-
nowość
Samotność Sonii i Sunny'ego - ebook
Samotność Sonii i Sunny'ego - ebook
Arcydzieło literatury współczesnej
Pisana przez niemal dwie dekady powieść wydarzenie
Jedna z 10 najlepszych książek roku według „The New York Timesa”
Jedna z ulubionych książek roku 2025 Baracka Obamy
Jedna z 5 najlepszych książek roku według „People”
Finalistka Nagrody Bookera 2025
Finalistka Kirkus Prize
Książka roku według: ,,The New Yorker”, ,,The Washington Post”, ,,NPR”, ,,Time”, ,,Oprah Daily”, ,,The Guardian”, ,,The Financial Times”, ,,The Economist”, ,,Harper’s Bazaar”, ,,The Globe and Mail”, BBC, ,,New York Post”, ,,Kirkus Reviews”, Lit Hub, ,,Elle”
Nocny pociąg sunie przez ciemność. Sonia i Sunny patrzą na siebie po raz pierwszy. W ciszy przerywanej stukotem kół rodzi się subtelna nić porozumienia, ledwie dostrzegalna w migotaniu świateł i delikatnym kołysaniu wagonu. To spotkanie staje się początkiem historii o miłości wystawionej na próbę czasu, migracji i rodzinnych oczekiwań.
Sonia, początkująca pisarka, wraca z Ameryki do Indii, próbując uwolnić się od twórczego i emocjonalnego paraliżu. Sunny, dziennikarz w Nowym Jorku, ucieka przed ciężarem własnej rodziny i dominującą matką. Oboje mierzą się z wieloma obliczami wyobcowania współczesnego świata.
Samotność Sonii i Sunny’ego to olśniewająca opowieść o dwojgu młodych ludzi, którzy lawirują między różnymi siłami nadającymi kształt ich życiu: narodowością, rasą, przynależnością klasową, historią oraz skomplikowanymi więziami łączącymi kolejne pokolenia. Historia miłosna, saga rodzinna i bogata powieść idei – to najambitniejsze i najznakomitsze jak dotąd dzieło jednej z najwybitniejszych współczesnych pisarek.
Spektakularne osiągnięcie literackie. Chciałam spakować małą walizeczkę i zamieszkać w tej opowieści na zawsze.
Ann Patchett, autorka powieści Dom Holendrów
Lektura tej książki przypomina długą nocną rozmowę z najbardziej interesującym i oddanym przyjacielem.
Lauren Groff, autorka powieści Fatum i furia
Pięknie napisana, pełna wnikliwych obserwacji, z bogatą fakturą, jest to zachwycająca, transformatywna powieść, jednocześnie epicka i intymna.
Bernardine Evaristo, autorka powieści Dziewczyna, kobieta, inna
Porażająca, liryczna i głęboko romantyczna. Lektura tej wzruszającej powieści – z jej bogactwem kultury, miłosnych dramatów i nadziei – była czystą przyjemnością.
Khaled Hosseini, autor bestsellerowych powieści Chłopiec z latawcem i Tysiąc wspaniałych słońc
Proza Desai to rozkoszny deszcz doznań.
„Financial Times”
Powieść, która przetrwa próbę czasu.
„The Boston Globe”
Wielki triumf… nie tyle powieść, ile fenomen. Należy do wąskiego grona tych szalenie rzadkich książek, które stanowią lepsze towarzystwo niż prawdziwi ludzie.
„New York Times”
To powieść jak rozbłysk – olśniewająca i niezapomniana.
„Observer”
Olśniewająca epopeja… niezwykle wciągająca.
„The Guardian”
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-08-09363-4 |
| Rozmiar pliku: | 5,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Słońce pozostawało zanurzone w zimowej szarości świtu, gdy Ba, Dadadźi i ich córka Mina Foi, otuleni szczelnie chustami, wyszli na werandę, ażeby przy herbacie drogą skrupulatnej eliminacji uzgodnić jadłospis na resztę dnia. Polecenia należało wydać kucharzowi w trakcie śniadania, by mógł od razu udać się na targ. Tego dnia, pierwszego grudnia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego szóstego roku, Mina obchodziła pięćdziesiąte piąte urodziny i w kuchni przez całą noc marynowała się baranina na kolacyjne kebaby.
– Ryż? – zawołała Ba. – _Roti_?¹
Traciła słuch, ale wiedziała też, że musi podnieść głos, by przekrzyczeć warkot pojazdów przetaczających się za bramą i krakanie setek wron – ten ptasi harmider i mozolna wspinaczka wschodzącego słońca były ze sobą ściśle powiązane, można było wręcz odnieść wrażenie, że to właśnie wrony dają początek światłu.
– Pilaw? – wymieniała. – Chlebki _paratha_?
W górze, nad portykiem wejściowym, umieszczone było gipsowe popiersie korpulentnego dżentelmena z fularem pod brodą, być może zainspirowane rysunkiem autorstwa pierwotnego właściciela tego bungalowu, który przemierzał Europę ze szkicownikiem w ręku, tak samo jak to czynili – co zaobserwował – cudzoziemcy w Indiach. I może była to wina samego wykonania, a może dysharmonijnego allahabadzkiego otoczenia tudzież rozbryzgniętych na popiersiu ptasich odchodów, w każdym razie przywodziło ono na myśl nie tyle dostojnego arystokratę, ile durnego snoba zainteresowanego niebem, którego od ćwierć wieku nie rozjaśnił czysty błękit. Przynajmniej odkąd poszerzono drogę krajową, by mogła pomieścić ciężarówki przewożące kapustę, cement, kozy, pszenicę, a także – jeśli wierzyć prasie i plotkom – prostytutki i choroby weneryczne.
Nie zważając na owego wytwornego jegomościa, zanieczyszczające powietrze ciężarówki ani na rodzinę siedzącą na werandzie, wrony nie przestawały hałasować, a ich _kra kra kra_ osiągnęło crescendo.
– Kalafior? – nie ustępowała Ba. – Szpinak?
– Ziemniaki? – rzucił Dadadźi, podnosząc z ziemi stopy. Potarł je tak czule i ostentacyjnie, jakby pocierał aksamitnie miękkie dłonie. – Rzadko kto tak bardzo przepada za ziemniakami jak Gudźaratczycy – zauważył, jak gdyby tłumaczył ich przed nieobecnym antropologiem. Byli przesiedleńcami, Gudźaratczykami, którzy trafili do stanu Uttar Pradeś. Lata temu praktyka adwokacka Dadadźiego ściągnęła go do sądu w Allahabadzie.
Dwa pękate telefony – jeden w kącie salonu, drugi na biurku Dadadźiego – rozdzwoniły się jak ropuchy na mokradłach, _trr trr trr_, i wiadomo było, że z życzeniami urodzinowymi dzwoni Manaw, brat Miny Foi, drugie dziecko Dadadźiego i Ba. Dadadźi odebrał telefon przy swoim biurku, a Mina Foi w salonie. Ba nigdy nie rozmawiała przez telefon – nawet gdyby miała dobry słuch, nie miała takiego zwyczaju.
– Żyj nam jak najdłużej – życzył siostrze Manaw.
– Już żyję za długo – stwierdziła Mina Foi.
Chciała powiedzieć bratu, że ma nadzieję, iż tak jak w zeszłym roku odwiedzi ją małżeństwo misjonarzy i przyniesie ciasteczka z kawałkami czekolady sprowadzonej z Iowa, no ale być może nie pamiętali o jej urodzinach, a sama nie mogła im przypomnieć. Nie wolno jej było samowolnie korzystać z telefonu, gdyż takie rozmowy uważano za zbyteczny luksus.
Dadadźi opowiedział o rosnącej wartości jednej ze swych inwestycji, a potem, na koniec rozmowy, zagadnął o zdrowie synowej Seher i wnuczki Sonii.
– Martwimy się o Sonię – przyznał Manaw. Sonia studiowała w Vermoncie. – Wpadła w depresję. Chlipie do słuchawki, a gdy dzwonimy do niej dzień później, jest to samo.
– Ale dlaczego? – zdziwił się Dadadźi. – Siedzi tam już trzy lata. I teraz nagle płacze?
– Mówi, że czuje się samotna. Nie było jej w domu od dwóch lat.
– Samotna? Samotna?
W Allahabadzie nikt sobie nie zawracał głowy samotnością. Ludzie mogli poczuć samotność niezrozumianych; mogli doświadczyć martwoty allahabadzkiego popołudnia w czasie odpływu, gdy wydaje się, że morze nigdy nie wróci, co też jest pewnego rodzaju samotnością. Nigdy jednak nie spali w domu sami, nigdy się nie posilali sami, nigdy nie mieszkali gdzieś, gdzie ich nie znają, nigdy się nie budzili bez kucharza przynoszącego herbatę lub witającego się z kilkoma osobami:
_Namaste, Khansama_.
_Dzień dobry, mamo._
_Dzień dobry, tato._
_Mina, dzień dobry._
_Aja, namaste._
Ilekroć Dadadźi wracał myślami do wiersza Wordswortha, którego uczono go w szkole – _Szedłem sam – obłok wolnym lotem / Tak nieraz płynie długie chwile_² – wersy te wydawały mu się do tego stopnia absurdalne, że odrzucał głowę do tyłu i parskał tak gwałtownym śmiechem, że górna szczęka opadała mu z trzaskiem. Tego dnia czuł się jednak wyjątkowo wielkodusznie ze względu na rosnącą wartość kupionych akcji, polecił więc Minie Foi, żeby zatelefonowała do Sonii. Ponieważ dokuczały mu kłopoty ze wzrokiem – odwarstwienie siatkówki, jaskra, zaćma – przyłożył szkło powiększające do zaczerwienionego, załzawionego oka i pochylił się tak nisko, że aż oparł się nosem o książkę adresową, gdy odczytywał numer akademika Hewitt College w North Hewitt. Mina Foi wsuwała palec w otwory tarczy telefonicznej i próbowała się dodzwonić przez bez mała godzinę, aż palec jej zdrętwiał. W końcu rozległ się daleki sygnał i odebrał ktoś, kto zaciągał z kowbojskim, jak zakładała, akcentem.
Na szczęście Dadadźi odebrał u siebie, bo Mina Foi wątpiła, czy udałoby jej się porozumieć z kowbojem. Uniesiony palec zastygł w bezruchu, aż poczuła w nim skurcz.
– Halo, halo, proszę nas połączyć z Sonią Śah, która mieszka w pokoju numer pięć! – wydzierał się do słuchawki Dadadźi. I gdy przy automacie zjawiła się Sonia, dodał: – Co się dzieje? Dlaczego twój ojciec mówi, że jesteś nieszczęśliwa? Dobrze ci idzie nauka?
– Tak – odpowiedziała Sonia płaczliwym głosem.
– To co? W czym problem?
– Czym ty się tam żywisz? – wtrąciła się Mina Foi.
– Makaronem! – odpowiedział jej ojciec przy drugim aparacie.
– Nie, Dadadźi – rzekła Sonia. – Menu jest bardzo międzynarodowe. Mamy wieczór chiński, wieczór meksykański...
– Wieczór indyjski? – podsunęła Mina Foi.
– Na obiad czasem dają Tomato Tigers, czyli pomidory z serem na opiekanej angielskiej mufince, posypane curry.
– Pierwsze słyszę!
Oburzenie.
– A na deser? – wyszeptała Mina Foi.
– Brownie z lodami, tarta z pekanami i tarta z borówkami.
Na samą myśl o tak oszałamiających enigmatach Minie Foi aż się słabo zrobiło z żalu.
– Amerykańskie wynalazki – burknął Dadadźi. – No to dlaczego płaczesz, szczęściaro?
Sonia próbowała tłumaczyć.
– Rozrosłam się we własnej głowie. Nie mogę przestać myśleć o sobie i swoich problemach. Z lękiem myślę o zimie. W ciemności i chłodzie tylko mi się pogorszy...
– Zrób kilka pajacyków, od razu poczujesz się lepiej, a potem wróć do książek. Musisz zacisnąć zęby i znieść wszystkie trudy. Gdybym ja nie porzucił życia, które było mi pisane z racji urodzenia, mieszkałabyś w Nadiadzie, wyszłabyś za mąż w wieku szesnastu lat i nie studiowałabyś w Ameryce.
Dłonie Miny Foi na kolanach dusiły jedna drugą, gdy wspominała wizyty w ich rodowym gnieździe, gdzie kobiety żywiły się resztkami pozostawionymi przez mężczyzn. Gdy dziewczęta miesiączkowały, przepędzano je – choć wiodły już i tak marginalną egzystencję – do chaty na końcu gospodarstwa, gdzie jadły z glinianych naczyń, które później rozbijano na śmietnisku, żeby nie zanieczyszczały świata.
Dadadźi sam, bez niczyjej pomocy, wydobył ich z tego zaścianka. Może i był uparty i w gorącej wodzie kąpany, ale to właśnie te cechy zapewniły Ba miejsce przy wypolerowanym mahoniowym stole każdego dnia w roku. Gdy Dadadźi przeszedł na emeryturę, zabrał żonę w podróż dookoła świata wraz ze swoim młodszym bratem Amalem Kaką i jego żoną, wtedy jeszcze bowiem Amal Kaka nie położył łapy na rodowym majątku i bracia wciąż utrzymywali bliskie stosunki.
Po tych wszystkich latach Ba i Dadadźi nie pamiętali ani jednego widoku, pomnika czy muzeum, nigdy natomiast nie zapomnieli zielonego szala zgubionego po drodze do Machu Picchu ani maszyny, która obiecywała, że udostępni im historię Watykanu do odsłuchania przez słuchawki, gdy jednak wrzucili monety, zacięła się, a gdy podeszli do okienka złożyć reklamację, okazało się, że trwa przerwa na lunch.
– Mamy wrócić za dwadzieścia minut? – zapytali strażnika.
– A czy lunch trwa dwadzieścia minut? – odparł ze złością strażnik.
Zapamiętali to sobie, a później zapamiętali zatwardzenie, którego dostali w Wiedniu, po czym przez cały dzień szukali owoców w rozsądnych cenach i nigdzie takowych nie znaleźli. W londyńskim hotelu The Buckingham, gdzie oczekiwałoby się uczciwości, śniadanie nie było wliczone w cenę, chociaż wcześniej poinformowano ich, że będzie. W Paryżu zaoszczędzili małą fortunę, gotując sobie na kolację ryż z soczewicą w czajniku elektrycznym, najpierw jednak Dadadźi wspiął się na krzesło i rozmontował czujnik dymu. Kuchnia francuska ich rozczarowała – o co tyle hałasu? Wszędzie, dokąd się udawali, znajdowali takie same trzy rodzaje kanapek i dwa rodzaje sosów. I tymi dwoma sosami Francuzi sterroryzowali cały świat.
Później w większości obcych krajów zaobserwowali, że ich mieszkańcy nie okazują szacunku turystom z Indii, nadskakują natomiast i przypochlebiają się tym białym. Najlepiej zatem było mieszkać wśród swoich i pieczołowicie przestrzegać własnych standardów. Pomniejszywszy w ten sposób wielki świat, Ba i Dadadźi wrócili zadowoleni do domu.
– Samotna? Jak to? – zwrócił się do Sonii Dadadźi. – Nam Amerykanie wydali się nadzwyczaj mili. Gdy pojechaliśmy do Wielkiego Kanionu, zostawiliśmy w autobusie banany i jedna Amerykanka wysiadła i nas dogoniła, żeby nam je oddać. Musiała potem czekać na następny autobus.
– Oni są mili – zgodziła się cienkim głosem Sonia.
– I jaki to piękny kraj – rozpływał się Dadadźi.
– Rzeczywiście – przyznała Sonia.
– Tyle pustych przestrzeni!
– Tak.
Usłyszeli, że Sonia zaczęła szlochać, i połączenie zostało przerwane.
Wyszli znowu na werandę; kolejny telefon byłby już zbytnią rozrzutnością. Słońce majaczyło teraz niewyraźnie w zamglonym powietrzu, wrony ucichły i zjawiła się garbata Aja z kilka razy od niej większą miotłą, żeby pozamiatać. Z głową i twarzą zasłoniętymi sari w odcieniu kurzu wymiatała kurz z domu na werandę, a potem z jednego szerokiego niskiego stopnia na kolejny do sadu – który w sezonie rodził słynne różowe gujawy z Allahabadu – i tak, zgarniając i mieszając ze sobą kolejne warstwy kurzu, rysowała w ziemi miotłą wzór muszli przegrzebków aż po same krańce działki.
Do wieczora kurz nawiewało z powrotem, zatykał druciane kwadraciki w siatkach przeciw owadom, pokrywał filodendrony, zasłaniał nazwisko na bramie: „Mecenas M.L. Śah, sąd stanowy”, przysypywał dokumenty i akta, sprawiał, że chrzęściły klawisze maszyny do pisania. Gdy Sonia była mała, Mina Foi pokazała jej – czerpiąc pewną dozę dumy ze swego nieszczęsnego położenia – że gdy spluwa do zlewu, jej plwocina ma beżowy odcień drogowego kurzu.
Ba i Dadadźi nie zabrali Miny Foi w podróż dookoła świata, a to dlatego, że wtedy już okazała się kobietą pechową, a gdy ktoś się rodzi pod nieszczęśliwą gwiazdą, nie trzeba się dla niego specjalnie starać. Trzydzieści trzy lata wcześniej Dadadźi przyjął powrót córki po półrocznym małżeństwie z milczeniem podszytym pretensją, chociaż to on doprowadził do zaręczyn. Wydawało się, że winę ponosi Mina Foi, ponieważ prześladuje ją pech. „Minie nigdy nic się nie udaje” – oznajmiła wtedy Ba, i było tak, jak gdyby jej tragedię wyprano, złożono i zatrzaśnięto w jednej z tych czarnych blaszanych skrzyń z wyprawą panny młodej, sari i wyrobami wełnianymi zalatującymi naftaliną, które przetrwały pokolenia.
Ale co roku w jej urodziny, żeby jakoś uczcić ten dzień, kierowca pucował ich samochód marki Ambassador z taką czułością i oddaniem, jak gdyby to był bawół, a potem podjeżdżał pod portyk, aby matka i córka mogły odwiedzić schedę Miny Foi, rodowe precjoza zdeponowane w sejfie w Bank of Baroda. Dziś po drodze podrzucili Dadadźiego do domu Pułkownika na Thornton Lane, gdzie brał udział w cotygodniowej rozgrywce szachowej. W granatowej marynarce i czerwonym krawacie, zawsze bowiem ubierał się elegancko, gdy wychodził z domu, Dadadźi dołączył do przyjaciela, również w marynarce i krawacie, czekającego z szachownicą na trawniku przed domem, i przypomniał kobietom, żeby za dwie godziny go odebrały.
Mina Foi miała na sobie nowe fioletowe sari w kwiaty, a jej matka zielone sari w falisty deseń. Obie przerzuciły się już z bawełny na poliester, który ich zdaniem był wytrzymalszy, szykowniejszy i łatwiejszy w pielęgnacji. Na nogach Mina Foi nosiła jak zwykle niebieskie japonki. Miała popękane podeszwy stóp, brodawkę na nosie, lekki wąsik nad górną wargą i miękkie owłosione nogi, które pocierała o siebie pod sari, gdy była zadowolona, a niekiedy w łóżku przed świtem, gdy ogarniał ją spokój, a ona ściskała swe śpiące piersi. Ściskając piersi i pocierając nogi o tak wczesnej porze, pragnęła odrobiny łagodności i dobroci na początku dnia.
Mina Foi i jej matka zajechały pod bank i z dziennej jasności zstąpiły do przypominających kostnicę podziemi, gdzie metalowych skrytek ze śpiącymi w nich skarbami strzegł strażnik z podwiniętym wąsem i strzelbą pochodzącą z innej epoki w rozwoju broni palnej. Pracownik banku zapisał godzinę przybycia i przytrzymywał niestabilną drabinę, żeby Mina Foi mogła się wspiąć do rodzinnego sejfu w górnym rzędzie, skąd teraz wyjmowała pudełka i foliowe woreczki, które podawała matce, aczkolwiek nie uszło jej uwagi, że pracownik banku nosi przyczepiony wsuwkami tupecik barwiony henną, i ten przejaw próżności wzbudził w niej współczucie. Pudełka i woreczki nosiły nazwy dawno zlikwidowanych firm, nazwy należące do minionych czasów świetności: sklepów jubilerskich Gopaldas Chandraprakash & Sons, Bhagatram Jainarain, Haji Rafique, KG Sultania Calcutta Walla. Foliowe woreczki, odbarwione i kruszące się ze starości, były zabezpieczone gumkami, które topiły się w letnich upałach, a potem twardniały w robakowate skorupy. Wata otulająca kosztowności również poszarzała, w środku jednak blask klejnotów z wiekiem się wzmagał. Mina Foi podziwiała z matką mętne rubiny i szmaragdy, guzowate perły z połyskiem zsiadłej maślanki, wymieszane ze szklanymi i prostymi paciorkami w krzykliwym gudźarackim guście. Duże, niewygodne kolczyki były wysadzane nieszlifowanymi diamentami i po rozwodzie córki Ba martwiła się, że teściowie zatrzymają tę część posagu. Gdy tak się nie stało, dzięki czemu łatwiej było uznać, że wina nie leży po ich stronie, Ba doświadczyła może nie szczęścia, rzecz jasna, biorąc pod uwagę okoliczności, ale w jej trzewiach coś się uspokoiło. Ogołocona skrytka w banku stanowym zapełniła się na nowo. Rozprzężone nerwy zostały ukojone. Dręczyło ją jednak głębsze poczucie straty odziedziczone po matce, która wielokrotnie opłakiwała cenny birmański rubin wielkości gołębiego jaja. Przepadł, gdy rodzina zmuszona była zostawić swój interes w Rangunie i udać się do Nadiadu. Utrata rubinu i ojcowskiego majątku oznaczały, że w jej poczuciu własnego ja nastąpiło pewne przesunięcie.
Gdy Sonia ostatni raz odwiedziła dziadków w Allahabadzie, latem przed wyjazdem na studia do Stanów, Ba i Mina Foi zabrały ją do banku, by obejrzała rodowe kosztowności. Po wyrecytowaniu historii utraconego rubinu z Birmy Ba z obowiązku poinformowała:
– Gdy wyjdziesz za mąż, Soniu, dostaniesz najpiękniejszy zestaw biżuterii.
Ból wywołany wypowiedzeniem tego zdania zamaskowała poważną miną, jak gdyby omawiały jakąś chorobę, i odwróciła się na wypadek, gdyby Sonia bezczelnie przyjęła ten dar ze słowami „Dziękuję, Ba”.
Mina Foi pomogła Sonii przymierzyć perłową bransoletkę ze szwankującą szmaragdową klamerką, wspominając, że nosiła ją w dniu ślubu, przepełniona – i to wciąż rozdzierało jej serce – głupią nadzieją. Była wtedy taka niewinna, a gdy jej niewinność została zdruzgotana, czuła wielki wstyd. Nagle przyszło jej do głowy, że może w ten sposób przekazać swoje garbate szczęście Sonii.
– Zdejmij ją!
Ba, nie mogąc znieść tego, że serce podchodzi jej do gardła, podchwyciła:
– Odłóż na miejsce, ale ostrożnie!
Sprzączka nie chciała się jednak rozpiąć i Mina Foi musiała ściągnąć bransoletkę na siłę, aż zadrapała Sonii skórę na nadgarstku.
– W Ameryce nie noszą biżuterii, tylko drobne błyskotki – dodała Ba.
Teraz, w dniu pięćdziesiątych piątych urodzin Miny Foi, Ba dopilnowała, żeby klejnotów lekkomyślnie nie przymierzano, a jedynie je podziwiano i przeliczono, sprawdzając, czy niczego nie brakuje. Starła chusteczką pot z górnej wargi.
– Na szczęście nigdy nie lubiłaś się sztafirować!
Czy Ba miała na myśli to, że gdyby Mina zdradzała takie upodobania, jej rozwód w wieku dwudziestu dwóch lat oraz fakt, że nie ma już okazji, by się stroić, byłyby nie do zniesienia? Że dopisało jej pod tym względem szczęście? Czy matce chodziło raczej o to, że szczęśliwie się stało, że się rozwiodła i jej posagowa biżuteria trafiła z powrotem do matczynej bankowej skrytki?
Poczuła w sobie rzadki przypływ niechęci do Ba. Gdyby jej życie potoczyło się inaczej, Mina Foi mogłaby być inną osobą – taką, która może lubiłaby siedzieć przed swym odbiciem w lustrze toaletki, skrapiać się perfumami za uszami, nosić kolczyki, naszyjnik, pierścionki, bransoletki. Powiedziała:
– Skąd miałabym wiedzieć, czy mam takie skłonności?
Matka nic nie odrzekła, nie wiedząc, jak można by odpowiedzieć na to pytanie, zaczęły więc zawijać perły, szmaragdy, rubiny, diamenty i złoto w przybrudzoną watę i chować je do tajemnych pudełek i rozpadających się szeleszczących foliowych woreczków. Zgarnęły pokruszone stwardniałe gumki i poprosiły pracownika banku o nowe.
– Nie mam – odburknął opryskliwie. – Dlaczego nie przyniosły panie swoich?
Po czym otworzył szufladę i z kwaśną miną podał dwie.
Mina Foi zamknęła sejf i oddała cienki kluczyk.
– Czemu nie zrobicie solidniejszego klucza? – zapytała.
Matka z córką wydostały się z powrotem na powietrze późnym popołudniem, rozstrojone tym, że wyprawa do banku nie tylko nie wzmocniła ani nie pogłębiła ich więzi, która wydawała im się nierozerwalna, ale też uświadomiła im, że może ją zniweczyć jedna perła.
– Myślisz, że Betsy i Brett wpadną tak jak w zeszłym roku z ciasteczkami z czekoladą? – zapytała Mina Foi.
– Nie wiem. Może nie będą pamiętać.
– A gdybyśmy tak do nich wstąpiły?
– Wstąpiły do nich? Ale to zupełnie nie po drodze. – Betsy i Brett mieszkali w biednej dzielnicy na obrzeżach miasta, podkreślając w ten sposób swe misjonarskie zaangażowanie. – Zresztą już się spóźniamy z odebraniem taty.
Ba i Mina Foi przyjechały po Dadadźiego dokładnie o czasie. Czekał wśród petunii Pułkownika z nosem zwieszonym na kwintę, bo przegrał w szachy, i wrócili do domu, czując ulgę na myśl o bliskim zachodzie słońca. Wyczekiwali kolacji, która miała być kulminacją ich porannej narady.
– Przyrządzenie kebabów _galawati_ jest piekielnie trudne – przypomniał Dadadźi. – Muszą być aksamitne jak jedwab.
Ba zaznaczyła:
– Khansama nie używa jajek ani żadnego innego środka wiążącego, dlatego obracanie kebabów to niezmiernie delikatne zadanie. Tak ciężkostrawne rzeczy wolno spożywać tylko sporadycznie, inaczej można się nabawić podagry.
Ba nadzorowała Khansamę ostrożnie obracającego kebaby i liczyła je, żeby przed podaniem żaden nie zniknął. Wtykała nos głęboko do każdego dania i wąchała uważnie i podejrzliwie, czy aby wszystko było takie, jakie być powinno. Sprawdziła spiżarnię i lodówkę, chciała bowiem mieć pewność, że z każdego słoika i pojemnika ubyła dokładnie taka ilość, jaka była potrzebna do przygotowania danej potrawy. Nie przeszkadzały jej karaluchy, które zamieszkiwały ciepłą i ledwo zipiącą lodówkę – tak naprawdę ich nie widziała, woltaż żarówki był zbyt niski. Nie zauważyła też, że do zatłuszczonych wieczek słoików przykleiło się długimi odnóżami i dokonało żywota kilka pająków. Ani że na górnej krawędzi drzwi, niemal tak wysokich jak ściana, zmiażdżona została jaszczurka i z wysokiej futryny wciąż zwisa skóra jej tułowia i pustego pyszczka.
Następnie się wykąpała. W Allahabadzie kąpali się przed wieczornym posiłkiem i ceremonialnie zasiadali do kolacji w piżamach, koszulach nocnych i szlafrokach.
– To dla taty, dla taty! – krzyknęła Ba, gdy Mina Foi sięgnęła po ostatni kawałek ziemniaka.
Ba nigdy nie zwracała się do męża bezpośrednio, bez szacunku, i gdy ocaliła ów smakowity kąsek, umieściła go na mężowskim talerzu. Owo przekazanie mężowi ziemniaka łączyło się w jakiś sposób z utratą birmańskiego rubinu. Dadadźi zjadł ziemniak, pomagając sobie łyżką i widelcem, z niezadowolonym wyrazem twarzy kogoś, kto jak zwykle musi rozwiązać problem.
– Wszyscy lubią ziemniaki – rzekł – oprócz naszej synowej Seher. Jest jedyną osobą, jaką znam, która nie lubi ziemniaków.
Palec Miny Foi wystrzelił w stronę obrusa i zgarnął z niego zgubiony kawałeczek smażonej cebuli. Wsunęła go do ust z roztargnioną miną, nie sprawdziwszy, czy ktoś to zauważył, bo jeśli nikt cię nie widzi, nie robisz przecież tego, co robisz. Bez żadnego konkretnego powodu przepełnił ją smutek; była to jedynie żałość, melancholia wypływająca z udziału w tak królewskiej uczcie, gdy twoje życie jest jednocześnie tak puste, gdy we wszystkich jego aspektach poza kolacją panuje ascetyzm. Czy to rozmowa telefoniczna z Sonią tak na nią podziałała, ściągnęła wielki świat i świadomość, że inni ludzie wiodą życie wśród świeżo zaśnieżonych wzgórz i jedzą tarty z borówkami? A może wezbrał w niej smutek, bo misjonarze faktycznie zapomnieli o jej urodzinach. Bratanica również, przypomniała sobie Mina, nie pomyślała o złożeniu cioci życzeń.
Diamentowe, w kształcie kwiatów kolczyki Ba, których nigdy nie zdejmowała, nawet do snu, odbijały smętne światło w jadalni, gdy zlizywała z chochli resztki dalu z soczewicy z efektywnością godną gospodyni. Zaczęła liczyć kebaby, by się upewnić, że żaden nie zniknie, nim resztki tej kolacji podane zostaną na kolejny posiłek.
– Ale możliwe, że Khansama nie przyniósł wszystkich porcji – zasugerował Dadadźi. – Albo nawet ich nie przyrządził.
W tym momencie lojalnie wtrąciła się Mina Foi:
– Mama doskonale wie, jak wygląda kilogram baraniny.
Nie było sensu nosić w sobie złości do jedynej osoby, która w dniu urodzin próbuje zrobić ci przyjemność.
Gdy już wylizano wszystkie noże i łyżki, zapamiętano wielkość pozostałych porcji i sprzątnięto talerze z melaminy, Dadadźi wyciągnął rękę.
Kiedy to zrobił, Ba zwróciła ku górze wnętrze swej zaskakująco drobnej dłoni, której bladość świadczyła o kastowej wyższości, tak przynajmniej sądzono w czasie, gdy aranżowano małżeństwo Ba i Dadadźiego. Mina Foi powtórzyła gest rodziców, wyciągnęła swą dużą, podobną do ojcowskiej, brązową rękę. W tym momencie zjawił się Khansama z tacą zastawioną buteleczkami z pigułkami i podał buteleczki Minie Foi, ta odliczyła pigułki i umieściła je w dłoni Ba, która z kolei podała je jedna po drugiej mężowi, a on bez szemrania podniósł do ust szklankę wody. Witaminy, papaina, tran, Dabur Chyawanprash.
– Minął termin przydatności do spożycia kapsułek czosnkowych Seven Sea. – Mina Foi przypatrywała się jednej z buteleczek.
– Weź je – polecił Dadadźi Khansamie. – Niech się nie zmarnują. Daj dzieciom... Będą działały jeszcze przez rok lub dwa.
Mina Foi zauważyła, że w pożółkłej gazecie, którą wyłożono tacę, napisano: „Wychowany przez wilki chłopiec odnaleziony na terenie plemiennym”.
Gdy już mieli za sobą wszystkie sprawy praktyczne, Dadadźi rzekł:
– Posłuchajcie tego!
Nadstawiły uszu.
– Gdy grałem w szachy z Pułkownikiem, wspomniał przypadkiem o swoim wnuku w Ameryce. Na śmierć zapomniałem o tym chłopaku. Zapytałem, czy jest żonaty, bo właśnie zrobił magistra, i powiedzieli, że nie. Zapytałem, na co czeka. Powiedzieli, że ma swoje pomysły i te pomysły funta kłaków nie są warte. Tymczasem żona Pułkownika wspomniała, że gdy przejeżdżała obok naszego domu, wyczuła jakiś niebiański zapach. Powiedziała: „Pomyślałam, że skoro nie przysłali nam żadnych kebabów, musi być jakiś powód. Przynajmniej dajcie nam przepis, błagam już od tylu lat”.
– Dlaczego mielibyśmy ot tak zdradzać sekrety naszej kuchni? – zaperzyła się Ba. A w ogóle jak żona Pułkownika mogła zwrócić się z taką prośbą, skoro wszyscy wiedzą, że gdy się kogoś namawia do ujawnienia przepisu, to ten ktoś zawsze musi pominąć coś drobnego – odjąć składnik, pomieszać ilości – by obdarowany się później zadręczał: coś tu się nie zgadza!
Dadadźi zaproponował:
– Zawieźmy im jutro resztę _galawati_.
– Ale dlaczego? – spytała Mina Foi. – Możemy je zjeść na lunch.
– Jeśli Sonii doskwiera samotność, można łatwo rozwiązać ten problem. Zapoznajmy Sonię z ich wnukiem.
Dadadźi, Ba i Mina Foi w duchu przypomnieli sobie incydent sprzed dekady, o którym nikt nie zapomniał. Pułkownik mianowicie nakłonił Dadadźiego do zainwestowania w zakład wełniarski założony przez kolegę z wojska, któremu Pułkownik zawdzięczał ponoć życie – walczyli razem w Kaszmirze. Zakład splajtował i spora inwestycja w koce, skarpety, czapki kominiarki i swetry wojskowe skończyła się finansową stratą dla Dadadźiego, który naturalnie martwił się tym tak bardzo, jak bardzo kajał się Pułkownik. I choć ów incydent zabarwił ich dawniej przyjazne stosunki domieszką urazy i fałszu, Dadadźi wspaniałomyślnie nadal udzielał darmowych porad prawnych, gdy Pułkownik dochodził sądownie odszkodowania za utraconą w wyniku podziału Indii rodzinną ziemię w Lahaur, szczodrze jak zawsze posyłał kebaby i inne dania z ich kuchni, w dalszym ciągu grał w szachy i mężnie przegrywał, podświadomie czekając na odpowiednią chwilę, by upomnieć się o przysługę.
Koniecznie trzeba się trzymać blisko tych, którzy wyrządzili ci krzywdę, ażeby widmo winy przesączało się do ich snów, ażeby wyrzuty sumienia powoli w nich dojrzewały i osiągnęły swój pełen potencjał. Nie żeby Dadadźi dokładnie to sobie przemyślał – umyślne intrygi, prymitywne kalkulacje nigdy się nie sprawdzały – i sam był zaskoczony nadarzającą się okazją. Nawet teraz przywołanie tamtego zobowiązania nic by nie przyniosło. Pułkownik nigdy by nie dopuścił do tego, by wnuk wziął na swoje barki brzemię pomyłki dziadka. Dadadźi i Ba mogli po prostu zasugerować, że związek ich wnucząt byłby pożądany, związek dwóch wykształconych w Ameryce osób równych sobie, dwojga ludzi, którzy w sposób naturalny do siebie pasują ze względu na to, skąd pochodzą i dokąd zmierzają. Żaden z nich nie musiał o tym wspominać, by zobowiązanie Pułkownika samo mogło się w przepiękny sposób objawić.
Ba i Mina Foi po raz kolejny były świadkiem geniuszu Dadadźiego. Może i przegrał popołudniową partię, ale rozegrał doskonały mecz. Ba oznajmiła:
– I nie ośmielą się poprosić o posag!
Kierowca ponownie wypucował krągłości Ambassadora i zawiózł rodzinę do rezydencji Pułkownika. Uroczyście wnieśli kebaby na srebrnej paterze z falistym brzegiem.
Dadadźi zdradził:
– Ostatnio odezwała się do nas wnuczka. Zdaje się, że tam, w Ameryce, dużym problemem jest samotność.
Mina Foi zauważyła, że na inkrustowanym kością słoniową stoliku obok zaaranżowanej przez pułkownikową ikebany stoi fotografia ich wnuka. Wyniosły, z nosem nababa, ale ustami cherubina, czytał gazetę. Uznała, że jest przystojny.
– Samotna? Samotna? – dopytywała pułkownikowa.
– Człowiek bez innych ludzi jest niczym – orzekła Mina Foi. – Zwłaszcza zimą. A tam śnieg pada non stop.
Betsy i Brett pożyczyli jej _Domek na prerii_, który stał się ulubioną lekturą Miny Foi. Przeczytała ją chyba ze sto razy, chociaż jej rodzice uważali powieści za taki sam zbędny luksus jak telefony do misjonarzy.