielsku Douglas McTavish. Poza polem kapusty i pastwiskiem miał jeszcze oborę, gdzie trzymał krowę i konia, a do tego, co najważniejsze, kurnik. Bo kurczaki – skromni potomkowie dinozaurów – są tak pyszne, że należy je koniecznie chronić przed lisami. A ponieważ kapusta też jest, zdaniem niektórych zwierząt, smakowita, ona również wymaga ochrony – przed królikami i tym podobnymi. I tu właśnie pojawia się w naszej historii Bingo: połowa jego zadania polegała na tym, żeby chronić gospodarstwo, a druga, żeby być uroczym. Bingo wykonywał całe to zadanie celująco.
A jednak martwił się o swojego człowieka. Otóż Dúghlas pił coraz więcej piwa, a zaczął po tym, gdy nastąpiła tragedia – stracił żonę przy porodzie ich pierwszego dziecka, a potem jeszcze także dziecko zmarło od gorączki. Dúghlas zupełnie się załamał i pogrążył w alkoholizmie, a Bingo zaczynał się obawiać, że jego człowiek nigdy już nie dojdzie do siebie.
Pewnej nocy, gdy Dúghlas wpatrywał się właśnie z wściekłością w zapiekankę z ziemniaków i kapusty – potrawę zwaną rumbledethumps – Bingo wyskoczył jak z procy na dwór i Dúghlas słusznie założył, że mają nieproszonego gościa. Był już nieźle wcięty, gdy chwycił za muszkiet, który trzymał zresztą naładowany z myślą o tego typu nagłych sytuacjach. Do kurnika właśnie zakradał się lis. Bingo w pogoni za nim skierował się w stronę sąsiedniego gospodarstwa. Jako że byli to bardzo dobrzy sąsiedzi, w płocie oddzielającym te dwa obejścia był przełaz i sprytny lis przeszedł po nim. Bingo skoczył za lisem i o tym właśnie opowiada pierwszy wers oryginalnej wersji tej piosenki: „Pies gospodarza skoczył przez płot, na imię miał on Bingo”. Druga zwrotka opowiada natomiast o skłonności tegoż gospodarza do alkoholu, a fakt ten zasługiwał na uwiecznienie w pieśni, ponieważ biedaczyna tak się już zalał, że zdecydowanie nie powinien był się gramolić na strome schodki przełazu. Nawet udało mu się po nich wejść, ale zaraz potem nastąpiła katastrofa. Potknął się, niechcący nacisnął spust i wypalił, po czym runął na ziemię, uderzając głową o dolny stopień. Stracił przytomność i w dodatku krwawił. Gdy tylko Bingo usłyszał wystrzał i uświadomił sobie, że jego człowiek raptem przestał złorzeczyć, natychmiast poniechał gonitwy za lisem. Pomknął z powrotem do Dúghlasa i próbował go obudzić, nawet oblizał mu nos, ale wszystko na nic. Popędził więc co sił w łapach do sąsiadów i szczekał tak długo, aż z domu wyszli ludzie, a potem biegał w tę i z powrotem, żeby się domyślili, że chce im coś pokazać. Poszli w końcu za Bingiem, zobaczyli Dúghlasa, przynieśli go do domu, obmyli i zabandażowali mu głowę. Była wtedy u nich w odwiedzinach ich kuzynka, młoda Kimberly Mayfield. Uznała, że Dúghlas jest przystojny, a Bingo uroczy. Nawet dała mu kiełbaskę z sosem za to, że jest takim dobrym pieskiem. A gdy Dúghlas się ocknął, ujrzał czułą i piękną Kimberly, którą wyraźnie lubił jego pies, właściwie więc sprawa była już przesądzona – znów się zakochał. Dlatego właśnie kolejna zwrotka tej starej piosenki brzmi: „Gospodarz kochał piękną pannę, więc dał jej swój pierścionek”. I na tym właściwie kończy się piosenka, ale dodam jeszcze, że Dúghlas przestał pić i znów stał się sobą. I dlatego właśnie Bingo został uwieczniony w piosence. Uratował pyszne kury przed pożarciem przez lisa, a swojego człowieka przed śmiercią. I w dodatku pomógł mu znów odnaleźć miłość. Tylko że wszystko to jakoś uległo zapomnieniu i została tylko ta dość prosta piosenka dla dzieci.
– Nie, ale poznałem jego syna… Tego, którego miał z Kimberly. Spotkałem go wiele lat później w Ameryce. Wielu chłopów przypłynęło tu wtedy zza oceanu na skutek brutalnych wysiedleń, jak to się teraz nazywa.
– Tak?
– Może. Jak by brzmiała?
który uwielbiał sosik!
S-o-o-o-sik! S-o-o-o-sik!
S-o-o-o-sik!
Jak on uwielbiał sosik!>.
Dłuższą chwilę wymyślali kolejne zwrotki, a potem przez resztę drogi po kolei wystawiali łby za okno.
Kiedy dotarliśmy do miasta, psy zostały na skrzyni pikapa, a ja wszedłem po mięso i składniki na sosy. Wysłałem im mentalny obraz dostępnych mięs, a one wybrały, co który chciał – udało mi się je przekonać, że mają się zdecydować na jakieś jednak konkretne, bo nie będziemy kupować wszystkiego. Powody były praktyczne – nie miałem tyle czasu ani tyle miejsca w kuchni, żeby im przyrządzić wszystko. Chciałem jednak poświęcić chwilę, żeby ten posiłek był naprawdę wart zapamiętania, bo nie wiedziałem przecież, kiedy znów będę w domu. Zagapiłem się przez moment na szczelnie zapakowane upiorne czerwone fale mielonej wołowiny, bo dotarło do mnie, że może już nigdy nie wrócę do domu, tylko skończę gdzieś jako pożywienie dla robaków opakowane jedynie w skórę miast styropianu i celofanu, ale poza tym jakże podobne do tej chudej wołowiny w mięsnym. I na niewiele zda się wtedy mój duszołap. Oberon postawił sprawę jasno – chciał iść ze mną bez względu na niebezpieczeństwo, ale powiedziałem mu, że nie zniósłbym myśli, że mu się coś stało. Potrzebowałem domu, do którego mógłbym wrócić. Starałem się nie myśleć, jak wyglądałoby jego życie beze mnie albo moje życie bez niego; każdy z nas czułby się wtedy jak zbity pies, że tak powiem. I żaden nawet by nie miał ochoty na taką ucztę, jaką dziś planowaliśmy. Pewnie w ogóle nie mielibyśmy chęci jeść, gdybyśmy nie mieli siebie nawzajem do towarzystwa.
Moje ukochane pieski.
Gdy dotarliśmy do domu, Earnest zaczął mi pomagać w kuchni, ale z pięcioma pałętającymi się pod nogami czworonogami nie było łatwo, musiałem więc je wyprosić. Mogły się ślinić i komentować do woli, ale z bezpiecznej odległości. W planie była duszona wołowina, pieczony kurczak (ale nie byle jaki, tylko bojowiec indyjski), kiełbasa suszona dojrzewająca, żeberka z grilla oraz pięć różnych sosów. Do tego zalaliśmy już rybę sokiem z cytryny, żeby zrobić ceviche, na grillu obok żeberek leżały steki z włócznika, a na deskach z cedru ułożyłem cienko pokrojoną wędlinę.
Gdy wszystko było w końcu gotowe, rozłożyliśmy mięsiwa na stole w jadalni – jako że nie mieliśmy prawdziwego baru – a sosy przelaliśmy do sosjerek. Usadziliśmy z Earnestem psy przy stole i strzeliliśmy parę fotek ich głodnych i podekscytowanych pysków. Potem daliśmy każdemu psu po talerzu i spytaliśmy, na co mają ochotę, choć i tak doskonale wiedzieliśmy, że popróbują wszystkiego, a potem dopiero wezmą dokładkę tego, co im będzie najbardziej smakowało.
Sprzątanie było nie lada wyzwaniem, ale daliśmy z Earnestem radę, a potem udało mi się jeszcze zdrzemnąć parę godzin, nim nad ranem pogłaskałem je wszystkie po brzuchach, ucałowałem łebki i zapewniłem, że je kocham. Wymknąłem się tylnymi drzwiami, z ulgą myśląc, że będą tu bezpieczne, gdy ja będę musiał się zabrać do sprzątania swojego bałaganu. Najwyższy czas pozbyć się tego dziewięciotonowego albatrosa z karku.
Morrigan bynajmniej nie zniżyła się podczas swojej ostatniej wizyty do podania mi konkretnych szczegółów. Powiedziała tylko, że Loki wkrótce zacznie działać, ale nie uściśliła ani kiedy, ani gdzie. Żeby skutecznie zapobiec katastrofie, musiałem zdobyć więcej informacji i doskonale wiedziałem, skąd je wziąć. Moje rzucanie różdżkami byłoby w tej sytuacji do niczego. Potrzebowałem pomocy wybitnego jasnowidza, który naprawdę potrafiłby dojrzeć szczegóły przyszłości. Tyromantka Mekera nieraz mi już pomagała w takich sprawach i liczyłem na to, że i tym razem mi nie odmówi.
Od niedawna mieszkała na wyspie Emhain Ablach. Była to jedna z dziewięciu irlandzkich krain i teoretycznie władał nią Manannán Mac Lir, ale dla Mekery najważniejsze było to, że można się tam dobrze ukryć przed wampirami.
Teraz jednak zagrożenie to minęło, bo rzeczone wampiry spotkała ostateczna śmierć, Mekera mogła więc wrócić na Ziemię, jeśli tylko miała na to ochotę.
Okazało się, że owszem, ma. Właściwie to gdy ją spotkałem, jakby się nieco spieszyła.
– Co się dzieje? – zaniepokoiłem się.
– Tu są duchy. Pojawiły się całkiem niedawno. Bardzo to dziwne.
– Atakowały cię?
– Nie, ale nie muszą mnie atakować, żeby mnie nastraszyć.
– Hmm, być może to dlatego, że Manannán Mac Lir przestał być psychopompem. I Morrigan też. W rezultacie umarli leżą, gdzie chcą, zamiast tam, gdzie powinni.
– Ja w każdym razie chcę się stąd wydostać.
– Właśnie to chciałem ci zaproponować. I poprosić o ser.
Ręce jej opadły.
– Mogłam się domyślić. Czego tym razem chciałbyś się dowiedzieć?
– Podobno niedługo ma się zacząć Ragnarök. Chciałbym wiedzieć, gdzie i kiedy konkretnie nastąpi pierwszy atak.
– Dobrze – powiedziała z rezygnacją. – Czyli jak zwykle zadanie łatwe i przyjemne. To gdzie w dzisiejszych czasach robi się dobre sery?
Wzruszyłem ramionami.
– W różnych miejscach. Co powiesz na Francję? Byłaś tam kiedyś?
Mekera natychmiast się ożywiła.
– A! Le fromage! Do Francji zatem. Nawet chętnie się czegoś od nich nauczę, a może i ich warto by czegoś nauczyć.
Pomogłem jej zebrać dobytek i przenieśliśmy się do niewielkiego zagajnika pod Poitiers w rejonie kozich serów. Mekera może sobie potem wybrać inną okolicę, ale moim zdaniem ta ma dużo uroku i uznałem, że powinniśmy znaleźć tu wszystko, czego jej trzeba, unikając przy tym pakowania się w paryski zgiełk. Przez wszystkie te lata Mekera z pewnością przyzwyczaiła się do pustelniczego życia i nawet stosunkowo zaciszne Poitiers może wywołać u niej szok.
– Dawno nie mówiłam po francusku. Nie wiem, czy w ogóle jeszcze potrafię.
– Przypomnisz sobie. A na razie zawsze możesz się dogadywać po angielsku.
– Tak myślisz? – Rozejrzała się po ulicach z powątpiewaniem. Szliśmy już do supermarketu, żeby mogła sobie kupić składniki na ser. – Nie widzę tu nikogo, kto by wyglądał tak jak ja. Może to jednak nie był najlepszy pomysł.
Uśmiechnąłem się, bo tak właśnie myślałem, że będzie miała wątpliwości.
– Wejdźmy przynajmniej do sklepu i zróbmy ten ser. Jeśli do tego czasu nie poczujesz się tu lepiej, zabiorę cię gdzie indziej.
Mekera przystała na to, ale rozglądała się czujnie i lekko kuliła. A jednak, gdy tylko weszliśmy do sklepu i chwyciła koszyk, jej lęk społeczny ustąpił zawodowej fascynacji i skupiła się na poszukiwaniu składników. Poza tym zauważyła szybko, że nie wszystkie twarze innych klientów są białe, i już po chwili kiwała zdawkowo głową i uśmiechała się uprzejmie do nieznajomych. A przy lodówce z nabiałem zmieniła się nie do poznania. Wyciągała z niej właśnie kozie mleko, gdy odwróciła się nagle i ujrzała kobietę w bardzo podobnym stroju. Była to szata w stylu erytrejskim: lekka tunika z czarno-złotym wyszywanym pasem, który zdobił dekolt i ciągnął się w dół aż na wysokość brzucha. Zdobny pas Mekery był wyszywany niebieskimi i czarnymi nićmi, ale poza tym te dwie kobiety wyglądały niemal identycznie. Spojrzały na siebie z ciekawością. Nieznajoma, której skóra, zupełnie jak u Mekery, była w odcieniu głębokiej, zimnej umbry, odezwała się pierwsza:
– Jest pani z Erytrei? – spytała po francusku.
– Oui – odpowiedziała Mekera. – Vous?
