-
nowość
Rozwój mentalny młodego sportowca - ebook
Rozwój mentalny młodego sportowca - ebook
Marcin Kikut to były zawodowy piłkarz, który przez lata występował na boiskach Ekstraklasy oraz w europejskich pucharach. W latach 2006–2012 reprezentował barwy Lecha Poznań, z którym zdobył mistrzostwo Polski, Puchar Polski i Superpuchar Polski, a także był reprezentantem kraju. Autor pokazuje między innymi, jak sport i zdrowe podejście do treningu wpływają na rozwój młodego człowieka, budowanie charakteru oraz umiejętności przydatnych również w dorosłym życiu zawodowym.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Sport i zabawa |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398104302 |
| Rozmiar pliku: | 26 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
5
Wstęp
Rozdział I - Zrozumieć mentalność sportowca1.1. Nie chodzi tylko o wygrywanie1.2. Dwa światy młodych sportowców1.3. Zrozumieć emocje i ambicje młodego sportowcaRozdział II - Rodzic jako partner, nie trener2.1. Najczęstsze błędy rodziców młodych sportowców2.2. Jak wygląda zdrowe wsparcie emocjonalne2.3. Jak rozmawiać z dzieckiem po meczu - słowa, które budują i niszczą2.4. Trudne momenty: kontuzja, konflikt, kryzysRozdział IlI - Trener, zespół i środowisko 3.1. Relacja rodzic – trener: jak grać do jednej bramki 3.2. Czego trener oczekuje od rodzica i odwrotnie3.3. Kiedy sport przestaje cieszyć
Rozdział IV - Radość jako podstawa4.1. Jak sport pomoże dziecku w dorosłym życiu (praca, stres, relacje)4.2. Twoje dziecko nie musi być zawodowcem, żeby wygrać w życiu
Podsumowanie
Ćwiczenia
Bibliografia
23273439
45
48
51
54
57
62
64
68
70
75
79
88
95
102
108Wstęp
Od najmłodszych lat miałem jasno wyznaczony cel zostać za-wodowym piłkarzem i nie dopuszczałem wtedy żadnej innej drogi. Jestem jednym z tych który dopiął swego. To właśnie sport ukształtował mój charakter, ucząc mnie dyscypliny, a także determinacji i konsekwencji. Przeszedłem piłkarską drogę od drużyn młodzieżowych, aż po występy w Ekstraklasie i gry w europejskich pucharach. Największym wyróżnieniem była możliwość założenia koszulki reprezentacji z orzełkiem na piersi. Początek tej drogi miał miejsce w Pogoni Barlinek, klubie z małej miejscowości w województwie zachodniopomorskim, liczącej niewiele ponad 13 tysięcy mieszkańców. To właśnie tam jako kilkuletni chłopak z ogromnym zapałem, stawiałem pierwsze kroki na boisku. Od najmłodszych lat wyróżniałem się na podwórku na tle starszych kolegów, bo miałem w sobie to „coś”, przyciągające uwagę i dodające mi pewności. Pracowitość i gotowość do trenowania więcej niż inni. Z każdym kolejnym meczem coraz mocniej utwierdzałem się w przekonaniu, że systematyczność, wytrwałość i potrzeba rozwoju przybliżają mnie do celu. Zafascynowany grą Diego Maradony szybko zacząłem marzyć o wielkiej piłce.
Podobno największym motywatorem w życiu człowieka są pieniądze, jednak realia ówczesnej piłki nożnej wyglądały zupełnie inaczej niż te, które widzimy dzisiaj. Wielkie kontrakty czy stabilność finansowa klubów były raczej marzeniem niż codziennością. Infrastruktura również pozostawiała wiele do życzenia. Nie było nowoczesnych stadionów ani odpowiednio
5przygotowanych boisk treningowych, często brakowało też podstawowego sprzętu, a możliwości odnowy biologicznej po-zostawały bardzo ograniczone. Dla wielu zawodników warunki, które obecnie uznajemy za standard, były wtedy całkowicie nieosiągalne. Gdyby sportowiec wychowany w dzisiejszych realiach przeniósł się w tamte czasy, prawdopodobnie poczułby się jak na surowym obozie przetrwania. Właśnie te trudności często kształtowały charakter. Uczyły wytrwałości, odporności i nieustannego dążenia do tego, aby znaleźć się w miejscu, gdzie braki stają się jedynie wspomnieniem. Mnie te niedogodności nie zniechęcały. Skupiałem się na grze, bo to dawało mi prawdziwą radość. Wszystko inne wydawało się mniej istotne. Z perspektywy czasu widzę, że to właśnie tamte braki zbudowały we mnie głód rozwoju, którego nie da się wy-pracować w komfortowych warunkach. To była szkoła życia, którą dziś wspominam z wdzięcznością, bo nauczyła mnie doceniać zarówno drogę, jak i każdy krok naprzód.
W 1998 roku dołączyłem do Amiki Wronki, jednocześnie rozpoczynając naukę w pierwszej klasie liceum. Klub ten stanowił jedno z najciekawszych miejsc na piłkarskiej mapie Polski tamtego okresu. Był stosunkowo młody, a mimo to szybko zdążył wypracować sobie markę zespołu ambitnego i pnącego się w górę krajowej hierarchii. Wyróżniał się stabilnym zapleczem finansowym, które pozwalało mu rozwijać kadrę i organizację na poziomie znacznie przewyższającym możliwości wielu innych klubów w Polsce i jednocześnie wciąż
6pozostawał miejscem, w którym nie brakowało sportowej surowości oraz codziennej pracy, ponieważ infrastruktura nie zawsze nadążała za rosnącymi ambicjami. Amica była klubem otwartym na młodych zawodników i dawała im realną szansę na rozwój. Panowała tam atmosfera intensywnego treningu i rywalizacji. Dla młodego chłopaka było to miejsce pełne wyzwań, ale także ogromnych możliwości. Codzienna praca zaczęła przynosić efekty i 31 lipca 2004 roku zadebiutowałem w Ekstraklasie. Miesiąc później wybiegłem na murawę w meczu europejskich pucharów, przeciwko węgierskiemu Budapest Honvéd. Wygraliśmy pierwsze spotkanie 1:0, a ja zanotowałem asystę. Wtedy poczułem, że dziecięce marzenia stają się rzeczywistością.
Fankarta Amiki Wronki. Autor zdjęcia nieznany (archiwum prywatne Marcina Kikuta)
W barwach Amiki WronkiW 2006 roku trafiłem do Poznania na skutek fuzji Lecha Poznań i Amiki Wronki. Był to moment, który mocno zmienił kierunek mojej kariery. Znalazłem się w klubie o dużych ambicjach i zupełnie innych realiach niż te, do których przy-wykłem we Wronkach. Wszystko działo się szybciej, głośniej i z większym naciskiem na wynik. Już po kilku treningach zro-zumiałem, że muszę wejść na wyższy poziom, bo tu każdy dzień był testem, a wszyscy zawodnicy chcieli udowodnić, że zasługują na miejsce w składzie. Lech otworzył przede mną świat wy-magającego futbolu, w którym presja to codzienność, a nie coś wyjątkowego. Miałem poczucie, że nie ma miejsca na chwilę słabości, ale ten rodzaj napięcia sprawiał, że człowiek szybciej dojrzewał piłkarsko i mentalnie.
Rywalizacja była ogromna, bo oprócz samego składu walczyło się też o szacunek kibiców i trenerów. Intensywność treningów była większa, a gra obok takich zawodników jak Robert Lewandowski, Manuel Arboleda, Ivan Djurdjević, czy Artjoms Rudņevs zmuszała do przekraczania własnych granic. Każdy z nich podnosił poprzeczkę innym, a ja musiałem odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości, szukając swojej roli w drużynie, która stale się rozwijała. Każdy detal na treningu miał znaczenie, bo konkurencja nie pozwalała na chwilę oddechu. Z czasem zacząłem rozumieć, że takie środowisko najlepiej pokazuje, ile naprawdę jesteś wart jako sportowiec. To właśnie wtedy uczysz się reagować na presję bez szukania wymówek i brać odpowiedzialność za swoje miejsce w zespole.
11W barwach Lecha zdobyłem mistrzostwo Polski, Puchar Polski i Superpuchar, spełniając marzenia, które pojawiły się jeszcze w czasach moich pierwszych treningów w Barlinku. Te sukcesy nie przyszły jednak łatwo. Towarzyszyły im trudne momenty, zmiany pozycji, kontuzje i sytuacje, w których musiałem patrzeć, jak inni wychodzą na murawę, a ja zostaję na ławce. To była szkoła cierpliwości, której wcześniej tak naprawdę nie miałem okazji przejść. Drużyna miała mocny charakter i naturalną determinację, która wynikała zarówno z naszych osobowości, jak i z atmosfery wokół klubu. Gdy wychodziliśmy na mecz, czuło się odpowiedzialność za tych ludzi na trybunach. Wielu z nich traktowało piłkę jak część życia, a ich wsparcie potrafiło dodać siły w sytuacjach, w których normalnie człowiek mógłby odczuwać zwątpienie.
W Poznaniu zrozumiałem, jak bardzo presja wyniku może wpływać na zawodnika, ale także jak wiele daje, gdy potrafi się z nią żyć i działać mimo niej. Tamte lata uświadomiły mi, ile w piłce zależy od charakteru. Każda wygrana, każde trudniejsze doświadczenie i każda rozmowa z trenerami wpływały na to, jakim byłem zawodnikiem. To był intensywny, wymagający okres, ale właśnie dzięki temu przyniósł mi najwięcej spor-towych satysfakcji.
Sport drużynowy ma tę wadę, że czasami musisz realizować zadania, których wymaga drużyna, nawet jeśli są sprzeczne z Twoją naturalną charakterystyką. Od początku czułem się
12zawodnikiem ofensywnym. Lubiłem grać do przodu, być częścią akcji, które mogły zakończyć się bramką. W Lechu Poznań sytuacja zmieniła się jednak bardzo szybko. Franciszek Smuda, ówczesny trener, podjął decyzję o przesunięciu mnie na prawą stronę obrony. Dla mnie była to rola całkowicie inna niż ta, w której widziałem siebie od lat. W tamtym czasie rodziło to we mnie frustrację. Czułem, że jestem odcięty od działania ofensywnego, które było moim naturalnym środowiskiem.
Z perspektywy tamtego okresu miałem duży żal i prze-konanie, że ten pomysł nie był dla mnie korzystny. Przez pierwsze pół roku właściwie nie grałem, siedziałem na ławce rezerwowych i próbowałem przekonać trenera, że mogę być wartościowy w tej nowej roli. Kolejne miesiące to była nauka automatyzmów, adaptacja do zupełnie innego sposobu gry oraz zmagania z kontuzjami. Z sześciu sezonów w Lechu tylko około półtora roku mogę uznać za naprawdę udane.
Paradoks polega na tym, że to właśnie u trenera Smudy zadebiutowałem w reprezentacji, kiedy został selekcjonerem. Choć tamten okres w Lechu był dla mnie trudny mentalnie oraz pełen frustracji, ostatecznie nauczył mnie pokory, elastyczności i spojrzenia na futbol z szerszej perspektywy. Z czasem doceniłem także to, czego mogłem się nauczyć od Franciszka Smudy, mimo że wiele jego decyzji budziło we mnie sprzeczne emocje i długo nie potrafiłem spojrzeć na nie z dystansem i zrozumieniem.
13Największym wyróżnieniem w mojej piłkarskiej karierze była możliwość zagrania w reprezentacji Polski. Czułem ogromną opowiedzialność, ponieważ gra z orłem na piersi to zaszczyt i obowiązek reprezentowania kraju na najwyższym poziomie. W jednej chwili wróciły do mnie wspomnienia z osiedlowych boisk, pierwszych treningów i zwycięstw.
Uświadomiłem sobie, że spełniam sen, który ma każdy młody piłkarz. W grudniu 2010 roku zadebiutowałem w spotkaniu towarzyskim przeciwko Bośni i Hercegowinie, zakończonym remisem 2:2. Kolejne powołanie otrzymałem w lutym 2011 roku. W meczu z Mołdawią w Vila Real de Santo António zagrałem pełne 90 minut, a reprezentacja wygrała 1:0.
Fot. Piort Kucza / Newspix.pl
Polska – Mołdawia 1:0, w walce o piłkę z Igorem Picusciakiem (Mołdawia)
14
Punktem zwrotnym w mojej karierze okazał się kwiecień 2011 roku, kiedy podczas rewanżowego meczu półfinałowego Pucharu Polski z Podbeskidziem Bielsko-Biała doznałem poważnej kontuzji kolana. Badania wykazały uszkodzenie chrząstki, co oznaczało koniec sezonu oraz konieczność roz-poczęcia długiej rehabilitacji.
Przez lata byłem przyzwyczajony do rytmu opartego na treningach i meczach, dlatego nagłe zatrzymanie było dla mnie obciążeniem psychicznym. Zależało mi na szybkim powrocie, lecz organizm wyraźnie pokazywał, że potrzebuje czasu. Do zajęć z drużyną wróciłem dopiero we wrześniu 2011 roku, stopniowo odbudowując stabilność i siłę po przebytym urazie. Był to jeden z najbardziej wymagających momentów tamtego okresu, ponieważ po raz pierwszy poczułem, że moje ciało zaczyna funkcjonować na innych zasadach niż moja ambicja. W piłce nożnej zawsze znajduje się ktoś gotowy zastąpić cię w chwili słabości.