Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Saldo zniknięć - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
14 stycznia 2026
29,00
2900 pkt
punktów Virtualo

Saldo zniknięć - ebook

Co, jeśli zniknięcie jest legalne? Saldo zniknięć to mroczny, realistyczny kryminał, w którym nie ma pościgów ani prostych odpowiedzi. Są za to kredyty, umowy i system, który działa idealnie — dopóki ktoś nie zada niewłaściwego pytania. Marek, doświadczony policjant, prowadzi sprawę zaginięcia kobiety pracującej w banku. Trop prowadzi do sieci powiązań, gdzie zadłużenie staje się narzędziem kontroli, a „dobrowolne decyzje” kończą się zniknięciem. Im głębiej wchodzi w sprawę, tym wyraźniej widzi, że prawda nie zawsze chce być odkryta — a instytucje nie lubią wracać do własnych porażek. To kryminał o systemowym złu, które nie krzyczy, tylko podpisuje dokumenty. O odpowiedzialności, winie i cenie, jaką płaci się za to, że widzi się za dużo.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788368732245
Rozmiar pliku: 6,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PREFACE

WSTĘP

Nie wierzę w przypadki.

To pierwsza rzecz, której nauczyła mnie policja i ostatnia, którą mi odebrała.

Ludzie znikają codziennie. Uciekają od długów, od małżeństw, od samych siebie. Statystyka zna na to rubryki, a my – procedury. Zazwyczaj wystarczy kilka dni, by sprawa sama się rozwiązała. Telefon odnajdzie się u nowego partnera, karta płatnicza zaloguje w innym mieście, a „zaginiona” wyśle kartkę z zagranicy, w której słowo _wolność_ będzie napisane większą czcionką niż reszta.

Ale Maria nie pasowała do żadnej rubryki.

Kierownik banku. Kobieta, która przez lata pilnowała cudzych pieniędzy tak, jakby były jej własnymi. Punktualna, nienaganna, przewidywalna. Zniknęła w poniedziałek. Bez awantury. Bez listu. Bez śladu paniki. Jakby wyszła z domu na pięć minut i zapomniała wrócić.

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem jej zdjęcie, pomyślałem, że wygląda jak ktoś, komu świat nigdy nie powiedział „nie”. Dopiero później zrozumiałem, że to właśnie takich ludzi świat łamie najciszej.

Nie wiedziałem jeszcze, że ta sprawa wciągnie mnie głębiej, niż powinienem pozwolić.

Nie wiedziałem, że bank – miejsce, które miało być bezpieczne – okaże się najciemniejszym punktem na mapie miasta.

I że na końcu nie będzie zwycięzców.

Tylko saldo strat.1

BANK, KTÓRY MIAŁ BYĆ BEZPIECZNY

To był jeden z tych dni, które nie pasują do zniknięć.

Ciepły, bezwstydnie zwyczajny. Słońce odbijało się od szyb biurowców tak mocno, że trzeba było mrużyć oczy. Ludzie pili kawę na ławkach, ktoś śmiał się za głośno przez telefon, tramwaj zatrzymał się dokładnie tam, gdzie powinien. Miasto działało jak dobrze naoliwiona maszyna. Bez zacięć. Bez alarmów.

Miałem sprawę w banku. Prywatną.

Ironia losu zawsze przychodzi nieproszona.

Chodziło o kredyt po rozwodzie. Nic wielkiego, restrukturyzacja, podpis, kilka pieczątek. Urzędowa rozmowa o przyszłości, która już dawno się rozsypała. Wszedłem do środka jak zwykły klient – bez odznaki, bez legitymacji. Lubię patrzeć na świat z tej strony. Wtedy ludzie są bardziej sobą.

Bank był jasny. Przesadnie jasny. Biel, szkło, stal. Wszystko krzyczało: _tu jesteś bezpieczny_. Klimatyzacja chłodziła powietrze, a z głośników sączyła się muzyka, która miała uspokajać, a w rzeczywistości tylko przypominała o czasie.

Czekałem w kolejce, obserwując innych. Starszą kobietę ściskającą teczkę jak koło ratunkowe. Młodego chłopaka w garniturze, który wyglądał, jakby grał rolę dorosłego. Kobietę z dzieckiem, liczącą drobne na ladzie.

Każdy z nich coś tu zostawiał.

Czas. Nadzieję. Albo przyszłe problemy.

Załatwiłem swoją sprawę szybko. Podpis, uśmiech doradcy, formułki wyuczone lepiej niż kodeks karny. Kiedy wychodziłem, telefon zawibrował w kieszeni. Numer służbowy. Ten, który nigdy nie dzwoni bez powodu.

— Marek, mamy zaginięcie — powiedział dyżurny. — Kobieta. Kierownik oddziału banku. Nie pojawiła się w pracy, rodzina zgłosiła brak kontaktu.

Zatrzymałem się przy drzwiach obrotowych. Spojrzałem jeszcze raz na wnętrze. Na ludzi siedzących spokojnie przy biurkach, na ekrany z kursami walut, na plakaty obiecujące stabilność.

— Tego banku? — zapytałem.

Chwila ciszy.

— Tego samego.

Wróciłem do środka już jako policjant.

Gabinet Marii znajdował się na piętrze, z dala od sali obsługi. Im wyżej, tym ciszej. Im ciszej, tym więcej sekretów. Drzwi były otwarte. To pierwszy zły znak. Drugi był zapach — nie paniki, nie chaosu, tylko… porządku. Przesadnego.

Biurko idealnie czyste. Dokumenty ułożone w równych stosach. Długopis położony równolegle do krawędzi. Kubek po kawie umyty, odstawiony na podkładkę. Kalendarz otwarty na bieżącym tygodniu. Poniedziałek zakreślony spokojną, niebieską linią.

Nie było tu miejsca na nagłe zniknięcie.

Podszedłem do okna. Widok na ulicę, na ludzi idących do pracy. Światło dzienne zalewało gabinet, jakby chciało wypchnąć z niego każdy cień. Pomyślałem wtedy, że jeśli ktoś chciał zniknąć, wybrał idealne miejsce. W biały dzień. W samym sercu bezpieczeństwa.

— Zawsze była pierwsza — powiedziała jedna z pracownic. — I ostatnia wychodziła.

Zawsze. Znowu to słowo.

Sprawdziłem komputer. Logowania bez zarzutu. Ostatnia aktywność w piątek, po godzinach pracy. Nic niezwykłego. Kierownicy często zostają dłużej. Czasem z ambicji, czasem z lęku, że coś przeoczą.

Sejf był otwarty.

Nie brakowało pieniędzy. Nie brakowało dokumentów bankowych. Brakowało jednego przedmiotu – telefonu Marii. Prywatnego. Odłożonego starannie na półkę, jakby ktoś uznał, że już się nie przyda. Jakby kontakt ze światem został zamknięty razem z drzwiami.

Zeszliśmy do archiwum. Chłodne pomieszczenie, regały po sufit, segregatory w kolorach, które miały porządkować ludzkie życie. Kredyty hipoteczne. Konsumpcyjne. Konsolidacyjne. Każdy segregator to czyjaś historia opisana liczbami.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij