Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Rytuał - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
14 października 2026
E-book: EPUB, MOBI
53,99 zł
Audiobook
59,99 zł
53,99 zł
5399 pkt
punktów Virtualo

Rytuał - ebook

W lesie śmierć nie przychodzi łatwo…

Czterech przyjaciół wyrusza na trekking w zalesione góry północnej Szwecji, aby upamiętnić śmierć swojego zmarłego kolegi. Początkowo ich wyprawa idzie zgodnie z planem, jednak podczas marszu Phil doznaje kontuzji nogi. Przyjaciele decydują się więc zmienić trasę i wykorzystać skrót przez gęsty, dziki las. Ta decyzja okaże się dla nich jednak brzemienna w skutkach, bo mrok skrywa niejedną tajemnicę…

Mężczyźni trafiają na dziwne znaki na drzewach, okaleczone zwierzęta i nie mogą pozbyć się wrażenia, że ktoś lub coś ich obserwuje. Na noc znajdują schronienie w opuszczonym domku, a ta decyzja staje się początkiem serii zdarzeń, na które nikt nie był gotowy.

Co czai się w lesie? Jakie ma zamiary wobec mężczyzn? I kto stanie się ofiarą rytuału?

Odkryj mroczną historię o traumie, przetrwaniu, rozpadzie relacji i niebezpieczeństwach ukrytych w ciemności!

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8466-048-5
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PODZIĘKOWANIA

Nieszczęsny jest ten autor, który działa sam… Tym większe podziękowania dla Hugha "Hersheya" Simmonsa – nie tylko za to, że przeczytał uważnie tę książkę (i to więcej niż raz), ale też za wyprawy, którym przewodził, a zwłaszcza za tę wyprawę, podczas której zostaliśmy zmuszeni rozbić obóz w śniegu niedługo po tym, jak znaleźliśmy dwie martwe owce dyndające na drzewie, ponieważ to właśnie od niej wziął się pomysł na niniejszą książkę. Nosiłem go w sobie przez dziewiętnaście lat i w końcu przekułem w tę historię.

Wyrazy głębokiego uczucia dla Anne za jej miłość, wsparcie, cierpliwość i rady oraz dla Taty za uważną lekturę jak zawsze.

Następujące pozycje okazały się kluczowe podczas prowadzonego przeze mnie researchu do książki: Claes Grundsten, _National Parks in Sweden: Europe's Last Wildernes_s ; Christopher Tilley, _The Dolmens and Early Passage Graves of Sweden_ ; Inger Zachrisson, _Early Norrland: Lapps and Scandinavians_ (ed. 10) – _Archeological Finds from Northern Sweden_ ; Paul Belloni Du Chaillu, _The Land of the Midnight_ Sun . Wiele także zawdzięczam wnikliwemu i fascynującemu opracowaniu zatytułowanemu _Lords of Chaos: the Rise of the Satanic Metal Underground_ , którego autorami są Didrik Soderland i Michael Moynihan – bez ich pomocy Krwawy Szaleniec nigdy by nie zaistniał. Pozwoliłem sobie zaczerpnąć "pięść wymierzoną w oblicze Boga" z piosenki _To Walk the_

_Infernal Fields_ zespołu Darkthrone i zamienić ją na s. 349 oryginału na "splunięcie w oblicze Boga", w ten właśnie sposób każąc Krwawemu Szaleńcowi iść śladem rewolucyjnych idei black metalu. Do pisania o życiu i śmierci w dziczy skłoniły mnie mrożące krew w żyłach prawdziwe historie osób takich, jak Jon Krakauer, Simon Yates, Joe Simpson i Nick Heil, a także utwory autorów takich, jak Algernon Blackwood, Arthur Machen, Scott Smith, Cormac McCarthy i James Dickey.

Specjalne podziękowania składam mojemu agentowi Johnowi Jarroldowi i mojej redaktorce Julie Crisp za okazane mi wsparcie i wszystkie udzielone rady. Wyrazy wdzięczności kieruję również do Chloe Healy, Amy Lines i Liz Johnson wraz z całym zespołem wydawnictwa Pan Macmillan za to, że daliście mi szansę, a do tego rozgłosiliście nowinę.

Steve Saville i jego żona sprawdzili poprawność inkantacji w języku szwedzkim, należą im się więc za to duże brawa. Chylę rogatego czoła przed armią blogerów, recenzentów i czytelników mojej książki zatytułowanej _Apartment 16_ , która otworzyła drzwi niniejszej książce i wcześniej samemu autorowi.

Na koniec wielkie wyrazy uznania dla nieformalnej grupy Horror Reanimated. Tak samo Mathew Riley, Joseph Delacey, Peter Tennant, Andrew Cox oraz Black Static zasługują na podziękowania za nieustające zainteresowanie i wsparcie.PROLOG

I na drugi dzień wcale nie było lepiej. Deszcz padał silny i zimny, blade słońce nawet nie przebijało przez niskie szare chmury, a oni zgubili drogę. Ale losy wycieczki odmieniły się dopiero z chwilą, gdy znaleźli truchło zwisające z drzewa. Wszyscy czterej zauważyli je równocześnie.

Natknęli się na nie po tym, jak przeleźli przez kolejny powalony pień, tylko po to by znów wpaść w gęstwinę kolących zarośli. Oddychając ciężko, mokrzy od potu i deszczu, niemi z wyczerpania, zamarli. Stali tuż pod, zgięci pod ciężarem plecaków, karimat i zawilgłych namiotów. Spoglądali w górę.

Nad ich głowami, poza zasięgiem wyprostowanego mężczyzny, zwieszały się zwłoki. Rozciągnięte pomiędzy gałęziami świerka, w tak jednak marnym stanie, że nie umieli powiedzieć, czym były za życia.

Z pokaźnej klatki żeber opadały jelita, wilgotne i sine w świetle przesączającym się przez baldachim liści. Skóra rozłożona była na sąsiednich gałęziach, dziurawa, ale miejscami wciąż napięta. Nierówna krawędź środkowej części podpowiadała, że zerwano ją z grzbietu jednym szybkim ruchem. Początkowo nie dało się wypatrzyć głowy wśród tej masy skrwawionych mięśni. Aż naraz wśród czerwieni i żółci wiszącego mięsa objawiła im się szczerząca się kostna żuchwa. Nieco wyżej znajdowało się oko, wielkie jak kula do bilardu, ale zamglone, niewidzące. Wokół niego wydłużona czaszka w profilu.

Hutch okręcił się, by spojrzeć na pozostałych. To on zawsze prowadził grupę, gdy przedzierali się przez las w poszukiwaniu nowego szlaku. To był jego pomysł, żeby iść właśnie tędy. Teraz twarz miał bladą, zabrakło mu słów. Szok spowodowany odkryciem jakimś cudem sprawił, że wyglądał na młodszego niż w rzeczywistości. I bardziej bezbronnego niż normalnie, gdyż ten okaleczony zewłok nad ich głowami był jedyną rzeczą w trakcie tych wakacji pod namiotem, której nie potrafił wyjaśnić. W żaden sposób.

Drżącym głosem odezwał się Phil:

– Co to jest?

Nikt mu nie odpowiedział.

– Dlaczego? – dorzucił Dom. – Dlaczego ktoś to zrobił?

Dźwięk własnych głosów dodał im trzem otuchy na tyle, że zaczęli się przekrzykiwać. Raz odpowiadali na pytania. Raz wysuwali pomysły. Tylko Luke milczał. Pozostali w ferworze rozmowy odsuwali się od znaleziska na drzewie szybciej, niż do niego dotarli. Wkrótce znów wszyscy ścichli, ale ich stopy robiły więcej hałasu niż kiedykolwiek w ciągu ostatnich dwóch dni wędrówki. Ponieważ trup nie śmierdział. To był świeży łup.JEDEN

_Cztery godziny wcześniej_

W południe Hutch przystanął i obejrzał się na pozostałych; trzy barwne postacie wydawały się niepozorne na tle spowitej mgłą rozległej skalistej krainy, przez którą wędrowali. Szli w pewnym oddaleniu od siebie, pokonując płaskie, szare, kamieniste podłoże, jakby dla nich wygładzone przed milionami lat przez cofający się lodowiec. Wszyscy garbili ramiona i zwieszali głowy, skoncentrowani na monotonnym ruchu własnych nóg.

Z perspektywy czasu stało się jasne, że tylko on i Luke są w wystarczająco dobrej formie jak na trzydniową pieszą wycieczkę. Phil i Dom zabrali za dużo sprzętu, a Phil w dodatku włożył niewygodne buty, przez które bardzo szybko nabawił się krwistych pęcherzy na piętach. Z kolei Dom już na samym początku zwichnął kolano, gdy pokonywali rumowisko skalne, i teraz – drugiego dnia wędrówki – kulał i krzywił się przy każdym stąpnięciu.

Z powodu tych niedogodności obaj tracili to, co najlepsze: wyrastające przed nimi znienacka naprzemianległe pasy bagienne, formacje skalne, które zdawały się przywodzić na myśl ludzkie oblicza, jeziorka o niemal idealnych taflach, niesamowity kanion wyrżnięty w ziemi w epoce lodowcowej i obecnie noszący nazwę Måskosgårsså¹, szybującego ponad nim orła przedniego – generalnie widoki, jakich żaden z nich nie podejrzewał w Europie. Okolica była zdumiewająca nawet w ulewnym deszczu i kiepskim świetle. Niestety już po południu pierwszego dnia Dom i Phil mieli spuszczone głowy i na wpół przymknięte oczy.

– Robimy postój! – krzyknął Hutch do pozostałej trójki, po czym przywołał gestem Luke'a, gdy ten podniósł na niego spojrzenie.

Hutch zrzucił plecak, usiadł na ziemi i sięgnął po mapę, którą trzymał w bocznej kieszeni. Cały był obolały od wolnego tempa, narzuconego przez Doma i Phila. Czuł, jak irytacja przeradza się w gniew, co manifestowało się uciskiem w mostku i gardłem pełnym przekleństw, powstrzymywanych siłą, by nie wylały się szerokim strumieniem i nie spadły na jego dwóch kompanów, przez których ta wycieczka zamieniła się w marsz śmierci.

– Co jest? zapytał Luke, mrużąc oczy w ochronie przed mżawką sprawiającą, że twarz mu błyszczała. Deszczówka i pot pieniły się na szczecinie wokół jego ust i na jasnych brwiach.

– Zmiana planów.

Ukucnąwszy obok, Luke poczęstował Hutcha papierosem, po czym przypalił drugiego dla siebie, osłaniając go przed wiatrem i wilgocią dłońmi czerwonymi jak siekana wołowina.

– Dzięki, stary. Hutch rozłożył sobie mapę na kolanach. Westchnął naprawdę głęboko i nie wyjmując papierosa spomiędzy warg, syknął: – To się nie sprawdza.

– Zdziwko, nie? odparł Luke, nie zmieniając wyrazu twarzy. Odwrócił głowę, żeby splunąć. – Piętnaście kilometrów dziennie, tylko tyle od nich oczekiwaliśmy. Wiem, że teren miejscami jest trudny, ale oni mieli dość już pierwszego dnia.

– W tym rzecz. Trzeba obmyślić nową trasę. Krótszą. W przeciwnym razie będziemy musieli ich dźwigać, ty i ja po jednym.

– Akurat, kurwa.

Hutch przewrócił oczami, konspiracyjnie przyznając rację koledze. W tej samej chwili słabości zdał sobie sprawę, że oczekiwał podobnego wybuchu od samego początku, to jest odkąd spotkali się w jego mieszkaniu pięć dni wcześniej. Między Lukiem a Domem i Philem po prostu nie zaiskrzyło – zaś okropna pogoda i trudy wędrówki tylko pogłębiły napięcie i pogorszyły sytuację. Hutch robił, co mógł, by opanować kryzys: zachował entuzjazm, cierpliwość i optymizm, któremu dawał upust, zapewniając, że pogoda wkrótce na pewno się poprawi. Nie chciał stawać po żadnej stronie; nie mógł dopuścić do podziałów. Zależało mu, żeby ten wspólny wypad po latach należał jednak do udanych, ale obecnie była to przede wszystkim kwestia bezpieczeństwa.

Luke zaciął usta i zwęził oczy w szparki.

– Nowe buty. Nie takie skarpetki. A Phil ma dziś na sobie dżinsy. Coś ty mu powiedział? Jezu Chryste kochaniutki!

– Ciii. Wiem, wiem. Ale suszenie im głowy teraz nic nie da, wręcz przeciwnie. Sprawa rypnie się jeszcze bardziej. Dlatego deeskalujemy, zamiast eskalować, okej? To dotyczy także mnie.

– Okej.

– Zresztą chyba znalazłem rozwiązanie.

Luke strącił z głowy kaptur w kolorze khaki i pochylił się nad mapą.

– Daj popatrzeć.

Hutch pokazał palcem, gdzie mniej więcej teraz się znajdują – oczywiście opóźnieni w stosunku do planu.

– Kolejne półtora dnia w tym deszczu zrujnuje całą eskapadę. Dlatego zapominamy o Porjus². Nie ma szans, żebyśmy tam dotarli. Ale gdybyśmy skręcili na południowy wschód, o tutaj, przetniemy ten las, który widzisz w oddali. – Luke skinął głową, śledząc ruch palca, którym Hutch wycelował przed siebie, by wskazać ciemny, postrzępiony gąszcz, na wpół zakryty falującym białym oparem. – Jeśli przedrzemy się przez jego najwęższe miejsce, o tędy, do wieczora staniemy na brzegu rzeki Luleälven³, może nawet wcześniej. Tam wkroczymy na szlak wzdłuż jej biegu prowadzący na wschód. W górze rzeki, w okolicach Skájdde⁴, jest schronisko turystyczne. Przy odrobinie szczęścia dotrzemy tam przed zmrokiem. W najgorszym razie spędzimy noc nad rzeką i do schroniska dotrzemy jutro rano. Pobyczymy się przez cały dzień i rozprawimy się przy ognisku z butelką Jacka Daniel'sa, którą wlecze ze sobą Dom. Wypalimy, co mamy do wypalenia. Następnego dnia zorganizuję nam transport do Gällivare⁵. A dziś w lesie znajdziemy schronienie przed deszczem, który najwyraźniej nie zamierza ustać. – Hutch zerknął na niebo, zmrużył oczy, po czym przeniósł spojrzenie na Doma i Phila, siedzących w milczeniu. Dwie bliźniacze postacie odziane w goreteks były za daleko, by go usłyszeć. – Ci dwaj daleko nie zajdą, mówię ci. I to by było na tyle, jeśli chodzi o naszą wycieczkę.

Luke zazgrzytał zębami. Napiął wszystkie mięśnie twarzy. Spuścił głowę, gdy zrozumiał, że Hutch mu się przygląda.

Hutch był zdumiony, ile gniewu ostatnio jest w jego koledze. Ich rozmowy telefoniczne, często inicjowane przez Luke'a, zwykle kończyły się wybuchem. Zupełnie jakby Luke utracił zdolność tłumienia złości w sobie, radzenia sobie z nią.

– Ej, wściekły psie! Gdy zaskoczony Luke poderwał na niego wzrok, Hutch puścił do niego oko. – Mogę cię prosić o wielką przysługę? – Luke tylko kiwnął nieufnie głową. – Nie oczekuj od nich zbyt wiele.

– Nie będę.

– Wiem, że strzelili focha. Zwłaszcza Dom. Ale jest im niełatwo. I nie chodzi tylko o tę wyprawę, ale też o inne rzeczy.

– Jakie? Nic nigdy mi nie mówią.

Hutch wzruszył ramionami; widział, jak rozczarowany jest Luke swoją niewiedzą na temat domowej sytuacji Doma i Phila.

– No wiesz… dzieci i tak dalej. Najmłodszy syn Doma ma kłopoty. A Philowi żona nieustannie ciosa kołki na głowie. Nie mają lekko, jeśli rozumiesz, co chcę powiedzieć. Dlatego odpuść im, proszę.

– Jasne. Nie ma sprawy.

– Zresztą są też plusy dodał Hutch, próbując natchnąć kolegę optymizmem. – Skrócimy wycieczkę, to będziemy mieli więcej czasu w Sztokholmie, a przecież kochasz to miasto.

– No…

– Nie jesteś przekonany?

Luke wzruszył jednym ramieniem. Wydmuchnął dym przez nos.

– Tu jesteśmy przynajmniej na szlaku, który widzimy na mapie. Las to co innego. Nieznany teren. Nie ma w nim przetartych tras.

– Tym lepiej. Możesz mi wierzyć. Sam się przekonasz, jak już tam dotrzemy. Park narodowy, nietknięty ręką człowieka, dziewiczy…

Luke postukał palcem w mapę.

– Być może. Ale nie wiesz, jakie kryje niespodzianki. Tu przynajmniej mamy pod stopami litą skałę. A tam są bagna, Hutch. Spójrz. Tutaj i tutaj.

– Ominiemy je. Przetniemy las w najwęższym miejscu, o, tędy, i góra po paru godzinach, _voilà_, będziemy po drugiej stronie.

– Jesteś pewien? Luke uniósł brwi. Nikt nawet nie będzie wiedział, gdzie jesteśmy.

– To bez różnicy. Nie zgłosiłem nas w Stowarzyszeniu Turystycznym przed wyruszeniem, bo było już zamknięte, ani na zapas nie powiadomiłem oddziału w Porjus. Ale nie masz się czym martwić. Takie rzeczy robi się zimą, a ledwie zaczęła się jesień. Nie natkniemy się na lód ani śnieg. Za to mamy spore szanse naoglądać się dzikiej zwierzyny. Tamci dwaj nie daliby rady iść po gąbce w najbliższych dniach, a co dopiero po gołej skale. Tym sposobem skrócimy dystans o połowę. I tak czeka nas jeszcze pół dnia marszu, a żeby dostać się do Porjus, potrzebowalibyśmy dalszego dnia i może wieczoru. Spójrz tylko na nich. Ledwie zipią, stary.

Luke pokiwał głową i wydmuchnął dwie smugi dymu przez nozdrza.

– Ty tu rządzisz.

¹ Måskosgårsgå to spektakularny wąwóz o długości 2,5 km i głębokości 50–70 m, położony w południowej części Parku Narodowego Muddus w szwedzkiej Laponii. Kanion ten, wyrzeźbiony w epoce lodowcowej, wyróżnia się tym, że nie przepływa przez niego żaden ciek wodny. Wąwóz stanowi jedną z głównych atrakcji parku i jest odwiedzany przede wszystkim dla popularnego, 24 km szlaku pieszego; trasa ta tworzy pętlę rozpoczynającą się w miejscowości Skaite, prowadzi obok majestatycznego wodospadu Muddus (Muddusfallet) i biegnie wzdłuż samej krawędzi wąwozu Måskosgårsså. Okolica słynie z dziewiczych lasów sosnowych, doskonałych warunków do obserwacji dzikiej zwierzyny (w tym niedźwiedzi i rysi) oraz dogodnie rozmieszczonych na trasie domków i miejsc biwakowych, umożliwiających odpoczynek. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza.).

² Porjus to urokliwa szwedzka wioska położona w Laponii (region Norrbotten), około 50 km na północ od Jokkmokk. Słynie z historycznej elektrowni wodnej i spektakularnych widoków na zorzę polarną. Stanowi świetną bazę wypadową do pieszych wędrówek.

³ Luleälven – rzeka w Szwecji o długości 460 km, ze źródłami w Górach Skandynawskich i ujściem do Zatoki Botnickiej.

⁴ Skájdde – jedno z czterech głównych wejść do Parku Narodowego Muddus, leżącego 15 km na północ od miasta Jokkmokk w szwedzkiej Laponii.

⁵ Gällivare – siedziba gminy w regionie Norrbotten, chlubiąca się dworcem kolejowym i lotniskiem krajowym.DWA

_Cztery godziny i dwadzieścia minut później_

Suche gałązki strzelały pod ich podeszwami i pryskały na boki. Odgarniane witki sprężyście wracały na swoje miejsce, chłoszcząc idących w tyle. W którymś momencie Phil się potknął i wpadł w pokrzywy, ale zerwał się bez słowa skargi i potruchtał za pozostałymi, którzy zdążyli przyśpieszyć do biegu. Wszyscy mieli spuszczone głowy i zwieszone ramiona. Odrośla smagały ich po twarzach, sznurówki butów się rozwiązywały, ale nic nie było w stanie ich zatrzymać. Parli przed siebie, dopóki Hutch nie przystanął i z westchnieniem nie oparł się rękami o uda na niewielkiej polance. Zbrązowiałej patelni, gdzie próchno i kompost zalegały tylko cienką warstwą i gdzie kolczaste pnącza już nie czepiały się skarpet ani nie zostawiały ostów za połami koszuli i pod nogawkami spodni, choć to wydawało się niemożliwe.

Luke odezwał się po raz pierwszy, odkąd natknęli się na truchło. Choć brakowało mu tchu, włożył do ust papierosa. Tyle że nie zdołał go od razu przypalić. Trzeba było czterech pstryknięć zapalniczką, żeby wydmuchnął dym przez nos.

– Myśliwy, powiedziałbym.

– Tu nie wolno polować stwierdził Hutch.

– W takim razie rolnik.

– Ale dlaczego? powtórzył swoje pytanie Dom. Hutch zdjął plecak.

– Kto to może wiedzieć? Tu się niczego nie uprawia. Z definicji. To park narodowy, rezerwat przyrody. Też bym zapalił.

Luke przetarł oczy. Łzy płynęły mu po policzkach. Drobinki kory dostawały się pod powieki i drażniły je.

– To był wilk. Zabił łosia czy tam jelenia. I… i coś rozwiesiło go na drzewie. – Rzucił paczkę Cameli w stronę Hutcha.

Hutch podniósł ją z ziemi.

Phil ściągnął brwi i wpatrzył się we własne stopy.

– W rezerwacie są strażnicy. Czy oni nie…

Hutch wzruszył ramionami, zapalił papierosa.

– Nie zdziwiłbym się, gdyby przed nami nikogo tu nie było. Serio. Wiecie, jaką powierzchnię ma ten region? Dwadzieścia siedem tysięcy kilometrów kwadratowych. Na większości nie postała noga człowieka. Znaleźliśmy się co najmniej pięć kilometrów od szlaku, którego i tak mało kto używa.

Luke odetchnął. Spróbował ponownie.

– Niedźwiedź. Niedźwiedź mógł go tam wciągnąć. Żeby coś mu go nie zeżarło. No wiecie, na ziemi.

Hutch przyjrzał się koniuszkowi papierosa, zmarszczył czoło.

– Może. Ale czy w Szwecji żyją aż takie duże niedźwiedzie?

Dom i Phil także usiedli. Phil podwinął rękaw, odsłaniając pulchne blade przedramię aż do łokcia.

– Jestem cały podrapany, kurwa.

Dom był biały na twarzy. Nawet wargi miał jak kreda.

– Hutch! Wsadzę ci tę mapę prosto w śmierdzące dupsko rodem z hrabstwa Yorkshire! – Często odzywał się do Hutcha w ten sposób.

Luke'a zawsze zdumiewała gwałtowność tych wybuchów i wulgarność języka. Ale z wypowiedzi Doma nie biła nienawiść, jedynie zażyłość. Co oznaczało, że obecnie to Dom i Hutch są sobie bliżsi niż on i Hutch. Tymczasem zawsze uważał Hutcha za swojego najlepszego przyjaciela. Poufałość między Domem i Hutchem wywoływała jego zazdrość. Wszyscy znali się od piętnastu lat, ale Dom i Hutch nadal byli ze sobą tak blisko jak za czasów studiów. Dzielili nawet namiot. Obydwaj, Luke i Phil, czuli się pokrzywdzeni przez ten układ; Luke wiedział, że Phil odnosi takie samo wrażenie, choć żaden by tego nie przyznał głośno. Żaden nie chciał pokazać, jak bardzo jest urażony.

Dom zdjął jeden but.

– Też mi zorganizowałeś wakacje, ciulu. Zgubiliśmy się. Nie masz pojęcia, gdzie jesteśmy, co nie, ty pieprzony pedale?

– Dom, wyluzuj. Za jakiś kilometr Hutch wyciągnął rękę w stronę, w którą zmierzali – będziesz żarł gorącą fasolkę po bretońsku nad rzeką. Czwórka szwedzkich ślicznotek właśnie rozbija tam swój namiot i rozpala ognisko. Tak że spoko.

Phil wybuchnął śmiechem. Luke się uśmiechnął. Dom poczuł się w obowiązku do nich dołączyć, ale po sekundzie śmiał się już szczerze. Wszyscy się śmiali. Z siebie samych, ze swoich strachów, z tamtej rzeczy na drzewie. Teraz, gdy znaleźli się z dala od tego czegoś, śmiech był jedyną rozsądną opcją. Zdawał się konieczny.TRZY

Nie dotarli do rzeki, a mrzonka o młodych Szwedkach i gorącej fasolce po bretońsku, na myśl o której ciekła im ślinka, zbladła jak gasnący wrześniowy blask i zniknęła wraz z nadzieją na wydostanie się z lasu jeszcze tego dnia.

Podczas gdy tamci trzej kucali w milczeniu – Luke w pewnej odległości od Doma i Phila, zajadających batony energetyczne – Hutch gapił się znów na mapę, chyba piąty raz w ciągu ostatniej godziny. Brudnym palcem wodził wzdłuż zamierzonego skrótu, który połączyłby opuszczony przez nich w południe szlak z trasą biegnącą wzdłuż rzeki. Przełknął ponownie, by zdławić panikę, która chwyciła go za gardło, kiedy światło zaczęło gasnąć.

Zaledwie tego ranka doskonale wiedział, gdzie znajdują się na mapie, na terenie gminy Gällivare, w regionie Norrbotten i w całej Szwecji. Późnym popołudniem, kiedy niebo widoczne ponad wierzchołkami drzew zmieniało odcień z jasnoszarego na ciemnoszary, nie był już taki pewien, w którym miejscu lasu są. Poza tym, obierając cel marszu, nie przewidział, że teren po drodze będzie tak nierówny, a gąszcz tak nieprzenikniony.

Nie miało to absolutnie żadnego sensu. Dawno przestali podążać w obranym kierunku; poczucie, że idą we właściwą stronę, opuściło go ponad dwie godziny wcześniej. Teraz to las ich prowadził. Powinni kierować się na południowy wschód, tymczasem po czterech kilometrach ściągało ich raczej na zachód, a w dodatku na północ. Byli w stanie przedzierać się wyłącznie przez przerzedzenia w roślinności albo korzystać z przedeptów, które pojawiły się naturalnie między wiekowymi drzewami, tak więc nigdy nie szli w dobrą stronę dłużej. Powinien był wziąć na to poprawkę. Niech to cholera.

Obejrzał się przez ramię na pozostałych. Może nadeszła pora na kolejną zmianę planów i wycofanie się po własnych śladach. Ale nawet gdyby zdołał znaleźć drogę powrotną, co wcale nie było takie pewne, na miejscu, z którego wyruszyli w południe, zastałyby ich kompletne ciemności. A w dodatku musieliby przejść znów obok tego drzewa, na którym wisiał trup. Hutch nie sądził, aby to spodobało się Domowi i Philowi. Luke pewnie by się nie przejął. Większy niepokój budził w nim ten las, Hutch to widział. Jego kolega poruszał ustami, gadając do siebie, co stanowiło czytelny znak. Poza tym odkąd weszli głęboko między drzewa, palił jak lokomotywa. To też nie wróżyło dobrze.

Na szczęście zmęczenie hamowało spekulacje na temat tego, jak zewłok znalazł się na drzewie. Hutch w życiu nie widział, nie słyszał ani nie czytał o czymś podobnym – nigdy w ciągu dwudziestu lat łazikowania. Luke także nie wiedział, co o tym myśleć; jasne dla niego było, że jego przyjaciel wciąż w duchu mierzy się z zagadką. Obaj zadawali sobie to samo pytanie: co rozprawiło się w ten sposób z takim dużym zwierzęciem? Przez głowę Hutcha przelatywały obrazy niedźwiedzi, rysi, rosomaków i wilków. Żaden gatunek mu nie pasował, ale musiało chodzić o jeden z nich. Nie było innego wyjaśnienia. No chyba że sztuczki dokonał człowiek. To było nawet bardziej niepokojące, niż gdyby za rzeźnią stało zwykłe zwierzę. Ale Hutcha najmocniej uwierała świadomość, że sprawca może się czaić w pobliżu.

– Ruchy, panowie.

Luke pstryknął niedopałkiem i wstał.

– Spierdalaj rzucił Dom.

– No, no dodał Phil.

Dom podniósł spojrzenie na Hutcha. Bruzdy biegnące od kącików jego ust stały się wyraźniejsze w grubej warstwie brudu na twarzy; oczy miał przepełnione bólem.

– Potrzebne mi nosze, Hutch. Ledwo jestem w stanie zgiąć nogę. Nie żartuję. Cała mi zesztywniała.

– Mamy już niedaleko, stary odparł Hutch. Ta rzeka musi być gdzieś blisko.CZTERY

Cztery kilometry na wschód od znaleziska na drzewie natknęli się na budynek.

Wymagało to jednak pokonania kolejnych czterech kilometrów przez chaszcze, pokrzywy, morze chrustu i butwiejących liści, a także kolczastą gęstwinę młodnika. Jak wszędzie na świecie, także tutaj pory roku zwariowały. Jesień przyszła późno po najbardziej deszczowym lecie w Szwecji, odkąd zaczęły się rekordowe opady, i las dopiero teraz zrzucał na ziemię swoje martwe elementy, a czynił to z wielką gwałtownością. Do tego, jak zauważyli zgodnie, było "kurewsko ciemno". Splątane korony drzew przepuszczały niżej tyle blasku co nic. Hutch miał coraz silniejsze wrażenie, że zagłębiają się w coś, co zaciska się wokół nich; szukając światła i przestrzeni otwartego nieba, dawali się pochłaniać mrokowi, przez który z każdą chwilą czuli się bardziej zdezorientowani.

Po południu i pod wieczór, gdy było ich stać co najwyżej na bezmyślne stawianie kolejnych niepewnych kroków i przeklinanie tego wszystkiego, co trącało i drapało ich twarze, las stał się tak gęsty, że iść w jedną stronę dało się góra przez parę metrów. Zmieniali więc co rusz kierunek, żeby ominąć większe przeszkody w rodzaju prehistorycznych pni, które padły przed laty i całe obrosły śliskimi porostami; miotało nimi jak wskazówką oszalałego kompasu, kiedy starali się unikać drewnianych włóczni niższych gałęzi oraz sideł korzeni i ciernistego poszycia wypełniającego luki pomiędzy drzewami. Zawieszone wyżej konary potęgowały ich biedę, zsyłając na nich ogłuszający deszcz i siekąc ich nieustanną lawiną zimnych kropli wielkości szklanych kulek, którymi bawili się w dzieciństwie.

Tuż przed siódmą wytoczyli się nieoczekiwanie na szlak, choć dawno stracili na to nadzieję. Prawdziwy szlak. Wąski, lecz wystarczająco szeroki, by mogli iść nim gęsiego, nie robiąc ciągłych uników ani nie ryzykując nagłego osadzenia w miejscu przez zaczepiony o coś śpiwór czy stelaż plecaka.

Hutch wiedział, że jest im całkowicie obojętne, dokąd ten szlak prowadzi – równie chętnie maszerowaliby dalej na północ, byle móc iść z podniesioną głową jeden za drugim. Nawet jeśli kierowali się na wschód albo na zachód zamiast na południe, po raz pierwszy od wielu godzin zaznali wytchnienia. Postanowił, że określi ich dokładne położenie później, po czym w razie potrzeby zmieni kierunek, żeby skompensować to wymuszone obchodzenie kołem. Liczyło się to, że ktoś tu przed nimi był i że u celu czekało na nich miejsce warte wędrówki. Cokolwiek poza tą dławiącą ciemnicą przypominającą piekło.

Szlak zawiódł ich do budynku.

Plecaki mieli przemoknięte. Z ich kurtek ciekły strumienie wody, która wsiąkała w górę spodni; dżinsy Phila poczerniały i zrobiły się mięsiste, te same dżinsy, które Hutch odradzał mu jeszcze w Kirunie⁶ właśnie na wypadek deszczu. Krople strząsane z mankietów kapały im na podrapane i zaczerwienione dłonie. Nie umieli stwierdzić, czy to wszechobecna wilgoć przeniknęła ich ubrania pod goreteksowym wierzchnim okryciem, czy raczej są cali mokrzy od potu wydzielanego przez zgrzaną skórę. Brudni, ociekający i wyczerpani nie mieli odwagi zapytać Hutcha głośno, gdzie rozbiją namiot w lesie. Ale tylko o tym wszyscy myśleli, wiedział to. Roślinność po obu stronach szlaku sięgała im do pasa.

Właśnie wtedy, gdy kula strachu na dnie żołądka Hutcha zamieniła się w czystą panikę przywodzącą mu na myśl dzieciństwo i gdy spłynęło na niego olśnienie, że popełnił koszmarny błąd, przez który naraził życie trzech przyjaciół, ich oczom ukazał się budynek.

Skryty w mroku i chylący się ku ziemi na dalszym krańcu zarośniętej polany. Pokrzywy i chwasty sięgały tutaj do kolan. Wokół napierał nieprzenikniony las, w którym się zgubili.

– Wygląda na pusty. Schowajmy się w środku – zaproponował Phil głosem świszczącym od astmy.

⁶ Kiruna – miasto w północnej Szwecji w regionie Norrbotten (największe w szwedzkiej części Laponii i najbardziej wysunięte na północ w kraju).PIĘĆ

– Nie możemy tak po prostu się włamać zaoponował Luke. Mijając go, Phil walnął go w ramię.

– Masz cały namiot dla siebie, stary. Ja śpię pod dachem.

Nie zrobił jednak więcej niż kilka kroków. Jakikolwiek instynkt kazał się zawahać trzem pozostałym, dopadł także jego i Phil ostatecznie zatrzymał się z westchnieniem.

Widzieli setki takich chat podczas podróży pociągiem z Mory⁷do Gällivare i również później, w okolicach Jokkmokk⁸. Poza metropoliami i miasteczkami północnej Szwecji stały dziesiątki tysięcy takich prostych drewnianych budowli, będących domem dla tych, którzy mieszkali na prowincji, zanim przed stuleciem rozpoczęła się migracja ludzi do miast. Luke wiedział, że obecnie służą za domki letniskowe tym szwedzkim rodzinom, które odnowiły więź z ziemią przodków. Wille, dacze, jak zwał, tak zwał. Po miejscowemu: fritidshus. Narodowa tradycja. Wszystkie co do jednego, tylko nie ten.

Temu brakowało jaskrawych ścian typowych dla bajkowych domków, których się naoglądali w drodze tutaj. Tak samo jak schludnego białego płotku i równo przystrzyżonego trawnika, który mógłby służyć za murawę. Nic w nim nie było urocze ani słodkie, ani przytulne. Ani jednego kąta prostego, ani jednego porządnego okna na obu kondygnacjach. W miejsce symetrii same krzywizny. Odpadające dachówki. Napęczniałe czarne ściany, jakby trawił je ogień i od tamtej pory nikt nie poświęcił im uwagi. Poluzowane deski przy fundamentach. Zamknięte okiennice w ochronie przed zimami, które dawno przyszły i minęły. Chaty nie rozjaśniało nawet słabe światło padające na polanę, co zdaniem Luke'a świadczyło, że wewnątrz będzie równie mokro i zimno jak w lesie, w którym się zgubili.

– Co teraz, Hutch? – Spod wilgotnego pomarańczowego kaptura wyzierała pucołowata twarz Doma ściągnięta irytacją. Jego oczy strzelały na wszystkie strony. – Masz jeszcze jakieś wspaniałe pomysły?

Hutch zmrużył powieki, skrywając bladozielone tęczówki okolone długimi atramentowymi rzęsami, niemal zbyt ładnymi jak na faceta. Zaczerpnął głęboko tchu, ale nie spojrzał na przyjaciela. Odezwał się jakby nigdy nic:

– Ma komin. Wydaje się solidny. Moglibyśmy napalić w kominku i ogrzać się raz-dwa. – Podszedł do niewielkiej werandy ciągnącej się po obu stronach drzwi tak czarnych, że wymykających się porównaniu.

– Hutch. No nie wiem. Może lepiej nie wtrącił Luke. Nic z tego mu się nie podobało. Ani dom, ani włamanie. – Idźmy dalej. Ściemni się dopiero po ósmej. Mamy całą godzinę, w tym czasie powinniśmy przedrzeć się przez las.

Napięcie, którym emanowali Dom i Phil, otoczyło go i zamknęło w uścisku, pozbawiając możliwości ruchu. Phil odwrócił się do niego z szelestem mokrej niebieskiej goreteksowej kurtki. Ciastowatą twarz miał ciemnoczerwoną.

– Co jest z tobą nie tak, Luke? Naprawdę chcesz wracać do tego parszywego lasu? Nie bądź głąbem.

Dom mu zawtórował. Posyłając kropelkę śliny na policzek Luke'a, powiedział:

– Nie dam rady zrobić ani kroku więcej. Łatwo ci mówić, twoje kolano nie jest wielkości piłki. Jesteście siebie warci, ty i ten ciul, który nas w to wpakował.

Luke'owi zrobiło się gorąco. Poczuł zawroty głowy. Przyjdzie im spędzić tu noc, ponieważ Phil jest tak gruby, że stopy odmawiają mu posłuszeństwa, ledwie wyjdzie za próg. Otarł sobie pięty już pierwszego dnia rano. I natychmiast zaczął narzekać. W Londynie wszędzie jeździł samochodem. Od piętnastu lat ani razu nie skorzystał z metra. Czaicie? A Dom był od niego nielepszy. Wyglądał na pięćdziesiąt lat, nie trzydzieści pięć, które przeżył. Jego przekleństwa przyprawiały Luke'a o zgrzytanie zębów. Pracował w dużym banku na stanowisku dyrektora marketingu, a wyrażał się jak ostatni chuligan; co poszło nie tak? Był świetnym rzucającym, który otarł się o zawody hrabstwa w krykiecie, zjeździł Amerykę Południową i z kumplami przesiedział niejedną noc, paląc trawkę, aż tu nagle zamienił się w dzieciatego żonkosia noszącego rozmiar 4XL, który ubiera się od stóp do głów w markowe ciuchy i cmoka z dezaprobatą, ilekroć Luke wspomni o nowej dziewczynie albo świeżo odkrytym odjechanym barze.

A jak ciężko mu się rozmawiało z nim i z Philem, kiedy spotkali się po latach w Londynie na dzień przed lotem. Wyśmiali jego wspólne mieszkanie z kumplami w mieszanej dzielnicy Finsbury Park, po czym wdali się z Hutchem w swobodną pogawędkę, jakby przez ostatnie piętnaście lat widywali się we trójkę raz w tygodniu. Cholera, może nawet tak było. Od samego początku czuł się jak piąte koło u wozu. Teraz w gardle wyrosła mu gula.

Hutch chyba dostrzegł wyraz jego twarzy.

– Puścił konspiracyjnie oko do Luke'a, jak dorosły przychodzący z pomocą dzieciakowi, któremu koledzy dokuczają na placu zabaw. To sprawiło, że Luke się zaczerwienił, ale momentalnie przekierował gniew na samego siebie, karcąc się w duchu za jadowite myśli. Hutch tymczasem uśmiechnął się do niego ciepło.

– Chyba nie mamy wielkiego wyboru, stary powiedział. Musimy się wysuszyć. Pod namiotem nigdy nam się to nie uda, łaziliśmy w deszczu przez cały dzień.

– Puk, puk, wchodzimy! zawołał Phil, dołączając do Hutcha przy drzwiach frontowych z większym zapałem, niż okazał kiedykolwiek podczas przedzierania się przez chaszczory.

Luke nie zdołał się powstrzymać przed posłaniem mu nieprzyjaznego spojrzenia. Brzydził go widok krąglutkiego Phila ze spiczastym niebieskim kapturem na głowie. Nie zastanawiając się wiele, podjął decyzję: gdy wrócą do Londynu, odpuści sobie doroczne spotkania na drinka.

– Możesz sobie zostać na zewnątrz w towarzystwie wilka, który obrobił tamtego łosia – dorzucił Dom z półuśmieszkiem na twarzy.

Nie zdobył się na to, by popatrzeć Domowi w oczy, ale nie zapomniał języka w gębie; napięty, agresywny, sarkastyczny głos, który się z niego wydobył, zaszokował go samego. Było mu jednak wszystko jedno, co mówi, byle tamci wiedzieli, co czuje.

– Chyba że rzucimy mu na pożarcie ciebie i twoje spaprane kolano, a sami, korzystając z tego, że zajął się tobą, dotrzemy do Skájdde.

Idący w stronę Hutcha i Phila mężczyzna stanął jak wryty. Jego rysy zmiękły przelotnie pod wpływem zaskoczenia i rozczarowania, ale uczucia te szybko zastąpił gniew.

– Te, niedorozwój, nie bądź taki drażliwy. Możesz sobie zostać na zewnątrz i odmrozić dupę. Nikt nie będzie za tobą tęsknił, chyba że jakaś dziwka. Wpadliśmy jak śliwka w kompot, na wypadek gdybyś nie zauważył. Osobiście wolę wrócić do domu cały. Są ludzie, którym na mnie zależy.

Hutch oderwał się od drzwi, zdawszy sobie sprawę, że sytuacja za jego plecami eskalowała. Zwykła irytacja przeszła w prowokację.

– Dość tego, panowie. Albo będzie spokój, albo poszukam kija, żeby stłuc wam dupska.

Phil wybuchnął paskudnym śmiechem, ale nie ruszył się z miejsca. Moment później uderzył dłonią w drzwi i spróbował je otworzyć.

Nazbyt zły, aby choćby drgnąć czy odetchnąć, Luke gapił się przed siebie, unikając pozostałych wzrokiem.

Zupełnie jakby wcześniejsza wymiana zdań spłynęła po nim jak woda po kaczce, Dom ruszył za Hutchem zmierzającym znów w stronę chaty. Roześmiał się nawet.

– To by ci się podobało. Zerżnąć dupę przystojniakowi w środku lasu.

– A owszem. Nie hamowałbym się. Sam byś się przekonał.

– Nie mają zamka, ale chyba się zacięły zameldował Phil. Hutch zdjął plecak.

– Zaraz temu zaradzimy. Odsuń się.

Luke wyjął paczkę papierosów z bocznej kieszeni przemokniętych bojówek. Ręce mu się trzęsły. Nie była to najlepsza pora na analizowanie sytuacji, ale i tak nie mógł się powstrzymać. Chcąc nie chcąc, rozmyślał o ich czwórce. Wycieczka okazała się porażką. Nie przez pogodę; przyjechałby tu nawet ze świadomością, że na okrągło będzie padać. Był taki podekscytowany, że znów się spotkają, spędzą ze sobą trochę czasu; podniecenie nie opuszczało go przez pół roku od wesela Hutcha, kiedy to pomysł wykiełkował. Wyprawa była do bani, ponieważ praktycznie nie poznawał tamtych trzech. Mimowolnie się zastanawiał, czy kiedykolwiek ich znał. Piętnaście lat to szmat czasu, a jednak jakąś częścią siebie nadal wierzył, że są najlepszymi przyjaciółmi.

Wyszło na to, że jest zdany na siebie. Nic ich nie łączyło.

⁷ Mora – miejscowość w regionie Dalarna w Szwecji, siedziba gminy o tej samej nazwie.

⁸ Jokkmokk – miejscowość w szwedzkiej Laponii, w regionie Norrbotten, siedziba gminy o tej samej nazwie.SZEŚĆ

Gdy drzwi w końcu stanęły otworem, Dom, Phil i Hutch zaczęli przetrząsać swoje plecaki w poszukiwaniu latarek. Nic nie dało się zobaczyć przez szczelinę, która powstała po tym, jak Hutch potraktował z buta żelazną klamkę.

Luke krzywił się przy każdym uderzeniu stopy Hutcha w trzeszczące drewno. Na samą myśl o tym, że drzwi się otworzą, czuł zdenerwowanie. Konfrontacja z Domem tylko zmniejszyła jego chęci przyłączenia się do pozostałych; było mu jeszcze bardziej głupio niż przedtem. Ale też wstydził się tego aktu wandalizmu. Nie ruszył się z polany mimo padającego wciąż deszczu, podczas gdy tamci trzej tłoczyli się przy drzwiach i podjudzali wzajemnie.

Tak samo jak oni padał z nóg. Był przemoknięty, głodny i nieszczęśliwy. Chciał, by to wszystko wreszcie się skończyło: wyczerpujący marsz, deszcz, ciemny nieprzyjazny las, ale nie uważał, że rozwiązaniem jest włamanie się do cudzej chaty. W dodatku takiej. Czy na pewno dobrze to przemyśleli? Od truchła na drzewie dzieliło ich najwyżej kilka kilometrów. Nie wiedzieli, jak wyjaśnić jego obecność, dlatego tym bardziej powinni zwiększyć ten dystans, zanim zapadnie noc.

Żaden z nich nie myślał rozsądnie. Nic, co mówili i robili, nie było właściwe. I nic nie pójdzie w zapomnienie ani nie zostanie przebaczone.

Wolnym krokiem Luke zbliżył się do czarnego domu. I do głosów pozostałych. Wszyscy byli już w środku i gadali jeden przez drugiego. Któryś się śmiał. Phil. Luke cisnął niedopałek w krzaki i zdecydował, że do nich dołączy, zmusi się, by przywrócić między sobą i nimi utracone koleżeństwo.

Za jego plecami rozległ się łoskot. Przenikliwy trzask drewna. Z głębi lasu.

Odwrócił się i spojrzał na ciemną ścianę drzew, spomiędzy których dopiero co wyszli. Nie licząc spadających srebrzystych kropel deszczu i falowania paproci, nic się nie poruszało. Ale Luke wciąż miał w uszach przeraźliwy odgłos pękania świeżego drewna. Echo, przypominające słaby dźwięk kamyka odbijającego się od pni, cichło, niknąc w lesie.

Co mogło w ten sposób złamać drzewo? Gdzieś tam, na tyle niedaleko, że niemal widział jasne soczyste włókna i odłamki kory sypiące się z oderwanej gałęzi. Wyszarpniętej z poczerniałego pnia jak ramię z tułowia.

Luke przełknął ślinę, czując się nagle tak słaby i niepozorny jak jeszcze nigdy. Nie był w stanie się ruszyć. Stał bez życia z dudniącą głową, opanowany przez strach, jakby czekał, aż coś wypadnie z lasu prosto na niego. Oczami wyobraźni ujrzał potworną wściekłość i moc, zapiekłą determinację – gdzieś tam. I zdążył się z nią prawie pogodzić.

Grom przetoczył się po niebie, nad czubkami drzew i nad wilgotną ciemnością ponad chatą. Odgłos deszczu bijącego o drewniane ściany przeszedł w rumor kamiennej lawiny.

– Stary! – To był Hutch. – Chodź tutaj! Musisz to zobaczyć.

Luke wyrwał się z transu. Zastanowił nad sobą. Zmęczenie wzięło nad tobą górę. Umysł zaczął płatać ci figle. Mroczny las, w którym spędzili całe popołudnie i wieczór, położył się cieniem na jego duszy; splami każdą jego myśl i odczucie, jeśli pozwoli sobie odpłynąć.

Musiał pozostać aktywny. Skupiony.

Podszedł do drzwi. Tuż zza futryny wyzierała blada twarz Hutcha. Na jego głowie nie zobaczył czapki.

– Słyszałeś to?

Hutch rzucił okiem na niebo.

– Wiem. Burza i oberwanie chmury. Znaleźliśmy to miejsce w samą porę. Tłuściochy nie dałyby rady w nawałnicy. Bylibyśmy zmuszeni ich zostawić.

– Pierdol się, Yorkshire! – zakrzyknął Dom z głębi rudery.

Pomimo uczucia niepokoju Luke nie zdołał zapanować nad nerwowym chichotem, który wyrwał mu się przez nos. Szczerzył się jak głupi do sera.

Tymczasem Hutch zdążył już się odwrócić w stronę wnętrza, gdzie na niewyraźnych ścianach krzyżowały się snopy światła latarek.

– Nie. Nie to. W lesie. Pomiędzy drzewami. Nie słyszałeś?

– Ale Hutch go nie słuchał. Dołączył już do pozostałej dwójki.

– Co tam masz, Dom?

– Jeszcze więcej tego przebrzydłego chrześcijańskiego gówna.

– Luke usłyszał odpowiedź Doma, obejrzał się jeszcze raz za siebie, po czym przekroczył próg chaty.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij