Rozległy świat - ebook
Tak jak wszyscy inni mieszkańcy, Greer Mackenzie jest uwięziona w osadzie Mistaken.
Leżąca na skraju Ameryki Północnej maleńka miejscowość cieszy się bogactwem naturalnych zasobów, dzięki którym mieszkańcy żyją w dobrobycie. Lecz przychodzi im ponieść za to pewną cenę. Niestety lasy napełniające ich sakiewki kryją niebezpieczne potwory nazywane Jasnookimi, winne sprowadzenia całkowitej zagłady na pobliskie mieściny. Na szczęście założyciele Mistaken zawarli sojusz z tajemniczymi Łaskawymi, dzięki czemu Kamienie Strażnicze otaczające miasteczko zatrzymują Jasnookich na zewnątrz… ale jednocześnie utrzymują obywateli w środku. Każdy, kto spędzi noc w osadzie, należy do niej już na zawsze.
Greer, kartografka i ekscentryczna marzycielka, od zawsze pragnęła poznać świat poza granicami, do których została przykuta. Wiedziała jednak, że ani jej, ani jej wieloletniej miłości, Ellisowi Beaufortowi, nigdy nie zostanie to dane. Aż do dnia, kiedy mieli wreszcie rozpocząć wspólne życie… Lecz zamiast przeżywać chwile radości, Greer patrzy z przerażeniem, jak jej ukochany, ścigany przez potworną bestię, znika za Kamieniami Strażniczymi. Wiedziona potrzebą ratowania ukochanego, znajduje sposób, by po raz pierwszy w życiu wydostać się z Mistaken i wyruszyć w podróż przez zimną i bezlitosną dzicz. Tyle że ona również staje się zwierzyną – nie tylko dla bezlitosnych Jasnookich, lecz także sekretów kryjących się za założeniem miasteczka oraz jej własnym pochodzeniem.
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.
Opis pochodzi od Wydawcy.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: | brak |
| ISBN: | 978-83-8418-543-8 |
| Rozmiar pliku: | 3,9 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Podróż rozpoczęła się od wyszeptanej tajemnicy i osobliwego kawałka drewna.
Z początku nie było to nic niezwykłego – ot, zwykła kłoda, przywieziona przez odkrywcę z jego wyprawy na nowy ląd. Cały kontynent stanowiły dziewicze, niezamieszkane lasy, więc drewno nie było zaskakującym zasobem.
Jednak to cięcie, to drzewo… zdawało się inne.
Nie był to dąb ani sosna.
Nie orzech czy wiśnia, klon lub brzoza.
Nie przypominało też niczego, co kiedykolwiek widzieli ludzie.
Niezwykle mocne. Zaskakująco giętkie. Niemożliwie lekkie.
Dzięki drewnu z tego drzewa można było stworzyć najlepszą flotę statków. Można było zbudować mosty, które ciągnęłyby się na mile. Domy i budynki, i pałace. Rosłyby jak chwasty i trwały przez wieki.
Z tego drzewa dałoby się wybudować imperium.
Mężczyzna zapłacił odkrywcy trzykrotnie.
Pierwszy raz za samo ścięcie.
Drugi raz, by odkrywca pokazał mężczyźnie dokładne miejsce, gdzie znalazł te drzewa. Wspólnie przemierzyli ocean, następnie zatokę i zatoczkę. Odkrywca wpłynął kajakiem głęboko w dzicz, podążając za punktami, które wyznaczył na swej mapie i które wskazywały, dokąd się udał i gdzie rosły drzewa.
Mężczyzna wpatrywał się z zachwytem w rozległy las, w tysiące silnych drzew, tysiące złotych monet, które miały przynieść, a w jego wnętrzu rozbudził się dziwny głód.
Zapłacił więc odkrywcy po raz trzeci. Tym razem za jego milczenie.
Odkrywca, uradowany ciężkimi kieszeniami, raz jeszcze wyruszył w morze, tym razem na południe. Chciał znaleźć się w jakimś ciepłym miejscu, zdolnym wypalić wspomnienia drzew oraz ciemnego, dzikiego świata, gdzie rosły. Lecz nawet gdy wygrzewał się połowę świata dalej, całowany przez słońce i otoczony kołyszącymi się palmami, tamte drzewa wywoływały w nim dreszcz.
Powróciwszy do domu na północy, mężczyzna stworzył plan, przygotował statek, zapasy, zebrał załogę i sprzęt. Przemyślał wszystko. Nie pozostawił niczego przypadkowi. Dzień za dniem harował, napędzany tym dziwnym głodem, który wzmagał jego ambicję i zachłanność. Jako pierwszy chciał podbić ten nowy świat, ujarzmić go, jedno powalone drzewo za drugim.
Mężczyzna był sprytny. Bardzo, bardzo sprytny.
Zdawał sobie sprawę, że najważniejszą część tego przedsięwzięcia nie stanowiły ostrza czy maszyneria, nie racje ani transport. Tą rzeczą, tą jedną rzeczą, która mogła sprawić, by jego intryga zadziałała, było morale jego mężczyzn.
Kiedy więc poinformował ich o nowej wyprawie, poinstruował, by zabrali wszystko: wyposażenie domów, swoje żony i dzieci, niezamężne ciotki, rodziców w podeszłym wieku, swych ukochanych i żywy inwentarz. Musieli wziąć wszystko, co wiązało się z ich starym światem. Nie mieli już powrócić. Wyruszali na szlachetną misję ku wyższemu przeznaczeniu. Przed nimi rysowała się niewyobrażalna chwała.
Raczył ludzi swymi opowieściami, a oni, łatwowierni, podążyli za nim.
Podróż trwała długo i okazała się trudna; walcząc z falami, przemierzyli zimne Morze Północne. Niektórzy starsi padli ofiarą chorób. Noce wypełniały łzy, gdyż dzieci były pewne, że już nigdy nie ujrzą lądu. Wątpliwości zakradały się w szeregi załogi, odczuwali je mężczyźni i ich kobiety. Zasnuwały ich myśli, pożerały nadzieję.
Mężczyzna nie słuchał ich obaw. Parł naprzód, kierując statek na Wschód, utkwiwszy wzrok w horyzoncie wody. Przypominał im o czekającym na nich bogactwie. Odbudował ich marzenia.
Nie na długo.
Gdy wreszcie dotarli na ląd, w końcu dostrzegli grube, czarne zębiska kamieni wystających wysoko nad wodę, przypominających śpiące lewiatany, ich kompanię opuściła wszelka radość, jaką odczuwali.
Ustawili się w linii wzdłuż prawej burty statku i oniemiali z wrażenia wpatrywali się w przybliżające się starożytne klify, ciche i ponure. Ta kraina miała w sobie coś osobliwego; niesamowitą czujność powodującą, że włoski na karku stawały dęba. To nie był ląd, który można było zdobyć, wbrew temu, co obiecywał odkrywca. Był to ląd, którego należało się bać.
Mężczyzna nie baczył jednak na tych, którzy pragnęli zawrócić, uciec ku wygodzie swych domów. Zamiast tego pokierował ich w stronę wybrzeża, śledząc linie wyznaczone na mapie odkrywcy, aż dotarli do ujścia szerokiego szlaku wodnego, graniczącego z prastarą puszczą.
Po raz ostatni rzucili okiem na morze za ich plecami i wpłynęli do rozległej zatoki.
Kamieniste urwiska stawały się coraz bardziej strome, tworząc nieprzekraczalne, granitowe góry. Meszki i komary zaroiły się, żądne mięsa i czekającej ich uczty. Silne, jęczące wiatry niosły ze sobą mrożące krew w żyłach krzyki. Nocą na niebie wybuchały połyskliwe płomienie, które tańczyły w ciszy mrocznej pustki.
Kobiety mocno tuliły swe dzieci.
Mężczyźni łkali i wołali własne matki.
A odkrywca siedzący w swej kabinie studiował mapy.
Musiał przeć naprzód, na tyle długo podnosić ludzi na duchu, by zobaczyli, że podjął odpowiednią decyzję. Gdy zobaczą drzewa, zrozumieją. Był tego pewien.
O poranku wstało słońce, czerwone i krwiste, zwiastujące burzę. Złość kwitła, nastroje się zaogniały. Żony się sprzeczały, dzieci zawodziły. Burzowe chmury się piętrzyły. Powietrze skwierczało zgubą.
Błagali odkrywcę o zaniechanie, o powrót.
Dorośli mężczyźni klęczeli na czworakach. Chwytali go za ubranie. Rwali własne.
A mężczyzna i tak się nie uginał.
Pierwszy oficer wyszeptał je przed wszystkimi – to przebiegłe, podstępne, zdradzieckie słowo.
Bunt.
Rozpaliło załogę i podążając niczym linią rozsypanego prochu strzelniczego, przechodziło od mężczyzny do mężczyzny, aż cały statek podniósł wrzawę.
Wtedy jednak z bocianiego gniazda wybrzmiał krzyk. Najstarszy syn mężczyzny, siedzący w górze z mosiężną lunetą, dostrzegł je.
Drzewa.
Wyrastały w zwartych skupiskach wzdłuż odległego wybrzeża. Wysokie. Rozłożyste. Rosły tak gęsto, że serce odkrywcy przyspieszyło, gdy wyobraził sobie niewiarygodne ceny, jakie mógłby za nie pobierać.
Musieli tylko przepłynąć przez wąski przesmyk otoczony skalistymi szczytami, a drzewa mogły należeć do niego. Ta myśl podniosła go na duchu i mężczyzna roześmiał się w głos.
Jego entuzjazm został poniesiony w dal przez ostry powiew.
Niebo pociemniało. Wiatr się wzmógł, fale spiętrzyły ponad dziób statku, wieszcząc nadejście burzy.
Bunt musiał zaczekać.
Nie było czasu, by zawrócić, by zmienić kurs. Pozostanie na pełnym morzu oznaczało pewną śmierć. Otoczona drzewami zatoczka kusiła obietnicą schronienia.
Pierwszy oficer, nie mając innego wyjścia, zacisnął zęby i wskazał na przesmyk.
Prawie im się udało.
Gdy wypływali z tunelu, kadłub zawadził o ukrytą pod wodą skałę. Statek zadrżał. Deski popękały. Słona morska woda zalała dolne pokłady. Ładunek się poprzewracał. Kozy beczały z przestrachem. Woły i konie tratowały drzwi boksów w walce o życie. Rozbłysnął piorun, a podążający za nim grzmot huknął tak głośno, że serce jednego z mężczyzn zatrzymało się w jego piersi.
Świat stał się hałasem i ciemnością, oślepiającym światłem i strachem.
Statek zrobił się ociężały przez wypełniającą go wodę, rozpadał się na kawałki, wyrzucał mężczyzn, kobiety i dzieci w stronę zatoki. Niektórzy płynęli. Inni tonęli. Wszyscy żałowali chwili, w której postanowili podążyć za odkrywcą.
W końcu burza przesunęła się na wschód, pozostawiając za sobą niebo tak jasne, że aż nieprzyzwoite.
Ci, którzy przeżyli, wypluwali wodę, wciągając się na brzeg i oceniając wrak. Rozejrzeli się po okolicy. Przeliczyli zmarłych.
Odnaleźli mężczyznę leżącego pod osłoną drzew.
Z początku zdawało się, że spał.
Wtedy zauważyli wystającą z jego brzucha gałąź – osobliwy, czerwony sok mieszał się z jego wnętrznościami.
Pierwszy oficer ostrożnie dotknął ramienia odkrywcy i obudził go na chwilę.
– To był błąd – wyszeptał mężczyzna, plamiąc przy tym usta krwią. – Przybycie tutaj okazało się błędem. Błędem i…
– Błędem i… – powtórzył za nim pierwszy oficer, ale odkrywca nie odpowiedział.
Z martwym wzrokiem utkwionym w zagajniku, Resolution Beaufort zakończył swą zgubną podróż.
1
Skrob, skrob, szur.
Choć pochylała się nad rysownikiem i siedziała tyłem do brudnej roboty, Greer Mackenzie słyszała każde pociągnięcie noża Louise Beaufort, która rozcinała skórę zająca, tworząc jasną smugę na jego brzuchu.
Machnięcie nożem.
Mokre cmoknięcie futra odrywanego od czerwonego mięsa, połyskujące ścięgna.
Rozciągające się włókna mięśni, pękające na kawałki.
– Ostatni – zaanonsowała Louise, gdy nad ich głowami zaskrzeczał orzeł, z nadzieją zataczający leniwe kółka. Bił skrzydłami na przekór wiatrowi, aż w końcu odleciał w poszukiwaniu bardziej obiecującego posiłku.
Końcówka ołówka Greer wyznaczała fragmenty na miękkim papierze, gdy dziewczyna podwoiła wysiłki nad mapą, starając się odgrodzić od hałasu i skupić na prostych i czystych liniach.
– Nie spiesz się – rzuciła i zerknęła za siebie, czego natychmiast pożałowała, gdy zobaczyła, jak Louise wyrywa serce zająca, przez co jej palce pokryły rdzawe ochłapy. – To prawdopodobnie nasza ostatnia podróż przed Żniwami?
– I do tego niezła – skomentowała Louise. Brzmiała na rozkojarzoną. – Tyle zajęcy, że ojciec z pewnością będzie zadowolony. Nigdy nie widziałam tylu Redcapów.
Wzrok Greer padł na zagajnik pełen szkarłatnych drzew, wyróżniających się na tle zielonych sosen i żółtych modrzewi.
Nazwane tak na cześć morderczych krasnoludków, o których dało się przeczytać w dziecięcych bajkach, Redcapy były niskie i rozłożyste. Ich gałęzie rosły bardziej wszerz niż w górę, przez co przypominały potworne pająki czyhające na ofiarę. Grubą, czerwoną korę znaczyły guzowate sęki. Gdy odpadała, ścieląc ściółkę swoimi odłamkami, w ślad za nią pojawiał się ostry, szkarłatny sok, spływający niczym krew. Szary mech oblepiał skrzypiące gałęzie na obraz kępek włosów.
Drzewa nie były ani okruszynę atrakcyjne, jednakże ich drewno okazało się zaskakująco mocne i giętkie, idealne jako budulec statków i budynków.
To właśnie one ściągnęły Resolutiona Beauforta i jego pracowników na ten ląd: obietnica szczodrości, niewypowiedziana pokusa, łatwe bogactwo.
Ukończywszy skórowanie, Louise siadła na piętach i zaczęła się rozciągać, kierując swą twarz ku słońcu. Z nieba spływało ciepłe, bursztynowe światło, sprawiające, że otaczający ich las zdawał się stać w płomieniach.
– To wszystko, z czym chcę dzisiaj wrócić.
– W takim razie rozwieszę flagi. – Greer wyjęła z plecaka kawałki bawełny, które zebrała z drzew rosnących o milę dalej.
Przesuwanie flag, by oznaczyć każdą kolejną wyprawę, przyprawiało ją o dreszcz podekscytowania; zagarniały otaczające nieznane lądy, jard po jardzie, kawałek po kawałku. Kochała świadomość, że nawet jeśli co noc zostawała zamknięta w granicach Mistaken, to gdzieś tam, w dziczy, pozostawiała cząstkę siebie, maleńkie strzępki oporu, które nie zamierzały ustąpić, nie miały się poddać przyciąganiu Kamieni Strażniczych.
Znaczniki wykonano z niebiesko-białej tkaniny w paski, tak wyraźnej, że nie dało się jej przeoczyć, idealnej, by ostrzec podróżników z Mistaken, że właśnie wkraczali w głębię lasu i nie będą w stanie powrócić przed zachodem słońca. Każdy, kto niefrasobliwie przechodził obok jasnych pasków, musiał wiedzieć, że już nie powróci.
A w każdym razie nie żywy.
Greer przywiązała je do nowych Redcapów, ostrożnie, by nie dotknąć soku, który wywoływał na skórze piekącą wysypkę, jasną jak same drzewa. Dziewczyna zaznaczyła miejsca flag na swojej mapie, dodając znaczniki do pozostałych, biegnących wzdłuż krzywizny wzniesienia.
Oceniła pozycję słońca, po czym obróciła się do przyjaciółki.
– Wszystko spakowane? Zostało tylko kilka godzin do Pierwszego Rogu.
Jesień ogarnęła ląd, noc odgryzała coraz większe kawałki dnia, połykając więcej chwil w promieniach słońca i otulając Mistaken zmierzchem już w okolicach popołudnia. Niedługo słońce miało przestać się pojawiać, pozostawiając ich w zaciśniętej pięści niekończącej się nocy, uwięzionych w miasteczku za Kamieniami Ochronnymi, zmagających się z furią zimy.
Greer nie przeszkadzały zimno ani ciemność, ale ciężar ograniczeń zatoki przytłaczał ją w czasie długich, stacjonarnych miesięcy, uciskał jakikolwiek potencjał na radość i uniesienia. Już czuła zaciskającą się wokół niej w klaustrofobicznym uścisku obawę, skuwającą ją jak kajdany.
Żywo potarła dłońmi przedramiona, by pobudzić krew i pomyśleć o czymś lepszym.
– Idziesz dzisiaj na potańcówkę w stodole?
Louise tylko wzruszyła ramionami. Przywiązała zająca do plecaka obok dwóch pozostałych, już oczyszczonych. Skórę schowała w środku, ale kiedy sięgnęła po organy, Greer ją powstrzymała.
– Czekaj. Nie zamierzasz ich zostawić?
Orzechowe oczy Louise powędrowały za flagi; na jej twarzy pojawiło się wahanie.
– Nie planowałam – powiedziała ostrożnie, delikatnie dobierając słowa. – To jeszcze nie czas Żniw.
Niby nie, ale szron powoli już pozostawiał koronkowe wzory na małym stawie za chatą Mackenzich, a oddech Greer nawet w ciepłe popołudnia zamieniał się w mroźne obłoczki. Klucze czarno-białych gęsi już dawno odleciały do ciepłych krajów, a złote łodygi pszenicy szeleściły o siebie, niemal doprowadzając dziewczynę do szaleństwa wyszeptywanymi między nimi tajemnicami. Nie mogła się doczekać, aż kosy farmerów je uciszą. Łaskawi mieli wkrótce zstąpić ze swojej kolonii wysoko w Górach Severing.
Niektórzy być może już tutaj byli.
Greer wyciągnęła rękę, by powstrzymać Louise, której palce pokrywały krwawe szczątki.
– Tylko to, dobrze? Proszę.
Na twarzy Beaufort pojawił się rumieniec irytacji, pod którym niemal schowały się jej piegi.
– Louise – naciskała Greer. Czuła narastające między nimi nieporozumienie, przypominające mur, coraz wyższy z każdym dołożonym do niego przez przyjaciółkę kamieniem.
Louise zacisnęła usta i Greer była pewna, że dziewczyna powstrzymuje się przed rzuceniem kąśliwej uwagi.
– Masz rację, to jeszcze nie czas Żniw. – Spróbowała ostrożnie, acz szybko, pragnąc uniknąć konfrontacji. – Ale… nie powinniśmy pozostawiać czegoś tylko wtedy, gdy jest to oczekiwane. To wszystko – wskazała na drzewa, na zające – to dar. Ich dar dla nas. Powinniśmy okazać wdzięczność.
Louise prychnęła.
– Brzmisz jak Martha.
W piersi Greer pojawiła się duma – ubóstwiała starszą kobietę, która mieszkała z jej rodziną, odkąd dziewczyna była niemowlęciem – mimo że zdała sobie sprawę, że Louise nie traktowała tego jak komplement. Utrzymała jednak kontakt wzrokowy, nie mając zamiaru się poddać.
Kiedy cisza zaczęła wbijać swe ciernie, Louise skierowała twarz w stronę lasu za barierą flag i dygnęła głęboko, ale nieszczerze.
– Dziękuję wam za zające, które sama musiałam upolować i oczyścić. To bardzo miłe z waszej strony, że pozwoliliście mi tak ciężko pracować. Jestem szalenie wdzięczna! – zawołała głosem zabarwionym przesadną kurtuazją.
– Przestań! – syknęła rozczarowana Greer. – Co, jeśli cię usłyszą?
Louise zakrztusiła się śmiechem.
– Jesteśmy tu tylko ty i ja. Żadnych Łaskawych. Żadnych Jasnookich. Na milę od nas w tej dolinie nie ma nikogo.
– Może nie tutaj – parsknęła Greer, przełykając chęć przypomnienia jej, że Jasnoocy nie byli ludźmi. – Ale tam… – Wskazała dłonią w stronę Redcapów i flag. – Są tam. Oni wszyscy – dodała.
– Oni nie istnieją! – wycedziła Louise, podkreślając każde słowo. – To tylko głupie historie, mające nastraszyć dzieci przed snem.
Greer spojrzała w głąb lasu, szukając śladu charakterystycznych odbić świateł, przekonana, że Louise właśnie sprowadziła na nich zgubę.
– Nie mówisz poważnie.
Louise zawsze maczała palce w tym, w czym nie powinna, chętna do kłótni, chcąca pokazać, że nie miała zamiaru się słuchać tylko dlatego, że tak nakazywały reguły. Kochała wygłaszać przerażające tezy jedynie po to, by sprawdzić, jak ludzie na nie odpowiedzą, i wygładzała je dopiero wtedy, gdy padało na nią ostre spojrzenie jednego z jej starszych braci.
Ale nie było tu teraz z nimi Ellisa Beauforta.
Louise zwilżyła wargi.
– A co, jeśli tak?
– Zachowujesz się jak… – Greer westchnęła, rezygnując z ostatnich słów, by pozostawić tę konwersację za sobą. Po raz pierwszy w życiu żałowała, że nie może pstryknąć palcami i natychmiast powrócić do Mistaken. Wędrówka do domu u boku przekornej Louise w złym humorze zapowiadała się na uciążliwą.
– Jak? Jak się zachowuję?
– Jak idiotka! – Greer nie zdążyła powstrzymać padających słów. Natychmiast wyciągnęła rękę, żeby pocieszyć przyjaciółkę i załagodzić napięcie, ale Louise wcale nie wyglądała na zranioną.
Popatrzyła na Greer z mieszaniną pogardy i litości, po czym wybuchnęła śmiechem.
– To wyrafinowane oskarżenie jak na dorosłą kobietę, która boi się potworów spod łóżka, rozkłada ozdóbki, skarby i próbuje zdobyć przychylność. Czy kiedykolwiek zastanawiasz się nad tym, jak idiotycznie ty się zachowujesz?
– Okazanie wdzięczności nie jest idiotyczne.
Louise zjeżyła się i pokręciła głową.
– To same straty! Tak wiele jedzenia i zasobów pozostawionych w lesie do zgnicia. Zdajesz sobie sprawę, jak bardzo choćby część z nich przysłużyłaby się rodzinom w wiosce? Jak przysłużyłaby się mojej rodzinie?
– One nie gniją. Dary zawsze zostają zabrane. Nigdy nic z nich nie pozostaje – odparowała Greer, choć dobrze wiedziała, że omijała niewygodną prawdę.
W Mistaken naprawdę mieszkały rodziny, dla których złożenie darów było znojem i przez to w czasie ciemnych zimowych miesięcy brakowało im dodatkowej kraty jabłek, ćwiartki jelenia czy worków z mąką. Z pewnością należeli do nich Beaufortowie. Jednakże dary powracały do miasta w dwójnasób, co niwelowało niewielki koszt.
Mieli Kamienie Strażnicze.
Mieli przychylność Łaskawych.
Żadna inna osada wzdłuż brzegu nie mogła powiedzieć tego samego.
Louise westchnęła.
– W tych lasach żyje tysiąc innych istot, gotowych zabrać to, co zostaje złożone na ołtarzu. Rybołowy i kanie, kuny i rysie. Baribale. Lisy. Wilki. I… – Przerwała, jęcząc z frustracji. – To nie Łaskawi je zabierają. Przez wszystkie lata od teoretycznego sojuszu nikt nie widział po nich ani śladu. Dlatego, że ich tam NIE MA – doprecyzowała.
– Kto w takim razie chroni nas przed Jasnookimi?
Przyjaciółka przewróciła oczami.
– Oni też nie istnieją.
W żołądku Greer zadomowiło się przerażenie, przez co zrobiło jej się niedobrze.
– Ale oni…! Oczywiście, że istnieją! Martha ich widziała. Zabili całą jej rodzinę.
Louise miała na tyle przyzwoitości, by wyglądać na zawstydzoną.
– Nie wiemy, co ich zabiło. Nie widzieliśmy tego.
– A co z ocalałymi z innych miasteczek? Wszyscy twierdzą to samo. Znasz ich historie tak dobrze jak ja – zauważyła Greer, wyobrażając sobie krwawy chaos, wołanie o pomoc i niebo rozdzierane przemocą.
– Historie opowiadane przez przywódców. Mężczyzn, w których interesie leży trzymanie ludzi na skraju, żeby ich słuchali i się dostosowywali. Mężczyzn jak Hessel Mackenzie.
– A co ma z tym wspólnego mój ojciec?
Louise uścisnęła grzbiet nosa, rozmazując sobie krew zająca na twarzy. Przez to wyglądała jak zdziczała.
– Jakim cudem tego nie widzisz?
– Nie widzę czego? – Greer czuła we wnętrzu niepokój, niemal słyszała szalone bicie serc jej i Louise.
Powietrze między nimi zdawało się naelektryzowane, jak w chwili tuż przed uderzeniem burzy zasnuwającej grzbiety gór, gotowej, by uwolnić swe strumienie. Greer zaskakiwało, jak szybko nacisk na złożenie podziękowań przekształcił się w pokręcony, uszczypliwy bałagan.
– Różnic między nami! Tego, jak przedzierałaś się dziś przez las w sukience ładniejszej niż moje najlepsze niedzielne odzienie. Że bez problemu możesz zostawić swój obiad na pieńku. Tego, że ja przez cały dzień polowałam i zbierałam jedzenie, próbując stworzyć z tego zapasy na zimę dla mojej rodziny, podczas gdy ty siedziałaś sobie nad tą swoją głupią książką, rysowałaś obrazki, pisałaś notatki i tworzyłaś mapy, które nigdy się do niczego nie przydadzą!
Greer opadła szczęka, gdy ukłuły ją ostre słowa, do tego pochodzące z ust jej najlepszej przyjaciółki. Odwróciła się, bo nie potrafiła znieść ciężaru rozgorączkowanego spojrzenia Louise, i skrzyżowała ramiona na piersi, powstrzymując łzy.
Dopiero wtedy Louise złagodniała.
– Greer, nie miałam tego na myśli.
Dziewczyna się wyprostowała.
– Mówiłaś, że podzielimy dziś między sobą łupy.
– Mówię tak za każdym razem – zauważyła nerwowo Louise. – Ale nigdy z tego nie korzystasz.
– Dzisiaj to zrobię. Zostawię swoją część jako dar.
Louise parsknęła z niedowierzaniem.
– Czy ty… ty mówisz poważnie?
Choć ją to ubodło, Greer się nie poruszyła.
Po długiej, pełnej napięcia chwili Louise rzuciła na ziemię organy, które wylądowały u stóp Mackenzie. Z grymasem obrzydzenia złapała torbę i odmaszerowała.
Greer podniosła wzrok na czas, by zobaczyć obdarte ze skóry zające kołyszące się przy plecaku przyjaciółki jak marionetki.
– Louise – zaczęła, ale przyjaciółka już zniknęła w zaroślach.
Każdy jej krok odbijał się pod mostkiem Greer z hukiem wystrzału armaty, powodując, że serce ją bolało. Chciała, by Louise zawróciła. By wróciła i przeprosiła. Położyłyby dary i wspólnie wróciłyby do domu, a ich przyjaźń zostałaby odbudowana.
Chociaż oczywiście kłóciły się już wcześniej – przyjaźniły się od czasów szkolnych – ich sprzeczki zawsze były małe i przypadkowe. Dotyczyły lalek czy zranionych uczuć w czasie letnich popołudni, gdy panował taki gorąc, że wszyscy mieli nerwy w strzępach. Ciche dni po tym, jak Louise się dowiedziała, że Ellis pocałował Greer na małej kładce nad Strumieniem Curstag. Greer nie powiedziała o tym Louise, bo wiedziała, że ją to zasmuci, oraz dlatego, że po ponad dekadzie dzielenia się z przyjaciółką każdą myślą przyjemnie było zatrzymać dla siebie ten mały sekrecik.
Jednakże ta kłótnia miała inny wydźwięk.
Nie były już dziewczętami. Nie sprzeczały się o wstążki do włosów czy tajemnice.
Stały się dorosłymi kobietami – Greer miała dwadzieścia siedem lat, a Louise dwadzieścia dwa – więc i stawka stała się wyższa, a słowa okrutniejsze.
Mimo to Greer czekała, pewna, że jej życzenia się spełnią.
Sekundy jednak mijały, a nadzieja dziewczyny zaczynała się kruszyć.
Poddawszy się, spojrzała na rząd flag poruszających się na nikłym wietrzyku.
– Nie miała tego na myśli! – zawołała głośno Greer, gotowa przykuć uwagę kogokolwiek, kto mógł jej słuchać. Westchnęła. – Z pewnością nie miała nic z tego na myśli.
Jakby w odpowiedzi nad lasem zapadła cisza; najcichsza w czasie całego popołudnia.
Mackenzie zebrała rozrzucone organy, a następnie schyliła się pod gałęziami Redcapów i przeszła za flagi w poszukiwaniu odpowiedniego ołtarza. Potrafiła określić moment, w którym przekroczyła granicę i wniknęła w nieskalany świat, obcy i nowy, niezaznaczony na żadnej z jej map.
Była pierwszą osobą z Mistaken, która postawiła stopę na tej ziemi, tak daleko od domu, tak daleko od władzy Kamieni. Odetchnęła głęboko, pławiąc się w tym uczuciu. Kiedy jednak przepływał przez nią podziw, tak mocny jak kieliszek najlepszej whiskey Fennecka O’Connella, zauważyła, że w rozciągającym się przed nią gąbczastym mchu widnieją głęboko odbite ślady stóp.
Greer zamrugała, pewna, że to tylko mroczki spowodowane popołudniowym słońcem.
Ślady nie zniknęły.
Kucnęła, by przyjrzeć się im okiem artystki.
Wycisnęły je gołe stopy, zbyt duże.
Zbyt nieregularne.
Zaschło jej w gardle, gdy przy każdym odcisku doliczyła się zaledwie dwóch palców.
Mackenzie znała lasy wokół Mistaken tak dobrze jak własną chatę. Jej mama, Ailie Mackenzie, nauczyła ją każdego gatunku rosnących tam drzew i każdego zwierzęcia, jakie buszowało w gęstwinie. Kobieta nie potrafiła sobie jednak przypomnieć ani jednego, który mógł się pochwalić tylko dwoma palcami u stóp.
To było to.
To był znak.
Louise się myliła. Łaskawi istnieli, tak samo jak przerażający Jasnoocy, przed którymi bronili Mistaken.
Greer niemal zawyła z frustracji, ponieważ nie mogła pokazać przyjaciółce dowodu.
Gdzieś w głębi lasu trzasnęła gałązka i serce jej zamarło, gdy uświadomiła sobie, że prócz niej samej znajdowało się tu to coś, co zostawiło ogromne, dwupalczaste ślady.
– Dary – wyszeptała pośpiesznie. – Znajdź ołtarz, zostaw dary i wracaj do domu. Łaskawi będą wdzięczni. Łaskawi pobłogosławią twoje starania. – Słowa spływały z ust dziewczyny mechanicznie wyuczonymi zwrotami, które Martha przez lata wbijała jej do głowy.
Greer zatrzymała się przy pierwszym napotkanym powalonym drzewie – długim pniu brzozy, od którego odchodziła papierowa kora, odsłaniająca ostre skupiska białych grzybów, których rozgałęzienia były poszarpane jak kręgi.
Uklękła i przycisnęła palce do drzewa, pozwalając sobie na chwilę szacunku¹ przed rozpoczęciem zadania.
Choć Martha przekazała jej słowa i sposoby, które najbardziej spodobałyby się Łaskawym, to matka nauczyła Greer, by składać cześć ziemi i cudom, jakie stworzyła. Mackenzie spędziła większość dzieciństwa na eksplorowaniu dziczy z Ailie. W czasie każdej wycieczki znajdowały miejsce, w którym zatrzymywały się dla chwili namysłu. Klękały, rozkładały wokół siebie spódnice, a wiatr niósł ich szepty, łącząc je ze sobą tak, że brzmiały, jakby wypowiadała je jedna osoba.
Praktyki Marthy skłaniały się ku widowisku: starannie rozkładała wnętrzności, upewniała się, że prośby wybrzmiewają z odpowiednią nutą pełnego podziwu zapału, utrzymywała wszystko w sztywnej i uporządkowanej formie, znajomej rutynie.
Jednakże Ailie przepełniała głęboka ciekawość, potrzeba zobaczenia więcej, uczenia się więcej, doświadczania. Wierzyła, że jedynym sposobem na okazanie prawdziwej wdzięczności było przyjęcie tego, co dawane, wędrowanie tak daleko, na ile pozwalały Kamienie Strażnicze, i rozkoszowanie się nieuporządkowaną chwałą świata, czerpanie z niej radości i pozwolenie, by dzikie tętno jej krwi stanowiło własny rodzaj modlitwy.
Wiara Greer łączyła ze sobą nauki obu kobiet. Niemal czuła teraz na sobie ich dłonie, proszące, by się zatrzymała i poczuła ciepłą teksturę kory, kierujące nią, gdy wykładała ohydne i makabryczne dary.
Sznur jelit.
Wątroba.
Nerki.
Serce.
Po tym, jak Louise rzuciła je na ziemię, pokryły się kurzem, więc Greer otarła je najlepiej, jak umiała. Kiedy układ ją zadowolił, usiadła, by objąć wzrokiem ciemną głębię lasu.
Odchrząknęła i jeszcze zanim wygłosiła słowa, poczuła, że jej głos drży.
– Z wdzięcznością i podziękowaniem składam te dary jako ofiarę dla was. – Każdy włosek na plecach Mackenzie stanął na baczność, wyczulony i przygotowany. – Niechaj będą pożyteczne i przyniosą wam wielką radość.
Wstrzymała oddech, ciekawa, czy dziś w końcu usłyszy odpowiedź Łaskawych. Czekała, szukała jakiegokolwiek ruchu, choćby najmniejszego poruszenia.
Tyle że nie byłoby małe, czyż nie?
Spojrzała na prawo.
Ślady były duże, tak duże…
Następnie w lewo.
Dwa palce, co ma dwa palce u stóp?
Pnie świerków pozostały na miejscu, nieporuszone i nieruchome.
Blask modrzewiów zbladł, a otaczające ją lasy pociemniały.
Przybliżyły się.
Czy światło nikło, bo zbliżała się burza i wysoko znad gór nadciągały chmury? Czy zapadała noc?
Czy to byli Łaskawi?
Albo jeszcze gorzej… czy to potwory, które powstrzymywali?
Las czekał, uparcie odmawiając wyjawienia swych sekretów.
Greer wbijała wzrok w wybrzuszenia pokrywające korę rosnącego przed nią drzewa. Ona też potrafiła być uparta.
Kiedy tak klęczała, czekając, a chwila się przeciągała, Greer to poczuła: zachodzące słońce, przyciąganie Mistaken. Kamienie ciągnęły za jej kości jak rybak sprawdzający przynętę. Delikatnie, ale nieprzerwanie.
Dziewczyna policzyła dziś kroki – robiła to zawsze, gdy wymykała się poza granice miasteczka. Mniej więcej dziesięć tysięcy. Prawie pięć mil. Powrót powinien zająć ponad dwie godziny. Co najmniej.
Miała wystarczająco dużo czasu, by zdążyć przed Pierwszym Rogiem.
Ledwie.
Mogła poczekać jeszcze chwilkę.
Jeszcze minutkę. Z pewnością mogła zaczekać jeszcze minutę.
Kiedy napięcie znów wzrosło, szarpiąc ją z niepowstrzymaną zawziętością, Greer poddała się i wstała, pewna, że gdy tylko się odwróci, drzewa ożyją i wyciągną swe macki, by zebrać dary.
Dmuchnęła w pasmo ciemnych włosów zwisających jej przed oczami i potarła palce, które kleiły się od darów. Zamierzała je umyć w pierwszym napotkanym strumieniu, bo Martha nigdy by jej nie wybaczyła, gdyby wróciła do domu, wyglądając jak pomocnica rzeźnika.
Teraz, gdy stopy Mackenzie były skierowane w stronę Mistaken, wypuściła powietrze z płuc. Czuła ulgę, ponieważ jej ciało przestało być ciągnięte. Zebrała rzeczy, ale zawahała się przed zwinięciem mapy.
Była z niej taka dumna, jeszcze zanim ukłuły ją nienawistne słowa Louise zatruwające jej radość.
Przyjrzała się czystym liniom, precyzyjnej skali i serii oznaczeń w miejscach, gdzie napotkały zagajniki Redcapów.
To była świetna robota i Greer zdawała sobie z tego sprawę.
Z determinacją zrolowała ciasno mapę i ostrożnie wetknęła ją do torby. Nie pozwoli Louise tego skazić. Zatrzyma się przy tartaku i pokaże ją Ayaanowi Adairowi, zastępcy swojego ojca. On z pewnością będzie zadowolony.
Gdy przerzuciła pasek torby przez głowę, coś na skraju jej pola widzenia się poruszyło, prześliznęło między drzewami.
Ukradkiem.
Po cichu.
Kobieta nadstawiła uszu, zbita z tropu panującą ciszą.
Odkąd tylko pamiętała, słyszała rzeczy. Duże rzeczy, małe rzeczy. Nieprawdopodobne rzeczy. Najbardziej niemożliwe rzeczy. Trzepot skrzydeł wysoko nad głową, rozmowy z nieodpowiedniej strony pomieszczenia, płatki śniegu osiadające na gałęziach drzew daleko za jej domem. Czasami miała wrażenie, że słyszała bicie serc każdej osoby w Mistaken – cichutkie, niestrudzone pulsy życia, pragnące, by je zauważyć.
Nie wiedziała, dlaczego ani jak, ale była to prawda, od której nie potrafiła uciec.
Dlaczego więc las zdawał się teraz tak nieporuszony?
Nagły lęk przeszył jej wnętrze. Czuła, jak się zbliża, duszący jak mokry koc: złowrogi ciężar czegoś niepojętego.
Pasma włosów zatańczyły za uszami dziewczyny, poruszane jakby oddechem stojącej za nią osoby; za bardzo się bała, by się odwrócić. Za bardzo się bała, by sprawdzić.
Coś się za nią czaiło, a ona niczego nie słyszała.
Niemal nie mogła znieść tej przerażającej niewiadomej.
Greer zacisnęła oczy, niechętnie wyobrażając sobie dzikie i fantastyczne obrazy. Demony i potwory zbyt straszne, by w nie uwierzyć. Drzewa, które potrafiły poruszać się bezgłośnie po lesie jak smugi mgły. Drzewa o rozjarzonych oczach. Drzewa z dwoma palcami. Drzewa o długich, zgrubiałych palcach, sięgające do jej obnażonej szyi…
– Witaj, Szpaczku.
Otwarła oczy.
To usłyszała.
Prawda?
Głos, cichy i czarujący. Tuż za jej plecami. Głos tak prawdziwy jak jej własny.
Greer zwilżyła usta. Nie spojrzy. Nie była w stanie spojrzeć. Tyle że…
Kiedy jej determinacja osłabła i dziewczyna odwróciła się na pięcie, las trwał nieruchomo, a dary zniknęły.