Nieznajoma przytaknęła i uśmiechnęła się olśniewająco, po czym natychmiast zaczęły mówić w swoim ojczystym języku, którego nie znałem. Odsunąłem się tak, żeby Mekera nie czuła, że powinna mnie przedstawić. Udało mi się to bardzo skutecznie, bo kompletnie o mnie zapomniała z tej ekscytacji, że tak daleko od domu spotkała kogoś z Erytrei.
Ich rozmowa trwała i trwała, a ja udawałem, że wczytuję się w składniki stojących niedaleko puszek krakersów. Nawet zacząłem się zastanawiać, czy nie wyczuwam w ich głosach czegoś nowego. Zaryzykowałem i rzuciłem magicznym okiem na ich aury. I rzeczywiście – ujrzałem blask podniecenia. Zaiskrzyło między nimi. No i fajnie.
Nagle nieznajoma zadała Mekerze jakieś pytanie, które sprawiło, że tyromantka przypomniała sobie, że nie przyszła tu sama. Rozejrzała się i machnęła na mnie. Lekko speszona przedstawiła mnie jako Connora Molloya. Jej nowa znajoma powiedziała, że na imię jej Fiyori.
– Bardzo mi miło – zapewniłem ją po francusku. – Nie przeszkadzajcie sobie. Nigdzie mi się nie spieszy.
Wycofałem się i wróciłem do jeszcze głębszej analizy składników krakersów.
Po jakimś czasie Mekera sama do mnie przyszła. Promieniała.
– Fiyori dała mi swój numer telefonu! Wiesz, co to oznacza?
– Że cię polubiła.
– Nie! Znaczy tak, ale to przede wszystkim oznacza, że muszę sobie kupić telefon!
– Też prawda. To chodźmy to załatwić.
Zabraliśmy nasze zakupy do hotelu apartamentowego, gdzie wynajęliśmy jej na miesiąc pokój z kuchnią. Milcząca umowa była taka, że w zamian za tyromancję pomogę Mekerze zacząć tu – albo gdziekolwiek zechce – nowe życie. W ten sposób będzie miała czas, żeby przenieść tu swój majątek i zorganizować sobie coś bardziej na stałe.
Starałem się jak mogłem jej nie pospieszać, gdy zabrała się do robienia koziego sera. Była najlepszą na świecie tyromantką i umiała w szczegółach procesu ścinania się sera dojrzeć przyszłość o wiele dokładniej, niż ja bym potrafił jakąkolwiek inną metodą wróżenia. Zapisałem jedno pytanie, choć prawdę powiedziawszy, miało wiele części. Kiedy była już gotowa, przeczytała na głos: „Kiedy i gdzie pojawią się Loki, Hel i Jörmungandr, żeby rozpocząć Ragnarök?”. Skinęła mi tylko głową i westchnęła.
– Dobra, zaczynamy. – Wpatrywała się w pojemnik z nierdzewnej stali, w którym znajdowało się kozie mleko. Dodała podpuszczkę i rozpoczęła się koagulacja.
Przygotowałem sobie hotelowy notesik i długopis.
– Najpierw Jörmungandr. Przy małym półwyspie na południe od Skibbereen. Przy jednym z tych irlandzkich fortów.
– Kiedy?
– W czwartek rano, nic dokładniejszego nie potrafię powiedzieć.
W czwartek. Torsdag, Thursday, czyli dzień Thora. Oczywiście, że Loki będzie chciał wtedy właśnie zacząć. Zatem zostały już tylko trzy dni.
– A pozostali?
– Loki i Hel pojawią się razem tego samego dnia, ale po południu. Gdzieś w Szwecji. Na północnym skraju jakiegoś jeziora?
– Już wiem gdzie. To tam spleciony jest korzeń Yggdrasilu. Cholera. Muszę podzwonić po ludziach.
– A ja muszę mieć telefon – przypomniała mi Mekera. – Żebym też mogła do kogoś zadzwonić.
– Jasne. Załatwię ci telefon na kartę. Zaraz wracam.
Bez trudu znalazłem jakiś sklepik, w którym sprzedawano komórki. Kupiłem jedną, aktywowałem i dałem jej, jeszcze raz dziękując i życząc szczęścia.
– Ale pospiesz się z tym telefonem do Fiyori – dodałem jeszcze.
– Dlaczego?
– Dlatego, że wpadłaś jej w oko. A czwartek tuż-tuż. Zrobię, co w mojej mocy, Mekero, ale może mi się nie udać. Nie zaczynaj żadnych serów, które długo dojrzewają.
– To w ogóle nie jest śmieszne, Atticusie.
– Nie, nie jest. Ani trochę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
więcej..