Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Ryba i Wodnik - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 kwietnia 2026
18,17
1817 pkt
punktów Virtualo

Ryba i Wodnik - ebook

Daria nie jest bohaterką, którą ktoś ratuje.To historia opowiedziana z jej wnętrza, bez filtrów i bez dystansu. Czytasz ją siedząć w jej głowie i patrząc jej oczami. Gdy jej los splata się z mężczyzną, który nie powinien nic dla niej znaczyć, zaczyna się opowieść o napięciu, przeznaczeniu i wyborach. To historia silnych bohaterów, którzy nie pasują do schematów. Książka przeznaczona wyłącznie dla osób pełnoletnich (18+).


Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8455-074-8
Rozmiar pliku: 1,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Ryby

— Twoje dotychczasowe życie właśnie się kończy. Pora, byś popłynęła tam, gdzie twój dom…

Serio, babo… Nie za dużo tego kadzidełka się nawąchałaś? — pomyślałam, a na głos rzuciłam tylko uprzejme: — Dziękuję.

Tak, wiem. Jestem niesamowicie odważna.

— Może to coś dobrego? Może okaże się, że jesteś jakąś wiedźmą? Znaczy, czarodziejką miałam na myśli. I zabierzesz nas do innego wymiaru, jak w tych książkach o elfach! Zawsze wierzyłam, że w tym jest trochę prawdy.

— Źródło prawdy? Elfy? Czy ja ci wyglądam na Froda? A ty na Baginsa? — zapytałam, wskazując palcem niebo. — Jedyne miejsce, do którego mogę popłynąć, jest tam, u góry. I, szczerze mówiąc, jestem już bliżej niż dalej końca tej podróży.

— Coś ty taka paskudna dzisiaj? Księżniczka się nie wyspała?

No i owszem, nie wyspałam się. Już wczoraj Alicja nie dawała mi żyć — błagała, żebym poszła z nią na tę wystawę: „Magia i Piękno”. Kiedyś kochałam wszystko, co z tym związane. Fantastyczne, magiczne, piękne i na swój sposób nieidealne — to wszystko było dla mnie magią.

Razem z Alicją zakochałyśmy się w tym świecie jeszcze jako dzieci, czytając o wróżkach i elfach. Tak się też zaprzyjaźniłyśmy — od pierwszej klasy podstawówki aż do teraz, gdy jedyny ślad magii, jaki w nas został, to brokat na oczach po wczorajszej imprezie.

To nie tak, że już mi się to nie podobało… Po prostu byłam zła na siebie, że straciłam swój błysk. I to przez własną głupotę.

— Jeszcze jeden drink i wracamy do domu, moja droga — zagroziłam jej.

— Co ty, myślałam, że dziś poszalejemy z miksturami!

No i poszalałyśmy. Po jednym drinku bardzo zapragnęłam jeszcze jednej wróżby… i jeszcze jednej. Popijając przy tym kolorowe „eliksiry”.

Pamiętam tylko, że staruszka przebrana jak Elphaba z Krainy Oz powiedziała mi, że czeka mnie miłość… nie z tej ziemi.

Następnego ranka obudziłam się z przemagicznym bólem głowy, a Alicja spała obok — sen złapał ją w połowie drogi do łóżka.

Wstałam, człapiąc do kuchni po szklankę wody z cytryną, po czym spojrzałam w lustro.

I tak jak przypuszczałam — jestem wiedźmą. Choć ludzie często mówią, że wyglądam jak Afrodyta. Ja osobiście utożsamiam się bardziej z Hermesem.

Ubrałam białe dresy i biały top na ramiączkach. Kocham białe ciuchy — podkreślają moją oliwkową skórę. Bynajmniej tak mówi ChatGPT — mój najlepszy przyjaciel, kochanek i terapeuta w jednym.

Proste kasztanowe włosy, sięgające mi do pasa, związałam w koka. Umyłam twarz i… przeraziłam się. Spuchnięta byłam od tego alkoholu jak piłka plażowa. Zazwyczaj owalna buzia teraz wyglądała jak księżyc w pełni.

Oczy nadal miałam szmaragdowozielone. Bóg nadal mnie nie wysłuchał — nie obudziłam się z brązowymi. Zjadłyśmy śniadanie — jeśli można tak nazwać kawę i tosty na słodko. Pożegnałyśmy się, a chwilę później zadzwoniła agencja: za dwa dni lecę do Florencji na sesję zdjęciową dla Calvina Kleina. Tak, ta mała brzydula naprawdę jest modelką. Choć prawdę mówiąc, to nie moje powołanie. Studiuję archeologię, jestem na ostatnim roku i od zawsze czułam niepokojące przywiązanie do prehistorii. Jakbym… już kiedyś tam była.

Alicja przysłała mi głosówkę, w której wyklina swoją pracę. Odpowiedziałam jej, przypominając złośliwie, że była gotowa pójść z szefem do łóżka, żeby tylko dostać to stanowisko. Nie odpisała. Chyba właśnie zaczęła to sobie wyobrażać…

A tak na marginesie — jej praca nie jest taka zła. W dzisiejszych czasach pracownik urzędu pracy trafia na prawdziwe perełki społeczne. Poza tym jej szef to klasyczny przystojny dupek. Gdyby tylko się zeszli, mieliby własny sitcom.

Na obiad zrobiłam makaron z truflami, a resztę dnia spędziłam na rozmowie z Olkiem. Organizuje otwarcie Piwnicy Romańskiej w Gdańsku. Niesamowite miejsce — to pozostałość po dominikańskim klasztorze z XIII wieku.

Około 18:00 poszłam pod prysznic. Zrobiłam sobie full body shower. Wyszłam z kabiny ledwo czując puls, czerwona jak rak. Wyparzyłam z siebie cały brokat zmieszany z alkoholem i potem. Taki reset — i znowu mogłam być clean girl. Myśli wyparowały tak samo szybko, a w głowie zapanowała cisza.

Nie zdążyłam się nawet wytrzeć, gdy usłyszałam pukanie do drzwi.

„Serio, nie wiem kim jesteś, ale idź sobie. Nie lubię gości.”

Oczywiście powiedziałam to tylko w myślach. Za drzwiami stał demon z takimi samymi zielonymi oczami jak moje. Wiedziałam, że to nie był boski dar.

— Daria, wpuścisz mnie?

Wypierdalaj.

— Wejdź, proszę… — uśmiechnął się. — Jaka ty jesteś odważna, Daria. Mówisz, co myślisz. Brawo…

To był mój ojciec. Człowiek, który rozpłynął się w powietrzu na kilka lat, a teraz stał przede mną jak gdyby nigdy nic.

Moja mama popełniła samobójstwo, gdy miałam osiem lat. Powiesiła się w stodole obok naszego domu i zabrała ze sobą moje serce. Nigdy już nie biło tak samo. Nikt już nigdy nie kochał mnie tak, jak ona.

Jej miłość była namacalna — czułam ją zawsze, gdy wchodziła do pokoju. Jej oczy były moim domem.

Była też niestety smutna. Nie pokazywała tego, ale ja czułam. Byłyśmy przecież jednym sercem.

Podobno taka się urodziła — ze smutkiem czającym się za spojrzeniem.

A mój tata?

Był zawsze na misjach, wyjazdach, wojnach…

Nigdy nie zauważył, że największą wojnę ona toczyła tu — codziennie — by żyć jeszcze jeden dzień… dla mnie.

— Piękne mieszkanie. Nie za duże jak na tak małą osóbkę?

— Mała osoba, ale za to bagaż… ogromny. Powiesz mi, jaki jest powód twojej wizyty? Bo chyba nie przyszedłeś na room tour?

— Rybko, proszę cię… Wiem, że nie tak to powinno wyglądać, ale tylko w ten sposób mogłem zapewnić ci bezpieczeństwo. A potem… sam się w tym wszystkim pogubiłem. Wstydziłem się wrócić, po tym jak zawiodłem was dwie…

— Ty się pogubiłeś?! Zaraz ci sama dam sznur, idioto, i powieszę cię na nim! Po śmierci mamy to ty się zapiłeś, a nie zagubiłeś, mój drogi! Czy ty wiesz, jak to było wracać po szkole do tej meliny? Nie miałeś ani grama ochoty mnie wychowywać, ale jeden telefon od tych jebanych „predatorów” potrafił postawić cię na nogi…

Tak, dokładnie — jeden telefon. I mój „tatuś” spakował walizki, po czym oznajmił, że musi jechać „łapać złych ludzi”. Ale wiesz co? To ty jesteś tym złym człowiekiem. Można by pomyśleć, że dziesięcioletnia dziewczynka będzie załamana… Ale nie taka, której serce już dawno zostało złamane. Przytuliłam go wtedy na pożegnanie i obiecałam, że będę grzeczna. Resztę roboty za niego odwalili moi dziadkowie. Mógłbym się wytłumaczyć. Spróbować wyjaśnić całą tę sytuację… Ale teraz to za dużo. Przyszedłem tu w innym celu.

— Nie no, jasne. Przecież masz jakąś misję, prawda? No to proszę bardzo — siadaj, nie krępuj się. Opowiadaj.

Spojrzał spod swoich brwi, jakby patrzył na wariatkę. Może dlatego, że gestykulowałam zbyt gwałtownie. Ale jak miałam nie reagować? Siedział przede mną jak z kamienia — twarz nieporuszona, nieskazitelna niemal. A w środku… popsuty. Do szpiku kości.

Metr osiemdziesiąt. Ciało gotowe do walki ze światem. Włosy, mimo pięćdziesiątki na karku, wciąż miodowe, lekko potargane.

Kiedyś, gdy miałam sześć lat, wyobrażałam sobie, że tak właśnie wyglądają anioły. I naprawdę wierzyłam, że Bóg zesłał mi jednego.

No cóż, koleżanko… To nie był aniołek.

Usiadł na moim barankowym fotelu w salonie, a ja stałam oparta o blat wielkiego, drewnianego stołu. Przez te czerwone ledy czułam się, jakby właśnie mnie przesłuchiwano za zdradę stanu.

Zanim w ogóle wydukał, po co przyszedł, zrobiłam mu herbatę z pokrzywy — własnoręcznie zbieranej. Kłująca roślina dla kłującego człowieka. Idealne połączenie. A tak na serio… po prostu kocham pić ziółka i wmawiać sobie, że budzę się po nich sto lat młodsza.

— Dziękuję. Upił łyk i przeszedł do sedna.- Daria… Musimy stąd zniknąć.

Nie zapytał. On już zdecydował. W jego oczach nie było cienia wątpliwości. To nie była prośba — tylko informacja.

— Znajdujesz się w sytuacji, o której nie masz pojęcia. Jesteśmy w niej oboje.

— Twoja matka nas w to uwikłała. A teraz musimy sobie z tym poradzić. We dwoje.

Nazwać go Venomem, oprawcą czy pasożytem to wciąż za mało. Przeżarł całe życie mojej matki — jej uczucia, jej miłość — a teraz próbował wykorzystać ją do czegoś, co najpewniej sam spaprał. Serce poczuło pierwsze ukłucie. Kłuło zawsze wtedy, gdy myślałam o mamie.

Zbyt wiele czasu poświęciłam na leczenie tej traumy. Na zapominanie go. Terapie, leki, modlitwy — nawet hipnozę. Był tak wielkim demonem, że nic, absolutnie nic, nie potrafiło wymazać jego obecności.

A teraz wraca po latach. Staje przede mną i każe mi wziąć go za rękę. Uciekać. W imię mojego bezpieczeństwa.

Co za ojciec robi coś takiego?

— Wynocha — powiedziałam z największą pogardą, jaką potrafiłam z siebie wydobyć. — Wynocha z mojego życia. Wyjdź tak, jak zrobiłeś to lata temu. I sam napraw swój burdel.

Wzięłam telefon do ręki i uniosłam go, grożąc, że zadzwonię na policję. Przez chwilę staliśmy w milczeniu. W jego oczach pojawił się cień czegoś… może żalu, może wstydu. W końcu skinął głową.

— Daria… ja nie mam czego w sobie naprawiać. Chcę tylko ocalić ciebie.

I wyszedł.

A ja? Czułam się jak dno. Dokładnie to samo uczucie, przed którym tyle lat uczyłam się bronić. I znowu mnie dopadło — nieproszony gość przeszłości, który potrafi zburzyć każdy mur, jeśli ma twarz mojego ojca. Chodziłam po mieszkaniu od trzydziestu minut, czując, jak moja nerwica lękowa zapuszcza korzenie. Ojciec miał rację — stumetrowe mieszkanie to jednak trochę za dużo jak na jedną osobę.

Po raz pierwszy w życiu było mnie stać, żeby rozpieszczać tę małą dziewczynkę we mnie. Jeśli chciała zamek — dostała zamek. I co teraz?

Moje myśli wciągały mnie od środka jak ruchome piaski. Czułam złość, chciałam o tym zapomnieć, nie pozwolić sercu nawet drgnąć. Ale czy tak wypada? Czy dobra osoba by tak zrobiła?

Jedną z najgorszych rzeczy, jakimi Pan mnie obdarzył, jest ta idiotyczna skłonność Darii do bycia Matką Teresą. Do analizowania w kółko, czy przypadkiem kogoś nie uraziła, nie zraniła, nie zniszczyła komuś życia jednym słowem.

W końcu doszłam do porozumienia z moimi koleżankami w głowie, że po prostu dam temu żyć i zaakceptuję wolę losu. Co innego mi zostało?

Następnego ranka obudziłam się i udawałam, że wszystko jest okej. Bo przecież jeśli będę sobie to powtarzać, to w końcu zacznie być prawdą, prawda?

Alicja zdążyła już dziesięć razy zapytać, czy wszystko gra. I nie rozumiem dlaczego — przecież tylko miałam sińce pod oczami i gniazdo na głowie.

— Myślałam, że lubisz takie comic-cony — rzuciła mi podejrzliwe spojrzenie tymi pięknymi brązowymi oczami.

— A dziś zdecydowałam, że robię za Golluma. Super rzecz — odpowiedziałam z miną, która miała mówić „tak miało być”.

Widocznie przekonała ją moja błyskotliwa metafora, bo nie drążyła. I dobrze. Nie chciałam jej się zwalać na głowę. Ma swoje życie i własne kłody, przez które musi przeskakiwać.

Spakowałam się powoli na sesję i zmusiłam do szukania plusów — miejsc, które mogłabym odwiedzić podczas tej podróży do Florencji. Jeszcze raz sprawdziłam, czy mam wszystkie potrzebne rzeczy, po czym położyłam się, żeby złapać choć trochę snu. Rano muszę wstać na samolot, a dojazd na Dworzec Centralny w Warszawie? No przecież, bułka z masłem. Graniczącym z cudem.

Obudziłam się do dźwięków Ocean Drive dudniących w moich słuchawkach i… czegoś, co — jak sądziłam — było moim osobistym paralysis demon. Uśmiechnęłam się leniwie, bo szczerze? Romans z demonem to chyba jedyna rozsądna opcja w dzisiejszych czasach.

Tyle że cała romantyczna wizja poszła się gonić w momencie, kiedy czarna sylwetka przy lustrze zrobiła kilka kroków w moją stronę. Nagle już nie byłam taka pewna tego związku.

Miał maskę. A pod nią — oczy. Migdałowe, wyraźnie skośne, niemal czarne. I wtedy zrobił nimi coś dziwnego. Jakby grymas. Jakby sobie pomyślał: serio? To ją mam dziś straszyć?

„Daria, babo, obudź się”, przemknęło mi przez głowę. Jakiś facet jest w twoim mieszkaniu, a ty fantazjujesz o miłości z cieniem przy piosenkach Duke Dumonta. No cóż. Może jednak zasługuję na egzorcyzm.

W tym momencie otrzeźwiałam i zerwałam się z łóżka. Chciałam dostać się na drugą stronę, ale ten demon złapał mnie w ostatniej chwili za nogę i pociągnął z całej siły. Wylądowałam twarzą przyciśnięta do materaca, machając nogami, próbując uwolnić się z jego uścisku. Trzymał mnie jedną ręką — tak dużą, że spokojnie objęłaby dwie naraz.

Krzyczałam: „Pomocy!”, jednak moi lokatorzy byli albo już głusi, albo właśnie wyłączyli aparaty słuchowe. O, ironio! Jeszcze rok temu cieszyłam się, że mieszkam otoczona starszymi ludźmi.

— Proszę… jeżeli chcesz mnie okraść, weź, co chcesz, tylko mnie nie krzywdź. Proszę — błagałam, łapiąc się czegokolwiek. Mówiłam przecież, że bliżej mi do Hermesa niż Afrodyty. Jeśli mam przeżyć, będę się trzymać każdej deski ratunku…

Nagle wymamrotał coś pod nosem… Ale w jakim to było języku? Głos miał głęboki, ciężki, szorstki jak żwir, i choć nie zrozumiałam ani słowa, mogłam przysiąc, że jest równie poirytowany tą sytuacją co ja. Może nawet bardziej.

Zanim zdążyłam pisnąć, odwrócił mnie jednym ruchem i przycisnął mi dłoń do ust — tak szybko, że nie miałam szansy wydać choćby jęku. Po chwili leżał na mnie, unieruchamiając mnie całym swoim ciałem. Mogłam tylko wpatrywać się w jego oczy.

Skazana. Sparaliżowana. Oczy tego demona były chłodne i mroczne, ale na swój sposób… harmonijne. Jakby nawet chaos miał w sobie jakiś rytm.

W tej samej chwili, gdy ja — jak idiotka — próbowałam poetycko opisać swojego napastnika, on wyjął kawałek materiału i przycisnął mi go do ust tak mocno, że przygryzłam sobie wargę. Krew zmieszała się z jakąś substancją — piekło jak diabli.

A potem przyszedł sen. Ciężki. Nienaturalny. Nie mój.Wodnik

Nie wiem, co mnie bardziej wkurwia — to, że znowu robią ze mnie chłopca na posyłki, czy to, że mój własny wuj uważa, że potrzebuję odpoczynku w postaci jebanej opiekunki. Brawo, Jun. Trzydzieści lat na karku, połowę z tego w służbie narodowi, a teraz? Włamujesz się do mieszkania jakiejś małolaty. Gratulacje, kurwa.

Podczas gdy dłubałem przy zamku, próbowałem sobie przypomnieć, jakim chujem dali radę mnie w to wkręcić. Jeszcze dwa dni temu prowadziłem testy nowej CS/LR4 dla snajperów, a dzień później mój wuj stwierdził, że może chciałbym trochę wolnego. Nie czekając na odpowiedź, odpalił mi ckliwą historyjkę o swoim przyjacielu-siedmiu-boleści i jego dramatycznych problemach. Dorosły facet, który sam nawarzył sobie piwa, a teraz trzęsie portkami, bo ktoś mu przystawił kosę do gardła. Rzeczywiście, kurwa, komandos.

Zamek w końcu puścił i wszedłem do środka najciszej, jak potrafiłem.

Od razu uderzyła mnie woń — wanilia zmieszana z wiśnią. Słodka, lepka, zupełnie niepasująca do tego, czego się spodziewałem. Boże, ile tu bzdetów — ledy, światełka, lampa, świeczki… O losie. Nie dość, że jestem ubrany w ten żałosny czarny kostium, w pizdu daleko od domu, to jeszcze trafiło mi się z czarownicą. Minąłem kuchnię z salonem — nawet nie musiałem specjalnie szukać, gdzie ta osoba się znajduje. Muzykę z jej słuchawek było słychać w całym domu.

Oto ona. Pani tego domu. Śpi ze słuchawkami w uszach, przy otwartym oknie, a drzwi zamknięte na jeden gówniany zamek.

Można być bardziej nieodpowiedzialnym?

Oparłem się o lustro bo bałem się dotykać czegokolwiek innego. Dałem sobie minutę na dokładne obejrzenie dziewczyny. Była tak drobna, że niemal zlewała się z kołdrą. Tylko włosy błyszczały w słabym świetle, zakrywając wszystko inne. Kiedy miałem podejść, zauważyłem, że jej oddech przyspieszył. Obudziła się.

Kurwa. Tego się właśnie obawiałem. Teraz pomyśli, że jestem jakimś jebanym zbokiem.

Odgarnęła włosy z twarzy i… lekko się uśmiechnęła. Jakby to ona chciała mnie uspokoić. Co, do cholery?

Przeszło mi przez głowę, że może jest opętana. Albo zwyczajnie szalona. Nieważne. Jun, wsadź ją do tego jebanego samolotu i zapomnij o sprawie.

Podszedłem powoli, ostrożnie, żeby nie zaczęła drzeć się na całą kamienicę. Ale wtedy, jakby przewidując ruch, odskoczyła na drugi bok łóżka. Zdołałem złapać ją za kostkę.

— Już nie jesteś taka mądra, co? — syknąłem.

Szarpała się i krzyczała — w sumie jak każdy normalny człowiek w takiej sytuacji. Odwróciłem ją do siebie i zatkałem jej usta.

Tylko jej nie uduś, Jun, upomniałem się w myślach.

Była tak drobna, że mógłbym zrobić jej krzywdę nawet przypadkiem. Oparłem się na niej ledwo zauważalnie, przenosząc cały ciężar na własne barki. Wciąż trzymałem dłoń na jej ustach. Patrzyła na mnie tymi swoimi oczami… jakby próbowała mnie zaczarować.

Choć muszę przyznać — takich oczu nie widziałem nigdy wcześniej. I, jak się później okaże, nigdy już później.Do rzeczy — wynosimy się stąd. Zakryłem jej usta szmatką nasączoną środkiem nasennym. Możliwe, że przesadziłem — na bieli materiału pojawiła się cienka smużka krwi. Chwilę później odpłynęła. Chyba nie bolało — nie zdążyła nawet pisnąć.

Wziąłem ją na ramiona. Dla pewności zerknąłem na miejsce, z którego sączyła się krew. No pięknie, rozwaliłem jej wargę. Kurwa mać, czemu zagryzła te usta?

Nie zamierzam udawać, że jej uroda nie zrobiła na mnie wrażenia. Była ładna. Jako facet zarejestrowałem to automatycznie, instynktownie. I choć z niechęcią przyznaję, że wyglądała wtedy — kiedy spała — niemal nienaturalnie pięknie… musiałem przywołać się do porządku.

Skarciłem się za to natychmiast. Ale było za późno. Myśl już zdążyła zapaść gdzieś głęboko.

Zarzuciłem ją na ramię, wyszedłem z mieszkania. Nie brałem nic więcej — nie było takiego rozkazu. Wsiadłem do czarnej limuzyny czekającej pod blokiem razem z kierowcą i ruszyliśmy w stronę lotniska. Spojrzałem na zegarek. Dochodziła trzecia w nocy, czasu polskiego. Poszło sprawnie.

Koleżanka leżała grzecznie nieprzytomna na swoim siedzeniu, a ja mogłem zająć się wymyślaniem wymówki dla Shuang — dlaczego nie przyjechałem na poranny bieg, jak co sobotę. Jej wiadomość mówiła sama za siebie: „GDZIE TY DO CHOLERY JESTEŚ?!”

Nie mam w zwyczaju okłamywać swojej kobiety. Jestem mężczyzną, — nie boję się prawdy. Ale czułem, że to akurat powinienem zachować dla siebie. Intuicja jeszcze nigdy mnie nie zawiodła.

Dojechaliśmy na lotnisko. Drugi raz przerzuciłem ją przez ramię i ruszyłem w stronę prywatnego odrzutowca, który zorganizował mój wuj. Samolot czekał już gotowy do startu — tak jakby wiedział, że nie lubię czekać.

Rozłożyłem fotele, żeby mogła się położyć, i okryłem ją kocem. Zabrałem ją dokładnie tak, jak leżała — w obcisłej czarnej bluzce na ramiączkach i krótkich, białych spodenkach, które bardziej przypominały bieliznę niż cokolwiek, co można by uznać za ubranie. Wtedy uderzyło mnie, że mogłem zabrać jej coś do przebrania. Jej negliż irytował mnie bardziej, niż chciałem przed sobą przyznać.

Kiedyś pewnie bym się na nią rzucił bez większego zastanowienia. Teraz… nie. Choć trzeba przyznać — wyglądała jak jakaś nimfa. Zbyt piękna, zbyt bezbronna. Zbyt ryzykowna. Czy ty się słyszysz, Jun? To jakaś przypadkowa dziewczyna. Jesteś zmęczony i spięty, ogarnij się i zachowuj jak trzydziestoletni facet, a nie rozhisteryzowany dzieciak.”

Wkurzyłem się. Na siebie, na nią, na wszystko. Zmusiła mnie do myśli, których nie chciałem mieć. Irytacja buzowała we mnie jak wrzątek, więc bez słowa przesiadłem się na drugi koniec samolotu, plecami do niej.

Włączyłem Ancient Warfare — moją ulubioną grę. Skoro na tej misji nie miałem nikogo zlikwidować, to przynajmniej w grze odreaguję.

Jeszcze kilka godzin i będę w domu. Zapomnę o tej żenującej sytuacji. O niej. O tym wszystkim.Ryby

Powoli otwierałam sklejone od łez oczy. Po chwili mój mózg łaskawie zaczął znowu funkcjonować i przypomniał sobie, co się wydarzyło. Spokojnie, Daria. Lepiej się nie zdradzić. Niech ten ktoś myśli, że śpisz.

Leżałam na skórzanym siedzeniu przy oknie, nakryta białym, puchatym kocem. Warga piekła mnie jak cholera — i gdybym była w innej sytuacji, pewnie sama uroniłabym jeszcze parę łez, tak na wzmocnienie efektu dramatycznego.

Kiedy już miałam obmyślać plan obalenia wroga — albo przynajmniej zastanowić się, czy byłabym w stanie przekonująco udawać martwą — usłyszałam za plecami męski głos.

Ten sam, który jeszcze niedawno brzmiał, jakby był zirytowany faktem, że próbuję się ratować.

Choć czułam, że siedzi gdzieś dalej, jego głos rozchodził się po całym pokładzie — ciężki, głęboki, niski. Wbijał się w czaszkę.

Tylko był jeden problem. Gadał w języku, którego nie rozumiałam. I choć mam się za osobę dość oczytaną, brzmiało to dla mnie jak jeden, obcy ciąg dźwięków. Nie miałam pojęcia, czy porwał mnie Chińczyk, Koreańczyk czy Japończyk..

Skończył swoje paplanie, a ja przez dobrą godzinę gapiłam się w niebo, plując sobie w twarz, że nie posłuchałam — ten jeden, jedyny raz — ojca.

Ale swoją drogą… mógł po prostu mnie skuć i zabrać ze sobą.

A on? Po prostu wyszedł.

Powiedziałam,,wyjdź”, a on posłuchał.

Niewiarygodne.

Pewnie teraz siedzi gdzieś na Majorce i popija drineczki.

Udało mu się, a mi się oberwało. Klasyk klasyki.

Już to widzę — normalnie filmowy Eddie Brock w wersji „luzik, to nie mój problem”.

Usłyszałam, że wstaje — i zamarłam. Zamknęłam oczy, jakby to mogło cokolwiek zmienić. A potem poczułam, że stoi nade mną. Jego zapach był ciężki, mocny… i zaskakująco słodki. Taki, który wbija się w nozdrza i zostaje na języku. Można by powiedzieć, że wręcz nachalny. Ale nie w sposób odpychający — raczej jak ktoś, kto wchodzi do pokoju i natychmiast zawłaszcza całą przestrzeń.

W tej samej chwili moje ciało postanowiło działać na własną rękę. Jakbyśmy już nie byli w tej samej drużynie. Spłonęłam rumieńcem, który musiał wyglądać jak sygnał ostrzegawczy: Uwaga, przeciążenie zmysłów.

Nachylił się nade mną. Tym razem powiedział coś po angielsku — i, o zgrozo, zrozumiałam każde słowo. Jego głos dosłownie wibrował mi w uszach. Wibrował… w całkiem przyjemny sposób.

— Daria, proszę cię… Masz przeżyć. Bądź mądrą i rozsądną dziewczyną, na litość boską.

— Możesz otworzyć oczy. Nie gryzę.

Nie gryzę. No kurwa, jasne. Nie gryziesz, tylko porywasz nocą losowe dziewczęta, jak jakiś wojskowy Dziadek Mróz. Co za ulga.

I wtedy coś zadrżało we mnie. Ale nie ze strachu. Ze złości. Takiej, która pachnie jak oud, skóra i adrenalina.

Otworzyłam oczy w najbardziej groźny sposób, na jaki było mnie stać — czyli tak, jakbym miała właśnie rzucić w niego szpilką od Louboutina. Spojrzałam prosto w jego twarz i odpowiedziałam najspokojniej, jak tylko potrafiłam:

— Oczywiście, że nie gryziesz. Jesteś zbyt wielkim tchórzem. Wolisz się zaczaić i poczekać, aż przeciwnik będzie słabszy.

Wypowiedziałam to z idealnym angielskim akcentem. Lata sesji zdjęciowych, wywiadów i pokazów mody nauczyły mnie, że elegancja bywa najlepszą bronią. Nawet kiedy jesteś w samym T-shircie i bez stanika.

— No i co? Odpowiedz mi na to, dupku.

Podniosłam się z pozycji leżącej, usiadłam wyprostowana jak królowa. Albo jak wkurzona modelka z jet-lagiem i złamanym sercem — efekt równie destrukcyjny.

I koniec przedstawienia.

W jego oczach, teraz już zupełnie czarnych, jakby coś się zapadło — ziało złością. Nie ogniem. Złością. Tą zimną, wyrachowaną.

— Pozwól, że wyprowadzę cię z błędu, dziewczynko — warknął. — Nie jestem żadnym zbokiem. A ty nie jesteś dla mnie żadnym przeciwnikiem.

Powiedział to z taką wyższością, że gdyby mógł, naplułby mi prosto w twarz.

— Jestem żołnierzem. Dostałem rozkaz i go wykonałem. A resztę… niech ci wytłumaczy tatuś, księżniczko.

Miałam w głowie idealną ripostę. Naprawdę. Ciętą, błyskotliwą, taką, która zostawiłaby go w milczeniu na kilka dobrych minut.

Ale wtedy padło to słowo.

Tatuś.

I jak zwykle — mój ojciec wybił mnie z torów.

— Czekaj… jak tatuś? — zapytałam zdziwiona, marszcząc brwi.

— Nie jesteś jednym z tych, którzy chcieli się go pozbyć? I mnie przy okazji?

Wywrócił oczami tak teatralnie, jakby właśnie odebrałam mu ulubionego lizaka. Nie odpowiedział od razu. Zamiast tego odwrócił się ode mnie i usiadł po drugiej stronie pomieszczenia — jakby potrzebował dystansu.

— Zakoduj to sobie raz, a porządnie — rzucił przez ramię. — Miałem cię zabrać po cichu z domu, tak żeby wyglądało to na uprowadzenie. Miałem cię przywieźć całą i zdrową do mojego wuja. I twojego ojca.

Zamilkł na chwilę, jakby czekał, aż dotrze.

— Resztę tej rodzinnej familiady niech ci tłumaczy twój tatuś, dziewczynko. A ty… bądź dobra. I grzecznie dotrwaj w ciszy jeszcze godzinę.

Spiorunowałam go wzrokiem, bo ja też nie mam najmniejszej ochoty z nim rozmawiać. Nienawidzę takich ludzi jak on — wyniosły, zuchwały, pewnie myśli, że jest Herkulesem. Z wierzchu piękny, w środku pusty. Niezdolny do współczucia, smutku — Bóg poskąpił mu wszystkiego, co boskie i ludzkie. Gardzę takimi.

Siedział rozwalony na fotelu jak król wszechświata, a jego sposób bycia aż krzyczał: „to ja tu rządzę”. Miałam wrażenie, że panuje nad wszystkim dookoła — nawet nad powietrzem, które wdycham. No i tak patrzyłam na niego. I nawet nie jest w moim typie, jeśli chodzi o estetykę. Wysoki jak dąb, spokojnie z metr dziewięćdziesiąt. Długie, potężne, silne nogi. Ciało jak wycięte z anime — smukła, mocna talia, szerokie ramiona i jeszcze szersze plecy. Ręce… wielkie, długie, jakby stworzone do wysiłku fizycznego i rzucania samochodami. A twarz — zupełnie jakby ktoś ją dokleił z innej bajki. Prawie niewinna. Gładka skóra, smukły, owalny kształt, wyraźne kości żuchwy. Duży, ale nieprzesadzony nos. I oczy… Głębokie, hipnotyczne, jakby chciały cię najpierw przyciągnąć, potem przytrzymać, a na końcu pożreć żywcem.

Włosy czarne jak oczy, starannie wystrzyżone, z lekkim opadaniem na czoło — całość nadawała mu tę niepokojącą wyrazistość. Tak sobie chyba wyobrażam Lucyfera. Piękny, kuszący, magnetyczny. A na końcu: zabójczy.

No to sobie poleciałam z tym opisem, chyba zapomniałam, co mówiłam dwie sekundy wcześniej. Tak, Daria, przypomnienie dla samej siebie: gardzisz nim. Koleżanka w mojej głowie musiała wstać i przypomnieć reszcie ekipy, że nie akceptujemy zła pod żadną postacią. Nawet jeśli wygląda jak grzech w Versace.

Musiałam się otrząsnąć. Przypomnieć sobie o moim fikcyjnym mężu. Od osiemnastki jestem w mentalnym związku z Theo fucking Jamesem. I raz — raz! — widziałam go na widowni podczas pokazu Victoria’s Secret. Prawie się posikałam w te stringi na scenie. True story.

To jest facet, który zasługuje na wszystko, co najlepsze. Dobry. Miły. Słodki. Spokojny jak jezioro o świcie. Zero emocjonalnych huśtawek, zero dramatów. Idealny mąż, czuły tata, człowiek, który zamiast rzucać krzesłem, przytuli drzewo. Nie umie się bić ani zabijać — i całe szczęście. Woli pokój niż wojnę, recykling niż testosteron. Eko-świr w najlepszym możliwym znaczeniu.

Takich mężczyzn, Daria, lubimy. Takich szanujemy. Więc teraz podnieś głowę i spójrz na tamtego — tak, tego z twarzą Lucyfera i ego wielkim jak jego plecy — i daj mu najbardziej pogardliwe spojrzenie, na jakie cię stać.Wodnik

Dostałem niezły ochrzan od Shuang. I słusznie. Zasłużyłem.

Wymyśliłem, że muszę pomóc chłopakom w jakiejś akcji — niby „drobna sprawa”, terrorystyczny ogon, szybki wypad za miasto. Teraz wracamy. Nie ma już adrenaliny, tylko świadomość, że nawaliłem. Znowu.

Po naszej rozmowie przyszło zdjęcie.

Shuang. W samej bieliźnie. Z moim karabinem. Czekała.

Zazwyczaj w takiej sytuacji nie mogę go uspokoić. Reaguję jak automat.

A teraz? Cisza. Nic.

Spojrzałem na zdjęcie raz. Potem jeszcze raz. I jeszcze jebany raz.

I nic. Pustka. Jakby coś się we mnie wyłączyło. Albo wypaliło.Shuang ma dokładnie to, co mnie kręci. Blond włosy, wycieniowane jak z reklamy szamponu, brązowe oczy i te jej usta — małe, wąskie, ale z tym dziwnym wypukłym środkiem, jakby wyjęte z jakiegoś anime. Jest wysoka, ale drobna. Krucha, niemal koścista.

I jebanie pruderyjna. Nawet sposób, w jaki się ubiera, wygląda jakby wyjęła go z kreskówki — trochę stylu z Tokyo, trochę wojskowego sznytu, zero logiki, ale jakoś to działa.

Próbowałem go rozruszać. Skupić się. Rozmarzyć. Myśleć o tym, jak będę ją dotykał, jak wrócę. Ale coś z tyłu głowy nie dawało spokoju. Coś kazało mi wstać i sprawdzić, czy ta dziewczyna z tyłu jeszcze żyje.

Podszedłem. Stałem nad nią. I przez ułamek sekundy — dosłownie mgnienie — zrobiło mi się jej szkoda. Miała swoje spokojne życie, a teraz? Nowy rozdział, nowa gra. Rzucili ją w coś, czego nie rozumie.

wtedy — zupełnie nie w porę — ciało zareagowało wbrew rozsądkowi.

Jakby z opóźnieniem, jakby nie słuchając głowy.

Obraz Shuang musiał dotrzeć do mnie chwilę później.

Na pewno nie była to reakcja na samą obecność. Nie na nią tak po prostu.

Była… zbyt delikatna. Aż niepokojąco.

Długie, lśniące włosy opadały jej na ramiona i plecy, jakby nie znały dyscypliny. Twarz miała jasną, łagodną, z tym irytującym spokojem niewinności. Rzęsy zbyt długie, usta miękkie, pełne — jakby nieświadome własnej siły.

Jej ciało było smukłe, kruche w formie, pozbawione ostrości. Delikatność, która bardziej rozpraszała, niż kusiła.

Cienki materiał koszulki nie ukrywał ciepła skóry — czułem je, choć starałem się na tym nie skupiać.

— Co ty, kurwa, pierdolisz — powiedziałem do siebie.

Zaraz ją wyrzucę z tego jeb*nego samolotu.

Zauważyłem, że jej klatka piersiowa unosi się zbyt szybko. Nie spała.

Minęło sporo czasu, a jej twarz robiła się coraz bardziej czerwona. Postanowiłem oszczędzić jej tej żenady.

— Możesz otworzyć oczy. Nie gryzę — powiedziałem. Tylko to kręciło mi się w tej pustej głowie.

Otworzyła je gwałtownie, jakby coś ją opętało. I mogę przysiąc, że widziałem w nich, jak mnie zabija.

Najzabawniejsze? Że naprawdę wierzyła, że jej pogarda i brak szacunku mnie zaboli.

A jednak — wkurwiłem się. Sam nie wiem czemu. Może sobie zasłużyła.

I ta mina, gdy usłyszała, że nie jestem żadnym zbirem, tylko pionkiem w rozgrywce jej tatusia.

Paniusia jeszcze nie wie, w co tu się wpakowała.

Usiadłem niedaleko — na tyle blisko, by mieć ją na oku, ale z zachowaniem dystansu. Nie ufałem jej ani trochę.

Sam jej zapach mnie irytował.

Po powrocie do domu chyba obleję się benzyną i podpalę — serio, dla własnego bezpieczeństwa. Czuję, jak ten smród wżera się we mnie, jakby miał zostać na stałe.

Usiadłem i wpatrywalem się w okno z największym skupieniem jakim mogłem. Gniew zaczynał we mnie wzbierać. Nie jestem lalusiem na posyłki wuj jeszcze nigdy nie znieważył mnie w taki sposób. Zawsze dawał mi wyzwania godne wojownika po to bym był przywódca jego armi i godnie bronił ojczyzny. A sytuacja w której się znalazłem poniżała mnie w każdy możliwy sposób. I jeszcze ona. Gapiła się na mnie tak bezczelnie. Pewnie bluzgala sobie w głowie na mój temat. Proszę bardzo należy mi się jestem koncerowym osłem bo nikt o zdrowych zmysłach nie zgodził by się na to.Ryby

Te ostatnie chwile przed lądowaniem dłużyły się w nieskończoność.

Czułam się, jakby ktoś nałożył mi na głowę reklamówkę i zaczął powoli dusić.

Miałam ochotę napomknąć temu lalusiowi, żeby zaczął używać innej wody po goleniu — najlepiej takiej, która nie sprawia, że człowiek czuje się, jakby siedział mu na klatce piersiowej i przygniatał ostatni kawałek duszy.

I nagle — drgnienie, szarpnięcie.

Lądujemy.

Najgorsze, że ta część — ta „najlżejsza” — właśnie się skończyła.

Bo ta katorga z dupkiem to jeszcze nic w porównaniu z tym, co mnie czeka tam.

A właściwie… sama nie wiem, gdzie i co mnie czeka.

Jedno wiem na pewno — mój ojciec nie zawahałby się sprzedać mnie za kilka wielbłądów. Może z gratisową sziszą.

Mój porywacz wstał i rzucił mi szyderczy uśmieszek — taki, jakim częstuje się towar tuż przed sprzedażą.

Poczułam się, jakbym naprawdę miała zostać sprzedana na organy.

Wiedziałam, że tam, gdzie mnie zabiera, czeka mnie coś złego. Czułam to.

I bałam się.

Nie tak zwyczajnie, jak człowiek boi się ciemności czy pająków.

To był strach, który mnie wypełnił, rozlał się po mnie jak trucizna.

Zatruł mnie całą.

Kiedy samolot wreszcie dotknął pasa, usłyszałam rozkaz:

— Wstawaj.

Ale było już za późno.

Byłam otruta.

Nie fizycznie — psychicznie.

I mogłam tylko upaść.

Pokonałam się sama.

To było najbardziej żałosne w tym wszystkim — że nie trzeba było żadnego wroga.

Wystarczyłam ja.

To ja siebie zatrułam.

Strachem.

Niepewnością.

Panicznym pragnieniem, by zachować rozsądek… którego już dawno się wyzbyłam.

Zapomniałam nacisnąć delete.

Nie odłączyłam mózgu od serca.

I teraz obie te części mnie właśnie się rozpadają. Kobieta podeszła do mnie i objęła mnie ramieniem, prowadząc powoli do łóżka. Na jej twarzy malowało się cierpienie.

— Usiądź. Nie bój się — powiedziała łagodnym głosem, jakby próbowała przekonać pięcioletnie dziecko, że pod łóżkiem nie ma potworów.

Położyła swoją dłoń na mojej i objęła ją, delikatna, krucha, ubrana jak gejsza. Potrząsnęła lekko moimi palcami i powtórzyła:

— Nie bój się. Tutaj nic ci nie grozi. To tam — na zewnątrz — czaiło się całe zło.

Zawahała się na moment.

— Nie mogę ci jeszcze wszystkiego wyjaśnić. Jesteś słaba. Nie duchem, lecz ciałem. Zregeneruj się, a potem opowiem ci wszystko. Twoje serce… jest słabe, prawda? Brałaś leki, potem przestałaś. I teraz jesteś xū ruò — wycieńczona, jak puste źdźbło na wietrze.

Gdybym tylko mogła opisać, co działo się właśnie we mnie, nazwałabym to bitwą o Kaer Morhen.

Połowa mnie rzucała się do walki — chciała krzyczeć, uciec, odrzucić wszystko i pozwolić, by strach i chaos zalały każdy fragment mojego ciała.

Druga połowa… próbowała mnie uspokoić. Przypomnieć, kim jestem. Utrzymać mnie w pionie.

„Jesteś bezpieczna, Daria. Jesteś bezpieczna.”

Tylko że moim Geraltem nie był żaden wiedźmin.

To był głos mojej zmarłej matki.

Cichy, wytrwały. Jedyny, któremu jeszcze ufałam.

Wzięłam głęboki oddech zagarnęła włosy za ucho i potrzaslam głową na znak pokoju.

— Jestem Mei Hua, jestem pewna że dasz radę to wymówić uśmiechała się lekko na co ja odwzajemniłam uśmiech.

Nawiasem mówiąc piękne imie, pasowało do tej kobiety wyglądała jak starsza wersja Mulan. Kobieca drobna delikatną ale coś w niej dawało do zrozumienia ze jest również waleczna.

— Która jest godzina? I… chociaż… gdzie ja w ogóle jestem?

— Mamy dwudziestą, kochanie. Doleciałaś o osiemnastej i obudziłaś się dopiero teraz — odparła spokojnie. — Jesteś w moim domu, który na razie będzie również twoim. Tu możesz czuć się jak u siebie.

— Wiem, że nie miałaś żadnych rzeczy przy sobie, co — przyznam szczerze — mnie oburzyło. Póki co, dam ci kilka moich. Jutro rano pójdziemy razem na zakupy. Mówiła to tonem, jakbyśmy znały się od lat. Z nutą poirytowania z powodu moich braków bagażowych i delikatnym podekscytowaniem na myśl o wspólnych zakupach. Zostawiła mi swoją koszulę do spania. Tyle że to nie była żadna piżama.

To było kimono, Daria.

Czarne, długie, zdobione ptakami i kwiatami u dołu — tak, jakby tańczyły w rytmie jakiejś starożytnej melodii, której nie byłam jeszcze gotowa usłyszeć.

Pas? Szeroki, karminowy, zawiązany tak, że moja talia zniknęła pod jedwabną konstrukcją — jakby sam strój próbował mnie przeprogramować.

Mimo ciężkiego wyglądu materiał był zaskakująco lekki. Otulał ciało tak przyjemnie, że przez chwilę miałam ochotę się w nim… zgubić.

Umyłam się w łazience obok.

I gdy spojrzałam w lustro, doszłam do wniosku, że po wakacjach nad morzem zdarzało mi się wyglądać gorzej. Więc nie jest aż tak źle.

Łazienka wyglądała jak z innego świata — „Zabierz mnie do baśni i nie pytaj o zgodę”.

Złote liście zdobiły ściany, tafla lustra ciągnęła się jak ekran kinowy, a wielki, przeszklony prysznic błyszczał jak biżuteria. Wszystko w odcieniach zieleni i złota. Taka łazienka, że sama Izaura by się nie powstydziła.

Mei Hua przyniosła mi kosmetyki — rzekomo wszystko robione na bazie mleka, kwiatu wiśni i jakiegoś magicznego owsa.

Pachniały lepiej niż cała moja kolekcja Sol de Janeiro razem wzięta.

Położyłam się. Nie po to, żeby spać, tylko żeby to wszystko… przeżyć jeszcze raz w głowie. Może wtedy zrozumiem, w co się wplątałam.

O spaniu nie było mowy.

Nie jestem aż tak naiwna, żeby pozwolić sobie na sen. Bo w tym świecie, kiedy zamykasz oczy, zawsze ktoś czeka, żeby wyrwać cię z łóżka.

A jednak sen był silniejszy. Walczyłam z nim uparcie, ale kiedy powieki w końcu opadły, za oknem zaczynało już świtać. Całą noc trzęsłam się ze stresu. Mięśnie nóg zdawały się zaraz eksplodować z napięcia — uroki nerwicy. W tym wszystkim i niczym zarazem nie potrafiłam nawet skupić myśli. Wszystko wydawało się nijakie.

Środek nocy w Warszawie. Zwykła dziewczyna, która miała lecieć do Florencji, zostaje najpierw nawiedzona przez ojca-widmo, później zasypana kilkoma wstrząsającymi faktami z jego życia… a na koniec? Porwana. Do Chin.

Do CHIN.

Pani porywacz. Nieznajomy wuj. I to wszystko brzmi tak niedorzecznie, że aż boli. Złapałam się za czoło, bo mózg odmówił produkcji jakiejkolwiek sensownej myśli. Żałowałam tylko jednego: że nie mam telefonu.

Otwierałam oczy mimowolnie, przecierając powieki. Nie wiem, czy Mei Hua dosypała mi jakiś ziółek, czy to to fikcyjne łóżko z katalogu snów, ale czułam się, jakby sen mnie dosłownie zassał.

Kołdra była tak ciepła, że przez pierwsze sekundy nie zauważyłam nawet tej wielkiej czarnej plamy przy moim łóżku.

Ledwo przetarłam oczy jeszcze raz, a już wiedziałam: ten drań ma fetysz. Fetysz na nawiedzanie mnie podczas snu.

Znowu stał nade mną. I znowu się gapił. Jakbym była jakimś egzotycznym zwierzątkiem w zoo, tylko bez tabliczki z opisem gatunku.

Popatrzyłam na niego dokładniej — i wrzasnęłam:

— Mei Hua! Mei Hua!!!

Półleżąc w łóżku, nakryłam się kołdrą po uszy, licząc, że ta cudowna kobieta wpadnie i wybawi mnie z tej sceny rodem z psychodramy.

Wpadła. Jak poparzona. Ze strachem na twarzy.

— DaLiyaa! Co się dzieje?!

Wskazałam palcem tego palanta, a on, zupełnie bezczelnie, stał oparty o szafę, w czarnych spodniach ze skórzanym paskiem i obcisłym T-shircie. Na twarzy miał ten swój jebany uśmiech. Ten sam, który sugerował, że doskonale wie, jak bardzo mnie wkurza.

— To on, Mei Hua! — prawie krzyczałam. — To on mnie porwał z mojego domu! A teraz znowu tu przylazł, żeby… żeby coś mi zrobić!

Mówiłam to na jednym wydechu. Mei Hua spojrzała na niego z miną pełną poirytowania, po czym rzuciła coś do niego po chińsku. Słowa cięły powietrze jak ostrze.

Uśmiech zniknął mu z twarzy. Wydukał coś nieśmiało, skulił się jak zbity pies. Albo osioł. Zależy, kto kogo lubi.

Leżałam nadal w łóżku, owinięta w kimono, z gniazdem na głowie i wytrzeszczem godnym egzorcysty.

Mei Hua nagle się odwróciła. I, jak to ona — uśmiechnęła się.

— Jaskółeczko, Jun tylko wygląda tak… przerażająco. Na pewno nie miał nic złego na myśli. Jego wuj kazał mu sprawdzić, czy wszystko w porządku. To mój syn. Ręczę, że nigdy by cię nie skrzywdził.

Już miałam na niego nawrzeszczeć — że jest jakimś pieprzonym pedofilem, psychopatą i że ma się natychmiast odsunąć ode mnie i Mei Hua — kiedy nagle padło jedno, magiczne słowo:

— Syn.

I wtedy mnie zmiotło z planszy.

Kleknęłam na tym łóżku jak Emily Rose podczas egzorcyzmów i tylko gapiłam się na tę miłą, eteryczną kobietę.

Bo jak coś tak pięknego mogło urodzić demona?

Postanowiłam dalej grać rolę rozważnej, zrównoważonej kobiety. Poprawiłam włosy, wstałam z łóżka — potykając się oczywiście o to idiotyczne kimono — i stanęłam obok Mei z opanowaniem godnym greckiej bogini. Spojrzałam jej prosto w oczy.

— Ach, tak? — zaczęłam spokojnie, choć w środku wszystko we mnie krzyczało. — Gdy zapewniała mnie pani, że nic mi tu nie grozi, uwierzyłam. Na tyle, na ile mogłam — biorąc pod uwagę okoliczności. Ale teraz… jak mam to rozumieć? Choć szczerze? Nie rozumiem nic.

Zerknęłam na niego.

— Pani syn, który najpierw porywa mnie w środku nocy, a potem stoi nade mną niczym Hitchcock podczas snu?

Unoszę brew. Napięcie można by kroić nożem. A ja się zastanawiam, czy zaraz się obudzę… czy może właśnie zaczęłam nowy, pojebany rozdział swojego życia.

Wszyscy stali nieruchomo, jakby nagle grali w jakieś chore kalambury, gdzie nikt nie zna hasła. Wymieniali między sobą spojrzenia, jakby szukali winnego.

— Nikt mi nie odpowie? Serio? — rzuciłam, rozkładając ręce. — Fajnie, czyli gramy w „Zgłoś swój szok milczeniem”.

I wtedy odezwał się ten dupek.

Jego angielski był tak tragiczny, że aż miałam ochotę złożyć doniesienie do jakiegoś międzynarodowego trybunału nauczycieli języków.

Bo ktoś, kto dopuścił go do mówienia po angielsku… powinien siedzieć.

— Och, tak. Jestem pedofilem z wyrokiem, a moja mama werbuje mi takie koczkodany jak ty — rzucił z tym swoim jadowitym uśmieszkiem.

— JUN!!! — krzyknęła Pani Mei tak głośno, że całe jego 190 centymetrów męskości aż się skuliło.

A ja? Patrzyłam na nią z coraz większym szacunkiem. Pani Mei Hua zaskakiwała mnie coraz mocniej. Teraz jeszcze językowo — bo powiedziała wszystko po polsku. Najwyraźniej specjalnie, żebym zrozumiała każde słowo.

— Wynoś się. I powiedz wujowi, że DaLiyaa nie jest jeszcze odpowiednio gotowa. A następnym razem niech ustala wszystko ze mną.

Zrobiła krok w jego stronę.

— I jeśli już skończyliśmy z tą tragedią, to proszę cię: zejdź na dół, zjedz z nami kulturalnie śniadanie… albo wyjdź i nie przynoś matce wstydu.Wodnik

Ta wariatka zemdlała na samą myśl o tym, co może ją czekać na lotnisku. Co dopiero zrobi, jak się dowie, na czyj rozkaz działałem.

Wróciłem po wszystkim do domu i od razu wlazłem pod prysznic. Stałem tam jak idiota, z wodą lejącą się po głowie, myśląc o tym, co tu się właśnie odjebało.

Po wyjściu z łazienki poziom irytacji sięgnął zenitu.

Nie dość, że nie mogłem się pozbyć jej zapachu — co zresztą już sam przed sobą przyznałem w samolocie — to jeszcze w kieszeni miałem jej bransoletkę.

Upadając, zgarnąłem ją z ziemi i przetransportowałem razem z nią do matki, bo taki był plan.

Normalnie bym to wyjebał. Tak postąpiłby stary Jun — bez emocji, zawsze racjonalnie.

Ale stary Jun zawsze działał w zgodzie z sobą. A teraz?

Teraz sam nie wiem, kim jestem.

Plan był prosty: odwiozę jej tę bransoletkę, żeby sobie nie pomyślała, że jestem jakimś jebanym złodziejem.

To chyba najprostszy sposób, żeby to sobie wytłumaczyć.

Chyba.

Wyszedłem z domu bez śniadania. Miałem już jechać do mamy, kiedy pod drzwiami zobaczyłem Shuang.

No to masz przejebane, Jun.

Stała w szarych dresach i krótkim topie w moro. Normalnie powiedziałbym, że wygląda pociągająco. I pewnie tak było.

Ale tym razem… coś mnie wkurwiło. Sam nie wiedziałem, co dokładnie. Może to, że w ogóle tam była. Może to, że wyglądała tak dobrze, jakby nic się nie wydarzyło.

Albo może po prostu byłem wściekły na siebie i nie chciałem tego na niej wyładować.

Zbyłem ją, rzucając, że wuj mnie natychmiast wezwał.

Chciała jechać ze mną, ale powiedziałem jej, żeby została i poczekała w domu. Że zaraz wrócę.

To chyba będzie najbezpieczniejsze.

Bo prawda jest taka, że sam jeszcze nie ogarniam, co się we mnie dzieje.

I nie chcę jej tym truć głowy. Jeszcze nie teraz.

Podjechałem pod naszą wielką posiadłość i wszedłem tylnymi drzwiami. Podejrzewałem, że zamiast śniadania moja matka zaserwuje mi opierdol — za to, w jakim stanie przywiozłem jej Darię. A raczej DaLiyę.

Pewnie już zauważyła rozcięte usta, rozwaloną głowę.

Ale przysięgam — sama sobie to zrobiła. Tym swoim uporem. Jak głaz — nie do ruszenia, nie do negocjacji.

Wszedłem na górę, bo oczywiście dama dostała mój pokój.

Spała. W kimonie mojej matki.

Zaniemówiłem.

To było najświętsze ubranie w całej jej szafie — wyciągane raz w roku, na Nowy Rok, kiedy cała rodzina zbierała się przy ołtarzu. A ona po prostu jej je oddała. Do spania.

Oceniłem, czy w ogóle zasługuje, by je nosić. I niechętnie muszę przyznać — wyglądało, jakby było stworzone dla niej.

Leżało na niej miękko, otulając skórę jak druga warstwa.

W tym momencie zrozumiałem, co mnie tak wkurwiało przez cały ranek.

Ona mnie wabiła.

Jak te mityczne syreny — nie przez słowa, tylko przez to… coś.

Nieziemską lekkość. Ten magnetyzm.

Nawet sposób, w jaki spała, był nieznośnie spokojny.

Jakby nie porwano jej kilka godzin temu. Jakby znała to miejsce od zawsze.

Wyglądała jak pierdolona Śnieżka — długie rzęsy, zaróżowione usta. Biust unoszący się przy każdym oddechu, jakby błagał o dotyk. I ta wyobraźnia, która znów robiła ze mną, co chciała.

Nawet sobie wyobraziłem, jak ciepłe musi być jej ciało o poranku.

I to właśnie był problem.

I tak stałem. Jak debil.

Z zapatrzeniem godnym nastolatka, któremu właśnie pierwszy raz zadrgał głos.

Nie zauważyłem nawet, kiedy otworzyła oczy.

Prawdopodobnie leciała mi ślina z ust, bo dałem się ponieść fantazji.

I wtedy czar prysł.

Bo ta pyskata dziewczynka otworzyła buzię i zaczęła drzeć się wniebogłosy, wołając moją matkę o pomoc.

Poległem. Na całej linii.

Matka zjawiła się w mgnieniu oka, jakby miała radar na histerię. A Daria? Wskazała na mnie palcem, jakbym właśnie wyrwał jej balona, i zaczęła opowiadać matce, jakim to jestem zbirem. Jakbym nie tylko ją porwał, ale jeszcze przetrzymywał w piwnicy i karmił suchym ryżem.

Matka zrównała mnie z błotem. Że nie daję dziewczynie odpocząć. Że pogarszam sytuację. Że jestem… No, cała litania. Wkurwiłem się. Pokazałem tej dziewusze odrobinę dobroci. Nie wyjebałem tej jej bransoletki do kosza. A ona, w moim własnym domu, robi ze mnie potwora.

Dopiero gdy wspomniała, że jestem panem tego domu — znaczy: synem pani tego domu — usiadła na dupie. A właściwie: wyprostowała się jak korkociąg, wstała, o mało się nie wywracając w tym cholernym kimonie, i zażądała wyjaśnień.

Miałem okazję się odgryźć. Rzuciłem żartem. Tylko ja się zaśmiałem.

Musiałem wyjść z twarzą, więc powiedziałem matce, że wuja mnie przysłała, żebym doglądał Darii. Udałem, że słucham, podziękowałem za śniadanie — niech sobie zjedzą same, skoro jestem takim łotrem — i wyszedłem jak najszybciej.

Sam sobie byłem winien tej całej paranoi. Po cholerę tu wlazłem i się na nią gapiłem. Teraz mam nauczkę — lepiej trzymać się z dala od tego szajsu i od niej całej.

Wściekłość zagłuszyła wszystko inne. Poszedłem na trening. Czystka. Jedno znane uczucie. Zero niejasności. Tylko ja i przeciwnik, którego — gdyby nie sędzia — prawie bym zabił.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij