Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Rudowłosa z Auchwitz. Historia prawdziwa - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
21 stycznia 2026
44,99
4499 pkt
punktów Virtualo

Rudowłosa z Auchwitz. Historia prawdziwa - ebook

Mówiono jej, że rude włosy to przekleństwo i że zginie w Auschwitz. Nie uwierzyła w to i przeżyła.

 

Rachie ma osiemnaście lat, gdy w 1944 roku naziści wyrywają ją z rodzinnej wioski na granicy rumuńsko-węgierskiej. Wtedy to rozpoczyna się jej podróż przez piekło, prowadząca do obozów pracy i zagłady. W Auschwitz dziewczyna zostaje pozbawiona resztek godności i znaku rozpoznawczego – pięknych rudych włosów. Nawet jednak w tych nieludzkich okolicznościach nie traci nadziei i wewnętrznej siły. Pomimo niewyobrażalnego horroru, w którym znalazła się wraz z siostrą, postanawia nie poddać się nazistom. I przeżyć.

 

Nechama Birnbaum opowiada poruszającą historię swojej rudowłosej babci, Rosie Greenstein, która przetrwała nie tylko uwięzienie i pracę w Auschwitz, ale także w obozach Bergen-Belsen i Theresienstadt. Autorka barwnie opisuje też historię i życie codzienne kochającej się rodziny żydowskiej oraz kulturę i obyczaje niewielkiej społeczności Żydów, która jeszcze w latach czterdziestych XX wieku nie była świadoma nadchodzącej tragedii. Z osobistej perspektywy młodej dziewczyny w poruszający sposób przedstawia to, co stało się potem: okrucieństwo obozów koncentracyjnych i udrękę marszów śmierci, tragedię Holokaustu.

 

Bohaterka tej opowieści zmarła w maju 2022 roku w wieku dziewięćdziesięciu sześciu lat, kilka dni po amerykańskiej premierze książki. Było to siedemdziesiąt siedem lat po końcu drugiej wojny światowej. Literacka historia jej życia dołączyła do ważnych świadectw ocalałych z Zagłady i ukazała się w wielu tłumaczeniach.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Biografie
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68472-03-5
Rozmiar pliku: 1,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1

CRASNA, 10 MAJA 1944 ROKU

_Czemuż mówić mają ludy: Gdzież ich Pan?_

_A Pan nasz w niebiosach, wszystko, co zechciał, uczynił_¹.

Psalm 115:2–3

Te werble okażą się najbardziej znaczącym dźwiękiem w moim życiu, lecz gdy rozbrzmiewają, praktycznie nie zwracam na nie uwagi. Rozlegają się w oddali, stanowią tło historii, która rozgrywa się w mojej głowie. Wiem, że znów popuściłam wodze fantazji, i rozkoszuję się niesioną przez to wolnością. Strumyk szemrze nieopodal, ważki bzyczą, a chylące się nisko liście wierzby płaczącej tańczą na wietrze, pospołu tworząc symfonię, dzięki której przenoszę się do miejsca pozbawionego trosk i pełnego szczęśliwości. Lecz wtem: „Bum!”. Znowu ten dźwięk. Tym razem go rejestruję. Werble? Dlaczego ktoś bije w bębny w środku dnia?

Obracam się w lewo, w stronę, z której dobiega odgłos, i widzę dwóch maszerujących węgierskich żołnierzy. Jeden z nich ma bęben przewieszony przez szyję niczym łańcuszek i uderza w niego miarowo. Drugi niesie w jednej ręce trąbkę, a w drugiej megafon.

– Wszyscy Żydzi stawią się na rynku! – woła. – Uwaga! Uwaga! Wszyscy Żydzi stawią się na rynku!

Znowu ci Węgrzy. Wiecznie starają się pokazać, że rządzą w naszej wiosce, że są tu panami. A to nieprawda. Moja wieś, Crasna, leży na granicy pomiędzy Węgrami i Rumunią i oba te kraje walczą o nią jak dzieci o zabawkę. Ja także bym o nią walczyła. Crasna jest piękna. Góry szczerzą wokół niej swoje zębiska niczym blanki fortecy, a strumień otacza ją na podobieństwo fosy zamkowej. Można by myśleć, że jesteśmy bezpieczni, a jednak cztery lata temu Węgrzy położyli na nas swoje brudne łapska. Od tamtej pory wiele się zmieniło, ale zdążyliśmy się przyzwyczaić.

Na rynku roi się od ludzi. Podobnie bywa w przeddzień ważnych świąt, kiedy wszyscy robią zakupy w niewielkich kramach, lecz dziś tłum napiera na podwyższenie ustawione przed kościołem. Miejsce na nim zajął oficer żandarmerii, który przyłożywszy megafon do ust, krzyczy:

– Uwaga, Żydzi! Uwaga, Żydzi!

Większość mieszkańców wyległa na rynek. Po przekątnej widzę swoją młodszą siostrę Leę z przyjaciółkami. Widzę swojego brata Jecheskiela z kilkoma kolegami z jesziwy². Dostrzegam najlepszą kumę mojej mamy, Emmę Kokesz, nigdzie jednak nie ma mamy.

– Uwaga, mówię! – ryczy żandarm.

Harmider cichnie.

– Wszyscy Żydzi udadzą się do swoich domów i spakują jedną walizkę. Możecie wziąć tylko ubranie i jedzenie. Wszystkie wartościowe rzeczy zostawcie. – Żandarm się uśmiecha. – Kosztowności połóżcie na widoku, żeby nie trzeba było ich szukać, w przeciwnym razie spotkają was surowe konsekwencje, wolicie nie wiedzieć jakie. Rozejdźcie się do domów i spakujcie. Musicie być szybko gotowi do drogi. Jazda! Nie traćcie czasu!

Oficer żandarmerii opuszcza megafon i zeskakuje z podwyższenia. Harmider wybucha na nowo, ale zamiast podniecenia słychać konsternację. Muszę przełknąć, żeby nie zwymiotować, do gardła bowiem podchodzą mi mdłości.

Kieruję się do domu. Lea przyłącza się do mnie i tak wkraczamy na podwórko. Moja siostra unosi brwi w niepokoju, a w jej oczach czai się strach. Lea ma siedemnaście lat, jest równo siedemnaście miesięcy młodsza ode mnie i co najmniej siedemnaście razy mądrzejsza.

– O co może chodzić? – pyta mnie, kiedy przechodzimy przez podwórko.

– Nie wiem. Ale bardzo się denerwuję.

Przekraczamy próg. Mama jest w środku, w ręku trzyma garnek, który przed chwilą zdjęła z pieca.

– Gdzie się podziewałyście? Czym się denerwujesz?

– Nie słyszałaś werbli, mamo? – pyta ją Lea. – Na rynek wezwano wszystkich Żydów. Dowódca żandarmów kazał nam spakować walizki, ale mamy zostawić kosztowności dla funkcjonariuszy, którzy będą chodzić po domach.

– Ależ był tłum! – ekscytuje się Jecheskiel, przed wejściem do domu starannie wycierając nogi i otrzepując rękawy kurty. W wieku trzynastu lat powoli staje się mężczyzną, lecz w dużej mierze wciąż jest chłopcem.

– Nic nie słyszałam przez trzask ognia i brzęk garnków. Upiekłam chleb. Przypuszczam, że będę musiała go spakować.

– Jak sądzisz, czego od nas chcą? – pytam.

– Nie wiem – odpowiada mi. – Ale na pewno nic dobrego.

Lea, Jecheskiel i ja wymieniamy zdumione spojrzenia. Mama bez słowa okręca się na pięcie, podchodzi do szafy i z górnej półki zdejmuje walizkę. Ściąga z wieszaków sukienki i układa je na stole. W tle wciąż rozbrzmiewają werble, a my bezwiednie poruszamy się do rytmu nadawanego przez węgierskich żołnierzy.

– Włóżcie swoje najładniejsze rzeczy – instruuje nas mama. – Powinniśmy dobrze się prezentować bez względu na to, dokąd się udajemy. I nie zapomnijcie swetrów.

Podaje nam resztę garderoby. Lea i ja przenosimy ubrania na stół i zaczynamy je równo składać i pakować do walizki. Spostrzegam, że ręce mi się trzęsą. Dziwnie jest szykować się do drogi, kiedy nie wiadomo, co nas czeka u celu. Zaledwie godzinę temu donikąd się nie wybieraliśmy.

– Mamo, twój pierścionek zaręczynowy! – wołam.

To jedyny wartościowy przedmiot, jaki posiadamy. Ojciec kupił go mamie, gdy chciał poprosić ją rękę. Choć tato nie żyje od trzynastu lat, mama nie rozstaje się z pierścionkiem i codziennie go ogląda. Nie wyobrażam sobie, aby miała wyzbyć się jedynej pamiątki po ojcu i pozwolić Węgrom ją zabrać.

– Mój pierścionek? – powtarza mama, spoglądając na palec serdeczny. – Chyba nie mieli na myśli mojego pierścionka zaręczynowego?

– Obawiam się, że mieli – odpowiada Lea ze smutkiem. – Dowódca żandarmów powiedział wyraźnie: „Kosztowności połóżcie na widoku, żeby nie trzeba było ich szukać, w przeciwnym razie spotkają was surowe konsekwencje, wolicie nie wiedzieć jakie”.

Mama otwiera szeroko oczy. Przełyka ciężko.

– Tak powiedział?

Nagle przepełnia mnie gniew. Węgrzy odebrali mamie pracę i dom, ale nie pozwolę, żeby odebrali jej coś, co ma dla niej tak duże znaczenie.

– Daj mi go, prędko! – mówię i wyciągam do niej rękę. – Wszyję go w poduszeczkę swetra.

Mama ściąga pierścionek z palca i podaje mi. Z uczuciem odrealnienia zasiadam przy maszynie do szycia, aby ukryć nasz jedyny skarb w swojej części garderoby. Najpierw rozpruwam poduszeczkę swetra. Mama zawsze mnie upominała, abym brała przykład z Lei i pracowała szybciej, dlatego teraz, będąc pod presją, śmigam dłońmi równie szybko jak siostra. Umieszczam pierścionek wśród watowania i na powrót zaszywam rozdarcie. Ściegi wykonuję starannie, ale mama nie patrzy. Kręci się po izbie, wkładając do walizki kolejne rzeczy: mąkę, ściereczki, nawet prześcieradła. Wszystko mieści się bez trudu.

– Przebierzcie się – poleca, wręczając nam wybrane stroje. – Przynieście to, co mieliście na sobie, żebym też mogła spakować.

Moja sukienka jest granatowa z dodatkami w kolorze złamanej bieli, uszyta z przedniego lnu, który mama ściągnęła aż z Anglii. Szerokie plisy są ostre jak brzytwa, tak starannie je zaprasowałam. Moja siostra jest lepszą szwaczką ode mnie, lecz ja potrafię idealnie prasować – plisami można by sobie przeciąć skórę przy odrobinie nieuwagi.

Wkładam sukienkę pod spódnicę, którą mam na sobie, po czym gdy już otacza moje biodra, rozpinam zamek spódnicy i zsuwam ją z siebie. Następnie podciągam górę sukni pod bluzkę, zapinam na sobie jej guziki i dopiero wtedy zdejmuję niepotrzebną już część garderoby. Obie z Leą oddajemy zdjęte ubranie mamie, która składa je i umieszcza w walizce.

– Włóżcie swetry – nakazuje nam, po czym bębni palcami w blat stołu.

Serce bije mi szaleńczo, jakby miało wyskoczyć spomiędzy żeber. Narzucam sweter na ramiona. Pierścionek ukryty w prawej poduszeczce zdaje się ważyć tonę. Spod pach cieknie mi pot.

– Mamo – odzywam się. – Nie dam rady przenieść tego pierścionka.

– Wyjmij go, mameszejn³. – Mama nie patrzy na mnie. Bębni palcami w blat stołu jeszcze głośniej.

Ściągam z siebie sweter i jednym susem dopadam maszyny do szycia. Rozpruwam poduszeczkę i wydobywam pierścionek spomiędzy watowania. Nie mówiąc ani słowa, wychodzę na zewnątrz i kieruję się do wygódki. Brylant skrzy się w słońcu, rzucając kolorowe refleksy. Uchylam rozchwierutane drzwi i z całych sił ciskam pierścionek w sam środek dziury. Skoro mama nie może go dłużej mieć, nie pozwolę, aby przywłaszczyli go Węgrzy.

Sama nie wiem, skąd ten pomysł, ale gdy wracam do środka i siadam obok mamy, Lei i Jecheskiela, ogarnia mnie dziwny spokój. Czekamy.

W pewnym momencie otwierają się drzwi wejściowe i próg przestępują dwaj żandarmi z wycelowanymi karabinami. W życiu nikt jeszcze nie mierzył do mnie z broni palnej. Patrzę w otwór lufy, potem na rozwścieczonego żandarma i czuję, jak żołądek zaczyna mi ciążyć.

– Na dwór, już! Z walizką!

Mama wstaje i ujmuje walizkę, a ja przyglądam się jak we śnie, kiedy wlecze ją za sobą na zewnątrz. Żandarmi obchodzą nasz dom, zaglądają pod łóżka i pod stół.

– Nie ma nic wartościowego w tej norze. Ale przeprowadzimy rewizję osobistą. Może chowają coś przy sobie. – Przerzucają się pomysłami, po czym wypędzają nas krzykiem: – Głusi jesteście? Na dwór, ale to już!

Wraz z rodzeństwem wypadam na podwórko, które dzielimy z dwiema innymi żydowskimi rodzinami. Rosenbergowie i Brachowie już tam stoją. Kilka innych osób wyszło z domów i gapi się na nas. Jedna z kobiet zaledwie wczoraj pożyczyła od mamy kilka jajek, dziećmi innej pary zajmowałam się przez cały miniony tydzień, ale teraz wszyscy patrzą z uśmiechem, kiedy żandarmi popychają nas lufami. Nic nie rozumiem, ale bardzo się wstydzę.

– No dobra, a teraz stańcie wszyscy razem, o tam! – rozkazuje jeden z żandarmów i popycha pana Rosenberga, który się zatacza do przodu. – Wy też! – Gestem przywołuje mamę, Leę i mnie. – Tam!

Robimy, co każe. Trzymani na muszce nie mamy innego wyjścia. Państwo Rosenbergowie stoją obok siebie. Szybciutko otaczają ich dzieci.

– Posłuchajcie uważnie! – odzywa się znów ten żandarm, który popchnął pana Rosenberga. – Musimy się upewnić, że nie macie przy sobie broni. Przeoczenie jej byłoby głupotą z naszej strony, a my nie jesteśmy głupi. Zrewidujemy zaraz część z was. – Zbliża się do pana Bracha, który trzyma w górze otwarte dłonie, aby pokazać, że są puste, ale żandarm rzuca do niego szyderczo: – Ciebie się nie boimy, Żydku. Rewidować będziemy wasze kobiety.

Obserwujący nas chłopcy śmieją się pod nosem. Żandarm odwraca się do nich.

– Trzeba sprawdzić, czy te piękne damy czegoś nie ukrywają, prawda?

– A jakże! – odkrzykuje jeden z wyrostków.

Żandarm kładzie rękę na ramieniu jednej z córek Brachów, tej, która ma na imię Lucia. Dziewczyna drży pod jego dotykiem.

– Chodź, panienko – mówi do niej. – Musimy się upewnić, że nie masz przy sobie broni.

Odciąga ją na bok. Potem to samo robi z jej siostrą Miriam. Później prowadzi na drugą stronę podwórka bliźniaczki Rosenbergów, Sarę i Chaję, na koniec zaś wraca do nas trzech.

– Teraz was przeszukamy – ogłasza żandarm stojący najbliżej bliźniaczek. – Lepiej, żebyśmy nie znaleźli żadnych pistoletów ani karabinów!

Wśród gapiów rozlegają się śmiechy. Niemożliwe, żeby któraś z nas ukryła karabin – równie dobrze mogłybyśmy próbować ukryć cielę. Wszyscy dobrze o tym wiedzą.

– Nie wolno wam... – zaczyna pan Rosenberg.

Żandarm okręca się na pięcie.

– Mnie nie wolno? No to patrz! – Obraca się ponownie do nas i rozkazuje: – A teraz, moje panie, rozbierać się. – Żadna z nas ani drgnie. – No już!

Gapiący się na nas sąsiedzi postępują krok do przodu.

Martwieję. Nie mogę uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Wydaje mi się, że oglądam tę scenę przez zaparowaną szybę. Nigdy nie stanęłam naga przed nikim. Ani Lea, ani ja nie przebierałyśmy się w swojej obecności, choć od maleńkości dzieliłyśmy izbę i łóżko. Nasz dom był mały, ale instynktownie chroniłyśmy swoją prywatność. Podwórko wokół mnie zaczyna wirować niczym polujący kruk, który bije skrzydłami i zatacza kręgi. Słyszę śmiechy i krzyki, i niemowlęcy płacz. Widzę ostry, krągły czubek lufy trzymanej przez najbliższego żandarma. Jak we śnie zaczynam rozpinać guziki sukienki. Gdy powietrze owiewa moją skórę, mam takie wrażenie, jakbym wskoczyła do studni z lodowatą wodą. Rozbrzmiewają głośniejsze śmiechy, ja jednak potrafię myśleć wyłącznie o odsłoniętym ramieniu. W końcu rozpinam ostatni guzik. Zalewa mnie fala potwornego wstydu, gdy sukienka opada z mojego ciała i ląduje na ziemi. Przestępuję ponad zmiętą tkaniną. Wokół brzucha mam owiniętą flanelową szmatkę. Od wczesnego dzieciństwa cierpię na silne bóle, które pozbawiają mnie sił i doprowadzają do nudności. Ponieważ tylko flanela na nie pomaga, owijam się nią zawsze przed włożeniem ubrania. Teraz wolnym ruchem zdejmuję ją z siebie.

– No dalej! – woła ktoś w tłumie. Okrzykowi towarzyszą śmiechy, ktoś go podchwytuje.

– No dalej, Żydówo!

– Nie słyszałaś? Kazaliśmy ci się pośpieszyć. – Żandarm wbija mi lufę w biodro.

Wzdrygam się i prędko ściągam bieliznę. Cała drżę.

– Patrzcie tylko, wszystkie Żydówki są gołe! Ooo, tylko spójrzcie...

– Nigdy nie sądziłem, że spotka mnie takie szczęście. Że będę mógł sobie popatrzeć na te wszystkie Żydóweczki.

– Ha! Widzicie?

Głosy stają się donośniejsze, a mnie twarz pali coraz bardziej. Chłodne powietrze kąsa moją skórę. Wzrok mam wbity w ziemię.

Jeden z żandarmów podchodzi do mnie i kładzie mi ręce na ramionach. Sprawia, że je unoszę, po czym obmacuje mnie pod pachami. Przesuwa dłońmi po moim ciele, sprawdza za uszami. Zezując, widzę na jego twarzy uśmieszek, przez który łzy napływają mi do oczu. Pieką pod powiekami, lecz tam pozostają.

– Ta ruda nie ma przy sobie żadnej broni – ogłasza żandarm i zabiera się do obmacywania następnej kobiety z naszej grupki.

Śmiechy nie milkną. Moje ciało stało się ogólną własnością. Nie należy już tylko do mnie.

Gdy rewizja dobiega końca, wolno nam włożyć na powrót ubranie. Wciągam na siebie swoją piękną sukienkę z zaprasowanymi plisami, teraz pomiętą i utytłaną.

– Pójdziecie z nami! Gęsiego! – rozkazuje najgrubszy żandarm.

– Pa, pa! – Jeden z mieszkańców żegna nas roześmiany.

Ustawiamy się za Rosenbergami i Brachami i posłusznie drepczemy za żandarmami. Jakiś głosik w głowie mówi mi, aby za nimi nie iść – aby zostać tu, gdzie jestem – lecz gdy moje nogi poruszają się wbrew oporowi umysłu, uświadamiam sobie, że nie mam wyboru. Straciłam go wraz z honorem, zdejmując sukienkę. Honor, wybór – wszystko spoczywa teraz w rękach żandarmów, którzy nas dotykali.

Zabierają nas na rynek, gdzie roi się od Żydów i gapiów. Czekają już tam na nas zielone wozy z nieheblowanych desek, zaprzęgnięte w stare szkapy. Żandarmi kierują na nie naszych przyjaciół i sąsiadów, zamaszyście ciskają za nimi walizki. Na wozach robi się coraz ciaśniej, walizki piętrzą się wyżej i wyżej. Gapie obserwują nas, jakby byli w cyrku, dokładają się do ogólnego chaosu szyderczymi pokrzykiwaniami i śmiechami. Dopiero w pewnej chwili dostrzegam, że niektórzy z nich płaczą. Widzę zapłakaną Emmę Kokesz o zaczerwienionej twarzy. Jej mąż trzyma ją mocno za ramię.

– Patrzcie, co spotkało Żydów. Nie są już tacy dumni, co? – woła z tłumu jakiś mężczyzna.

Żandarmi popychają nas w stronę jednego z wozów.

– Ha! Widzicie tego człowieka, który siedzi na swojej walizce? Zaraz mu ją odbiorę! Wzbogacił się na naszej krzywdzie! – wykrzykuje inny gap.

Kolejny mu wtóruje:

– Wreszcie nauczą się dzielić z bliźnimi!

Rozlegają się głośne śmiechy.

Stojąc przy wozie, widzę, że nasi przyjaciele i sąsiedzi rozsiadają się na swoich walizkach, próbując je ukryć przed pożądliwym wzrokiem reszty mieszkańców.

– Patrzcie, co spotkało Żydów! Patrzcie, co spotkało Żydów! – powtarza jakaś kobieta tonem zdziwienia, ale też satysfakcji.

Rozglądam się wokół raz jeszcze, zanim wespnę się na wóz. To tutaj razem z pozostałymi mieszkańcami wsi wiwatowałam na cześć króla. Ze swojego miejsca dostrzegam szkołę, w której uczyłam się, bawiłam i tańczyłam. Nikomu nie przeszkadzało, że jestem Żydówką. Całe dzieciństwo spędziłam na tym placu, spotykając się z koleżankami i robiąc sprawunki dla mamy. Był moim domem, lecz w mgnieniu oka zamienił się w coś innego. W coś, czego nawet nie poznaję.

– Jazda, jazda! – Żandarm popycha mnie karabinem w stronę najbliższego wozu.

Robię krok do przodu i wtem o czymś sobie przypominam. Obracam się do mamy.

– Zapomniałam zamknąć drzwi!

Żandarm wybucha śmiechem prosto w moją twarz. Dolatuje mnie jego nieświeży oddech przesycony zapachem mięsa i papierosów.

– Nie martw się, złotko – mówi. – Zamykanie drzwi to ostatnie z twoich zmartwień.

Z rechotem szturcha mamę, której plączą się nogi, lecz jakimś cudem udaje jej się wsiąść na wóz. Jecheskiel rzuca jej walizkę, a mama upycha ją pomiędzy dwiema siedzącymi już osobami. Dołączam do niej w tej samej chwili, gdy opada na walizkę bliska omdlenia. Wkrótce jest już z nami Jecheskiel, a potem także Lea.

– Co się dzieje? – pyta mamę moja siostra, przewiercając ją spojrzeniem, jakby w ten sposób mogła wymusić na niej odpowiedź.

– Wojna w końcu nas dosięgła – mówi mama, potrząsając głową. – Pewnie wywożą nas na roboty. Będziemy pracować dla Niemców, a gdy wojna się skończy, wrócimy do domu.

Choć słyszę słowa, które wypowiada, nie rozumiem ich sensu.

Jecheskiel potakuje. Nad głową trzyma czyjąś walizkę.

Wozem szarpie, po czym rozpoczyna się nasza podróż. Oddalamy się od rynku.

– Gdzie jest teraz wasz Bóg? – przygaduje ktoś z tłumu. – Gdzie jest wasz Bóg, z którego jesteście tacy dumni? Co?

Jakieś kobiety się śmieją. Jacyś mężczyźni klaszczą.

Ostatnie, co widzę, zanim stare szkapy wywiozą mnie ze wsi, którą ukochałam, to czarny aparat fotograficzny wymierzony prosto w moją twarz i nagły błysk flesza. Jakiś człowiek wskoczył na tył wozu i teraz, pochylając się, kolejno robi zdjęcia nam wszystkim. Cyk-cyk-cyk. Potem zeskakuje z powrotem na ziemię i sprawdza sprzęt, jakby był to najzwyklejszy dzień w jego życiu. Koła wozu toczą się z wysiłkiem, napędzane przez nędzne mięśnie koni mozolących się z ładunkiem. Obejmuję mamę kurczowo, świadoma, że rozpoczęło się oczekiwanie. Żadne z nas nie ma pojęcia, co nas spotka u kresu drogi.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij