Sailor - ebook
Tytułowy „Sailor” odnosi się do archetypowej figury żeglarza-tułacza, który szuka portu, ale skazany jest na wieczne dryfowanie. Powieść łączy powściągliwość skandynawskiej prozy obyczajowej ze zmysłowością literatury śródziemnomorskiej i egzystencjalnym niepokojem Camusa. Konin — miasto kopalń i jezior — staje się krajobrazem moralnym, w którym industrialna brzydota sąsiaduje z naturalnym pięknem, tak jak w bohaterach szlachetność sąsiaduje ze słabością. Książka została utworzona z pomocą AI
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8455-485-2 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Są takie powieści, które od pierwszych stron obiecują czytelnikowi skandal, a potem okazują się czymś znacznie bardziej niebezpiecznym: prawdą o ludziach. Sailor należy właśnie do tej rzadkiej kategorii książek, które korzystają z materii namiętności, zdrady, rodzinnego pęknięcia i moralnego niepokoju nie po to, by jedynie prowokować, lecz po to, by wydobyć na światło dzienne to, co najczęściej ukrywamy pod językiem codzienności, przyzwoitości i społecznych ról. To książka odważna, ale jej odwaga nie polega na przekraczaniu granic dla samego efektu. Polega na tym, że autor patrzy swoim bohaterom prosto w oczy i nie odwraca wzroku wtedy, gdy ich pragnienia stają się sprzeczne z ich sumieniem.
Na pierwszy rzut oka można by powiedzieć, że to historia intymna, kameralna, rozgrywająca się w ograniczonej przestrzeni kilku domów, kilku ulic i kilku jezior. W istocie jednak skala tej opowieści jest znacznie większa. Pod powierzchnią prywatnego dramatu pulsuje wielki temat samotności we współczesnej Polsce prowincjonalnej, temat kobiecości i męskości poddanych presji wieku, pamięci, oczekiwań rodzinnych i społecznych, a także temat miłości rozumianej nie jako pocztówkowa obietnica szczęścia, lecz jako siła, która potrafi zarówno ocalić człowieka, jak i doprowadzić go do zguby. To właśnie czyni tę książkę tak przekonującą. Autor nie pyta bowiem wyłącznie o to, kto zawinił. Pyta głębiej: czego człowiekowi naprawdę brakuje, kiedy zaczyna ryzykować wszystko.
Warto podkreślić, jak istotną rolę odgrywa tu miejsce. Konin i okolice nie są wyłącznie tłem. Nie są dekoracją, którą można by łatwo wymienić na inne miasto, inne jezioro czy inny dom. Ta przestrzeń żyje, oddycha, pamięta. Jej pejzaż — jednocześnie piękny i naruszony przez przemysł, naturalny i przetworzony, spokojny i podszyty ukrytą przemocą — staje się doskonałym odpowiednikiem świata wewnętrznego bohaterów. Jeziora, kanały, przystanie, ciepło nienaturalnej wody, zmieniające się światło, szum elektrowni, ciężar codziennych rytuałów, zwyczajność kuchni i niezwyczajność milczenia przy stole — wszystko to składa się na rzadko spotykaną w polskiej prozie spójność psychologiczną i symboliczną. Tu geografia nie ilustruje fabuły. Ona ją współtworzy.
Siłą Sailora jest także język. Jest w nim jednocześnie prostota i gęstość. Prostota, bo autor nie ucieka w wydumaną ornamentykę, nie zasłania emocji pustą efektownością, nie chce błyszczeć ponad bohaterami. Gęstość, bo pod każdym zdaniem czuje się napięcie, pod każdą rozmową pracuje drugie dno, a każda wymiana słów niesie coś więcej niż literalne znaczenie. Ta książka świetnie rozumie, że najważniejsze dramaty rozgrywają się nie w wielkich deklaracjach, lecz w półsłówkach, zawahaniach, zmianach tonu, chwilach, kiedy człowiek mówi jedno, a jego ciało, pamięć i spojrzenie mówią coś zupełnie innego. Autor znakomicie wykorzystuje dialog jako formę obnażania psychiki. Dzięki temu czytelnik nie tyle obserwuje bohaterów, ile przebywa z nimi w jednym pomieszczeniu, słyszy ich oddech, widzi ich nerwowość, doświadcza ich wahań.
To także książka wyjątkowo przenikliwa socjologicznie. Pokazuje, jak silnie ludzkie wybory są osadzone w strukturze codzienności: w modelu rodziny, w doświadczeniu pokoleniowym, w pamięci po zmarłych, w ekonomii małego miasta, w marzeniu o awansie, stabilizacji i „normalnym życiu”. Autor bardzo dobrze rozumie, że pragnienie nie rodzi się w próżni. Ono rośnie tam, gdzie przez lata tłumiono głód bliskości, gdzie kobieta została zredukowana do roli matki i strażniczki domu, gdzie mężczyzna nauczył się myśleć o sobie przez pryzmat sprawczości i ruchu, a młodość wierzy jeszcze, że miłość wystarczy, by uporządkować świat. W tym sensie Sailor jest czymś więcej niż historią trojga ludzi. To opowieść o pęknięciu między tym, co społeczne, a tym, co cielesne. Między normą a potrzebą. Między rolą a prawdą.
Szczególne uznanie należy się sposobowi, w jaki autor buduje postacie kobiet. Rzadko spotyka się w prozie popularnej tak wielowymiarowe portrety kobiece, wolne od schematu i łatwego moralizmu. Nie ma tu prostych podziałów na niewinność i winę, na ofiarę i sprawczynię, na młodość jako dobro i dojrzałość jako zagrożenie. Są za to kobiety z krwi i kości: każda ze swoim głodem, lękiem, dumą, wstydem i własną definicją miłości. To sprawia, że czytelnik nie może pozostać bezpiecznie na zewnątrz. Musi zająć stanowisko, a chwilę później zrewidować własny osąd. Musi przyznać, że serce człowieka nie działa według zasad, które tak chętnie zapisujemy innym.
Nie mniej interesujący jest męski bohater tej opowieści. Autor nie czyni z niego ani cynicznego uwodziciela, ani wyłącznie słabego człowieka rzucanego przez okoliczności. To postać skomplikowana, wewnętrznie pęknięta, rozdarta pomiędzy odpowiedzialnością a pożądaniem, pomiędzy tym, co wybrał świadomie, a tym, co wyłoniło się w nim z mroku, kiedy przestał sobie ufać. Dzięki temu Sailor nie jest prostą historią o winie mężczyzny i cierpieniu kobiet ani odwrotnie. To opowieść o tym, że każdy człowiek nosi w sobie potencjał do zdrady własnych deklaracji, jeśli spotka w życiu uczucie, które dotknie miejsca wcześniej nieuświadomionego.
To, co szczególnie cenne, to brak taniej jednoznaczności. Autor nie osądza swoich bohaterów z pozycji wyższości. Nie rozgrzesza ich również. Pozwala im być ludźmi do końca, a więc istotami zdolnymi jednocześnie do miłości i egoizmu, do czułości i okrucieństwa, do odwagi i tchórzostwa. W świecie tej powieści nie ma czystych rąk, ale nie ma też postaci płaskich. Każda niesie swój ciężar. Każda ma swoje racje. Każda o coś walczy. I każda płaci.
Czyta się tę książkę z narastającym napięciem nie tylko dlatego, że opowiada o uczuciu zakazanym i o granicach, których przekroczenie musi przynieść konsekwencje. Czyta się ją przede wszystkim dlatego, że autor świetnie rozumie mechanikę psychicznego osuwania się człowieka. Tutaj nic nie dzieje się nagle. Najpierw jest spojrzenie, potem drobne przesunięcie akcentu, potem usprawiedliwienie, potem milczenie, potem gest, który można jeszcze uznać za przypadek, potem kolejne przesunięcie granicy. Właśnie ta wiarygodność procesu robi największe wrażenie. Czytelnik widzi, jak rodzi się katastrofa, i wie, że powinna zostać zatrzymana. Ale jednocześnie rozumie, dlaczego nikt jej nie zatrzymuje. To bardzo trudna sztuka pisarska — sprawić, by odbiorca jednocześnie osądzał i współodczuwał. W Sailorze ta sztuka została opanowana znakomicie.
Ta książka ma też rzadką dziś cechę: zostaje z czytelnikiem po lekturze. Nie kończy się wraz z ostatnią stroną. Wraca później — w myśleniu o rodzinie, o własnych relacjach, o słowach, których się nie wypowiedziało, i o tych, które wypowiedziało się za późno. Wraca jako pytanie o to, czy naprawdę znamy ludzi najbliższych. Czy naprawdę znamy samych siebie. Czy wiemy, jak zachowalibyśmy się na ich miejscu, dopóki nie staniemy na tej samej krawędzi.
Jeśli więc sięgają Państwo po Sailora z przekonaniem, że dostaną jedynie historię namiętnego skandalu osadzonego nad jeziorami Wielkopolski, będą Państwo zaskoczeni. Otrzymają coś więcej: przejmującą, inteligentną, gęstą emocjonalnie powieść o pragnieniu, które rozsadza porządek codzienności, o rodzinie, która okazuje się bardziej krucha, niż chciałaby wierzyć, oraz o miłości, która bywa nie tyle spełnieniem, ile próbą charakteru. To książka odważna, dojrzała i bardzo ludzka. A nade wszystko — prawdziwa w tym sensie, w jakim prawdziwa bywa literatura, która nie boi się zajrzeć pod powierzchnię spokojnej wody.
I właśnie dlatego warto ją przeczytać. Nie po to, by znaleźć łatwy osąd. Po to, by usłyszeć to, co szumi pod spodem.Rozdział 1: Przystań
Jezioro Pątnowskie umierało powoli i pięknie, tak jak umierają wszystkie rzeczy, które ludzie kochają zbyt mocno. Elektrownia w Koninie piła z niego ciepło od dziesięcioleci, podgrzewając wodę o kilka stopni powyżej normy, i to nienaturalne ciepło sprawiało, że jezioro żyło w stanie permanentnej gorączki. Ryby rosły szybciej niż powinny. Trzciny sięgały wysokości człowieka już w maju. Glony zakwitały z furią, której nie znały inne wielkopolskie akweny. A mimo to — albo może właśnie dlatego — Pątnów miał w sobie coś magnetycznego. Coś, co przyciągało żeglarzy, wędkarzy, marzeń kolekcjonerów i ludzi, którzy szukali nad wodą tego, czego nie potrafili znaleźć na lądzie.
Michał Kornas znał to jezioro lepiej niż własne mieszkanie. Znał każdą płyciznę, każdy zakręt kanału łączącego Pątnów z Gosławicami, każdy podmuch wiatru, który potrafił zmienić kierunek trzy razy w ciągu jednego popołudnia, bo tak właśnie zachowywał się wiatr w kotlinie konińskiej — jak niezdecydowany kochanek, który nie wie, do kogo wrócić. Znał zapach tej wody o świcie, kiedy mgła unosiła się z powierzchni jak oddech śpiącego zwierzęcia, i znał jej kolor o zachodzie, kiedy elektrownia na horyzoncie rzucała na taflę pomarańczowo-industrialny blask, zamieniając Pątnów w jezioro z innej planety. Znał to wszystko, bo to jezioro było jego pierwszą miłością. Pierwszą i, jak sądził przez wiele lat, jedyną pewną.
Jacht „Sailor” kołysał się leniwie przy pomoście stanicy wodnej, która nosiła nazwę równie pretensjonalną co sama łódź — Sailor Marina. Dwudziestoczterostopowy kabinowy Antila, biały kadłub z niebieską linią wzdłuż burty, żagle zrolowane na bom jak skrzydła ptaka, który postanowił odpocząć. Michał siedział w kokpicie z nogami wyciągniętymi na ławce, plecami opartymi o ster, i patrzył na dziewczynę siedzącą naprzeciwko niego.
Aneta miała dziewiętnaście lat i ten rodzaj urody, który nie potrzebuje makijażu, dobrego oświetlenia ani wysiłku. Twarz o kształcie serca, włosy ciemne jak woda Pątnowa po zmroku, oczy w kolorze, którego Michał nigdy nie potrafił jednoznacznie określić — czasem były zielone, czasem brązowe, a czasem, w takie wieczory jak ten, miały barwę bursztynu. Siedziała po turecku na pokładzie jego jachtu, w dżinsowej kurtce zarzuconej na ramiona i białej sukience, która była odrobinę za cienka jak na wrześniowy wieczór, ale Aneta miała w sobie coś z tych ludzi, którzy nie marzną, bo ich wewnętrzny ogień wystarcza za każdy sweter.
Wiatr ustał zupełnie. Jezioro leżało nieruchome, a jedynym dźwiękiem było ciche pluskanie wody o kadłub i odległy szum elektrowni, który w Koninie towarzyszył każdej chwili ciszy jak tinnitus — zawsze tam był, przestawało się go słyszeć dopiero wtedy, gdy ktoś o nim przypomniał.
— Michał — powiedziała Aneta i wyprostowała się, zakładając kosmyk włosów za ucho gestem, który u niej zawsze oznaczał, że za chwilę padnie coś ważnego.
— Słucham cię.
— Chcę, żebyś poznał moją mamę.
Michał nie odpowiedział od razu. Podniósł do ust puszkę piwa, upił łyk i odstawił ją na pokład z przesadną starannością, jakby ten prosty gest wymagał całej jego uwagi. Znał Anetę od ośmiu miesięcy. Ośmiu miesięcy, które zaczęły się od przypadkowego spotkania na przystani — ona szukała kogoś, kto wynajmie jej kajak na godzinę, on stał za ladą recepcji, bo jego pracownik nie przyszedł do pracy — i które zamieniły się w coś, czego Michał się nie spodziewał. Trzydziestoletni mężczyzna z własną firmą, z jachtem, z reputacją kogoś, kto trzyma życie pod kontrolą, zakochał się w dziewczynie, która mogła być jego studentką, gdyby kiedykolwiek wybrał karierę akademicką zamiast wody.
— Twoją mamę — powtórzył, jakby testował te słowa.
— Tak, moją mamę. Barbarę. Jedyną, jaką mam. Chyba że w międzyczasie pojawiła się jakaś inna, o której nie wiem.
— Bardzo śmieszne.
— Michał, to jest poważna rozmowa.
— Wiem, że jest poważna. Właśnie dlatego piję piwo.
Aneta pokręciła głową z tym swoim półuśmiechem, który oznaczał jednocześnie rozbawienie i zniecierpliwienie. Wstała z pokładu, przeszła ostrożnie po mokrych deskach i usiadła obok niego w kokpicie, wtulając się w jego ramię. Pachniała kwiatowym szamponem i jeziorem — tą specyficzną mieszanką, która dla Michała była zapachem szczęścia.
— Wiesz, że to musi się w końcu stać, prawda? — powiedziała cicho, bawiąc się guzikiem jego flanelowej koszuli. — Nie możemy wiecznie się spotykać na jachcie jak para nastolatków, która ukrywa się przed rodzicami.
— Ja się nie ukrywam.
— Ty nie, ale ja tak. Mama wie, że mam chłopaka. Wie, że ma na imię Michał, że jest starszy ode mnie, że ma firmę związaną z żeglarstwem. Ale nie zna twojej twarzy, nie słyszała twojego głosu, nie wie, jak jesz zupę i czy mówisz z pełnymi ustami. A to są ważne rzeczy, Michał. Matki zwracają uwagę na takie rzeczy.
— Nie mówię z pełnymi ustami.
— No właśnie. Więc nie masz się czego bać.
Michał objął ją ramieniem i przez chwilę siedzieli w ciszy, patrząc na jezioro. Na przeciwległym brzegu migotały światła osiedla w Pątnowie, a dalej, za dachami bloków, rysowały się kominy elektrowni — dwa masywne, betonowe filary, które dla jednych były symbolem konińskiego przemysłu, a dla innych szpetotą, do której przywykli tak bardzo, że przestali ją widzieć. Michał widział je zawsze. I dziwnym trafem lubił je — były częścią krajobrazu, który ukształtował go jako człowieka, jako żeglarza, jako przedsiębiorcę. Konin nie był pięknym miastem w klasycznym sensie tego słowa. Konin był miastem, które trzeba było pokochać mimo jego wad, a może właśnie za nie.
— Opowiedz mi o niej — poprosił w końcu.
— O mamie?
— Tak. Wiem tylko, że ma na imię Barbara, że jest nauczycielką i że wychowała cię sama. To trochę mało jak na kobietę, która ma decydować o moim losie.
Aneta roześmiała się i ten śmiech popłynął nad jeziorem jak kamień rzucony płasko po wodzie — lekki, skaczący, radosny.
— Nie dramatyzuj. Mama nie będzie decydować o twoim losie. Mama będzie cię oceniać, to co innego.
— O, to znacznie lepiej.
— Mama jest… — Aneta zawahała się, szukając słów, które by oddały sprawiedliwość kobiecie, którą podziwiała bardziej niż kogokolwiek na świecie. — Mama jest jak to jezioro. Na pierwszy rzut oka wydaje się spokojna. Gładka powierzchnia, ciepły uśmiech, opanowanie. Ale pod spodem jest głęboka. I cieplejsza, niż się spodziewasz. I są w niej prądy, których nie widzisz, dopóki nie wejdziesz do wody.
— To była chyba najbardziej poetycka charakterystyka matki, jaką kiedykolwiek słyszałem.
— Bo mam poetyczną matkę. Była nauczycielką muzyki, zanim przeszła na emeryturę. To znaczy, nie na emeryturę — na rentę. Po śmierci taty miała problemy zdrowotne, przestała uczyć w szkole, ale nadal gra. Ma w domu pianino Calisia, stare, rozstrojone, ale ona potrafi na nim zagrać Debussy’ego tak, że zapominasz, ile to ma lat. Pianino i ona.
Michał wyczuł zmianę tonu. Aneta rzadko mówiła o ojcu. Wiedział, że Ryszard zginął, gdy Aneta miała dziesięć lat, wiedział, że to był wypadek, i wiedział, że ta rana nigdy się do końca nie zagoiła. Są rany, które zarastają blizną, ale blizna swędzi w deszcz, w zmianę pogody, w chwilach, gdy jest się bezbronnym.
— Twój tata żeglował, tak?
— Tata żeglował. Na tym samym jeziorze. Nie miał jachtu jak ty, miał starą Omegę, taką małą, kabinową, która przeciekała, kiedy wiało powyżej czterech w Beauforcie. Mama go za to kochała i jednocześnie nienawidziła. Mówiła, że ta łódź jest jego drugą żoną. A potem, kiedy taty zabrakło, mama mówiła, że żałuje każdego słowa, które powiedziała o tej łodzi, bo chciałaby ją mieć — łódź, nie te słowa — żeby mieć coś, co pachnie tatą.
Michał milczał. Wiedział, że w takich chwilach słowa są jak zbędny balast — tylko obciążają.
— Tata nie zginął na wodzie — dodała Aneta po chwili, jakby czytając jego myśli. — Zginął na drodze. Wypadek samochodowy, zwykła kolizja na skrzyżowaniu, pijany kierowca w ciężarówce. Ironia losu, prawda? Człowiek, który całe życie szukał przygody na jeziorze, ginie na prostej drodze między Koninem a Turkiem. Mama powtarzała potem: woda go szanowała, to ludzie go zabili.
Jacht zakołysał się mocniej — gdzieś na jeziorze przepłynął motorówką jakiś spóźniony wędkarz, zostawiając za sobą falę, która dotarła do pomostu z kilkuminutowym opóźnieniem. Michał poczuł ten ruch całym ciałem. Żeglarze czują wodę inaczej niż zwykli ludzie. Nie oczami, nie uszami — skórą, mięśniami, jakimś szóstym zmysłem, który budzi się dopiero wtedy, gdy spędzisz na wodzie wystarczająco dużo czasu. On spędził wystarczająco dużo.
— Będzie mnie porównywać z twoim tatą — powiedział.
— Nie będzie.
— Każda matka porównuje. Szczególnie jeśli ojciec jest nieżyjącym bohaterem. Martwy człowiek ma tę przewagę nad żywym, że nie może już nic zepsuć. Jest zamrożony w najlepszej wersji siebie.
Aneta uniosła głowę z jego ramienia i spojrzała mu prosto w oczy. Jej bursztynowy wzrok miał w sobie twardość, której nie widywał często, ale którą znał — to był wzrok kobiety, nie dziewczyny.
— Mama jest mądrzejsza od tego. I ty jesteś mądrzejszy od tego. Przestań się bać.
— Ja się nie boję. Ja jestem żeglarzem, żeglarze nie boją się.
— Żeglarze boją się bardziej niż ktokolwiek. Dlatego tak dobrze czytają wiatr.
Michał uśmiechnął się pomimo siebie. To było coś, co kochał w Anecie — tę jej zdolność do mówienia rzeczy, które brzmiały jak aforyzmy, a były po prostu prawdą. Dziewiętnaście lat, a mądrość trzydziestolatki. Czasem się zastanawiał, czy to kwestia wychowania, genetyki, czy po prostu tego, że życie wcześnie zabrało jej ojca i zmusiło do dorosłości, zanim inni jej rówieśnicy skończyli się bawić.
— Dobrze — powiedział. — Kiedy?
— W niedzielę. Przyjdziesz na obiad. Mama robi znakomitego schabowego, ale uprzedzam — kroi go cienko, bo uważa, że gruby schabowy to przejaw braku szacunku do mięsa. Nie pytaj dlaczego, to jest jedna z jej filozofii, których nie da się logicznie uzasadnić.
— Filozofia schabowego. Jestem coraz bardziej zaintrygowany twoją matką.
Aneta pochyliła się i pocałowała go — krótko, lekko, z obietnicą — i wróciła na swoje miejsce naprzeciwko. Usiadła znów po turecku, jak wcześniej, i oparła brodę na dłoniach, patrząc na niego z miną małej dziewczynki planującej psikusa.
— Tylko bądź sobą, dobrze? Nie próbuj jej imponować. Mama ma radar na fałsz. Jeśli będziesz udawał kogoś, kim nie jesteś, wyłapie to w trzy sekundy.
— A kim jestem?
— Jesteś Michałem Kornasem, lat trzydzieści, właścicielem stanicy wodnej Sailor Marina w Koninie, zapalonym żeglarzem, który kocha swoją łódź bardziej niż jest to zdrowe, i który, mimo że sprawia wrażenie twardego faceta z biznesplanem na wszystko, potrafi stać dwadzieścia minut na pomoście i patrzeć na zachód słońca z miną dziecka, które widzi coś pięknego po raz pierwszy.
— To było bezlitosne.
— To była prawda. Mama lubi prawdę.
Michał pokiwał głową powoli, w ten swój sposób, który Aneta nazywała „nawigacją wewnętrzną” — tak, jakby nie tylko rozważał jej słowa, ale jednocześnie przeliczał kurs, siłę wiatru i głębokość wody pod stępką. Był przystojnym mężczyzną, w typie, który w Koninie rzucał się w oczy — wysoki, szeroki w barach, z twarzą opaloną od wiatru i słońca do koloru starego drewna, z oczami w kolorze szaroniebieskim, które pasowałyby bardziej do skandynawskiego rybaka niż do wielkopolskiego przedsiębiorcy. Nosił się prosto, bez afektacji, w ciuchach, które wyglądały, jakby kupił je nie patrząc na metkę — flanelowe koszule, dżinsy, żeglarskie buty z podeszwą, która nie ślizga się na mokrym pokładzie. Jedynym luksusem, na jaki sobie pozwalał, był zegarek — Omega Seamaster, używany, kupiony na aukcji internetowej, noszony z dumą, która zdradzała, że ten zegarek znaczy dla niego więcej niż sto nowych.
— Michał — powiedziała Aneta po dłuższej chwili ciszy.
— Hmm?
— Jest jeszcze jedna rzecz, którą powinieneś wiedzieć.
— Twoja mama to była agentka wywiadu? Mistrzyni sztuk walki? Hoduje aligatora w wannie?
— Michał, mówię poważnie.
Coś w jej głosie sprawiło, że odstawił piwo i skupił na niej całą uwagę. Aneta bawiła się sznurkiem od fałdy żagla, nawijając go na palec i rozwijając, nawijając i rozwijając, w rytmie, który zdradzał nerwowość, jakiej u niej nie widywał.
— Mama jest samotna. I nie mówię samotna w sensie, że nie ma partnera. Mówię samotna w sensie… głębokim. Od śmierci taty minęło dziewięć lat. Dziewięć lat, Michał. To jest wieczność. I przez te dziewięć lat mama nie miała nikogo. Nikogo. Ani jednego mężczyzny, ani jednej randki, ani jednego wieczoru, kiedy wróciła do domu z tym głupim uśmiechem, który mają ludzie po udanej kolacji we dwoje.
— Może nie chciała.
— Może. A może nie potrafiła. A może bała się, że jeśli wpuści kogoś nowego, to zdradzi pamięć taty. Nie wiem. Nie rozmawiam z nią o tym, bo za każdym razem, kiedy próbuję, zamyka się jak małża. I robi tę swoją minę — wiesz, tę uprzejmą, kamienną, nauczycielską — która mówi: tematu nie ma.
— Dlaczego mi to mówisz?
Aneta przestała bawić się sznurkiem i spojrzała na niego prosto, z tą swoją brutalną szczerością, której nie owijała w żadne żagle.
— Bo chcę, żebyś był dla niej ciepły. Nie protekcjonalny, nie litościwy — ciepły. Mama wygląda na silną i jest silna. Ale pod tą siłą jest kobieta, która przez dziewięć lat nie poczuła, że ktoś na nią patrzy. Naprawdę patrzy. I kiedy wejdziesz do naszego domu ze swoim uśmiechem, ze swoją pewnością siebie, ze swoją… obecnością, bo ty masz tę obecność, Michał, masz coś, co sprawia, że ludzie cię widzą, nawet kiedy stoją odwróceni — więc kiedy wejdziesz, chcę, żebyś pamiętał, że przed tobą jest nie tylko moja mama, ale kobieta. Samotna kobieta. I chcę, żebyś był dla niej kimś, kto ją widzi.
Michał milczał przez dłuższy moment. Gdzieś na jeziorze rozległ się plusk — ryba albo ptak, albo jedno i drugie, drapieżnik i ofiara w odwiecznym tańcu, który na wodzie wygląda spokojniej niż na lądzie, ale jest równie brutalny.
— Pokochasz ją — powiedziała Aneta ciszej, jakby sama nie do końca wiedziała, co te słowa znaczą. — Wszyscy ją kochają. Jest w niej coś… coś, co przyciąga ludzi. Ciepło. Albo smutek. Może jedno i drugie. Może ciepło i smutek to jest to samo, tylko z różnych stron.
— Brzmisz, jakbyś mówiła nie o matce, a o jeziorze.
Aneta uśmiechnęła się — tym razem smutno, kącikami ust, bez pokazywania zębów.
— Może dlatego, że ją porównuję do jeziora. Gładka powierzchnia, cieplejsza niż powinna być, i głęboka. I prądy, których nie widzisz. Tak, mówiłam to już wcześniej. Powtarzam się. To znaczy, że jest to prawda, na którą nie mam lepszych słów.
Michał wyciągnął rękę i złapał jej dłoń. Była ciepła i drobna w jego dużej, chropowatej od lin i żagli dłoni.
— Będę sobą — obiecał. — I będę ciepły. I nie będę mówił z pełnymi ustami. I pochwalę schabowego, nawet jeśli będzie cienki jak papier.
— Szczególnie jeśli będzie cienki jak papier.
— Szczególnie wtedy.
Aneta ścisnęła jego dłoń i przez chwilę siedzieli tak, połączeni tym prostym gestem, nad wodą, która nie znała moralności ani przeszłości, ani przyszłości, nad jeziorem, które było jednocześnie piękne i chore, ciepłe i trujące, kochane i eksploatowane — nad Pątnowem, który był metaforą wszystkiego, czego jeszcze nie wiedzieli.
Potem Aneta puściła jego rękę, wstała i zaczęła ściągać kurtkę dżinsową.
— Co robisz? — zapytał.
— Kąpię się.
— Jest wrzesień. Woda ma może osiemnaście stopni.
— Woda w Pątnowie ma zawsze dwadzieścia trzy, nawet we wrześniu. Dobrze o tym wiesz. Elektrownia dba o to, żebyśmy mieli ciepłą kąpiel do października.
— To nie jest zdrowa woda, Aneta.
— A co w Koninie jest zdrowe? Powietrze z elektrowni? Kurz z odkrywki? Woda z kranu, która smakuje chlorem? Żyjemy w mieście, które powoli zabija swoich mieszkańców, a oni i tak je kochają, bo jest ich. Więc się kąpię.
I zanim zdążył zaprotestować, zrzuciła sukienkę — pod spodem miała kostium kąpielowy, co znaczyło, że planowała to od początku, mała manipulatorko — i wskoczyła do jeziora z pluskiem, który odbił się echem od pomostu i poleciał nad wodą jak wyzwanie rzucone ciemności.
Michał patrzył, jak jej ciemna głowa wynurza się z wody, jak odgarnia włosy z twarzy, jak śmieje się tym swoim śmiechem, który był jednocześnie dziewczęcy i kobiecy, niewinny i prowokacyjny.
— Wchodzisz? — krzyknęła.
— Nie.
— Tchórz!
— Rozsądny człowiek.
— To jest to samo, tylko z różnych stron!
Roześmiał się. Ta dziewczyna miała na wszystko odpowiedź i każda odpowiedź była jednocześnie żartem i filozofią. Rozebrał się do bokserek, stanął na burcie jachtu — jego jachtu, jego Sailora, jedynej miłości, co do której był pewien — i skoczył.
Woda była ciepła. Cieplejsza niż powinna być we wrześniu, cieplejsza niż natura na to pozwalała, ciepła sztucznym, wymuszonym ciepłem elektrowni, która grzała to jezioro jak gorączka grzeje chore ciało. Michał zanurzył się po uszy, poczuł, jak woda zamyka się nad nim jak ramiona kogoś, kto go zna, i wynurzył się tuż obok Anety.
— Widzisz? — powiedziała, kładąc mu mokre ręce na ramionach. — Nie było tak źle.
— Nie było.
— Ze wszystkim tak jest. Z kąpielą we wrześniu, z poznawaniem teściowej, z życiem. Boisz się, wchodzisz, okazuje się, że jest ciepło.
— Albo okazuje się, że jest zimno, wychodzisz i masz zapalenie płuc.
— Pesymista.
— Realista.
— To jest to samo.
— Skończ z tą filozofią. Pocałuj mnie lepiej.
Pocałowała go. W wodzie Jeziora Pątnowskiego, pod gwiazdami, które nad Koninem świeciły blado, bo zanieczyszczenie świetlne z elektrowni i miasta nie pozwalało im na pełną jasność. Pocałunek smakował jeziorem — algami, ciepłem, minerałami z brunatnego węgla rozpuszczonymi w wodzie, całą tą chemią, która czyniła Pątnów miejscem jednocześnie czarującym i toksycznym.
Potem pływali. Potem wrócili na łódź, owinęli się ręcznikami i pili piwo, trzęsąc się z zimna, które przyszło dopiero wtedy, gdy wyszli z wody — bo tak jest z ciepłem, które nie jest naturalne: chroni cię, dopóki jesteś w nim zanurzony, ale kiedy wychodzisz, zimno uderza podwójnie.
— Wiesz, co powiedział Conrad? — zapytał Michał, owijając ręcznikiem jej ramiona.
— Nie wiem, co powiedział Conrad. Powiesz mi.
— Powiedział: kto raz posłyszał głos morza, będzie go słuchał do końca życia.
Aneta zastanowiła się nad tym przez chwilę, z głową przechyloną na bok, jak robi to ptak, który usłyszał nieznany dźwięk i próbuje go zidentyfikować.
— Conrad mówił o morzu — odparła w końcu. — My mamy jezioro. To nie to samo.
— Głos jest ten sam. Woda jest wodą.
— Nie, Michał. Morze jest nieskończone. Jezioro ma brzegi. Morze cię niesie. Jezioro cię trzyma. Z morza można odpłynąć. Z jeziora zawsze wracasz do tego samego brzegu.
Michał popatrzył na nią z wyrazem twarzy, który był mieszanką podziwu i lekkiego niepokoju — tak patrzymy na ludzi, którzy mówią rzeczy zbyt mądre jak na sytuację, zbyt prawdziwe jak na żart, zbyt prorocze jak na zwykłą rozmowę na mokrym pokładzie jachtu.
— Lubię nasze jezioro — powiedziała Aneta, jakby chciała złagodzić ciężar własnych słów. — Lubię, że ma brzegi. Lubię, że zawsze wracam do tego samego miejsca. Może dlatego wybrałam żeglarza, który nie pływa po morzach, tylko po jeziorach. Żeglarz, który zawsze wraca.
— Zawsze wracam — potwierdził Michał.
— Obiecaj mi.
— Co?
— Że zawsze wrócisz. Do tego pomostu, do tej łódki, do mnie.
— Obiecuję.
Powiedział to lekko, jak się mówi rzeczy oczywiste, jak się mówi „do zobaczenia” albo „kocham cię” po raz setny — ze szczerością, ale bez ciężaru, bo powtórzenie zdejmuje z obietnic ich wagę. Nie wiedział, że to słowo — „obiecuję” — wróci do niego w chwili, o której nawet nie marzył i której nie umiałby sobie wyobrazić, stojąc na mokrym pokładzie „Sailora” obok dziewczyny, którą kochał, nad jeziorem, które znał.
Ale to miało nadejść później. Tej nocy wszystko było jeszcze proste. Proste jak kurs z wiatrem, kiedy żagiel jest pełny, woda gładka i jedyne, co musisz robić, to trzymać ster i pozwolić łodzi płynąć.
Aneta zasnęła w kabinie „Sailora” krótko po północy, zwinięta w kłębek na wąskiej koi jak kot, który znalazł najcieplejsze miejsce na świecie i nie zamierzał go opuszczać. Michał okrył ją kocem, zgasił lampkę nad koją i wyszedł na pokład.
Stał na rufie swojego jachtu i patrzył na jezioro.
Pątnów w nocy wyglądał inaczej niż za dnia. Za dnia było to jezioro rekreacyjne — żaglówki, kajaki, deski, dzieci pluskające się przy brzegu, emeryci z wędkami, motorówki zostawiające białe smugi na ciemnozielonej wodzie. W nocy Pątnów stawał się czymś starszym, głębszym, bardziej pierwotnym. Światła elektrowni odbijały się w tafli jak oczy drapieżnika, dwa kominy rysowały się na tle nieba jak strażnicy pilnujący czegoś, co powinno zostać pod wodą, a cisza — ta specyficzna, konińska cisza, naznaczona szumem turbin i odległym stukotem kopalni — owijała się wokół wszystkiego jak bandaż.
Michał zapalił papierosa, choć rzucił palenie dwa lata temu. Czasem, w noce takie jak ta, łamał swoje postanowienia i pozwalał sobie na jednego — jak żeglarz, który w sztilu łamie zasady i odpala silnik, bo wiatr nie nadchodzi i trzeba jakoś dopłynąć do brzegu.
— Jej matka — powiedział cicho do nikogo, do jeziora, do siebie, do nocy. — Poznam jej matkę.
Nie bał się. A może bał się, ale nie wiedział czego. To był ten rodzaj lęku, który żeglarze znają najlepiej — lęk bez źródła, bez kierunku, lęk jak zmiana ciśnienia na barometrze, która nie mówi ci, skąd przyjdzie sztorm, ale mówi ci, że sztorm przyjdzie.
Zaciągnął się papierosem i wypuścił dym, który popłynął nad wodą i rozpłynął się w ciemności.
Niedziela. Obiad. Schabowy. Matka.
Pomyślał o Anecie śpiącej w kabinie pod nim — o tej kobiecie-dziewczynie, która prosiła go, żeby był ciepły dla samotnej kobiety, która przez dziewięć lat nie poczuła na sobie niczyich oczu. Pomyślał o Conradzie i o głosie morza, który słyszy się do końca życia. Pomyślał o swoim jachcie, o stanicy, o jeziorach konińskich, które znał jak linie na własnej dłoni, i o tym, że są głębiny, do których nawet on nigdy nie nurkował.
Zgasił papierosa o mokrą reling i wrzucił niedopałek do pustej puszki po piwie.
Potem wszedł pod pokład, położył się obok Anety na wąskiej koi, objął ją ramieniem i zamknął oczy.
Jacht kołysał się. Woda chlupotała o kadłub. Elektrownia szumiała.
Wszystko było jeszcze na swoim miejscu.Rozdział 5: Dzieci, których jeszcze nie ma
Wieczór przyszedł nad ulicę Kolską tak, jak wieczory przychodzą we wrześniu w Wielkopolsce — powoli, niechętnie, jakby lato nie chciało oddać miejsca jesieni i negocjowało z ciemnością każdą minutę światła. Niebo za oknem salonu przechodziło przez wszystkie odcienie różu i fioletu, a kominy elektrowni na horyzoncie rysowały się jak dwa ciemne palce wzniesione ku niebu w geście, który mógł oznaczać ostrzeżenie albo błogosławieństwo, zależnie od nastroju patrzącego.
Barbara rozpaliła w kominku. Nie dlatego, że było zimno — wrzesień był jeszcze łagodny, a dom na Kolskiej trzymał ciepło jak termos — ale dlatego, że ogień w kominku zmieniał pokój. Zmieniał światło, zmieniał cienie, zmieniał ludzi. Przy kominku twarze stawały się cieplejsze, głosy cichsze, rozmowy głębsze, jakby ogień miał tę właściwość, której nie mają żarówki ani świece — właściwość cofania ludzi do jakiegoś pierwotnego stanu, kiedy siedzenie przy ogniu było jedynym sposobem na przetrwanie nocy i kiedy rozmowa nie była rozrywką, lecz koniecznością.
Siedzieli we trójkę w salonie — Michał na kanapie, Aneta obok niego z nogami podciągniętymi pod siebie i głową opartą o jego ramię, Barbara w fotelu naprzeciwko, z kieliszkiem wina, którego nie piła, a raczej trzymała jak rekwizyt, jak coś, co zajmuje ręce i daje im powód, żeby nie robić nic innego. Resztki kolacji — zimna szynka, pomidory, chleb, ser — leżały na stoliku kawowym obok albumu ze zdjęciami, który wciąż był zamknięty, grzbietem do góry, strażnik przeszłości pilnujący wejścia do wspomnień.
Ogień trzaskał. Iskry strzelały w górę jak małe, pomarańczowe ryby wyskakujące z wody. Michał patrzył w płomienie i myślał, że ogień i woda mają ze sobą więcej wspólnego, niż ludzie sądzą — oba żywioły są piękne, oba są niebezpieczne, oba dają życie i oba je zabierają, i oba hipnotyzują, jeśli patrzysz na nie wystarczająco długo.
— Michał — odezwała się Aneta, nie podnosząc głowy z jego ramienia, tonem kogoś, kto myślał o czymś od dłuższego czasu i wreszcie znalazł moment, żeby to powiedzieć. — Chcę mieć troje dzieci.
Michał nie zareagował natychmiast. Wziął oddech, wypuścił go powoli i poczuł, jak mięśnie w jego ramieniu — tym, na którym leżała głowa Anety — lekko się napinają, jakby ciało zareagowało szybciej niż umysł, jakby mięśnie wiedziały coś, czego rozum jeszcze nie przetworzył.
— Troje — powtórzył.
— Troje. Dwóch chłopców i dziewczynkę. Chłopcy pierwsi, żeby chronili siostrę. Dziewczynka ostatnia, żeby miała dwóch starszych braci, którzy będą ją rozpieszczać i jednocześnie odstraszać chłopaków w liceum.
— Masz to już zaplanowane.
— Mam to zaplanowane od czternastego roku życia. Wtedy narysowałam swój pierwszy dom i narysowałam w nim pięć pokoi — jeden dla nas, jeden dla gości i trzy dla dzieci. Małe pokoje, bo dzieci nie potrzebują dużych pokoi. Dzieci potrzebują ścian, żeby wieszać rysunki, i podłogi, żeby budować zamki z klocków. Do tego wystarczy osiem metrów kwadratowych.
— Osiem metrów kwadratowych — powiedział Michał z uśmiechem, w którym było tyle czułości, ile mieści się w uśmiechu mężczyzny, który kocha kobietę za rzeczy, o których ona nie wie, że je robi. — Architektka planuje pokoje dziecięce co do metra.
— Co do centymetra. Okno na wschód, żeby budziło porannym światłem. Łóżko pod ścianą zachodnią, żeby wieczorne słońce nie raziło w oczy. Biurko pod oknem. Półka na książki przy drzwiach. Wszystko przemyślane. Wszystko na swoim miejscu.
— A co, jeśli dziecko będzie chciało łóżko pod oknem?
— To przestawimy. Ale zaczniemy od planu. Ludzie bez planu dryfują. A ja nie chcę dryfować.
— Żeglarze czasem dryfują — odezwała się Barbara z fotela, a jej głos w blasku kominka brzmiał inaczej niż w kuchni, inaczej niż przy stole — cieplej, głębiej, jakby ogień podgrzewał nie tylko powietrze, ale i ton, i znaczenie słów. — Żeglarze dryfują, kiedy nie ma wiatru. I czasem właśnie wtedy odkrywają miejsca, do których nigdy by nie dopłynęli, gdyby trzymali się kursu.
— Mamo, dryfowanie z dziećmi to nie przygoda. To katastrofa.
— Nie mówię o dryfowaniu z dziećmi. Mówię o dryfowaniu z planami. Możesz zaplanować troje dzieci, pięć pokoi i okna na wschód. A potem życie da ci jedno dziecko, trzy pokoje i okna na północ. I będziesz musiała zdecydować, czy to jest porażka, czy po prostu inna wersja szczęścia.
Aneta uniosła głowę z ramienia Michała i spojrzała na matkę. Ogień z kominka tańczył w jej bursztynowych oczach, nadając im kolor płynnego złota — kolor, który Michał widywał na wodzie Pątnowa o zachodzie słońca, kiedy powierzchnia jeziora zamieniała się w lustro odbijające niebo i nie wiadomo było, gdzie kończy się woda, a gdzie zaczyna powietrze.
— Mamo, czy ty próbujesz mi powiedzieć, że nie chciałaś mnie?
— Co? Nie. Boże, nie. Chciałam cię bardziej niż czegokolwiek na świecie. Ale nie planowałam cię. Nie narysowałam pokoju z oknem na wschód i biurkiem pod oknem. Zaszłam w ciążę, bo życie tak zdecydowało, i urodziłam cię, bo to było jedyne, co chciałam zrobić, kiedy zobaczyłam dwie kreski na teście. A potem stawiałam łóżeczko tam, gdzie się mieściło, i wieszałam zasłonki tam, gdzie było okno, i nie pytałam, na jaką stronę świata wychodzi, bo miałam noworodka, który płakał co dwie godziny, i męża, który zamiast pomagać, szedł naprawiać łódkę, bo „łódka przecieka, Basiu, a jak łódka przecieka, to nie poczekam do wiosny”.
Barbara urwała. Wzięła łyk wina — pierwszy od kwadransa, duży, nieostrożny, jakby wino było lekarstwem, a nie napojem. Ogień w kominku strzelił iskrą, która wylądowała na ceglanym obramowaniu i zgasła natychmiast, mały pomarańczowy żywot trwający ułamek sekundy.
— Przepraszam — powiedziała Barbara po chwili, ciszej. — Nie powinnam mówić tak o twoim ojcu. Ryszard pomagał. Na swój sposób. Na sposób mężczyzny, który wyraża miłość czynieniem, nie byciem. Naprawiał, budował, wkręcał, przybijał. Każdy gwóźdź, który wbił w ścianę tego domu, był aktem miłości. Każda deska, którą wymienił, była listem miłosnym. On tak kochał. Rękami, nie słowami. I ja to akceptowałam. Przez piętnaście lat akceptowałam, bo miałam ciebie, i ty byłaś wystarczającym powodem, żeby akceptować wszystko.
Michał siedział nieruchomo, z wrażeniem, że jest świadkiem czegoś, w czym nie powinien uczestniczyć — intymnej rozmowy matki z córką, w której każde zdanie niesie ciężar lat niewypowiedzianych prawd. Czuł się jak żeglarz, który przypadkiem wpłynął na wody oznaczone na mapie jako „rejon zamknięty” — nie dlatego, że jest niebezpiecznie, ale dlatego, że to, co tam leży na dnie, jest zbyt prywatne, zbyt kruche, zbyt ważne, żeby narażać je na obce spojrzenia.