Ruchome piaski. Eryk zdobywca światów - ebook
Wejdź do świata, w którym wyobraźnia potrafi ożywić wszystko – nawet pustynię!
Eryk i Ola trafiają do żółtego świata, który okazuje się niezwykłą pustynią. Magiczny piasek potrafi zmieniać kształt, kolor, a nawet smak, a przy odrobinie wysiłku – ożywać! Podczas swojej wędrówki bohaterowie docierają do zamku z piasku, gdzie czeka na nich ważna misja. Aby uratować mamę Oli, będą musieli wykazać się odwagą, sprytem i ogromną wyobraźnią.
To pełna akcji i fantastycznych przygód opowieść, która przenosi czytelników do niezwykłych światów inspirowanych wyobraźnią dzieci. Dynamiczna fabuła, angażujące wyzwania i bohaterowie, z którymi łatwo się utożsamić, sprawiają, że książka wciąga od pierwszych stron i pobudza kreatywność oraz chęć odkrywania.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Dzieci 6-12 |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8449-129-4 |
| Rozmiar pliku: | 41 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
– Ramię jest za krótkie! – usłyszałem krzyk Oli. – Potrzebujemy też więcej kul!
Miałem ochotę zawołać, że kule nie skończyłyby się tak szybko, gdyby lepiej celowała, ale kłótnia była ostatnią rzeczą, której teraz potrzebowaliśmy. I tak mieliśmy przechlapane. Ze wszystkich stron zbliżały się do nas piaskowe stwory, wyglądały jak śnieżne bałwany. Skojarzenie wydawało się o tyle nietrafione, że te stworzenia w całości składały się z piasku. Nietypowy też był sposób, w jaki się poruszały – choć ich ciała były zbudowane z trzech nałożonych na siebie kul, owe istoty, zamiast się toczyć, zrzucały głowy, następnie kładły na nie brzuchy, by na koniec, niczym wisienkę na torcie, postawić na nich nogi. Gdy to już zrobiły, ponawiały cały proces, tym razem zrzucając z siebie nogi i kładąc na nie tułów i głowę.
Na nasze szczęście to przemieszczanie się było nie tylko dziwne, ale także bardzo powolne, dzięki czemu mieliśmy czas, aby się przygotować. Inna sprawa, że okropnie go roztrwoniliśmy.
– Nie wydłużę teraz ramienia! – odkrzyknąłem. – Najprawdopodobniej popsułbym przy tym katapultę!
Nazwanie tego, co skonstruowałem, katapultą, było sporym nadużyciem, lecz nie miałem głowy do wymyślania nazw. Wciąż byłem w szoku, że z otaczającego nas piasku mogliśmy ulepić niemal wszystko. To przypominało trochę zabawę ogromną plasteliną, z tą różnicą, że nie brudziła rąk ani nie wysychała. I jeszcze jedno: stworzone rzeczy się poruszały, jak choćby otaczająca nas armia piaskowych bałwanów.
– Nie mamy z nimi szans – stwierdziła zniechęcona Ola.
Bardzo chciałem się z nią nie zgodzić, lecz mnie też brakowało już pomysłów na obronę. Nie tak to miało wyglądać. Bałwany miały być tylko niewinnym żartem. Mogłem zrobić wszystko: sportowy samochód, pałac, a nawet tabliczkę czekolady – ale nie, ja musiałem te nieszczęsne bałwany. A pomyśleć, że początek był taki przyjemny.
Właśnie, początek. Nim dopadną nas piaskowe bałwany, wróćmy do tego, jak w ogóle się tu znaleźliśmy.ROZDZIAŁ 1
DZIEŃ WAGAROWICZA
Nigdy wcześniej tak bardzo nie stresowałem się szkołą. Powodem bynajmniej nie było nieprzygotowanie do lekcji, choć po ciężkim wieczorze trudno było mi się na czymkolwiek skupić. Prawdziwa przyczyna moich zszarganych nerwów wierciła się w plecaku, próbując się z niego wydostać.
– Przestań! – syknąłem konspiracyjnie. – Będę miał przechlapane, jeśli ktoś cię odkryje.
Idąca przede mną siostra spojrzała przez ramię.
– Gadasz sam do siebie? – zapytała.
– Ty się do mnie nie przyznajesz, więc z kim innym mam rozmawiać?
Gosia pokręciła głową, po czym przyspieszyła kroku. Miała mnie za dziwaka. Młodszego, uciążliwego i sprawiającego kłopoty brata, prawdziwą kulę u nogi. Utwierdziłaby się w tym przekonaniu, gdyby się dowiedziała o kotłującej się zawartości mojego plecaka i źródle jej pochodzenia. Zakładając, że w ogóle by mi uwierzyła.
Gdyby nie próbujący wyjść na zewnątrz lawoskoczek, sam miałbym wątpliwości, czy wizyta w czerwonym świecie nie była tylko snem. Lawowy wieloryb, niebezpieczna wspinaczka i nurkowanie w gorącej lawie – wszystko to brzmiało jak wytwór nazbyt wybujałej wyobraźni, a jednak wydarzyło się naprawdę.
Zwolniłem kroku, by swobodniej porozmawiać z lawoskoczkiem. Małe stworzonko o rudym pyszczku i z długim ogonem pokrytym łuskami nie ustawało w próbach wydostania się z plecaka.
– Nie wierć się tak, bo zrobisz dziurę – upomniałem je półszeptem. Odłożyłem plecak na ziemię i ostrożnie, by zwierzak nie uciekł, rozsunąłem zamek. Pamiętając, jakie możliwości ma lawoskoczek, starałem się nie zostawić mu przestrzeni do skoku. Ten mały, niepozorny gryzoń potrafił wybić się na kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt metrów w górę, następnie rozkładał wielkie uszy i swobodnie szybował.
– No już, już – dodałem uspokajającym głosem. – Wiem, że ci niewygodnie, ale nie miałem wyboru. Nie mogłem cię zostawić w domu. Odbębnimy szkołę i wieczorem odeślę cię z powrotem do twojego świata.
Z plecaka wydobyły się obłoki pary. Poprzednim razem lawoskoczek zachowywał się tak, gdy niechcący zniszczyłem mu dom. Starałem się uformować z książek i zeszytów coś na kształt szałasu, najwidoczniej jednak nie osiągnąłem zadowalającego rezultatu.
– Tylko mi się tam nie uduś – powiedziałem, rozsuwając szerzej zamek, by para się ulotniła.
Wystarczyła chwila nieuwagi i stworzonko wystrzeliło w górę. Desperacko próbowałem je pochwycić, ale było za szybkie. Mała ruda kulka wzniosła się na wysokość czwartego piętra, po czym poleciała w kierunku szkoły.
Przerażony, chwyciłem plecak i zerwałem się do biegu. Mało brakowało, a skupiony na obserwowaniu lawoskoczka, staranowałbym siostrę. Gosia krzyknęła, żebym uważał, potem coś jeszcze zawołała, ale zupełnie jej nie słuchałem. Nie mogłem stracić zwierzątka z oczu. Nie pochodziło z tego świata i jeśli ktoś by je zobaczył, mógłby narobić zamieszania.
Podążając za małym uciekinierem, zdałem sobie sprawę, że nie wymyśliłem mu jeszcze imienia. Nie chciałem się do niego przywiązywać, w końcu wieczorem planowałem odstawić go do czerwonego świata. Ale przecież każdy zasługuje na imię, prawda? Musiało być krótkie i dynamiczne. I kojarzyć się z lawą. Może Lawuszek? Grzałek? Magmulek?
– Siema, Eryk! – usłyszałem z boku.
W odpowiedzi machnąłem tylko ręką, nie patrząc nawet, kogo mijam. Lawoskoczek pomału opadał. Szybkie obliczenia matematyczne podpowiadały, że powinien wylądować w okolicach głównego wejścia do szkoły. Bardziej ruchliwego miejsca już nie mógł sobie wybrać. Uczniowie wchodzący grupkami do środka, rodzice odprowadzający młodsze dzieci, nauczyciele i…
– Pani dyrektor! – krzyknąłem, hamując w ostatniej chwili.
Dyrektorka, wysoka kobieta o przerażająco bladej skórze, spojrzała na mnie z góry. Miała długie czarne włosy, czarne oczy i wyjątkowo czarne poczucie humoru. Jej ulubionymi tematami żartów były zostawanie uczniów po lekcjach w szkole i „dobrowolne” zgłaszanie się do pomocy podczas organizowania różnych wydarzeń.
– Dzień dobry, Eryku – powitała mnie z szerokim uśmiechem. – Miło widzieć, że spieszysz się do szkoły.
Ukradkiem zerknąłem za jej plecy w poszukiwaniu lawoskoczka. Fakt, iż nikt jeszcze nie krzyczał ani nie uciekał w popłochu, świadczył, że zwierzak miał na tyle rozsądku, by się schować.
– Dzień dobry – odparłem. – Przepraszam, ja po prostu…
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Nie lubiłem kłamać, a nikt nie uwierzyłby w prawdziwą wersję zdarzeń.
– Po prostu chcesz się upewnić, że są jeszcze miejsca na liście chętnych do popołudniowego segregowania rzeczy znalezionych? To bardzo miłe. Mamy sześć wielkich worów do posortowania. Nieodebrane rzeczy trafią do potrzebujących.
Otworzyłem szeroko usta, lecz wciąż nie potrafiłem wydusić z siebie ani słowa. Pani dyrektor nie należała do osób, którym się odmawia. Może odważyłbym się, gdybym miał sensowny powód, ale nie mogłem przecież wyznać, że wieczorem zamierzam odstawić lawoskoczka do czerwonego świata, po czym razem z Olą – sąsiadką, która pokazała mi księżycowy pryzmat i odkryła przede mną cudowne możliwości podróży, jakie stwarzają magiczne portale – przeskoczymy do żółtego świata.
Swoją drogą, przez ułamek sekundy rozważałem, czy nie skorzystać z okazji i nie odwołać eskapady. Ola niewiele opowiedziała mi o żółtym świecie, co z jednej strony ekscytowało, z drugiej – budziło obawy. Czerwony świat okazał się opanowany przez lawę, nad którą skakaliśmy po wysepkach. Beztroska zabawa jednak szybko przerodziła się w ucieczkę przed lawowym wielorybem i pogonią za tajemniczą istotą udającą mamę Oli. To właśnie ten ktoś albo to coś uciekło przed nami do żółtego świata, dokąd postanowiliśmy się wybrać wspólnie wieczorem.
Od wielu godzin wyobrażałem sobie, jak będzie wyglądało miejsce, do którego udamy się z Olą. Kolor żółty kojarzył mi się ze słońcem, ale miałem nadzieję, że nie będzie tam za ciepło. Wciąż pamiętałem nieprzyjemną kąpiel w lawie, z ulgą przyjąłbym coś chłodniejszego. Barwa żółta przywodziła też na myśl ser. Wyobraziłem sobie nawet, jak drążę serowe tunele niczym kret, ale to nie miało większego sensu.
– Eryk? – Głos pani dyrektor przywrócił mnie do rzeczywistości.
– Tak? – zapytałem.
– Tak? – powtórzyła radośnie. – Świetnie, że się zgadzasz. W takim razie widzimy się po 18.00.
Widok skulonego pod ścianą lawoskoczka sprawił, że serce podeszło mi do gardła. Byłem gotów zgodzić się na wszystko, byle pospieszyć mu z pomocą, więc tylko uśmiechnąłem się uprzejmie i pożegnałem, po czym ile sił w nogach ruszyłem w kierunku wystraszonego zwierzątka.
Czułem na sobie wzrok pani dyrektor i kilku mijanych uczniów. Nie mogłem tak po prostu schylić się po mojego kompana, a następnie wziąć go na ręce. Zamiast tego kucnąłem przy nim i udałem, że zawiązuję but.
– Psst – szepnąłem. – Wskakuj do plecaka.
Zwierzak spojrzał na mnie nieufnie.
– No, dawaj! – ponagliłem go. – Zaraz ktoś cię zauważy.
Nie chciałem używać siły, ale nie pozostawił mi wyboru. Dalsza zwłoka mogłaby okazać się katastrofalna w skutkach. Rzuciłem się do przodu, próbując go chwycić i zamknąć w dłoniach, niestety byłem za wolny. Lawoskoczek ponownie wybił się w górę, zostawiając mnie leżącego na ziemi z głupią miną.
– To twój brat? – usłyszałem zza pleców.
Odruchowo spojrzałem w stronę, z której dochodził głos. Widok wściekłej miny Gosi mówił więcej niż słowa. Wstydziła się za mnie i nie chciała mieć ze mną nic wspólnego. Kolejny raz udowodniłem, że jestem dziwolągiem. Co innego denerwować ją w domu, a co innego zrobić coś tak żenującego na oczach jej koleżanek.
– Nie znam go – prychnęła. – Chodźmy do środka, niedługo zaczną się lekcje.
Domyślałem się, że po szkole urządzi mi karczemną awanturę, ale zupełnie się tym nie przejmowałem. W tej chwili najważniejsze było odnalezienie lawoskoczka, który zniknął gdzieś w przestworzach.
Wstałem i otrzepałem spodnie. Miałem mało czasu. Rzadko zgadzałem się z siostrą, ale tym razem miała rację: niedługo zaczną się lekcje, więc musiałem się sprężyć. Przyłożyłem daszek z dłoni do czoła i wbiłem wzrok w niebo. Niestety, nie dostrzegłem niczego oprócz kilku chmur i przelatujących ptaków.
Po kilkudziesięciu bezowocnych sekundach tkwienia przed szkołą z zadartą głową usłyszałem bezwzględny dzwonek, wzywający na lekcje. Odruchowo ruszyłem w stronę głównego wejścia, zatrzymałem się jednak w połowie drogi. Nigdy nie wagarowałem. Wiedziałem, że mama się wścieknie, gdy dowie się o mojej nieobecności, ale nie miałem wyboru. Nie mogłem zostawić małego, bezbronnego i wystraszonego zwierzątka bez opieki.