Rytuał zbrodni - ebook
Rytuał zbrodni - ebook
Wśród mieszkańców Frankfurtu narasta przerażenie w związku z zagadkowymi morderstwami. Nieuchwytny zbrodniarz gwałci jasnowłose dziewczyny, zabija je, a potem zaplata im włosy w dwa warkocze i zawiązuje na nich czerwoną kokardę. Co oznacza ten rytuał? Czy okaże się wskazówką, która pozwoli policji wpaść na trop mordercy? Znana z niebywałej intuicji komisarz Julia Durant i jej koledzy bez skutku ścigają zwyrodniałego mordercę, aż w końcu niezwykły przypadek pomaga im wpaść na trop potwora…
Powieść, otwierająca cykl kryminałów z komisarz Julią Durant w roli głównej, jest oparta na autentycznych wydarzeniach z 1969 roku. Znaczącą - choć nieświadomą - rolę odegrał w nich również sam Autor.
Andreas Franz urodził się w 1954 roku w Quedlinburgu. Był kierowcą ciężarówki, pracownikiem agencji reklamowej, przygotowywał ekspertyzy grafologiczne (jest autorem podręcznika "Podstawy grafologii"), właścicielem firmy tłumaczeniowej. W 1986 roku napisał swoją pierwszą powieść "Palec Boży"; kolejną, "Rytuał zbrodni", która wyniosła go na szczyty list bestsellerów, wydał dziesięć lat później.
Do tej pory napisał 20 książek, które w samych Niemczech rozeszły się w nakładzie ponad 3,5 miliona egzemplarzy.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-273-0267-0 |
| Rozmiar pliku: | 1 010 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
_Nie zostaje nawet popiół_
Bawił się w salonie; dużym, jasnym pokoju z dwoma oknami, oszczędnie urządzonym starymi odrapanymi meblami. Wydeptany, przetarty dywan, wyblakłe kolory, ściany, jeśli nie liczyć zdjęcia dziadka, całkowicie puste i pomalowane na biało, choć farba zdążyła zżółknąć. Z sufitu zwisała na drucie dwudziestopięciowatowa żarówka przysłonięta plecionym abażurem, który zapomniała zabrać stara Cyganka. Na stole leżało kilka rozłożonych gazet, coś o modzie, jakieś brukowce i stała przepełniona popielniczka. W narożniku, obok starej porysowanej i zaplamionej komody, znajdował się fotel na biegunach, w którym nikt nigdy nie siadywał.
Drewnianym samochodzikiem jeździł po podłodze zasypanej okruchami chleba i ciastek, bo mama od tygodni już nie sprzątała. Bawiąc się, naśladował odgłos nadjeżdżającej ciężarówki. Do pokoju wpadało dużo słońca. Było sucho i gorąco. Chodził na czworakach, przyciskając zabawkę do podłogi. Nagle zamarł, drgnął i uniósł lekko głowę. Za dwuskrzydłowymi przeszklonymi drzwiami pojawił się cień. Ktoś zapukał w drewnianą ramę; przenikliwe, suche kołatanie, przyprawiające o ciarki na plecach. Dudniło mu w uszach. Znieruchomiał.
Matka podbiegła do drzwi, gasząc papierosa i wygładzając spódniczkę. Poprawiła bluzkę, przejrzała się w lustrze i zadowolona ze swojego wyglądu nacisnęła klamkę. Do środka wszedł mężczyzna. Bardzo chudy, choć muskularny, przynajmniej półtorej głowy wyższy od niej. Złapał ją mocno pod brodę i rozejrzał się po pokoju.
– Wspaniale, że przyszedłeś – wyszeptała.
Mężczyzna wyciągnął ramię i wskazał na chłopca.
– Co on tu robi? – Zły głos, złe spojrzenie.
– Bawi się.
– Mówiłem ci już setki razy, że nie chcę go widzieć! Wywal stąd gówniarza!
– Już, już, poczekaj. Chodź, kochanie. Usiądź w drugim pokoju. Tylko na trochę, dobrze?
Z rozszerzonymi ze strachu oczyma zaczął się cofać na czworakach, aż pupą oparł się o kanapę. Trząsł się, chciał coś powiedzieć, lecz miał ściśnięte gardło i sopel lodu w brzuchu.
– No dalej, wstawaj! – powiedziała trochę głośniej i złapała go za ramię.
Spróbował stać się tak ciężki, żeby nie mogła go wyprowadzić, ale była znacznie silniejsza.
– Cholera, nie mam zamiaru za każdym razem się z tobą użerać! Pójdziesz sam czy mam ci coś zrobić? Zrozumiałeś?
– Daj mu w łeb, to zaraz zrozumie!
– Ty się lepiej odpieprz od tego, jak go wychowuję, dobra? — warknęła. – To moje dziecko i ja się tym zajmę. Ty zaraz dostaniesz to, po coś tu przyszedł. No już, idziemy! – zwróciła się do małego.
Chłopiec podniósł się z ociąganiem. Nie odrywał wzroku od mężczyzny, który stał, jakby chciał go uderzyć. Miał ręce wielkie jak talerze do pizzy. W końcu zwalił się ciężko na kanapę, rozłożył szeroko nogi, zdjął czapkę i zaczął rozpinać koszulę. Chłopiec nie wiedział, co zamierza, ale nie czuł się bezpiecznie. Matka pociągnęła go za sobą w kierunku drzwi do drugiego pokoju. Otworzyła je i pchnęła go do środka. Mały lewą rączką złapał się framugi. Kobieta szarpnęła i wrzuciła go do pokoju. Potem szybko zamknęła drzwi i przekręciła klucz.
Pomieszczenie było ciemne i strasznie gorące. Ktoś zamknął okiennice od zewnątrz, a w oknach brakowało klamek. Do środka nie wpadał ani jeden promień słońca, by rozświetlić budzący przerażenie mrok. Jak zawsze zaczął bębnić piąstkami w drzwi i krzyczeć.
– Mamo! Wypuść mnie! Wypuść! Chcę wyjść! Mamo!
Krzyczał tak przez dwie minuty, aż w końcu do drzwi podszedł mężczyzna, kopnął, aż zatrzęsła się futryna i cały dom, a potem wyszeptał złym głosem:
– Jak nie zamkniesz pieprzonego ryja, dostaniesz w dupę! — A po krótkiej przerwie dokończył: – Albo zrobię z tobą to samo co z twoją matką, gówniarzu!
Jak za każdym razem chłopiec opadł na podłogę, zwinął się w kącie i zaczął płakać. Kiedy tam trafiał, często siusiał w majtki, nie potrafił zapanować nad pęcherzem.
Z salonu dobiegały jęki przerywane ostrymi, urywanymi krzykami. Kilka razy był pewien, że słyszy uderzenia. Matka pokrzykiwała, a mężczyzna mówił brzydkie, brutalne słowa.
Słyszał płacz matki. Nienawidził tej świni za drzwiami, która krzywdziła jego mamę. Jej też nienawidził, bo wciąż wpuszczała tę świnię do domu. A także wiele innych. Jego dziecięcy umysł nie pojmował jeszcze, co oni tam wyprawiają, ale na pewno nic dobrego, skoro ona zawsze potem płacze. Coś musi ją boleć, oni muszą sprawiać jej ból... bo inaczej dlaczego by krzyczała?
Jak zawsze zasłaniał uszy dłońmi, żeby tego nie słuchać. Nie rozumiał, dlaczego zamyka go w tym ciemnym pokoju. Nie rozumiał, czemu powtarza, że go kocha, a wciąż mu to robi. Wyczerpany przewrócił się na bok i zapadł w błogosławiony sen. Miał twarz mokrą od rozmazanych łez. Nie, zupełnie nie rozumiał tego świata... w końcu miał dopiero pięć lat.CZWARTEK, 16 WRZEŚNIA 1993, 19.45
Berger odwiedzał cmentarz dwa razy w tygodniu. Przynajmniej dwa razy. Jeśli czas na to pozwalał, to nawet częściej. Od dwóch lat przychodził, stawiał duży bukiet świeżych kwiatów w plastikowym zielonym wazonie, a co trzy miesiące sadził nowe rośliny na dwumiejscowej mogile. Dziś kupił frezje. Pojawił się mimo deszczu i zmierzchu. Nie miał zbyt wiele czasu, za kwadrans zamykali bramę.
Spokojnym krokiem przymierzał alejki z miękkiej, ciemnej ziemi. Patrzył wprost przed siebie, jedną rękę trzymał w kieszeni płaszcza. Chłodny, porywisty północno-zachodni wiatr przyniósł deszcz. Z naprzeciwka szła ubrana na czarno zgarbiona staruszka w wełnianych rajstopach na chudych nogach. Spojrzała na niego przelotnie i jak duch zniknęła w ciemności. Nie zwrócił uwagi, że wdepnął w kałużę. Z drzew zaczynały opadać liście, rośliny na zakończenie lata przybierały kolorowe szaty, a jesień stała już u progu. Po długim, upalnym i dusznym lecie nie było nikogo, kto nie tęskniłby za chłodniejszymi dniami i nocami. Jeśli wierzyć prognozom pogody, ochłodzenie powinno przyjść już w najbliższy weekend. Berger nie wierzył meteorologom, bo w ostatnich tygodniach zbyt często się mylili. Deszcz też był pewnie tylko przejściowy.
Grób znajdował się prawie po drugiej stronie cmentarza. Kiedy przed nim stawał, niemal się nie poruszał. Ręce złożył na brzuchu, zacisnął na chwilę usta, potem z wazonu wyjął niezwiędnięty jeszcze bukiet, który przyniósł w niedzielę, i wstawił świeże kwiaty. Małymi grabkami, które trzymał za kamienną płytą, wyrównał kilka niemal niewidocznych dołków. Na nagrobku przysiadła ciekawska pliszka i przechylając główkę, przyglądała się, jak pracuje. Kiedy skończył, odłożył grabki, wyrzucił stare kwiaty do kompostownika i ruszył z powrotem do auta, zmęczony długim i ciężkim dniem.
W ciągu ostatnich kilku minut deszcz zelżał. Na ulicach tłoczyli się ludzie wracający do domu. Wsiadł do samochodu, uruchomił silnik i ruszył. Andrea... czy była w domu? Ostatnio coraz częściej zostawała u przyjaciółki. Obie miały po siedemnaście lat, obie były żywiołowe i energiczne. Czasem, kiedy wracał do domu, dopadała go straszna melancholia, bo nikt na niego nie czekał, by wybiec mu na spotkanie i przywitać się. Przytłaczała go samotność w wielkim pustym domu, białe ściany deprymowały, a jedynym rozmówcą był telewizor.
Miał za sobą kolejny z wielu długich i wyczerpujących dni. Szukanie tropów. Bezradność. W ciągu dwóch tygodni zostały bestialsko zamordowane dwie dziewczyny. Jedna z nich była wcześniej dziewicą. Chociaż nie, nie zamordowane. Zaszlachtowane. To lepsze słowo. I żadnych świadków, żadnych wskazówek, kto może byś sprawcą. Żadnego oberwanego guzika, zerwanego wisiorka, który mógłby należeć do sprawcy. Tylko kilka niewiele mówiących włókien, mikroskopijny ślad krwi nienależącej do ofiary, w dodatku o najpospolitszej grupie na świecie, 0 Rh+. Znalezione ślady nie rozjaśniały mroku, w którym policjanci od początku śledztwa błądzili po omacku. Mroku, który w jednej chwili pochłonął część życia rodzin ofiar. Kolejny atak szaleńca był tylko kwestią czasu. Brukowce i część stacji telewizyjnych z perwersyjną przyjemnością epatowały szczegółami mordu i wcześniejszego życia ofiar. Na szczęście poważni dziennikarze skupili się jedynie na faktach – ale jak długo to jeszcze potrwa? Trzecie morderstwo, potem może jeszcze czwarte i to starczy, żeby wszyscy rzucili się na frankfurcką policję. Żyjecie z naszych podatków, to bierzcie się do roboty! Za co wam płacimy? Za siedzenie i nicnierobienie? Nie jesteście nawet w stanie ochronić naszych synów i córek przed tą bestią? Na co wam lata kształcenia za nasze pieniądze, skoro tylko potraficie pierdzieć w stołki? Berger już raz to przeżył. Dopiero co wstąpił do policji, gdy w krótkim czasie ktoś poderżnął gardła trzem homoseksualistom. Kiedy ludziom nie mogli dać sprawcy, wszyscy chcieli rozszarpać policjantów. Przeciętny człowiek nie miał zielonego pojęcia, ile wysiłku kosztuje zbieranie śladów, a potem składanie ich jak puzzli w jeden spójny obraz. Miasto chciało wyników; reszta nikogo nie interesowała. Tylko jak złapać ducha, który pojawia się znikąd, popełnia koszmarne czyny, a potem rozpływa się w powietrzu? Stworzenie profilu sprawcy jest praktycznie niemożliwe, jeśli na miejscu zbrodni nie pozostawia żadnych śladów. Obecny morderca wykonywał swoją robotę perfekcyjnie, można było jedynie ostrzec wszystkie blondynki w wieku od czternastu do dwudziestu lat, żeby pod żadnym pozorem nie wychodziły same na ulicę tuż przed zmrokiem. Powinny poruszać się w grupach albo w męskim towarzystwie. Samotne spacery, jeszcze nie daj Boże po słabo oświetlonych okolicach, gdzie ludzie po zmroku wolą siedzieć w domach, stanowiły śmiertelne ryzyko. Przed kilkoma miesiącami też zginęły dwie kobiety, ale tamte morderstwa nie były nawet w przybliżeniu tak odrażające. Na razie co prawda nie wykluczano, że sprawcą była ta sama osoba, ale według psychologów prawdopodobieństwo, że ktoś dopiero przy trzecim mordzie zostaje nekrofilem, było minimalne. Znaleziono kilka podobieństw i znacznie więcej wyraźnych różnic w sposobie dokonania zbrodni. Przed dziewięcioma miesiącami morderca nie przeżuwał ciał ofiar ani nie wyrywał zębami części pochwy, tylko w szale zabijania „jedynie” ciął dziewczyny nożem. Dodatkowo, wtedy jedna była ruda, a druga szatynka, obie dawno skończyły trzydziestkę i były dziwkami. Nie, tym razem miał do czynienia z czymś zupełnie innym. Sprawca mordów z poprzedniej zimy cały czas cieszył się jeszcze wolnością, choć możliwe, że już nie żył. I tak jednak nie mógł się równać z obecnym.
Policja mogła jedynie czekać, aż morderca popełni błąd, który naprowadzi na jego trop. Nic więcej nie mogli zrobić. Tylko kiedy powinie mu się noga? Następnym razem? Gdy popełni dwa morderstwa? Może dopiero za rok, dwa albo trzy lata? Poza tym kiedy uderzy ponownie? Już dzisiaj? Jutro? Pojutrze? Pewne było tylko jedno – gdzieś w tym wielkim mieście ukrywał się człowiek, który śmiertelnie nienawidził młodych blondynek. A bardzo wiele młodych blondynek lekceważyło ostrzeżenia i samotnie wychodziło na puste ulice w przekonaniu, że przecież im nic nie może się stać. I któraś z nich będzie kolejną ofiarą szaleńca.
Berger włączył światła. Zabłyszczał mokry asfalt. Ludzie spieszyli z ostatnimi zakupami, przechodzili przez pasy, od świateł do świateł ciągnęła się blaszana kawalkada. Uchylił nieco okno; powietrze w samochodzie pachniało nieświeżo, a szyby pokrywała para. Chciał w końcu spędzić spokojny wieczór, bo dwa dni wcześniej dostał wezwanie o wpół do drugiej w nocy i od tego czasu niemal nie spał.
Maureen Nettleton właśnie skończyła siedemnaście lat i została zmasakrowana. Znaleziono ją w lesie niedaleko przystanku kolei miejskiej, dziesięć minut piechotą od jej domu. Bestialsko zgwałcona, miała ponad trzydzieści ran ciętych, wyłupione oczy i odciętą prawą pierś, którą sprawca porzucił niedaleko zwłok, kość łonowa została złamana od wewnątrz jakimś ciężkim przedmiotem. Jeden z techników badających miejsce zbrodni zauważył sarkastycznie, że ten, kto to zrobił, musiał mieć stalowego kutasa. Na obu piersiach widniały rany kąsane. Dalsze ugryzienia na języku i uszach, na brzuchu, genitaliach, odgryzione wewnętrzne wargi sromowe. Jakby to wszystko było zbyt mało perwersyjne, sprawca zaplótł jej włosy w dwa mysie ogonki i związał czerwonymi wstążkami. Potem złożył jej ręce na piersi i skrzyżował nogi. Wyjątkowo makabryczny rytuał, dokładnie taki, jaki odprawił przy pierwszej ofierze. Jeszcze gorsze od widoku zwłok było przekazanie wiadomości rodzicom dziewczyny. Jej ojciec miał czterdzieści parę lat, pracował jako dyrektor niemieckiej filii wielkiego amerykańskiego banku, matka była nieco młodsza, drobna, delikatna i atrakcyjna. Bogactwo, wystawna willa z prawdziwym parkiem, basen, taras wyłożony marmurem, posiadłość obsadzona drzewami, krzewami i okolona wysokim na dwa metry murem, który miał chronić ich przed niepowołanymi spojrzeniami.
_Ciąg dalszy w wersji pełnej_