Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Sama - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
13 marca 2026
49,90
4990 pkt
punktów Virtualo

Sama - ebook

Czy w gęstej, przesyconej spalinami atmosferze można wyczuć nadciągające niebezpieczeństwo, zanim uderzy z pełną mocą? Madison wydaje się twarda jak stal – niezłomna, pewna siebie kobieta, która nie boi się prędkości ani wyzwań. Jej dni wyznaczają kilometry spalonego asfaltu i adrenalina związana z prowadzeniem własnego biznesu, który nieodłącznie splata się z pasją do szybkiej jazdy. Ale pod skórą kryje się ból i traumatyczne wspomnienia, które odcisnęły piętno zarówno na jej ciele, jak i duszy. Justin zdaje się mieć życie pod kontrolą – stabilne, poukładane, z sukcesami, choć o tych nikomu nie mówi. Jego dobre serce i gotowość do pomocy wciągają go w przerażający świat, który chciał już dawno zostawić za sobą. Przypadkowe spotkanie splata ich ścieżki w sposób, jakiego nikt nawet nie brał pod uwagę. Przeszłość powraca w najmniej oczekiwanym momencie, a między tajemnicami i niebezpiecznymi intrygami zaczyna kiełkować coś, czego żadne z nich nie planowało do siebie dopuścić…

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788397671652
Rozmiar pliku: 1,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Czarne chmury kłębiły się na niebie, przysłaniając słońce, które próbowało rzucić na cmentarz chociaż odrobinę złudnej nadziei. Opustoszałe zazwyczaj miejsce tego dnia roiło się od żywych i ciepłych ciał. Kobiety całe na czarno, dzieci w eleganckich strojach. Wreszcie motocykliści, którzy ciasnymi ścieżkami dojechali pod samą kapliczkę.

Klecha patrzył na nas z niesmakiem i zgorszeniem.

Biała trumna stała w samym środku tego dziwnego zgromadzenia. Wpatrywałam się w nią, trwając w stanie wyparcia. Wiedziałam, czym ono jest. Czytałam o tym nie raz i teraz niewątpliwie towarzyszyły mi wszystkie objawy. Nie chciałam dopuścić do siebie prawdy. Czekałam, aż wieko trumny zostanie podniesione, a w moją stronę ruszy Nicolas, twierdząc, że to wszystko było jego kolejną farsą.

Minuty mijały. Zebrani trwali w ciężkiej ciszy, dopóki nie zakończono ostatniej modlitwy.

Z letargu wyrwał mnie ryk motocykli. Dźwięk, który zawsze tak kochałam, zabrzmiał wyjątkowo złowrogo. Przerażenie zawładnęło moim ciałem, paraliżując je całkowicie.

Gdyby nie męskie ramię, które chwilowo stanowiło dla mnie oparcie, z pewnością nie dałabym rady ruszyć za trumną. Spojrzałam na Dariusa. W jego oczach lśniły łzy, broda mu drgała. Mięśnie miał spięte, czułam każdy muskuł. Trwał jednak mężnie przy moim boku, chociaż go o to nie prosiłam. Pozostał opoką, która w tamtej chwili łączyła mnie ze światem. Byłam jak dziecko we mgle, a on prowadził mnie za rękę.

Z każdym krokiem zbliżaliśmy się do TEGO miejsca. Tam, gdzie wszystko się kończy i skąd dla nikogo nie ma już powrotu. Przystanęliśmy dość blisko i patrzyliśmy na ostatnie przygotowywania do opuszczenia trumny.

Jakiś młodzieniec trzymał wielkie zdjęcie, na którym wszyscy mogli zobaczyć roześmianego mężczyznę z blond czupryną, szerokim uśmiechem i szelmowskim błyskiem w oku. Chłopiec z dziewczynką nieśli razem wielki bukiet kwiatów z napisem: „Kochanemu bratu, dbaj o nas z nieba”. Obok miejsca pochówku stało już kilka większych i mniejszych wiązanek. Czytałam napisy mechanicznie: „Do zobaczenia, stary”, „Za szybki, by żyć”, „Kochany synku”, „Kocham cię, mama” i wiele innych.

Obserwowałam to wszystko, cały czas mając nadzieję, że w końcu obudzę się z tego koszmaru.

Ktoś podszedł i położył na dębowym wieku rozbity kask. Silne ręce uniosły drewnianą skrzynię, by opuścić ją do wykopanego dołu. Wtedy poczułam. Moje serce zostało wyrwane i zmiażdżone.

– Nieeeee! Nie możecie tego zrobić! Zostawcie go! – Z wrzaskiem rzuciłam się w stronę trumny.

Czułam na sobie ręce, które próbowały mnie unieruchomić, słyszałam pocieszające słowa. Ale nic nie mogło mnie zatrzymać. Dopadłam do trumny, opadłam na nią i przytuliłam się do zimnego wieka. Łzy ciekły mi po twarzy, szloch targał ciałem, a wszechogarniający ból sprawiał, że walczyłam o każdy oddech.

– Nie możecie… To nieprawda… – szeptałam gorączkowo, chociaż w ogólnym zgiełku moje słowa na pewno do nikogo nie dotarły. Motocykle wyły dalej na pełnych obrotach, więc usłyszenie czegokolwiek innego byłoby niemożliwe.

Oderwałam czoło od chłodnego drewna i spojrzałam na otaczających mnie ludzi. Teraz płakali już wszyscy. Wiedziałam, że przeciągam uroczystość, jednak w tamtym momencie o to nie dbałam. W końcu Darius podszedł, odciągnął mnie siłą od trumny, postawił na nogi i zamknął w żelaznym uścisku.

– Zamknij oczy, będzie łatwiej. On nie chciałby, żeby to tak wyglądało! – Dotarł do mnie jego głos. – Nie zapomnimy o nim, jednak dzisiaj tak musi być. Też za nim tęsknię.

Słyszałam, co mówił, jednak kiedy po raz kolejny podnieśli trumnę, znów wpadłam w szał i próbowałam mu się wyrwać. Tym razem nie dał się zaskoczyć i trzymał mnie z całych sił. Czułam, że zaraz rozsypię się na kawałki lub przestanę istnieć.

Później pojawił się mrok. Zaciskał wokół mnie stalową pętlę, obejmując przez każdą szczelinę po kolei wszystkie komórki w ciele. Wpatrywałam się w przyjaciół, którzy zasuwali płytę grobowca. I wtedy już wiedziałam. Nic nie będzie takie samo. Czas przecież nigdy nie zawraca.ROZDZIAŁ 1

Madison

Dwa lata później…

Idealny wieczór na przejażdżkę. Słońce jeszcze przyjemnie grzało, a na drodze było dość spokojnie. Pogrążona w myślach przemierzałam kolejne kilometry na mojej nowej zdobyczy.

Yamaha YZF-R6 to coś, na co czekałam bardzo długo. Udało się. Jednak nie czułam radości. Kiedyś to było moje wielkie marzenie. A dzisiaj? Sama nie wiedziałam, czego chcę.

Starając się nie wpaść w ponury nastrój, jechałam dalej i obserwowałam wszystko dookoła. Auto, które zasuwało przede mną, powoli zaczynało mnie irytować. Niestety, od dłuższego czasu nie było na tym odcinku legalnego miejsca przeznaczonego do wyprzedzania. Co jak co, ale mandaty były cholernie wysokie, więc z reguły przestrzegałam przepisów. Poza tym nie uśmiechało mi się stracić prawka. Wtedy byłabym tylko ja i moje myśli, a tak miałam odskocznię, która pozwalała chociaż na chwilę zapomnieć.

Gość przede mną w swoim pięknym i zadbanym BMW przyspieszył, a ja z przyzwyczajenia podjechałam dość blisko. W pewnym momencie dał ostro po hamulcach. Wiedziałam, że nie zdążę.

Z naprzeciwka jechał tir, a po prawej miałam barierki. Kurwa! Dobrze wiedziałam, jak to jest lecieć nad autem po wjechaniu mu w dupę, więc zrobiłam to, co wydawało mi się dla wszystkich najbardziej bezpiecznie. Najzwyczajniej w świecie położyłam motocykl.

Ślizgiem zatrzymałam się tuż za samochodem, oszołomiona, że w ogóle spotkała mnie taka sytuacja. Na szczęście ciuchy sprawiły się jak należy, nigdzie nie czułam pieczenia, może będę miała tylko kilka siniaków.

Przekręciłam kluczyk, żeby zgasić maszynę. Powoli zaczęłam gramolić się spod mojej zarysowanej Yamahy. Ściągnęłam kask i już miałam rzucić wiązankę przekleństw, ale to, co zobaczyłam, ścisnęło mnie za gardło.

Gdy ja zbierałam się z asfaltu, mężczyzna musiał wysiąść z auta. Teraz biegał w kółko przed maską samochodu. Miał łzy w oczach, a na rękach na oko roczne dziecko, którego twarz była już purpurowa. Cholera! Dlaczego zawsze muszę mieć takie przygody na trasie?

Rzuciłam kaskiem i podbiegłam do niego, żeby wyrwać z jego rąk dziecko. Pajac się opierał, a przecież wyraźnie było widać, że nie potrafi mu pomóc.

– Zostaw, uratuję je! – wrzasnęłam.

Dopiero wtedy odpuścił. Przystąpiłam do działania. Nie musiałam myśleć, zachowałam się instynktownie, robiłam to już wiele razy.

Oparłam się plecami o bok auta i przyjmując pozycję podobną do siedzącej, przełożyłam dziecko przez kolana. Uderzałam spokojnie, zdecydowanie, ale niezbyt mocno między łopatki i odliczałam. Raz. Ładne ma włosy. Całkiem ciekawy odcień. Dwa. I słodką buzię. Na pewno ma kochającą matkę. Trzy. Boże, wiem, że w ciebie nie wierzę, ale jeśli tam jesteś, to pozwól mi ją uratować. Cztery. Usłyszałam brzdęk metalowej monety uderzającej o drogę. Udało się!

Przytrzymałam małą jeszcze chwilkę w tej pozycji, a potem powoli ją posadziłam. Łapała łapczywie powietrze, a jej twarz z każdym oddechem nabierała zdrowych kolorów. Kolejna uratowana dusza wskoczyła na moje niewidzialne konto. Dlaczego nie mogłam pomóc swojej?

– Boże, oddycha! Pani… To znaczy… O mój Boże… – Chłop powtarzał urywki słów jak mantrę, ale dla odmiany chociaż usiadł na drodze, zamiast biegać w kółko.

Teraz miałam dobrą okazję, żeby mu się przyjrzeć. Wysoki brunet, muskularne ciało, lekki zarost, ciemna karnacja, kanciasta twarz, duże usta, zielone oczy i niesprawiedliwie długie rzęsy. Całkiem ciekawy, trzeba przyznać.

– Halo, tu ziemia! – powiedziałam chyba zbyt głośno, ale nie miało to już dla mnie znaczenia. – Możesz odebrać swój skarb.

– Co? A, tak. – Wstał i podszedł do nas, a biorąc dziewczynkę na ręce, dodał: – Olbrzymi skarb, ale nie mój. To Lea, córka mojego brata – podsumował, patrząc na mnie niepewnie.

Świat wokół mnie zawirował, więc przyjęłam bezpieczną pozycję. Usiadłam na drodze. Wsadziłam głowę między kolana i starałam się wyrównać oddech. Czasem działamy pod wpływem emocji, nie czując żadnego bólu, a kiedy sytuacja robi się opanowana, to wszystko uderza ze zdwojoną siłą. Mogłam nie wyrobić i wpaść prosto pod tira. Ona mogła się udusić. Boże, jeśli tam jesteś, to dziękuję ci.

– Mam wezwać pogotowie? Może sam cię tam zawiozę?

Gdy uniosłam twarz, ujrzałam jego zielone oczy tuż przed sobą. Przenikliwość i pewność, którą zauważyłam w spojrzeniu, przeraziły mnie. Speszona odwróciłam wzrok.

– Jest okej, daj mi chwilkę. Trochę mnie wszystko boli. – Jak tylko wypowiedziałam te słowa, zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę jest.

Adrenalina w żyłach zaczęła opadać, a poobijane ciało dawało o sobie znać. Podczas oddychania czułam kłucie w żebrach, lewe kolano i ręka też pulsowały boleśnie. Tak to jest, jak się kładzie motocykl. Trudno, jak zawsze jakoś się pozbieram.

– Nie wiem, jak ci dziękować, ja… spanikowałem. Zobaczyłem w lusterku, że coś się dzieje z małą. Nie wiedziałem, co robić. Powinienem zjechać na pobocze, nie pomyślałem. Twój motocykl, ty… – jąkał się coraz bardziej, a składanie sensownych zdań sprawiało mu ogromną trudność.

Przejęty do granic możliwości, wciąż trzymając małe dziecko w ramionach, wyglądał wyjątkowo ckliwie. Wyraźnie widziałam wyrzuty sumienia, które go dopadły. Nie lubiłam tego. Litości. Współczucia.

– Dobra, daj już spokój, spanikowałeś i tyle.

Podniosłam się powoli i okrążyłam samochód, żeby obejrzeć motocykl. Chociaż byłam drobna, podnoszenie go z pozycji leżącej miałam opanowane do perfekcji. Jeżeli nam na czymś bardzo zależy, zawsze znajdziemy sposób, żeby tego dokonać.

Sama maszyna nie wyglądała tak źle. Plastiki porysowane, ale poza tym nic nie było rozbite. Nigdzie nie ciekło, więc powinien odpalić bez problemu. Za nami utworzył się już dość duży korek, a z trzeciego samochodu zmierzał do nas nieciekawy jegomość z wąsem. Jego mina mówiła wszystko. Dobrze wiedziałam, co zaraz usłyszę.

– Nie dość, że wiecznie wam się śpieszy, to jeszcze nie potraficie jeździć! I to do tego dziewucha! Sami dawcy dookoła. Nic się panu nie stało? Może zadzwonić na policję? – zwrócił się do bruneta, zupełnie ignorując mój stan.

Ale czego się można spodziewać po obecnej znieczulicy na drogach? Przecież to zawsze my… MOTOCYKLIŚCI jesteśmy winni całemu złu tego świata. Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu mężczyzna wziął mnie w obronę.

– Z całym szacunkiem, ale myli się pan. To moja wina. Gwałtownie zatrzymałem samochód, bo bratanica zadławiła się monetą. Nie wiedziałem, co zrobić. Zawdzięczam tej pani życie mojej małej iskierki – powiedział, patrząc na mnie z uwielbieniem.

Cebulaczek – bo tak nazywam ten typ ludzi – wyraźnie się zmieszał i nie miał pojęcia, co odpowiedzieć. Spojrzał na mnie jeszcze raz z wrogością, odwrócił się tyłem i pomaszerował do swojego samochodu.

– Dobra, zjedź na pobocze albo ruszaj dalej. Robimy niepotrzebne zamieszanie – rzuciłam do pana muskularnego, wsiadając na motocykl.

Niestety nie miałam sił na dalszą jazdę. Chciałam tylko sprawdzić, czy odpali, i przestawić go kawałek dalej do małej zatoczki. Na szczęście silnik zaskoczył bez problemu.

Podniosłam kask z ziemi i przełożyłam przez rękę. Nie miałam jeszcze ochoty go wkładać. Minęłam to nieszczęsne BMW i zaparkowałam koło stacji. Nie wiem dlaczego i po co, ale brunet poszedł w moje ślady.

Postanowiłam go zignorować. Podeszłam do najbliższej ławki i usiadłam po swojemu, czyli nogi na siedzisku, a pupa na oparciu. Robiłam tak od zawsze. Z wewnętrznej kieszeni kurtki wyjęłam paczkę Marlboro. Odpaliłam papierosa. Wdech i wydech. Kłęby dymu w płucach potrafią uspokoić człowieka. Okropny nałóg – wiedziałam o tym. Ale to był jedyny moment poza jazdą na motocyklu, w którym czułam spokój. Nie potrafiłam z tego zrezygnować. Jeszcze nie dzisiaj… Ale może kiedyś. Na razie jednak każda próba rzucenia fajek kończyła się fiaskiem, więc chwilowo dałam sobie z tym spokój.

Usłyszałam trzask zamykanych drzwi i dziarskie kroki na żwirze. Zbliżał się w moją stronę. Tylko czy ja miałam ochotę na tę rozmowę?

– Niewątpliwie jesteś bardzo ciekawym zjawiskiem… Przeze mnie rozwaliłaś sprzęt i ciuchy, a odjechałaś jak gdyby nigdy nic – powiedział i usiadł na końcu ławki. – Mogę chociaż poznać twoje imię?

– Madison – mruknęłam.

– Justin. – Wyciągnął do mnie rękę.

Spojrzałam na niego najbardziej złowrogim spojrzeniem, na jakie było mnie stać, i zamiast normalnie podać dłoń, zbiłam piątkę.

– Niemiło mi. Jak twoja mała pasażerka?

– Śpi. To był dla niej dzień pełen wrażeń. Usiłujesz się mnie pozbyć?

– Może. – Sięgnęłam po kolejnego papierosa. – Chcesz? – zapytałam, wyciągając rękę z paczką w jego stronę.

– Dzięki, ale nie. Papierosy mnie nie kręcą. Chciałbym za to twój numer telefonu.

– Nie wiem po co.

– Żeby odkupić uszkodzone części oraz twój kombinezon, bo też nie wygląda najlepiej. Poza tym może powinnaś pójść do lekarza?

Boszzzz, miałam serdecznie dość tej rozmowy. Nie lubię grzecznych, słodkich, miłych mężczyzn, a Justin zdecydowanie do nich należał. Jeszcze chciał mi odkupić rzeczy, jakby nie wiedział, że ubezpieczenie wszystko pokryje. Chociaż w sumie… Czemu nie zgarnąć dodatkowej kasy? To mogło być całkiem ciekawe. Zrekompensowałby mi straty moralne. Do tego chciałam zobaczyć jego minę na widok paragonu za same ciuchy. Ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że często nasze ubrania są warte więcej niż maszyna, na której jeździmy.

– Dobra, podaj mi swój numer, to puszczę ci strzałkę.

– Serio? Byłem pewny, że się nie zgodzisz. Lubisz zaskakiwać, Madison – powiedział, szczerząc się jak głupi do sera.

Przy wymianie numerów zauważyłam tatuaż na jego przedramieniu, ale nie zdążyłam mu się dokładnie przyjrzeć. Pan Grzeczny i coś takiego. Niewiarygodne.

Zeskoczyłam z ławki, co było ogromnym błędem. Ból w klatce piersiowej sprawił, że się zachwiałam i gdyby nie dłonie, które objęły mnie w talii, z pewnością bym upadła. Poczułam jego oddech na karku. Czy on właśnie wąchał moje włosy? Jego prawa ręka przesunęła się na brzuch i zaczęła kierować ku górze, niebezpiecznie blisko moich piersi.

– Dzięki. Możesz mnie puścić.

– Nie wyglądasz jak osoba, która ma siłę, żeby jechać. Daj sobie pomóc.

– Nie. Naprawdę czasem bywało gorzej. Na razie. – Odsunęłam się od niego i prostując dumnie plecy, podeszłam do motocykla.

Kask, zapłon, podnóżka, sprzęgło, jedynka, gaz. Ruszyłam ostro, rzucając mu ostatnie spojrzenie. To, że zgodziłam się na wymianę numerów, nie oznaczało, że jeszcze się spotkamy.

Kierowałam się w stronę mieszkania najkrótszą drogą, jaką tylko mogłam wybrać. Miła przejażdżka zamieniła się w okropnie trudne doświadczenie. Czułam duże zmęczenie, byłam bliska załamania. Od niechcenia zerknęłam w lusterka. Tylko mi się wydawało, czy naprawdę zobaczyłam tam błysk niebieskiego światła? Zwolniłam.

Mimo bólu nie miałam omamów wzrokowych. Kawałek za mną pędził radiowóz, który najwyraźniej próbował mnie dogonić. Wygięte blachy gwarantowały mi anonimowość, jednak nie miałam siły ani nerwów, aby próbować ucieczki.

Grzecznie zjechałam na pobocze i zgasiłam silnik. Zdjęłam kask, sięgnęłam po paczkę papierosów i odpaliłam jednego. Zapowiadała się dłuższa rozmowa oraz kazanie zakończone mandatem. Czekałam cierpliwie, aż stróż prawa zaparkuje obok i podejdzie do mnie.

– Miło cię znowu widzieć – rzucił w moją stronę dobrze znany głos.

– Może i dla ciebie miło – odpowiedziałam zaczepnie, wydmuchując powoli dym z płuc.

– Nic się nie zmieniłaś.

– A czego się spodziewałeś? Statecznej matrony prowadzącej minivana?

– Jak zawsze milutka. Nie nudzi ci się jeszcze to igranie ze śmiercią?

– Dobrze wiesz, że od dawna jestem martwa.

– Ehhh… – Zwykle wyszczekany Rocky nie wiedział, co odpowiedzieć. – Minęło już sporo czasu, myślałem, że zaczniesz żyć.

– Właśnie to robię. Tylko twój smerfowy wózek mi w tym przeszkadza.

– Wiesz, że nie mogę cię puścić. Mam kompana w aucie.

– Pisz, co trzeba – stwierdziłam i wyciągnęłam kolejnego papierosa z paczki.

Nic nie mogłam poradzić na to, że znałam większość policjantów w mieście, a gdy łamałam przepisy, oni musieli wykonywać swoją pracę. W takich sytuacjach nasze prywatne znajomości czy koligacje się nie liczyły. Rocky pogrzebał w kieszeniach i już po chwili bazgrał odpowiednie informacje na kwitku.

– Trochę masz poobijane to swoje cudo, kombinezon też wygląda średnio. Jest sens, żebym pytał, co się stało? – Spoglądał na mnie z troską. Nienawidziłam tego. Nie chciałam litości. Nawet od starego kompana do wspólnych przejażdżek.

– Może ptaszki ci jutro o tym opowiedzą. Albo żule spod sklepu. Oni zawsze mają sprawdzone informacje – stwierdziłam z ironią.

– Dobra, nie było tematu. Tylko uważaj na siebie. – Podał mi papier, który z pewnością nadszarpnie mój budżet.

– Do następnego – odpowiedziałam, wkładając z powrotem kask.

Odjechałam, nie oglądając się za siebie. Wyjątkowo wolno dotarłam do miejsca, które tylko teoretycznie było moim domem. Osobiście nazwałabym to noclegownią lub bazą wypadową.

Zdjęłam z siebie wszystko, łącznie z bielizną, i obolała rzuciłam się na łóżko. Tym razem sen przyszedł nadzwyczaj szybko i po raz pierwszy od dawna nie nękały mnie koszmary.

Kilka godzin później

Głośna rockowa muzyka dudniła w całym mieszkaniu. Masz problem ze wstaniem skoro świt? Zaprogramuj wieżę tak, żeby dawała na cały regulator zamiast budzika. Na mnie to działało.

Zsunęłam nogi z łóżka i powoli udałam się do łazienki. Stojąc nago przed lustrem, miałam okazję obejrzeć wczorajsze „pamiątki”. Nie było tak źle, chociaż każdy oddech sprawiał mi ból. Może jednak warto to prześwietlić? Będę musiała później o tym pomyśleć.

Przyjrzałam się twarzy – od dawna nie poznawałam siebie. Znajomi określali mnie „lodową księżniczką”. Nie byłam taka. Ale błękitne oczy straciły blask, a długie, delikatnie kręcone blond włosy zmatowiały. Kilka piegów na twarzy wyblakło, a skóra miała chorobliwie blady odcień. Większość moich żeber można było policzyć nawet przez koszulkę. Wzruszyłam ramionami, bo tak naprawdę nie dbałam o to. Wygląd zewnętrzny już dawno stracił dla mnie znaczenie.

Odkręciłam wodę. Kiedy miałam pewność, że będę parzyć się jak kurczak w rosole, weszłam do obszernej kabiny. Piekło jest tutaj, pomyślałam, gdy gorące strumienie zaczęły masować obolałe ciało.

„Możesz być, kim tylko chcesz. Dasz radę, Mads!” – echo słów, które dawniej słyszałam tak często, znów zamajaczyło w mojej głowie. Czasami miałam wrażenie, że ostatnie dwa lata to koszmar, który minie, jeżeli w końcu się obudzę. To było bez sensu. Jednak tylko tkwiąc w stanie półjawy, mogłam normalnie funkcjonować. Żyć. Bo przecież jedynie to było teraz moim celem. Zacisnęłam powieki, walcząc z ogarniającym mnie bólem. Nie tym razem. Z gardła wyrwał mi się szloch.ROZDZIAŁ 2

Justin

Kiedy w końcu wróciłem do domu z moim słodkim „bagażem”, opadłem z sił. Ten dzień kosztował mnie więcej, niż sam na początku przypuszczałem. Dopiero teraz emocje i stres zaczęły mnie przytłaczać. Na moich barkach spoczywał ogromny ciężar. Wolałem nie myśleć o tym, co mogło się stać. Powinienem lepiej posprzątać auto, zanim wsadziłem do niego dziecko. Poczucie winy to coś, co zżera od środka, i chociaż nie miałem na to ochoty, wiedziałem, że tylko rozmowa z bratem przywróci mi względny spokój.

Odniosłem małą do jej pokoiku. Niania Gina, kobieta o wielkim sercu i obfitych kształtach, jak zawsze czekała gotowa do pracy. Sprawnie przejęła z moich rąk śpiące dziecko. Skinąłem jej głową, po cichu życząc dobrej nocy, i wycofałem się na korytarz. Powoli przemierzałem rezydencję, kierując się do głównego gabinetu. Byłem pewny, że tam go zastanę.

Dębowe drzwi były uchylone, więc wszedłem bez pukania. Tak jak sądziłem, Darius siedział przy biurku i wypełniał jakieś papiery. Był pracoholikiem i wszyscy oprócz niego zdawaliśmy sobie z tego sprawę. Być może to jego sposób na ucieczkę od własnych demonów. A ja jeszcze miałem mu dzisiaj dołożyć kłopotów. Po prostu, kurwa, świetnie.

– Jak minął dzień? – zapytał, nie odrywając wzroku od kartki, którą akurat trzymał.

– Może lepiej to odłóż. – Podszedłem do barku, żeby nalać bratu whisky, bo wiedziałem, że ze szklanką w ręce lepiej zniesie to, co chcę mu przekazać.

– Aż tak dała ci popalić? Przecież to wyjątkowo spokojne dziecko, ze mną zawsze świetnie się bawi – powiedział, sadowiąc się wygodniej w fotelu.

– Powiedzmy, że mieliśmy małą przygodę – mruknąłem.

Podałem mu alkohol i zająłem miejsce na kanapie obok kominka. To była stosunkowo bezpieczna odległość, gdyby w przypływie furii zapragnął rzucić we mnie szklanką.

– Powiesz, czy będziesz czekał, aż całkiem zanudzą mnie twoje dziwne podchody? – Jego ton zmienił się na ten mniej przeze mnie lubiany.

No cóż, najwyżej mnie zabije.

– Tak jak prosiłeś, zabrałem małą… – zacząłem niepewnie.

Streściłem mu przebieg całego dnia, a gdy doszedłem do najmniej chwalebnego momentu, obserwowałem go kątem oka. Wraz z biegiem historii jego twarz przybierała barwy od purpurowej po trupio bladą i znów purpurową. Kiedy kończyłem, charakterystyczna żyłka na skroni pulsowała, jakby zaraz miała pęknąć. Nic nie mówił, tylko wpatrywał się we mnie tym złowieszczym wzrokiem, który sprawiłby, że nawet lodowy posąg roztopiłby się w minutę.

Teoretycznie nie bałem się brata. W praktyce wolałem nie przebywać zbyt blisko niego, kiedy był wkurwiony. Teraz sam doprowadziłem go do tego stanu. Po kilku minutach jego twarz zaczęła wracać do normalnego odcienia. Szklanka z alkoholem była pusta.

– Powiesz coś w końcu? – Wstałem po butelkę. – Czeka mnie szubienica? Czy tylko solidny łomot? – Pewną ręką nalałem bratu drugą kolejkę i usiadłem naprzeciwko niego.

– Cóż… Bardzo nie podoba mi się to, co usłyszałem, ale najwyraźniej anioł nad tobą czuwał. Skoro małej nic się nie stało, to unikniemy rozlewu krwi. Jednak na przyszłość proszę cię o większą ostrożność – podsumował i zajął się opróżnianiem kolejnej szklanki.

Spoglądałem na niego niepewnie. Bez krzyku i rzucania przypadkowymi rzeczami? To nowe oblicze Dariusa, które było mi wyjątkowo obce. Dziewczynka była jego oczkiem w głowie, od kiedy został jej adopcyjnym ojcem. Coś mi tu wyjątkowo nie pasowało.

– Tylko tyle?

– Tyle. Lea jest cała. A to dla mnie najważniejsze. Czekasz na solidną reprymendę, ale jej nie dostaniesz.

– Dlaczego?

– Powiedzmy, że to twój szczęśliwy dzień – stwierdził beznamiętnie, jakbym przed chwilą przedstawił mu wykresy sprzedaży z ostatniego miesiąca.

Wrócił do przeglądania swoich papierków. Zastanawiałem się, czy rozwieje moje wątpliwości. Potrzebowałem informacji, które mogły być dla mnie bardzo cenne. Tylko czy Darius będzie skłonny podzielić się ze mną tą wiedzą? Postanowiłem zaryzykować.

– Słuchaj, a ta dziewczyna? Wiesz coś o niej? Nigdy wcześniej jej nie widziałem.

– Bo cię tutaj nie było. Mieszkałeś z matką w innym mieście, a później studiowałeś za granicą. Nie da się poznać całego miasta, przebywając w nim tylko w weekendy. Po prostu życie, braciszku.

– Ciekawi mnie, kim ona jest. Wydaje się mieć interesującą osobowość. Chociaż jest w niej coś takiego… Hm… Trudno to określić słowami. Jej aura hipnotyzuje.

– Dobrze ci radzę, lepiej to zostaw. Mads nie jest dla ciebie.

– Mads? – Podniosłem głowę zaskoczony. – Czyli ją znasz? Wiedziałem!

– Po twoim opisie wnioskuję, że to ona. Tutaj żadna inna dziewczyna nie położyłaby świadomie motocykla. Brakuje im na to jaj. Ale nie Mads. Na twoim miejscu martwiłbym się o twoje klejnoty, bo rozgniecie ci je jak robaka. – Parsknął śmiechem pod nosem.

Niezbyt podobało mi się to, co usłyszałem, jednak Darius miał prawo żywić do mnie chwilową niechęć. W końcu naraziłem życie jego córki.

– Okeeeej. Jest coś, o czym jeszcze powinienem wiedzieć? – rzuciłem z pozoru znudzonym głosem.

– Jest dużo rzeczy, które nie są dla ciebie. Lepiej zrobisz, jak to zostawisz w spokoju. Ją zostawisz. Lepiej odpuść, bo już widzę, co się roi w twoim kochliwym małym móżdżku.

Ajć! To zabolało. Może miałem kilka przelotnych romansów, które uważałem za wielką miłość, ale przecież nikomu nie przysięgałem wierności do grobowej deski. Nic nie poradzę na to, że z biegiem czasu każde moje większe uczucie samoistnie ulegało wypaleniu i pozostawiało za sobą tylko popiół i urażone panny. Pewnej dziewczynie naprawdę oddałem swoje serce, jednak zdradziła mnie w jeden z najgorszych sposobów, jakie istnieją na tej planecie. Przyłapałem ją podczas igraszek z moim najlepszym przyjacielem.

Od tamtych wydarzeń minęło już sporo czasu. Byłem zdeterminowany, żeby poznać bliżej Madison. Chociaż spędziłem z nią tylko kilkanaście minut, wywarła na mnie ogromne wrażenie. Miała w sobie magnetyzm, który mnie przyciągał i nie pozwalał opuścić jej moich myśli. Ciekaw byłem, co lubi robić oraz jak spędza wolny czas. Miałem przeczucie, że nie są to robótki ręczne.

– Będzie, jak król rozkazał. – Puściłem mu oko i po cichu opuściłem pokój.

Nie zamierzałem się z nim kłócić o szczegóły. Zrobię to, co uważam za słuszne, a to, że nikt nie musi o tym wiedzieć… Cóż. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Zdecydowanie tak będzie lepiej dla mojego stanowczego brata.

Mogłem myśleć o nim, co chciałem, i doprowadzać go do furii, zwłaszcza w gronie przyjaciół. Jednak prawda była taka, że nieustannie mnie zaskakiwał i stanowił wzór. Szanowałem go. Niejednokrotnie pokazał, że potrafi posklejać to, co rozsypane, i naprawić to, co rozbite. Chociażby mała Lea.

Gdy jej rodzice zginęli w wypadku motocyklowym, Darius od razu zatrudnił prawników, którzy stoczyli batalię w sądach, żeby mała mogła zostać jego córką. Dużo wcześniej obiecał to rodzicom dziewczynki i słowa dotrzymał.

Było mi szkoda tej małej. Gdyby ten pieprzony pijak nie wyjechał wtedy na ulicę pod prąd swoją skarbonką, jej mama dalej co niedzielę piekłaby ciasto. Tata wracałby zmęczony po pracy i siedział z nią w fotelu, słuchając, jak minął jej dzień. Dobrze znałem tę rodzinę i krew mnie zalewała, kiedy myślałem o tym i o wszystkich innych wypadkach spowodowanych przez nieodpowiedzialnych ludzi.

Mówi się, że motocykliści to dawcy. A wszyscy dobrze wiedzą, że według statystyk najwięcej z nas ginie na drogach właśnie przez nieuważność i złośliwość osobówek. Lea i tak miała szczęście. Teraz miała mnie i Dariusa. Życzliwą opiekunkę o każdej porze dnia i nocy, która pokochała ją od pierwszego dnia. Dach nad głową, ciepłe posiłki i dość kolorową przyszłość.

Chociaż obaj staraliśmy się zapewnić jej również miłość, wiedzieliśmy, że nie zastąpimy rodziców. Do dupy jest to życie.

Położyłem się na kanapie w salonie i odpaliłem losowy serial na Netfliksie. Nie było dla mnie istotne, co oglądam, telewizja pełniła rolę usypiacza. Nie lubiłem ciszy. Musiałem mieć włączone coś w tle. Najczęściej było to radio lub właśnie TV. Czasem korzystałem też z szumu wiatraka, gdy w lecie były większe upały. Tylko wtedy mogłem spokojnie zasnąć. Przyłożyłem głowę do poduszki, myśląc o tym, co jutro napiszę do mojej pięknej nowej koleżanki.ROZDZIAŁ 3

Madison

Po porannym załamaniu nie pozostał prawie żaden ślad. Może tylko kolejna wyrwa w moim sercu. Pozory, pozory. Byłam mistrzynią w ich tworzeniu. Liczba sytuacji, w których większość ludzi uważała mnie za tą złą, choć tak naprawdę zachowywałam się właściwie, przytłaczała czasem nawet mnie. Miałam wrażenie, że żyję w bańce, którą sama stworzyłam. Bynajmniej nie była to różowa kraina. Mały obrzydliwy szczeniak plątał się między blokami? Nie ma problemu! Potrafiłam dyskretnie się nim zająć i znaleźć mu dom. Równocześnie wmawiając wszystkim, że cały dzień byłam poza miastem na zakupach. Dalsza sąsiadka trafiła do szpitala, zostawiając pociechy bez opieki? Cały tydzień bawiłam się w mikołaja i podrzucałam dzieciakom obiady, pilnowałam z odległości, żeby nie robiły żadnych głupot. Oczywiście niezauważona przez nikogo.

Chowałam w sobie naiwne serce, które nie chciało się ujawnić przed szerszą publiką. Tak było lepiej. W dzisiejszym świecie dobroć to słabość, a ja nie miałam zamiaru po raz kolejny dać się złamać.

Westchnęłam i przerwałam rozmyślania, które zdecydowanie zmierzały w złym kierunku. Miałam ambitne plany na kolejną dobę. Po pierwsze, pojawić się w pracy. Po drugie, przeżyć i nie psuć nastroju innym. Dość trudne cele jak na moje możliwości, jednak dzisiaj miałam zamiar dać radę.

Włożyłam mój ulubiony luźny strój, czyli beżowe spodnie dresowe, biała bluza z krótkim białym topem pod spodem oraz białe adidasy. To chyba najmniej odpowiednie ubrania do miejsca, w które się wybierałam, jednak taka właśnie byłam. Niedopasowana.

Miałam dość kasy, żeby codziennie kupować sobie taki sam zestaw. Niektórym mogło wydawać się to dość próżne, ale ja nie widziałam w tym nic złego. Może pieniądze nie mogły uciszyć mojego bólu, ale fakt był taki, że aktualnie byłam… milionerką. Trudno w to uwierzyć, ale jeden jedyny raz w życiu uśmiechnęło się do mnie szczęście. Całą nagrodę wygraną wtedy na loterii zainwestowałam w kupno nieruchomości, które wynajmowałam mniejszym lub większym firmom. Wszystkim zajmował się mój agent, a ponieważ inwestycja już się zwróciła, byłam spokojna o swoją przyszłość. Nawet gdybym była zmuszona wszystko sprzedać, to i tak będę wiodła godny byt. Pieniądze na moich kontach ruchały się jak głupie, bo nie miał kto ich wydawać. Nie musiałam pracować, ale chciałam. Dlaczego? Pozory. Poza tym musiałam mieć jakieś zajęcie. Nikt nie wiedział o mojej wygranej ani nabytych budynkach… Oprócz jednej osoby, której już z nami nie było. Tajemnicę zabrała do grobu, a ja nie zamierzałam zmieniać przekonań ogółu.

Zamknęłam za sobą drzwi mieszkania. Zignorowałam windę i zbiegłam po schodach. Lubiłam mieszkać wysoko. Chociaż miałam lęk wysokości, to widok budzącego się słońca oraz obserwowanie jego pierwszych promieni zdecydowanie były tego warte.

Dzisiaj na brak ciepła nie mogłam narzekać. Było wyjątkowo gorąco, strużka potu zaczęła płynąć mi po plecach. Na szczęście w pracy miałam klimę i prysznice.

Jeszcze tylko musiałam wstąpić do mojej ulubionej piekarni po coś słodkiego dla siebie i reszty ekipy. Wybierając nasze ulubione smakołyki, myślami byłam bardzo daleko. Planowałam kolejną przeróbkę w motocyklu klienta. Odebrałam od ekspedientki pięknie zapakowane ciasteczka i ruszyłam w dalszą drogę. Raz, dwa, trzy i pyk. Tak naprawdę odcinek dom–praca nie był dłuższy niż kilometr, więc zazwyczaj pokonywałam go pieszo.

Ramieniem pchnęłam drzwi salonu PISTON i zgrabnie przeskoczyłam nad zbyt wysokim progiem, na którym już wielu klientów wywinęło orła. Mieliśmy go przebudować, jednak cała załoga zgodnie uznała, że atrakcji nigdy dość.

Jak zawsze zatrzymałam się na kilka sekund, żeby wdychać ten zapach. Dom. Benzyna, spaliny i krew. To właśnie tutaj – w warsztacie motocyklowym – czułam się najlepiej. Wciągałam zapach benzyny, jeszcze zanim zaczęłam chodzić. Jako bobas towarzyszyłam dziadkowi przy naprawie różnych sprzętów. Wtedy nie wiedziałam, że moja pasja będzie mieć dwa kółka.

Położyłam paczki na ladzie i zaczęłam rozglądać się za moim zespołem.

– Cześć, Lucy! – krzyknęłam do dziewczyny wieszającej kurtki i inne akcesoria na drugim końcu salonu. – Przyniosłam ciastka, twoje ulubione też! – dodałam, bo wiedziałam, że od razu poprawię jej tym humor.

– Kochana jesteś! Skończę tutaj i od razu się do nich zabieram! Zostawcie coś dla mnie! – Dotarł do mnie jej przytłumiony głos. Nigdy nie potrafiła zbyt głośno krzyczeć.

Przeszłam na zaplecze i część garażową w poszukiwaniu chłopaków.

– Lolek! Oczko! Już jestem! – zawołałam.

Ksywki były obowiązkowym elementem egzystencji w naszym salonie, w zasadzie chyba jak u wszystkich pracowników w tym mieście. Niektóre były tak wymyślne, że moje „Mads” wypadało przy nich wyjątkowo blado.

Chociażby chłopcy u nas. Oczko – bo mimo że bardzo miły z niego chłopak, to niestety urodził się z okropnym zezem. Na dodatek każde oko uciekało mu w inną stronę, więc nigdy nie wiedziałeś, jak patrzeć, żeby nie poczuł urazy. Lolek – zuch na schwał i świetny przyjaciel, jednak miał tak wielką słabość do zioła, że groziła mu niemała odsiadka, jeśli jeszcze raz coś przy nim znajdą. Lubiłam go, jednak uważałam, że każdy swoją rzepkę skrobie. O ile normalne papierosy nie stanowiły dla mnie problemu, to nienawidziłam tego gówna. Znałam zbyt dużo osób, które zaczynały od tego, a teraz były na twardych narkotykach i toczyły się na samo dno. Lolek miał to szczęście, że cała nasza paczka miała go na oku, ale co przyniesie przyszłość? Pozostawało mieć nadzieję.

Gdy zobaczyłam wszechobecny bałagan, dobrze wiedziałam, że jeszcze przed chwilą musieli pracować przy rozebranych maszynach. Na każdym kroku walały się części, puszki ze sprayami, oleje i narzędzia potrzebne nam do pracy. Nie byliśmy zwykłymi mechanikami. O ile w sklepie można było znaleźć podstawowe wyposażenie, takie jak ubiór i inne niezbędne akcesoria… to tutaj działa się magia. Zajmowaliśmy się przerabianiem maszyn wedle życzenia nowych właścicieli lub remontowaliśmy antyki, dając im drugie życie. To było trudne, ale satysfakcjonujące zajęcie. I przede wszystkim bardzo czasochłonne. Bywało, że znalezienie jednej części zajmowało ogrom czasu. Ale czego się nie robi dla efektu.

Po bliższych oględzinach dwóch motocykli, które stały w samym środku tego zamieszania, mogłam śmiało stwierdzić, że załoga nie próżnowała. Pozostała kosmetyka i delikatne szlify. Wymiana manetek, klamek, tłumika, kanapy – wyliczyłam w myślach, planując, czym się zaraz zajmę.

Zza uchylonych drzwi garażu dobiegł mnie gromki śmiech. No pięknie, czyli już palą. Sama nie stroniłam od tytoniu, ale jednak w salonie skupiałam się głównie na tym, co było do zrobienia. Podwinęłam rękawy bluzy i zabrałam się do pracy. Gdy skończyłam odkręcać kanapę, dołączyło do mnie dwóch kowbojów. Dziwił mnie ich styl, ale kto komu zabroni? Śmieszyły mnie te ich farmerskie koszule i kapelusze, jednak skoro tak czuli się komfortowo, to droga wolna. Ja też rzadko zakładałam roboczy kombinezon, więc tym bardziej nie wypadało zwracać im uwagi na takie szczegóły.

– Mads, nie uwierzysz, co mi się wczoraj przytrafiło. – Oczko miał żonę i dwoje dzieci, więc zawsze mogliśmy liczyć na zabawne historie i nieprawdopodobne anegdoty z jego życia rodzinnego. Lubiłam ich słuchać. Dobrze było czasem przekonać się, że niektórzy mają normalne i szczęśliwe życie.

– No, stary, pewnie nie uwierzę. A przebija to opowieść o rybce Neli?

– Nawet mi nie przypominaj. Chociaż wiesz co? Tym razem też ma to związek z wodą.

– To dawaj – rzuciłam do niego, dokręcając kolejne śruby mocujące siedzisko.

– Tak więc, kochana moja, proszę ja ciebie… idę sobie wczoraj wieczorem do łazienki, żeby wziąć kąpiel. Moja cudowna żona docenia to, jak ciężko tutaj pracuję, więc postanowiła mi przygotować wodę. Wiesz, że ja lubię mieć dużo piany. Gdy tylko zobaczyłem tę piękną wanienkę wypełnioną po brzegi, od razu musiałem do niej wskoczyć. No i to właśnie był błąd – skończył dramatycznym głosem.

– I co? Swoje delikatne dupsko sparzyłeś? – Lolek wtrącił się do dyskusji.

– Gorzej! Ja wskakuję, a tam jak mi coś nie werżnie się w… hm, sami wiecie! Wyskoczyłem jak wariat, wystraszony, że doznałem poważnego uszczerbku na zdrowiu, i wiecie, co ja widzę? Mój mały chochlik zostawił swoją lalkę w wannie. I to z wyprostowaną nogą! Wyobrażacie to sobie? Pułapki na biednego ojca zastawia – dokończył z przejęciem.

– Mamy rozumieć, że wydymała cię plastikowa lala? – Lolek płakał ze śmiechu.

Chociaż i mnie rozbawiła ta historia, to na mojej twarzy jak zawsze pojawił się jedynie wymuszony uśmiech. Chciałabym być znowu normalna.

– Nie przejmuj się, mam niezłą maść na odparzenia po jeździe, wiesz gdzie. Na inne otarcia też pomoże. Mogę ci pożyczyć – zaproponowałam, chcąc załagodzić sytuację.

– Kochana, na ciebie to zawsze można liczyć. Nie to co ta kanalia. Tym razem podziękuję, ale na przyszłość będę pamiętał. A wam dobrze radzę! Jeżeli kiedyś będziecie mieć dzieci, to uważajcie. Zło nigdy nie śpi i zaskakuje w najmniej odpowiednim momencie. Nawet w wannie! – Zakończył swoją żywą wypowiedź i poszedł na zaplecze po kolejne części.

– Słowo daję, jak słyszę takie historie, to utwierdzam się w przekonaniu, że tacierzyństwo nie jest dla mnie. Jeżeli kiedyś wpadnę na tak durny pomysł, to wybij mi go, gwiazdo, z głowy – powiedział do mnie Lolek i zaczął ogarniać wszechobecny bałagan.

Postanowiłam mu trochę pomóc, więc już po chwili warsztat wyglądał w miarę profesjonalnie. W miarę. Bo nie wiem, czy wizerunki półnagich kobiet na ścianach, które zostały po poprzednich właścicielach, można za takie uznać. Ale jak to mówią: wolnoć Tomku w swoim domku. Mnie nie przeszkadzały, a skoro klienci się nie skarżyli, to nie widziałam sensu, by remontować wszystkie ściany. Po co zmieniać coś, co się sprawdza?

Nadchodziła pora lunchu, więc mój zespół udał się na zasłużoną przerwę. Od dwóch lat nie brałam udziału we wspólnych posiłkach. Wyszłam na parking, żeby skorzystać z promieni słońca, poza tym lubiłam słuchać śpiewu ptaków i obcować z naturą. Obok naszego salonu mieścił się park i często dokarmialiśmy żyjące tam zwierzęta.

Przeszłam przez deptak i usiadłam na oparciu ławki. Zamknęłam oczy, skupiając myśli tylko na oddechu. Poprzedni dzień nie należał do najlepszych i chociaż żebra nie doskwierały mi już tak bardzo, żebym planowała je pokazać lekarzowi w szpitalu, to wewnętrznie czułam niepokój. Z rozmyślań wyrwał mnie dźwięk telefonu.

Wygrzebałam z kieszeni dresu komórkę i spojrzałam na wyświetlacz. Pan Grzeczny. Nie wiem, po co dałam mu swój numer. To musiał być efekt szoku. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że zdobyłam się na coś, czego nie pozwoliłam sobie zrobić od… hm… chyba nigdy. Mój numer był dla mnie świętością i tylko najbliższe osoby miały do niego dostęp. A to, że ostatnio nikt z niego nie korzystał, zawdzięczałam tylko swojemu zachowaniu. Wiedziałam o tym i chociaż żałowałam, że nasze relacje się popsuły, to nie byłam jeszcze gotowa, żeby wyjść ze swojej skorupki. Melodyjka ucichła, a wyświetlacz zgasł. Nie zadzwoni więcej. I dobrze. Niestety tylko podczas tej przerwy Justin próbował dobić się do mnie jeszcze dwa razy. Musiałam całkowicie wyciszyć telefon. Do końca dnia nieodebranych połączeń miałam kilkadziesiąt. Uparte chłopisko, nie ma co. Gdy kładłam się do łóżka, wyłączyłam urządzenie, żeby nie przeszkadzało mi buczenie wibracji.

Następny dzień przywitał mnie bębniącym o parapet deszczem i zdecydowanie zbyt późną godziną. Byłam wściekła. Wszystko przez Justina! To logiczne, że nie obudzi mnie alarm w wyłączonym telefonie.

Wieża uruchomiła się jak zawsze, ale tym razem powinnam wstać wcześniej. Miałam mieć bardzo ważnego klienta ze starym i wartościowym motocyklem, który chciał odnowić. Osobiście wolałam nowsze maszyny, ale wiedziałam, że Oczko jest fanem takich historii, i chciałam załatwić tę fuchę dla niego.

Klęłam pod nosem na Justina podczas wariackiej bieganiny po mieszkaniu. Nie miałam czasu zaplatać włosów w kłosa, więc pozostawało przeczesać je palcami i zostawić rozpuszczone. Zakładałam na siebie ciuchy, jednocześnie przewijając w głowie najkorzystniejsze dla klienta oferty. Złapałam z biurka katalogi o najnowszych częściach. Wybiegłam z mieszkania, jakby się paliło. Gdy wypadłam z klatki prosto na ścianę deszczu, uświadomiłam sobie, że nie wzięłam parasola. Cholera! Nie miałam czasu, żeby wracać, więc zarzuciłam kaptur bluzy na głowę, a gazety przycisnęłam do brzucha, obejmując je ciasno rękoma. Pochylona ruszyłam do przodu i z prędkością światła pokonałam drogę.

Barkiem otworzyłam główne drzwi, dotarłam do lady i z plaśnięciem upuściłam na nią katalogi. Mimo moich starań były całe mokre. A ja chyba jeszcze bardziej niż one. Noż kur…

Zanim na dobre zaczęłam się nad sobą użalać, w sklepie rozległ się dźwięk otwieranych drzwi. Przywołałam na twarz sztuczny uśmiech i odwróciłam się, żeby przywitać klienta, na którego czekałam.ROZDZIAŁ 4

Justin

Byłem wściekły. Madison nie odbierała ode mnie telefonu. Nie wiedziałem, czy to jej kobiece gierki, czy doznała takich obrażeń podczas wypadku, że finalnie trafiła do szpitala. Martwiłem się, że przeze mnie coś jej się stało. Ta niewiedza mnie dobijała. Na dodatek Lea dostała jakiejś wysypki i Darius musiał jechać z nią do lekarza.

Dlatego właśnie próbowałem zaparkować na parkingu przed jakimś warsztatem, do którego kazał podjechać mi brat. Przyczepka zapięta do samochodu nie ułatwiała mi zadania, ale w końcu udało mi się stanąć blisko wejścia. Tak było najlepiej, gdyby chcieli od razu obejrzeć motocykl. A raczej to, co z niego zostało, bo ten stary złom od dawna już nie jeździł. Klasyk! Historia kraju! Tak o nim mówił mój szurnięty braciszek. Miał bzika na punkcie starych modeli wynalezionych Bóg tylko wie gdzie.

Wysiadając z auta, wdepnąłem w wielką kałużę. Świetnie! Jak mnie zaraz szlag nie trafi, to z pewnością krew zaleje. Szybko pokonałem kilka metrów dzielących mnie od drzwi PISTON i z ciekawością wszedłem do środka. Pierwsze, co przyciągnęło moją uwagę, to obrazy i zdjęcia na wszystkich ścianach. Hm, wow. Chyba zostanę stałym bywalcem tego miejsca.

Zacząłem rozglądać się za obsługą i wtedy zobaczyłem JĄ. Stała oparta o ladę z szeroko otwartymi oczami i sztucznym uśmiechem, który zamarł na jej ustach. Zdziwiło mnie, że jest cała mokra, i przez chwilę obserwowałem, jak z jej długich włosów kapie woda prosto na jakieś papiery upchane przy kasie.

– Dzień dobry, panie Black. – Jej dźwięczny głos odbił się echem po sali.

Cała wściekłość, którą jeszcze przed chwilą czułem, ze mnie wyparowała. Szybko pokonałem dzielący nas dystans i zatrzymałem się tuż przed nią. Musiałem skrzyżować ręce na piersiach, żeby jej nie objąć, bo rwały się do tego jak głupie.

– Cześć, piękna. Czyli jednak żyjesz. To dobrze, bo już się martwiłem, że będę musiał wydać krocie na wieniec. – Nie mogłem powstrzymać złośliwości, chociaż gdy zobaczyłem jej minę, od razu pożałowałem swoich słów.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij