Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Rytuał - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
27 maja 2026
3374 pkt
punktów Virtualo

Rytuał - ebook

Nowe wydanie kultowej powieści Grahama Mastertona.

W ponurym domostwie na odludziu mieszka niesamowite towarzystwo, najwyraźniej związane jakąś tajemnicą. Każdemu z nich czegoś brakuje: a tu ucha, a to palca czy nawet ręki. Co dziwniejsze, goszczą tam światowej sławy kucharze, zdrowi i jak najbardziej kompletni…

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8338-592-1
Rozmiar pliku: 952 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

POLECAMY

Tego autora nakła­dem Domu Wydaw­ni­czego REBIS uka­zały się m.in.

Bazy­li­szek

Czer­wony Hotel

Dni śmier­tel­nego stra­chu

Dom much

Dzieci zapo­mniane przez Boga

Dzie­dzic­two

Dżinn

Festi­wal stra­chu

Kost­nica

Ludzie cie­nia

Mani­tou

Noc gar­gul­ców

Noc skor­piona

Nocna plaga

Panika

Rytuał

Tengu

Trans śmierci

Wirus

Wojow­nicy nocy

Wybryk natury

Wyklęty

Zemsta mani­touROZDZIAŁ I

Nad drze­wami za oknem restau­ra­cji zawi­sła ogromna burzowa chmura, roz­dęta, apo­ka­lip­tyczna, tru­pio sina w popo­łu­dnio­wym słońcu. Na takich chmu­rach galo­pują wal­ki­rie.

– No więc – zagad­nął Char­lie z twa­rzą do połowy ukrytą w cie­niu – jak myślisz, czy to zwie­rzę od dawna nie żyje?

Mar­tin spoj­rzał na stół.

– Nic nie widać pod tą papką.

– Ta papka, jak ją nazwa­łeś, to sos żura­wi­nowy – popra­wił go Char­lie.

– Wła­śnie że papka – upie­rał się Mar­tin. – Sam zobacz, jaka pap­ko­wata.

Char­lie pochy­lił głowę tak nisko nad tale­rzem peł­nym grud­ko­wa­tego, szkar­łat­nego sosu, jak gdyby chciał umo­czyć w nim twarz. Wąchał sos, żeby spraw­dzić, z czego jest zro­biony. Pró­bo­wał rów­nież usta­lić, czy polany nim szny­cel cie­lęcy został roz­mro­żony na tyle nie­dawno, by można było uspra­wie­dli­wić zuchwały dopi­sek w kar­cie: „Świeże mięso wła­snego uboju”.

Nie pod­no­sząc głowy, powie­dział:

– To jest mie­szanka kon­ser­wo­wych pomi­do­rów, nie­do­go­to­wa­nej cebuli i przy­prawy zio­ło­wej Spice Island pro­sto ze sło­ika. Główna funk­cja sosu polega na ukry­wa­niu tego, że polany nim szny­cel cierpi na uwiąd star­czy.

– Masz zamiar to napi­sać? – zapy­tał Mar­tin.

W jego gło­sie Char­lie usły­szał wyzwa­nie. Wypro­sto­wał się i spoj­rzał Mar­ti­nowi pro­sto w oczy.

– Muszę być prak­tyczny, nie tylko kry­tyczny. Gdzie jesz­cze może się poży­wić zgłod­niały komi­wo­ja­żer, który w jesienne desz­czowe popo­łu­dnie prze­mie­rza dolinę Housa­to­nic? – Wziął wide­lec, wytarł go sta­ran­nie w ser­wetkę i dodał: – Chyba napi­szę po pro­stu: „Sos żura­wi­nowy był nie­zbyt żura­wi­nowy”.

– To się nazywa wykrę­cać kota ogo­nem – stwier­dził Mar­tin. Z roz­ba­wie­niem obser­wo­wał, jak Char­lie pod­nosi na końcu widelca cały szny­cel i uważ­nie ogląda z obu stron, jak gdyby pró­bo­wał usta­lić płeć cie­laka.

– Cza­sami trzeba być wyro­zu­mia­łym – oświad­czył Char­lie. – To prawda, że szny­cel jest okropny, a sos jesz­cze gor­szy, ale w oko­licy nie znaj­dziemy nic lep­szego. Poza tym jada­łem już bar­dziej nie­ape­tyczne dania. W hotelu „Impe­rial” w Fila­del­fii kie­dyś podano mi bef­sztyk tatar­ski, w któ­rym zna­la­złem kro­wią wargę z wło­sami. Kel­ner pró­bo­wał mi wytłu­ma­czyć, że to jest bef­sztyk tatar­ski po napo­le­oń­sku. Powie­dzia­łem, że raczej po fry­zjer­sku.

Na twa­rzy Mar­tina poja­wił się ten dzi­waczny łobu­zer­ski uśmie­szek pięt­na­sto­latka, który udaje, że z zain­te­re­so­wa­niem słu­cha wszyst­kich nud­nych, odgrze­wa­nych aneg­do­tek czter­dzie­sto­let­niego ojca. Chło­pak zaczął grze­bać widel­cem w swoim gula­szu z klu­skami.

– Nie ode­bra­łem ci ape­tytu? – zapy­tał Char­lie.

Mar­tin potrzą­snął głową.

– Ale chyba ode­bra­łeś tym paniom.

Wska­zał na dwie siwo­włose matrony z Nowej Anglii, które sie­działy przy sąsied­nim sto­liku i gapiły się na Char­liego zza oku­la­rów, któ­rych szkła poły­ski­wały niczym monety.

Char­lie obró­cił się na krze­śle i uśmiech­nął się do matron dobro­tli­wie jak ksiądz. Zawsty­dzone sąsiadki zajęły się swoją sma­żoną rybą.

– Tutaj jest dobre jedze­nie – oznaj­mił Char­lie. – Wszyst­kie jarzyny upra­wiają sami, podają świeże bułeczki, a kiedy przy­pad­kiem upusz­czą czyjś lunch na pod­łogę, zwy­kle wyrzu­cają go do śmieci. Opo­wia­da­łem ci, jak kie­dyś w „Roy­alty Inn” w Seat­tle kel­ner upu­ścił sałatkę z homara w służ­bo­wej win­dzie? Tak… i zgar­nął ją mię­dzy dwie karty win, i podał na zjeź­dzie legio­ni­stów. Nic dziw­nego, że legio­ni­ści wyna­leźli gorączkę legio­nową.

– Ow­szem, chyba mi opo­wia­da­łeś – odparł Mar­tin i powoli zaczął jeść.

Spa­dły pierw­sze kro­ple desz­czu. W powie­trzu wisiała dziwna, zło­wroga cisza, którą mąciło jedy­nie szczę­ka­nie noży i widel­ców.

– To miej­sce ma wdzięk – dodał Char­lie. – W naszych cza­sach wdzięk jest rzad­kim towa­rem. A dla wielu ludzi, rozu­miesz, wdzięk jest rów­nie ważny jak jedze­nie. Cza­sami nawet waż­niej­szy. Jeśli zabie­rasz dziew­czynę na obiad, żeby ją potem prze­le­cieć, to co cię obcho­dzi, że cebula w sosie żura­wi­no­wym jest nie­do­go­to­wana?

Mar­tin dosko­nale wie­dział, że Char­lie pró­buje z nim roz­ma­wiać jak męż­czy­zna z męż­czy­zną. Kiedy jed­nak tak sie­dzieli obok sie­bie, ojciec i syn, dwie ciemne syl­wetki na tle sza­rego paź­dzier­ni­ko­wego nieba, widać było, że są sobie obcy. Zbyt wiele było przerw w roz­mo­wie, zbyt wiele nie­zna­nych obsza­rów, zbyt wiele pytań, któ­rych ojciec zwy­kle nie musi zada­wać synowi.

– Jak twój gulasz? – zain­te­re­so­wał się Char­lie. – Nie wie­dzia­łem, że lubisz gulasz.

– Nie lubię – odparł Mar­tin. – Ale nie mia­łem wiel­kiego wyboru. Ta ryba wygląda, jak gdyby zde­chła ze sta­ro­ści.

– Nie wyśmie­waj się ze sta­ro­ści – ostrzegł Char­lie. – Sta­rość zasłu­guje na sza­cu­nek.

– W takim razie twój szny­cel jest naj­bar­dziej sza­cow­nym kawał­kiem mięsa, jaki widzia­łem w życiu.

Char­lie kroił cie­lę­cinę z pro­fe­sjo­nalną dokład­no­ścią.

– Nie jest naj­gor­szy, uwzględ­nia­jąc cenę netto, miej­sce i porę roku.

– Zawsze tak mówisz. Sły­szę to, odkąd skoń­czy­łem pięć lat. Powie­dzia­łeś tak o pierw­szej ręka­wicy base­bal­lo­wej, którą mi kupi­łeś.

Char­lie odło­żył wide­lec.

– Tłu­ma­czy­łem ci. Muszę być prak­tyczny, nie tylko kry­tyczny. Muszę pamię­tać, że więk­szość ludzi nie jest spe­cjal­nie wybredna.

– Ty zjadł­byś wszystko, prawda? – powie­dział Mar­tin jado­wi­cie, po raz pierw­szy uży­wa­jąc takiego tonu wobec ojca.

Char­lie popa­trzył z tro­ską na syna.

– To mój zawód – powie­dział wresz­cie, jakby to wszystko wyja­śniało.

Przez parę minut jedli w mil­cze­niu. Char­lie zawsze czuł się nie­swojo, kiedy roz­mowa zamie­rała. Miał tyle do powie­dze­nia, tyle do wyja­śnie­nia, a jed­nak nie potra­fił wyra­zić tego, co czuje. Jak mógł wyja­śnić synowi, że żałuje każ­dej minuty, którą spę­dził z dala od niego, skoro nie prze­szka­dzało mu w tym nic oprócz wła­snych wypa­czo­nych ambi­cji?

Nosił z sobą pla­sti­kowy port­fel, napęcz­niały od pogię­tych foto­gra­fii, a każda była dla niego rów­nie bole­sna jak kolejne sta­cje drogi krzy­żo­wej. Oto Mar­tin w wieku trzech lat bawiący się na podwórku jaskra­wo­czer­wo­nym wozem stra­żac­kim, z oczami przy­mru­żo­nymi w let­nim słońcu. A to Mar­tin na kon­cer­cie w szkole pod­sta­wo­wej, ubrany jak Paul Revere¹, bez uśmie­chu, z nie­pewną miną. Zdję­cie zro­biono w 1978 roku, kiedy Char­liego nie było w domu przez ponad cztery mie­siące. A tutaj Mar­tin po zwy­cię­stwie swo­jej dru­żyny base­bal­lo­wej w mię­dzysz­kol­nych roz­gryw­kach, z ręką pod­nie­sioną trium­fal­nie przez jakie­goś ryżego, gory­lo­wa­tego faceta, któ­rego Char­lie nie znał.

Char­lie stra­cił to wszystko. Zamiast tego jadał obiady w hote­lach całej Ame­ryki, Char­lie McLean, inspek­tor restau­ra­cyjny, zapo­mniany gość na nie­zli­czo­nych zapo­mnianych ban­kie­tach. Ale jak miał wyja­śnić Mar­ti­nowi, że musiał to robić i co to dla niego zna­czyło? Puste hote­lowe pokoje z tele­wi­zo­rem hała­su­ją­cym za każdą ścianą; okna na pięt­na­stym pię­trze z bez­dusz­nym wido­kiem na szyby wen­ty­la­cyjne i mokre ulice, po któ­rych pły­nęły jak krew tylne świa­tła prze­jeż­dża­ją­cych samo­cho­dów. Każdy posi­łek zja­dany samot­nie. Takie życie przy­po­mi­nało pokutę.

Obser­wu­jąc twarz ojca, Mar­tin powie­dział:

– Zdaje się, że burza tędy przej­dzie.

– Tak – mruk­nął Char­lie. – Tutaj, w Litch­field Hills, ist­nieje legenda, że burze są wywo­ły­wane przez dawne indiań­skie demony, zwane Wiel­kimi Sta­ru­chami. Sza­man z ple­mie­nia Nar­ra­gan­set­tów wal­czył z tymi demo­nami, poko­nał je i przy­kuł do chmur, żeby nie mogły uciec. Ale cza­sami demony budzą się i wpa­dają w złość, potrzą­sają łań­cu­chami, zgrzy­tają zębami – to powo­duje burze.

Mar­tin odło­żył wide­lec.

– Tato? Zamó­wisz mi jesz­cze jeden seven up?

– Wiesz – powie­dział Char­lie – możesz do mnie mówić Char­lie. To zna­czy nie musisz, ale jeśli chcesz, to pro­szę bar­dzo.

Mar­tin nic nie odpo­wie­dział. Char­lie wezwał kel­nerkę.

– Pro­szę podać jesz­cze jeden seven up bez wiśni i jesz­cze jeden kie­li­szek char­don­nay.

– Pan tu nie jest na waka­cjach – powie­działa kel­nerka.

To nie było pyta­nie. Kel­nerka miała na sobie błę­kitną saty­nową sukienkę, która przy­le­gała ści­śle jak ela­styczny ban­daż do jej bio­der i poślad­ków, pod­kre­śla­jąc wszyst­kie man­ka­menty figury. Była nawet ładna, ale lewa połowa jej twa­rzy nie paso­wała do pra­wej, co nada­wało jej wygląd megiery. Jej włosy barwy żółtka ster­czały sztywno na wszyst­kie strony.

– Jeste­śmy tu prze­jaz­dem – oświad­czył Char­lie, mru­ga­jąc do Mar­tina. Gdzieś w oddali zagrzmiało. Char­lie z uśmie­chem wska­zał na okno. – Opo­wia­da­łem wła­śnie synowi o tych indiań­skich demo­nach przy­ku­tych łań­cu­chami do chmur.

Kel­nerka prze­stała pisać na bloczku i wytrzesz­czyła na niego oczy.

– Słu­cham?

– To taka legenda. – Mar­tin pospie­szył ojcu na pomoc.

– Pan nie żar­tuje – rzu­ciła kel­nerka. Zer­k­nęła na talerz Char­liego. – Okrop­nie panu nie sma­kuje ta cie­lę­cina, co?

– Nie jest naj­gor­sza – odparł Char­lie, nie patrząc na kel­nerkę. Nie wolno mu było, podob­nie jak pozo­sta­łym pię­ciu inspek­to­rom, roz­ma­wiać o posił­kach czy obsłu­dze z kie­row­nic­twem wizy­to­wa­nych restau­ra­cji. Za ujaw­nie­nie swo­jej toż­sa­mo­ści gro­ziła natych­mia­stowa dymi­sja. Jego pra­co­dawcy uwa­żali, że jeśli inspek­tor się ujawni, może otrzy­my­wać pro­po­zy­cje łapó­wek. Co gor­sza, może przyj­mo­wać te pro­po­zy­cje. Kolega Char­liego, Barry Hun­sec­ker, opła­cał więk­szość swo­ich ali­men­tów z łapó­wek, ale żył w nie­ustan­nym stra­chu, dopóki nie został przy­ła­pany i wyrzu­cony z pracy.

Kel­nerka nachy­liła się i szep­nęła do Char­liego:

– Nie ma się czego wsty­dzić. To paskudz­two. Niech pan tego nie je, jeśli pan nie ma ochoty. Nikt panu nie każe tego zjeść. Zała­twię, żeby pan zapła­cił tylko za gulasz.

– Nie trzeba – odparł Char­lie. – Szny­cel jest cał­kiem smaczny.

– Jeśli ten szny­cel jest smaczny, to ja jestem Chinką. – Kel­nerka oparła ręce na bio­drach i zmie­rzyła wzro­kiem kapry­śnego klienta.

– Jest smaczny – powtó­rzył Char­lie. Prze­cież nie mógł jej wyja­śnić, że musi zjeść wszystko, wepchnąć w sie­bie całą por­cję, ponie­waż to należy do jego zawo­do­wych obo­wiąz­ków. Powi­nien rów­nież zamó­wić deser, kawę i sery i odwie­dzić toa­letę, żeby spraw­dzić czy­stość ręcz­ni­ków.

– Ano, wzię­łam pana za sma­ko­sza – powie­działa kel­nerka. Nagry­zmo­liła „7-up + char” i wsa­dziła blo­czek do kie­szeni.

– Za sma­ko­sza? – zdzi­wił się Char­lie. Pod­niósł lekko głowę.

W ostat­nich pro­mie­niach słońca jego twarz zdra­dzała wiek, ale nic wię­cej. Okrą­gła twarz męż­czy­zny po czter­dzie­stce, którą – niczym pęk­nię­cia na miśnień­skiej por­ce­la­nie – uszla­chet­niały zmarszczki wokół oczu, przy­da­jące mu kul­tury i doświad­cze­nia. Włosy miał krótko obcięte i sta­ran­nie zacze­sane, jak gdyby cią­gle wie­rzył w ide­ały z 1959 roku. Nie­duże dło­nie zdo­biła samotna złota obrączka. Nosił szarą spor­tową mary­narkę w cętki i zwy­kle szare spodnie. Jedy­nym ele­men­tem wyróż­nia­ją­cym się w jego wyglą­dzie był zega­rek – złoty osiem­na­sto­ka­ra­towy Corum Romu­lus. Otrzy­mał go w bar­dzo smut­nych oko­licz­no­ściach i czę­sto o tym myślał.

Przez dwa­dzie­ścia jeden lat nikt nie odgadł, w jaki spo­sób Char­lie zara­bia na życie. Zazwy­czaj ta ano­ni­mo­wość przy­no­siła mu satys­fak­cję, zapra­wioną lekką gory­czą; cza­sami jed­nak czuł się tak samotny i zagu­biony, że aż ści­skało go w gar­dle.

– Natu­ral­nie ten lokal scho­dzi na psy, odkąd kie­row­nic­two prze­jęła pani Foss – oświad­czyła kel­nerka takim tonem, jakby wszy­scy dosko­nale wie­dzieli, kim jest pani Foss i dla­czego jej dzia­ła­nia są tak destruk­cyjne. Zaci­snęła usta. – Pani Foss i reszta Fos­sów.

– Ilu dokład­nie jest tych Fos­sów? – zapy­tał Char­lie.

Mar­tin zasło­nił ręką usta, by ukryć roz­ba­wie­nie. Lubił, kiedy jego ojciec żar­to­wał sobie z ludzi.

– Ano, jest ich sze­ścioro, jeśli poli­czyć Ednę Foss Law­rence. Daw­niej oczy­wi­ście było sied­mioro, ale Ivy zagi­nęła dwa lata temu, tydzień przed Świę­tem Dzięk­czy­nie­nia.

Char­lie kiw­nął głową, uda­jąc, że pamięta znik­nię­cie Ivy Foss, jakby to było wczo­raj.

– Wygląda na to, że gdzie Fos­sów sześć, tam nie ma co jeść – zażar­to­wał.

– Ta baba nie potrafi nawet odgrzać puszki fasoli – oświad­czyła kel­nerka. – Przy­niosę panu rybę, zgoda? Powin­nam pana ostrzec przed tą cie­lę­ciną.

Roz­legł się ostry trzask i cała restau­ra­cja zami­go­tała jak w sce­nie z filmu Macka Sen­neta². Jedna z matron przy­ci­snęła ręce do twa­rzy i krzyk­nęła: „Lito­ści!”. Przez chwilę widać było tylko jaskra­wo­zie­lony ślad bły­ska­wicy odbity na siat­kówce. Potem ude­rzył pio­run. Od huku zadźwię­czały tale­rze, zadzwo­niły szklanki, zabrzę­czały szyby w sta­rych kolo­nial­nych oknach.

– Chyba Bóg mi roz­ka­zuje, żebym grzecz­nie zjadł mięso do końca – stwier­dził Char­lie.

– Mówi­łeś, że to demony – przy­po­mniał Mar­tin.

– Nie wie­rzę w demony.

– A w Boga wie­rzysz?

Char­lie zmru­żo­nymi oczami przyj­rzał się Mar­ti­nowi. Deszcz zaczął bęb­nić w szyby.

– Czy to ci zrobi jakąś róż­nicę, jeśli powiem, że nie wie­rzę?

– Mar­jo­rie zawsze twier­dziła, że trzeba w coś wie­rzyć.

– Dla­czego do mamy zwra­casz się po imie­niu, a do mnie nie?

– A dla­czego ni­gdy mi nie powiesz, że coś ci nie sma­kuje?

Char­lie spoj­rzał na talerz. Potem po raz pierw­szy od lat odło­żył nóż i wide­lec, cho­ciaż jesz­cze nie wyskro­bał tale­rza do czy­sta.

– Może trudno ci to zro­zu­mieć, ale kiedy zaczniesz pra­co­wać, będziesz musiał wyko­ny­wać swoje obo­wiązki nie­za­leż­nie od oso­bi­stych opi­nii.

– Nawet jeśli nie masz sza­cunku dla sie­bie?

Char­lie mil­czał przez chwilę. Potem powie­dział:

– Jeśli zależy ci na naszej przy­jaźni, prze­stań cyto­wać przy mnie matkę.

Mar­tin się zaru­mie­nił. Pode­szła kel­nerka i posta­wiła na stole zamó­wione napoje.

– Oszczę­dził pan żołąd­kowi dodat­ko­wych męczarni – zauwa­żyła, zabie­ra­jąc talerz Char­liego.

– Na deser weź­miemy szar­lotkę – oznaj­mił Char­lie.

– Czy panu życie nie­miłe?! – zawo­łała kel­nerka.

Deszcz zale­wał par­king i sze­le­ścił w ciso­wym żywo­pło­cie ota­cza­ją­cym restau­ra­cyjny ogród. Znowu ośle­pia­jąco bły­snęło i kolejny grzmot wstrzą­snął jadal­nią. Char­lie łyk­nął wina i poża­ło­wał, że nie jest zim­niej­sze i bar­dziej wytrawne. Mar­tin patrzył w okno.

– Mogłeś zamiesz­kać u Har­ri­so­nów – ode­zwał się Char­lie.

Mar­tin zmarsz­czył brwi, jak gdyby zoba­czył coś za oknem, ale nie wie­dział, co to jest.

– Nie chcia­łem miesz­kać z Har­ri­so­nami. Chcia­łem poje­chać z tobą. Poza tym Gerry Har­ri­son to taki obcia­cho­wiec.

– Nie wyra­żaj się – upo­mniał go Char­lie. Otarł usta ser­wetką. – I wła­ści­wie co to zna­czy „obcia­cho­wiec”?

– Ktoś tam jest na dwo­rze – powie­dział Mar­tin.

Char­lie odwró­cił się na krze­śle i wyj­rzał do ogrodu. Zoba­czył tylko pochyły traw­nik, oto­czony krzywo przy­cię­tym żywo­pło­tem. Pośrodku traw­nika stał stary kamienny zegar sło­neczny, prze­chy­lony ze sta­ro­ści, a jesz­cze dalej gar­biła się mokra, ople­ciona pną­cym mchem, na wpół roz­wa­lona szopa.

– Nikogo nie widzę – powie­dział Char­lie. – Zresztą, kto by tam stał na desz­czu.

– Patrz… tam! – prze­rwał mu Mar­tin i poka­zał ręką.

Char­lie wytę­żył wzrok. Pomimo desz­czu zale­wa­ją­cego szyby przez chwilę zda­wało mu się, że ktoś stoi na lewo od szopy, osło­nięty welo­nem pną­czy niczym oblu­bie­nica. Ktoś ciemny, pochy­lony, z nie­po­ko­jąco bladą twa­rzą. Kim­kol­wiek był, męż­czy­zną czy kobietą, stał nie­ru­chomo i wpa­try­wał się w okno restau­ra­cji, pod­czas gdy ulewa chło­stała ogród tak zacie­kle, że było to nie­mal śmieszne; zupeł­nie jak sztorm na pla­nie fil­mo­wym, gdzie akto­rów oblewa się co pewien czas wia­drami wody.

Bły­ska­wica zaja­śniała po raz trzeci, jesz­cze sil­niej niż poprzed­nio. Na uła­mek sekundy świa­tło wybie­liło wszyst­kie zacie­nione miej­sca w ogro­dzie. Ale ten, kto ukry­wał się wśród cieni, znik­nął. Pozo­stały tylko pną­cza, zruj­no­wana szopa i krzaki przy­gięte pod nie­ubła­ganą chło­stą desz­czu.

– Złu­dze­nie optyczne – stwier­dził Char­lie.

Mar­tin nie odpo­wie­dział, tylko cią­gle patrzył w okno.

– Duch? – pod­su­nął Char­lie.

– Nie wiem – odparł Mar­tin. – Po pro­stu mia­łem jakieś nie­sa­mo­wite uczu­cie.

Kel­nerka wró­ciła z dwiema por­cjami szar­lotki i dzban­kiem wiej­skiej śmie­tanki. Krzy­wiła się, prze­cho­dząc mię­dzy sto­li­kami. Za nią szła niska, otyła kobieta w obszer­nej błę­kitno-tur­ku­so­wej sukni. Raziła groź­nym auto­ry­te­tem, toteż Char­lie domy­ślił się od razu, że jest to słynna pani Foss, pod któ­rej kie­row­nic­twem „Żela­zny Imbry­czek” scho­dzi na psy.

Pani Foss nosiła oku­lary przy­po­mi­na­jące tylne reflek­tory ply­mo­utha fury z 1958 roku. Wokół ust miała gęstą sieć zmarsz­czek.

– Halo, witam! – zawo­łała. – Zawsze miło widzieć nowych gości.

Char­lie wstał nie­zręcz­nie i uści­snął jej dłoń, wiotką i miękką, ale kłu­jącą od bry­lan­tów.

– Har­riet mówiła mi, że nie sma­ko­wała panu cie­lę­cina – oznaj­miła pani Foss. Zmarszczki wokół jej ust pogłę­biły się.

– Nie była naj­gor­sza – odparł Char­lie, sta­ran­nie uni­ka­jąc wzroku Mar­tina.

– Pan jej nie zjadł – oskar­żyła go pani Foss. – Zwy­kle klienci wyskro­bują talerz.

Pro­tek­cjo­nalny ton nie uszedł uwagi czło­wieka, który jadał i sypiał w ponad czte­rech tysią­cach ame­ry­kań­skich lokali.

– Prze­pra­szam, jeśli doło­ży­łem pani zmy­wa­nia – powie­dział Char­lie.

– Zmy­wa­nie nie ma tu nic do rze­czy. Cho­dzi o to, że pan nie zjadł swo­jego obiadu.

Char­lie spu­ścił wzrok i zaczął się bawić łyżeczką.

– Widocz­nie nie byłem taki głodny, jak myśla­łem.

– Ni­gdzie w okręgu Litch­field nie znaj­dzie pan lep­szej restau­ra­cji, gwa­ran­tuję panu – oświad­czyła pani Foss.

Char­lie miał wielką ochotę powie­dzieć, że w takim razie niech Bóg zmi­łuje się nad okrę­giem Litch­field, ale kel­nerka Har­riet wtrą­ciła:

– „Le Repo­soir”.

Pani Foss odwró­ciła się do Har­riet, dziko bły­ska­jąc oczami.

– Nie wyma­wiaj przy mnie tej nazwy! – wark­nęła, aż policzki jej się zatrzę­sły. – Nawet szep­tem!

– Domy­ślam się, że to kon­ku­ren­cyjna restau­ra­cja? – pod­su­nął Char­lie, żeby osło­nić Har­riet przed strasz­li­wym gnie­wem pani Foss.

Bły­ska­wica zaja­śniała za oknem i na sekundę wszystko stało się białe.

– Ten lokal nie zasłu­guje nawet na miano mor­downi, a co dopiero restau­ra­cji – prych­nęła pani Foss.

– Prze­pra­szam – powtó­rzył Char­lie. – Oso­bi­ście ni­gdy o nim nie sły­sza­łem.

– Dla wła­snego dobra niech pan trzyma się od niego z daleka – radziła pani Foss. – Ci wyko­le­jeni Fran­cuzi ze swo­imi obrzy­dli­wymi pomy­słami – mówiła z akcen­tem, który wska­zy­wał, że wycho­wała się setki mil na połu­dnie od okręgu Litch­field w sta­nie Con­nec­ti­cut. – Od kiedy otwarto ten lokal, dzieci z sąsiedz­twa cho­dzą okrężną drogą przez Allen’s Cor­ners. Zapew­niam pana, że nikt z miej­sco­wych ni­gdy nie pój­dzie tam na obiad.

Char­lie się­gnął do kie­szeni swo­jej spor­to­wej mary­narki i wyjął znisz­czony notes w skó­rza­nej opra­wie.

– Jak się nazywa ten lokal?

– „Le Repo­soir” – pod­po­wie­działa Har­riet, prze­chy­la­jąc się przez ramię pani Foss niczym papuga Dłu­giego Johna Silvera. – „Le” jak Jerry Lee Lewis, „repo” jak repor­ter, „soir” jak…

– Har­riet! Sto­lik szó­sty! – wrza­snęła pani Foss.

– Idę, idę – burk­nęła Har­riet, pod­no­sząc rękę w geście obrony.

– Muszę pana prze­pro­sić za Har­riet – zatraj­ko­tała pani Foss. – Obie­ca­łam jej matce, że dam Har­riet posadę kel­nerki. Nie nada­wała się do niczego innego. – Pani Foss postu­kała się w czoło. – Nie­do­ro­zwi­nięta to może prze­sada, ale geniu­szem też nie jest.

Char­lie kiw­nął głową i scho­wał notes do kie­szeni mary­narki.

– Róż­nie to bywa.

– Pan chyba nie zamie­rza odwie­dzić tego lokalu? – zapy­tała pani Foss i wyko­nała gest w stronę jego mary­narki.

– Czy jest jakiś powód, żeby tego nie robić?

– Mogę panu podać sto powo­dów. Od dawna znam tych ludzi. Kie­dyś pro­wa­dzi­łam restau­ra­cję na Char­tres Street w Nowym Orle­anie; „Czer­wona Fasola i Ryż Pauli Foss” – tak się nazy­wał ten lokal. Wtedy zna­łam takich ludzi. Sfran­cu­ziali i bar­dzo wytworni. Nazy­wa­li­śmy ich cele­sty­nami. Nie­to­wa­rzy­scy, a wła­ści­wie tajem­ni­czy. Tak, bar­dzo tajem­ni­czy.

– On tu znowu jest, popatrz – ode­zwał się Mar­tin.

Char­lie począt­kowo nie zro­zu­miał, o co cho­dzi.

– Tam za oknem, patrz! – pona­glił go Mar­tin.

Pani Foss zer­k­nęła na ogród.

– O czym ten chło­piec mówi?

Mar­tin wstał i na sztyw­nych nogach pod­szedł do sze­ro­kiego fran­cu­skiego okna. Matrony obej­rzały się za nim. Chło­piec osło­nił dło­nią oczy i wpa­try­wał się w deszcz.

– Mar­tin? – zapy­tał Char­lie.

– Widzia­łem go – powie­dział Mar­tin, nie odwra­ca­jąc się. – Stał obok zegara sło­necz­nego.

Pani Foss popa­trzyła na Char­liego, a potem pode­szła do chło­paka i sta­nęła obok.

– Tam nikogo nie ma, skar­bie. To mój pry­watny ogród. Nikt tam nie wej­dzie bez pozwo­le­nia.

– Daj spo­kój, Mar­ti­nie! – zawo­łał Char­lie. – Chodź, szar­lotka czeka.

Mar­tin nie­chęt­nie odszedł od okna. Char­lie pomy­ślał, że chło­piec wygląda blado. Pew­nie jest zmę­czony podróżą. Char­lie tak się przy­zwy­czaił do spę­dza­nia całego dnia za kie­row­nicą i za sto­łem, że zapo­mniał już, jak męczący jest taki tryb życia. Przed trzema dniami wyru­szyli z Nowego Jorku na pół­nocny wschód auto­stradą Major Deegan. Przez ten czas prze­je­chali grubo ponad sie­dem­set mil i jedli w dzie­wię­ciu hote­lach i restau­ra­cjach, od prze­grza­nej „Rodzin­nej Chatki” w White Pla­ins z lep­kimi czer­wo­nymi winy­lo­wymi sie­dze­niami do pre­ten­sjo­nal­nej „Gar­kuchni” na przed­mie­ściach Darien, utrzy­ma­nej w angiel­skim stylu, gdzie każde danie miało dic­ken­sow­ską nazwę: bułki pana Micaw­bera, stek Dombeya i kur­częta Cop­per­fielda.

– Nie wpu­ścisz go tutaj, prawda, tato? – ode­zwał się Mar­tin gło­sem zdła­wio­nym przez strach.

Char­lie wła­śnie pod­no­sił do ust pierw­szy kęs szar­lotki. Zawa­hał się z łyżką przy ustach. Nie sły­szał takiego tonu, odkąd Mar­tin był malutki.

– Co mówi­łeś?

Mar­tin szybko obej­rzał się na okno.

– Nic. Już w porządku.

– Nie przej­muj się – uspo­ka­jał go Char­lie. – Zjedz deser.

Mar­tin powoli odsu­nął talerz.

– Nie jesteś głodny? – zapy­tał ojciec. – To dobre. Spró­buj. Chyba naj­lep­sze, co tu mają.

Mar­tin potrzą­snął głową. Char­lie przez chwilę przy­glą­dał mu się z ojcow­ską tro­ską, po czym zajął się szar­lotką.

– Mam nadzieję, że nic nie zła­pa­łeś. – Prze­łknął i się­gnął po kie­li­szek wina. – Two­jej matki nie będzie w domu jesz­cze przez dzie­sięć dni, a ze mną nie możesz zostać, jeśli się roz­cho­ru­jesz.

– Wszystko w porządku – oświad­czył Mar­tin z nie­spo­dzie­waną gwał­tow­no­ścią. – Nie jestem chory, po pro­stu nie mam ape­tytu. Zro­zum, tato, przez te trzy cho­lerne dni zja­da­łem trzy cho­lerne posiłki dzien­nie. W życiu tak się nie prze­ja­dłem.

Ojciec popa­trzył na niego ze zdzi­wie­niem. Mar­tin miał wypieki na twa­rzy, jak gdyby nagle dostał gorączki.

– Kto cię nauczył takich wyra­żeń? – zapy­tał Char­lie cicho, ale z gnie­wem. – To matka tak cię pod­szko­liła? Cho­lerne to i cho­lerne tamto? Ja tylko zada­łem ci uprzejme pyta­nie.

Mar­tin spu­ścił oczy.

– Prze­pra­szam.

Char­lie pochy­lił się do przodu.

– Co w cie­bie nagle wstą­piło? Słu­chaj, nie żądam, żebyś się zacho­wy­wał jak archa­nioł Gabriel. Ni­gdy tego nie wyma­ga­łem. Ale byli­śmy przy­ja­ciółmi, ty i ja. Przy­naj­mniej tak powinno być mię­dzy ojcem a synem, prawda?

Mar­tin nie pod­niósł głowy. Char­lie z teatralną prze­sadą dokoń­czył szar­lotkę. Tak naprawdę uwa­żał, że jest obrzy­dliwa. Kucharz dodał do niej chyba z pół sło­ika cyna­monu, na sku­tek czego sma­ko­wała jak maho­niowe tro­ciny. Zamie­rzał napi­sać w rapor­cie: „Cia­sto świeże, dość ape­tyczne, ale zbyt mocno przy­pra­wione”.

Deszcz bul­go­tał w żela­znych gar­dłach rynien. Fran­cu­skie okna były ciemne jak oku­lary ślepca.

– Wiesz co, ta sytu­acja jest już dosta­tecz­nie trudna, więc nie powin­ni­śmy jej pogar­szać – zagad­nął Char­lie.

– Powie­dzia­łem, że prze­pra­szam.

Bły­ska­wica na chwilę oświe­tliła ogród. Char­lie ponow­nie odwró­cił się do okna i doznał uczu­cia, jakby ktoś prze­je­chał mu szczotką po krę­go­słu­pie. Do szyby przy­wie­rała biała twarz, któ­rej oddech utwo­rzył owalną plamę pary na szkle. Twarz zaglą­dała do restau­ra­cji. Malo­wała się na niej tęsk­nota zmie­szana z lękiem.

To mogła być twarz dziecka. Sądząc po wzro­ście, nie był to nikt doro­sły. Char­liemu nie­po­ko­jąco przy­po­mi­nał Gap­cia z _Kró­lewny Śnieżki_, z pustymi bla­do­nie­bie­skimi oczami i roz­dętą głową.

Char­lie ni­gdy w życiu nie widział nic rów­nie prze­ra­ża­ją­cego jak to obli­cze cier­pią­cego dziecka. Bły­ska­wica zami­go­tała po raz ostatni i zga­sła, ogród okrył się ciem­no­ścią i twarz zni­kła. Char­lie sie­dział sztywno, z dłońmi pła­sko uło­żo­nymi na stole, wpa­tru­jąc się w okno. Mar­tin pod­niósł głowę i spoj­rzał na niego.

– Tato? – zapy­tał. A potem ciszej: – Tato…?

Char­lie nie odry­wał wzroku od pociem­nia­łej szyby.

– Co ty tam zoba­czy­łeś w ogro­dzie? – zapy­tał.

– Nic – odparł Mar­tin. – Mówi­łem ci.

– Mówi­łeś, że kogoś widzia­łeś – nale­gał ojciec. – Powiedz mi, jak on wyglą­dał.

– Pomy­li­łem się i tyle. Chyba zoba­czy­łem krzak, sam nie wiem.

Char­lie chciał już obsztor­co­wać Mar­tina, kiedy spo­strzegł w oczach chłopca coś, co go powstrzy­mało. To nie był gniew. Ani pogarda. To była jakaś skryta, głę­boka nie­chęć do dys­ku­to­wa­nia o tym, co widział. Char­lie odchy­lił się do tyłu i przez chwilę przy­glą­dał się Mar­ti­nowi. Potem pod­niósł rękę, żeby przy­wo­łać kel­nerkę Har­riet.

– Nie zama­wiaj­cie kawy – pora­dziła Har­riet, pod­cho­dząc do nich.

– Nie mam zamiaru. Pro­szę tylko ostatni kie­li­szek char­don­nay i rachu­nek.

– Dopil­nuję, żeby pani Foss nie dopi­sała do rachunku tej cie­lę­ciny.

– Pro­szę sobie nie robić kło­potu.

Har­riet zabie­rała się już do odej­ścia, kiedy Char­lie zatrzy­mał ją pod­nie­sioną ręką.

– Har­riet, powiedz mi coś. Czy pani Foss ma dzieci?

Har­riet pogar­dli­wie par­sk­nęła.

– Troje… ale wystar­czą za trzy tysiące. Dar­ren pro­wa­dzi rachunki. Lloyd zaj­muje się zaopa­trze­niem. I jest jesz­cze Henry, ale o nim lepiej nie mówić, niech mi pan wie­rzy. Henry jest naprawdę nie­sa­mo­wity.

– Cho­dzi mi o małe dzieci.

Mar­tin pod­niósł wzrok. Jego nagłe zain­te­re­so­wa­nie nie uszło uwagi Char­liego. Był pewien, że chło­piec widział tę postać w ogro­dzie. Nie rozu­miał, dla­czego nie chce się do tego przy­znać.

– Małe dzieci – powtó­rzyła Har­riet – nie. Pyta pan o kil­ku­let­nie pędraki? Ona jest już na to za stara o dwie­ście lat.

Znaj­du­jąca się po dru­giej stro­nie restau­ra­cji pani Foss wyła­pała swoją anteną lek­ce­wa­żący ton głosu Har­riet. Pod­nio­sła głowę i spoj­rzała na kel­nerkę zwę­żo­nymi oczami.

– Har­riet! – wark­nęła, a w tym jed­nym sło­wie zabrzmiało dzie­sięć biblij­nych pogró­żek.

Pła­cąc rachu­nek, Char­lie poin­for­mo­wał Mar­tina:

– Może ty nic nie widzia­łeś, ale ja widzia­łem.

Chło­pak nie odpo­wie­dział. Char­lie odcze­kał chwilę, ale posta­no­wił na razie go nie naci­skać. Widocz­nie Mar­tin miał jakiś powód, żeby nie mówić o tym, co widział. Może po pro­stu nie miał do niego zaufa­nia. Trudno mu się dzi­wić, skoro Char­lie nie spi­sy­wał się naj­le­piej w roli ojca.

– Gdzie będziemy noco­wać? – zapy­tał Mar­tin.

– Według pier­wot­nego planu mie­li­śmy doje­chać do Hart­ford i zatrzy­mać się w „Welcome Inn”.

– Ale teraz chcesz poje­chać do tej fran­cu­skiej restau­ra­cji, o któ­rej mówi­li­ście?

– Mia­łem taki pomysł – przy­znał Char­lie. – Zawsze lubi­łem pozna­wać nowe miej­sca. Poza tym wtedy będziemy mieli wolne popo­łu­dnie. Może pój­dziemy do kina albo do krę­gielni. Jak ojciec i syn, prawda?

– Chyba tak.

Char­lie zdo­był się na uśmiech.

– No to chodźmy. Zacze­kasz na mnie w samo­cho­dzie. Muszę jesz­cze umyć ręce, jak to mówią w wytwor­nym towa­rzy­stwie.

– Och, to zna­czy, że musisz iść do WC.

Char­lie pokle­pał syna po ple­cach.

– Wła­śnie, kolego.

Męska toa­leta była słabo oświe­tlona. W rurach wyło, a pisu­ary wyglą­dały jak odra­to­wane z wraku _Lusi­ta­nii_. Pokryte brą­zo­wymi pla­mami lustro nad umy­walką zamie­niało odbi­cie twa­rzy Char­liego w por­tret pędzla śre­dnio­wiecz­nego duń­skiego mala­rza. Przyj­rzał się sobie uważ­nie i pomy­ślał, że widać po nim prze­mę­cze­nie. To nie­prawda, że życie zaczyna się po czter­dzie­stce. Wma­wiają czło­wie­kowi takie bzdury, żeby nie poma­sze­ro­wał pro­sto do łazienki i nie pode­rżnął sobie gar­dła od ucha do ucha. W tym wieku czło­wiek zaczyna się już roz­kła­dać. Naj­pierw obumie­rają marze­nia, potem ciało.

Nachy­lił się nad umy­walką i namy­dlił ręce. Przez małe okienko po pra­wej stro­nie wpa­dało tro­chę sła­bego, wod­ni­stego świa­tła. Za oknem Char­lie widział wierz­chołki drzew i szare, prze­my­ka­jące chmury. Może po połu­dniu pogoda się poprawi.

W westy­bulu „Żela­znego Imbryczka”, wyło­żo­nym czer­wo­nym dywa­nem, stał auto­mat z papie­ro­sami. Char­lie nie palił od jede­na­stu lat, ale teraz kusiło go, żeby kupić paczkę. Tak musiało się obja­wiać napię­cie wywo­łane stałą obec­no­ścią Mar­tina. Nie przy­wykł do codzien­nego oka­zy­wa­nia uczuć. Wła­śnie dla­tego rzadko zosta­wał na dłu­żej w domu. Bał się, że jego miłość zacznie się prze­cie­rać jak zużyta tka­nina.

Zapi­nał płaszcz, kiedy zja­wiła się pani Foss. Stała z zało­żo­nymi rękami i obser­wo­wała go przez szkła oku­la­rów.

– Mam nadzieję, że jesz­cze tu pana zoba­czymy – powie­działa. – Obie­cuję, że następ­nym razem lepiej się posta­ramy.

– Dzię­kuję. Cie­lę­cina była nie naj­gor­sza.

Pani Foss otwo­rzyła mu drzwi, oszklone i wzmoc­nione dru­cianą siatką.

– Mam nadzieję, że wyper­swa­do­wa­łam panu wizytę w „Le Repo­soir”.

Char­lie zro­bił enig­ma­tyczną minę.

– To byłoby nie­roz­sądne. Zwłasz­cza z tym pań­skim synem.

Char­lie popa­trzył na nią.

– Nie bar­dzo panią rozu­miem.

– Skoro pan tam nie pój­dzie, nie muszę panu tłu­ma­czyć.

Popra­wiła mu kra­wat z nie­świa­domą facho­wo­ścią kobiety, która była mężatką przez czter­dzie­ści lat i wycho­wała trzech synów.

Char­lie nie wie­dział, co odpo­wie­dzieć. Odwró­cił się i wyj­rzał na dwór, gdzie na asfal­to­wym, peł­nym kałuż par­kingu stał jego jasno­żółty old­smo­bil. Nowy samo­chód co dwa lata to była jedyna pre­mia, jaką otrzy­my­wał od wydaw­ców; zresztą nie tyle pre­mia, ile pro­sta koniecz­ność, ponie­waż prze­cięt­nie prze­jeż­dżał 55 000 mil w ciągu roku, a po osiem­na­stu mie­sią­cach takiej eks­plo­ata­cji pra­wie każdy samo­chód zaczyna się sypać.

Zoba­czył Mar­tina, który stał po dru­giej stro­nie samo­chodu, osła­nia­jąc głowę gazetą przed ostat­nimi, rzad­kimi kro­plami desz­czu. Char­lie zmarsz­czył brwi. Mar­tin wyma­chi­wał ręką w taki spo­sób, jak gdyby z kimś roz­ma­wiał. A jed­nak z miej­sca, gdzie stał Char­lie, nikogo nie było widać.

Przez chwilę przy­glą­dał się Mar­ti­nowi, potem odwró­cił się do pani Foss i podał jej rękę. Znowu te kłu­jące bry­lan­towe pier­ścionki.

– Dzię­kuję za gościn­ność. Na pewno jesz­cze tu zaj­rzę, jeśli będę w oko­licy.

– Niech pan zapa­mięta, co panu mówi­łam – dodała pani Foss. – Nikt nie udziela takiej rady bez powodu.

– No, chyba nie – zgo­dził się Char­lie.

Prze­szedł przez par­king, spo­glą­da­jąc na niebo, które stop­niowo się oczy­ściło. Nie zawo­łał Mar­tina, ale kiedy pod­szedł bli­żej, Mar­tin nagle ścią­gnął gazetę z głowy, odwró­cił się i wybiegł przed maskę samo­chodu, zada­jąc ciosy uro­joną szpadą, jak gdyby zmie­nił się w d’Arta­gnana. Teraz zacho­wuje się jak typowy pięt­na­sto­la­tek, pomy­ślał Char­lie. Ale dla­czego urzą­dza takie przed­sta­wie­nie? Co on pró­buje mi poka­zać? A przede wszyst­kim, co pró­buje przede mną ukryć?

– Gotów do drogi? – zapy­tał. Szybko rozej­rzał się po par­kingu, ale nikogo nie było w zasięgu wzroku. Tylko zmierz­wiona trawa w ogro­dzie i nie­ru­chome drzewa, ocie­ka­jące wodą. Tylko niebo odbite w kału­żach, niczym odblask innego świata.

– Myślisz, że mógł­bym się nauczyć szer­mierki? – rzu­cił pyta­nie Mar­tin, paru­jąc i ripo­stu­jąc pchnię­cia uro­jo­nych musz­kie­te­rów.

– Pew­nie tak – odparł Char­lie. – Chodź, mamy tylko trzy albo cztery mile do Allen’s Cor­ners.

Otwo­rzył drzwi samo­chodu i wsu­nął się za kie­row­nicę. Na przed­niej szy­bie drżały przej­rzy­ste kro­ple desz­czu. Mar­tin wsiadł z dru­giej strony i zapiął pas.

– W szkole są lek­cje szer­mierki. Cho­dzi na nie Danny DeMarto. Są fan­ta­styczne.

Char­lie włą­czył sil­nik old­smo­bila i powoli wyco­fał się z par­kingu.

– Może powi­nie­neś popro­sić matkę.

– To kosz­tuje tylko dwa­dzie­ścia pięć dola­rów za lek­cję.

– W takim razie na pewno powi­nie­neś popro­sić matkę. Poza tym… dla­czego chcesz się uczyć szer­mierki? Lepiej naucz się grać na gieł­dzie.

– Sam nie wiem. Mógł­bym dostać pracę w fil­mie, gdy­bym potra­fił się fech­to­wać.

– W fil­mie? Czyż­bym sie­dział obok ostat­niego wcie­le­nia Errola Flynna?

– Myśla­łem, żeby zostać kaska­de­rem albo kimś podob­nym – cał­kiem poważ­nie oświad­czył Mar­tin.

– To tro­chę zbzi­ko­wany pomysł – zary­zy­ko­wał Char­lie.

– No, na pewno nie zostanę restau­ra­cyj­nym inspek­to­rem – stwier­dził Mar­tin. W jego gło­sie nie było pogardy, ale wła­śnie dla­tego ta uwaga zabo­lała jesz­cze moc­niej. Zwy­czajny, pro­sty fakt.

Char­lie wyje­chał z par­kingu i skrę­cił w prawo na drogę do Allen’s Cor­ners. Przez dwie czy trzy minuty jechali w mil­cze­niu. Po obu stro­nach drogi wzno­sił się las dymiący mgłą niczym hałdy popio­łów po maso­wej kre­ma­cji.

Wresz­cie Char­lie zapy­tał nie­dba­łym tonem:

– Z kim roz­ma­wia­łeś przed chwilą?

Mar­tin wyda­wał się zmie­szany.

– O co ci cho­dzi? Z nikim nie roz­ma­wia­łem.

– Na par­kingu. Widzia­łem cię. Wyma­chi­wa­łeś rękami, jak­byś z kimś roz­ma­wiał. Daj spo­kój, Mar­ti­nie, prze­cież wiem, jak wygląda roz­mowa.

Mar­tin odwró­cił się i zaczął wyglą­dać przez okno.

– Wcale cię nie spraw­dzam ani nic z tych rze­czy – cią­gnął Char­lie. – Po pro­stu pró­buję się tobą opie­ko­wać. Przy­znam rów­nież, że jestem cie­kawy, z kim mogłeś roz­ma­wiać w tym zapo­mnia­nym przez Boga miej­scu.

– Śpie­wa­łem – wyja­śnił Mar­tin. – No wiesz, uda­wa­łem, że gram na gita­rze. – Szarp­nął struny nie­wi­dzial­nego fen­dera.

Char­lie zer­k­nął na wła­sne odbi­cie we wstecz­nym lusterku. Chciał powie­dzieć Mar­ti­nowi, że jego obecne ruchy gita­rzy­sty wcale nie przy­po­mi­nają gestów wyko­ny­wa­nych na par­kingu. Tamte były ury­wane, zama­szy­ste, dekla­ma­tor­skie, jak gdyby chło­piec coś wyja­śniał albo cze­goś żądał. Z pew­no­ścią nie przy­po­mi­nały uro­jo­nych akor­dów.

Mar­tin się­gnął do przodu i włą­czył magne­to­fon. Zgieł­kliwa roc­kowa muzyka natych­miast wypeł­niła wnę­trze samo­chodu. Chło­piec zaczął pod­śpie­wy­wać do taktu, czu-czu-czu, tak jak wtedy, kiedy był mały i naśla­do­wał war­kot pla­sti­ko­wej cię­ża­rówki, mozol­nie wjeż­dża­ją­cej na skrzy­nię z zabaw­kami. Pro­po­nu­jąc Mar­tinowi tę podróż, Char­lie nie zda­wał sobie sprawy, że chło­pak będzie potrze­bo­wał w samo­cho­dzie jakiejś roz­rywki. Char­lie zawsze pro­wa­dził w ciszy. Lubił sły­szeć Ame­rykę prze­su­wa­jącą się za szy­bami auta mila za milą. To rów­nież była część kary.

– Tom Petty i „The Heart­bre­akers” – oznaj­mił Mar­tin, ude­rza­jąc w struny uro­jo­nej gitary.

– Dziwne, że o nim nie sły­sza­łem – zgryź­li­wie rzu­cił Char­lie, a potem pomy­ślał: Dla­czego cią­gle gde­ram? Nic dziw­nego, że syn uważa mnie za zgreda.

Chło­pak nie odpo­wie­dział. Samo­chód pły­nął przez zło­ci­stą mgiełkę. Char­lie czuł się coraz bar­dziej nie­swojo, jak gdyby razem z Mar­ti­nem prze­nie­śli się w dzie­wiąty wymiar, niczym podróżni w _Stre­fie mroku_.

Zer­k­nął ukrad­kiem na syna. Naj­nor­mal­niej­szy nasto­la­tek pod słoń­cem. Cza­sami bywał agre­sywny i zło­śliwy, ale to nor­malne u nasto­lat­ków. Przy­naj­mniej nie malo­wał się i nie nosił kol­czy­ków. Był zwy­czaj­nym, chu­dym chło­pa­kiem z krót­kimi wło­sami i bladą twa­rzą, w obci­słych lewi­sach, obszer­nej kra­cia­stej kurtce i kolo­ro­wych tramp­kach.

Może Char­lie był za bar­dzo podejrz­liwy, ponie­waż tak mu zale­żało na nawią­za­niu kon­taktu z synem. Może Mar­tin mówił prawdę, może widział tylko krzak w ogro­dzie. Ale dla­czego powie­dział: „Nie wpu­ścisz go tutaj, prawda, tato?”. Nie mówiłby tego o krzaku. I prze­cież roz­ma­wiał z kimś na par­kingu, Char­lie był tego pewien, cho­ciaż par­king wyda­wał się pusty.

Może mówił do sie­bie. Albo do kogoś, kto był tak mały, że scho­wał się za samo­cho­dem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1.

Paul Revere (1735–1818) – ame­ry­kań­ski złot­nik i gra­wer, patriota okresu Rewo­lu­cji.

2.

Mack Sen­net (1880–1960) – ame­ry­kań­ski reży­ser i pro­du­cent fil­mowy pocho­dze­nia kana­dyj­skiego.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij